podróże przyroda

Kerkini, ach, Kerkini! Zapiski fotografa przyrody

Paweł Czapczyk

Jezioro Kerkini to jedna z najciekawszych przyrodniczych atrakcji północnej Grecji. Utworzone w 1932 roku na terenie rozległych mokradeł Macedonii Środkowej stanowi prawdziwą oazę dla lokalnej fauny i flory, w tym licznych gatunków ptaków, jak pelikany, kormorany i flamingi.

Podczas fotograficznej wyprawy nad jezioro Kerkini tworzymy z uczestniczkami i uczestnikami niemal jeden współodczuwający organizm. Zarażamy się troską i wrażliwością. Podziwiamy grecką prowincję, przez którą nie prowadzą szlaki wycieczkowe żadnych klasycznych biur podróży. Miejscowi mężczyźni o skroniach przyprószonych siwizną i twarzach bliskich złotej proporcji, spotykani w wioskach, tawernach i małych sklepikach, nie mówią po angielsku. Tylko po grecku odpowiadają także kobiety o kruczych brwiach i wyrazistych rysach Irene Papas.

My rozprawiamy wieczorami o naszych tematach dnia, czyli różanopalcych flamingach, brązowo-czarnych bawołach wodnych, nieledwie dzikich, które pasą się na przybrzeżnych murawach, a kiedy akwen się wiosną ociepla, z lubością zażywają kąpieli wodnych i błotnych, brodząc wśród rozłożystych liści grążeli i hiacyntów. Wreszcie – o pelikanach kędzierzawych, ogromnych ptakach o blisko trzymetrowej rozpiętości skrzydeł, które od świtu do zmierzchu żerują, odżywiając się niemal wyłącznie rybami. O pelikanach dalmatyńskich (bo i tak są one zwane), u których worek pod żuchwą staje się w okresie godowym ognistoczerwony, a bujne kędziory z piór zawadiacko sterczą im na czubku głowy. O pelikanach, które budują na kamienistej wyspie gniazda z traw, trzcin i gałązek spajanych lepkimi odchodami. Nie wolno do nich wówczas podpływać, a i one nie reagują na widok łódek oferujących im świeżo złowione ryby z jeziora. Godziny mijają, a my przypominamy sobie, że w dawnych epokach te ogromne ptaki były figurami samego Chrystusa, gdyż według wierzeń i przekonań poświęcały się, własnym ciałem i krwią karmiąc swe bezbronne młode.


Nasi greccy przewodnicy mówią, że liczebność pelikanów na świecie spada, a ich zimową przystanią stają się właśnie okolice płytkiego jeziora Kerkini – rozległe połacie otoczone wzgórzami i górami Macedonii Środkowej. Babis wspomina osobnika, który się nad Kerkini urodził, ale jako młody ptak postanowił poszukać swego szczęścia w życiu gdzieś pod Salonikami. Tam napadł na niego szakal. Wówczas biedak, w pojedynkę maszerując przez wiele dni z odgryzionym skrzydłem, powrócił do domu. Dziś jest dokarmiany przez miejscowych rybaków i traktowany jako symbol heroizmu i woli przetrwania. Nikos z kolei, pobrzękując złotym łańcuchem i przeczesując czarną brodę, przekomarza się ze mną w najlepsze.
– Tak często tu przyjeżdżasz – mówi – że powinieneś mieć grecką żonę.
– Owszem, znajdź mi odpowiednią Greczynkę, byleby ładną i pracowitą
– odpowiadam na tę samą, z lekka szowinistyczną, nutę zaintonowaną przez dziadka marynarza.
Cóż, w Grecji takiej nie znajdziesz! – Nikos parska śmiechem i rozkłada ręce.

Następnego dnia Babis prowadzi nas na lagunę. Mam nieodparte wrażenie, że kiedyś, może w dzieciństwie, a może w innym życiu, już tutaj byłem. W oddali majaczą szczyty, wśród nich zaś Olimp – mityczna, a przecież w pełni realna góra bogów, dziś spowita mgłą o konsystencji chudego mleka bez laktozy.

W Salonikach i na przedmieściach trwa sjesta. Starzy przyjaciele ze szkoły spotykają się w tawernach. Wchodzimy do ledwie oznakowanej knajpki, której kamienie przechowują jeszcze pamięć o dawnych tragikach i mędrcach. Przy samotnym stoliku siedzi siedemdziesięcioletni na oko mężczyzna o śniadej cerze i opadających na ramiona szpakowatych włosach. Umówił się z dziewczyną i czeka na nią przy kawie, ale kiedy to było?

Tymczasem nad laguną Kalochori niespiesznie żerują długonogie czaple i brodźce piskliwe, a rożeńce, przybrawszy szaty godowe, dobierają się w pary. Jednak ptakami, które kradną tu show, są flamingi różowe.

Kiedy ostatniego dnia leżymy na kamienistym wybrzeżu, otuleni wilgotnym mrokiem, a chłodne wody jeziora omywają nasze obiektywy (podczas lutowej nocy nad Kerkini temperatura powietrza spada poniżej zera), łączy nasz wspólny cel: potrzeba bliskiego obcowania z naturą. Nieco zesztywniali czekamy więc uparcie, w bezruchu i skupieniu, na pelikany kędzierzawe, które majestatycznie i ostrożnie podpływają do brzegu, by o świcie zacząć intensywnie żerować na płyciźnie. W przepastnych dziobach tych dużych ptaków, rozciągliwych u dołu, ryby znikają bezpowrotnie niczym w głębokich sakwach ze skóry. Za punkt honoru obieramy sobie zrobienie jedynego w swoim rodzaju zdjęcia, zdjęcia w kontrze – na przekór naszemu szkiełku i oku. I dopiero w drodze powrotnej, już w samochodzie i potem w restauracji, widzimy, jak wiele jest jeszcze do poprawienia…

Wszystkie zdjęcia: Paweł Czapczyk