kultura książki

Ewa Bieńkowska, Pisarz i los. O twórczości Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

Odnalezienie w twórczości pisarza cząstek jego samego stwarza możliwość rozmowy. Niekiedy – jak w przypadku autorów tworzących na emigracji – pozwala na podróż. Jest to podróż szczególna, bo odbywana niejako w cudzej duszy, nie zawsze dająca się zrozumieć, a jednocześnie dziwnie bliska. Odkrywanie Włoch przez pryzmat doświadczenia Gustawa Herlinga-Grudzińskiego wymagało od Ewy Bieńkowskiej wyśnienia tego samego snu – na pograniczu życia i śmierci, w nieustannym poznawaniu bólu, który stawia pytanie o znaczenie zła.

Los zdecydował, że po opuszczeniu Innego świata – o ile kiedykolwiek zdołał opuścić go naprawdę – pisarz walczył, a następnie zamieszkał w Rzymie. Przez pewien czas, cierpiąc biedę i rozpaczliwie poszukując pracy, tułał się po świecie. Był w Londynie i Monachium; później trafił do Neapolu. Tam ostatecznie pozostał i w pewnym sensie zostaje do dziś – niedawno, w październiku 2019 roku, z okazji jego setnych narodzin zorganizowano w zamku Castel Nuovo trzydniowy festiwal „Polski pisarz pod Wezuwiuszem”. We Włoszech zapamiętany dobrze, Herling-Grudziński żyjący u brzegów Zatoki Neapolitańskiej wciąż wydaje się nieznany w swoim rodzimym kraju. Książka Bieńkowskiej pozwala na spotkanie z człowiekiem, którym stał się ten były więzień obozów koncentracyjnych Gułagu. Z człowiekiem, którym się stawał.

Pisarz i los… to publikacja interesująca przede wszystkim dlatego, że umożliwia rozpoznanie kondycji autora jako wiecznie pokonującego własną niemoc, stwarzającego siebie i organizującego swoje ponowne narodziny, z mozołem wykraczającego poza odkrywane w sobie ograniczenia – z jednoczesnym uznaniem własnego bólu, zgodą na „saturnowe” usposobienie, szacunkiem dla wzruszeń. Uparta, pełna dyscypliny, zdecydowana praca nad sobą pełna była pokory i dumy. Bieńkowska rozpoznaje sens tych ambicji i opisuje energię wewnętrzną autora w fascynujący sposób – siła charakteru Herlinga-Grudzińskiego zaznacza się bowiem na tle sennych wizji ciemnego Południa.

Jego twórczość z okresu włoskiego to więc z jednej strony przeżycie blasku śródziemnomorskiego świtu, budzenia się nieba i morza, z drugiej – coś, co przepada w ciemnościach, jest umarłe i boli. W nagrzanym powietrzu ujawnia się niszczycielska strona miłości. Człowiek okazuje się niezdolny do zaakceptowania świata, ma wrażenie obcości i niepewności własnego języka, co skazuje go na wieczne błądzenie między tajemnicami. A jednak wciąż ma potrzebę afirmacji, odkrycia czegoś wytwarzającego w jego umyśle związki pomiędzy elementami rzeczywistości. Pisarz odnalazł to w prostocie małych włoskich miasteczek, do których nieprzerwanie podróżował – tam, gdzie odpada przegroda między przyrodą i dziełem ludzkich rąk. Wszystko jest jedną integralną całością: architektura nie częścią krajobrazu, lecz jego wiernym odbiciem; malarstwo dalszym ciągiem świata zewnętrznego, albo na odwrót: życie, w małych zwłaszcza miastach, pogłosem rytmu natury. Żadnej przerwy, żadnego progu i «wyjścia poza».

Gustaw Herling‑Grudziński w Neapolu w 1988 roku, fot. © Bohdan Paczowski (dzięki uprzejmości Wojciecha Karpińskiego)
Gustaw Herling‑Grudziński w Neapolu w 1988 roku, fot. © Bohdan Paczowski (dzięki uprzejmości Wojciecha Karpińskiego)

 

Uczucie do Neapolu, po którym Herling-Grudziński przechadzał się całymi dniami, długo pozostawało w zawieszeniu – oglądał to miasto z jakąś bolesną uwagą, z ciekawością tak zaostrzoną, że pozwala czasami (…) zapomnieć o własnym cierpieniu. Było dla niego w pierwszych latach ani znienawidzone, ani ukochane. Bieńkowska twierdzi, że opierał się tej miłości, tłumił ją, pełen wahania. Chłonął z uwagą, ale zapominając przy tym o sobie, potęgował samego siebie – coraz mocniej przytłaczał go ciężar własnego nieszczęścia, z którego się przecież zrodził. Jakby początkowo nieustannie czuł na sobie malocchio, legendarne złe oko, obserwował gwarny Neapol w obawie, że i jemu coś się przygląda. Przypominało mu o wyobcowaniu, braku przynależności, a nawet znaczenia. Patrzenie na otaczający świat dawało złudne poczucie wyzwolenia od samego siebie, jednak tylko po to, żeby za chwilę przemienić się w coś na wskroś osobistego.

Odnawiające się zachwyty nad włoskimi miastami i krajobrazami, które uważał za lecznicze, znalezienie podobieństw przejawiających się w działalności przyrody i człowieka – to stopniowo dawało pisarzowi możliwość odzyskania miłości do życia. Splot natury i sztuki obecny w dzienniku i twórczości Herlinga-Grudzińskiego koncentrował się wokół ludzkich namiętności, pasji władzy i furii miłosnej – było to więc studiowanie instynktów, wzruszeń i wielorako pojmowanego głodu. Włochy dostarczyły autorowi perspektywy oglądu żywiołu zanurzonego w świecie wpisanym w historię; to tu mógł rozważać najważniejsze dla siebie tematy. „Uciekam od siebie – wracam do siebie” – wyznawał w Rozmowach w Neapolu. Zrezygnował z poczucia obcości na rzecz narzucenia sobie obcości nieznanego kraju, jego mocy i wrażliwości, by z biegiem czasu odnaleźć w nim to, co intymne w nim samym.

Były to przede wszystkim problemy zła i mistyki wiary. Powracały wspomnienia z łagru, myśl o ludzkim bestialstwie i Bogu, który się ukrywa (a może jedynie człowiek nie umie go zobaczyć). A rozważania te snuł przecież pośród mieszkańców Neapolu, chrześcijan wierzących w cuda! Pisarz wpatrywał się w przepaść pomiędzy nimi a ich nadziejami, zadając sobie pytanie o możliwość ocalenia wyznawanych przez nich wartości. Naprzeciw wszechmocy zła, jak pisze Bieńkowska, ustawiał w swojej twórczości pojedyncze okruchy dobra – i w ten sposób mozolnie przedzierał się do prawdy. Nigdy jej nie odnalazł, co doskonale przewidział, lecz celem było samo poszukiwanie. Opowiadanie rzeczywistości poprzez wskazywanie jej fragmentarycznego ładu dawało możliwość dopatrzenia się znaków w logice przypadkowości. Według autora Dziennika pisanego nocą nic więcej nie znajduje się w mocy poznającego człowieka.

Neapol – pełen swobody, życia, różnic – był przeciwieństwem Innego Świata. Był ponownym wyjściem z więzienia i łagru, powrotem do istnienia pośród wolnych ludzi spotykających się we wspólnocie. Cierpienie znali dobrze, a razem z nim strach, nie tylko przed biedą i poniżeniem, lecz także nieznanymi siłami drzemiącymi pod powierzchnią. Żyli, lecz oczekiwali śmierci. Wybuchu lawy, trzęsienia ziemi – pewni i niepewni jednocześnie, że wszystkie okruchy ich nadziei w każdej chwili mogą ulec całkowitemu zniszczeniu. Pogodzeni ze spodziewanym nieszczęściem, byli na swój sposób szczęśliwi – równi wobec żywiołu, niezdolni do przeniknięcia jego tajemnicy, postrzegali jednocześnie przyrodę jako łaskawą karmicielkę i pamiętali, że przecież pozwala im czerpać spod ziemi.

Książkę Pisarz i los zamówić można bezpośrednio u wydawcy pod tym linkiem
Książkę Pisarz i los zamówić można bezpośrednio u wydawcy pod tym linkiem

 

Podobną dwoistość odkrył w sobie pisarz, gdy życie we Włoszech i płynące z niego wrażenia nakazywały połączyć w sobie analityczną myśl z irracjonalnym przeczuciem istnienia czegoś, co Bieńkowska nazwała „innym wymiarem”. Włochy wyczuliły Herlinga na istnienie mitów dnia codziennego, wpisanych w obyczaje i wierzenia, gotujących krew pod skórą neapolitańczyków niezależnie od tego, czy sami potrafili je zrozumieć. Jego uwielbienie dla tego kraju było uwielbieniem dla tego, co podstawowe – stąd w banalności powtarzających się tam zjawisk umiał się dopatrzeć od dawna przez siebie poszukiwanych prawd. Oślepiające światło płynące z nieba o poranku niosło ze sobą wieść o Zmartwychwstaniu, dziwaczny optymizm, potwierdzenie sensu wiary. Chciało się na to patrzeć szeroko otwartymi oczami. Lecz jak spojrzeć prosto w światło? Można tylko w zamyśleniu odgadywać sekrety każdego kolejnego świtu, nasłuchiwać w ciszy, na granicy – w senności.

Ta odkryta we Włoszech nadzieja, która potrafi współistnieć z bólem, wydaje się szczególnie poruszająca w kontekście wspomnienia pisarza z Rzymu, a więc z pierwszych lat po wojnie:

Przed wielu laty zdarzyło mi się spędzić w nędznym rzymskim hoteliku ferragosto, kulminacyjny i świętowany przez Włochów dzień lata (15 sierpnia). Miasto było wyludnione, żar niesamowity. Leżałem nago na mokrym barłogu, zwlekałem się z niego czasem, by podstawić głowę pod kran i zajrzeć w ciemną studnię podwórka […]. Nie umiem już dziś odtworzyć rozklejonego i leniwego biegu moich myśli, ale pamiętam, że pełzały tam i na powrót przez obszar minionych lat, i że była w nich wzbierająca stopniowo wściekłość (według Kierkegaarda: główna twarz rozpaczy). Około szóstej wieczorem wyczułem coś trudnego do określenia, dziurę w czasie, wsysającą pompę otchłani. Stałem przy oknie, z odrętwienia wyrwał mnie ból w rękach zaciśniętych kurczowo na klamkach żaluzji. Zaraz potem ulice zaszumiały gwarem, miasto ożyło, w sąsiedniej kamienicy ktoś śpiewa tchu w piersiach, popularną piosenkę. W północnym dzienniku radiowym podano, że «alle sei della sera circa» cztery osoby odebrały sobie życie w różnych dzielnicach Rzymu.

Możemy sobie jedynie wyobrazić, jak głęboko pod powierzchnią pulsował w ciele i duszy pisarza ból pozostały po wojennym przeżyciu, skoro legendarne włoskie nieróbstwo, polegające na słodkim kontemplowaniu nicości, pozwoliło mu dosłyszeć wokół siebie cudze pragnienia śmierci obecne w mieście podczas radosnego święta. Otchłań ferragosto. Uniwersalność smutku. Gwałtowność wpisana w ciszę rozpaczy. Punkt kulminacyjny, granica bólu. Nagłe odzyskanie chęci życia. I piosenka. Inny wymiar włoskiej wspólnoty, ciche porozumienie, które dotyczyło wszystkich.

Pięknie tłumaczy Bieńkowska, jak to możliwe, by jeden i ten sam pisarz inspirował się we Włoszech Dekameronem Boccaccia, ziemskim zachwytem rozkochanego w Italii Stendhala i metafizycznym rozedrganiem Franza Kafki. Przy odrobinie wyobraźni, z lekturowym wyczuciem, na jakie zasługuje książka o Herlingu-Grudzińskim, we fragmencie listu autora Zamku, przytoczonym w dzienniku, zobaczyć można zapis jego spotkania z mieszkańcami Włoch:

Jesteśmy opuszczeni jak zabłąkane dzieci w lesie. Kiedy stoisz przede mną i patrzysz na mnie, co wiesz o moich bólach i co ja wiem o twoich? A gdybym padł przed tobą na kolana i płakał, i opowiadał, co wiedziałbyś o mnie więcej niż o piekle, które ktoś określił ci jako gorące i straszne? Już dlatego my, ludzie, powinniśmy stać naprzeciw siebie tak zamyśleni i współczujący, jak przed wejściem do piekła.

Tylko po tym można zaśpiewać co tchu w piersiach.

 

Zdjęcie główne: Gustaw Herling‑Grudziński w krużgankach klasztoru świętej Klary, Neapol, 1988,  fot. © Bohdan Paczowski (dzięki uprzejmości Wojciecha Karpińskiego)