kultura lente znaczy powoli podróże

Z Herodotem po Neve Tzedek

Neve Tzedek jest dzielnicą położoną w południowej części Tel Awiwu, zbudowaną w latach osiemdziesiątych XIX wieku. W niewielkim oddaleniu od morza przycupnęły niewysokie, kolorowe budynki, usytuowane wzdłuż wąskich uliczek. Założyciele dzielnicy chcieli, by żyło się tu lepiej, inaczej, bez pośpiechu, dlatego nazwali osiedle Oazą Sprawiedliwości. Tak przynajmniej podają encyklopedie. Relata refero.

Rzeczownik „oaza” pochodzi podobno od greckiej nazwy pewnej staroegipskiej miejscowości, podanej przez Herodota. Używa się go dziś dla określenia terenu o bujnej roślinności, stanowiącego niespodziewany obszar wegetacji na pustyni, lub, w znaczeniu przenośnym, jako synonim enklawy czy wysepki. Tak mówi słownik – ja powtarzam powtórzone.

Neve Tzedek, Tel Awiw. Fot. Julia Wollner
Palmy w Neve Tzedek, Tel Awiw. Fot. Julia Wollner

O Herodocie, powtarzaniu i oazach rozmyślam dzisiaj, spacerując spokojnym krokiem po najelegantszej chyba dzielnicy Tel Awiwu: Neve Tzedek. Starożytny grecki historyk, ze względu na linearność czasu i historii, nie miał możliwości odwiedzenia tego uroczego miejsca. Z całą pewnością uznałby je jednak za godne opisania, warte badań i refleksji. Urzekające w odbiorze, inspirujące w przekazie. Swoim zwyczajem zagadałby kilku mieszkańców, by opowiedzieli mu o swojej okolicy; potem złapałby za pióro i kreślił krągłe greckie litery, odnajdując, jak ja, esencję oazy wśród niskiej zabudowy, wirtuozersko zaaranżowanych ogródków, ciszy i bezostentacyjnego szyku. Opowieść zakończyłby zapewne słowami: λέγειν τὰ λεγόμενα, relata refero*. W sercu jednak chowałby własny obraz miejsca, którego wspomniana już linearność czasu i historii nie pozwalałaby jeszcze nazwać fotografią.

Plac przed centrum Suzanne Dellal w Tel Awiwie. Fot. Julia Wollner.
Plac przed centrum Suzanne Dellal w Tel Awiwie. Fot. Julia Wollner

Neve Tzedek jest niewielką dzielnicą położoną w południowej części Tel Awiwu, zbudowaną w latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku, zanim jeszcze powstało miasto nazwane później Wzgórzem Wiosny. Osiedle założyła grupa żydowskich rodzin, poszukująca do budowy swoich wymarzonych domów okolicy spokojnej i cichej, różnej od przeludnionej i gwarnej Jaffy. W niewielkim oddaleniu od morza wznieśli oni niewysokie budynki, usytuowane wzdłuż wąskich uliczek, dbając o to, by zawierały wszystkie możliwe udogodnienia. Tu miało się żyć lepiej, inaczej, bez pośpiechu, choć blisko było przecież do tłumów w rozkrzyczanej Jaffie. Swemu osiedlu nadali nazwę Neve Tzedek, dosłownie: ‚Oaza Sprawiedliwości’. Tak przynajmniej podają encyklopedie. Relata refero.

Kolorowe fasady, barwne drzwi w Neve Tzedek. Fot. Julia Wollner.
Kolorowe fasady, barwne drzwi w Neve Tzedek. Fot. Julia Wollner

Z początkiem XX wieku dzielnica coraz bardziej rozkwitała. Mieszkało tu wiele sław, głównie literatów, a okolicę, będąca już wówczas częścią nadmorskiej metropolii, kojarzono z wyrafinowaniem i intelektualnym snobizmem. Jak to jednak z modami bywa, prestiż i renoma prędko przeminięły – majętni Izraelczycy coraz częściej wybierali do życia północne rejony miasta. Przewodniki podają, że Neve Tzedek na długie dziesięciolecia popadł w ruinę i zapomnienie, co potwierdzają moi telawiwscy znajomi. λέγειν τὰ λεγόμενα.

Neve Tzedek to artystyczna dzielnica. Fot. Julia Wollner
Neve Tzedek to artystyczna dzielnica. Fot. Julia Wollner

W latach osiemdziesiątych XX w. historia, a także miejscowa społeczność, postanawiają dać okolicy jeszcze jedną szansę. Władze miejskie opracowują wówczas program ochrony dzielnicy; rozpoczynają się prace renowacyjne. Wśród niewysokiej zabudowy otwiera się coraz więcej restauracji, kawiarni i butików, a ambitni nabywcy zrujnowanych kamieniczek postanawiają przywrócić im dawny blask. Neve Tzedek odradza się, ogródki wypełniają barwnymi kwiatami, okiennice otwierają na oścież. Nie muszę już powtarzać powtórzonego. Z przyjemnością krążę po czarującej okolicy i poznaję ją na własny rachunek.

Wejście do francuskiej knajpki w Neve Tzedek. Fot. Julia Wollner.
Wejście do francuskiej knajpki w Neve Tzedek. Fot. Julia Wollner

W ciszy i zachwycająco dyskretnie odbywają się tu bez ustanku zmagania Wschodu z Zachodem – kluczowa kwestia zaprzątająca przed wiekami myśl towarzyszącego mi dziś w wędrówce Herodota. W tym eleganckim, zadbanym i pełnym wydarzeń kulturalnych sąsiedztwie kwestia pogodzenia odmienności daje odpowiedzi pozytywne, cieszące oko, ucho i podniebienie. Architektura osiedla, która zachwyca wizualnie każdego spacerowicza, jest eklektyczna: Art Nouveau i Bauhaus mieszają się bez przerwy z wpływami orientalnymi, a najnowocześniejszy design przeplata z patyną i szlachetną rdzą. Naokoło rosną wielopiętrowe wieżowce – biura, hotele – na które spoglądamy jak z pływającej wyspy: są blisko, ale poza nami. Słuch odpoczywa, bo, jak na oazę przystało, kakofonię zostawiamy za sobą, na barwnym i niezwykle głośnym, przepysznie wschodnim bazarze Shuk Ha’Carmel. Za plecami niknie też urokliwy – choć dla niektórych męczący – chaos i nieporządek; nadal jest jednak na wyciągnięcie ręki, jedynie kilka metrów stąd. Z kuchni wykwintnych restauracji płyną kuszące aromaty, a w ich nutach zwyczaje typowe dla Bliskiego Wschodu spotykają się z najlepszymi kulinarnymi wyborami Europy Zachodniej. W zaułkach kryją się barwne galerie i pracownie artystów, którym pracę umilają delikatne dźwięki arabskiego fletu; na głównym placu, w Centrum Suzanne Dellal, rozbrzmiewają fragmenty najsłynniejszych baletowych kompozycji rosyjskich klasyków. Nad głowami przechodniów rozgrywa się urzekający wizualnie spektakl: niebo, wiecznie parzące gorącym słońcem, ale zmieniające barwę w zależności od pory dnia, przesłaniają palmy, rzucając bujny, kojący cień na piaskowe chodniki i żółtawe ściany kamienic.

Fajrant w Neve Tzedek. Fot. Julia Wollner
Fajrant w Neve Tzedek. Fot. Julia Wollner

W tej scenerii, wśród palm i drzew grejpfrutowych o bielonych pniach, otoczonych sztucznymi potokami szemrzącej wody, dostrzegam mamy z dziećmi, wysportowanych biegaczy z psami na smyczy, czytających książki studentów i uśmiechniętego, wspartego na lasce staruszka, leniwie sączącego lemoniadę. Dłuższą chwilę zastanawiam się, czy, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej o okolicy, powinnam zadać im kilka pytań. Trudno stwierdzić, czy przyszli tu na popołudniową przechadzkę, czy są stałymi mieszkańcami miejsca, które w chwili obecnej ceni się najwyżej w całym Tel Awiwie. Koniec końców, porzucam plan wcielenia w życie metody Herodota, uśmiechając się w myślach do jego słynnego cytatu: Lepiej, by nam zazdrościli, niż nas żałowali. Rzeczywiście – dobrze, że Neve Tzedek nie jest już dzielnicą slumsów, tylko drogą i prestiżową częścią miasta. Nacieszyłam się dzisiejszego popołudnia jej łagodną gustownością. Jest dla mnie czarującą, zachwycającą oazą, a pisząc o niej, nie dodam już: relata refero. Wolę przymknąć oczy i schować głęboko w środku obraz pełen zieleni, kojącej ciszy i skromnej elegancji.

___________________________

*Powtarzam powtórzone.

 

Zdjęcie główne: יעל י/Wikipedia Commons