aktualności książki

Zakazany dziennik Valerii C. Alby de Céspedes (fragment)

Zakazany dziennik Valerii C. to literackie arcydzieło Alby de Céspedes, której twórczość inspirowała współczesne autorki, m.in. Elenę Ferrante. Stanowi historyczne świadectwo epoki i hołd dla pre-feministycznej generacji, która miała decydujący wpływ na późniejsze przemiany.

Fragment Zakazanego dziennika Valerii C. Alby de Céspedes publikujemy dzięki uprzejmości wydawnictwa  W.A.B.



1 stycznia 1951

Jest noc i tak cicho, jakbym była w domu sama. Michele śpi, ale odkąd zaczęłam prowadzić ten dziennik, zawsze się boję, że tylko udaje i czeka, by mnie złapać na gorącym uczynku. Piszę na kuchennym stole, obok położyłam kalendarz z wydatkami domowymi, żeby zakryć nim zeszyt na wypadek, gdyby Michele nagle wszedł do kuchni. Jeżeli przyłapałby mnie na oszustwie, byłby to koniec pełnej zaufania harmonii, na której opierał się nasz związek przez całe dwadzieścia dwa lata małżeństwa. Pewnie lepiej by było, gdybym przyznała się Michelemu do istnienia tego zeszytu i poprosiła, by go nie czytał. Gdybym jednak została przez niego przyłapana, już na zawsze podzieliłoby nas podejrzenie, że mam i może też wcześniej miałam przed nim nie wiadomo ile innych sekretów. To absurdalne, ale szczerze przyznaję, że gdyby Michele prowadził pamiętnik bez mojej wiedzy, poczułabym się urażona.

Jeszcze coś powstrzymuje mnie od wyjawienia, że prowadzę ten zeszyt – poczucie winy, że tracę czas na pisanie. Często narzekam, że mam zbyt wiele pracy, że jestem w tym domu jak niewolnica; że nie mam nawet kiedy usiąść i poczytać książki. To jest prawda, ale wpewnym sensie ta niewola stała się również moją siłą, aureolą mojego męczeństwa. Kiedy więc zdarza mi się półgodzinna drzemka, zanim Michele i dzieci wrócą na obiad, albo pozwalam sobie na spacer i oglądanie witryn sklepowych w drodze z pracy do domu, nigdy im o tym nie mówię. Jest we mnie lęk, że jeśli się przyznam do krótkiego nawet odpoczynku lub jakiejś innej przyjemności, stracę nimb bohaterki poświęcającej każdą minutę rodzinie.

Tak, gdybym się do tego przyznała, nikt z moich bliskich nie pamiętałby już o niezliczonych godzinach spędzonych w biurze, w kuchni, na zakupach czy cerowaniu, a jedynie o krótkich chwilach spędzonych naczytaniu książki lub spacerze. Michele zawsze mi powtarza, bym pozwoliła sobie na odpoczynek, a Riccardo obiecuje, że gdy tylko zacznie zarabiać, zafunduje mi wakacje na Capri albo na Riwierze. A to, że dostrzegają moje zmęczenie, sprawia, że czują się zwolnieni z dalszej odpowiedzialności. Dlatego często mówią mi surowo: „Powinnaś odpocząć”, jakby brak relaksu był moim kaprysem. A kończy się na tym, że gdy widzą, jak siadam z nimi i biorę do ręki gazetę, natychmiast pytają: „Mamo, skoro nie masz nic do roboty, to może zacerowałabyś mi podszewkę marynarki? A mogłabyś wyprasować moje spodnie?”, i tak dalej.

Mój wewnętrzny spokój rodzi się ze zmęczenia, które odczuwam, leżąc nocą w łóżku

Z czasem i mnie się to udzieliło. Kiedy mam dzień wolny w pracy, natychmiast oznajmiam w domu, że poświęcę go na niedokończone sprawy, bo już dawno planowałam je załatwić. Inaczej mówiąc, informuję wszystkich, że nie będę odpoczywać. Gdybym to zrobiła, ten krótki dzień nabrałby w oczach moich bliskich rozmiarów miesięcznego nieróbstwa. Wiele lat temu przyjaciółka zaprosiła mnie na tydzień do swojego wiejskiego domu w Toskanii. Do pociągu wsiadłam wyczerpa­na, ponieważ zorganizowałam wszystko tak, aby Michelemu i dzieciom niczego nie brakowało podczas mojej nieobecności. Kiedy wróciłam, czekało na mnie całe mnóstwo rzeczy do zrobienia, nagromadzonych podczas tych krótkich wakacji. A jednak nawet późną zimą, jeśli wspomniałam oswoim zmęczeniu, wszyscy mi przypominali, że przecież byłam na wakacjach i moje ciało powinno było z tego skorzystać. Jak­by nie rozumieli, że tydzień odpoczynku w sierpniu nie zapo­biegnie zmęczeniu w październiku. Jeśli czasami mówię „Nie czuję się dobrze”, Michele i dzieci reagują krótkim, pełnym szacunku i niezręcznym milczeniem. Potem wstaję, wracam do robienia tego, co mam zrobić, i nikt się nie rusza, żeby mi pomóc, tylko Michele woła: „Cała ty, najpierw mówisz, że źle się czujesz, a potem nie usiedzisz spokojnie ani chwili”. Po czym wracają do rozmowy, a dzieci przed wyjściem napominają mnie: „Odpocznij trochę, dobrze?”, Riccardo kiwa mi groźnie palcem, jakby ostrzegał, żebym tylko nie próbowała wychodzić dla rozrywki z domu. Jedynie silna gorączka jest w stanie sprawić, że w naszej rodzinie wierzy się w czyjąś chorobę. Michele się niepokoi, a dzieci przynoszą mi oranżadę. Tylko że rzadko miewam gorączkę, właściwie to prawie nigdy. Za to zawsze jestem zmęczona, ale w to nikt nie wierzy. Jednak mój wewnętrzny spokój rodzi się właśnie ze zmęczenia, które odczuwam, leżąc nocą w łóżku. Znajduję w nim rodzaj szczęścia, koi mnie on i w nim zasypiam. I chyba powinnam się do tego przyznać sama przed sobą, że kto wie, czy deter­minacja, z jaką bronię się przed odpoczynkiem, nie jest po prostu strachem przed utratą tego jedynego źródła szczęścia, jakim jest zmęczenie.



3 stycznia

Byłam wczoraj u Giuliany na tradycyjnej herbatce. Urządza ją co roku z okazji swoich urodzin dla dawnych koleżanek szkolnych, z którymi pozostała w przyjaźni. I tak samo jak co roku, najpierw oznajmiłam rodzinie, że się nie wybieram. Co roku mówię, że mam za dużo roboty, by brać wolne popołu­dnie w pracy, i że gdybym już miała to zrobić, wykorzystałabym je na ważniejsze rzeczy. I co roku Michele i dzieci nalegają, bym jednak poszła, starają się mnie przekonać, że nie powin­nam rezygnować ze spotkania z moimi dawnymi koleżankami, zwłaszcza że teraz, kiedy każda z nas ma swoje życie, rzadko mam taką okazję.

Wczoraj przy obiedzie, kiedy sprzeciwiałam się im gorliwiej niż zwykle, zaskoczyły mnie słowa Mirelli: „Daj spokój, mamo, dobrze wiesz, że pójdziesz, przecież dałaś do odnowienia swój czarny kapelusz”. Spojrzałyśmy na siebie bez życzliwości, nie odważyłam się odpowiedzieć. Tym bardziej że Mirella ma rację. Każdego roku już na początku grudnia potajemnie przymierzam jeden z moich starych kapeluszy, które obecnie bar­dzo rzadko zakładam, i przekonuję samą siebie, że trzeba go odnowić. Później – ku własnemu zaskoczeniu – zaczynam przystawać przy kioskach z prasą przed czasopismami poświęconymi modzie. Jeśli ktoś mnie na tym przyłapie, przenoszę wzrok na najbliższą gazetę i udaję, że czytam nagłówki. Potem, gdy tylko zostaję sama, z sentymentem wracam do magazynu o modzie. Gdy idę do domu, w wyobraźni mam na głowie nowy kapelusz z piórem opadającym z boku, a wyraz twarzy próżny i nieobecny, jak modelka. Zdumiewa mnie, że nikt z mojej ro­dziny tego nie zauważa. Nawet Michele. Wita mnie jak gdyby nigdy nic: „O, jesteś, dobry wieczór, mamusiu”. Przez kilka dni chodzę po ulicach z tym kapeluszem w głowie, widząc siebie, jak siedzę w nim u Giuliany. Wreszcie się decyduję, dzwonię do znajomej modystki, mistrzyni przeróbek, i tajemniczo szepcę, że wpadnę do niej następnego dnia. Ale kiedy odnowiony kapelusz jest już w szafie i wraca temat herbatki u Giuliany, wciąż się upieram i powtarzam, że nigdzie nie idę. I prawie boję się go włożyć, jakby to była zbyt ciężka próba.

Tą próbą jest chyba spojrzenie Mirelli. Michele zawsze mówi, że wyglądam świetnie, a potem wyraża żal, że jego dochody nie pozwalają mi już chodzić do tej modystki na via Veneto, gdzie kupowałam kapelusze w roku mojego ślubu.
„Dlaczego? – pytam. – Czy to znaczy, że mi w nim nie do twarzy?”, na co on natychmiast odpowiada, że nie, a nawet obdarza mnie komplementem, że noszę się bardzo elegancko. Wychodzę z domu zadowolona i pogodna. Ale kiedy już siedzę w salonie Giuliany, dociera do mnie, co Michele miał na myśli. Mój piękny czarny filcowy kapelusz gaśnie wobec kolorowej satyny nakryć głowy moich przyjaciółek. Jest nas tylko sześć lub siedem, to kameralne spotkanie, ale wszystkie są ubrane jak na wielką ceremonię: noszą biżuterię i widać, że założyły swoje najbardziej efektowne ubrania. W tej garderobie, w gwarze piskliwych głosów rozpoznaję zamiar udowodnienia sobie nawzajem, że są szczęśliwe, bogate i że ich życie potoczyło się doskonale. Może tak naprawdę w to nie wierzą, może teraz jest tak samo jak wtedy, gdy na pensji pokazywałyśmy sobie zabawki otrzymane w prezencie i każda mówiła: „Moja jest ładniejsza”. Mam wrażenie, że pozostało w nich to dziecinne okrucieństwo. Czasami dla żartu rozmawiamy po francusku, tak jak na pensji; uwielbiałyśmy mówić po francusku, kiedy szłyśmy na spacer na Pincio równymi rzędami, w granatowych mundurkach: ludzie brali nas za zagraniczną wycieczkę, co przyprawiało nas o dreszczyk dumy. Ale przede wszystkim byłyśmy dumne z tego, że uczymy się wnajbardziej renomowanej szkole w mieście. Większość uczennic wywodziła się z arystokracji: czuły, że swoją obecnością w szkole potwierdzają rodzinny prestiż, a inne, jak ja, zwracając się do nich, mogły z zażyłością wymawiać nazwiska rodzin, które dały papieży Kościołowi i nazwy pałacom, mimo że często straciły już te budynki. Pamiętam bardzo dobrze, że kiedy wymieniałam te nazwiska, niezwykle pochlebiało to mojemu ojcu, który pochodził z bogatej mieszczańskiej rodziny prawników. Moja matka natomiast, wywodząca się z weneckiej podupadłej nie­stety arystokracji, udawała, że nie przywiązuje do tego żadnej wagi, a nawet przytaczała anegdoty o tych rodach i umiała bezbłędnie zrekonstruować ich genealogie, opowiadając o narodzinach, małżeństwach i wczesnych zgonach. Ojciec patrzył na nią z szacunkiem, a ona mimowolnie upokarzała go przy tych okazjach, podkreślając, że aż do zamążpójścia pozostawała w bliskiej zażyłości z rodzinami, do których należały uczennice naszej pensji, gdzie – przy wielkim poświęceniu finansowym – chciała, abym się kształciła. To dlatego z początku wydawało mi się, że gdy tylko wypowiem jej rodowe nazwisko, moje arystokratyczne koleżanki będą mnie traktować jak krewną. Tymczasem okazywało się, że nigdy wcześniej go nie słyszały, ani ich matki nie kojarzyły mojej, choć ona zachowała tak dokładną pamięć o nich.

Zarówno Giuliana, jak i Camilla opowiadały o swo­ich mężach tak, jak kiedyś mówiły o prowadzących pensję zakonnicach, chwaliły się swoimi podstępami, nawet w cał­kiem niewinnych sprawach

Również wczoraj u Giuliany odnosiłam wrażenie, że należymy do innych światów i mówimy innymi językami. Przy­glądałam się im z rozbawioną ciekawością, tak jak ogląda się przedstawienie. Nie potrafię jasno nazwać swojej obserwacji, ale wydawało mi się, że one nigdy nie opuściły pensji i że tylko ja z nich wszystkich dorosłam. Chciałam się odmłodzić, próbowałam je naśladować, przypominałam sobie usilnie, że jesteśmy mniej więcej w tym samym wieku i mamy wiele wspólnych wspomnień, że wszystkie jesteśmy mężatkami i mamy dzieci, a więc i nasze problemy powinny być podobne. Zresztą dopóki nie zaczęłam pracować, widywałyśmy się nie­kiedy popołudniami, żeby pograć w karty. Od Luisy i Giacinty nie oddziela mnie nawet status ekonomiczny, bo ich mężo­wie zarabiają nie więcej niż Michele i ja razem. Nie wiedzia­łam, czemu przypisać istniejącą między nami różnicę, która w moim odczuciu pogłębia się z każdym rokiem. Przyznaję, że bardzo starałam się je zrozumieć, gdy opowiadały o sobie, tak jak wtedy, gdy zaraz po przyjeździe do szkoły próbowałam nadążyć za ich szybkim trajkotaniem po francusku. Camilla z humorem opowiadała o prezentach, które dostała od męża na Boże Narodzenie, drogich prezentach, które udało się jej wyciągnąć od niego dzięki sprytowi i skomplikowanym manewrom. Na głowie miała kapelusik ozdobiony szarym przybraniem z piórek, zachwycający. Giuliana wyjaśniała,w jaki sposób nakłoniła swojego męża do kupienia jej biżuterii. Były naprawdę zabawne, czułam się tak, jakbym oglądała magiczną sztuczkę. Zarówno Giuliana, jak i Camilla opowiadały o swo­ich mężach tak, jak kiedyś mówiły o prowadzących pensję zakonnicach, chwaliły się swoimi podstępami, nawet w cał­kiem niewinnych sprawach, jak zakup sukienki lub wybór miejsca na letni wypoczynek. Giacinta twierdziła, że potrafiła nakłonić męża, by co miesiąc dawał jej pieniądze na opłacenie rachunku za prąd, choć przecież płaci sięgo co dwa miesiące. Luiza odpowiadała na to, że lepiej zawyżać rachunki na dzieci.

„To jedyna bezpieczna metoda”, powiedziała ze śmiechem i takim ożywieniem, że drżał bukiecik fiołków przypięty do białej satyny jej kapelusza. „A w wakacje, za każdym razem, gdy przegrywam w karty, dzieci dostają anginy lub przeziębienia”, dodała. Giacinta natychmiast skomentowała: „Bo twoje są jeszcze małe, moje od razu by się wygadały, że nic im nie jest”. Ja też chciałam opowiedzieć coś podobnego, by zyskać uznanie, ale nie mogłam sobie niczego przypomnieć i czułam się upokorzona. Moje przyjaciółki wydawały się takie szczęśliwe, takie radosne: Giuliana w ferworze rozmowy brała mnie pod ramię, co mnie wzruszyło. Jadły słodycze, co chwi­la wyjmowały z torebek puderniczki albo papierosy i zapalały je nowoczesnymi, pomysłowymi zapalniczkami. Margherita miała taki sam wyraz twarzy jak wtedy, gdy puściła w obieg po klasie karykaturę jednej z zakonnic. Gdyby nagle wszedł jej mąż, zarumieniłaby się jak w dniu, w którym zakonnica ją nakryła i wyrzuciła z klasy. Co jakiś czas sprawdzała godzi­nę na małym zegarku i wkrótce zaczęła okazywać niepokój, a w pewnej chwili powiedziała, że Luigi zaraz wraca do domu. Nie wydawała się już tak pewna siebie jak wcześniej. Giacinta również powiedziała, że Federico zawsze chce, aby była w domu przed nim. Zaintrygowana tym dziwacznym żądaniem, zapy­tałam dlaczego, a ona lekko wzruszyła ramionami i odparła z westchnieniem, że po prostu tacy są mężczyźni. Zauważyłam, że Michele nie zwraca uwagi na to, które z nas przyjdzie do domu pierwsze, na co odparła: „Masz szczęście”.