kultura historia sztuki piękne

Medyceusze: bankierzy świata, władcy włoskich dusz

Florencki ród wspinał się na szczyty i staczał do granic piekieł, w międzyczasie tworząc potęgę renesansowej Florencji, rozwijając bankowość i otwierając świat na nowe idee. Oto fascynująca historia jednej z najważniejszych rodzin w historii śródziemnomorskiej kultury.

Odkrywanie dziejów Medyceuszy jest jak pisanie wielkiej powieści: setki drobnych historii, mniejsze i większe grzeszki, międzynarodowe intrygi, rodzinne tajemnice i namiętne romanse. Od czasu do czasu pojawia się jakiś czarny charakter, nie zabraknie też skrzywdzonej niewinności, zdarzą się morderstwo i zdrada. Akcja się zagęszcza, nie ma chwili wytchnienia, wciąż coś się dzieje. Opowieść zapiera dech w piersiach, czytelnicy próbują nadążyć za historią, ale ona nieustannie ich zwodzi, myli tropy, zaciera ślady. Kiedy zaczynamy być pewni finału, wszystko się zmienia. I tak po wielokroć. Przydadzą się chusteczki, bo nie zabraknie wzruszeń. I dobre wino, by ukoić skołatane nerwy. A zatem zaczynamy!

 

Prolog

Nie obrażajcie bogatych i silnych, ale też miejcie zawsze miłosierdzie dla biednych i słabych. Nie przemawiajcie w sposób przypominający udzielanie rad. Przedstawiajcie swój punkt widzenia rozważnie. Nie chodźcie sami do Palazzo della Signoria, zaczekajcie, aż was wezwą. A wezwani czyńcie, o co was poproszą i, zdobywszy dużo głosów, nigdy nie okazujcie dumy. Unikajcie politycznych sporów, polemik i nie ściągajcie na siebie niczyjej uwagi…

Autorem tych słów jest Jan Medyceusz. Nie był pierwszym z rodu, ale jako pierwszy zrozumiał, na czym polega prawdziwa, skuteczna władza. Jako pierwszy poczuł, że jego rodzina może być naprawdę potężna, równa królom i papieżom. Musiał przy tym wykazać się dużą wyobraźnią, nic bowiem nie wskazywało jeszcze na nadchodzące złote czasy. We Florencji panowała wówczas rodzina Albizzich, która pilnie strzegła swych wpływów. A jednak Jan, dzięki roztropności i talentowi do pomnażania majątku, powoli zaczął budować medycejskie imperium. Na początku, zgodnie ze swą dewizą, nie rzucał się w oczy, nie prowokował, unikał rozgłosu. Przyszedł jednak taki moment, gdy musiał podjąć wyzwanie i pojawić się w życiu publicznym Florencji. Wiedział, że bez tego nie sięgnie po realną władzę. Musiał kilka razy wejść do Signorii, florenckiego rządu; raz był nawet gonfalonierem, czyli chorążym Republiki, opiekunem chorągwi miasta. W przerwach między piastowaniem urzędów cieszył się z ciszy i rodzinnego życia, powiększał zyski i przygotowywał do politycznego życia swego syna, Kosmę.

Pośmiertny portret Kosmy Starszego pędzla Jacopa Pontorma (przełom XV i XVI wieku).
Pośmiertny portret Kosmy Starszego pędzla Jacopa Pontorma (przełom XV i XVI wieku)

Rozdział pierwszy

Kosma Starszy to nie był jakiś tam Medyceusz. To był człowiek znaczący, postać kontrowersyjna, ale bezdyskusyjnie wybitna. Jeden z tych Medyceuszy, którym świat zawdzięcza całą swą nowożytność. Urodził się w 1389 r., a kiedy jego ojciec umarł, był już dojrzałym, ponadczterdziestoletnim człowiekiem. Miał swoją rodzinę. Ożenił się z Contessiną de’ Bardi, kobietą dość prostą i kapryśną, ale sympatyczną. Nie było między nimi miłości, jednak Kosma szczerze ją lubił i tworzyli całkiem udaną parę, jak na tamte czasy. Wychowywali dwóch synów.

Kosma odziedziczył po ojcu majątek i szacunek obywateli Florencji. Korzystał z jego nauk, budował siłę rodziny roztropnie, unikając rozgłosu. Pozycja Kosmy była coraz silniejsza, co musiało niepokoić tych wszystkich, którzy dotychczas panowali nad miastem. Rodzina Albizzich nie zamierzała poddać się bez walki i doprowadziła do wygnania Medyceusza. Albizzi nie przewidzieli jednak, że mają do czynienia z mistrzem politycznej gry, który, owszem, wyjechał, ale z całym swym majątkiem, uratowanym przed próbą konfiskaty. Florencja bez medycejskich pieniędzy była bezsilna, więc po kilkunastu miesiącach Kosma powrócił do miasta jak król, w chwale zwycięzcy i dobroczyńcy. Nadal był zdystansowany, dyskretny i roztropny, ale teraz już czuł swą siłę, więc postępował odważniej. Okrutnie zemścił się na prześladowcach, wprowadził nowe rządy, rozszerzył wpływy swego banku. Obsługiwał już nie tylko papieży, lecz wszystkich, od których może coś zależeć. Wiedział, że fortuna bywa zmienna, musiał się przygotować na każdą ewentualność, na każdą zmianę władzy w bliższym i dalszym otoczeniu. Był bardzo zdolnym strategiem, wkrótce więc jego władza we Florencji stała się niepodzielna.

Na szczęście Kosma, poza majątkiem i ambicją, posiadał też zamiłowanie do kultury. Stał się on nowoczesnym i bardzo hojnym mecenasem, skupiał wokół siebie ludzi, których wiedza i talent przyniosły światu prawdziwą rewolucję. W jego pałacach i sponsorowanych przez niego pracowniach rodził się renesans. Medyceusz dyskutował z Marsiliem Ficino, pobudzał do działania Brunelleschiego, Donatella, Albertiego, Lippiego, Fra Angelica; zatrudniał skrybów, by przepisywali największe księgi, czyniąc z jego biblioteki prawdziwą skarbnicę.

Kosma miał niełatwy charakter i dość kontrowersyjną urodę; z wiekiem stał się jeszcze bardziej oschły i złośliwy, w polityce nie cofał się przed okrucieństwem, a jednak był florenckim królem. Szanowanym, cenionym i podziwianym. Gdy umarł, nadano mu tytuł Ojca Ojczyzny. Wielu uważało, że skończyły się złote czasy Florencji. Nieliczni mieli nadzieję, że to chwilowe.

 

Portret Piera de' Medici pędzla Agnola Bronzina (1550–1570).
Portret Piotra Medyceusza pędzla Agnola Bronzina (1550–1570)

 

Rozdział drugi

W chwili śmierci Kosmy jego syn, Piotr, był starszy niż ojciec, gdy przejmował rodzinną władzę. W 1464 r. Piotr miał 48 lat. Był otyły, cierpiał na podagrę i reumatyzm, z czasem niemal przestał chodzić, na dodatek nie był ani wybitnym finansistą, ani wielkim politykiem. Brakowało mu talentów ojca. Trzeba jednak przyznać, że się starał. Był we florenckim rządzie, został nawet gonfalonierem. Pomnażanie majątku mu nie wychodziło, jednak skrupulatnie pilnował tego, co już miał. Kontynuował sponsorowanie artystów: to za jego czasu dla Medyceuszy tworzyli m.in. Botticelli, Gozzoli czy Uccello. Tym staraniom sprzyjała żona Piotra, Lukrecja Tornabuoni, kobieta wielu talentów i zalet, poza tym podobno bardzo piękna. Pisała pieśni religijne, tłumaczyła Biblię, urodziła siedmioro dzieci, była uwielbiana przez rodzinę i mieszkańców Florencji.

Portret Lukrecji Tornabuoni pędzla Domenica Ghirlandaia (XVI w.)
Portret Lukrecji Tornabuoni pędzla Domenica Ghirlandaia (XVI w.)

Pod koniec życia coraz bardziej schorowany Piotr skoncentrował się na wychowaniu swego następcy. Zostanie nim Lorenzo, czyli Wawrzyniec. To była bardzo mądra decyzja. Chłopiec miał 15 lat, gdy zmarł jego wielki dziadek. Pamiętał więc atmosferę wielkości, jaka otaczała Kosmę. Jego rodzice również dbali o rozwój duszy i umysłu dzieci, kiedy więc nadejdzie czas, Wawrzyniec będzie gotowy otworzyć kolejny rozdział w dziejach Florencji. Każde miasto, każdy kraj chciałyby, aby w jego dziejach były tylko takie rozdziały.

 

Rozdział trzeci

Wawrzyniec doszedł do władzy w 1469 r., w wieku 20 lat. Choć był bardzo młody, przez ostatnie lata przygotowywano go do przejęcia władzy. Wydawał się więc właściwą osobą. Nie podobało się to jednak jego licznym przeciwnikom. Medyceusze zawsze mieli jakichś wrogów – tym razem byli nimi Pazzi. Zorganizowali spisek, któremu przychylny był nawet papież. Podczas nabożeństwa napadnięto braci Juliana i Wawrzyńca; młodszy z nich zginął. Wawrzyniec został sam. W jednej chwili zmienił się z pogodnego, skorego do zabawy młodzieńca we władcę, który nie waha się sięgnąć po najostrzejsze środki, by zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie i miastu. Ożeniony politycznie z rzymianką Clarice Orsini, nie odnalazł z nią wspólnego języka. Żona nie rozumiała jego zamiłowania do wiedzy, dyskusji i rozrywki. A jednak szanowali się i na swój sposób lubili. Wawrzyniec pisywał do niej uprzejmie listy, a kiedy zmarła na gruźlicę, naprawdę rozpaczał. Po tym małżeństwie pozostały dzieci, które uwielbiał i rozpieszczał.

Portret Wawrzyńca Wspaniałego pędzla Petera Paula Rubensa (1612–1616)
Portret Wawrzyńca Wspaniałego pędzla Petera Paula Rubensa (1612–1616)

Jak wszyscy Medyceusze, Wawrzyniec również był hojnym mecenasem. W jego otoczeniu tworzyli Ghirlandaio, Pollaiuolo, pojawiał się młody Michał Anioł. Życie artystyczne kwitło, Florencja pławiła się w swoim blasku, organizowano huczne zabawy i turnieje. W tle Wawrzyniec prowadził rządy silniej ręki, eliminował konkurencję, manipulował podatkami, dawał sobie nawet prawo do ingerowania w cudze małżeństwa, aby nie dopuścić do wzmocnienia innych rodów. Bywał okrutny i bezwzględny. Po spisku Pazzich, w którym zginął jego brat, polała się krew niemal trzystu osób. Mimo to lud Florencji uznawał Wawrzyńca za swego darczyńcę i zbawcę, a historia zapamiętała go jako il Magnifico, Wspaniałego. Dbał o ubogich, zapewniał im pożywienie i rozrywki, rozwijał miasto, poprawiał jego wizerunek, pomnażał majątek i rozświetlał świat blaskiem renesansu. Po jego śmierci w 1492 r., Machiavelli napisał: Wkrótce po zgonie Lorenza zaczęły wschodzić chwasty, które później, ponieważ zabrakło człowieka, co by je wyplenił, rujnowały i wciąż jeszcze rujnują Włochy.

Smutne słowa, smutny koniec pewnej epoki. Ale nie koniec Medyceuszy. Chciałoby się rzec: niestety. Bo wszystko, co działo się potem, było już tylko karykaturą medycejskiej potęgi, zachodzącym słońcem, zaledwie wspomnieniem chwały. Pojawiło się jeszcze kilka istotnych osób, ale to znaczenie nie dorównywało Kosmie czy Wawrzyńcowi.

 

Rozdział czwarty

Po śmierci Wawrzyńca władzę przejął jego syn Piotr, zwany Nieszczęśliwym. Ciekawsze rzeczy zaczynały się jednak dziać na medycejskich obrzeżach, poza Florencją. Oto bowiem nadszedł czas zwycięstw watykańskich. Ambicje Medyceuszy wcześniej czy później musiały doprowadzić kolejnych członków rodziny na Tron Piotrowy. W 1513 r. papieżem – Leonem X – został Jan, syn Wawrzyńca Wspaniałego. Od dziecka przygotowywano go do kariery w Kościele. Cel został zrealizowany, ale jako papież Leon X nie zasłużył na dobre wspominanie. Miał interesującą osobowość, jednak skupił się przede wszystkim na pełnym przepychu życiu towarzyskim. Organizował uczty i orgie, trwonił majątek, lekceważył prawdziwe zagrożenia. Po jego śmierci Watykan został z ogromnymi długami i poważnym problemem, jakim były wystąpienia Marcina Lutra.

Zaledwie dwa lata później papieżem został kolejny Medyceusz, Hipolit – nieślubny syn Juliana, zabitego w spisku Pazzich. Po śmierci ojca zajął się nim wuj, Wawrzyniec. Hipolit, który przyjął imię Klemensa VII, dał się poznać jako człowiek pracowity i pobożny, ale absolutnie nieodpowiedzialny. Nie umiał podejmować poważnych decyzji, paktował ze wszystkimi przeciw wszystkim, nie był konsekwentny ani przewidujący. Nie interesował go los poddanych, zabiegał jedynie o dobro swojej rodziny. To za jego pontyfikatu doszło w 1527 r. do straszliwego splądrowania Rzymu, zwanego Sacco di Roma.

 

Rozdział piąty

Ten rozdział można by rozpisać na całe mnóstwo mniejszych, każdy jednak byłby zasmucająco daleki od tego, do czego przyzwyczaili nas pierwsi Medyceusze. Przez następne dwieście lat kolejni przedstawiciele rodziny starali się panować nad Florencją, Italią, a nawet Europą. Pojawiło się kilka ważnych postaci, np. Katarzyna Medycejska, która została królową Francji. Nie byli to jednak ludzie na miarę wielkich przodków, Kosmy czy Wawrzyńca. Ich potomkowie wykazywali się kiepskim rozeznaniem politycznym i fatalnym zarządzaniem, przez co byli narażeni na ataki. Jedni prowokowali kolejne wojny, inni nie umieli im zapobiegać. Florencja nadal była ważna, ale zgasł jej blask. Przestała być stolicą kultury i władzy. Z każdym kolejnym władcą chwała Medyceuszy bladła coraz bardziej, w końcu nie zostało z niej już nic, poza nazwiskiem. Na drzewie genealogicznym pojawiają się rozpustnicy, pijacy, nieudacznicy, ludzie mali i marni. Choć Medyceusze.

Portret Anny Marii Luizy de' Medici pędzla Antonia Franchi (1689–1691)
Portret Anny Marii Luizy de’ Medici pędzla Antonia Franchi (1689–1691)

Epilog

Jest rok 1743. Anna Maria Medycejska żegna się ze światem. W młodości była atrakcyjną dziewczyną, której brakowało jedynie nieco ogłady. Próbowano wydać ją dobrze za mąż, ale kolejni władcy europejscy odrzucali tę partię. W sensie politycznym była nikim – przedstawicielką prawie nic nieznaczącej rodziny. Jej mężem został w końcu William, elektor Palatynatu Reńskiego, który zaraził ją chorobą weneryczną, przez co nie udało jej się nigdy urodzić potomka. Prędko została wdową. Przeżyła swych wyjątkowo nieudolnych braci. Została sama. Florencja, po wielu dekadach fatalnych rządów, była miastem smutnym, niemal martwym. Nikt nie wspominał dobrze Medyceuszy; z budynków znikały kolejne herby rodu, pojawił się nawet pomysł, by przestać czcić tych najwybitniejszych, którzy doprowadzili miasto do rozkwitu. To było tak dawno temu, ludzie zdawali się już nie pamiętać…

A jednak kiedy Anna Maria zmarła, cała Florencja ją opłakiwała. Może płakała nad ostatnią Medyceuszką, może nad swoją utraconą przeszłością i teraźniejszością bez nadziei, a może były to gorzkie łzy radości. Anna Maria przed śmiercią zapisała bowiem swój majątek Florencji. Wszystkie dzieła sztuki, tak skrzętnie gromadzone przez minione pokolenia, tak cenne, że trudno je nawet oszacować, wszystko to zostało podarowane mieszkańcom Florencji. Hojności ostatniej Medyceuszki towarzyszyła też mądrość, ponieważ w testamencie znalazł się zapis, że podarowanych arcydzieł nie wolno nigdy wywieźć z Florencji. Odtąd Florencja i spuścizna Medyceuszy są na siebie skazane po wsze czasy…

 

I tak kończy się opowieść o Medyceuszach. Byli brzydcy, porywczy, często okrutni i bezwzględni, a przy tym hojni, ambitni i dalekowzroczni. Stworzyli potęgę renesansowej Florencji, bez której nie byłoby renesansowej Europy. Otworzyli świat na nowoczesną myśl i nowatorską sztukę. Rozwinęli globalną bankowość. Wspinali się na szczyty i staczali do granic piekieł. Wszystko zdobyli i wszystko stracili. Nam zostawili fascynującą historię oraz perłę w swej koronie – nieprzemijająco piękną Florencję.

 

Ilustracja główna: herb Medyceuszy na fresku w Palazzo Pitti we Florencji pędzla Sebastiana Ricci