Utracone spotkania z Homerem
Julia WollnerDlaczego wciąż pytam studentów o Iliadę i Odyseję?
Przeczytałam dzisiaj na Facebooku kilka wpisów o tym, że odtwórczyni roli Heleny Trojańskiej w nowej ekranizacji Homera przed lekturą scenariusza nie wiedziała o istnieniu Odysei. Nie zdziwiło mnie to szczególnie. Bardziej niepokoi mnie coś innego: że również w naszym kręgu kulturowym coraz łatwiej przejść przez szkołę bez spotkania z arcydziełami starożytności.
Moich studentów regularnie odpytuję z Homera, nawiązując do jego dzieła na zajęciach poświęconych bardzo zróżnicowanym zagadnieniom. Ku mojej wielkiej radości, znają Iliadę i Odyseję całkiem dobrze. Oczywiście są to osoby zainteresowane tematem, zafascynowane kulturą śródziemnomorską – ale nie to jest istotą sprawy. Większość czytała epopeje samodzielnie, bez przewodnika w postaci nauczyciela. Chapeau bas dla nich, wręcz odwrotnie – dla systemu edukacji. Nie tylko dlatego, że gros dzisiejszych młodych Polaków kończy szkołę średnią bez przeczytania chociażby fragmentów obu eposów – a przecież, choć nie można powiedzieć, że kultura europejska zaczyna się od Homera, trudno wskazać postać, od której zaczynałaby się bardziej… Daleko bardziej smuci mnie fakt, że ignoruje się tak wspaniałą okazję do spotkania: z tradycją, inną epoką, innym językiem, innym sposobem myślenia; spotkania międzypokoleniowego, w relacji uczeń-mistrz, ale też w gronie rówieśników. Uzasadnienia kolejnych zmian programowych zdają się opierać na założeniu, że tematyka i styl Homerowych opowieści są dla młodzieży zbyt trudne, co sprowadza nauczyciela do roli prezentera rzeczy prostych i oczywistych. Do pokazywania piękna, które osiąga się poprzez wysiłek, nie namaszczono jednak nikogo w zamian.
Podkreślmy przy tym, że mniej chodzi o listę lektur, lecz o samą ideę spotkania właśnie. Martin Buber mawiał, że spotkaniem jest całe prawdziwe życie. Jeśli tego spotkania brak, nie ma też życia – pozostaje jego namiastka. We włoskich liceach klasycznych nadal przewiduje się obowiązkową naukę greki starożytnej oraz literatury greckiej – w praktyce oznacza to lekturę przynajmniej fragmentów Homera, w oryginale. W samej Helladzie Homer jest obecny w programie szkolnym niemal nieprzerwanie od starożytności. Uczniowie poznają fragmenty Iliady i Odysei już w szkole podstawowej; wybrane księgi analizowane są bardziej szczegółowo na kolejnych etapach edukacji. W Polsce tymczasem greki nie można już poznawać prawie nigdzie, zaś łacina, której nauczanie od kilkudziesięciu lat systematycznie ograniczano, stała się przedmiotem, sit venia verbo, niszowym. Nic to jednak w porównaniu z decyzjami władz prestiżowego amerykańskiego uniwersytetu w Princeton, który zniósł wymóg nauki greki i łaciny dla… studentów filologii klasycznej!
Rezygnacja z Homera nie jest jedynie zmianą programu nauczania. Jest rezygnacją z jednego z najważniejszych spotkań, jakie kultura europejska ma do zaoferowania. Napisanie, że Północ świata ponad prawdziwe życie wybiera egzystencję intelektualnie jałową, jest oczywiście niezbyt wyrafinowanym sylogizmem. Jednak z jakiegoś powodu nie potrafię się dziś przed nim powstrzymać.
