kultura kino ludzie

The Place. Rozmowa z Paolem Genovese

Włosi pokochali komedie Paola Genovese już dawno, zachwycając się filmami takimi, jak Tutta colpa di Freud czy Immaturi. Po kasowym przeboju Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie sława reżysera przekroczyła włoskie granice. Dziś powraca on do kin z The Place – kameralnym dramatem, który zebrał 8 nominacji do nagrody David di Donatello, włoskiego odpowiednika Oscarów. O swym najnowszym filmie Paolo Genovese opowiada Beacie Zatońskiej.

Na planie The Place zebrały się same gwiazdy – m.in. Valerio Mastandrea, Marco Giallini, Alba Rohrwacher, Sabrina Ferilli. Głównym bohaterem jest siedzący w niewielkim barze tajemniczy mężczyzna z czarnym notesem. Rozmawia z ludźmi, którzy proszą go o zdrowie dziecka, o urodę, miłość czy o odzyskanie wiary w Boga. On wszystko skrzętnie notuje, obiecuje pomoc, ale żąda w zamian wykonania pewnego zadania… 

 

Po sukcesie Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie publiczność oczekiwała, że zrobi Pan kolejną komedię. Zdecydował się Pan jednak na film wieloznaczny, stawiający trudne i niewygodne pytania. Dlaczego?

Powodów było wiele. Przede wszystkim po Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie poczułem, że nie chcę się powtarzać. Sukces daje kredyt zaufania u publiczności – wiedziałem, że ludzie przyjdą do kina, żeby zobaczyć mój film. Postanowiłem, że pójdę dalej niż do tej pory, opowiem historię trudniejszą i bardziej mroczną; byłem przekonany, że taki właśnie film może się widzom spodobać.

Inspirował się pan amerykańskim serialem The Booth at the End, który uznano wprawdzie za interesujący, ale nie odniósł on przecież szalonego sukcesu.

Rzeczywiście ten amerykański serial bardzo mnie poruszył, bo dotyka spraw ważnych, fundamentalnych. I jest bardzo aktualny. Chciałem też rozwinąć wątki serialowych postaci, które wydały mi się szczególnie interesujące.

Czyżby lubił Pan ryzykować?

Artysta musi ryzykować. Tak jak mówiłem, po Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie nie chciałem się powtarzać. Wolałem się potknąć, zrobić gorszy film, ale taki, do którego będę na 100 procent przekonany. Oczywiście miałem przy tym nadzieję, że widzowie go docenią. Inna sprawa, że często powtarzam opinię braci Tavianich, którzy twierdzili, że publiczność sama nie wie, co może jej się spodobać; trzeba jej to uświadomić.

Czymś, co łączy Pana dwa ostatnie filmy, jest fakt, że ich akcja zamknięta jest w niewielkim pomieszczeniu. W Dobrze się kłamie… było to mieszkanie Evy i Rocca, tu – niewielki bar. Odbiera Pan tę hermetyczną przestrzeń jako wyzwanie?

Rzeczywiście w obu przypadkach kręciliśmy tylko w jednej lokacji. Poprzednio mieliśmy jednak zdecydowanie więcej miejsca – to było duże mieszkanie. Tym razem dysponowaliśmy zakamarkiem w niewielkim barze, a właściwie stołem, przy którym siedzi główny bohater. Filmowy świat bardzo nam się więc skurczył, a każde ujęcie musiało być bardzo precyzyjnie przemyślane. Cały ciężar spoczywał na aktorach. Postanowiłem, że kamera nie będzie pokazywać tego, co się dzieje na zewnątrz – w gruncie rzeczy to nieważne, czy rzecz dzieje się w Rzymie czy gdziekolwiek indziej. Mógłby to być bar w dowolnym miejscu w Europie.

 

Po nakręceniu Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie bardzo wyraźnie zdałem sobie sprawę, że każdy widz przenosi filmową opowieść na to, co wydarzyło się w jego życiu. Opowiedziałem więc historię uniwersalną. Po obejrzeniu The Place ludzie zastanawiają się, jaka jest mroczna strona ich osobowości, a ja dopiero teraz widzę wyraźnie, że w dwóch ostatnich filmach kazałem się bohaterom konfrontować z ich osobistymi demonami. W Dobrze się kłamie… były stosunkowo niewielkie, kryły się w telefonach komórkowych. Sytuacja wyjściowa była prosta: gra towarzyska, w której wszyscy uczestnicy kładą na stole telefony i pozwalają innym czytać swoje SMS-y czy odsłuchiwać wiadomości ze skrzynki głosowej. W The Place ciężar gatunkowy rośnie; demony mieszkają w czarnym notesie. Każdy z bohaterów musi odpowiedzieć sobie na pytanie, jak wiele jest w stanie poświęcić, by zrealizować marzenia. Czy zrobi to za wszelką cenę, oszukując i zabijając? Zwłaszcza w dzisiejszych czasach warto się nad tym zastanowić.

A jak Pan odpowiada sobie na to pytanie?

Tak samo jak jeden z bohaterów filmów mam córkę. Zadałem sobie pytanie: co bym zrobił, gdyby się okazało, że moje dziecko zachorowało na raka, a je mogę ją ocalić za cenę życia innego dziecka? Nie potrafiłem sobie jednak odpowiedzieć. Tak naprawdę dowiadujemy się prawdy o sobie dopiero wtedy, gdy znajdujemy się w konkretnej sytuacji. Teoretyzowanie na nic tu się nie zda.

Młoda kobieta w The Place prosi bohatera z czarnym notesem, by pomógł jej odzyskać miłość męża. Jak odniesie się Pan do tej sytuacji?

Pyta Pani, czy, jak w scenariuszu, zdecydowałbym się na rozbicie innego małżeństwa, by żona nadal mnie kochała? Może tak?

Zastanawiam się też, kim jest główna postać Pana nowego filmu.

Na to pytanie każdy sam musi sobie odpowiedzieć.

Czy to w tych pytaniach kryje się sekret dobrego filmu? A może najważniejsi są aktorzy, scenariusz?

Ważne są słowa i to, kto je wypowiada.

Sekret kina jest więc Panu doskonale znany; jednak Pana droga do reżyserii była dość kręta. Studiował Pan ekonomię, potem pracował w reklamie… 

To prawda, że zacząłem dość nietypowo. Zawsze jednak lubiłem opowiadać historie. Robiłem to na różne sposoby: pisałem opowiadania, wystawiałem przedstawienia w mojej małej trupie teatralnej. Kręciłem też filmy krótkometrażowe – w czasie, gdy nie było to jeszcze wcale modne. Rzeczywiście jednak długo nie brałem tego na poważnie. Zmiana nastąpiła, gdy nawiązałem współpracę z Lucą Miniero. Nakręciliśmy razem krótki film Incantesimo napoletano, który został nominowany do nagrody David di Donatello. Przekonałem się wówczas, że to właśnie film jest tym, co mnie w życiu najbardziej interesuje.

Ciekawa jestem wobec tego, co oznacza dla Pana określenie „kino popularne”.

Cóż, film jest jak jedzenie, raz na jakiś czas trzeba zmieniać menu! Niech żyje sushi, ale i McDonald też. (śmiech)

Proszę powiedzieć nam na zakończenie: nad czym pracuje Pan teraz? Wróci Pan do komedii?

Znowu szykuję film inny niż te, które nakręciłem do tej pory – tym razem z nutą fantastyki. Zrealizuję go w Nowym Jorku. Będzie nosił tytuł Pierwszy dzień mojego życia.

 

Zdjęcia: Aurora Films