kultura ludzie

Zła matka. Rozmowa z Karoliną Porcari

Polsko-włoska aktorka i reżyserka opowiada o swojej podwójnej tożsamości, pracy we Włoszech, macierzyństwie oraz swoim najnowszym spektaklu, który poruszy nie tylko matki-Polki oraz południowe mammy.

W Teatrze 3Rzecze w Warszawie 7 kwietnia 2017 roku odbyła się premiera spektaklu zatytułowanego Zła matka, inspirowanego m.in. książką Oriany Fallaci List do nienarodzonego dziecka. W odróżnieniu od powieści, Zła matka stanowi studium macierzyństwa i kobiety w komediowym, autoironicznym ujęciu, obfitując jednocześnie w momenty skłaniające do głębszej refleksji. Sztukę wyreżyserowała polsko-włoska artystka Karolina Porcari. Pochodzącą z Apulii aktorkę zobaczymy także w głównej roli. Obok Porcari na scenie podziwiać można Małgorzatę Bogdańską, która niedawno zachwyciła nas monodramem Nie lubię pana, Panie Fellini.

Wywiad z Małgorzatą Bogdańską przeczytać można w Lente #03.

 

Z Twojego spektaklu wyszłam poruszona i rozbawiona zarazem, z poczuciem, że twórcy przedstawienia opowiedzieli na scenie historię moją i wielu innych kobiet; historię, z którą trudno mi się nie identyfikować, a która jednocześnie niejednego widza zapewne zdziwi, a może nawet oburzy. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że sztuka ta wyglądałaby inaczej, gdyby nie Twoje korzenie.

Dwie tożsamości, w ramach których istnieję, jednocześnie kłócą się we mnie i uzupełniają, choć przyznam, że z wiekiem coraz częściej uczę się z nich korzystać i doceniać dwie natury, które mam w sobie. Bez wątpienia dochodzą one do głosu dzięki językowi – polski ma przecież zupełnie inną ekspresję, niż włoski, a więc gram w nich także inaczej. Mam też za sobą doświadczenie udziału w filmach po angielsku i po niemiecku (Zero w reżyserii Davida Barroucka, Music War and Love Marthy Coolidge i Meine Bruder Robert w reżyserii Philipa Groeninga) – w pierwszym z tych języków mówię bardzo dobrze, drugi znam w stopniu podstawowym i musiałam uczyć się w nim ról na pamięć. Zauważyłam wtedy, że, paradoksalnie, języki obce dają mi wolność – nie mam w nich ambicji, żeby brzmieć zawsze poprawnie, nie odczuwam presji, by nie popełnić żadnego błędu, i daję dojść do głosu temu, co pozawerbalne.
Wracając jednak do Twojego pytania – rzeczywiście masz rację, że te dwie części mnie zostały w Złej matce pomieszane. Odważyłam się na to po raz pierwszy, zdobywając się na ekspresję włoskiego temperamentu poprzez polski język. Stało się tak dlatego, że podeszłam do tego projektu nie tylko jako aktorka, ale także jako reżyser, z poczuciem, że muszę całościowo wypełnić go swoją osobą.

O tym, jak używany język może wpływać na osobowość, czytaj tutaj.

 

Karolina Porcari
Karolina Porcari, fot. Piotr Stokłosa

Osobą pochodzącą z mieszanej rodziny, wychowanej we Włoszech w dwujęcznym domu.

Mój tata przyjechał do Polski w latach siedemdziesiątych i przez jakiś czas pracował na warszawskiej italianistyce, gdzie studiowała mama. Po kilku latach wyjechali razem do Włoch, do Apulii – regioniu, z którego pochodzi tata i w którym również ja się wychowałam. Rzeczywiście wyrosłam więc w domu dwujęzycznym. Co roku na wakacje przyjeżdżałam do Polski – zwykle we wrześniu, przez co omijały mnie pierwsze tygodnie szkoły. Wszyscy bardzo mi tego zazdrościli (śmiech). Na studia wyjechałam do Mediolanu, gdzie wybrałam kierunek Lettere e Filosofia, czyli filozofię i literaturę. Po drodze pojawiło się również aktorstwo. Podczas pobytu w Mediolanie – wspaniałym mieście, w którym pod względem artystycznym szalenie dużo się dzieje – obejrzałam wiele spektakli z krajów słowiańskich. Zachwycona ich poziomem, podjęłam decyzję o wyjeździe – spakowałam walizki, rzuciłam studia, przyjaciół, kota i pojechałam do Polski, aby rozpocząć naukę na krakowskiej PWST. Miałam 20 lat i nie wiedziałam, do czego mnie to doprowadzi, miałam jednak poczucie, że jest robię właściwy krok. Dosyć szybko zaczęłam pracować w Teatrze Ludowym w Krakowie, później zadebiutowałam w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Na czwartym roku dostałam pierwszą propozycję filmową, która, co ciekawe, przyszła z Włoch. Tym sposobem zagrałam w Come l’ombra Mariny Spady – filmie, który miał premierę na Festiwalu w Wenecji. Moja bohaterka była Ukrainką przyjeżdżającą do Włoch – musiałam więc nauczyć się mówić z obcą melodią w moim własnym języku, co było nie lada wyzwaniem. Pracowałam z couchem z Ukrainy, ćwicząc wymawianie włoskich słów z odpowiednim, wschodnim akcentem. Dwa lata później wzięłam udział we włosko-szwajcarskiej koproducji Segreti e sorelle, gdzie grałam już rodowitą Włoszkę. Potem było coraz więcej rozmaitych projektów, teraz natomiast, jak już powiedziałam, poprzez spektakl Zła matka rozpoczęłam swoją przygodę z reżyserią.

Karolina Porcari w filmie "Come l'ombra".
Karolina Porcari w filmie „Come l’ombra” (2006)

Przygodę, dodajmy, bardzo udaną, bo spektakl spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem warszawskiej publiczności. Zastanawiam się jednak – tytułowa zła matka to matka-Polka czy może raczej… matka-Włoszka?

Matka-Europejka.

Podkreślasz więc jej przynależność do naszego kręgu kulturowego?

Szczerze mówiąc, mam marzenie i ambicję, żeby była to po prostu matka. Bardzo chciałam nadać spektalowi wymiar uniwersalny. Mieliśmy zresztą kilku widzów zagranicznych i z ich komentarzy wnioskuję, że się to udało. Macierzyństwo jest doświadczeniem, w którym wiele aspektów nas łączy – mimo różnic kulturowych, jakkolwiek nie byłyby one często bardzo duże.

Kliknij tutaj i przeczytaj tekst Włoska mamma to ja – dossier o byciu mamą we Włoszech.

Włoska przyszłość Złej matki jeszcze przez Tobą – wiem, że macie kilka zaproszeń do Włoch na najbliższe miesiące. Jakie zaś były jej początki? Mówiłaś mi kiedyś o swojej inspiracji tekstem Oriany Fallaci.

Głównym impulsem do stworzenia spektaklu były bez wątpienia moje własne doświadczenia jako matki; Oriana przyszła po drodze. Mam do tej pisarki stosunek ambiwalentny, nie zawsze zgadzając się z jej poglądami, ale zarazem bardzo ją ceniąc. List do nienarodzonego dziecka to zresztą jedna z niewielu jej książek, która nie ma charakteru politycznego. Powstała w latach 70, kiedy dopiero rodził się feminizm. Autorka w swoim monologu stara się przygotować dziecko do przyjścia na świat, siłą rzeczy musząc więc wyrazić opinię na temat tego, co ją otacza. Zabieg ten na pewno stanowił dla mnie inspirację. Mój syn Teo urodził się we Włoszech. Gdy miał 2 miesiące, wróciłam z nim do Polski i… zaczęłam borykać się ze wszystkimi przeciwnościami losu, jakie spotykają młode matki. Nie zrozum mnie źle – macierzyństwo jest dla mnie niezwykłym, pięknym i bardzo wzbogacającym doświadczeniem. Jednocześnie przyznaję: mój wewenętrzny opór budzi fakt, że zwykle przedstawia się je w kształcie zupełnie wyidealizowanym. Sama odkryłam przecież, że ma liczne ciemne strony – i to je chciałam zbadać. To, że trzeba rezygnować z siebie na rzecz dziecka; to, jak kolosalne zmęczenie odczuwa się w pierwszych latach jego życia. Mówimy też w spektaklu o pępowinie – tej, która często nie zostaje nigdy przecięta; o tym, że matka i dziecko są nierozerwalnym, jednym bytem, co ma wspaniałe strony, ale także stanowi dla matki obciążenie. Bardzo chciałam wziać udział w dyskursie na ten temat. Pokazujemy tu zresztą dwa spojrzenia: to, które staje się udziałem matki świeżo upieczonej, ale także, za sprawą Małgosi Bogdańskiej, to, które przyjmuje matka dorosłego syna, co daje szerszą perspektywę. Na dobrą sprawę, spektakl ma zachęcać do refleksji nie tylko nad sytuacją matek, ale kobiet w ogóle.

Z Małgorzatą Bogdańską w spektaklu "Zła matka".
Z Małgorzatą Bogdańską w spektaklu „Zła matka”. Fot. Łukasz Król (podobnie jak zdjęcie główne)

W jednej z recenzji przeczytałam jednak, że o kobiecości i macierzyństwie nie powiedziałaś nic nowego, że poruszasz się wśród stereotypów, a wyrażane przez Ciebie opinie są skrajne. Ciekawa jestem, jak odeprzesz taki zarzut. Ja, oglądając spektakl, też miałam wrażenie przejaskrawienia pewnych elementów, wydaje mi się to jednak koniecznym zabiegiem scenicznym, nie zmieniającym faktu, że z całością mocno się identyfikowałam.

Cieszę się, że pojawiają się różne opinie – sztukę robi się po to, by o niej rozmawiać, i wspaniałe jest to, że ktoś w ogóle zechciał podjąć temat. Nauczyłam się jednak, że, tworząc spektakl, koniecze jest dokonywanie pewnych wyborów – nie da się być politycznie i społecznie poprawnym, trzeba na coś postawić akcent. Tak też jest w przypadku tej sztuki – nota bene powstałej wedle mojego pomysłu, ale ubranej w słowa przez dramaturga Krzysztofa Szekalskiego. Scenariusz powstał po długich rozmowach, podczas których ja, Małgosia Bogdańska i choreografka Iza Chlewińska opowiadałyśmy Krzysztofowi o swoich doświadczeniach. Dodatkową kopalnią inspiracji były dla niego wizyty na forach internetowych dla młodych matek. Nasz zespół nie stawia żadnej tezy, powiedziałabym raczej, że staramy się zadawać pytania; prowokujemy. W rzeczy samej prowokacja ta skierowana jest głównie ku mężczyznom – nieprzypadkowo kobiety chcą zabierać na spektakl swoich partnerów.

Skoro ma on wymiar uniwersalny, to zakładam, że prowokacja ta będzie miała podobny wymiar we Włoszech. Czy spodziewasz się identycznych reakcji?

Sama jestem ich ciekawa. Życzyłabym sobie bardzo, by były równie żywe. Myślę przy tym, że trafimy na dosyć podobny grunt – u nas pokutuje stereotyp matki-Polki, tam mamy włoską mammę, która z jednej strony zawiaduje całą rodziną, z drugiej zaś – pierze skarpetki swojego czterdziestoletniego syna. Schematy zachowań są zbliżone i tyczy się to także mężczyzn. Użyję tu wytartego słowa-klucza: patriarchat. W wielu rodzinach, zarówno polskich, jak i włoskich, mężczyzna jeszcze ciągle jest głównym żywicielem rodziny, co pozwala mu na uprawianie różnego rodzaju przemocy – psychicznej, ekonomicznej, ideologicznej. Dziś zaczyna się to zmieniać, w naszym pokoleniu widoczne są już pewne nowe procesy, a pokolenie naszych dzieci będzie już być może potrafiło walczyć o parytet.

Karolina Porcari w filmie "Ojciec" Artura Urbańskiego.
Karolina Porcari w filmie „Ojciec” (2017) Artura Urbańskiego

Na zakończenie naszej rozmowy zadam Ci pytanie często pojawiające się w rozważaniach międzykulturowych, które, mimo że tak powszechne, nadal bardzo lubię. Czego mogą uczyć się od siebie nawzajem Polacy i Włosi?

Polacy na pewno podejścia do jedzenia, tego, by kuchnia była miejscem, gdzie czas płynie wolno i celebruje się rytuały, a nie tylko konsumuje, by przeżyć. Włosi od Polaków? Cóż, mnie do Polski sprowadził teatr, podobnie zresztą jak mojego brata Jakuba, który jest dyrektorem artystycznym Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie. Fakt, że Polaków piękno nie otacza z każdej strony, sprawia, że tutejsza wrażliwość na nie jest chyba głębsza. Może zauważa się więcej? Szkoły dramatyczne we Włoszech nie cieszą się dobrą renomą; Polska jest natomiast pod tym względem w światowej czołówce. Polski teatr, a także coraz częściej polski film, zachwyca. Dlaczego tak jest? Kiedyś wraz z grupą studentów PWST, pod kierunkiem Jerzego Stuhra, pojechałam na 2 miesiące do Montalcino di Siena – w ramach projektu teatralnego Culture 2000. Termy, wino, słońce i blisko do morza… Niezwykłe wrażenia na każdym kroku. Gdyby nie to, że nasz reżyser był naprawdę zdeterminowany, by zrealizować założony plan, nic byśmy chyba nie zrobili. To samo zresztą jest w moim rodzinnym Lecce – 20 minut do przepięknych plaż, barokowa starówka… Trzeba być wariatem, żeby tam pracować (śmiech).

Najbliższe spektakle Zła matka odbędą się w dniach 10 i 11 maja 2017 roku. Bilety można kupić tutaj.

Bieżący temat

Rodzina

Włoska mamma, ojcowie ojczyzny, wsparcie i oddanie. Parenti-serpenti, więzy i układy, które najlepiej wychodzą na zdjęciu.


kalendarz wpisów