podróże styl życia osobiście

Czego nauczyła mnie Emilia-Romania? Opowieść o miejscach i ludziach

Julia Wollner

Emilia-Romania to nie tylko smaki, pejzaże i opera, ale także miejsce, który uczy uważności i sztuki życia w rytmie lente. W przeddzień mojej kolejnej wyprawy do tego regionu opowiem Ci, czego nauczyłam się od jego mieszkańców.

W mojej pracy staram się łączyć działania zawodowe z nauką i rozwojem osobistym, szczególnie, że jej ważną częścią są podróże. Nie zawsze uczą one czegoś spektakularnego; nie zawsze wracamy z nich odmienieni, z nową filozofią życia i z wielkimi odkryciami. Tak właśnie jest z Emilią-Romanią. Mam wrażenie, że pięknie i z wielkim wdziękiem nauczyła mnie ona rzeczy podstawowych, tyle że… robionych naprawdę dobrze. I może właśnie dlatego nie da się ich zapomnieć. Dziś chciałabym dać Wam kilka przykładów takich nauk, licząc, że zachęcą Was one do odkrywania tego niezwykłego regionu – i poznawania jego mieszkańców. Czynnik ludzki jest tu bowiem nie do przecenienia!


Dawaj ludziom szczęście

Zacznijmy z przytupem, bo od jednego najwybitniejszych przedstawicieli kultury tej okolicy. Należy do nich bez wątpienia wielki tenor Luciano Pavarotti. Kilka lat po jego śmierci pojawił się pomysł, by dom artysty otworzyć dla wszystkich, którzy go kochali i podziwiali. W ten sposób powstała Casa-Museo, czyli Dom-Muzeum w jego rodzinnej Modenie. Jego podwoje pozostają otwarte codziennie, bez przerwy – domy przecież nie bywają „nieczynne”. I oto piewsza nauka, a raczej przypomnienie: prawdziwy dom to przestrzeń, w której zawsze znajdziesz schronienie, gdzie zawsze czeka ktoś, kto poświęci ci uwagę i czas. Miejscem tym zarządza Nicoletta Mantovani, wdowa po artyście, z którą miałam zaszczyt się spotkać, aby nagrać z nią rozmowę do naszego podcastu. W rozmowie tej kilkakrotnie podkreślała, że, poza muzyką, emblematem Luciana Pavarottiego  – którego nazywa „mężem i nauczycielem życia” – był uśmiech i otwarcie na drugiego człowieka. Podobno często powtarzał: – Bycie uprzejmym nic cię nie kosztuje, wręcz przeciwnie. Jeśli w drugim człowieku, kimkolwiek on jest, szukasz piękna i nie koncentrujesz się na tym, co jest w nim nie tak, to sam stajesz się piękniejszy. Pani Mantovani wspomina, że kiedyś, dla żartu, rozwiązywała z mężem na wakacjach quizy dla par. W jednym z nich padło pytanie o to, jak chciałoby się zostać zapamiętanym. Artysta odpowiedział, że przede wszystkim chciałby zostać zapamiętany jako ktoś, kto dawał ludziom szczęście. Wychodząc z Casa-Museo Pavarotti rozmyślałam o tym, że prawdziwa wielkość nie polega na dystansie, ale na tym, że potrafimy dostrzegać innych ludzi i ich potrzeby. Pięknie łączy się to z poczuciem wspólnoty, z gościnnością, z pracowitością na rzecz swoją, ale i społeczności – a to podobno także cechy mieszkańców tej ziemi. Dodam, że kiedy wchodzi się do domu Pavarottiego, zauważa się niezwykłe kolory – Maestro, poza śpiewaniem, namiętnie malował, i jego dom do dzisiaj zdobią jego obrazy – a także sączące się zewsząd światło słoneczne, które wnika do wnętrza przez wszechobecne okna. Pavarotti sam zaprojektował ten dom właśnie w taki sposób: by było w nim słońce. Może właśnie dlatego tak łatwo przychodził mu uśmiech?


Spiesz się powoli

W tej samej okolicy, bo również w prowincji Modena, odwiedziłam inne ciekawe miejsce, gdzie oprócz otwartości i uśmiechu przypomniałam sobie o coraz częściej zapominanej wartości: szacunku do czasu. Miejcem tym była tzw. acetaia, gdzie wytwarza się ocet balsamiczny. Wśród rzędów drewnianych beczek, w których leżakuje winogronowy moszcz, czas zdaje się płynąć zupełnie inaczej. Ocet dojrzewa latami, czasem dekadami – procesu nie próbuje się przyspieszyć, nie szuka się skrótów. Nietrudno uświadomić sobie, jak bardzo nam, tu, na północy, daleko do takiej postawy. Chcemy wszystkiego szybciej, wcześniej, natychmiast, zapominając, że jakość stanowi funkcję czasu, i że nie da się jej kupić i oszukać. Tym, co wywarło na mnie największe wrażenie, była opowieść naszej przewodniczki o tzw. batteria, czyli baterii – zestawie beczek, w których dojrzewa ocet, i który często daje się dziecku w symbolicznym prezencie zaraz po jego narodzinach. Proces dojrzewania octu może trwać nawet 25 lub więcej lat, a batteria nierzadko przechodzi z pokolenia na pokolenie, dając początek kolejnym zestawom beczek. Wielu mieszkańców regionu otwiera ją dopiero z okazji ślubu albo przekazuje jako część posagu. Poczyniony w ten sposób prezent symbolizuje niezwykłe zobowiązanie: do dbania o coś latami, dla drugiej osoby. Cierpliwość, ciągłość pokoleń, szacunek dla rzemiosła, myślenie w długiej perspektywie i… miłość. Przyznam, że od tamtej wyprawy pachnie ona dla mnie octem balsamicznym. I to nie tylko dlatego, że mój mąż jest jego wielkim wielbicielem.

Szukaj piękna, dbaj o pasję

Choć od lat tworzę głównie pod egidą „Lente” (łac. „powoli”), to wiem, jak ważne jest zachowanie równowagi – a więc i okresowe przyspieszenie! Nic zaś nie kojarzy się z zawrotną prędkością tak, jak Ferrari i inne sportowe włoskie samochody. Można je poznać bliżej w miejscu zwanym Motor Valley, w którym narodziły się – i nadal są obecne – największe marki motoryzacyjne świata: Ferrari, Maserati, Lamborghini, Ducati i inne. Co ciekawe, nadal pozostajemy tematycznie blisko… octu! Otóż wszyscy producenci tradycyjnego octu balsamicznego DOP z Emilii-Romanii muszą, wedle regulacji, używać określonego wzoru szklanej butelki. Został on stworzony przez Giorgetta Giugiaro, który jest… wybitnym projektantem samochodów. Miejscowi żartują, że nawet jeśli nie możemy kupić sobie Ferrari, to zawsze możemy nabyć butelkę octu. I w rzeczy samej, zarówno w przypadku butelki, jak i aut Ferrai, zachwyca to samo: ich nieskazitelna linia. Włoskie samochody to nie tylko prędkość i technologia, ale także elegancja, styl i obcowanie z estetyką, która nie jest zamknięta w muzeum czy albumie, ale towarzyszy nam na co dzień, ubarwiając go, sprawiając, że jest po prostu lepszy. Motor Valley uczy, że funkcjonalność to za mało – człowiek potrzebuje emocji, a piękno nie stanowi tylko dodatku. Dla wielu z nas – w tym na pewno dla mnie! – stanowi życiową konieczność. A żeby mogło się narodzić, potrzebna jest pasja. To chyba zresztą nie przypadek, że rzeczownik ten tak często kojarzy się z czerwonym Ferrari! W Emilii-Romanii można odwiedzić aż dwa muzea marki, w tym muzeum stworzone obok domu i pierwszego warsztatu Enza Ferrariego, czyli jej twórcy. W podcastowym wywiadzie, który przeprowadziłyśmy z jego dyrektorem, mamy możliwość poznać  ciut bliżej niezwykłego człowieka, jakim był Enzo – kochający piękno, żyjący swą pasją, pełen entuzjazmu do życia, którym zarażał wszystkich wokół. Podobno pracownicy muzeum czują ten entuzjazm do dzisiaj. Bo czym byłoby życie bez entuzjazmu i pasji?


Razem raźniej

Kiedy wspominam Emilię-Romanię, moje myśli płynnie przechodzą od prędkich samochodowych kół do zupełnie innych krążków, które także powstają dzięki pasji, a przede wszystkim: dzięki współdziałaniu. Dla mnie są równie niezwykłe, choć na pierwszy rzut oka mogą wydawać się bardzo zwyczajne. Chodzi o kręgi sera Parmigiano Reggiano. Gian Carlo Bonizzi, dyrektor muzeów żywności w prowincji Parma, opowiadał nam w podcaście, że Parmigiano Reggiano to ser, którego historia sięga średniowiecza. W okolicy mieszkali wówczas mnisi benedyktyńscy i cystersi, a ich duże, liczące po kilkadziesiąt osób wspólnoty potrzebowały sporych zapasów żywności. I oto w okolicach roku 1100 – nie ma wówczas lodówek ani systemów chłodzenia! – dzięki nieskończonej serii eksperymentów, rodzi się ser o twardej konsystencji, który można przechowywać, który zachowuje świeżość przez naprawdę długi, bo liczony w latach czas. Dziś powstaje on dokładnie w ten sam sposób, jak półtora tysiąca lat temu, a za każdym krążkiem, zwanym też głową, stoi wiele osób: rolnicy, serowarzy, kontrolerzy jakości. W procesie jego tworzenia nikt nie pracuje sam, nikt nie jest jedynym „autorem”, a jednak powstaje tu coś doskonałego. Zwiedzając jedną z serowarni, zdałam sobie sprawę, jak często zdarza nam się  przeceniać indywidualizm;  jak często chcemy, egocentrycznie, być jedyni, wyjątkowi, wybitni. Parmezan przypomina, że dzieło może rodzić się w zaufaniu, w powtarzalności, w pracy razem. Powstał dzięki wspólnemu eksperymentowaniu, a czas pokazuje, że do dziś nie wymyślono nic lepszego.


Dbaj o codzienność

Podobnie jest z wieloma włoskimi miastami. Świadomie używam tu słowa „wieloma”, bo oczywiście nadużyciem byłoby twierdzić, że wielkie metropolie jak Rzym czy Mediolan stanowią idealne miejsce do życia. Swoje bolączki mają też z pewnością miasta w Emilii-Romanii, jednak opowiadają nam one zupełnie inną historię. Weźmy na przykład Bolonię. Przyznam, że w stolicy regionu nierzadko odnoszę wrażenie, że jest to miasto, które o mnie… myśli. Jej słynne arkady, które ciągną się kilometrami, stanowią nie tylko architektoniczny znak rozpoznawczy – można pojmować je także jako gest troski. Chronią przed deszczem i mocnym włoskim słońcem, pozwalają iść wolniej, zatrzymać się, nie spieszyć, porozmawiać z napotkamym znajomym.
Podobnym przykładem jest Ferrara – miasto, które w naszym podcaście nazwałam nowoczesnym, choć przecież powstało jako rzymska kolonia. Stanowi ono bowiem jedno z najciekawszych przykładów ośrodka zaplanowanego od zarania z myślą o komforcie mieszkańców. Najwygodniej jest poruszać się po nim na rowerze – ekologicznie i zdrowo. Wokół miasta, wraz z murami, znajduje się szeroki pas zieleni – aleje drzew i szerokie zielone trawniki, starannie pielęgnowane przez mieszkańców, a całość tworzy ponad 9-kilometrową trasę z wydzielonymi ścieżkami rowerowymi. Sama skala miasta jest bardzo „na miarę człowieka”, a sposób, w jaki zostało ono zorganizowane, oddaje renesansową wizję porządku i harmonii. Nic dziwnego – to przecież jedno z pierwszych w Europie „miast idealnych”, zaprojektowanych z myślą o proporcji, przestrzeni, oddechu – i w tym duchu przebudowane w XV wieku, dzięki unikalnemu planowi urbanistycznemu księcia Ercole I d’Este. W przeciwieństwie do chaotycznych miast średniowiecznych, Ferrara zyskała wówczas szerokie ulice, czytelny układ i otwarte przestrzenie, co miało poprawić jakość życia. Już w naszych czasach historyczna część miasta została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO właśnie jako przykład „idealnego miasta renesansowego”. Marzę, aby coś takiego mogło powstać w naszej szerokości geograficznej, ale przede wszystkim wyciągam wniosek: moja codzienność jest ważna, ma znaczenie. Oddech, spokój, zdrowie – cóż, żyjąc w metropolii nierzadko muszę zatroszczyć się o nie sama; najważniejsze jednak, by o nich nie zapominać. Nie ma przecież nic ważniejszego.


Opowiedz sobie inspirującą historię

Codzienność codziennością, ale zbliżają się wakacje, czyli czas, kiedy chcemy od codzienności uciec, doświadczyć czegoś nowego i, oczywiście, spędzić miło czas. Dodajmy też: chłonąć słońce, którego znaczenie tak doskonale rozumiał wspomniany na początku Luciano Pavarotti, wierząc, że pozwala nam ono być lepszym, łagodniejszym dla innych. Po podcastowych wojażach wiem już, że doskonałym pomysłem może być Emilia-Romania i jej wybrzeże. W ostatnich latach przeszło ono prawdziwą metamorfozę. Weźmy za przykład Rimini: ja pamiętam je jeszcze jako hałaśliwe miasteczko klubów i dyskotek; dziś jest to słoneczna miejscowość z pięknymi promenadami, zamknięte dla ruchu kołowego, ze wspaniałą starówką pełną zabytków, zadbanymi plażami i, co zaskakujące, bogatą ofertą kulturalną. Miałam przyjemność odwiedzić je, by nagrać audycję w otwartym niedawno muzeum Federica Felliniego – najwybitniejszego bodaj włoskiego reżysera filmowego, który właśnie tutaj urodził się i wychował. W swoich filmach wielokrotnie wracał pamięcią do tego miejsca, pokazując nam, jak ważne są korzenie i wspomnienia. Dziś Felliniego, tak często kojarzonego z Rzymem Dolce vita, spotkać tu można metaforycznie na każdym kroku. Ja, spacerujac uliczkami starówki i wspominając jego słynny film Amarcord, w którym pokazuje swoje dzieciństwo –  nie jako rekonstrukcję, ale jako interpretację – myślałam, o tym, że często nie pamiętamy rzeczy takimi, jakie były. Pamiętamy je tak, jak je zinterpretujemy. Rimini, widziane przez pryzmat Felliniego, uczy, że nasze wspomnienia nie stanowią wiernego zapisu rzeczywistości, lecz są opowieścią, którą sami tworzymy. On, wielki reżyser, tłumaczył wspomnienia na język filmów. Ja, na moją mikro-skalę, swoje wspomnienia z Emilii-Romanii przetłumaczyłam na język tego artykułu – wierząc, że podróże do regionu dały mi możliwość rozwoju i stawania się odrobinę lepszą. Warto spróbować tej drogi osobiście.

Zdjęcie główne: Ferrara