kultura książki

Jestem już w domu. Sándor Márai i jego Siostra

Siostra pozostaje unikalnym studium choroby, odwróceniem rzeczywistości życia. Autor zderza bowiem ze sobą dwa światy: pierwszy z nich to ten centralny, domowy, z którego się wywodzimy, w którym uczymy się, czym jest i czym może być początek. Drugi to peryferie, do których kierują nas siły losu. Ale świat nie jest widziany jako coś dwukolorowego, łatwo oddzielonego. Dlatego też Márai tworzy powieść o domu wewnętrznym; domu, który podlega przemianom.

Bywają książki, które zdarzają się nam w podróży, w drodze pomiędzy jednym a drugim punktem, nad morzem, w górach czy innych przestrzeniach. Zjawiają się książki ulubione, zakryte, tajemnicze, krytyczne czy odrzucone. Książki-prezenty, książki-dary, książki dzienne i nocne, codzienne i świąteczne. Te, które mówią o odwadze bycia innym, te które opisują małe rzeczy ze świata i te, które dążą do zatrzymania go w całości. Książki obrazowe, bez fotografii, anonimowe i jak najbardziej imienne. Książki, które czytamy, gdy jesteśmy smutni, gdy ktoś odchodzi, gdy w życiu pojawiają się nieodwracalne zmiany.

W każdym z tym rodzajów pisania kryje się po części prawda o Siostrze Sándora Máraiego, autora ObcegoDzienników, Czterech pór rokuŻaru oraz Księgi ziół. Twórczość węgierskiego powieściopisarza, publicysty, felietonisty Radia Wolna Europa, eseisty, coraz silniej zaczyna być rozpoznawana w Polsce. Choć nie było tak od początku. Warto wspomnieć słowa Teresy Worowskiej, tłumaczki dzieł Máraiego, zamieszczone w posłowiu Wyznań patrycjusza. Worowska nazwała tam autora „wielkim nieznajomym” ‒ co wiązało się z odrzuceniem i zapomnieniem o pisarzu w jego własnej ojczyźnie, a także brakiem zainteresowania jego twórczością w innych krajach. Tytułowa Siostra (A Nővér), napisana przez Máraiego jeszcze w 1948 roku, tuż przed emigracją z ojczyzny, potwierdza wyjątkowość literackiego kunsztu autora. Książka ta, po sześćdziesięciu dziewięciu latach, została przetłumaczona na język polski i wydana nakładem Zeszytów Literackich.

Od samego początku, zarówno tego historycznego, literackiego i translatorskiego, książka Siostra uruchamia metaforę czasu. To swoiste opóźnienie, zwlekanie, odciąganie staje się tropem, który przenika niemal każdą część powieści. Słyszymy to już na samym początku, kiedy autor wprowadza nas w dziwny, eteryczny świat Florencji, świat zdarzeń niecodziennych:

Spróbuję opisać to wszystko, czego doświadczyłem w tę dziwną noc Bożego Narodzenia. Obchodziliśmy wtedy trzecią Gwiazdkę II wojny światowej. Czas mija, a dni i noce, jakie nastąpiły po tej Wigilii, przyniosły wiele nędzy i cierpienia. Lecz pamięć tamtego spotkania pozostała żywa w moim sercu i umyśle (…). To, czego się dowiedziałem przynosiło wieści nie o narodach i kontynentach, lecz jedynie o losie pojedynczego człowieka. [s. 5]

Od tego wspominanego Bożego Narodzenia, nieprzypadkowego czasu początku, czasu nocnego, czytelnik poznaje węgierskiego pianistę, który podczas dawania koncertów we Włoszech zapada na tajemniczą i niezrozumiałą chorobę. Stopniowo odbiera mu ona zdolność do gry: ustaje ruch jego dłoni i całego ciała. Pianista, o tajemniczym imieniu Z., spędzając długie dni  florenckim szpitalu, nieustannie toczy rozmowy z lekarzami i pielęgniarkami ‒ siostrami zakonnymi. To one wprowadzają pianistę w świat nieznanego i często niezrozumiałego cierpienia, którego doświadczają w ciszy. Siostry pełne miłosiernej pomocy są pełnoprawnymi rozmówczyniami. To kobiety dające pacjentom poczucie kobiecej czułości i domowej, bezpiecznej obecności. Świadczące samymi sobą o nieskończonej miłości i łagodności, która ocala życie:

Teraz przyszła Cherubina, ta piękność. Nachyliła się nade mną z troską  i ogromnym współczuciem. Złapałem ją za rękę, nie protestowała:
‒ Nie wolno, Maestro ‒ powiedziała. ‒ Pan profesor surowo zakazał. Przez całą noc możemy podać panu tylko ten jeden zastrzyk. Podam panu inny.
‒ Nie chcę ‒ zaprotestowałem. ‒ Siostra wie, że inny jest bez znaczenia. Tylko ten pomaga.
‒ Wiem ‒ głęboko westchnęła.
(…)
‒ Nie wolno się przyzwyczaić ‒ powiedziała. ‒ Stąd te surowe ograniczenia. Bardzo pan cierpi?…
Nie musiałem odpowiadać. Dłoń położyła na czole. Ta dłoń była miękka  i czuła, w dotyku kobiecej ręki zawsze było coś znajomego; takie ręce w chwili narodzin wydobywają człowieka na świat. [s.135]

Nieprzypadkowo jednak studium choroby Márai łączy ze wspomnieniem muzyki. Dźwięk i cisza, piano i słowo tym silniej działają na odbiorcę, im bardziej związane są ze zdarzeniami z minionego życia. Jedno z tych wspomnień, z których Márai tka literacką sieć, dotyczy przyjazdu pianisty do Florencji na zaproszenie ambasadora. Muzyk opisuje je tak:

Po trzech dniach odszukałem ambasadora, podziękowałem i przyjąłem zaproszenie. Dwa dni później przedstawiciel ambasady przywiózł mi paszport ostemplowany wizami, bilet w sleepingu i wszystko to, co mogło mi być potrzebne podczas pobytu we Florencji (…). Pod koniec września, tego samego dnia, gdy popołudniówka, którą kupiłem na dworcu, przyniosła wieść, że Warszawa padła, wsiadłem do pośpiesznego pociągu jadącego do Rzymu, aby udać się do Florencji. To był letni, parny i pełen zapachów wieczór. Z Florencji zamierzałem pojechać do Werony, a potem na kilka dni nad jezioro Garda. Siedziałem przy oknie, patrzyłem na Dunaj, gdy przejechaliśmy most kolejowy. Za trzy tygodnie będę w domu ‒ pomyślałem. [s. 55]

 

„Być w domu” to zwrot i potrzeba, której pragniemy, dom za którym tęsknimy, do którego powracamy w sytuacjach najtrudniejszych. Wyobrażenie domu, jakie wyjawia sam pianista, łączy się jednak z doświadczeniem granicznym. Po pierwsze artysta, przebywając na leczeniu we Włoszech, pozostaje z daleka od swojego węgierskiego domu, rodzinnych miejsc, znanych ulic, przestrzeni bezpiecznych. Po drugie zaś ten tymczasowy, włoski dom, szpital uzdrowień, wypełniony jest echem wojny docierającym z frontu. Obok wspomnień młodzieńczych, narodowych, pojawia się w bohaterze niepokój wywołany wydarzeniami historii. Márai poprzez tajemnicze studium choroby ukazuje nie tylko zmieniający się świat umysłu, świat wewnętrzny, świat jednostki, ale też i theatrum mundi widziane z perspektywy człowieka chorego.

Bohater ujawnia ten stan w nagłych rozmowach, które nie są czymś zaplanowanym, wyreżyserowanym, zdarzają się jako potrzeba chwili. Tylko w taki, czasami może naiwny, czasami jednak zdecydowanie poważny, innym razem jeszcze ostateczny, sposób może pojawić się wspomnienie o świadomości winy, o próbach wyjaśnienia choroby, o arcydziełach, z których składa się świat, o literaturze i kojącej muzyce, wreszcie o przeżywaniu podróży.

Siostra pozostaje unikalnym studium choroby, odwróceniem rzeczywistości życia. Autor zderza bowiem ze sobą dwa światy: pierwszy z nich to ten centralny, domowy, z którego się wywodzimy, w którym uczymy się, czym jest i czym może być początek. Drugi to peryferie, do których kierują nas siły losu. Ale świat nie jest widziany jako coś dwukolorowego, łatwo oddzielonego. Dlatego też Márai tworzy powieść o domu wewnętrznym; domu, który podlega przemianom.

Niespodziewanie zdarza się czasem tak, że szpital staje się namiastką domu, a nawet innym „domem”, czasem na kilka dni, na kilka miesięcy, na jakiś czas. Z jednej strony jest przestrzenią wspólną, kolektywną, z drugiej sprawia, że najpełniej odczuwa się w nim odrzucenie, samotność i osobność. Dla bohatera Siostry szpital jest miejscem, z którego można wyglądać na florenckie pejzaże, choć, ze względu na usytuowanie szpitalnego pokoju wychodzącego na przeciwpożarowy mur, bywały one czasem niedostępne. Ten zaokienny widok wzbudzał jednak w pianiście wspomnienia z początków wizyty w toskańskim mieście. Przypominał sobie pałac Pittich, w którym mieściła się Sala Biała, sala koncertowa; ogrody pełne zapachów wilgotnego lauru i aloesu, ciasne uliczki i zabudowania architektury. Tak doświadczał miasta, w biegu, ciągłym ruchu i nieustającej wyobraźni:

Świadomość, że oto jestem we Florencji, że mogę ją zobaczyć i jej dotknąć, napełniała mnie dreszczem emocji i poczuciem szczęścia. Za chwilę (…) pójdę ciasnymi uliczkami, zmierzając w kierunku katedry, przejdę przez Ponte Santa Trìnita i popatrzę na łagodne wzgórze San Miniato. Czy będę miał dość czasu, aby wynająć samochód i jeszcze przed koncertem zrobić mały wypad do Fiesole?… Z pewnością zdążę. [s. 65]

Miasto było więc dla Z. czymś świadomie istniejącym, pewnym, bliskim, choć jednocześnie zakrytym, jak ze słynnego tytułu Calvina: „niewidzialnym miastem”. Márai pokazuje w ten sposób, że miasto, podobnie jak dom, zmienia się w czasie choroby. Jest wtedy inaczej widziane, inaczej odczuwane, słyszane i niedostępne. Muzyczna podróż do Włoch zamienia się w podróż do wnętrza siebie, do swoich lęków, znamion, zranień.

Ten rodzaj metamorfozy widać również w języku literackim pisarza ‒ z jednej strony kameralnym, ściszonym, fragmentarycznym, z drugiej pełnym metafor, szczegółowych opisów podróży. Dzięki takim zabiegom znika poczucie gęstości opisu, a sam gest powtórzenia informacji, przestrzeni, zdarzeń staje się celowy. Bo powtarzać to znaczy być dalej, być ciągle.

Autor za pomocą Siostry uczy rozmowy o odchodzeniu, o przyjaźni, o pozornych i najprostszych gestach. Siostra to ktoś najbliższy, rodzinny, komu zostawia się sekrety; osoba z którą dzieli się przeżycia, której opowiada się sny, ujawnia swoje wzruszenia i lęki. Choć czasem też zdarzają się rozterki, odejścia i długie milczenie. Jednak oprócz sióstr rodzonych, zjawiają się w życiu przyjaciółki i siostry imaginacyjne ‒ te, których nigdy nie było, których od zawsze brakowało, które pojawiały się w wyobrażeniach i snach, którym mimo nierealności opowiadało się zdarzenia kolejnych dni. W omawianej powieści siostra ma dodatkowo wymiar duchowy – jest strażniczką dobrego i czystego życia, siostrą miłosierdzia.

To właśnie tytułowa siostra uświadamia pianiście, że ten ból, który był w człowieku, musi się ujawnić, powoli, długotrwale. Musi potem zostać opisany, opowiedziany, wyrażony. Nie da to pewności, że, po procesie przeżywania, zniknie na zawsze. Jeśli jednak kiedyś powróci, spotka człowieka-czytelnika przygotowanego, człowieka, który będzie wiedział, że „melodia jest ważniejsza od treści”.

Czytanie książek Máraiego od zawsze pozostawało intymne, osobiste, tajemnicze. Jest w jego powieściach nieustający splot rzeczywistości i snu. Czyta się go w domu, w skupieniu i nadziei, że każde jego słowo, zdanie, poetyka będzie miała moc uzdrawiającą. A sama opowieść trwa dalej…

W jesiennym pokoju zapalam światło i czytam go od nowa, jak gdyby Florencja była tuż obok:

Późno już ‒ mówi. ‒ Ma pan doskonały puls. Pan dużo znosi, Maestro. I wiele się pan nauczył w ostatnich miesiącach. Znakomity był z pana pacjent. Nauczył się pan, że nie wystarczy być chorym, nie wystarczy przyjmować leki. Trzeba też umieć odpowiedzieć. Odpowiedzieć chorobie i temu wszystkiemu, co sprowadza chorobę i zsyła wyzdrowienie. [s.182]

Sándor Márai, Siostra, tłum. Feliks Netz, Zeszyty Literackie, Warszawa 2017


Bieżący temat

Dom

Bezpieczne schronienie i czułe powroty, bo wszędzie dobrze, ale tam najlepiej.


kalendarz wpisów