lente znaczy powoli styl życia

Maroko. Jest tak, jak być powinno

Świat zwalnia, a gdzieś w środku mnie samej – i jednocześnie przede mną – stopniowo otwiera się droga.

Rozpędzony świat zachodu i ja po środku. Bez tchu przebiegam minuty, godziny, dni i miesiące. Wszystkie zlewają się w jedno. Dlatego pewnego dnia po prostu siadam. Oddycham głęboko i zamykam oczy. Biorę do ręki przewodnik. Dotyk kartek, zapach papieru, faktura okładki są mi dobrze znane. Długo wodzę palcem po mapie. Kiedy się zatrzymuję, wiem, co mam robić. Wśród tysiąca szpargałów, które nagromadziły się jakoś przez ostatnie parę miesięcy, odnajduję stary, wysłużony już plecak. Delikatnie biorę go do ręki. Witam, jak dawno niewidzianego przyjaciela. Powoli rozsuwam zacinający się suwak. Nie potrzebuję zbyt wielu rzeczy. Tam, gdzie jadę, mogę ograniczyć je do minimum. Wyciągam więc kaftany – błękitny w wielobarwne arabeski, kanarkowo żółty, o rękawach i dekolcie zdobionych misternym granatowym haftem, zielony, którego rękawy układają się w motyle skrzydła. Tkaniny przelewają się przez ręce i spływają w dół kaskadą kolorów. Wybieram parę bawełnianych t-shirtów, szerokie trawiastozielone spodnie, jakby żywcem wyjęte z Baśni tysiąca i jednej nocy. Kilka niezbędnych drobiazgów znika w fałdach materiałów. Na samym wierzchu kładę przeczytaną już częściowo książkę, mapę oraz notatnik i wiekowy, nieco za ciężki aparat fotograficzny. Te dwa ostatnie przedmioty w jakiejś mierze pomogą oswoić rzeczywistość – uchwycić ulotne myśli, zapisać choć cień kształtu, namalować niedoskonałe odbicie chropowatej powierzchni obiektów. Świat zwalnia, a gdzieś w środku mnie samej i jednocześnie przede mną stopniowo otwiera się droga.


Idę powoli, uważnie stawiając kroki. Przemierzam kilometry, czując ciężar ziemi pod stopami lub unosząc się nad nią, nagle odległą, nierzeczywistą, poruszająco małą. Kiedy nowy kontynent wita mnie feerią barw, wszechobecnym gwarem, obezwładnia mnogością zapachów, czuję, że naprawdę wróciłam. To coś ciężkiego, co aż do teraz czyniło oddech płytkim i gnieździło się gdzieś na wysokości żołądka, a czasami podskakiwało aż do gardła, nagle znika. Na jego miejscu rodzi się przestrzeń. Radosne bycie.

Najpierw jest miasto. Wąskie, ciemne uliczki feskiej medyny, tu i tam poprzecinane wpadającymi z góry promieniami światła. Podążam w tłumie ludzi spokojnie wędrujących do sobie tylko znanych miejsc. Mijam niezliczone stragany, małe sklepiki, w których można znaleźć dosłownie wszystko. Z kolorowych stoisk zastawionych koszami przypraw, ziół, warzyw i owoców napływają strumienie kuszących zapachów. Spowijają sprzedawców, klientów, przypadkowych przechodniów, osiołki obładowane drogocennym pakunkami, paru podróżników, mnie i mój znoszony plecak. Zatrzymuję się przed drewnianymi drzwiami pomalowanymi na błękitno. Chwytam ozdobną mosiężną kołatkę i wchodzę.

 


W środku panuje półmrok, zaś z głębi dobiega przytłumiony szmer kobiecych głosów. Zostawiam plecak i buty i oddaję się w ręce odzianej w czerwony kaftan postaci, która właśnie wychynęła z mroku. Jest miła, ale stanowcza. Gestem nakazuje mi ściągnąć ubranie, a później prowadzi za sobą. Wśród kłębów gorącej pary majaczą nagie sylwetki. Te nieskrępowane niczym ciała należą do kobiet – młodych, starych, chudych, grubych, zmęczonych życiem lub tryskających energią. Wszystkie są tu u siebie. Pogrążone w rozmowach, raz po raz wybuchające śmiechem lub zatopione w myślach, emanują zmysłowym przywiązaniem do życia.

Siadam na ziemi i poddaję się silnym rękom, które mnie tu przywiodły, odwiecznemu rytuałowi piękna, już po chwili znikając pod cienką warstwą gęstej substancji o wyrazistym zapachu. To słynne „czarne mydło” beldi, kryjące w sobie czarne oliwki, naturalne olejki oraz lokalne zioła. Pozostawione na ciele zaledwie parę minut, a następnie spłukane ciepłą wodą czyni prawdziwe cuda – zmiękcza skórę, usuwa martwe komórki, wspaniale nawilża. Uspokajam się. Jest zupełnie tak, jakbym nauczyła się oddychać całą sobą. Chropowaty dotyk rękawicy kessa bezlitośnie trącej całe ciało uwalnia – jeśli definitywnie miałam pozbyć się czegoś martwego, z całą pewnością stało się to teraz. Wszystko, co niepotrzebne, co być może powinno odejść już dawno, znika wraz ze strumieniem lodowatej wody i zapachem esencji różanej, który pojawia się zaraz potem. To właśnie z niej oraz ghassoul, czyli marokańskiej gliny, wprawne dłonie tayeby z prawie matczyną czułością wyczarowują wygładzająca maseczkę o barwie terakoty. Moje włosy będą jeszcze długo nosiły w sobie jej zapach.

Kiedy opuszczam hammam i ponownie staję na ulicy, jestem przedziwnie lekka, a zarazem bliższa ziemi. To nowe uczucie towarzyszy mi przez cały czas. Kolory wydają się żywsze, powietrze lżejsze, każdy, nawet najmniejszy podmuch wiatru odświeżający, dotyk słońca na policzku intensywniejszy, suk głośniejszy, a ziarna soczewicy, w których zanurzam rękę, gładsze i chłodniejsze niż zwykle.


Wiem też, dokąd powinnam wyruszyć. Droga na południe jest długa, a dni płyną leniwie. Przemierzam wyschnięte przestrzenie, gdzie jedyną roślinnością są  skarłowaciałe krzewy, zielone doliny ukryte pośród stoków górskich, hałaśliwe miasta, które nigdy nie śpią, oazy oszałamiające bogactwem roślinności. Śpię w podrzędnych hotelach, skromnych domach przyjaciół, zatłoczonych pociągach, dusznych autokarach, romantycznych riadach i polach kempingowych rozbrzmiewających wszystkimi językami świata. Jest tak, jak być powinno.

I oto pewnego wieczoru zmęczona całodzienną wędrówką docieram na dzikie plaże w okolicach Mirleftu, nad ciemną, nieprzewidywalną przestrzeń oceanu. Rozstawiam namiot w sporej odległości od wody, żeby nad ranem nie zaskoczyły mnie fale przypływu, a później kładę się na piasku i pozwalam odpocząć ciału. Patrzę na tysiące migoczących gwiazd. Zachwycam się światłem. Tym, które właśnie się narodziło i tym, które dawno zgasło. Gdzieś w oddali dostrzegam blask ognia, podczas gdy wiatr przynosi kojące dźwięki transowej muzyki.

Rano budzi mnie szum fal. Rozsuwam poły namiotu, by boso pobiec prosto w objęcia oceanu. Jest cudownie przejrzysty i zadziwiająco ciepły, choć promienie słońca nie zdążyły go jeszcze ogrzać. Na brązowych skałach do połowy zanurzonych w wodzie zamieszkały kolonie małży. Mocno przytwierdzone do chropowatej powierzchni wyglądają jak skamieniałe. Ostrożnie odrywam kilkanaście, zabieram na brzeg i dokładnie czyszczę. Usuwam zielone narośla, długie, splątane brody morskich potworów. Warstwa po warstwie obieram cebulę. Jej złote łupiny opadają niesione wiatrem. Powoli kroję biały miąższ w drobną  kostkę. Dodaję czosnek i parę szczypt kolorowych aromatycznych przypraw, które od razu barwią mi dłonie. Zbieram drobne patyki, a także nieco większe fantazyjnie powyginane konary. W małym zagłębieniu w piasku rozpalam ogień, na którym stawiam garnek – zwykły, metalowy, pociemniały od upływu czasu. Dorzucam muszle. Gdy się otwierają, danie jest gotowe. Smakuje morzem, tajemniczymi głębinami oceanu zamieszkałymi przez nieznane istoty, zielonymi trawami tańczącymi w rytm prądów. Zanurzam stopy w wodzie i poddaję się delikatnej pieszczocie fal…

 

 

Wszystkie zdjęcia: Anka Florczak