Nie od razu Libię zbudowano. Południowo-wschodnie Śródziemnomorze w oczach obywatela PRL
Adam BukowskiJak wyglądała Libia w latach 70., widziana oczami przybysza z Północy?
Opowieści o Libii słucham, odkąd tylko pamiętam. W mojej rodzinie stała się ona toposem niezwykłej krainy, która stanowić może uniwersalny przykład obrazujący każdy poruszany w dyskusji problem. Szczególnie, jeśli bierze w niej udział dziadek Jan, zwany przez wszystkich Iśkiem. To właśnie on jest też głównym bohaterem wszystkich libijskich opowieści. Człowiek, który, podobnie jak wielu innych polskich inżynierów, lekarzy, geologów i budowlańców, wyjechał z Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej do innej arkadyjskiej krainy – Libijskiej Republiki Arabskiej.

Od Seweara do Kaddafiego
Libia najczęściej nie jest pierwszym krajem, który przychodzi nam do głowy, kiedy myślimy o państwach basenu Morza Śródziemnego. Niesłusznie, bowiem tereny te od zawsze były bardzo ważne dla całego regionu. To tu urodził się Septymiusz Sewer, jeden z cesarzy rzymskich; tutaj też możemy oglądać jedne z najlepiej zachowanych ruin starożytnego rzymskiego miasta, Leptis Magna. Przez terytoria Libii przewijali się między innymi Fenicjanie, Kartagińczycy, Rzymianie i Arabowie; należała do Cesarstwa Rzymskiego, była kolonią włoską, znajdowała się pod okupacją brytyjską i francuską, przez krótki czas posiadała własnego króla, aż wreszcie, w wyniku wojskowego puczu, została proklamowana Libijską Republiką Arabską pod przywództwem Mu’ammara al-Kaddafiego. Było to „państwo ludu”, a jego doktryna polityczna bazowała na połączeniu demokracji bezpośredniej z islamem i socjalizmem. Ustrój ten otwierał pewną furtkę: funkcjonujące za czasów PRL centrale handlu zagranicznego zawierały liczne kontrakty z innymi państwami socjalistycznymi, w tym właśnie z Libią. Polacy pracowali w arabskich szpitalach, budowali drogi i mosty czy kopali studnie głębinowe.

Nowoczesne miasta kontra antyczne ruiny
Dziadek Isiek pracował dla Polservice’u – przedsiębiorstwa, które zajmowało się między innymi poszukiwaniem minerałów potrzebnych cementowniom i planowaniem kopalni od podstaw. Na północ Afryki wyjechał pod koniec lat siedemdziesiątych; była to jego jedyna podróż samolotem, do tego międzykontynentalna. Zamieszkał w miejscowości Khoms, w pobliżu ruin Leptis Magna. Biuro projektu znajdowało się w wynajmowanej willi, w której ulokowano też niektórych pracowników.
Na miejscu czekało go zaskoczenie. – Człowiekowi wydawało się, że jedzie do dzikiej Afryki, a spotkał tam nowoczesne miasta – wspomina, pokazując pocztówki z Libii, zgromadzone w czasie pobytu. Widnieją na nich piękne piętrowe hotele, imponujące mosty, wielkie kompleksy międzynarodowych targów, światła stolicy nad zasypiającym morzem. – Trypolis był miastem kontrastów – dodaje, tłumacząc, że obok nowoczesnych budynków i szerokich, obsadzonych palmami nadmorskich promenad można było znaleźć antyczne łuki triumfalne, osiemnastowieczne meczety, pozostałości starych arabskich domów, świątyń czy murów obronnych. Miasto zapamiętał jako dobrze zaopatrzone – w prywatnie zarządzanych sklepach sprzedawano produkty z całego świata, na każdym kroku można było nabyć kurczaki z rożna, a pomiędzy pomarańczami, mandarynkami, arbuzami i daktylami wypatrzyć sprowadzane z zagranicy jabłka. Libijczycy mieli zapewnione darmowe leczenie (w szpitalach, które w dużej mierze obsługiwali polscy lekarze), dostęp do szkół i wyprawki dla dzieci. Czuło się jednak, że jest to państwo policyjne, a obywatele i goście są obserwowani. Odbywało się też wiele politycznych imprez i wieców organizowanych przez władze państwowe.

Gorączka złota
Jako drugie największe zaskoczenie, zaraz po kontrastach, dziadek wskazuje… złoto. U libijskich jubilerów w jednym sklepie dostępna była taka ilość kruszcu, jaka w Polsce w tamtych czasach wydawała się zupełnie niewyobrażalna! Co ciekawe, arabscy sprzedawcy mieli podobno bardzo niefrasobliwe podejście do kupujących – po sklepach można było chodzić do woli, nawet kiedy właściciel czy pracownicy siedzieli na zewnątrz. Nikt nie patrzył nikomu na ręce ani nie obserwował, czy przypadkiem nie kradnie się biżuterii – a przynajmniej nie w oczywisty i widoczny sposób.

Afrykańskie chłody
Przez niecałe dwa lata pobytu w Libii dziadek Isiek doświadczył afrykańskiego deszczu tylko dwa razy, raz pojawił się też drobny grad. Latem upały sięgały 40 stopni, za to zimą temperatura spadała do 5. Libijskie domy nie posiadały centralnego ogrzewania – używano gazowych lub naftowych piecyków, a we wnętrzach często się marzło. Ze względu na pogodę pojawiały się też problemy z wodą – z tego powodu na dachu prawie każdego budynku mieszkalnego znajdowały się specjalne zbiorniki, w których gromadzono zapasy. Pogoda w Libii była zupełnym przeciwieństwem polskiej, co czasem skutkowało nieodpowiednim doborem ubioru podczas powrotów do ojczyzny.

Kultura arabska
Najwięcej zaskoczeń wynikało oczywiście z bezpośredniego kontaktu z przedstawicielami innej kultury. Arabowie przyjęli Polaków z dużą otwartością, zaś Polacy w ramach rewanżu starali się szanować obyczaje i religię swoich gospodarzy. Dla naszych rodaków przyzwyczajenie się do życia w Afryce nie było podobno specjalnie trudne – wszyscy przyjechali tam w konkretnym celu, który starali się zrealizować, i to stanowiło ich główne zajęcie. Pracowali razem z Libijczykami; z czasem i jedni, i drudzy zaczęli podłapywać elementy swoich języków. Według relacji dziadka lokalni mieszkańcy wykazywali zresztą spory talent lingwistyczny.
Isiek wspomina, że arabską codzienność w dużej mierze organizowała religia oraz klimat: mieszkańcy Libii pościli, modlili się w meczetach, po południu w ramach odpoczynku ucinali sobie drzemki. Zasypiali na schodach przed swoim sklepem czy po prostu gdzieś w cieniu, w przerwie od pracy. W kraju nie można było kupić wieprzowiny; zakazane było również przywożenie jej z zagranicy. Na stołach – i tych polskich, i tych libijskich – królowały wspomniane już wcześniej kurczaki, wołowina i… mięso wielbłąda. Libijczycy kochali też słodycze, a kawę i herbatę pili w wersji bardzo mocnej, z ogromnymi ilościami cukru.
Życie rodzinne Arabów w dużej mierze toczyło się na tarasach umiejscowionych na dachach domów, gdzie przesiadywali aż do wieczora. Lubili się bawić – gdy przytrafiała się okazja, wielu z nich chętnie wyjeżdżało do Tunezji, gdzie polityka, na przykład względem alkoholu, była trochę bardziej liberalna (w Libii w tamtym czasie panowała prohibicja, z którą zaradni Polacy radzili sobie po swojemu). Bardzo cenili sobie koty – zwierzęta, które rozprawiały się nawet ze skorpionami. Nie przepadali za to za psami, których dzikie watahy krążyły po pustyni.

Dziadek pamięta też, że arabskie kobiety zasłaniały pół twarzy w charakterystyczny sposób, a krańce chustek często trzymały w zębach, aby nie podwiał ich wiatr. Pracowały rzadko; częściej zajmowały się domem i dziećmi. Podczas wesel i innych uroczystości rodzinnych przestrzeń dzielona była na kobiecą i męską. Podobnie było w szpitalach. Kobiety nie mogły też prowadzić samochodów. Wszyscy akceptowali jednak fakt, że Polacy mieli odmienne podejście do kobiet, a mojej ciotki Janki, która również spędziła część życia w Libii, nigdy nie skrytykowano za jazdę samochodem po ulicach Trypolisu. Oczywiście wśród Libijek pojawiały się także wyjątki – dziadek wspominał o pewnej młodej kobiecie, która pracowała w lokalnym urzędzie i nie zasłaniała swojej twarzy ani nie nosiła tradycyjnych ubrań.

Według Iśka Polacy i Libijczycy dogadywali się ze sobą znakomicie. Podczas wspólnej pracy każdy puszczał na magnetofonie swoje piosenki – Polacy polskie, a Libijczycy libijskie. Numerem jeden dla wszystkich był jednak nie kto inny jak wielki Demis Rusos. Śpiewający aleksandryjczyk jednoczył wszystkich!
Śródziemnomorski epizod to jedna z największych przygód w życiu dziadka. Podobnie jak dla wielu Polaków, stanowił dla niego niepowtarzalną okazję do podróży na inny kontynent. Jego wizja Libii jest oczywiście w pełni subiektywna – to wspomnienia mieszkańca Kielc, który w latach siedemdziesiątych opuścił swój kraj na prawie dwa lata. A jednak wspomnienia te towarzyszą całej naszej rodzinie od dziesięcioleci. Morze Śródziemne wywarło wpływ nie tylko na Iśka, ale także na jego synów, ich żony i dzieci, mimo że żadne z nas nigdy nie widziało Libii na własne oczy. I chociaż dziadek swoje historie przywołuje przy każdej możliwej okazji, to wciąż stanowią one dla nas atrakcję. Nie bez powodu podczas naszej rozmowy, kiedy spisywałem co ciekawsze wątki, babcia siedziała obok i przysłuchiwała się dziadkowym opowieściom; ba, czasami nawet je korygowała. W końcu Morze Śródziemne wychowało nas wszystkich.
Tekst ilustrowano reprodukcjami pocztówek z lat 70. XX wieku, przywiezionych przez dziadka Jana z Libii.
Italianista. Obecnie studiuje Kultury Śródziemnomorza na Uniwersytecie Warszawskim. Wielki fan filmów Felliniego i miłośnik „Boskiej Komedii”. W Śródziemnomorzu zakochał się, gdy jako dziecko po raz pierwszy zobaczył Włochów świętujących rozpoczęcie wakacji.