kultura sztuki piękne

Gianlorenzo Bernini. Celebryta, który stworzył Rzym

Gianlorenzo Bernini był barokowym celebrytą, który świetnie wiedział, jak poradzić sobie w życiu. Oto jego recepta na sukces.

Tekst ukazał się drukiem w dwumiesięczniku „La Rivista” 4/2013

Barokowy Rzym to nie było miłe miasto. Wielkie rzymskie rody prowadziły wyniszczające wojny o wpływy. Nie cofano się przed kradzieżą ani przemocą, a zbrodnie i mroczne występki królowały i w biednych zaułkach, i w pozłacanych salonach. Z biegiem lat coraz piękniejsze miasto spowijały coraz okrutniejsze intrygi. Trzeba było wielkiej przebiegłości i sprytu, a nierzadko też bezwzględności, by utrzymać się na powierzchni.

Bernini doskonale odnajdował się w tym fascynującym świecie gwałtownych emocji i wielkiej hipokryzji. Miał nie tylko nieprzeciętny talent, lecz także instynkt salonowego drapieżnika. Wytworny i czarujący, gdy trzeba było, atakował bez ostrzeżenia. Za jego wdziękiem skrywały się zazdrość, namiętność i zemsta. Jak mało kto rozumiał, że aby być w centrum wydarzeń, nie można zdać się na przypadek.

Autoportret artysty, ok. 1623
Autoportret artysty, ok. 1623

Gianlorenzo był synem toskańskiego rzeźbiarza Pietra Berniniego, który z rodzinnych stron przeniósł się do Neapolu. Ożenił się z neapolitanką Angelicą Galante i w 1598 roku został ojcem przyszłego geniusza. Siedem lat później rodzina przeniosła się do Rzymu, ponieważ Pietro rozpoczął prace rzeźbiarskie w Santa Maria Maggiore. Chłopiec obserwował ojca przy pracy, uczył się, rysował, zaczynał rzeźbić. Wieść o młodym pomocniku Pietra dotarła do papieża, a ten zapragnął zobaczyć chłopca. I tu zaczyna się pierwszy akt oszałamiającej kariery człowieka, który – jak się lepiej przyjrzeć – stworzył nie tylko znany nam dziś Rzym, ale też swego rodzaju wzór salonowego bywalca, bohatera masowej wyobraźni. Był barokowym celebrytą, który świetnie wiedział, jak sobie pomóc w życiu. Oto jego recepta na sukces.

Po pierwsze: zrobić wielkie wejście

Kilkuletni chłopiec stanął przed obliczem papieża, który ciekaw umiejętności dziecka poprosił go o narysowanie głowy. Miał pewnie nadzieję zobaczyć bezimienną, może jeszcze odrobinę nieudolną twarz, jaką zwykle rysują bardziej uzdolnione plastycznie dzieci. Ale nie Bernini! Chłopiec zaskoczył wszystkich zgromadzonych szczegółowymi pytaniami, o jaką konkretnie głowę chodzi, co życzy sobie zobaczyć papież. Ten, nieco rozbawiony powagą młodego artysty, podniósł poprzeczkę i poprosił o głowę św. Pawła. Pół godziny później oglądał zachwycający rysunek. Czy to się mogło skończyć zwykłą pochwałą? Oczywiście, że nie. Ojciec święty obdarował Gianlorenza dwunastoma złotymi monetami i zlecił kardynałowi Maffeo Barberiniemu zaopiekowanie się chłopcem. Monety Bernini zachował do końca swego życia, by przypominały mu pierwszy wielki sukces. A troskliwy kardynał sam stał się wkrótce papieżem i nie zapomniał o swym podopiecznym.

Apollo i Dafne, fot. Alvesgaspar / Wikimedia, CC BY-SA 4.0
Apollo i Dafne, fot. Alvesgaspar / Wikimedia, CC BY-SA 4.0

 


Po drugie: obdarowywać właściwe osoby

Bernini szybko zrozumiał, że przyjaźń osób możnych i wpływowych może zdziałać cuda. Tę pierwszą ważną naukę przyjął do serca i pamiętał o niej do końca swych dni. Zawsze miał wokół siebie odpowiednich mecenasów, których rozpieszczał swym talentem. W zamian otrzymywał stosowne wynagrodzenie, a także – a może przede wszystkim – swego rodzaju immunitet, chroniący go przed nieprzychylnością losu. Kiedy tacy ludzie prosili, nie odmawiał. Dlatego gdy dzieł Berniniego zapragnął wielki kolekcjoner, kardynał Scipione Borghese, młody mistrz przystąpił do pracy. Wykonał cztery rzeźby, z których każda zasługuje na miano arcydzieła, a wszystkie razem tworzą dzieło absolutnie genialne. Najpierw był Eneasz i Anchizes z chłopcem Askaniuszem, potem pojawił się Pluton i Prozerpina, Dawid oraz Apollo i Dafne. Wszystkie rzeźby powstały w ciągu zaledwie sześciu lat, a gdy Bernini przedstawiał ostatnią z nich, nie miał nawet trzydziestki. Trudno w to uwierzyć, gdy dziś ogląda się je w Galerii Borghese.

W jego rękach marmur stawał się miękki i namiętny, postacie unosiły nad ziemią, wirowały, tańczyły, biegły. Pluton obejmuje władczym gestem Prozerpinę, ona szarpie się, wyrywa, ale jego silna dłoń wbiła się już w jej ciało i nic nie wskazuje na to, by zechciał odpuścić. Znamy tę historię, wiemy, że jego mroczna namiętność zwycięży. Bernini pokazuje moment, gdy jeszcze nic nie jest przesądzone, gdy jeszcze może zdarzyć się cud. Może taki, jak ten, który przydarzył się Dafne, gdy uciekała przed pożądaniem Apolla. Jego ręce już jej dotykają, bóg już pewnie czuje się zwycięzcą, ale oto ciało dziewczyny zmienia się w drzewo, a dłonie rozwiewają się szumem liści na wietrze. Chwila przemienienia, udana, choć tragiczna ucieczka przed gwałtem. Prozerpina uległa, Dafne ocalała. Obie zachwycają w swych rzeźbiarskich wcieleniach. Bernini sprawił, że mitologiczne opowieści nabrały rumieńców, stały się namiętne, prawdziwe, dramatyczne. Pasja i żywioł. Marmur, który żyje!

Kolumnada przy Placu Świętego Piotra
Kolumnada przy Placu Świętego Piotra


Po trzecie: odrzucać sentymenty

Nie sposób odmówić temu człowiekowi geniuszu. Wydobył z marmuru oddech i namiętność. Pokazał, że rzeźba może być miękka i gwałtowna, wirująca i zmysłowa. Zniewalająco piękna, tak inna niż wszystko, co powstało wcześniej. On nie rzeźbił, on malował dłutem. Nie robił tego jednak do końca sam, o czym bardzo szybko zapominał. Urzekające lekkością gałązki i liście, w które na naszych oczach przeobraża się uciekająca Dafne, stworzył mniej znany rzeźbiarz, asystent Berniniego, Giuliano Finelli. Mistrz błyskawicznie wyrzucił to ze swej pamięci i przyjmował wszystkie pochwały, również te za pracę, której nie wykonał. Niestety nie był to wyjątek. Gianlorenzo nie lubił konkurencji, chciał być jedynym mistrzem, królem sztuki i salonu. Niejeden raz korzystał z cudzej wiedzy i pomocy. Nie dziękował, nie dbał o sprawiedliwe rozliczenia i ocenę. Brał, co uważał za potrzebne. A potem w świetle pochwał stawał sam.

Tak było z jego największym rywalem, Francesco Borrominim, który w architekturze nie tylko nie ustępował Berniniemu, lecz zdaniem wielu wręcz go przerastał. Nie miał jednak talentu do autopromocji, na dodatek bywał gwałtowny i mało subtelny. Musiał przegrać w pojedynku z czarującym Gianlorenzo. Zaczynali jako współpracownicy przy ozdabianiu Bazyliki św. Piotra w Watykanie. Bernini doceniał wiedzę i umiejętności kolegi, przyglądał się jego pracy, uczył się, korzystał z fachowej pomocy. Kiedy jednak przychodziło do zaszczytów i nagród, zapominał o wspólniku swego sukcesu. To nie mogło się skończyć dobrze. Panowie szybko rozstali się, by przez kolejne dziesięciolecia toczyć ze sobą wyniszczającą wojnę na śmierć i życie. Borromini walczył na argumenty i projekty, Berniniemu zdarzało się, że sięgał po nieszlachetny oręż, jak na przykład wtedy, gdy we wpływowym towarzystwie szepnął o sztuce Borrominiego zaledwie jedno, ale za to straszliwe słowo: „gotyk”. W tamtych czasach to był cios w samo serce…

 

Pluton i Prozerpina, fot. Jk1677 / Wikimedia, CC BY-SA 4.0
Pluton i Prozerpina, fot. Jk1677 / Wikimedia, CC BY-SA 4.0


Po czwarte: nie wybaczać zdrady

Kiedy Maffeo Barberini stał się papieżem Urbanem VIII, Bernini zyskał największego sojusznika, o jakim można było w tamtych czasach marzyć. Ojciec święty zadbał o to, by jego genialnemu podopiecznemu nie zabrakło pracy. Powierzył mu stanowisko głównego architekta Watykanu. Nad rzeźbą Matyldy Toskańskiej w Bazylice św. Piotra pracował wraz z bratem Luigim, pomagał mu także Matteo Bonarelli. Nie był on wielkim rzeźbiarzem i pewnie nikt by o nim nie usłyszał, gdyby nie jego żona Costanza, która zawróciła w głowie samemu mistrzowi. Bernini był wrażliwy na kobiece wdzięki, a żona współpracownika była naprawdę piękną kobietą. I tak zaczął się gorący romans. W dowód swych uczuć Gianlorenzo wyrzeźbił bardzo prywatne popiersie namiętnej kochanki, pełne subtelnej zmysłowości. Nie wziął tylko pod uwagę, że skoro piękna Costanza zdradziła męża, to może także zdradzić swego adoratora, na dodatek z jego własnym bratem Luigim. Urażona duma, niespełniona namiętność, zdrada – Bernini oszalał z wściekłości. Gdyby nie interwencja matki, zapewne zabiłby swego brata. Kiedy Luigiemu udało się uciec, gniew Gianlorenza skierował się na niewierną kochankę. Nakazał swemu służącemu, by oszpecił Costanzę. Mistrzowi wolno było odebrać kobietę innemu mężczyźnie, inni nie mieli takiego prawa. Kara musiała być sroga. W efekcie awantury Luigiego wypędzono z miasta, Costanza bezpowrotnie straciła urodę. Berniniego ukarano zaledwie grzywną. Możni opiekunowie po raz kolejny zadbali o genialnego pupila, pewnie po cichu zazdroszcząc mu odwagi i pasji, z jaką wymierzał sprawiedliwość.

Po piąte: zawsze wracać na szczyt

Choć przygoda miłosna nie skończyła się dla Berniniego groźnie, wkrótce po nieszczęsnym zajściu z Costanzą i Luigim szczęście odwróciło się od artysty i zaczęły się kłopoty w Watykanie. Projekty dzwonnic okazały się za ciężkie, bagniste tereny pod Bazyliką nie wytrzymały takiego obciążenia. Pojawiły się pęknięcia, a wraz z nimi ożywili się wszyscy przeciwnicy Berniniego, cierpliwie oczekujący potknięcia mistrza. Teraz nadszedł właściwy moment, więc ruszyli do ataku. Oskarżony bronił się, ale przegrał. Dzwonnicę zburzono, projekt zakończono. Po sprawie? Absolutnie nie.

Przeliczyli się ci, którzy myśleli, że architektoniczna klęska będzie oznaczać odejście Berniniego. Owszem, artysta przeżywał swój upadek, wpadł nawet w depresję, ale nie przestał pracować. Nie brakowało mu zleceń, nadal miał ważnych przyjaciół, którzy pragnęli jego dzieł. Powrót mistrza był tylko kwestią czasu.

Już jako dojrzały mężczyzna i doświadczony artysta stworzył dwa genialne dzieła, które wystarczyłyby, aby zapisać jego nazwisko złotymi zgłoskami w historii światowego piękna. Rzeźba Ekstaza św. Teresy w kościele Santa Maria della Vittoria po dziś dzień bulwersuje i zachwyca, prowokuje do pytań i rozmyślań, przywodzi na myśl rozkosze ciała i ducha, najwyższe uniesienia dane człowiekowi. Z kolei kolumnada na placu św. Piotra w Watykanie stała się wcieleniem ideału Kościoła, który obejmuje swymi troskliwymi ramionami cały świat i wszystkich ludzi. Otaczające plac kolumny to kwintesencja piękna, harmonii i geniuszu.

Ekstaza św. Teresy, fot. Richard Mortel / Flickr, CC BY 2.0
Ekstaza św. Teresy, fot. Richard Mortel / Flickr, CC BY 2.0

 

Mistrz salonowego świata

Gianlorenzo Bernini był geniuszem, co do tego nikt nie może mieć wątpliwości. Nie osiągnąłby jednak tak wiele, gdyby nie jego niezwykła umiejętność walki o siebie. To jej zawdzięczał popularność, towarzyskie kontakty i świetnie wynagradzane zlecenia. Równie uzdolniony Borromini, któremu brakowało lekkości i salonowej finezji, nie miał szans zajść tak daleko. Do końca życia zmagał się z nieprzychylnością wpływowych sfer towarzyskich.

Berniniemu sprzyjało także niezwykłe wyczucie chwili. Niczym Hitchcock stopniował napięcie, organizował mniejsze i większe trzęsienia ziemi, zaskakiwał, oszałamiał. Wciągał swych zleceniodawców w drobne pułapki, jak wtedy gdy rozstrzygały się losy fontanny na Piazza Navona. Nie brano go pod uwagę jako twórcę, gdyż następca Urbana VIII, Innocenty X, był przychylny jego konkurentom. Bernini przygotował makietę swojego projektu i zadbał o to, by papież dostrzegł ją podczas odwiedzin u swej rodziny. Podstęp się udał, projekt zachwycił papieża i przekonał do zatrudnienia Berniniego przy Fontannie Czterech Rzek.

Pod koniec życia Bernini przestał być drapieżnikiem, zaczął pracować dla przyjemności. Jego syn wspominał w biografii poświęconej ojcu, że przy ostatnich projektach przestał ścigać się sam ze sobą i cieszył się swoimi dziełami. Wreszcie poczuł się spełniony. Kiedy dostał udaru i stracił władzę w ręce, był zadowolony, że wreszcie odpocznie. Zmarł 28 listopada 1680 roku, pogodzony, spokojny, przygotowany na odejście.

Pozostał nam Rzym Berniniego, miasto pełne architektonicznych cudów, urokliwych fontann, oszałamiających kościołów i zapierających dech w piersiach rzeźb. Miasto pełne pasji, okrutne i namiętne, piękne i zachwycające. Zmienne i niejednoznaczne. Niezwykłe. Jak Bernini.

 

Fontanna Czterech Rzek
Fontanna Czterech Rzek


Czy wiesz, że…?

Kiedy Urban VIII zasiadł na Tronie Piotrowym, wypowiedział słynne zdanie: To twoje wielkie szczęście, Cavalier, ujrzeć kardynała Maffeo Barberiniego jako papieża, ale nasze szczęście jest dużo większe, dlatego że Cavalier Bernini żyje podczas naszego pontyfikatu.

 

Czy wiesz, że…?

Po romansie z Contanzą Bonarelli Bernini postanowił ustatkować się i ożenić. Jego wybranką została podobno najpiękniejsza kobieta w Rzymie, Caterina Tezio. Mistrz cenił także jej pracowitość i skromność. Jego samouwielbienie i jej uległość doskonale zgrały się ze sobą i państwo Bernini stanowili podobno bardzo zgodne małżeństwo. Mieli jedenaścioro dzieci.

 

Czy wiesz, że…?

Francuzi też chcieli skorzystać z talentu Berniniego. Król Ludwik XIV zaprosił go do Francji i przyjął u siebie z najwyższymi honorami. Szybko okazało się jednak, że mistrz ma zupełnie inny gust i jego projekt Luwru nie spodobał się Francuzom. Na pożegnanie Bernini wyrzeźbił popiersie króla i obie strony rozstały się zadowolone z tej obiecującej, ale jednak niezbyt udanej współpracy.

 

Czy wiesz, że…?

Pod koniec życia Bernini raz jeszcze musiał wstydzić się za swojego brata Luigiego, którego złapano w bardzo krępującej sytuacji w miejscu publicznym. Aby zmyć hańbę z nazwiska Gianlorenzo wyrzeźbił w kościele San Francesco a Ripa błogosławioną Ludwikę Albertoni, która nieco przypomina piękną świętą Teresę w ekstazie.

POPRAWIAMY FORMĘ

Nasza strona jest w przebudowie. Pewne funkcje mogą nie być dostępne. Dziękujemy za cierpliwość!