lente znaczy powoli Lente-Inspiracje ludzie podróże styl życia

Maroko z Martini

O Maroku opowiada Martyna Łukasiak – właścicielka firmy Martinitours oferującej autorskie programy wycieczek do tego niezwykłego kraju.

Do Maroka jeszcze nie dotarłam. Zerkam tęsknie w jego kierunku z tarasu domu moich rodziców na południowym krańcu Hiszpanii. Czytam o nim w książkach, wyobrażając sobie żywe barwy jego krajobrazu, uśmiechniętych mieszkańców, pobrzękiwanie pięknej berberyjskiej biżuterii. Nie wiem jeszcze, jak smakuje, jak pachnie, jak daje się dotykać. Wiem jednak, że gdy wreszcie zdecyduję się je odwiedzić, zrobię to z pomocą Martyny Łukasiak, właścicielki firmy Martinitours, organizującej szyte na miarę wyjazdy do tego niezwykłego śródziemnomorskiego kraju.

Martyna mieszka w Maroku od 11 lat; od 2010 roku tworzy autorskie programy wycieczek dla, jak sama mówi, ludzi chcących spędzić wakacje inaczej, niekoniecznie w autobusie, a na pewno nie sztampowo. Zabiera ich na pustynię, w wysokie góry, na pustkowia; zaprasza na warsztaty kulinarne, aby każdy z uczestników mógł skosztować marokańskich smaków. Miesięcznik „Podróże” wytypował organizowaną przez nią imprezę „Sylwester na Saharze” na jedną z 10 najciekawszych tego rodzaju propozycji na świecie.

Przez morze do Maroka

– Do Maroka trafiłam za karę, jak Herkules – śmieje się Martyna. – Przez cztery lata mieszkałam w Grecji, ale bogowie zerkający na mnie z Olimpu ewidentnie powiedzieli „basta”, bo nagle wszystko przestało mi się w tej Grecji układać. Zdecydowałam się na wyjazd w inną część Naszego Morza, choć zupełnie nie wiedziałam, co mnie tam czeka. A czekało wiele niespodzianek: ten kraj jest bowiem jak mozaika na ścianie; składa się z mnogości różnorodnych kawałków, które tworzą barwną i zaskakująco spójną całość. Powitał ją dobrze znany śródziemnomorski klimat, typowa dla tego regionu roślinność, kuchnia wypełniona oliwą z oliwek i doskonałym winem. Zaskoczyły elementy w Europie często nieobecne: minarety skryte wśród palm, mężczyźni odziani w dżelaby, nieporównywalna z niczym radość życia i poczucie humoru, pomysłowość, ogromny szacunek do człowieka i do przedmiotów będących wytworem pracy ludzkich rąk.

Od drugiego wejrzenia

Zamiast zimnych muzealnych sal, Maroko pokazało mi tłoczne, hałaśliwe i barwne uliczki starych miast. Zamiast posągów – żywych ludzi; zamiast makiet, rzeźb, obrazów: zamki z gliny, kolorowe kafelki na ścianach, kilimy na podłogach. Europejskie instrukcje czy drogowskazy zastąpiły okrzyki i ekspresyjne gesty. Uderzyły mnie smaki, kolory, zapachy! – opowiada Martyna. Dziś tym wszystkim stara się dzielić z klientami swojego biura podróży, pokazując poznane przez siebie drogi w kraju, który okazał się jej wielką miłością. – To nie była miłość łatwa, a na pewno nie miłość od pierwszego wejrzenia – podkreśla. – Przed długi czas myślałam, że Maroko jest miejscem, które najlepiej określa proste słowo: dziwne. Wszystko wygląda tu jak wielka galeria sztuki. Wszystko jest na opak. Gazety czyta się od końca; miętę, tymianek, szałwię i majeranek dodaje do herbaty i kawy, zaś cynamon sypie do mięsa! Zamiast deszczu z nieba sypie się tu piasek, a mężczyźni chodzą sukienkach.

A jednak początkowy sceptycyzm szybko ustąpił miejsca ciepłym uczuciom odnalezionym podczas samodzielnej wędrówki. Martyna pojechała w dzikie góry Rif, do malutkich wiosek w północnej części Maroka. – Spałam na matach plecionych z agawy w ubogich lepiankach, z krowami za ścianą. Zwiedzałam okolicę na osiołku. Co rano budziły mnie kury, a zaraz potem miejscowe kobiety specjalnie dla mnie tworzyły parawan z własnych ciał, abym mogła się umyć w wodzie, którą polewały mnie z miedzianych misek. Zatrzymała się też na dłużej w Fezie, najstarszym mieście Maroka. – Mieszkałam w samym sercu medyny zbudowanej w VIII wieku. Czas zatrzymał się tam w miejscu. Do dziś pamiętam, jak każdego wieczora gubiłam się w labiryncie wąskich uliczek wypełnionych zapachem cedrowego drewna i oślich odchodów. Dni spędzałam, siedząc z mieszkańcami miasta na dachach, próbując smakołyków oferowanych mi przez gospodarzy, zaś nocą, popijając szare wino, podziwiałam orientalne tańce kobiet w zadymionych barach pełnych mężczyzn. Później przyszła kolej na Saharę. – Śpiąc na pustyni pod kołdrą utkaną tylko z gwiazd, obserwując, jak moja skóra zamienia się w suchą skorupę, nie mając prawie nic i przeżywając najtrudniejsze, być może, chwile w moim życiu, zakochałam się.

 

Maroko – moja miłość

Najbardziej urzekli ją ludzie. – Moim zdaniem to Marokańczycy wymyślili maksymę „Carpe diem!” – żartuje Martyna. – Są niezwykle emocjonalni, serdeczni, gościnni i pomocni w stosunku do obcych. Zawsze weseli, choć przecież żyje się tu skromniej niż w Europie. Jak wielu przyjezdnych, zachwyciła ją też marokańska swoboda bycia. – Nikt tutaj nie uzna cię za dziwaka, jeśli podczas spaceru usiądziesz sobie na chwilę na krawężniku, jeśli wyjdziesz na zakupy w piżamie, czy położysz się, ot tak nagle, pod palmą, bo się zmęczyłeś. Panuje tutaj cudowna wolność! Dodajmy do tego niezwykłą różnorodność krajobrazów – góry, pustynię, morze, jeziora; współistnienie nowoczesności i wielowiekowej tradycji; bogactwo zwyczajów i zaskakujący klimat, w którym palące słońce co chwilę ustępuje przeszywającemu wiatrowi. Otrzymujemy receptę na miłość na zawsze, bo tutaj, jak w bez przerwy stymulującym związku, po prostu nie sposób się nudzić.

Lekcje dla pilnych

Maroko to jednak nie tylko mili ludzie, piękno przyrody i fascynująca historia; to także miejsce, które chętnym i otwartym gościom przekazuje bogate lekcje życia. Martyna mówi, że nauczyło ją szacunku do natury, ale i do siebie. Przywróciło też zapomniany w Europie szacunek do przedmiotów, dopiero w ostatnich latach powoli odkrywany w ramach mody na minimalizm i filozofię slow. W Maroku nie istnieje pojęcia zakupoholizmu, a na spacery nie chodzi się do galerii handlowych. Zakupy robi się na sztuki, bez gromadzenia zapasów, a do tego najchętniej na targu, gdzie można pogawędzić ze sprzedawcami i nacieszyć zmysły kolorami i zapachami. Marokańczycy, jak na byłych nomadów przystało, to lud ciągle przemieszczający się – czy to za pracą, czy za wodą, czy po prostu z potrzeby serca. Dlatego z natury są minimalistami. Rzadko kiedy cokolwiek wyrzucają, za to często i chętnie robią coś z niczego. Butelkę po wodzie zamienią w wazon czy świecznik; zniszczone ubrania przeszyją lub pokroją na szmatki wykorzystywane przy sprzątaniu. Każdy przedmiot ma tutaj swoją historię. W marokańskich górach żyją mężczyzni, których dobytek przez całe życie ogranicza się do kindżału i torby, zaś kobiety z rejonów subsaharyjskich, z plemion Ait Khadasz, przerabiają zużytą odzież na zachwycające, kolorowe kilimy. Co ważne, to specyficzne nastawienie do przedmiotów nie wynika z biedy, a z przekonania, że do pewnych rzeczy nie warto przywiązywać zbytniej uwagi. Ktoś, kto chodzi w starych sandałach i wytartych spodniach nie musi być ubogi – najprawdopodobniej uważa po prostu, że jeśli coś jeszcze się nie rozpadło, to po co kupować nowe? Jeśli zwiedzając Maroko otworzymy szeroko nie tylko oczy, jest szansa, że wrócimy do domu zupełnie odmienieni, z nowym nastawieniem do rzeczywistości, w której często brakuje wolności – skradzionej przez materię.


Strachy na Lachy

Wyjazd do Maroka bywa zaskakujący także z innych, czysto praktycznych względów. W Polsce przyzwyczailiśmy się myśleć o Afryce jako kontynencie niebezpiecznym, wręcz groźnym; okazuje się jednak, że w jego północnej części czeka na nas kraj przyjazny ze wszystkich miar. – To idealne miejsce do podróżowania z dziećmi – tłumaczy mi Martyna. – Maluchy się tu po prostu uwielbia, wszędzie witane są z radością i entuzjazmem. Uspokaja, że w Maroku nie należy również bać się egzotycznych chorób. Każdy znajdzie tu dla siebie ulubiony sposób wypoczynku – można leniuchować i wygrzewać się na słońcu, można też spędzać czas bardzo aktywnie. Wiele elementów codzienności bez wątpienia miło nas zaskoczy. – W Maroku nikt sobie niczego nie utrudnia, wręcz przeciwnie. Sklepy są świetnie zaopatrzone i otwarte często do północy; jedzenie zachwyca najbardziej wybrednych, a miejscowi każdemu chętnie podadzą pomocną dłoń. Tu nie tylko nie ma czego się bać – tu po prostu trudno nie cieszyć się z życia.

Słuchając opowieści właścicielki Martinitours, z odrobiną zazdrości stwierdzam, że jest Marokiem całkowicie przesiąknięta, jakby między nią a wybranym przez nią śródziemnomorskim krajem dokonało się najprawdziwsze zjawisko osmozy. Mam wrażenie, że wybierając się w podróż z Martyną, wybieramy po prostu Maroko, które jest w niej. Maroko z jej marzeń, z jej historii, poprzecinane jej drogami, oswojone, ukochane, a jednocześnie nieodkryte, zagadkowe, niezmiennie fascynujące. Takie, w którym i nam trudno będzie się nie zakochać. Zresztą, gdy Martyna namawia mnie na wspólne pieczenie chleba w gorących piaskach Sahary, na poznanie ludzi żyjących w kolorowych zamkach ulepionych z gliny i na herbatę parzoną z pachnącym szafranem, myślę, że chyba nawet nie warto próbować.

 

Z Martyną można skontaktować się przez jej stronę internetową www.martinitours.com lub przez jej fanpage na Facebooku: Maroko Martinitours Martyna Łukasiak.

 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum Martyny Łukasiak.