kultura kino

Słodkie życie starych filmów. Moda na filmową klasykę

Magda Miśka-Jackowska

Fellini, Godard, Visconti i Almodóvar wracają na duże ekrany. Do Polski dotarła moda na filmową klasykę. Wszystko wskazuje na to, że przywiał ją wiatr znad Morza Śródziemnego.

„Słodkie życie” (reż. Federico Fellini, 1960), „Do utraty tchu” (reż. Jean-Luc Godard, 1960), „Wielki błękit” (reż. Luc Besson, 1988), „Cinema Paradiso” (reż. Giuseppe Tornatore, 1988) – rozum podpowiada, że coś tu nie gra, bo to filmy stare, a przecież wszystkie w ostatnich miesiącach weszły do polskich kin. Serce nie ma wątpliwości: to, co dzieje się dziś na naszym rynku dystrybucyjnym, jest dobre, a nawet bardzo dobre. Pamiętam, jak ogromne wrażenie zrobiło na mnie kino Fulgor w Rimini, w którym – jak sam wspominał – Federico Fellini zobaczył pierwszy film w swoim życiu. On, który sam stał się symbolem sztuki filmowej. Klasykę gra się tu nieustannie – od wiosny kino w każdy wtorek o 14.00 przypominało dzieła urodzonego w Rimini reżysera oraz dokumenty o nim.

Skąd w nas ta tęsknota za starymi filmami? Klasyka w kinach stała się faktem – polscy dystrybutorzy coraz częściej i coraz regularniej wprowadzają na duży ekran tytuły, które już znamy. A może znamy je tylko ze słyszenia? Na seanse klasyki przychodzą bowiem z jednej strony widzowie po czterdziestce, pamiętający te filmy z telewizji, z drugiej – młodzi, którzy znają je wyłącznie z opowieści rodziców. Repertuary kin dają im dziś szansę, by poznać arcydzieła w warunkach, dla których zostały stworzone.

– Mamy coraz mniej czasu, więc skupiamy się na tym, co wartościowe – mówi Sebastian Smoliński, krytyk, filmoznawca i edukator, założyciel Past Perfect, firmy zajmującej się dystrybucją jakościowej klasyki. To on wprowadził w Polsce na duży ekran m.in. „Do utraty tchu” Godarda, „Wielki błękit” Bessona, a we wrześniu – „Asterixa i Obelixa: Misję Kleopatrę” (reż. Alain Chabat, 2002). A to tylko najbardziej „śródziemnomorskie” tytuły w katalogu Past Perfect. – Może to jest ten dzień, w którym chcę obejrzeć klasykę na dużym ekranie? To wspaniałe doświadczenie – dodaje Smoliński i podkreśla, że coraz więcej widzów chce chodzić do kina na filmy sprzed lat. Nie zamiast nowości, lecz obok nich.

Kino Fulgor w Rimini
Kino Fulgor w Rimini

W Wielkiej Brytanii, Francji i Stanach Zjednoczonych klasyka zawsze była obecna w kinach niemal na równi z premierami. Polska od lat 90. skupiała się prawie wyłącznie na najnowszych produkcjach, ale dziś to się już zmienia. Jako młoda dziennikarka usłyszałam kiedyś o amerykańskim kinie, które latami grało wyłącznie „Przeminęło z wiatrem” (reż. Victor Fleming, 1939). Wydało mi się to wówczas niezwykle wzruszające i pomyślałam, że wspaniale byłoby mieć takie kino w Polsce. A jak ogląda się klasykę nad Morzem Śródziemnym? Najlepsze statystyki w Europie ma Francja: w 2024 roku filmy klasyczne zgromadziły tam 3,9 mln widzów – to drugi najlepszy wynik od dwudziestu lat.

Miłość Włochów do kina jest z kolei widowiskowa. W Bolonii odbywa się prawdopodobnie najważniejszy festiwal filmowej klasyki na świecie: Il Cinema Ritrovato (‘Odnalezione kino’). Organizuje go Cineteca di Bologna, jedno z najważniejszych archiwów filmowych w Europie, a w programie znajdują się filmy odrestaurowane przez archiwa z całego świata. Festiwal zaczynał skromnie, w 1986 roku, jako pięciodniowe sympozjum poświęcone konserwacji filmów. Dziś pokazuje ponad 500 tytułów. Do 1993 roku odbywał się w listopadzie i grudniu, od 1995 – w czerwcu i lipcu. I tochyba zmiana terminu ukształtowała jego dzisiejszy wizerunek: letnie noce, kino pod gwiazdami, Bolonia jako wymarzone wakacje kinofila. Wieczorne pokazy na Piazza Maggiore, głównym placu miasta, dają widzom dziesięciometrowy ekran i są bezpłatne.

Tegoroczną, jubileuszową edycję (20-28 czerwca 2026) nazwano „XL” – to zarówno liczba 40 zapisana cyframi rzymskimi, jak i rozmiar: w programie znalazło się aż 540 filmów. Jednym z głównych bohaterów był Luchino Visconti, przypomniany w podwójną rocznicę urodzin i śmierci odnowionymi kopiami „Zmysłów” (1954), „Rocca i jego braci” (1960) oraz „Lamparta” (1963). Frekwencja w salach kinowych była wyższa niż przed rokiem. Wielu moich znajomych i przyjaciół wybiera się do Bolonii co roku specjalnie na to wydarzenie.

Włosi oglądają klasykę z teatralnym rozmachem, trochę inaczej robią to Hiszpanie. Wznowienia są tam przede wszystkim sposobem na odzyskanie publiczności – jak zauważa hiszpańska prasa, kina to jedyny sektor kultury, który nie wrócił do poziomu sprzed pandemii. Seanse klasyki odbywają się w słabsze dni, zwykle w poniedziałki, wtorki i czwartki, a obłożenie sal jest wtedy średnio dwukrotnie wyższe niż zwykle. Część branży zachowuje jednak ostrożność i ostrzega, że rynek może się wkrótce klasyką nasycić. Tymczasem „Matador” (reż. Pedro Almodóvar, 1986) w pełni odrestaurowanej wersji 4K miał ponowną premierę na festiwalu w Wenecji, a następnie trafił do kin. To symboliczne, bo właśnie w Wenecji zaczęła się międzynarodowa kariera reżysera.

Festiwal Il Cinema Ritrovato w Bolonii, fot. Zorro2212 / Wikimedia, CC BY-SA 4.0
Festiwal Il Cinema Ritrovato w Bolonii, fot. Zorro2212 / Wikimedia, CC BY-SA 4.0

W Polsce klasyka nie tylko coraz częściej pojawia się w repertuarach kin; przybywa też festiwali i cykli, które mają ją w programie. Jeśli skupimy się na kinie znad Morza Śródziemnego, bez trudu natrafimy na włoskie cykle Stowarzyszenia Kin Studyjnych. Latem 2025 roku SKS pokazał „Wielkie piękno” (reż. Paolo Sorrentino, 2013), a następnie ponownie wprowadził na ekrany „Cinema Paradiso”. Premierze towarzyszyły poruszające spotkania z Salvatorem Cascio, filmowym małym Totò. Latem 2026 roku w kilkudziesięciu kinach studyjnych w kraju trwał przegląd „Federico Fellini: ciao a tutti!” – sześć filmów w wersjach 4K, m.in. „Noce Cabirii” (1957), „Słodkie życie” i „Osiem i pół” (1963). Włoska klasyka trafia także do miejsc zupełnie kameralnych: w Rzeszowie Kino za Rogiem Cafe uruchomiło cykl włoskiej komedii, w którym znalazły się m.in. „Mandacik proszę” (reż. Luigi Zampa, 1960) z Albertem Sordim i „Wielkie żarcie” (reż. Marco Ferreri, 1973).

Prawdziwym świętem filmowej klasyki jest warszawski Timeless Film Festival, który tradycyjnie odbywa się w kwietniu. Jego program jest tak bogaty, że łatwiej byłoby wymienić filmy, których festiwal jeszcze nie przypomniał. Kino śródziemnomorskie zajmuje w nim ważne miejsce: w tegorocznej edycji można było obejrzeć m.in. rozgrywającą się na Capri „Pogardę” (reż. Jean-Luc Godard, 1963) z Brigitte Bardot oraz „Znałem ją dobrze” (reż. Antonio Pietrangeli, 1965) w cyklu przygotowanym wspólnie z bolońskim Il Cinema Ritrovato. Od pierwszej edycji festiwal łączy klasykę z koncertami filmowymi w Filharmonii Narodowej, Teatrze Wielkim-Operze Narodowej i Muzeum POLIN. Seanse klasyki z muzyką graną na żywo cieszą się wszędzie coraz większym zainteresowaniem, a w przyszłym roku będzie ku nim wyjątkowa okazja: setne urodziny kina dźwiękowego.

Moda na klasykę w kinie wypełnia jakąś lukę. Przecież wspólny kanon kultury popularnej praktycznie nie istnieje, a tak zwana wiedza ogólna z różnych dziedzin sztuki maleje z roku na rok. To smutny wniosek. Czy Fellini, Visconti, Godard i inni mistrzowie, którzy pojawiają się w repertuarach obok współczesnych reżyserów, mogą coś tu zmienić? Kilka dni temu w pociągu przysłuchiwałam się rozmowie czterech dorosłych osób, które wyśmiewały zajęcia muzyczne w szkołach swoich dzieci. W ich poczuciu muzyka jest kompletnie niepotrzebnym przedmiotem, te ironiczne komentarze słyszą na co dzień ich pociechy i… czują tak samo. W powszechnej świadomości kultura przestaje być ważna. A przecież dramatycznie brakuje nam nie tyle lekcji muzyki, ile po prostu lekcji patrzenia i słuchania. To one kształtują wrażliwych dorosłych – takich, wśród których i z którymi chcemy żyć.