kultura sztuki piękne osobiście podróże

Świąteczne cudeńko. Szopka Arnolfa Di Cambio

Tego dnia w Rzymie lało jak z cebra. Deszcz nie dawał spokoju, zalewał metro, wciskał się do butów, zacinał pod parasole i przenikał pod kurtki. W pewnej kaplicy było jednak ciepło i sucho, a wśród jasnego kamienia w ciszy rodził się Cud.

Tego dnia w Rzymie lało jak z cebra. Deszcz nie dawał spokoju, zalewał metro, wciskał się do butów, zacinał pod parasole i przenikał pod kurtki. Brrr. Okropna sprawa. Ani człowiek nie pocieszy się świąteczną atmosferą miasta, ani nie zrobi spokojnie prezentowych zakupów. Mała Tullia ciągnie mnie za rękaw, marudząc, że chce zobaczyć „coś ładnego i świątecznego”. Daleko od Panettonu – dodaje, mieszając bożonarodzeniowe ciasto drożdżowe z antyczną nazwą świątyni wszystkich bogów. Chodzi jej oczywiście o Panteon, moje ukochane miejsce, w którego okolice każę jej dreptać każdego wieczoru – a to na lody, a to na pizzę, a to na występy ulicznych grajków.

Strapiona robię w myśli szybki przegląd bożonarodzeniowych rzymskich atrakcji. Choinki w centrum dopiero się szykują (ich wielkie odsłonięcie nastąpi 8 grudnia, a mamy dopiero szósty dzień miesiąca), sezonowa karuzela na Piazza Navona tonie w deszczu. Postanawiam zaproponować córce wyprawę do kościoła. Zwiedziłyśmy ich już dziesiątki i moje skądinąd dosyć uduchowione dziecko nie zareaguje pewnie entuzjastycznie. A meno che…, jak to mówią Włosi, chyba że…

Panteon

… okraszę naszą wycieczkę ciekawą opowieścią, najlepiej o cudach. Mała, namówiona przez Diega Galdina, naszego zaprzyjaźnionego pisarza-baristę, wypiła dzień wcześniej słynną Zuccherinę – wodę z fontanny przy Piazza Venezia. Po jej spożyciu należy podobno oczekiwać niezwykłych zdarzeń. Razem szukamy więc magii na każdym kroku. Teraz skierujemy je na wzgórze zwane Eskwilinem, do kościoła znanego z cudów…

Wspaniała bazylika, znana dziś wszystkim jako Santa Maria Maggiore, z cudu zresztą powstała. W upalną, sierpniową noc 352 roku, ówczesny papież Liberiusz ujrzał ponoć we śnie Matkę Boską. Nakazała mu ona wznieść kościół w miejscu, w którym w środku lata pojawi się śnieg. Ku zdziwieniu ojca świętego i wszystkich mieszkańców miasta, jeszcze tej samej nocy okolicę dzisiejszej bazyliki pokryła najprawdziwsza śnieżna szata. Papież zakreślił zarys fundamentów przyszłej budowli, pociągając butem po bielutkim puchu, a zdarzenie to do dziś upamiętnia druga nazwa świątyni – Santa Maria della Neve.

Santa Maria Maggiore
Tullia słucha urzeczona. Zna okrucieństwo letnich włoskich upałów. Wie, jak wielką rzadkością musi być sierpniowy śnieg, którego w Rzymie brakuje nawet teraz, w grudniu, gdy słupek rtęci wskazuje prawie dwadzieścia stopni Celsjusza. Pyta, czy na tym kończą się eskwilińskie niesamowitości, a ja cieszę się, że mam ich w zanadrzu jeszcze kilka. Podchodzimy pod ołtarz główny, osłoniony pysznym baldachimem, którego dekorację stworzył w dziewiętnastym wieku architekt Virgninio Vespignani. W krypcie u naszych stóp znajdują się relikwie betlejemskiego żłóbka, przywiezione do Wiecznego Miasta w siódmym wieku naszej ery. Pięć fragmentów świętej kołyski (Sacra Culla), jak nazywają zabytek rzymianie, skrywa bogato zdobiona szkatuła.

Tulce trudno jednak zrozumieć, dlaczego nie możemy zobaczyć z bliska pozostałości jezusowego łóżeczka; wydaje się rozczarowana i zmęczona wszechobecnym blaskiem złota i marmuru. Prowadzę ją więc do miejsca, o którym wie niewielu turystów, a którego skarby uradują jej dziecięce serduszko spragnione bożonarodzeniowych cudów.

W podziemiach bazyliki, za przysłowiony uśmiech, obejrzeć można najstarszą szopkę świata. Szopkę jakże inną od tych, które znamy z wystaw rzymskich czy neapolitańskich sklepów; szopkę pozbawioną ornamentów, prostą, skromną, a przez to jakże wymowną. Stworzył ją Arnolfo di Cambio – artysta żyjący w trzynastym wieku. Chcąc ukazać wzruszającą scenę Bożych Narodzin, wyrzeźbił swym dłutem osiem figurek. Znajdziemy tu więc Marię, Jezusa i Józefa, mężczyzn oddających pokłon i stajenne zwierzęta. Znawcy sztuki i uczeni w historii wiedzą, że nie wszystkie tutejsze statuetki są oryginalne. Co więcej, spod ręki Arnolfa nie wyszły bodaj te najważniejsze, czyli Maryja z Dzieciątkiem. Całość jednak spowija ciepło kontrastujące z chłodem kamienia, spokój bijący od skalistej bryły. Wobec nich pochodzenie rzeźb schodzi na dalszy plan. Wół i osiołek zdają się wyciągać łby do Dzieciątka, które w wersji pierwotnej leżało podobno na swym skromnym posłaniu; Tullia wpatruje się w scenę jak zaczarowana, a nad kaplicą monotonnie szumi deszcz. Tak wyglądają cuda.

arnolfo-di-cambio

Rzymska szopka Arnolfa di Cambio, wbrew rozsądkowi i chronologii, przywodzi mi na myśl niedokończoną Pietę Rondanini Michała Anioła, wystawioną na drugim końcu Półwyspu i przedstawiającą przeciwległy kraniec ziemskiej wędrówki Jezusa. Łączy je doskonałość tkwiąca w ułomności, cisza wyłaniająca się z kamienia, pobożność prostoty. Świętość.

Na dworze przestało padać. Po czterech dniach ulewnego deszczu niebo pozbawione chmur wydaje się darem wyższej siły. Tullia z uśmiechem proponuje spacer w kierunku karuzeli na placu Navona.

Cuda, cuda ogłaszają.

Zdjęcia są mojego autorstwa, z wyjątkiem fotografii głównej (nad tekstem).