książki

Leonardo da Vinci, Aforyzmy. Aforismi

Jarosław Mikołajewski

Jest w zdaniach Leonarda – tych, które mnie rozświetliły – szlachetna gnomiczność, niedokończoność, fragmentaryczność, czasem apodyktyczność prawdy oczywistej i absolutnej, uwolnionej od jakiegokolwiek wstydu, by prawdę tę wypowiedzieć.

W 2019 mija pięćsetna rocznica jego śmierci, a do mnie, w wigilię tego roku, dotarło piękno i trafność poszczególnych zdań Leonarda. Ich zwięzła doskonałość, niekiedy zaskakujące przekierowanie znaczeń.

Kto weźmie do ręki mój wybór, niech wie, że czytając pisma Leonarda, i natrafiając co i rusz na poruszającą myśl, wspominałem z wdzięcznością kochaną Mistrzynię i Przyjaciółkę Julię Hartwig, która w swoich Błyskach, prócz całkiem oryginalnych zapisów własnych, zamieszczała niekiedy także zdania cudze, na przykład Mickiewicza. Otóż mam wrażenie, że energia, jaką wyzwoliły we mnie pewne fragmenty Leonarda, pokrewna jest energii Błysków wielkiej Julii – tych myśli, które wyrywają się do samoistnego bytu. Stąd tytuł wyboru, łączący poetykę obserwacji, natchnienia, rozumu i poezji.

Jest w zdaniach Leonarda – tych, które mnie rozświetliły – szlachetna gnomiczność, niedokończoność, fragmentaryczność, czasem apodyktyczność prawdy oczywistej i absolutnej, uwolnionej od jakiegokolwiek wstydu, by prawdę tę wypowiedzieć. Jest – jak w zapisku o pragnieniu – nieoczekiwane uruchomienie całego życiowego doświadczenia obserwatora i naturalisty, służące wyrażeniu lirycznej, w dodatku zaskakującej myśli.

Oto kilka przykładów, wybranych z zamkniętymi oczami:

Każdy człowiek zawsze znajduje się pośrodku świata i pod środkiem jego półkuli i nad świata tego ośrodkiem.

 Zmysły są ziemskie, w chwili kontemplacji rozum jest poza nimi.

 Woda w rzece, której dotykasz, jest ostatnią z tej, która przeszła, i pierwszą z tej, co nadchodzi. Tak samo jest z teraźniejszością.

 

Czytelnik otrzymuje więc w tych „aforyzmach” dziełko nieobiektywne, kapryśne, poddane porywom olśnienia i zastanowienia. Pewnie, że każde z pism Leonarda domaga się całościowego wydania, lecz to zadanie nie na moje siły. Nie dzisiaj. I skoro nie umiem się zmusić do scalającego, heroicznego wysiłku, pozwalam sobie na strzelisty zachwyt.

Już sama historia pism Leonarda wystawia je na kruchość. Zbierając rozproszone notatki w specjalnym notatniku, artysta pisał w 1508: to będzie zbiór bez ładu ułożony z wielu papierów, które tu przepisałem z nadzieją, że uporządkuję je kiedyś we właściwych miejscach zgodnie z materią, o której traktują. Rozproszenie sprzyjało też powstawaniu apokryfów. Zdań, które chcielibyśmy, żeby wypowiedział w naszym imieniu ktoś taki jak Leonardo, lecz których źródeł przynajmniej ja znaleźć nie potrafię. Choćby to wspaniałe proroctwo, wysnute z tradycji, wedle której Mistrz z toskańskiego Vinci był wegetarianinem: Przyjdzie czas kiedy człowiek nie będzie już musiał zabijać by jeść, a zabicie choćby jednego zwierzęcia będzie uważane za poważne przestępstwo. Ach, jak bym pragnął, żeby można je było podpisać nazwiskiem autora „Damy z gronostajem”!

Pisma Leonarda, strzeżone przez ucznia artysty Francesca Melzi, który został właścicielem brulionu, po śmierci ucznia były dzielone, wyprzedawane kartka za kartką, rozpraszane, zapominane. Podejmowane później, zwłaszcza od XVII wieku, poważne próby odtworzenia pisemnego korpusu, pozwalają czytać je dzisiaj w poruszającym pięknie fragmentu. Mój wybór to maleńka cząstka całości, pozbawiona ambicji, by wyczerpać czy choćby nadgryźć obszerny kanon. Zaledwie brulionowy wypisek, ale jak wydany przez kochaną Austerię!