Szafran, mastyks i figa. Greckimi drogami z Tomaszem Piotrem Kozłowskim
Julia WollnerSzafran, mastyks i figa. Greckimi drogami to książka o Grecji, jakiej nie znajdziemy w przewodnikach – pełnej zapachów, spotkań i ukrytych znaczeń. Mój dzisiejszy gość, Tomasz Piotr Kozłowski, prowadzi czytelnika przez mniej oczywiste ścieżki Hellady, łącząc opowieść o naturze, kulturze i codziennym życiu w jedną fascynującą podróż.
Niniejszy tekst stanowi skrócony zapis spotkania autorskiego Tomasza P. Kozłowskiego w Big Book Cafe w Warszawie, które miałam przyjemność prowadzić.
Są książki podróżnicze, które podają adresy, tworzą listy, opisują miejsca. Są też takie, które zmieniają sposób, w jaki te miejsca pojmujemy. Dzisiejsza rozmowa dotyczy właśnie takiej książki: książki, która pozwala zrozumieć więcej, zobaczyć więcej i więcej poczuć. Grecja przedstawiona przez Tomasza Piotra Kozłowskiego zdecydowanie nie jest Grecją z folderów turystycznych. To Grecja, która pachnie: nie tylko tytułowym szafranem, figą i mastyksem. To Grecja, która smakuje: w towarzystwie bliskich dusz, w radości spotkania, razem. To Grecja, którą się słyszy, którą się dotyka i próbuje pojąć, zarówno umysłem, jak i sercem: poprzez jej rytm życia, poprzez naturę i poprzez historię. Grecja, ale i szerzej: całe Śródziemnomorze, bo przecież kraj ten, choć niezwykły w swojej osobności, jest także piękną częścią pięknej całości.
Autor książki Szafran, mastyks i figa odwiedził Helladę już ponad sześćdziesiąt razy. Czy powrót zaś nie jest najpiękniejszą deklaracją miłości? Przy każdym powrocie odkrywa coś, co wymyka się oczywistości – i czym później, z właściwą sobie wrażliwością, dzieli się z nami. Moim i Państwa gościem jest biolog, przyrodnik, popularyzator, ale też, a może przede wszystkim: uważny obserwator świata. Mój ulubiony opowiadacz nieoczywistych, intymnych greckich historii – Tomasz Piotr Kozłowski.

Pamiętasz ten moment, kiedy poczułeś, że Grecja to dla Ciebie coś więcej niż tylko punkcik na mapie?
Miałem wtedy dokładnie 15 lat – to były wakacje w lipcu 1997 roku, kiedy skończyłem szkołę podstawową. Wycieczka do Grecji miała stanowić prezent wieńczący ten etap. Pierwsze lądowanie w Grecji i… trafił we mnie piorun. Już przy wysiadaniu z samolotu zorientowałem się, że to przestrzeń wyjątkowa. Jak każdy nastolatek poszukiwałem wówczas swojej drogi, a że byłem już wtedy rozkochany w przyrodzie, to właśnie jej różnorodność najbardziej mnie uderzyła. Zaraz później przyszła kultura, język i wspaniali ludzie.
Celem tej pierwszej podróży, podjętej z mamą, była Kreta i Santorini. Inspirował nas telewizyjny program Pieprz i wanilia i fascynujące opowieści jego autorów. Niestety, poza zachwytem, szybko przeżyłem w Grecji także lekcję pokory, bowiem z Krety na Santorini dotarłem, jak to się mówi, zielony na twarzy – trafiliśmy na tak wysoką falę, że pochorowałem się na pokładzie promu.

A jednak to nieprzyjemne doświadczenie nie zmieniło Twojego stosunku do greckich podróży.
To chyba dlatego, że ja bardzo szybko pokochałem może nie tyle sam kraj i podróże, co przede wszystkim mieszkańców. Myślę, że do Grecji w pierwszej kolejności jeździ się do ludzi. Do ludzi, którzy są niezwykle serdeczni, pomocni, którzy otwierają swoje serca, mimo że mają tak wielu turystów w kraju. Zauważyłem to już wtedy, podczas tej pierwszej wizyty, i szybko zrozumiałem, że to co innego czytać o Grecji z przewodników, a co innego poznawać ją bezpośrednio wśród greckiej społeczności. Pamiętam, że ten mały Tomek nauczył się kilku podstawowych słów po grecku i prędko poczuł się bardzo doceniony. Grecy bardzo się cieszą, gdy ktoś mówi w ich języku – więc co chwilę otrzymywałem jakieś prezenty, upominki, drobiazgi.
Szybko nadeszła druga wizyta i kolejny ważny moment. Zatrzymaliśmy się na krótko na Krecie, w rodzinnym hoteliku pośród oliwnych wzgórz. W recepcji znalazłem książkę o roślinach, co jako młodego przyrodnika bardzo mnie zainteresowało. Spytałem, czy mogę zabrać ją na kilka dni do pokoju. Prośba została oczywiście spełniona, a kiedy wyjeżdżaliśmy, zaniosłem książkę z powrotem do recepcji. Kiedy dziękowałem za możliwość lektury, współwłaściciel ośrodka oznajmił mi: – Ta książka jest już dawno twoja! I to był kolejny moment, w którym pomyślałem: mieszkają tu naprawdę serdeczni ludzie i chyba naprawdę warto przyjeżdżać, warto ich poznawać.
Bardzo się cieszę, że te słowa już na początku nam wybrzmiały: że człowiek jest najważniejszy. To otwarcie na niego, ta próba poznania, jest charakterystyczną cechą Twojego podejścia do świata, bardzo wyczuwalną także w książce przez Ciebie napisanej. Wróćmy jednak do Santorini – przepięknej wyspy, która kojarzy się niestety głównie z masową turystyką i która była jednym z Twoich pierwszych przystanków w Grecji. Zastanawiam się, czy fakt, że na samym początku trafiłeś właśnie tam, sprawiło, że chcesz uciekać od tej pocztówkowej wizji kraju? Czy Twoja książka stanowi jakiś rodzaj buntu wobec tej Grecji wyjętej z kolorowego folderu?
Bardziej niż buntem nazwałbym to uzupełnieniem – nie da się ukryć, że miejsca bardzo chętnie odwiedzane przez innych ja również często odwiedzam. Nie dalej jak w zeszłym roku ponownie wspinałem się na przykład na skałę Akropolu w Atenach, którą bardzo lubię – i było to bardzo piękne przeżycie. Na Santorini wracam zawsze z ogromną przyjemnością, ponieważ wyspa ta, choć znana z bardzo określonych klisz fotograficznych, ma też do zaoferowania wiele miejsc bardziej ukrytych i nieoczywistych. W mojej książce Santorini pojawia się w kontekście winnic – nietypowych, bowiem krzewy winne zaplata się tam w specjalny koszowy sposób, aby chronić je przed silnym wiatrem często obecnym na wyspie.
Tamtejsza tradycja winiarska jest bardzo ciekawa i liczy wiele wieków historii.

Kiedy wspominasz o winorośli, nie mogę nie zadać pytania o tytuł twojej książki. Mamy tutaj szafran, mamy mastyks, mamy wreszcie figę. W środku piszesz natomiast, że filarami Grecji, już od starożytności, są, obok figi właśnie, oliwka i winorośl. Skąd więc szafran i mastyks?
Oliwka jest też na okładce, zaś winorośl pojawia się na jednej z pierwszych stron wprowadzających do książki – tym samym mamy je wszystkie! Starałem się, by treść tej książki była na swój sposób zaskakująca także dla miłośników Grecji; siłą rzeczy tytuł, który stworzyłem we współpracy z wydawnictwem, również musiał być niesztampowy. Dodam, że choć książka liczy sobie przeszło 400 stron, to niestety nie znalazły się w niej wszystkie ważne rośliny – jak na przykład zboża. Mam jednak nadzieję, że udało się co innego: podkreślenie, że rośliny stanowią podwaliny kultury geckiej i śródziemnomorskiej, od zarania dziejów; że budują pewne światy – fortuny, dobrobyt. Decydują o jego istnieniu i trwaniu. Chciałem przypomnieć, jak wiele zawdzięczamy naszej relacji z naturą, która jest dla nas życiodajna, jest naszą karmicielką, decyduje też o naszej harmonii wewnętrznej.
Jedną z takich roślin, która budowała światy, jest oczywiście oliwka, zapewniająca dobrobyt bardzo wielu społecznościom, czy winorośl. Jest nią także wspomniany szafran, który uprawia się tylko w niektórych regionach północnej Grecji, co doprowadziło te okolice do boomu gospodarczego. Tytułowy mastyks, czyli żywica pistacji mastyksowej, była swego czasu tak kosztowna, że o wyspę Chios rywalizowały najwięsze mocarstwa.
Przyroda i rośliny są w Twojej książce przewodnikami po kulturze: po obyczajowości, mitologii, tradycjach. Z nimi i z Tobą odwiedzamy poszczególne greckie regiony. Który z nich jest Twojemu sercu najbliższy – nie tylko ze względu na przyrodę?
Bez wątpienia bardzo ważne miejsce zajmuje Kreta, bo ona była pierwsza. Zaraz później przyszła Lesbos, o czym zdecydował przypadek, który zdarzył się na wyspie Rodos, również bardzo mi drogiej. Odwiedziłem tam kiedyś, w pierwszych latach swoich podróży, pewną księgarnię, gdzie sprzedawano przepięknie wydaną książkę zatytułowaną Lesbos Eolska, omawiającą kulturę, przyrodę, zwyczaje, a wszystko to ze wspaniałymi fotografiami. Przeglądając ją, zupełnie straciłem głowę. Wiedziałem, że jest to miejsce, które po prostu muszę odwiedzić. Pragnienie to trwało we mnie przez kilka lat i, gdy skończyłem studia i mogłem trochę śmielej realizować swoje marzenia, udałem się na Lesbos. Nasza relacja trwa do dzisiaj: jest to bardzo drogi mi świat na wschodzie Morza Egejskiego. Ważny jest dla mnie także Epir – wspaniale różnorodny i zadziwiająco zielony region w Grecji kontynentalnej.
I jeszcze Tracja – wielokulturowy region na pograniczu Grecji, Bułgarii i Turcji. Zaskakujący wszystkich, dlatego że to jest absolutny tygiel wielu kultur. Obok siebie mieszkają tam chrześcijanie i muzułmanie, miejscami w dość równych proporcjach.
Muszę też wymienić Ateny – miasto nieoczywiste, przez niektórych krytykowane. Ja zawsze Aten gorliwie bronię. Pamiętajmy, że w zasadzie pół Grecji mieszka w Atenach; trudno więc o mocniej bijące serce greckiej kultury.

Bardzo często podkreślasz, że, zakochując się w Grecji, zakochałeś się w jej różnorodności. Zwróciłam uwagę na to słowo, zorientowawszy się, że ja, gdy opowiadam o swojej miłości do krajów śródziemnomorskich, mówię zawsze o kontrastach, które, tworząc pewne dychotomie, pozwalają mi wyraźniej widzieć poszczególne elementy.
Ja chyba rzadko patrzę na miejsca, które odwiedzam przez pryzmat słowa kontrast. Bliższe jest mi słowo mozaika. Grecja jest mozaiką mikroświatów – śródziemnomorskiego, tego kojarzonego z wyspami, plażami, wybrzeżem, z oliwkami, gajami cytrusowymi – ale także bałkańskiego. Grecy jak najbardziej czują się społeczeństwem bałkańskim i ta bałkańskość jest tam widoczna w bardzo wielu sferach. Światy te przenikają się, uzupełniają, a i sami Grecy mają świadomość, że żyją na skrzyżowaniu różnych światów.
Warto jest, swoją drogą, poznać tę Grecję inną od nadmorskiej. Gorąco polecam wycieczki w góry, które są, po pierwsze, światem o wiele bardziej zielonym niż Grecja nadmorska, a po drugie: zaskakują innością. Jeśli spóźniliśmy się na wiosnę w Grecji – a jest ona przepiękna, kwiecista, zupełnie inna od rozgrzanego lipca – to możemy jeszcze na nią zdążyć nawet w czerwcu, jeśli pojedziemy w góry. Już latem spotkamy tam na przykład kwitnące storczyki, całe ich łąki… To bardzo poruszający widok.
Kiedy piszesz o greckich roślinach, to odczuwamy Grecję wszystkimi zmysłami: widzimy te niezwykłe widoki, czujemy zapach kwiatów… Zaraz później tłumaczysz, co poczujemy, jeśli dotkniemy kory drzewa czy rozetrzemy między palcami zielony figowy liść. To nie tylko wspaniały zabieg literacki, który sprawia, że czytelnik przenosi się wyobraźnią do miejsc przez Ciebie opisywanych, ale także prawdziwa lekcja uważności.
Uważność jest być może jednym z największych luksusów współczesnego świata, w którym jesteśmy bombardowani przeróżnymi bodźcami. Trudno w nim o dobrostan, a przywrócić może go tylko przyroda. Dla mnie była ona nauczycielką uważności od najmłodszych lat; miłość do niej narodziła się jeszcze przed miłością do Grecji. Później te dwie miłości zaczęły się uzupełniać. Dziś, w książce, zachęcam na przykład do zwiedzania greckich miast i zauważania tam zjawisk, na które pewnie wiele osób nie zwróci uwagi – jak kwitnące dzwonki na murach miasta Janina. Marzę jednak, byśmy zdali sobie sprawę, że ćwiczyć uważność można nie tylko w Grecji – cuda znaleźć można na każdym kroku, także w Polsce. Czy wiesz, że w naszym kraju mamy prawie pięćset gatunków dzikich pszczół? To pierwszy przykład mikroświata, który przychodzi mi do głowy, i którym możemy się zachwycać bez wyjeżdżania daleko.
Uśmiecham się, słuchając Cię, bo widzę w Tobie coś, czego często nam brakuje: wdzięcznośc wobec świata. Ona również jest rodzajem uważności: rodzi się w chwili, kiedy zatrzymujemy się i zauważamy, że ktoś nam coś dał, że świat nam coś daje. Odczuwamy w sercu zachwyt i pragnienie, by go wyrazić.
Podróże do Grecji uczą wdzięczności, bo i Grecy lubią ją okazywać – także poprzez tę swoją serdeczność, o której wspominałem. Poprzez wspólnotę, działanie razem. Okazji do takich działań jest w Grecji wiele. Może to być zbieranie razem winogron i tłoczenie wina, co robiłem kiedyś na Lesbos; może być uczestnictwo w jakimś koncercie. Może to być pomoc w jakichś konkretnych inicjatywach lokalnych. Wystarczy poszukać. Warto pytać się miejscowych, co się dzieje w okolicy – to doskonały sposób na poznanie nowych ludzi, nowych przyjaciół, i właśnie na uczestniczenie w jakichś wydarzeniach, które organizują lokalni mieszkańcy. Drzwi otworzy nam uśmiech, który pozwala komunikować się bez słów. Mam zresztą wrażenie, że Grecy uśmiechają się więcej niż my w Polsce.

W Twojej książce uśmiechu jest bardzo wiele. Są jednak także trudne pytania: o przyszłość zagrożonej przyrody, o kryzys klimatyczny… To bolesne wątki.
Ważne było dla mnie, by nie skręcić w stronę idylli. Wszyscy mamy przecież tendencję widzieć kraje, które odwiedzamy w czasie wakacji, jako pozbawione trosk. A Grecja, jak każde inne miejsce, jest pełna różnych problemów. Należą do nich właśnie zmiany klimatu, które bez wątpienia bardzo silnie wpływają na nią w ostatnich latach. Wszyscy słyszeliśmy o pożarach, które bezlitośnie trawią coraz większe obszary. Prognozy są pesymistyczne – jeżeli klimat będzie ocieplał się tak szybko jak obecnie, to do roku 2050 zniknie 1/3 gajów oliwnych w nad Morzem Śródziemnym. Czuję obowiązek, żeby o tym przypominać. Musimy zdać sobie sprawę, że świat śródziemnomorski jest w niebezpieczeństwie, że w pewien sposób umiera. Jak zaznaczyłem we wstępie do książki, parafrazując słowa poety, niestety musimy się spieszyć w kochaniu tego regionu. On naprawdę bardzo szybko się zmienia – nie zawsze w kierunku, który by się nam podobał.
W jaki sposób my, turyści podróżujący na Południe, możemy robić to w sposób, który nie będzie dla przyrody szkodliwy? Jestem przekonana, że wielu z nas zupełnie nieświadomie popełnia mnóstwo błędów, nawet nie zdając sobie sprawy, jak szkodzimy miejscom, które kochamy.
Grecy zaczęli sobie zadawać pytanie o liczbę basenów, które mają w niektórych okolicach kraju, znanych z niedużych zasobów wody. Może warto pomyśleć, czy zawsze potrzebny nam na urlopie basen, skoro zaraz obok szumi morze? Kolejna kwestia to śmieci, bo po sezonie na greckich plażach zalega ich bardzo wiele. I, oczywiście, wszelkie kwestie związane z zagrożeniem pożarowym. Niedopałek papierosa w połączeniu z silnym wiatrem może doprowadzić do katastrofy na ogromną skalę.
Mam nadzieję, że będziemy o tym wszyscy pamiętać – nie tylko w Grecji i nie tylko latem. Ty zaś powiedz na zakończenie, co jeszcze powinno nam zostać w sercu po zakończeniu lektury Twojej książki. Z jaką myślą powinniśmy odłożyć ją na półkę po przeczytaniu?
Myślę, że jedną z najważniejszych rzeczy – i to słowo rzeczywiście dziś wielokrotnie wybrzmiewa – jest uważność. W świecie rozedrganym, często męczącym, warto poprzez nią odnajdywać własną równowagę. Szukać jej także w tej mozaice doświadczeń, którą ja odnajduję w Grecji i którą, jestem pewny, wielu z Państwa również dostrzega i docenia. Chciałbym też , żebyśmy w naszych podróżach – zarówno tych dosłownych, jak i wewnętrznych – odkrywali to, co nas łączy. Bo choć mogłoby się wydawać inaczej, Grecję i Polskę spaja zaskakująco wiele. Warto poznawać to głębiej i pozwolić sobie na powroty.
Ta książka jest zresztą opowieścią o powrotach. Wracamy na Kretę, Lesbos, do Epiru, na Chios, do Aten czy na Peloponez. Powroty są dla mnie szczególnie ważne – lubię je celebrować, bo to one pozwalają zobaczyć więcej, zrozumieć głębiej, a czasem po prostu spotkać ludzi, którzy są dla nas ważni. Może więc tym, co warto z tej książki zabrać, jest właśnie zgoda na uważność i na powracanie. Na to, by w codziennym pośpiechu odnajdywać momenty zatrzymania, a w nich – sens, relacje i spokój. Ale tych odpowiedzi jest oczywiście więcej. I tak naprawdę każda osoba, która sięgnie po tę książkę, znajdzie w niej swoją własną.