Giambattista Basile, Niedźwiedzica. Krotochwila szósta dnia wtórego
Przedstawiamy jedną z baśni Giambattisty Basilego w tłumaczeniu Szymona Grudy.
Król Ostrogłazu pragnie własną córkę wziąć za żonę; ta jednak, dzięki przemyślności pewnej starowiny, przedzierzga się w postać niedźwiedzicy i ucieka do lasu. Chwyta ją książę, a ujrzawszy ją czeszącą się w ogrodzie we własnej postaci, zakochuje się w niej. Po różnych przypadkach wychodzi na jaw, że jest ona białogłową, i książę pojmuje ją za żonę.
Król Ostrogłazu pragnie własną córkę wziąć za żonę; ta jednak, dzięki przemyślności pewnej starowiny, przedzierzga się w postać niedźwiedzicy i ucieka do lasu. Chwyta ją książę, a ujrzawszy ją czeszącą się w ogrodzie we własnej postaci, zakochuje się w niej. Po różnych przypadkach wychodzi na jaw, że jest ona białogłową, i książę pojmuje ją za żonę.
Dobrze rzekł ów mędrzec, że nie sposób na rozkazy pełne żółci odpowiadać cukrownym posłuszeństwem. Winno się bowiem nakazywać rzeczy słusznej miary, by równie słusznej wagi znaleźć posłuszeństwo; a z nieprzystojnych poleceń rodzi się opór nie do przełamania. Tak też przydarzyło się królowi Ostrogłazu, który żądając od swej córki rzeczy zgoła mu nienależnej, dał jej przyczynę do ucieczki, co na niebezpieczeństwo wystawiła honor jej i życie.
Powiadają więc, że był raz sobie król Ostrogłazu, a za żonę miał on niewiastę, która była matką wszelkiej piękności; jednak w kwiecie wieku spadła ona z wierzchowca dobrego zdrowia i dokonała żywota. Pierwej jednak nim świeca życia zgasła w świeczniku jej lat, wezwała męża i tak mu rzekła:
– Wiem, żeś miłował mnie całym sercem; teraz więc, skoro jestem u kresu mych lat, pokaż mi miłości swej dowód najwyższy i poprzysięgnij, że nie ożenisz się już nigdy, chyba że znajdziesz inną białogłowę równie piękną, jak ja byłam. W przeciwnym razie wycisnę z piersi moich przekleństwo i jeszcze na tamtym świecie będę cię nienawidzić.
Król, który kochał ją ponad własny żywot, słysząc tę ostatnią wolę, zaszlochał i przez czas jakiś nie mógł ni słowa powiedzieć. W końcu jednak, poskromiwszy płacz, rzekł:
– Jeśli zechcę jeszcze kiedy zaznać białogłowy, niech mnie podagra weźmie, niech mnie dzida katalońska[1]dosięgnie, niech tak ze mną postąpią jako ze Staraczem[2]! Serce moje, zapomnij o tym! Nie wierz i w snach, że mógłbym żywić miłość do innej niewiasty! Twoje były pierwociny moich afektów, ty także zabierzesz ze sobą do grobu ostatnie strzępy mych żądz!
Podczas gdy mówił te słowa, nieszczęsna młódka, która ledwo już dychała, zamknęła oczy i wyciągnęła nogi.
Skoro ujrzał król jezioro Patrii[3] całkiem wyschnięte, zwolnił też śluzy w kanałach swoich oczu i taki uczynił lament, że aż cały dwór się zbiegł. Wzywał imienia owej dobrej duszy, przeklinał Fortunę, co mu ją odebrała, i rwąc sobie włosy z brody, obwiniał gwiazdy, że mu takie nieszczęście zesłały.
>Lecz przecie, jak mówi powiedzenie, „stłuczony łokieć i złamane serce bolą bardzo, a goją się szybko”; i jeszcze ono drugie: „jedna na marach, a druga w łożnicy”. Jeszcze więc Noc nie zdążyła wyjść na niebiański plac broni, by urządzać defiladę nietoperzom, gdy ów jął liczyć na palcach:
– Oto straciłem żonę, a ostałem się wdowcem nieszczęsnym, bez nadziei krom jednej córuchny, którą mi zostawiła. Trzeba więc będzie poczynić starania o męskiego potomka. Dokąd się jednak zwrócę? Gdzie znajdę niewiastę, co pięknością dorówna mojej żonie, gdy każda inna w porównaniu z nią zda się potworą? Oto ambaras! Gdzie mam innej szukać ze świecą i z dzwonkiem, gdy Natura, uczyniwszy Nardellę (pokój jej duszy!), rozbiła sztancę[4]? Biadaż mi! W jakim labiryncie oto mnie postawiła, w jakich cieśniach, owa obietnica, którąm jej uczynił! Cóż to jednak? Jeszczem wilka nie zoczył, a już się rzucam do ucieczki? Poszukajmy, pobaczmy, posłuchajmy! Jest-li możliwe, że nie ma w stajni żadnej oślicy prócz Nardelli? Co to, czy świat się skończył? Albo czy białogłów na nim nie stało, a ród ich wyginął do szczętu?
I tak podumawszy, kazał zaraz ogłosić i przykazać wszem i wobec, aby wszystkie nadobne białogłowy z całego świata przybyły doń jako do kamienia probierczego swej piękności, chce bowiem najpiękniejszą z nich pojąć za żonę i dać jej w wianie królestwo. Skoro zaś rozgłoszono tę rzecz po wszystkich stronach, nie było niewiasty w świecie, która by nie przybyła kusić losu; nie ostała się potwora, choćby najszpetniejsza. Gdy bowiem idzie o piękność, żadna zołza nie da za wygraną, żadna raszpla nie uzna się zwyciężoną; każda się pyszni, każda chce dla siebie najlepszego miejsca, gdy zaś lustro pokaże jej prawdę, wini szkło, że niewiernie oddaje przyrodzenie i żywe srebro, że źle stężało.
Gdy zaś cały kraj pełen był już niewiast, król kazał im ustawić się w rzędzie i przechadzał się przed nimi, jak to czyni Wielki Turek w seraju[5], szukając najlepszej osełki genueńskiej, by nią naostrzyć swój damasceński sztylet. Chodził to w jedną, to w drugą, to tu, to tam, bez ustanku jak małpa, oglądając i oceniając to tę, to ową. Jedna zaś miała czoło zbyt krzywe, druga nos zbyt długi, ta usta za duże, tamta zbyt grube wargi, ta zbyt była wysoka, ta znów niska i niekształtna, ta zbyt pulchna, owa zbyt wymizerowana. W Hiszpance nie podobało mu się, że zbyt blada[6], w Neapolitance nie w smak mu poszło, że na szczudłach chodzi[7], Niemka wydała mu się zbyt zimna, Francuzka zbyt pstro miała w głowie, Wenecjanka znów – kądziel z motkiem lnu, z tymi włosami bielutkimi![8]
Koniec końców, tę dla jednej przyczyny, inną dla drugiej, wszystkie odesłał z pustymi rękami. Widząc zaś, że wśród tylu pięknych lic żadne nie przypadło mu do gustu, a trwając wciąż w postanowieniu, by sobie kulę u nogi zawiesić, zwrócił się wreszcie ku swej własnej córce, tak mówiąc:
– Czemu szukam igły w stogu siana, skoro Precjoza, moja córka, tą samą sztancą jest zrobiona, co i jej matka? Oto mam owo piękne oblicze w domu, a biegam go szukać na koniec świata?
Gdy jednak wyłożył swoją myśl córce, tamta przyganiła mu tak, że niech ci niebo za mnie to opowie. Król na to wpadł w gniew i odparł:
– Ucisz głos i trzymaj język za zębami! Przygotuj się, żeby dziś wieczór zawiązać ten małżeński węzeł, w przeciwnym razie zetrę cię na proch!
Usłyszawszy to postanowienie, Precjoza skryła się w swojej komnacie i jęła opłakiwać swój zły los tak, że nie zostawiła na głowie jednego nietkniętego włosa. Gdy zaś czyniła te nieszczęsne skargi, przyszła oto pewna staruszka, która zwykła była służyć jej przy toalecie. Znalazłszy ją zaś na wpół już nieżywą i usłyszawszy przyczynę jej strapienia, rzekła:
– Bądź dobrej myśli, córuchno, i nie rozpaczaj, bo na każde zło znajdzie się sposób, krom jednej śmierci. Słuchaj teraz: kiedy dziś wieczór ten osioł, twój ojciec, zechce zabawić się w ogiera, weź ten oto patyk do ust i zaraz zmienisz się w niedźwiedzicę. Ucieknij tedy, bo on ze strachu uciec ci pozwoli, i bież prosto do lasu, a tam Niebo wynagrodzi ci twoją dolę. A kiedy zechcesz pokazać się znowu białogłową, jako nią jesteś i zawsze będziesz, wypuść tylko patyk z ust, a przybierzesz poprzednią postać.
Precjoza objęła staruszkę i kazała jej dać pełen fartuch mąki, a do tego parę plastrów szynki i słoniny, a potem ją odesłała. Skoro zaś Słońce poczęło zmieniać rejon na podobieństwo zbankrutowanej ladacznicy, król kazał zawezwać grajków weselnych, zaprosił wszystkich swych panów wasali i wydał wielką ucztę. Gdy już przetańczyli pięć czy sześć godzin, siedli do stołu, a napiwszy się ponad miarę, poszli spać. Wezwał wtedy oblubienicę, by przyniosła kajecik i rozliczyła się z nim z miłosnych rachunków, ta zaś, włożywszy do ust patyk, przedzierzgnęła się w strasznego niedźwiedzia i poszła naprzeciw królowi, który, przerażony owym dziwem, schował się między pierzynami, a i rankiem nie wystawił spośród nich głowy.
Tymczasem Precjoza wybiegła z pałacu i pognała na skraj lasu, gdzie cienie spiskowały między sobą, jak by tu mogły w dwadzieścia cztery godziny przypuścić szturm na Słońce, i tam pozostała w dwornym towarzystwie innych zwierząt. Zdarzyło się w końcu, że przybył do tego kraju na polowanie syn króla Bystrowody, a gdy stanął przed ową niedźwiedzicą, omal nie umarł ze strachu. Spostrzegłszy jednak, że zwierzę skuliło się całe i z ogonem podwiniętym jak piesek chodzi naokół niego, odzyskał zaraz ducha, i jął prawić mu czułości, mówiąc:
– Taś, taś! Kici-kici! Cip-cip! Baś-baś! Na-na! Tupś-tupś!
I tak doprowadził ją do swego domu, tam zaś nakazał, by strzeżono jej jak jego własnej osoby i umieszczono w ogrodzie zaraz obok królewskiego pałacu, tak by mógł oglądać ją z okna, ilekroć mu na to przyjdzie ochota.
Pewnego razu, gdy wszyscy domownicy dokądś się udali, a królewicz, ostawszy w pałacu sam jeden, wychylił się z okna, żeby popatrzeć na niedźwiedzicę, ujrzał oto, jak Precjoza, by uładzić sobie włosy, wyjęła z ust patyk i czesała złote loki. Zobaczywszy przeto ową niezrównaną piękność, osłupiał i rzucił się po schodach, by zbiec do ogrodu. Tymczasem jednak Precjoza, zdawszy sobie sprawę z zasadzki, zdążyła wsadzić patyk do ust i z powrotem przedzierzgnąć się w poprzednią postać.
Skoro więc książę nie znalazł na dole tego, co ujrzał był z góry, tak był zawiedziony, że popadł w wielką melankoliję i na cztery dni zachorował, krzycząc ciągle:
– Niedźwiedzico moja! Niedźwiedzico moja!
Gdy jego matka usłyszała ten lament, wyobraziła sobie zaraz, że niedźwiedzica wyrządziła mu była jaką krzywdę, dała więc rozkaz, by ją zabito. Lecz słudzy, którzy wszyscy kochali owo zwierzę przez wzgląd na to, jak było obłaskawione, tak że rozkochiwało w sobie nawet bruk na ulicy, nie mieli serca jej zabić. Zaprowadzili ją więc do lasu, a królowej powiedzieli, że ją wypatroszyli.
Kiedy rzecz ta dotarła do uszu księcia, począł robić i powiadać rzeczy nie do uwierzenia i porwawszy się z łóżka, chciał przerobić owe sługi na szaszłyk. Usłyszawszy zaś od nich, jak się sprawy miały w istocie, skoczył na wpół martwy na koń i tak długo krążył i szukał, aż znalazł niedźwiedzicę, sprowadził ją z powrotem do domu i umieścił w swej komnacie, mówiąc jej:
– O, piękne królewskie oblicze, co się chowasz w tej skórze! O, świeco miłości, co tkwisz zamknięta w tej futrzanej latarni! Po co bawisz się ze mną w kotka i myszkę? Czy chcesz zobaczyć, jak postradam zmysły i przepadnę ze szczętem? Oto umieram z pragnienia i tęsknoty za tą pięknością, a ty nie widzisz jawnego świadectwa, że niknę w oczach jak warzone wino, że nic ze mnie nie zostało krom kości i skóry, tak bowiem gorączka wygotowała mi krew w żyłach! Unieś przeto zasłonę tej szczeciniastej skóry i pozwól mi ujrzeć przepych twej piękności, unieś, unieś pokrywę z tego kosza i daj mi rzucić okiem na ukryte w nim owoce, otwórz te wrota i pozwól mym oczom wstąpić do środka i oglądać tę wspaniałość cudowną! Kto umieścił tak gładkie dzieło w więzieniu z sierści utkanym? Kto tak piękny skarb zamknął w skórzanej skrzyni? Pozwól mi ujrzeć te wdzięki, a za zapłatę weź wszystkie moje żądze! Dobro ty moje, tylko sadło tej niedźwiedzicy może zaradzić chorobie, która toczy me nerwy!
Powiedziawszy to raz i drugi i spostrzegłszy, że rzuca słowami jak grochem o ścianę, legł z powrotem na łożu i stał się tak beznadziejnym przypadkiem, że lekarze złą prognozę czynili jego sprawie. Matka zaś, która prócz niego nikogo nie miała na świecie, usiadłszy przy łożu, rzekła mu:
– Synu mój, skąd to złamane serce? Jakiż to humor melankoliczny cię dopadł? Jesteś młody, jesteś miłowany, jesteś wielkim panem, jesteś bogaty; czego ci brakuje, synu mój? Mów: nieśmiały żebrak z pustą sakwą chodzi! Jeśli chcesz żony, wybierz ją sobie, a ja dam ci wiano; ty bierz, a ja zapłacę. Nie widzisz ty, że co dla ciebie złe, to i dla mnie? Tobie puls przyspieszy, a mnie serce skacze, ciebie bierze gorączka, a mnie głowa boli; nie mam przecie innej podpory mej starości niż ty. Dlatego bądź mi szczęśliwy, aby i to serce moje było szczęśliwym i żebyś nie zobaczył królestwa obróconego w perzynę, domu zrujnowanego, a matki osieroconej!
Książę, usłyszawszy te słowa, powiedział:
– Nic mnie nie może pocieszyć, jeno widok mojej niedźwiedzicy. Przeto jeśli chcecie, matko, zobaczyć mnie zdrowym, każcie ją sprowadzić do tej komnaty. Ani nie chcę, żeby ktokolwiek mi usługiwał i ścielił mi łoże, i gotował mi, jeśli nie ona sama. A jeśli dostąpię tej radości, to w krótkim czasie wyzdrowieję.
Wydało się matce niedorzecznością, żeby niedźwiedzica miała robić za kucharza i za pokojowca, i myślała, że syn jej ma chimery; przecie jednak, by go zadowolić, kazała ją sprowadzić. Ta zaś, zbliżywszy się do książęcego łoża, podniosła łapę i dotknęła pulsu chorego – rzecz, która przeraziła królową, bała się bowiem, że zaraz urwie mu ona nos.
Lecz książę rzekł do niedźwiedzicy:
– Misiu moja, nie chcesz ty mi gotować i dawać mi jeść, i usługiwać mi?
Ta zaś skinęła głową na znak, że się zgadza.
Matka kazała więc przynieść parę kur, rozpalić ogień w piecu w tej samej komnacie i zagotować wody, a niedźwiedzica, chwyciwszy kurę, oskubała ją zręcznie, wypatroszyła i część nadziała na rożen, a z części przyrządziła pieróg. Książę, który pierwej nie mógł przełknąć nawet cukru, oblizywał palce, a gdy skończył się pożywiać, niedźwiedzica dała mu pić z takim wdziękiem, że królowa chciała ją ucałować w pysk.
Następnie, gdy książę wstał z łoża, żeby dostarczyć medykom kamienia probierczego[9], niedźwiedzica pościeliła mu łoże, pobiegła do ogrodu, nazbierała kwiatów róży i pomarańczy i rozsypała na jego pościeli. Widząc to, królowa stwierdziła, że niedźwiedzica taka to najprawdziwszy skarb, i że snadź syn jej ma rozumu pod dostatkiem, że tak jej sprzyja.
Lecz w księciu na widok tej pięknej służby tylko wzmógł się ogień; jeśli pierwej odchodził był od zmysłów, to teraz już całkiem wychodził z siebie. Rzekł więc do królowej:
– Moja pani matko, jeśli nie ucałuję zaraz tej niedźwiedzicy, duch ucieknie z mojej piersi!
Królowa, widząc, że bliski jest omdlenia, odrzekła:
– Pocałuj go, pocałuj, mój zacny zwierzu, nie dopuść do zguby tego biednego chłopca!
Niedźwiedzica zbliżyła się do księcia, a on chwycił ją za oba policzki i nie mógł się jej dosyć nacałować. I gdy tak trwali pysk przy pysku, wypadła – nie wiem jakim sposobem – gałązka z ust Precjozy: i oto w ramionach księcia znalazło się najpiękniejsze w świecie stworzenie! Ten zaś, ściskając ją wciąż w miłosnym uchwycie, rzekł:
– Tu cię mam, wiewióreczko, nie uciekniesz mi już żadnym sposobem!
Precjoza, krasząc wstydliwością obraz swej przyrodzonej piękności, powiedziała:
– Oto jestem w twoim ręku, polecam ci mój honor i czyń ze mną, co ci się spodoba!
I gdy królowa spytała tę piękną młódkę, jakimż do sposobem została zmuszona wieść żywot tak dziki, ta opowiedziała jej co do joty dzieje swoich nieszczęść. Królowa pochwaliła ją jako dobrą i cnotliwą dzieweczkę i powiedziała księciu, że rada byłaby, gdyby została ona jego małżonką. Książę zaś, który niczego więcej w świecie nie pragnął, poprzysiągł jej zaraz wierność, a matka pobłogosławiła parę i rozkazała uczcić ten piękny związek wspaniałymi ucztami i iluminacjami. Tak też Precjoza stała się żywym dowodem mądrości tych, co mówią, że
kto dobro czyni, dobro go czeka.
[1] Reputacja przypisująca Katalończykom szczególne okrucieństwo, powszechna niegdyś w regionie Śródziemnomorza, sięgała czasów aragońskich almogawarów, lekkiej piechoty specjalizującej się w półpartyzanckiej walce przeciw „Maurom” (hiszpańskim muzułmanom). Nieocenieni w czasie wojny, w czasie pokoju almogawarowie stawali się niewiele więcej niż rozbójnikami, dla których nie miało znaczenia, czy łupią wrogów, czy swoich.
[2] Giovan Vincenzo Starace był neapolitańskim politykiem; kilkukrotnie pełnił we władzach miasta funkcję „wybrańca ludowego” (eletto del popolo). W czasie zamieszek w 1585 r., wywołanych podwyżką cen chleba, próbował znaleźć schronienie w kaplicy, ale padł od uderzenia cegłą w czoło. Rozjuszony tłum ranił go wielokrotnie nożami i wrzucił jeszcze żywego do grobowca, gdzie zmarł. Następnie wyciągnięto stamtąd trupa i obnoszono go po ulicach Neapolu, aż został dosłownie rozerwany na strzępy.
[3] Jezioro w Kampanii nieopodal Giugliano, z kształtu podobne do serca; stąd wyszukana metafora Basilego znaczy: widząc, że jego serce wyschło.
[4] Aluzja do Orlanda szalonego Ariosta, X, 84: Non è un sì bello in tante altre persone: / natura il fece, e poi roppe la stampa „nie ma równie pięknego wśród tylu innych osób: natura go uczyniła, a potem rozbiła sztancę”.
[5] Tzn. sułtan turecki w swoim haremie.
[6] Taki stereotyp Hiszpanki może dziś nas dziwić, ale w XVI-XVII w. wysoko urodzeni Hiszpanie pysznili się bladą cerą, wskazującą na brak konieczności fizycznej pracy w słońcu, jak również na to, że mają „czystą krew” (sangre limpia), tj. nie mają wśród przodków „Maurów”, powszechnie kojarzonych z ciemną karnacją. Stąd też prawdopodobnie wzięło się wyrażenie „błękitna krew” – od niebieskawego koloru, jakim odznaczają się żyły pod bladą skórą.
[7] Tzn. na koturnach mierzących do 50 cm, które nosiły w tym czasie Włoszki, pozwalających ochronić buty i szaty od ulicznego brudu.
[8] W owym czasie modne Włoszki zwykły rozjaśniać sobie włosy na srebrzysty kolor.
[9] Tj. oddać mocz. Badanie moczu było w tym czasie podstawową metodą diagnostyczną.