kultura styl życia

Flamenco – więcej niż taniec

Olga Bialer-Young

O flamenco każdy coś słyszał, każdy coś wie. W powszechnej świadomości funkcjonuje jako ognisty i pełen zmysłowej namiętności narodowy taniec Hiszpanii, równie silnie kojarzony z tym krajem, jak brutalne i kontrowersyjne walki byków – corrida. A że stereotyp to wdzięczny i intrygujący, a przy tym ani trochę niekrzywdzący, to rozbawieni nim nieco rodowici Hiszpanie nie dementują kilku niewinnych przekłamań, pozwalając, aby z sukcesami kreował ich pozytywny wizerunek. Weźmy zatem pod lupę najsłynniejsze „logo” Hiszpanii…

Flamenco to feeria barw i szelest falban, szmer rozkładanych wachlarzy, brzęk kastanietów i stukot obcasów, rytm wyklaskiwany przez dłonie i podkręcające atmosferę entuzjastyczne okrzyki. Zawodzący, chropowaty głos i przejmująco ekspresyjna mimika śpiewaka sprawiają, że ciarki przechodzą po plecach, nawet, gdy nie zawsze rozumiemy znaczenie śpiewanego tekstu;wirtuozerskie i żywiołowe dźwięki gitary doprowadzają do łez wzruszenia; karminowe usta i krwistoczerwone sukienki tancerek oraz ich zmysłowe ruchy ciała i dłoni przypominają odwieczną grę w uwodzenie i odpychanie.

Smutek, żal, ból i nostalgia. Odwaga, brawura, duma, waleczność i zdecydowanie. Gorące serce, miłość, namiętność, nieokiełznana radość. Impulsywność i melancholia. Wulkan uczuć, gejzer emocji, gama ekspresji. Tu nie ma stanów pośrednich – albo od pierwszego wejrzenia odrzuca, albo też kompletnie hipnotyzuje, zachęcając do głębszego poznania.

Flamenco to jednak o wiele więcej niż zwykły taniec, nawet więcej niż taniec, muzyka, śpiew i ubiór razem wzięte. To złożony fenomen kulturowy – specyficzna obyczajowość i inna skala wartości, namiętna pasja i styl życia – który dzięki swoim artystycznym „ambasadorom” zawitał na sceny i estrady całego świata, a dzięki wybitnym wykonawcom został podniesiony do miana sztuki, sześć lat temu wpisanej na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.


Andaluzja – bijące serce flamenco

Rodowity Hiszpan brzmienie słowa „flamenco” błyskawicznie połączy z południowym regionem swojego kraju, Andaluzją – z jednej strony traktowaną przez resztę nieco z przymrużeniem oka, ale jednocześnie otaczaną szczególną, niemal matczyną opieką. To stąd bowiem czerpiemy większość stereotypowych wyobrażeń o Hiszpanii: upalny klimat, równie gorący temperament, popołudniowa sjesta, nocna fiesta i beztroskie życie zgodnie z filozofią mańana, czyli „zrobi się jutro”. Tu faktycznie żyje się spokojniej i wolniej, a mieszkańcy nie wstydzą się okazywać swoich uczuć – wycofani nieco z obłędnego pędu cywilizacji, wolą kultywować rodzinne tradycje i regionalne zwyczaje. To również wielonarodowy i wielokulturowy tygiel, dający bezpieczne schronienie ludom z najbardziej egzotycznych zakątków świata, ale i sam będący pod wielowiekowym panowaniem innych narodów. Andaluzja była krainą Fenicjan i Kartagińczyków, kolonią grecką i Imperium Rzymskim, cesarstwem wizygockim i arabskim kalifatem, a także domem dla sefardyjskich Żydów i hinduskich Cyganów. Ślady wielokulturowych korzeni widać we flamenco jak na dłoni: arabski melizmatyczny śpiew, taneczne ruchy podszyte erotyzmem Afryki i Arabii, tańczące palce i trzepot ptasich skrzydeł rodem z hinduskiego tańca katak, siarczysty, cygańsko-flandryjski step twardymi podeszwami, ale także wyraźne inspiracje średniowiecznymi chorałami gregoriańskimi.

 

Korzenie multi-kulti

Takie jest właśnie flamenco – silnie zanurzone w andaluzyjskiej tradycji, ale źródłami sięgające znacznie głębiej, zawierające w sobie wpływy kultury hinduskiej, perskiej, żydowskiej, arabskiej, mauretańskiej, egipskiej, bizantyjskiej, zaś przede wszystkim wędrownych Cyganów, którzy stali się spoiwem łączącym pojedyncze elementy w całkiem nową i oryginalną jakość. Chłonęli oni i adaptowali kultury przeróżnych krajów, poczynając od Indii, z których wyruszyli w IX wieku, poprzez Palestynę i północną Afrykę, aby w końcu w XV wieku osiąść na stałe właśnie w Andaluzji.

Późniejsze prześladowania religijne Cygan oraz wyznaczona im niska hierarchia społeczna, wykluczenie i bieda odcisnęły piętno na „ich” flamenco: muzyka i taniec stały się krzykiem bólu, protestu i rozpaczy, sposobem wyrażania tłumionych emocji, przekazem odwagi i nadziei, próbą ocalenia przed zapomnieniem. Stąd tak wyjątkowa ekspresja głębokiego śpiewu: pierwotnego, wydobywanego z czeluści duszy i ludzkiego smutku. W muzyce topili łzy, w tańcu dawali upust swojej złości i niezgody na rzeczywistość, lecz jednocześnie jak nikt inny potrafili radośnie i entuzjastycznie opiewać piękno zwykłej codzienności.


W stronę komercji

W XIX wieku flamenco opuściło sewilskie patia, zamknięte występy powoli zamieniły się w komercyjną rozrywkę: poczynając od kawiarnianych scen cafe cantantes, w których flamenco tańczono również „do kotleta” dla wyższych sfer, poprzez XX-wieczne deski teatru i opery – spopularyzowane przez aranżacje dla muzyki klasycznej i orkiestry Manuela de Falla oraz rozsławione w Paryżu przez rosyjskiego impresaria baletu Siergieja Diagilewa do scenografii i kostiumów mistrza Pabla Picassa, a na koncertowych estradach muzyki popularnej ubiegłego stulecia kończąc. Flamenco zaczęło zarabiać, co kłóciło się z filozofią wolności, indywidualizmu i spontaniczności, dusiło się w gorsecie salonów.

Od lat 80. ubiegłego wieku rozwijało się tzw. nuevo flamenco, a więc nowoczesne aranżacje popowo-folkowe jak Gipsy Kings czy rockowe typu Pata Negra, a nawet elektroniczne, chilloutowe czy lounge… Również taniec dostosował się do pulsującego w szybszym tempie rytmu współczesności – spośród ponad 70 różnych stylów największą popularnością cieszą się dziś raczej te pogodniejsze, z dużą dozą sprytu i łobuzerskiego żartu, jak sevillanasczy alegrias, niż te nawiązujące do pierwotnego, tragicznego w wymowie, oszczędnego w środkach wyrazu, pełnego patosu i wzniosłości nurtu „hondo”, jak siguiriyas.

Byli jednak również utalentowani i oddani pasji flamenco hiszpańscy artyści, którzy poprzez swoją sztukę przyczynili się do jej rozwoju i popularyzacji na całym świecie: Carlos Saura we wzruszającym filmie Flamenco, flamenco, poetyckie frazy geniusza pióra, ale również organizatora pierwszego wielkiego festiwalu flamenco Federico Garcii Lorki, zaś przede wszystkim jazzowe aranżacje wirtuoza gitary Paco de Lucii, który w unikatowy sposób połączył perfekcję gry z szaleństwem improwizacji. Kochany zarówno przez masową publiczność, jak i wręcz otaczany kultem przez (wy)znawców flamenco, tzw. flamencosów, wzbogacił on flamenco o akcenty jazzowe i bluesowe, tworząc zupełnie nową jakość we wszystkich trzech nurtach muzycznych, mających skądinąd podobne korzenie w poniżanym i biednym ludzie.

Zagadkowa etymologia

Pochodzenie nazwy „flamenco”, która weszła do języka dopiero z końcem XIX wieku, pozostaje wciąż nieodgadnione. Istnieje bowiem co najmniej kilka teorii, które wcale się nie wykluczają, lecz harmonijnie dopełniają, przypominając o wielokulturowych źródłach. Ze względu na ognisty charakter i krwistą czerwień falbaniastych sukienek, najpopularniejsza wersja przyjmuje, iż „flamenco” pochodzi od łacińskiego słowa flamma, oznaczającego ogień i jest powiązane z jego rytualnym kultem. Być może jednak łączy się z belgijską Flandrią, z której dotarła spora grupa Cyganów lub też ze starocygańskim zwrotem flaman, oznaczającym zarówno „jasność” i „dobroć”, jak i „sprośność”. Najbardziej egzotyczna wydaje się natomiast teoria mówiąca o łudzącym podobieństwie tej sztuki do ubarwienia i ekscentrycznych ruchów skrzydeł ptaka flaminga, tym bardziej, że po hiszpańsku flaming brzmi właśnie „flamenco”.


Po pierwsze: rytm

W wykonaniu flamenco to wcale nie taniec czy muzyka odgrywają najważniejszą rolę, lecz rytm, wydobywany na najrozmaitsze sposoby przez muzyków i tancerzy. To właśnie temu służą folklorystyczne „gadżety” w postaci słynnych ozdobnych, doczepionych do dłoni kastanietów czy pudeł-bębnów cajón, na których siedzą śpiewacy. Wiąże się to z historią powstawania flamenco – ubodzy andaluzyjscy Cyganie akompaniowali sobie do śpiewu za pomocą najprostszych dostępnych środków, jak pstrykanie palcami (pitos), podkreślające wykonywaną w danym momencie figurę, klaskanie dłońmi i stukanie obcasami (zapateado), akcentujące rytm, a także gwizdanie, podkręcające tempo i temperaturę wykonania.

Znawcy flamenco powiadają, że jeśli jest rytm i śpiew, to reszta, a więc muzyka i taniec, mogą, a nawet powinny stanowić czystą improwizację. Muzyka we flamenco oznacza tylko i aż specjalną gitarę, gitarę flamenco, która wykonywana jest z drzewa cyprysowego lub z palisandru, dlatego w odróżnieniu od gitar klasycznych przybiera jaskrawożółtą lub jasnopomarańczową barwę. Ma niżej zawieszone struny oraz znacznie węższe i płytsze pudło, co umożliwia szybszą grę, nadaje krystaliczne, ostre brzmienie i naśladuje dźwięki perkusji. Do gitary przylepiona jest też charakterystyczna laminatowa płytka, która służy do wykonywania nieodłącznej dla tej gry techniki golpe, a więc energicznego, czasem w zawrotnym tempie uderzania opuszkami palców i maczanymi dla wzmocnienia w oliwie z oliwek paznokciami o pudło rezonansowe. Dla publiczności prawie niemożliwe staje się nadążanie z rytmicznym klaskaniem, a dla postronnych gitarzystów – zupełnie nie do przejścia dorównanie z grą. Gitara flamenco to bowiem instrument tylko dla wtajemniczonych – gitarzyści nie znają zapisu nutowego, ponieważ nauka, polegająca na mozolnym powtarzaniu struktury rytmicznej, przekazywana jest wyłącznie z ojca na syna.


Wytańczyć emocje

Taniec flamenco kojarzy nam się co prawda przede wszystkim z wyjątkowo zmysłowym i zniewalającym pląsem kobiet, ale z równym powodzeniem może być wykonywany przez mężczyzn, choć jednak tylko przez tych, którzy nie obawiają się żywiołowego okazywania uczuć… Taniec kobiecy i męski znacznie się różnią: podczas gdy mężczyźni skupiają się głównie na wirtuozerii stepu i obrotach, górną część ciała pozostawiając surową i nieruchomą, a ruchy ich rąk są ostre, wyraźnie zarysowane i pozbawione kobiecej łagodności,to u kobiet odwrotnie: najważniejszy jest płynny i ozdobny taniec rąk, dłoni, a nawet pojedynczych palców oraz rozkołysane ruchy bioder i skręcone obroty całego ciała, dzięki czemu ich taniec przypomina węże wijące się wokół ciała.

Trudno sobie również wyobrazić flamenco bez charakterystycznego stroju, eleganckiego i oszczędnego w dekoracjach u tancerzy i odwrotnie – kolorowego, pełnego przepychu i kuszącego u tancerek. Mężczyźni zakładają obcisłe spodnie, białą koszulę z apaszką pod szyją, czarną kamizelkę, długie buty wzorowane na obuwiu do jazdy konnej z wysokimi i podbitymi gwoźdźmi obcasami oraz wielki płaskodenny kapelusz, wykorzystywany także jako element choreografii; natomiast kobiety noszą barwną i szeroką suknię z ogromną liczbą falban lub doszytym trenem, falbaniasty gorset, ozdobną chustę i mnóstwo uwodzicielskich dodatków, jak wachlarze, grzebienie czy kwiaty we włosach. Co jest jednak wspólne dla obu płci, to charakterystyczna ekspresja ruchu, dzięki której tancerz realizuje swoje podstawowe zadania: oddać nastrój pieśni i opowiedzieć tańcem historię, zinterpretować słowa i emocje śpiewaka, przekładając je na własny język ciała.

W przeciwieństwie do większości tańców narodowych, flamenco w czystej postaci to prawie wyłącznie taniec solowy, a do tego jeszcze głęboko indywidualistyczny, całkowicie skupiony na sobie i własnych emocjach, niepotrzebujący ani partnera, ani przeciwnika, ani nawet publiczności, traktowany niczym terapia dla duszy. Wyjątek stanowi sevillanas– radosna i popularna odmiana flamenco, która nie ma pochodzenia cygańskiego, lecz od wieków związana jest z folklorem Andaluzji. Na licznych fiestach, a nawet w dyskotekach, tańczą je tam wszyscy – od małego szkraba do żywotnego staruszka, zaś prawie każda Andaluzyjka z oddaniem pielęgnuje przekazywaną z pokolenia na pokolenie bajeczną suknię z mnóstwem kolorowych falban oraz haftowaną chustę z frędzlami.


Duende 
– szatański duch flamenco

Jak w każdej sztuce dobra technika i znajomość „reguł gry” stanowią jedynie  początek i bazę, które na nic się nie zdają, jeśli artystom brakuje „tego czegoś”, co rzemiosło zamienia w sztukę, co pozwala wyzwolić spontaniczną ekspresję, co wywołuje dreszcze i ciarki na plecach widzów. We flamenco to szczególne coś, co nazywa się duende, jest właśnie najważniejsze – stanowi jego rdzeń i esencję. W dosłownym tłumaczeniu duendeznaczy „elf” lub „goblin”, ale przez flamencosów nazywana jest również duszkiem, chochlikiem, a nawet marą lub zjawą. Porównać je można chyba jedynie z artystycznym natchnieniem lub weną twórczą, która pojawia się tylko od czasu do czasu, będąc czymś z natury ulotnym, nieprzewidywalnym i niewytłumaczalnym. Duende to jednak coś więcej – to bosko-szatański duch ekstatycznej inspiracji, wyzbycia się wszelkich lęków i zahamowań, przypominający napad niekontrolowanej euforii lub oczyszczające mistyczne przeżycie. W ten sposób staje się swego rodzaju katharsis, terapią duszy, pozwalającą wyrzucić z siebie nagromadzone emocje bez konieczności wypowiadania ani jednego słowa.

Federico Garcia Lorca twierdził, że duende to irracjonalna, diaboliczna siła, której nie da się wytłumaczyć – trzeba ją po prostu poczuć. Charakteryzuje się trudną do wytrzymania intensywnością i emocjonalną głębią, więc dostępna jest wyłącznie dla tych, którzy kryją w sobie pokłady „emocjonalnej czerni”. Mogą ją w sobie wywołać tylko tzw. aficionados, a więc wąska grupa artystów, którzy, nie wykazując ani odrobiny egoizmu czy cech showmańskich, wykonują flamenco nie dla pieniędzy, ale z prawdziwej miłości i autentycznej pasji do tej sztuki. Paradoksalnie to właśnie jedynie oni są w stanie nawiązać szczególną duchową więź z widownią, która przecież doskonale „czyta” prawdę.

Nowoczesność kontra tradycja

Współcześnie w samym łonie flamenco toczy się wyrównana i zapewne nigdy do końca nierozstrzygalna walka tradycji z nowoczesnością, niszowej regionalnej kultury z jej upowszechnieniem. Co dla jednych jest popularyzacją czy nowatorską aranżacją, dla innych bluźnierstwem i sprzyjaniem najniższym gustom. Przekazywana z pokolenia na pokolenie jako nieodłączna część regionalnej tożsamości tradycja flamenco jest wciąż żywa i pieczołowicie kultywowana w andaluzyjskich rodzinach, w dostępnych jedynie dla wtajemniczonych barach peńas oraz na organizowanych spontanicznie juergas, a więc improwizacjach w grupie najlepszych przyjaciół. Obecnie jedynie tam może nam się udać podejrzeć flamenco w swojej czystej, pierwotnej postaci.

 

Flamencomania

Czerpiąc z najbardziej ludzkich doświadczeń folkloru biedoty i prześladowanych, flamenco rozwinęło się w prawdziwą sztukę, fenomen artystyczny najwyższej rangi. Utarło nosa kulturze wysokiej, trafiając prosto spod strzech na salony całego świata i czując fałsz, wcale nie chciało tam pozostać. Dzięki popularyzacji przez mistrzów gitary, flamenco wzbogaciło współczesną muzykę, dzięki globalizacji z powodzeniem dba o ciekawy folklorystyczny wizerunek swojego kraju, a wreszcie dzięki licznym festiwalom, skupiającym najwybitniejszych wykonawców oraz specjalistycznym szkołom, z oddaniem wtajemniczających w niełatwe meandry tej sztuki, flamenco żyje i nieustannie się rozwija. To nie jest kwestia mody, bo każda moda przecież przemija. Jak twierdzi Cristina Hoyos, wybitna tancerka flamenco rodem z Sewilli, fenomen flamenco polega na tym, że nawet, jeśli nie wszystko w nim rozumiesz, to go odczujesz. Bo flamenco wyraża przede wszystkim uczucia, emocje. I one zawsze są prawdziwe.

Dlatego też wydaje się prawie pewne, iż nawet w zalewie komercyjnej papki, o prawdę i autentyczność we flamenco nie warto się zbytnio martwić – przemawia ono bowiem jedynie do tych, którzy nie boją się jego hipnotycznej siły, uwodzącej ekspresji i całkowitego zatracenia, a więc wyłącznie do tych, których duszę wypełnia duende.

 

Artykuł ukazał się drukiem w Lente #02.

 

Wszystkie zdjęcia: Flavio / Flickr, CC BY 2.0