kultura styl życia

Fiesta fiesta. O kontrowersyjnych festiwalach w Hiszpanii (cz.1)

Niektóre hiszpańskie święta mogą wydawać się dziwne, a nawet szokujące, nie przystając zupełnie do wrażliwości człowieka XXI wieku.

Gdy myślimy o Hiszpanach, słowo fiesta pojawia się w naszej głowie automatycznie. Oznacza ono święto, ale możemy przetłumaczyć je również jako ‘zabawa’, ‘radość’, ‘uciecha’, ‘przyjęcie’, ‘wesele’ – wszystko, co kojarzy się ze świętowaniem. Wbrew pozorom jednak, nie wszystkie iberyjskie święta są radosne i wesołe; wiele z nich może wydawać się dziwne, a nawet szokujące, nie przystając zupełnie do wrażliwości człowieka XXI wieku.

San Fermin

Festiwal San Fermin, zwany także Sanfermines, odbywający się między 6 a 14 lipca w Pampelunie, stał się niejako symbolem Hiszpanii. Swoją sławę zawdzięcza w dużej mierze Ernestowi Hemingwayowi, który opisał go w powieści Słońce też wschodzi wydanej w 1926 roku. Festiwal tradycją sięga średniowiecza (celebracje odbywały się już w XIV wieku), natomiast data lipcowa ustalona została w 1592 roku. Jakkolwiek imprezie patronuje święty Firmin, biskup Amiens, to wydaje się, że niewiele ma on wspólnego z tym, co dzieje się każdego lata na ulicach stolicy Nawarry. Religijny charakter święta dawno już odszedł w zapomnienie, a festiwal przybrał formę w pełni świecką, która obowiązuje do dzisiaj.

 

Osoby biorące udział w przepędzaniu byków na San Fermin, głównie mężczyźni, noszą specjalne ubrania – białe spodnie i bluzy oraz czerwone chustki na szyjach

Podczas San Fermin mieszkańcy miasta tańczą, piją i hucznie bawią się na ulicach – obserwatorzy mówią wręcz, że mamy tu do czynienia ze współczesną wersją Bachanaliów. Punkt kulminacyjny stanowi natomiast tak zwane encierro, czyli przepędzanie byków, zamkniętych wcześniej w specjalnej zagrodzie, na arenę, gdzie nieszczęsne stworzenia na ogół kończą swój żywot podczas popołudniowej korridy. Bieg zwierząt odbywa się codziennie o ósmej rano, zanim zacznie się część folklorystyczna i artystyczna festiwalu.

Z biegiem wiążą się oczywiście liczne kontrowersje, a swoje głośne sprzeciwy podnoszą przede wszystkim obrońcy praw zwierząt, które są tu wielokrotnie torturowane. Przed wypuszczeniem na ulicę byki odurza się specjalnym środkiem, a nadto podwiązuje im się jądra, aby je dodatkowo rozwścieczyć – pędzą wówczas ulicami jak oszalałe. Nie bez znaczenia pozostają też wątpliwości związane z bezpieczeństwem świętujących – obostrzenia i szczegółowe wytyczne, w tym zakaz brania udziału w biegu przez osoby nietrzeźwe, nie zawsze są respektowane.

Korrida

Częścią festiwalu w Pampelunie jest, jak wspomnieliśmy, korrida – tradycyjna walka z bykiem, uprawiana chętnie w wielu częściach Hiszpanii i budząca coraz bardziej skrajne emocje. Zakazana w Katalonii, ma się świetnie na południu kraju, szczególnie w Andaluzji, gdzie znajduje wielu obrońców odwołujących się do jej wielowiekowej tradycji. Korrida, wedle wszelkiego podobieństwa, została sprowadzona na półwysep w czasach antycznych (choć niektórzy twierdzą, że uczynili to Arabowie). Warto wspomnieć, że jeden z fresków w pałacu w Knossos na Krecie przedstawia akrobatki skaczące przez grzbiet rozpędzonego byka; wiemy też, że tauromachia była rozpowszechniona wśród Kartagińczyków. Korridę nietrudno skojarzyć także z rzymskimi walkami na arenach, toczonymi między gladiatorami a dzikimi zwierzętami. Pierwszy oficjalny pokaz w średniowieczu odbył się na cześć Alfonsa VIII w 1133 roku i od tego czasu przyciąga rzesze miłośników, w tym byłego króla Juana Carlosa. Gdyby nie fakt, że podczas wydarzenia zadaje się ogromne cierpienia zwierzęciu, można by je uznać za prawdziwie fascynujący spektakl – niewątpliwie łączy w sobie wiele elementów artystycznych, takich jak choreografia, muzyka, wspaniały kostium zawodników. Niemniej jednak w centrum zawsze pojawia się byk, najczęściej oddający życie w bardzo bolesny sposób. Na ułaskawienie może liczyć tylko w wyjątkowych sytuacjach.

Pełna nazwa widowiska popularnego w Hiszpanii to corrida de toros (od hiszpańskiego correr – „biegać” oraz toro – „byk”)

 

Korrida ma miejsce zwyczajowo po południu; w ramach każdego pokazu odbywa się 6 walk po 20 minut każda. Aby oszczędzić krwawych opisów, nie będziemy wchodzić w drastyczne szczegóły; dość powiedzieć, że widownia jest w większości przypadków bardzo rozentuzjazmowana i zagrzewa do walki torreadorów, pikadorów i matadora, podczas gdy za murami areny bykowi kibicują obrońcy praw zwierząt. Rodzi się w tym momencie pytanie: czy naród hiszpański jest wyjątkowo nieczuły na ich cierpienia? Czy umiłowanie tradycji długo jeszcze pozostanie silniejsze od obrzydzenia zabijaniem? Nie umiemy niestety znaleźć na nie odpowiedzi.

La Tomatina

Mieszkańcy miasta Buñol w prowincji Walencja w ostatnią środę sierpnia stają na ulicach uzbrojeni po zęby, a każdy, kto ośmieli się wyjść z domu, uraczony zostanie darmową zupą pomidorową. I to całkiem dosłownie. Punktualnie o godzinie 11 zjawiają się ciężarówki z artylerią w formie soczystych pomidorów, po czym następuje zmasowany atak na wroga. Odbywa się on według zasady każdy na każdego. Można zastanawiać się, kto wygrywa w tej walce: ten, który jest najbardziej podobny do keczupu, czy ten, komu udało się wyrzucić w stronę wroga największą liczbę pocisków? Jedno jest pewne: tego dnia w Buñol toczy się prawdziwa pomidorowa wojna. Organizowana jest ona podobno dla upamiętnienia zdarzenia, które miało miejsce w 1945 roku. Grupa młodzieży zgromadzona na rynku okropnie się pokłóciła, a że zupełnie przypadkiem miało to miejsce tuż przy straganach z pomidorami, na rozwój wydarzeń nie trzeba było długo czekać…

La Tomatina w 2010 roku, fot. flydime / Wikimedia, CC BY-SA 2.0

La Tomatina, podobnie jak poprzednie opisane tutaj fiesty, ma swoich zwolenników i przeciwników. Ci pierwsi rzucają hasła o tradycji, przeciwnicy – o marnotrawieniu jedzenia i bezsensowności całego święta. Trudno się z tym ostatecznie nie zgodzić, jednak cały wydźwięk fiesty jest raczej żartobliwy i, co najważniejsze, nie cierpi na tym żadne zwierzę ani człowiek, chyba że wyjątkowo mocno oberwie pomidorem. Warto też dodać, że na potrzeby tego wydarzenia uprawiana jest specjalna odmiana pomidorów, nie mająca zastosowania w kuchni. Choć ich smak pozostawia sporo do życzenia, to są one miękkie i soczyste, co nie pozostaje bez znaczenia, jeśli chodzi o bezpieczeństwo zawodników. Niemal dwie dekady temu, bo w 2002 roku, hiszpańskie Ministerstwo Turystyki zaliczyło La Tomatinę w poczet „Świąt o Międzynarodowym Znaczeniu Turystycznym”. Od tej pory, aby porzucać się pomidorami w Hiszpanii, należy zakupić bilet – i to z odpowiednim wyprzedzeniem.

Ciąg dalszy nastąpi.

 

POPRAWIAMY FORMĘ

Nasza strona jest w przebudowie. Pewne funkcje mogą nie być dostępne. Dziękujemy za cierpliwość!