książki ludzie wywiady

Wojna trojańska bez bogów. Karolina Janowska o Achillesie, „Iliadzie” i pisaniu powieści historycznej

Julia Wollner

Czy można opowiedzieć wojnę trojańską bez ingerencji bogów? Karolina Janowska wraca do świata Iliady, by pokazać Achillesa, Agamemnona i Helenę jako bohaterów z krwi i kości. W rozmowie opowiada o fascynacji mitologią grecką, pracy nad swą monumentalną powieścią i o tym, dlaczego najbardziej interesuje ją człowiek, nie mit.

Co było najpierw, książka czy fascynacja?
Fascynacja, której korzenie sięgają czasów liceum. Poszłam do klasy z łaciną, a na lekcjach dano nam do przeczytania fragment Wojny galijskiej Cezara. Tak to się zaczęło. Szybko zrozumiałam, że chcę iść na filologię klasyczną, co zresztą uczyniłam. Tam zaczęłam dogłębnie studiować Homera, którego oczywiście znałam już we fragmentach ze szkoły średniej. Tym razem była to lektura w oryginale. I zakochałam się, chociaż w głębi serca jestem jednak łacinniczką – lubię języki poukładane, logiczne, konkretne. Widocznie jakaś część mnie potrzebowała ich przeciwieństwa.

Szczególnie, że największą sympatią zapałałaś do Achillesa – bohatera nie do końca poukładanego…
…i stało się to, gdy byłam jeszcze nastolatką. Poświęciłam mu swoją pracę maturalną, bowiem wybrałam wówczas temat Buntownicy – a tak właśnie widzę Achillesa, choć Homer nie pokazuje go w sposób oczywisty. Jego bunt nie jest polityczny ani społeczny w naszym sensie – to bunt honoru i dumy; on nie kwestionuje porządku świata, ale swoje w nim miejsce. Siłą napędową całej epopei jest jego gniew. Mieszanka dumy i emocjonalności bardzo do mnie przemawiała. To chyba zresztą dość powszechne, że gdy mamy osiemnaście lat, podobają nam się postaci niepokorne, romantyczne. A Achilles wyprzedza epokę romantyzmu o dobre dwa i pół tysiąca lat.

Chciałam, by to ludzie ponosili odpowiedzialność za swoje czyny


A jednak nie zdecydowałaś się napisać powieści o Achillesie – porwałaś się na całą wojnę. Dlaczego?
Mamy już wspaniałą Pieśń o Achillesie Madeline Miller. Nie chciałabym popełnić plagiatu, a książka ta jest mi bardzo bliska. Poza tym od zawsze widziałam wojnę trojańską jako coś szerszego – to przecież nie tylko te kilkadziesiąt dni, które opisuje nam Homer, ale też wszystko, co do nich doprowadziło. Achilles natomiast stanowi klamrę, która zamyka całość.

Rozumiem, że nie stroniłaś od tekstów innych autorów piszących na ten sam temat?
Uwielbiam Madeline Miller, czytałam też Troję Davida Gemella – bardzo ciekawą, bo zupełnie odmitologizowaną, co czyni ją bliższą mojej wersji. Od początku wiedziałam, że nie chcę do tej historii mieszać bogów. Uznałam, że niektórzy bohaterowie mogą mieć oczywiście pewne dary, jak Tetyda, która widzi i czuje więcej niż przeciętny człowiek – ma różne wizje, przeczucia. Nie ma tu jednak bezpośredniej boskiej ingerencji. Chciałam, by to ludzie ponosili odpowiedzialność za swoje czyny. Rozmyślałam nad tym zresztą dosyć długo. A później pojechałam do Turcji i odwiedziłam stanowisko archeologiczne na wzgórzu Hisarlık. Wtedy coś we mnie zaskoczyło, jakieś fragmenty się połączyły. Wróciłam do domu i natychmiast zaczęłam pisać.

Twoja książka ma monumentalne rozmiary.
Pisałam ją przez pół roku, całą jesień i zimę, pod wpływem tego impulsu, który poczułam w Troi. To był piękny czas – za oknem szaruga, a ja z gorącą kawą lub herbatą przed klawiaturą, obłożona książkami, wśród ukochanych postaci, ale też ukochanych autorów. Jestem szczęśliwą posiadaczką wspaniałego wydania Iliady z początku XX wieku, ilustrowanego przez samego Wyspiańskiego, które łączy klasyczny epos z młodopolską wizją tego artysty. Mam też inne stare książki, które otrzymałam kiedyś w darze od brata Oktawiusza Jurewicza, wybitnego filologa klasycznego. Trzymając w dłoniach ich pożółkłe karty, które przy bardziej gwałtownym geście mogą rozsypać się w proch, przenoszę się do innego świata. Sięgnęłam też po Klęskę Pelopidów Stanisława Stabryły, aby przypomnieć sobie dzieje rodu Atrydów.

Czy pisząc, odkryłaś w tej historii coś nowego? Trudno przecież o bliższy kontakt z tkanką mitu. Bliżej są chyba jeszcze tylko tłumacze.
Przede wszystkim zrozumiałam charakter Agamemnona. Jego postać nie była dla mnie jasna, kiedy miałam dwadzieścia lat mniej. Dopiero teraz pojęłam, jak wiele krzywdy zrobił mu jego ojciec – niezrównany okrutnik. Opisując Agamemnona, z jednej strony chciałam go pokazać tak, jak na to zasługiwał – człowieka bez serca, który, w imię wyprawy, złożył na ołtarzu własną córkę. Z drugiej strony chciałam przypomnieć, że i on sam został naznaczony klątwą, która wisiała nad rodem; sam padł ofiarą zła, które w tej rodzinie od dawna istniało. Dziś powiedzielibyśmy, że ślad traumy nosił w swoim DNA. Zresztą kiedy odwiedziłam Mykeny i weszłam do tak zwanego grobu Atreusza, miałam wrażenie – które oczywiście może być tylko autosugestią! – że miejsce to pogrążone jest w niezdrowej atmosferze. Panuje tam rodzaj zaduchu – nie z powodu braku powietrza, ale właśnie ciężaru zła, z którym nagle się stykamy.

Zaskoczyła mnie też Helena – jak w wielu opowieściach, które krążą o pisarzach, którym postaci wymykają się spod kontroli. Coś w tym jest, bo pisząc, miałam wrażenie, że Helena sama rządziła swoją częścią historii. I znowu – teraz, jako kobieta po czterdziestce, zobaczyłam ją w zupełnie innym świetle niż kiedyś, jako młoda dziewczyna. Nie jako cudzołożnicę, ale raczej osobę, która straciła wszystko z powodu chwilowej fascynacji. Na moment straciła głowę, a mogła przypłacić to życiem. To postać tragiczna – w chwili, kiedy oddała się Parysowi, podpisała wyrok na samą siebie. Musiała pojechać z nim do Troi, aby choć trochę umniejszyć swej hańbie, niejako rozwlec ją w czasie.

Trzymając w dłoniach pożółkłe karty, które przy bardziej gwałtownym geście mogą rozsypać się w proch, przenoszę się do innego świata.

Kusiło cię, by nadać tej opowieści kobiecy punkt widzenia? To teraz bardzo na czasie.
Nie, w ogóle nie. Oczywiście, sama będąc kobietą, chciałam postaci żeńskie bardziej dopuścić do głosu, dać wybrzmieć temu, co mają do powiedzenia – i Trojanki, i Spartanki. Nie mogłabym jednak napisać Iliady od nowa, z kobiecego punktu widzenia. To jest historia, w której i kobiety, i mężczyźni mają swoje miejsce. Daleko mi też do jej jakiegokolwiek uwspółcześniania, choć oczywiście jest to historia niezwykle aktualna – wojna jako doświadczenie niestety nadal towarzyszy nam jako ludzkości.

Masz jakiś ulubiony fragment w swojej własnej powieści?
Tak. To moment po zabiciu Hektora, kiedy Achilles zdaje sobie sprawę, że wypełniła się przepowiednia. W rozmowie z Bryzeidą mówi, Ludzkie życie jest jak trzepot skrzydeł motyla. Ulotność życia to coś, o czym coraz częściej rozmyślam. Straciłam męża, jestem matką, sama odczuwam już coraz bardziej upływ czasu. Nasze życie trwa jedno lato. Kiedy Achilles sobie to uświadomił, przeżywałam to razem z nim.

Czy teraz, po Iliadzie, przyjdzie czas na ciąg dalszy? Będziesz pracowała nad Odyseją?
Zdecydowanie nie! O wędrówce Odyseusza nie da się opowiedzieć bez bogów, co zresztą widzimy, patrząc na zwiastuny filmu Christophera Nolana. Siłą rzeczy trzeba zmierzyć się z gatunkiem fantasy, a na to nie mam zupełnie ochoty. Może tym razem wygrywa we mnie racjonalny łacinnik?


Karolina Janowska pracuje obecnie nad powieścią o czasach Oktawiana Augusta.

 

Karolina Janowska, Troja, Novae Res 2025