kultura sztuki piękne

Świetliste odkrycia – od hebrajskiego or po włoskie portrety Roversiego

Światło to jedno z tych słów, które się powtarza i zapamiętuje. Obdarza się nim innych, wita nieznajomych. Światło chroni, odsłania twarze, towarzyszy w czekaniu, będąc świadkiem zachodzących zmian. Za każdym razem to właśnie z nim przychodzi nieoczekiwane odkrycie.

Światło to jedno z tych słów, które się powtarza i zapamiętuje. Obdarza się nim innych, wita nieznajomych. Światło chroni, odsłania twarze, towarzyszy w czekaniu, będąc świadkiem zachodzących zmian. Jest symbolem doskonałości, boskości, dobra, prawdy i miłości. Uobecnia się w sztuce, literaturze, muzyce, teatrze, fotografii, poezji, medycynie czy architekturze. Co znaczące, zjawia się również we śnie, jest więc pozaczasowe i tajemne. A jednak za każdym razem to właśnie z nim przychodzi nieoczekiwane odkrycie. Oto przykłady tych, które poczyniłam niedawno ja.

Od Genesis do Herberta

W języku polskim ‚światło’ wywodzi się od wcześniejszego względem siebie przymiotnika ‚jasny, świecący’. Jako słowo od samego początku, aż do dziś, nie zmieniło swojego znaczenia (!). Podobny był również ‚świat’, który odnosił się do jasności i samej czynności świecenia – jako słowo pochodził bowiem od prasłowiańskiego ‚świat-ła’. Historia etymologii języka polskiego pokazuje więc, że światło pozostało niezmienne, przekształcił się natomiast świat ‒ stał się ‚miejscem, gdzie jest jasno’.

W językowych historiach światła szczególne miejsce zajmuje or (אוֹר) ‒ światło hebrajskie. Z Księgi Genesis możemy wyczytać, że zostało ono stworzone w czwartym dniu, po ziemi i niebie. Powstało po to, by służyć człowiekowi. Jak pisał Isaac Bashevis Singer w Mocy Światła. Ośmiu opowieściach chanukowych, (…) ten promyk światła w otoczeniu tak wielu cieni zdawał się mówić bez słów: zło nie przejęło jeszcze pełni władzy. Iskierka nadziei jeszcze pozostała.

O takim znaczeniu światła świadczą prace trzech artystek: Nadii Issy, Marii Jankowskiej i Julii Karłowskiej. Zaprezentowano je w publikacji doktorantów i studentów Pracowni Alternatywnego Obrazowania prof. Włodzimierza Szymańskiego na warszawskiej ASP. Wszystkie mają swoje źródło w tradycji żydowskiego or. Nadia Issa swoją pracę zatytułowała Dreidel, nawiązując do czterobocznego żydowskiego bączka-zabawki, używanego podczas Święta Światła ‒ Chanuki. Na każdej ścianie czworoboku znajduje się pojedyncza litera hebrajska: nun, gimel, hepe. Są one początkami słów: נס גדול היה פה („Nes gadol haja po”), co, jak dodaje artystka, oznacza tyle, co „Wielki Cud Stał się Tu”. Każdą z tych liter Nadia Issa uczyniła otwartą, sprawiając w ten sposób, że światło przechodzące przez nią rzuca cienie w przestrzeń, trwa i jest przypomnieniem.

Nadia Issa, Dreidel, 2015
Nadia Issa, Dreidel, 2015 (fot. Nadia Issa i Maria Jankowska)

Nieco inny wymiar światła przedstawia praca Marii Jankowskiej, zatytułowana Szaked. Jak wspominała sama artystka, jest to instalacja przestrzenna skomponowana z roślinnych wieńców, odnosi się do opisu obchodów poświęcenia ołatarza w Księgach Machabejskich. Rośliną wykorzystaną w tej pracy są gałązki drzewa migdałowego, które w języku hebrajskim nazywa się czuwającym. To symbol wychodzenia z ciemności, przedzierania się w mroku, do czuwającego światła.

Maria Jankowska, Szaked, 2015
Maria Jankowska, Szaked, 2015 (fot. Nadia Issa i Maria Jankowska)

Światło to także Interferencja. Taki tytuł swoim pracom nadała z kolei Julia Karłowska, która, przekłuwając papier, stworzyła figury, rysunki ze światła: świetliste koła, spirale, muszle. Podkreśla w ten sposób cykliczność i trwałość światła, rodzącego się w świcie. Jak wspomina sama artystka, był to gest przełamania, naznaczenia, gest delikatnego otwarcia, sprawienia, by światło, choć w małych cząstkach zaistniało w przestrzeni. To światło wywołane z ciemności wpisuje się w jego magiczną naturę ‒ zachowaną w obrazie i słowie.

Julia Karłowska, Interferencje, 2015
Julia Karłowska, Interferencje, 2015 (fot. Nadia Issa i Maria Jankowska)

Te interferencje światła, które jest pośrednikiem, znakiem, symbolem, cząstką, odnajdujemy również w literaturze światowej i polskiej, której drogi bezpośrednio łączą się z kulturą wchodnią czy śródziemnomorską. Poetą światła niewąpliwie był Zbigniew Herbert, miłośnik antycznej kultury, poeta mitów, obserwator małych fragmentów pamięci. Obok znanych wierszy, jak Dlaczego klasycy, Uprawa filozofii, Tren Fortynbrasa, które łączą się z antycznym kanonem piękna, warto przywołać dwa utwory ze skrajnych okresów twórczości Herberta. Pierwszym z nich jest fragment, a dokładniej początek drugiej strofy wiersza Chciałbym opisać, pochodzącego z tomu Hermes, pies i gwiazda (1957):

chciałbym opisać światło
które we mnie się rodzi
ale wiem że nie jest ono podobne
do żadnej gwiazdy
bo jest nie tak jasne
nie tak czyste
i niepewne

Temu pragnieniu opisania światła, które zdaje się wymykać poetyckim wyobrażeniom, zanikać, uciekać od ideału, towarzyszy chęć opisania rzeczy najmniejszych, jak zapowiada na początku utworu sam poeta: Chciałbym opisać najprostsze wzruszenie / radość lub smutek / ale nie tak jak robią to inni / sięgając po promienie deszczu albo słońca.

Światło nie zawsze przychodzi z łatwością, wielokrotnie walczy z ciemnością. Są też chwile, kiedy zanika. Ten graniczny moment ‒ opuszczenia i przywrócenia światła ‒ opisywał Herbret w prozie poetyckiej z 1969 roku w utworze Świt:

W najgłębszym momencie przed świtem rozlega się pierwszy głos tępy i ostry zarazem jak uderzenie noża. Potem z minuty na minutę wzmagające się szmery drążą pień nocy.

Wydaje się, że nie ma żadnej nadziei.

To, co walczy o światło, jest śmiertelnie kruche.

I kiedy na horyzoncie ukazuje się okrwawiony przekrój drzewa, nierealnie duży i prawdziwie bolesny, nie zapomnijmy błogosławić cudu.

Walka o światło zdaje się dotyczyć nie tylko tego, co na zewnątrz, nie tylko tego, co stałe i niewzruszone. Wielokrotnie pojawia się u samych początków, dyskusji i dialogów. Ludzkie towarzyszenie światłu sięga także czasów tworzenia miast, a wraz z nim zamieszkania w jasności. Światło zdaje się być zapamiętane.

Świt w Toskanii na fotografii hiszpańskiej artystki Moniki Valladares.
Świt w Toskanii na fotografii hiszpańskiej artystki Moniki Valladares

Od Calvino do Roversiego

Tę świetlaną poetykę stworzył Italo Calvino w Niewidzialnych miastach. Przywołane przez autora miasta: pamięci, pragnienia, znaków, wpisane w wędrówkę Marco Polo i Chana, mogłyby wskazywać na miejsca rozpoznane i oglądane przez wieki; miejsca, do których jesteśmy przywyczajeni. Widzialność zakłada odpowiednią optykę i jasność widzenia. Tymczasem autor nazywa miasta niewidzialnymi, a więc takimi, które pozostają poza wzrokowym doznaniem, poza polem zauważenia.

Niewidzialne miasto skłania do poszukiwania tego, co jest niedostrzegalne bezpośrednio. Calvino pokazuje, że istnieje jedno światło, które zamieszkuje inaczej, trzeba je tylko rozpoznać. Jest więc światło domu, światło relacji, światło odkrywane w zwierciadle, promyk na drodze, światło powracające, nikłe światła w oddali, oświetlone lampiony w domostwach, ale też światło w nieustannym ruchu, czy miasta przygaszone. Światło widziane z góry, oglądane w ornamentach. A jednak tym, co wydaje się najważniejsze, jest pewność, że Światło istnieje, że jest bliskie. Światło wydaje się oksymoroniczne, z jednej strony jest stałe, niezmienne, lecz gdy się powtarza – nigdy nie jest podobne.

Świt nad Miastem, a dokładnie – Świętym Miastem. Fot. liuruideyouyou / Pixabay
Świt nad Miastem, a dokładnie – Świętym Miastem (fot. liuruideyouyou / Pixabay)

W historii fotografii i filmu pojawia się też pewność światła i tradycja ocalenia naturalnego widzenia. W 1997 roku Paolo Roversi, włoski fotograf, nazywany poetą obrazu i mistrzem światła (mówi się wręcz o ‚świetle Roversiego’) wykonał sesję Infanta style dla włoskiej edycji Vogue. Jego twórcza droga wiodła od prowizorycznej ciemni, jaką młody Roversi stworzył w Rawennie, przez Wenecję, aż po pracę w Paryżu. Światło, jak można się przekonać w jego pracach, odnalazł w kanonie sztuki Diego Velázqueza. Jest ono nieustannie obecne w jego twórczości. Roversi od wielu lat podkreśla, że tym, co sprawia, że jego fotografie-obrazy są wyjątkowe, to zachowanie naturalnego światła – w ten sposób zjawiskowe postaci, wyjęte niczym ze snu i rajskiej wyobraźni, zdają się ocalać dziewietnastowieczne malarstwo i wpisaną w nie prawdę.

Fotografie Roversiego udostępniane przez użytkowników serwisu społecznościowego Pinterest (zrzut ekranu).
Fotografie Roversiego udostępniane przez użytkowników serwisu społecznościowego Pinterest (zrzut ekranu)

Alchemia światła uwidacznia się zresztą nie tylko w portretach Roversiego. Artystę w ostatnim czasie zainteresowała również fotografia podróżnicza, a ta zdaje się być przestrzenią, z której wywodzi się i w której ukrywa się światło. Wspominał o tym Roversi w jednym z wywiadów, opowiadając o swojej podróży do Indii: Nieustannie widziałem tysiące małych światełek w świątyniach i wszechobecny kurz. Kurz i cień sprawia, że lepiej widzisz światło – a Indie są jednym wielkim cieniem. Czasem nie wiedziałem, czy widzę człowieka, bóstwo, kamień, krowę – tajemnica skryta w cieniu zafascynowała mnie. Od tej pory zacząłem eksperymentować z brakiem oświetlenia w studiu, fotografować raczej cień, niż światło, które czasami odsłania zbyt wiele (cytat za stroną www.swiatobrazu.pl).

To podwójne istnienie światła i cienia, a także melancholijne fotografie-obrazy Roversiego zatrzymują na dłużej. Zdają się być blisko włoskiego dare alla luce ‒ ‚wydawać na świat(ło). Są nieskończoną opowieścią, w której tęsknota za jasnością zawsze zwycięża.

Na zakończenie chciałabym podzielić się polskim świetlistym cytatem, tym najbliższym, prawdziwym: ubywa mi lęku / przydarzają się cząstki światła (K. Miłobędzka, z tomu Po krzyku). Niech te słowa będą też noworocznymi życzeniami, bo Światło trwa. Nie znika. Nie gaśnie.