Triest, czyli nigdzie. Jan Morris o mieście pomiędzy
Julia WollnerW eseistycznej książce Triest, czyli nigdzie Jan Morris pokazuje port nad Adriatykiem jako miejsce, w którym spotykają się kultury, języki i epoki, tworząc jedną z najbardziej niezwykłych przestrzeni Europy.
Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z Wydawnictwem Czarnym.
Triest jako synonim słowa „nigdzie” albo jako alegoria czyśćca. Miasto stanowiące geograficzną i historyczną anomalię, które nominalnie należy do Włoch, z usposobienia nie pasuje jednak zupełnie nigdzie. Tak widzi stolicę regionu Friuli-Wenecja Julijska Jan Morris (1926–2020), autorka książki wydanej właśnie w Polsce przez Czarne.
Oryginalny tytuł monografii, która po raz pierwszy ukazała się drukiem w 2001 roku, to Trieste and the Meaning of Nowhere. I rzeczywiście Morris eksploruje jedno z możliwych, choć nie dosłownych znaczeń okolicznika „nigdzie”: miejsce, które trudno przypisać do jednego świata. Triest nie jest więc tożsamy z pustką ani nie leży na dalekich peryferiach, choć bywa tak przez autorkę przedstawiany. „Nigdzie” jest tu raczej synonimem granicy. Granicy jednak także nie należy rozumieć dosłownie – nie tyle rozdziela, ile istnieje pomiędzy. Triest bardziej bowiem łączy niż dzieli, za to „pomiędzy” jest nieustannie, mieszając kultury, języki, a nawet epoki historyczne.

Czytając doskonałą książkę walijskiej autorki, miałam nieustanne wrażenie, że jej tytuł ma charakter prowokacyjny. Portowe miasto, w którym spotykają się różne europejskie tradycje, które wymyka się jednoznacznej definicji, jest przecież bardziej wszędzie niż nigdzie. Austro-węgierskie imperium współistnieje tu z włoskim irredentyzmem, współczesność jest zarazem wspomnieniem dziewiętnastowiecznej świetności, a mieszkańcy od zawsze stanowią wieloetniczną mieszankę Włochów, Austriaków, Słoweńców, Żydów, Greków i Serbów, a także Chorwatów, Ormian, Niemców, Węgrów i innych. Port przyciągał wszak ludzi z całego imperium i świata, w tym, jak podkreśla autorka, szczególnie wszelkich wygnańców i outsiderów.

Morris ukazuje Triest jako organizm kulturowy. Autorka przedstawia historię miasta, sugerując, że jest ono jednym z ostatnich punktów w Europie, w których wciąż czuć ducha monarchii habsburskiej. Jednocześnie jest to przestrzeń pogrążona w melancholii, żyjąca cieniem swojej dawnej roli – portu imperium. Nostalgia stanowi główne źródło tutejszych uniesień – czytamy. Nostalgiczny ton stanowi też jeden z najbardziej charakterystycznych elementów książki; towarzyszy opisom kawiarni, portowych nabrzeży i rozważaniom o dawnych twórcach związanych z Triestem. Bez tych ostatnich oczywiście nie sposób Triestu opisać: nade wszystko jest to bowiem miasto literatury, gdzie toczyły się istotne rozważania o tożsamości, alienacji i nowoczesności, prowadzone przez postaci tej miary, co Svevo, Saba czy Joyce.

Książka wydana przez Czarne to wyśmienita lektura. Nie jest klasyczną monografią ani reportażem – to raczej esej podróżniczy, portret miasta widziany oczami wrażliwej obserwatorki, a momentami nawet medytacja nad historią Europy. Autorka łączy opowieść o historii i literaturze z fragmentami poezji, elementami humorystycznymi i osobistą refleksją. Jako Walijka wielokrotnie porównuje imperium Habsburgów do Imperium Brytyjskiego; dodaje też, że pokochała to miasto, tęskniąc za Europą, którą widziała jako zjednoczony byt o wspólnych wartościach, sposobie życia i aspiracjach. Podczas pierwszych odwiedzin w Trieście, w dalekim 1946 roku, zdawało jej się, że dostrzega jeszcze pozostałości tego ideału. Pisząc o zamku Miramar, wyznaje, że jego widok uświadamia jej ulotność imperiów – tych uwodzicielskich złudzeń trwałości, pomników pychy, niekiedy zepsutych do szpiku kości, które czasem jednak nosiły w sobie również wiele dobra.
Być może to właśnie to ostatnie zdanie najlepiej oddaje stosunek autorki do Triestu; z pewnością najtrafniej ubiera w słowa moje odczucia. Dla mnie Triest jest bowiem bardziej wszędzie niż nigdzie, bardziej łączący niż dzielący, rzeczywiście pełen melancholii, a jednocześnie pełen nadziei i pogody mimo wszystko. Chyba zresztą nie może być inaczej: tam, gdzie do swego kresu dochodzi jedna cywilizacja, zaczyna się przecież druga, a koniec staje się początkiem nowego. Stojąc na głównym placu miasta, Piazza Unità d’Italia, w moich wspomnieniach zawsze wypełnionym słońcem, eleganckie habsburskie budynki zostawiamy za plecami – jak podporę i korzenie, od których się nie ucieka. Przed sobą mamy jednak morze i przyszłość, otwierając szeroko ramiona na świat.
Jan Morris, Triest, czyli nigdzie, Czarne 2026
