książki

Nokturn śródziemnomorski Marka Zagańczyka. Piękno jako remedium na zło

Julia Wollner

Nokturn śródziemnomorski Marka Zagańczyka to intymny dziennik-esej o podróżach, sztuce i stracie, w którym echo Herberta, Hertza i Stempowskiego splata się z osobistą refleksją.

Po książkę w błękitnej okładce sięgam wieczorami, jakby jej tytuł nie pozwalał mi na czytanie za dnia. Przez jakiś czas leży przy łóżku razem z notesem i ołówkiem – najpierw solidnie wyostrzonym, potem coraz bardziej zużytym, bo każdej nocy zapisuję nim mnóstwo nazwisk, tytułów, toponimów. I choć czytam w ciszy, to mam wrażenie uczestniczenia w wielogłosowym dialogu – przewodzi mu Marek Zagańczyk, ale udział biorą w nim całe zastępy wspaniałych twórców. Nokturn śródziemnomorski bardziej niż książką jest bowiem LEKTURĄ – w etymologicznym rozumieniu tego słowa, pochodzącego od łacińskiego legere – ‘czytać’, ale wcześniej też ‘zbierać’ i ‘wybierać’. To nie tylko ‘zbieranie słów oczami’, ale i zapis, zbiór wyborów: czytelniczych, podróżniczych, estetycznych; opowieść o literackich zachwytach i chwilach olśnienia podczas kontaktu ze sztuką, pieczołowicie zachowanych w prywatnych notatkach. I choć formalnie tekst zamknięto w ramach intymnego dziennika, to jego najgłębszą istotą jest właśnie nieustanna rozmowa: z przeszłością, z wybitnymi umysłami. I z myślą o drugim człowieku. Tak zresztą właśnie opisuje publikację Wydawnictwo Próby: od autora ważniejsi są inni i lekcja, która płynie z obcowania z ich dziełem.

Pisarstwo Zagańczyka przepełnia melancholia, w jego erudycji nie znajdziemy krzty pretensjonalności, a opisy zachwycają czułością, zmysłowością i umiejętnością zatrzymania chwili

Marek Zagańczyk, który przez blisko trzy dekady współtworzył nieodżałowany kwartalnik „Zeszyty Literackie”, to redaktor, jakich dzisiaj prawie już nie ma: niegodzący się na kompromisy w kwestii jakości języka, dbający o elegancję formy i precyzję słowa. Jako eseista, którego uwaga skupia się przede wszystkim na sztuce, historii, literaturze i podróżach po regionie śródziemnomorskim, wierny jest klasycznej, europejskiej tradycji humanistycznej; jego tekstom blisko jest do utworów Zbigniewa Herberta czy Pawła Hertza, którego literackiej spuścizny jest opiekunem. Pisarstwo Zagańczyka przepełnia melancholia, w jego erudycji nie znajdziemy krzty pretensjonalności, a opisy zachwycają czułością, zmysłowością i umiejętnością zatrzymania chwili. Wszystkie te elementy znajdzie czytelnik w Nokturnie – tegorocznej publikacji, którą autor określił mianem swego wiernego autoportretu. Autoportretu wyrastającego z tej samej wrażliwości estetycznej, co Droga do Sieny czy Cyprysy i topole, a jednak spowitego zdecydowanie cięższym woalem melancholii. Podróże, spotkania ze słowem, estetyczne uniesienia widziane są coraz częściej nie tylko jako lekarstwo na bolączki codzienności, ale jako źródło duchowego wzmocnienia w sytuacjach granicznych; te zaś mnożą się, sugerując nieuchronny zmierzch dawnego świata. Odchodzą przyjaciele, mentorzy, osoby, które ukształtowały wrażliwość i światopogląd autora; rejon Morza Śródziemnego po raz kolejny pogrąża się w wojnie. A jednak tamtejsze słońce praży jak zwykle; cyprysy, dumnie wyprostowane, nadal sięgają nieba. Jeszcze ciągle warto się im przyglądać; niezmiennie warto podziwiać dzieła sztuki, które rodzą się w ich cieniu. Słowo może przecież ocalić pamięć o pięknie.

Marek Zagańczyk w Nokturnie śródziemnomorskim zabiera nas jednak nie tylko nad Morze Śródziemne. Opisuje podróż do Szwajcarii, dzieli się refleksją nad dziełem Nabokova, wspomina zmarłych rodziców i wybitnych polskich twórców, którzy towarzyszyli mu na życiowej drodze. Jest wśród nich wspomniany już Paweł Hertz, nauczyciel szacunku dla tradycji klasycznej; jest Józef Czapski, malarz i pisarz, który jak nikt inny szukał ocalenia w sztuce. Jest wielki Herbert – mistrz, którego nazwiska nie trzeba nawet wymieniać, a przecież jego duch zdaje się unosić nad każdą stronicą opiewającą piękno włoskich i greckich szlaków. Najważniejszym patronem Nokturnu zdaje się jednak inny wybitny eseista: Jerzy Stempowski. Choć zasłynął tekstami o Europie Wschodniej i Środkowej oraz Szwajcarii, w której mieszkał, w swych esejach nierzadko traktował Włochy i Śródziemnomorze jako jeden z punktów odniesienia dla refleksji o cywilizacji Zachodu. W pejzażu i historii Południa szukał uniwersalnych prawd o kondycji człowieka. Zagańczyk idzie jeszcze dalej, wypatrując w Śródziemnomorzu oparcia, czyniąc z jego piękna i dziejów tarcze, które chronią przed katastrofą.

Tamtejsze słońce praży jak zwykle; cyprysy, dumnie wyprostowane, nadal sięgają nieba

Nokturn śródziemnomorski jest dla mnie – i na pewno nie tylko dla mnie – książką wyjątkową. Choć w dorosłość wchodziłam ciut później od autora, a nie wszystkich jego mistrzów było dane mi poznać – tak osobiście, jak i przez słowo, które na szczęście mogę jeszcze nadrobić – to piękna i bezpiecznej przystani szukam na tych samych szlakach. Wśród pachnących słońcem ziół i w melancholijnej prozie Sándora Máraiego; na skalistych wyspach i w powieściach Nikosa Kazantzakisa; w zalanych światłem zatoczkach i w zapiskach Patricka Leigh Fermora. Tak, szukam tam schronienia, choć coraz intensywniej przeczuwam, że schronienia nie ma, że jest tylko zachwyt jako antidotum na rozpacz, piękno jako remedium na zło. Ten zachwyt i to piękno musimy wybierać, dzień po dniu. Napisałam już wcześniej, że książka Marka Zagańczyka jest prawdziwą lekturą, bo u jej podstaw stoi właśnie akt wyboru. Nas Nokturn śródziemnomorski uczy wybierać własne schronienie, nawet jeśli odkryliśmy już, że takowe nie istnieje.