kultura kino ludzie

Marcello Mastroianni. Powroty do rajów utraconych

Za kilka tygodni minie 20 lat od śmierci Marcella Mastroianniego. Ten wybitny włoski aktor w ostatnich miesiącach swojego życia wierzył mocno, że przed nim jeszcze wiele nowych historii, nowych wyzwań; jednocześnie wracał tam, gdzie coś się już skończyło, zamknęło, a także tam, gdzie nie było nigdy nic więcej, niż pragnienia.

Za kilka tygodni minie 20 lat od śmierci Marcella Mastroianniego. Ten wybitny włoski aktor w ostatnich miesiącach swojego życia wierzył mocno, że przed nim jeszcze wiele nowych historii, nowych wyzwań; jednocześnie wracał tam, gdzie coś się już skończyło, zamknęło, a także tam, gdzie nie było nigdy nic więcej, niż pragnienia. Najpiękniejsze raje to raje utracone ­– pisał Marcel Proust; Mastroianni dodawał zaś: być może istnieją raje jeszcze bardziej nęcące niż te utracone – raje, w których nigdy nie zamieszkaliśmy (Pamiętam, tak, pamiętam…, Marcello Mastroianni, , wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, str. 10).

Z mistrzem Fellinim na planie „Słodkiego życia”. Fot. Coleção Fondation Fellini pour le cinéma, Sion

Powrót do rodzinnego domu

Dom w małej miejscowości Fontana Liri niedaleko Frosinone. Dzieciństwo upływające pod znakiem problemów materialnych należało mimo wszystko do najradośniejszych wspomnień aktora. To dla rodziców i brata chciał osiągnąć zawodowy sukces, pragnąc zapewnić rodzinie chociaż namiastkę lepszego życia. Rodzice chodzili na każdą sztukę i film z udziałem syna. Mama, która z upływem lat traciła słuch, w kinie często pytała męża: – Co powiedział? Ojciec odpowiadał jej szeptem; sam, ze względu na problemy ze wzrokiem, pytał po poszczególnych scenach: Co teraz zrobił? Idealnie się uzupełniali.

W pamięci Mastroianniego szczególne miejsce zajmowały Święta Bożego Narodzenia. Wówczas przy stole gromadziła się cała rodzina z najodleglejszych zakątków Włoch. Wspólne gotowanie, ucztowanie i słuchanie powtarzających się corocznie opowieści dziadka. Ten sielankowy obraz kontrastował z momentami rozłąki. Uciekając przed poborem do wojska, Marcello musiał wyjechać z rodzinnej miejscowości. Pracował w Wojskowym Instytucie Geograficznym, a następnie ukrywał się w Wenecji. W latach późniejszych w jego snach wielokrotnie pojawiała się wojna. Znajomy psychoanalityk twierdził, że w ten sposób radził sobie z tęsknotą za rodzinnym domem.

Powrót do początków

Pewnego dnia wśród publiczności uniwersyteckiego zespołu teatralnego, w którym występował młody Marcello, pojawił się Luchino Visconti. Dzień ten odmienił życie aktora: Visconti zaproponował mu rolę w sztuce Jak wam się podoba, do której scenografię projektował Salvador Dali. – Wprowadził mnie w świat teatru i nauczył tego, co obecnie stanowi podstawę mojej wiedzy o aktorstwie – wspominał Marcello po latach (Marcello Mastroianni, Costanzo Costantini, Katowice 1999, Videograf II, str. 51).

Rozpoczynający się w ten sposób etap życia stanowił kolejny z jego rajów utraconych. Lata spędzone w teatrze pod okiem Viscontiego, dzięki któremu zagrał pierwszą wielką rolę na dużym ekranie w Le Notti Bianche, ukształtowały go i nadały bieg dalszej części jego biografii. Dzięki znajomości z Giuliettą Masiną wkrótce upomniał się o niego Fellini, zapraszając na rozmowę o filmie La Dolce Vita.

Powrót do pułkownika

Vittoria De Sicę Matroianni poznał w wieku kilkunastu lat dzięki swojej mamie, która pracowała w banku z siostrą słynnego aktora i reżysera. Marzący o karierze aktorskiej Marcello nie mógł przegapić takiej okazji na nawiązanie kontaktu! Postanowił wybrać się do miejsca kręcenia najnowszego filmu De Siki z kartką, na której napisane było: Syn mojej przyjaciółki. Maria. Vittorio docenił starania młodzieńca i, z uśmiechem, namawiał go do dalszej nauki – pewnego dnia ich drogi się na pewno zejdą! I rzeczywiście: wieku 18 lat Mastroianni wystąpił jako statysta w filmie I Bambini ci guardano w reżyserii De Siki; 10 lat później spotkali się na planie Peccato che sia una canaglia.

Relacja aktora z De Siką należała do najważniejszych w jego życiorysie. Mastroianni po wielu latach zauważył, że zawsze zwraca się do mistrza per „pułkowniku”. Pewnego razu otrzymał od De Siki scenariusz, który nie przypadł mu do gustu. Biedny nie wiedział, jak przekazać swoją negatywną ocenę wielkiemu Vittorio. W końcu powiedział: – Poruczniku! Ten film to będzie straszne g…! De Sica przyznał mu rację i skwitował: Ale kto zapłaci nasze długi? Obaj lubili bardzo szybko wydawać pieniądze…

Powrót do Sophii

Marcello, pokłóciłeś się z Sofią? – pytała mama. Widok syna na ekranie z inną partnerką niż Sofia Loren wywoływał u niej zawsze taką reakcję. Nic w tym dziwnego – do obecności Sofii u boku Marcella trudno było się nie przyzwyczaić. Razem zagrali w 12 filmach, stając się ulubioną parą nie tylko włoskiej widowni. Bawili, wzruszali, przyciągali uwagę, a ich temperament świetnie współgrał na planie. Dla obojga kino stanowiło przepustkę do lepszego życia. Towarzyszyli sobie na drodze do kariery, zawsze udzielając sobie bezinteresownego wsparcia. – Bez niego droga na szczyt nie byłaby tak ekscytująca i nie przyniosłaby mi tyle satysfakcji. Jego łagodne spojrzenie i pogodny uśmiech towarzyszyły mi zawsze, przynosząc wsparcie i radość – wspomina Sofia (Pamiętam, tak, pamiętam…, Marcello Mastroianni, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, str. 76).

W 1994 roku zagrali razem w Prêt-à-Porter Roberta Altmana. Reżyser zaproponował im, aby wybrali jedną wspólną scenę, którą chcieliby odegrać jeszcze raz. – Scena striptizu z „Ieri, oggi, domani”! – odpowiedzieli zgodnie. Seksowna Sofia i Marcello, który zabawnie wyje na jej widok, a po chwili… zasypia – tak wyglądał ich ostatni wspólny moment na ekranie.

Federico Fellini, Marcello Mastroianni, Sophia Loren. Fot. www.riviera.rimini.it

… do rozmów z Federico

Nigdy nie pytaj o scenariusz! Taką informację zanotował sobie Marcello po jednym ze spotkań z Federico Fellinim. Tematem rozmowy był film La Dolce Vita. Fellini, zapytany o scenariusz, wręczył mu karykaturalny, wulgarny rysunek. Był to początek ich współpracy i przede wszystkim wielkiej przyjaźni. Ilość rozmów do białego rana, zjedzonego wspólnie risotto i wychylonych kieliszków wina trudno by zliczyć.

Dla Felliniego Marcello był bratnią duszą, alter ego, znającym najbardziej ukryte zakamarki jego duszy. Łączyła ich niezmącona radość życia i wielka spontaniczność. Przelot helikopterem nad Rzymem po całym dniu zdjęć na planie La Dolce Vita – dlaczego nie?! Między kolejnymi scenami pozwalali sobie na liczne żarty i wspólne szaleństwa. – Gdzie jest Marcellino? Przyprowadźcie go tutaj! – niecierpliwił się Fellini, gdy tylko zabrakło przyjaciela na planie, zaś Marcello, pytany o sekret ich przyjaźni, odpowiadał z właściwą sobie ironią: –To była prawdziwa, piękna przyjaźń, oparta na odwzajemnionym braku zaufania (Wczoraj, dziś, jutro. Moje życie, Sophia Loren, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015, str. 197).

Mastroianni z trudem godził się z przemijaniem; otwarcie przyznawał, że z premedytacją wybierał rolę starszych od siebie bohaterów, aby widzowie uważali, że jego coraz dojrzalszy wygląd jest tylko kwestią charakteryzacji. W głębi serca pozostał jednak zawsze młody, a pamięcią powracał tam, gdzie działy się rzeczy ważne i piękne. Zmarł 19 grudnia 1996 roku. Tysiące rzymian żegnały go okrzykiem: Ciao Marcello!

Zapraszamy do lektury wywiadu z Małgorzatą Bogdańską, opowiadającą o Giulietcie Masinie, Federico Fellinim i monodramie „Nie lubię pana, panie Fellini” w Lente#03.