Posted on

Silenzio per favore. Włoskie poszukiwanie ciszy

Teatr Ciszy

Nieopodal małego miasteczka Lajatico w prowincji Pizy, w jednej z toskańskich dolin, kryje się miejsce prawdziwie ciche i niezwykłe. Zbudowany z granitu, otoczony zielenią wzgórz amfiteatr o wymownej nazwie: Teatro del Silenzio, przez cały rok, za wyjątkiem kilku letnich dni, faktycznie „milczy”. Wypełniony po brzegi wodą niczym jezioro, o swojej prawdziwej tożsamości przypomina nam za sprawą centralnej rzeźby wyłaniającej się z tafli oraz widocznych tylnych ścian budowli. Jego pomysłodawcy, w tym słynny włoski tenor Andrea Bocelli, założyli, iż będzie to miejsce łączące w sobie emocje i sztukę w wielu jej postaciach: od śpiewu, przez taniec, aż po rzeźbę. Ponadto wyjątkowe położenie teatru, bezpośrednia bliskość przyrody sprawiają, że wydaje się on być dziełem nie tylko człowieka, lecz także natury. Nie bez powodu teatr, otulony spokojną taflą wody, przez 364 dni „milczy”, by tylko raz do roku „zabrać głos”; piękny, ujmujący całe tłumy… Jest to metafora życia śpiewaka, dla którego Lajatico, poza teatrem, to przede wszystkim rodzinny dom.

Teatro del Silenzio, fot. deek ay / Flickr, CC BY 2.0
Teatro del Silenzio, fot. deek ay / Flickr, CC BY 2.0

 

„Pośród dwóch wysokich gór, skąd nie widać nic ponad dwie dłonie nieba”

Umbria, a dokładnie Valnerina – to właśnie w tej krainie, na skraju dwóch gór: Monte Maggio oraz Monte del Porretta, mieści się tajemnicza pustelnia ojców benedyktynów. Nieopodal kościoła Chiesa della Madonna della Stella znajduje się dziesięć grot wydrążonych w skale, gdzie XIV-wieczni zakonnicy w skupieniu oddawali się modlitwie. Włoski historyk Marco Franceschini pisał o nich jako o tych, którzy zdecydowali się żyć „pośród dwóch wysokich gór, skąd nie widać nic ponad dwie dłonie nieba” (in mezzo a due altissimi monti, dove non si vede altro che due palmi di cielo). Chcąc uchronić swe dusze przed rozproszeniem, kryli się w grotach, odnajdując w nich upragniony spokój. Trwali tam w skupieniu, przez wnęki skał widząc jedynie fragmenty nieba, a cichy szum pobliskiego strumienia towarzyszył każdej ich modlitwie. Symbolika wody ma w tym miejscu wyjątkowe znaczenie, bowiem dla pustelników z górzystego regionu Valnerina była ona naturalnym elementem krajobrazu oraz niezmiennym tłem ich modlitw. Ponadto woda jest również symbolem Matki Boskiej, której klasztor został poświęcony. Eremo della Madonna della Stella do dziś stanowi miejsce skupienia i modlitwy oraz cel pielgrzymów z całego świata.

 

Spo di Giau, fot. Doc Searls / Flickr
Przełęcz Passo di Giau, fot. Doc Searls / Flickr, CC BY 2.0

W sercu Dolomitów

Nigdzie nie słyszymy tak głośno własnych myśli, jak w niewzruszonej ciszy gór. Skazani na ich potęgę i nieprzewidywalność, w bezpośredniej bliskości przyrody, mamy w końcu okazję spojrzeć na siebie z dystansu. Jest takie miejsce na mapie Włoch, które wyjątkowo do tego skłania: położona w sercu Dolomitów, łącząca sportowe miasteczko Cortina d’Ampezzo z najwyższym szczytem Marmolada, przełęcz Passo di Giau. Stanowi ona jeden z najpiękniejszych fragmentów lokalnego krajobrazu. Nad wyraz sugestywna, panoramiczna trasa pozwala objąć wzrokiem imponujące masywy górskie, takie jak Tofany, Cristallo czy Sorapiss, i zadumać się przez chwilę nad ich powagą, pięknem oraz niezmienną obojętnością.

 

Faro Falascia, fot. Giacomo Carena / Flickr, CC BY-ND 2.0
Faro di Palascia, fot. Giacomo Carena / Flickr, CC BY-ND 2.0

Na granicy mórz…

… Jońskiego i Adriatyckiego, w regionie Apulia, znajduje się najbardziej wysunięty na wschód fragment włoskiego wybrzeża – przylądek Capo d’Otranto, a na nim widoczna z oddali, wzniesiona w 1867 roku, latarnia morska Il faro di Palascia. Przez lata nieużywana, będąca jedynie zabytkiem, dziś mieści w sobie Muzeum Morza. Ponadto, za sprawą prac restauracyjnych, wróciła do swojego dawnego przeznaczenia i jak dawniej służy statkom jako nadmorski punkt nawigacyjny. Otoczona surową przyrodą wydaje się istnieć poza czasem. Warto nad ranem przyjść w jej okolice, by stanąć na granicy światów, ujrzeć bezmiar morza, jego krystaliczną toń, a także widoczne na horyzoncie góry niedalekiej Albanii.

 

Naszą cichą, refleksyjną podróż kończymy więc o świcie na wschodnim wybrzeżu Włoch. Zapatrzeni w horyzont, całkiem sami, wspominamy słowa poety:

Zawsze mi było drogie to samotne wzgórze
I ten żywopłot, który prawie cały
łuk widnokręgu źrenicom przesłania.
Lecz gdy tu jestem i patrzę, bezkresne
przestrzenie gdzieś poza, jakieś nadludzkie
połacie ciszy i bezdenny spokój
roję w mej duszy, aż niewiele trzeba
sercu, by drżało. A kiedy znów słyszę
jak wiatr szepcze wśród liści, wtedy tę jedną
ciszę bez końca i tę szeptu mowę
równam ze sobą: przenika mnie wieczność,
i umarłe pory, i ta tutaj, teraz
ta żywa, jej głos. I tak, zagubiona
w owe bezmiary moja myśl zapada
i błogo mi na tym zatracić się morzu.

(Giacomo Leopardi, Nieskończoność, tłum. Grzegorz Franczak)

 

Zdjęcia na licencjach: CC BY 2.0CC BY-ND 2.0
Posted on

Język Śródziemnomorza

W pierwszych dniach września 2015 roku byłem w Katanii. Biagio Guerrera, przyjaciel i poeta, którego poznałem kilkanaście lat temu na festiwalu poezji, zaprosił nas na krótki pobyt na Sycylii, mający zaowocować tekstami. Byliśmy, napisaliśmy, wróciliśmy, żeby wysłuchać tekstów w wykonaniu sycylijskich artystów, a potem je skomentować. Teksty nie są tak ważne jak to, że się spotkaliśmy. My. Peter Waterhouse – austriacki poeta pochodzenia angielskiego, Moncef Ghachem – poeta tunezyjski i ja – poeta z Warszawy.

Po pierwsze: język snów. Ostatniego dnia Moncef, poeta o pięknej i szlachetnej twarzy starego mędrca, wyprowadził się już ze swojego pokoju w hotelu, a musiał przeczekać jeszcze kilka godzin do wyjazdu. Zaprosiłem go do siebie, gdzie były dwa łóżka. Zdjął buty, położył się, zamknął oczy. Ja leżałem o metr od niego. Oddychał spokojnie, chyba trochę spał. Czasami jego oddech stawał się szybszy. Nie wiedziałem o nim prawie niczego. To, że ma żonę Francuzkę, że siedział w więzieniu. Spytano go dlaczego napisał to, co napisał. Odpowiedział, że poetom różne rzeczy przychodzą do głowy. Znałem już kilkanaście jego wierszy, nie wiem, o który poszło tunezyjskiej policji. Kiedy zadzwonił budzik, obudził się z uśmiechem na twarzy pogniecionej od snu. Wiedziałem o nim wszystko, on wszystko o mnie.

Po drugie: język wierszy własnych. Nie mieliśmy – Moncef, Peter i ja – potrzeby pytać, o czym są, jak są pisane. Wszystko było w naszym własnym czytaniu, a przedtem w muzycznych interpretacjach sycylijskich artystów. W ochrypłym śpiewie palestyńskiego pieśniarza, który dla nas wszystkich znalazł głos przepalony śródziemnomorską solą. W krystalicznym śpiewie pieśniarki z Katanii, w transowej lekturze Biagia, spokojnym czytaniu Cochiego, rozedrganym brzmieniu kontrabasu, bębenków, ksylofonów.

Po trzecie: język wierszy poetów, których kochamy, a którzy piszą w innych językach. Mówiliśmy jak i gdzie nam przyszło do głowy: Ungarettiego, Apollinaire’a, Celana. W ich rodzimych narzeczach, które nie są nasze, ale których wiersze znamy w naszych językach. Mówiliśmy je wszędzie: w barze, przed katedrą, przed sklepem z trumnami. I mówiąc nimi, mówiliśmy wspólnym językiem.

Kiedy najstarszy z nas, Moncef, poszedł, żeby znowu odpocząć, Peter pytał mnie o Lampedusę. I sam opowiedział mi trochę o Austrii. Powiedział, że ta zmiana – ze społeczeństwa ludzi obojętnych albo ksenofobów w naród witający uchodźców z kartkami „Witajcie” i wyciągający ręce do upokorzonych – to kwestia ostatniego tygodnia. Cud. Że zaczęło się od ciężarówki na poboczu autostrady, z 71 martwymi ciałami. Od twardego spotkania z rzeczywistością. Potem kardynał Schönborn nazwał tę śmierć i tę obojętność po imieniu. I ludzie czarni stali się w połowie biali, a biali w połowie czarni.

Wrócił Moncef i wszyscy milczeliśmy w tym samym języku Śródziemnomorza.

 

Tekst ukazał się drukiem w Lente#01 wiosną 2016 r.

 

Zdjęcie główne: replika rzymskiej mozaiki przedstawiającej Euterpe – muzę poezji lirycznej

Posted on

Lorenzo Villoresi Teint de Neige: ciepły odcień śniegu

Artykuł z serii: Perfumy pachnące Śródziemnomorzem

Zapachy, podobnie jak książki, opowiadają historie i odkrywają tajemnice. Czynią to językiem innym od powieści, a jednak równie przekonującym, trwale zapadającym w pamięć, grającym na emocjach, a zarazem przekazującym wiele konkretnych informacji. W niniejszej serii przedstawiam wybrane przeze mnie perfumy, które zamknięto we flakonach razem z opowiadanymi przez nie sekretami Śródziemnomorza.

Teint de Neige (‘kolor śniegu’), wbrew pozorom, nie powstały jako hołd dla zjawiska pogodowego, a dla pobielanych pudrem twarzy. Florenckiego perfumiarza zainspirowało bogactwo Belle Époque – czasu postępu i bezpieczeństwa z jednej strony, a dekadencji z drugiej. Po zapachu, w którym sportretowano ówczesną joie de vivre (radość życia), można spodziewać się fajerwerków. Musujących nut szampana albo zieleni absyntu, aromatów gęstych i obezwładniających, falujących jak suknie wokół smukłych kostek kabaretowych tancerek i porywających, jak sam taniec. Można oczekiwać sennego mroku fin de siècle, węszyć za ciemną czekoladą, mięsistymi owocami czy oparami kadzidła…

Nic z tego. Teint de Neige bardziej niż to wszystko przypomina kryjący się w jego nazwie śnieg. Jest czysty, spokojny i czarujący. Przywodzi na myśl obrazek: za szybą rozciąga się krajobraz przykryty białą kołdrą, na szybie w zderzeniu ciepłego oddechu z chłodem szklanej tafli tworzy się mgiełka, zacierająca kontury pejzażu. W ciężkim kubku z ceramiki tłoczonym we wzór warkocza stygnie kakao, leniwy kot z lubością przeciąga się na wełnianym swetrze. Zimowa sielanka. We Florencji raczej rzadko można na nią liczyć, ale zawsze można pomarzyć – a te perfumy bardzo sprzyjają marzeniom.

Przewodnią nutą kompozycji jest heliotrop – roślina o maleńkich fioletowych lub białych kwiatach, pachnąca trochę jak wanilia, trochę jak wiśnie, a trochę jak marcepan. „Helios” z greckiego znaczy słońce, a „trepein” – obracać się. Czy to nie wspaniały składnik dla perfum z tak zimową nazwą, jak Teint de Neige? W końcu któż w naszej szerokości geograficznej nie łaknie ciepła i światła w krótkie, ponure dni pomiędzy listopadem a marcem? Zamykamy oczy i udajemy, że obracamy twarz ku słońcu, przysuwając się bliżej kaloryfera.

Przytulny heliotrop zmieszany ze słodką fasolą tonką i miękkim piżmem łagodzą tęsknotę za latem, a pokryta puchatym pudrem wiązka jaśminu, róży i ylang-ylang pieści zmęczone ciemnością powieki i nosy, które dość już mają smogu. Jeśli szukasz ukojenia i lekarstwa na szarość, oto i ono: skromny flakon z oszronionego szkła zwieńczony klasycznym srebrnym korkiem, a w nim – dowód na to, jak ciepła może być barwa śniegu.

Posted on

Antonio Carluccio. Ojciec chrzestny

Ledwie kilka dni przed śmiercią Carluccia brytyjscy widzowie oglądali jego wizytę w kulinarnym show My Kitchen Rules, w ktorym pary kucharzy-amatorów rywalizują, realizując wyznaczone im przez prowadzących i zaproszonych specjalnie szefów kuchni zadania. Antonio Carluccio przyniósł bakłażana i pokazał, jak sam go przygotowuje: najpierw położył na grillu grube plastry, potem położył na nie równie grube plastry soczystego pomidora i mozzarelli najlepszej jakości, a wszystko to wstawił do pieca. W porównaniu z innymi zaproszonymi kucharzami nie zrobił właściwie nic, to jednak za prostotę wykonania i jakość składników Anglicy pokochali jego, a potem jego najsłynniejszego ucznia Jamiego Olivera, i kuchnię włoską w ogóle.

 

Gdybym miał zabrać ze sobą na bezludną wyspę podstawowe produkty włoskiej kuchni, bez wahania wybrałbym mąkę z pszenicy durum, pomidory, oliwę i parmezan. Gdyby wolno mi było wziąć jeszcze jakieś przyprawy, wybrałbym bazylię i czosnek.

 

Do Londynu przyjechał w latach siedemdziesiątych. Z obrzydzeniem patrzył na to, co Anglicy uznawali wtedy za włoską kuchnię – prawn cocktail, czyli krewetki w majonezowo-ketchupowym sosie czy sos boloński podawany ze spaghetti. Na początku zajmował się importem włoskich win, pierwszą – i, jak zobaczymy, na zawsze najważniejszą – restaurację Neal Street Restaurant w Covent Garden przejął od swojego ówczesnego szwagra, projektanta i restauratora Terence’a Conrana w 1981 roku. To w tej restauracji rozpocznie swoją karierę Jamie Oliver, który powie po latach: „Miałem ogromne szczęście pracować w tak uznanej restauracji na tak wczesnym etapie kariery”. Ale który założy też sieć Jamie’s Italian, być może nieco za bardzo wzorując się na pomyśle swojego szefa.

Dekadę później włoski kucharz-samouk otworzył bowiem delikatesy Carluccio’s, które rozrosły się w kolejnych latach w prawdziwe imperium, obejmujące sklepy i restauracje nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale też w Turcji i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Karta dań Carluccio’s składa się z absolutnych klasyków kuchni włoskiej: najpierw caprese, arancini, bruschetta, potem lasagna, spaghetti carbonara, grzybowe risotto, ravioli ze szpinakiem i ricottą, na drugie danie stek albo grillowana ryba, wreszcie – panna cotta, tiramisu, gelato. Do tego wino, kawa czy koktajl Bellini – to obraz stereotypowej gastronomii „made in Italy”, którą dziś dobrze już znamy i lubimy, i którą pokochali ćwierć wieku temu Anglicy. Jamie’s Italian oparty jest na koncepcji bardzo podobnej. Carluccio mówił:

Nie chciałbym się zbytnio przechwalać, ale myślę, że zrobiłem dość dużo dla włoskiego jedzenia w tym kraju. Widziałem od tamtej pory, jak wiele osób wykorzystuje koniunkturę – na przykład Nigella. Widzę, co ona – co oni wszyscy – gotują, widzę pochodzenie tego jedzenia. Oczywiście nie ma tu żadnych praw autorskich, a bardzo często ci młodzi kucharze nie mówią nawet, skąd biorą pomysły. Ale ja to wiem.

 

 

W 1986 roku ukazała się pierwsza z ponad dwudziestu jego książek – An Invitation to Italian Cooking (Zaproszenie do gotowania po włosku). W kolejnych latach przyszły następne, pełne tradycyjnych, prostych przepisów, w których naczelne miejsca zajmowały często jego ulubione składniki: grzyby i makaron. W latach dziewięćdziesiątych zyskał sławę także jako telewizyjny celebrity chef dzięki programowi Antonio Carluccio’s Italian Feasts. Karmił Micka Jaggera i księcia Karola. Był uosobieniem sukcesu i włoskiej radości życia. A przynajmniej tak się wydawało.

W 2007 roku skończyła się umowa z właścicielami budynku, w którym mieściła się Neal Street Restaurant. Po ponad dwudziestu latach Carluccio musiał pożegnać swoje ukochane miejsce. Zbiegło się to z jego rozwodem z Patricią Conran. Rok później w prasie pojawiła się wiadomość, że siedemdziesięcioletni kucharz trafił do szpitala: pracował w kuchni, gdy niefortunnie zranił się nożem. Informację tę przyjęto z pewną podejrzliwością, którą wzmagał jeszcze fakt, że zaraz po „wypadku”, Carluccio dobrowolnie zapisał się do szpitala psychiatrycznego The Priory. To wtedy po raz pierwszy został zmuszony do publicznego opowiedzenia o wieloletniej depresji i kilku próbach samobójczych, z których ostatnią jego firma próbowała przykryć historyjką o niebezpiecznym nożu.

Fot. Elliott Brown / Flickr, CC BY-SA 2.0


Nie rozmawiałem o tym dotąd z kolegami, nawet z przyjaciółmi –
powie cztery lata później. Nie chciałem, by ludzie pytali mnie, jakie powody do depresji może mieć człowiek, który osiągnął sukces. Ukrywałem więc swoje prawdziwe uczucia i żyłem, opowiadając dowcipy. Chciałem, by ludzie uważali, że jestem wesoły. Bo to właśnie widzieli we mnie ci, którzy znali mnie niezbyt dobrze: wesołość.

Najtrudniejsze chwile udało się jednak Carlucciowi przekuć w ostatniej dekadzie życia w kolejne sukcesy i ciekawe przedsięwzięcia. Dzięki udziałowi w popularnym programie BBC Two Greedy Italians (Dwóch łakomych Włochów), w którym występował z Gennarem Contaldem w latach 2011–2012, umocnił jeszcze swoją pozycję celebrity chefa, ale też powrócił do krainy dzieciństwa. W programie tym panowie nie tylko prezentowali autentyczne, włoskie przepisy, ale przybliżali też kulturę Italii – i to niekoniecznie w sposób stereotypowy czy przesłodzony, ale często krytyczny – opowiadając, co zmieniło się w ich ojczyźnie od czasu, gdy opuścili ją czterdzieści lat wcześniej. Podczas wizyty w Portofino zastanawiali się nad kategorią La Bella Figura, to znaczy tym, w jaki sposób społeczna historia Włoch ukształtowała typ kultury oparty na podziwie dla tego, co powierzchowne. W Lacjum starali się zrozumieć machismo, w Alpach – kategorię arrangiarsi, czyli (bliskiego pewnie i Polakom) „radzenia sobie”.

Antonio Carluccio zmarł 8. listopada w swoim domu w Londynie z powodu komplikacji po upadku. Jamie Oliver, Nigella Lawson i tysiące Brytyjczyków, którzy nauczyli się od niego gotować po włosku, zgodnym chórem oddali hołd ojcu chrzestnemu gastronomii „made in Italy”.

 

Zdjęcie główne: zrzut ekranu z Youtube
Posted on

Wino, pagórki i śpiew

Wino i śpiew… Bez kobiet. To znaczy – kobiety, tak samo jak mężczyźni, są oczywiście mile widziane, ale to nie o nich dzisiaj będzie. W dzisiejszej historii liczy się bowiem gronowy sok i muzyka, a zamiast kobiet dodamy do tego duetu malownicze pagórki pięknej Galilei.

Zwiedzając okolice Jeziora Genezaret, warto zaplanować spokojną wycieczkę do miejsca oznaczanego na mapach jako Kibbutz Lotem, w Dolinie Sachnin. Jej dno jest delikatnie pofałdowane, a dzięki spływającym doń strumieniom i potokom wypełnia ją wyjątkowo żyzna gleba, wykorzystywana przez rolników i producentów wina. Na ich tle wyróżnia się Lotem Organic – siedziba firmy lokalnych winiarzy, z której podziwiać można widok na jezioro, oliwne gaje i Wzgórza Golan.

Piękne widoki nie są jednak w Galilei rzadkością, a to, co najbardziej zainteresuje zarówno wykwalifikowanego enologa, jak i amatora lokalnych ciekawostek, to fakt, że wino, które leżakuje tu w specjalnych dębowych beczkach, nie dojrzewa w ciszy, ale przy akompaniamencie specjalnie dobranej muzyki. Jak tłumaczą właściciele firmy, odpowiednie rytmy wspomagają proces fermentacji i pozwalają winu nabrać mocy, głębokiej barwy i urzekającego zapachu. Jonathan Koren i Janiv Kimchi produkują w ten sposób około 9.000 butelek czerwonego trunku rocznie, bazując na odmianach Cabernet Sauvignon, Cabernet Franc, Merlot, Shiraz i Nebbiolo. Na etykietach znajdziemy nazwy kojarzące się ze światem dźwięków: Vivace, Allegro, Trio, Solo… Czy opisane w ten sposób napoje cieszyłyby nasze podniebienie tak samo, spędziwszy długie miesiące w ciszy wielkiego hangaru albo anonimowej piwinicy? Tego nie wiem. Jedno jest jednak pewne – po swym kontakcie z pięknymi melodiami smakują naprawdę wybornie.

Lotem Winery, Klil 7, Lotem, Israel
lotemwinery.co.il
Posted on

Dom ciszy Orhana Pamuka

“Rodzinna saga”, jak reklamowano tom zaraz po jego pierwszej publikacji, początkowo może wydawać się niewymagająca: napisano ją wszak dość surowym językiem, pozbawionym ozdobników, a narrację podzielono między kilku bohaterów, co powinno gwarantować możliwość względnego utożsamienia się z postaciami. To jednak tylko pozory: historia opowiedziania przez różnych członków rodziny, po bliższej analizie, okazuje się grą wątkami znanymi choćby z powieści Dostojewskiego, a uważny czytelnik znajdzie tu także modernistyczne eksperymenty skryte wśród gęstej i nie zawsze jasnej symboliki.

"Czy to nie są tylko słowa, czy nie jest to chmura dźwięków, które przestają istnieć, gdy tylko rozejdą się w powietrzu?"
“Czy to nie są tylko słowa, czy nie jest to chmura dźwięków, które przestają istnieć, gdy tylko rozejdą się w powietrzu?”


Dom ciszy
powstał na początku lat ’80 ubiegłego wieku, pozwalając autorowi przyjrzeć się blisko całemu stuleciu historii Turcji. Pokazuje konflikt pokoleń, pozwala zajrzeć w głąb tureckiego społeczeństwa – podzielonego, niejednolitego, zagubionego. Próbuje udzielić odpowiedzi na pytania o przyszłość, o walkę religii z tym, co racjonalne, o starcie Wschodu z Zachodem. Satysfakcjonujących odpowiedzi jednak nie znajduje. Rozważania bohaterów okazują się finalnie znaczyć niewiele więcej, niż rozpamiętywanie dawno minionej i zapomnianej przeszłości, a teatralne zrywanie zasłon staje się gestem, który tak naprawdę mało kogo obchodzi. Opowieść o babce Fatmie i odwiedzających ją wnukach pokazuje, że po marzeniach i walce o nie częściej od spełnienia pozostaje wielkie nic: zapomnienie i cisza.

 

Orhan Pamuk, Dom ciszy, tłum. Anna Akbike Sulimowicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009
Posted on

Playa del Silencio w Asturii

Playa del Silencio, po asturyjsku nazywana Gavieiru, znajduje się kilkanaście kilometrów od portu Cudillero. Nie dostaniemy się tam samochodem – pojazd zostawić trzeba w wiosce Castañeras, a następnie, już bez hałasu silnika, ruszyć pieszo w kierunku Morza Kantabryjskiego, podziwiając niezwykłe widoki: majestatyczne klify, kojącą zieleń, spokojną taflę wody.


Plaża Ciszy jest niewielka: liczy sobie 330 metrów długości i 32 metry szerokości. Nie kusi też białym piaskiem – ręczniki rozłożymy tu na drobnych kamykach. Zaprasza natomiast do wyjątkowo przyjemnych kąpieli (rzadko kiedy występują tu fale) oraz wędkarskich przygód (szczególnie w zachodniej części).

 

Zdjęcia: Tuscasasrurales / Flickr, CC BY-ND 2.0
Posted on

Neapolitańska babà al rum czyli rumowa baba

Ciasto drożdżowe najlepiej wyrasta w ciszy. Nie lubi przeciągów, hałasu i pośpiechu. Lubi, kiedy domownicy ściszają głosy i chodzą wokół niego na paluszkach. Taką atmosferę spokojnego oczekiwania trudno wyobrazić sobie w Neapolu, gdzie od rana do nocy pokrzykiwania ulicznych sprzedawców przeplatają się z głośnym warkotem skuterów. A jednak do najsłynniejszych neapolitańskich deserów należy drożdżowa babka: nasączona rumem, delikatna i lekka jak powietrze.


Z ziemi polskiej do francuskiej…

Drożdżowa babka uważana jest za polski specjał, po raz pierwszy wypiekany w Rzeczpospolitej Obojga Narodów w XVII wieku. Do popularyzacji drożdżowych wypieków w pozostałych częściach Europy przyczynił się podobno Stanisław Leszczyński. Zmuszony do abdykacji na rzecz Augusta II Mocnego i wygnany z kraju król znalazł azyl we francuskim Wissembourgu. Podobno właśnie tam powstał słynny francuski deser, baba au rhum. Szef pałacowej kuchni, Nicolas Stohrer, nasączył drożdżowe ciasto słodką marsalą aromatyzowaną szafranem i podał z kremem i winogronami. Deser bardzo zasmakował polskiemu władcy, który miał nadać mu nazwę baba, inspirowaną jedną z jego ulubionych baśni o Ali Babie i 40 rozbójnikach ze zbioru Tysiąca i jednej nocy. Kiedy w 1725 roku córka Stanisława, Maria Leszczyńska, poślubiła Ludwika XV, Stohrer przeniósł się wraz z nią na dwór w Wersalu. Po kilku latach otworzył w Paryżu cukiernię, gdzie zaczął sprzedawać nasączoną ponczem rumowym babkę. Cukiernia Stohrer działa przy Rue Montorgueil w Paryżu do dziś.


…a potem do włoskiej

Drożdżowy specjał trafił do Neapolu z Francji za sprawą monzù – mistrzów sztuki kulinarnej prowadzących kuchnie w arystokratycznych domach w Kampanii i na Sycylii w XVIII i XIX wieku. Ich tytuł pochodzi od francuskiego słowa monsieur, a pierwsi monzù zostali wyszkoleni przez Francuzów przysłanych na neapolitański dwór przez Marię Antoninę. Francuska monarchini chciała w ten sposób ratować podniebienie ukochanej siostry, Marii Karoliny Austriaczki. Świeżo upieczona królowa Neapolu, żona Ferdynanda I Burbona, nie była zachwycona prostą kuchnią południowych Włoch i tęskniła za wyrafinowanymi smakami północnej Europy. Po kilku latach nikt nie pamiętał już o polsko-francuskim rodowodzie ciasta, a babà stała się cukierniczym symbolem Neapolu.

 

Klasyczna wersja deseru nie uwzględnia żadnych dodatków, ale niektórzy neapolitańscy cukiernicy podają ją z bitą śmietaną i owocami. Popularna jest też wersja nasączana charakterystycznym dla Wybrzeża Amalfitańskiego limoncello. Na wyspie Capri podaje się ją z kremem z lokalnych cytryn. Babki najlepiej skosztować oczywiście w Neapolu, ale warto też wypróbować przepis na jej domową wersję.

  

Babà al rum

4 porcje

 

220 g mąki

7 g suchych drożdży

4 łyżki cukru

2 jajka

70 ml mleka

100 g miękkiego masła

1/2 łyżeczki soli

 

syrop:

sok i skórka z 1 pomarańczy

4 łyżki cukru

150 ml wody

50 ml rumu

 

Do podania:

ubita śmietana

pestki granatu

skórka pomarańczy

 

W dużej misce mieszamy mąkę, drożdże, cukier i sól.

Jajka roztrzepujemy z mlekiem i powoli dodajemy do suchych składników.

Ciasto wyrabiamy, aż będzie miękkie i elastyczne – około 10 minut.

Dodajemy pokrojone w kostkę masło i wyrabiamy przez około 5 minut, aż ciasto będzie gładkie i rozciągliwe. Przekładamy do miski, przykrywamy i odstawiamy do wyrośnięcia na około 1-1,5 godziny.

 

W międzyczasie przygotowujemy syrop.

W garnku podgrzewamy skórkę i sok z pomarańczy, cukier i wodę.

Mieszamy, aż cukier się rozpuści, i zagotowujemy.

Odstawiamy do lekkiego ostygnięcia i dodajemy rum.

 

Foremki do babeczek smarujemy masłem i posypujemy cukrem, co ułatwi wyjęcie gotowych ciastek. Ciasto przekładamy do czterech foremek (możemy użyć rękawa cukierniczego).

Odstawiamy do ponownego wyrośnięcia na około 30 minut.

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.

Pieczemy przez około 15-20 minut.

Babeczki zostawiamy w foremkach do lekkiego ostygnięcia.

Wyjmujemy, przekładamy na talerz i polewamy syropem rumowym.

Chłodzimy w lodówce.

 

Podajemy z bitą śmietaną, granatem i skórką startą z pomarańczy.

 

Posted on

Hammam Al Andalus. W objęciach wody

Moje regularne wyjazdy do Andaluzji trudno uznać za wyciszające. Towarzyszą mi zwykle moje rozbrykane córeczki, śródziemnomorski – a więc gadatliwy! – mąż i duża ilość głośnych piosenek flamenco. Na miejscu czekają rodzice, którzy chóralnie pragną opowiadać mi o wszystkim, czego nie mogłam być świadkiem, mieszkając kilka tysięcy kilometrów od nich. Kiedy mam wrażenie, że głowa puchnie mi już jak balon, wsiadam w samochód i pędzę do swojej osobistej świątyni relaksu.

Jest nią od kilku lat arabska łaźnia w Maladze, należąca do ekskluzywnej sieci Hammam Al Andalus (podobne ośrodki znajdują się w Madrycie, Granadzie i Kordobie). W samym sercu miasta, przy Plaza de los Mártires, czeka na nas SPA, o jakim wcześniej mi się nie śniło.

Wejście do hammamu w Maladze. Fot. Julia Wollner
Wejście do hammamu w Maladze. Fot. Julia Wollner

W hammamie najbardziej zachwycają orientalizujące, andaluzyjskie wnętrza, atmosfera intymności i cisza przerywana delikatnym pluskiem wody. Oferta łaźni jest tradycyjna i skromna – nie znajdziemy tu setek zabiegów upiększających oferowanych przez inne ośrodki. Skorzystać możemy z tradycyjnej kąpieli, relaksującego masażu z użyciem naturalnych olejków aromatycznych (do wyboru: jaśminowy, różany, lawendowy i bursztynowy) lub mocnego peelingu całego ciała ostrą rękawicą zwaną kese. Sesję najlepiej zarezerwować przynajmniej dzień wcześniej przez internet.

 

Hammam Al Andalus, fot.: materiały prasowe

Jeśli zdecydujemy się na masaż i/lub peeling, na wizytę w hammamie zarezerwować trzeba około dwóch godzin. W czasie spędzonym poza pomieszczeniem zabiegowym korzystać można z basenów z zimną, ciepłą i gorącą wodą, odwiedzić saunę lub odpocząć w strefie relaksu, gdzie czeka na nas pyszna herbata z miętą oraz tradycyjne gry planszowe.

Hammam Al Andalus, fot.: materiały prasowe
Hammam Al Andalus, fot.: materiały prasowe

Wizytę w Hammamie Al Andalus polecam serdecznie wszystkim miłośnikom pięknych wnętrz, imponującej architektury, relaksujących rytuałów i ciszy, która pozwala zregenerować nadwątlone siły.

Strona www: hammamalandalus.com
Hammam Al Ándalus Baños Árabes Málaga, Plaza de los Mártires Ciriaco y Paula, 5, 29008 Málaga, Hiszpania
Posted on

Czas milczenia P. L. Fermora

Brytyjski pisarz, żołnierz, awanturnik i erudyta zabiera nas tym razem w zaskakującą, bo wyciszającą podróż: do Francji, choć choć na zakończenie odwiedzimy także turecką Kapadocję. Fermor wspomina swój pobyt w starych francuskich klasztorach: Saint Wandrille, Solesmes i La Grande Trappe. Dodaje do tego opis wycieczki do opustoszałych bizantyjskich kaplic w środkowej Turcji.

Rozważania o życiu zakonnym przeplatają się krótkimi, wyrazistymi portretami spotkanych w klasztorach osób, a całości przyświeca maksyma z Księgi Koheleta: Jest pora na każdą rzecz i jest czas na każdą sprawę pod niebem. Czas milczenia i czas mówienia.

Piękny tekst o podróżowaniu z czasów, gdy nie czyniło się tego dla fejsbukowej paplaniny.

Patrick Leigh Fermor, Czas milczenia, tłum. Ewa Krasińska, Zeszyty Literackie, Warszawa 2015
Posted on

Książę i dybuk. Filmowe życie Michała Waszyńskiego

Panie, ja robię to, co kocham, a kino to moja pasja i psychiczna podnieta. W kinie widz siada przed ekranem, owija się ciemnościami i funduje sobie izolację od świata. Dla mnie osobiście film to druga realność, taka, w której są inne prawidła i zasady. W ciągu jednej sekundy król może stać się pastuchem, a żebrak – bogaczem. Ten czar nazywam magią kina.

Kadr z filmu "Książę i dybuk"
Kadr z filmu “Książę i dybuk”


Książę i dybuk
to filmowa podróż śladami Michała Waszyńskiego, jednego z najważniejszych autorów polskiego kina przedwojennego, twórcy między innymi takich hitów jak: Pieśniarz Warszawy oraz Jaśnie pan szofer z Eugeniuszem Bodo, czy Antek policmajster z Adolfem Dymszą, a także reżysera Dybuka – pierwszego w Polsce pełnometrażowego filmu nagranego całkowicie w języku jidysz. Skąd zatem pomysł, żeby napisać o nim w magazynie śródziemnomorskim? Reżyser nie tylko mieszkał we Włoszech, do których dotarł z armią Andersa, ale tuż po wojnie poślubił bogatą włoską hrabinę Marię Dolores Tarantini i wniknął w kręgi rzymskiej arystokracji, stając się pośrednikiem między Hollywoodem i wytwórnią Cinecittà. W jego spektakularnej historii odbija się bolesna historia Europy.

Dokumenty Waszyńskiego
Dokumenty Waszyńskiego

Waszyński w 1930 r.
Michał Waszyński, a właściwie Mosze Waks, przyszedł na świat w Kowlu na Wołyniu. Nazwisko zmienił po przyjeździe do Warszawy za radą Wiktora Biegańskiego, u którego pracował najpierw jako goniec, a później jako aktor. Pierwszy film, Pod banderą miłości, wyreżyserował w 1929 roku. Ganiony przez krytyków, ale uwielbiany przez publiczność, kręcił komercyjne fabuły z największymi gwiazdami, i to w zawrotnym tempie – na planie spędzał zwykle najwyżej trzy-cztery tygodnie. Stał za blisko jedną trzecią tytułów, które powstały w Polsce przed 1939 r. Grały u niego największe sławy: Bodo, Smosarska, Ćwiklińska oraz – odkryty przez Waszyńskiego – Dymsza. Wspólnie z Bodo i Brodziszem założył wytwórnię filmową B.W.B. (skrót od nazwisk właścicieli).

Waszyński w 1930 roku
Waszyński w 1930 roku

Wojna zastała go w Lwowie, został zesłany na Syberię. To wtedy miał o sobie po raz pierwszy powiedzieć, że jest arystokratą. W 1941 roku zaciągnął się do armii Andersa. Służył w Referacie Filmowym obok tak wybitnych artystów jak Józef Lejtes czy Henryk Wars. Na szlaku do Włoch wiodącym przez Iran, Irak, Egipt i Palestynę nakręcił kilka dokumentów wojennych, sfilmował też bitwę o Monte Cassino. W rodzinnym mieście Leopardiego, gdzie stacjonowali żołnierze, poznał przyszłą żonę – wiekową wdowę, hrabinę Tarantini. Po jej śmierci, która nastąpiła krótko po ślubie, odziedziczył niebotyczny majątek, między innymi pałac w Rzymie oraz kolekcję dzieł sztuki. Po wojnie nakręcił jeszcze kilka obrazów, na przykład Lo sconosciuto di San Marino z Anną Magnani i Vittorio De Siką, ale mimo zaangażowania gwiazd, nie odniosły one sukcesu na miarę ambicji twórcy. Karierę reżysera zakończył w 1946 roku. Waszyński nie rozstał się jednak z kinem – wręcz przeciwnie, już wkrótce miał zostać jedną z jego najbardziej wpływowych osobistości. Nie brakowało mu przyjaciół w branży filmowej. Pomagał Orsonowi Wellesowi w realizacji szekspirowskiego Otella, w krótkim czasie został producentem wykonawczym Samuela Bronstona. Produkował filmy we Włoszech i w Hiszpanii, a wśród nich takie hity jak: Quo Vadis (to on miał być odkrywcą talentu Sofii Scicolone, czyli Sophi Loren), Rzymskie wakacje (przypisywał sobie zasługę obsadzenia Audrey Hepburn), Bosonoga contessa, Aleksander Wielki, Cyd, Upadek Cesarstwa Rzymskiego.

Z Audrey Hepburn
Z Audrey Hepburn

Obracał się wśród sław, był idolem włoskiej arystokracji. Waszyński należał niewątpliwie do tych osób, które potrafią pomóc szczęściu. Kinową zasadę „wszystko może się zdarzyć” wcielał z sukcesem w życie, nieustannie kreując swoją postać. Roztaczał wokół siebie aurę tajemnicy, zmieniał tożsamość, pisał od nowa własną biografię. Po Rzymie jeździł Rolls-Roycem ze złoconymi klamkami, rozgłaszając, że jest polskim arystokratą-katolikiem z posiadłościami pod Warszawą. Miał studiować sztuki dramatyczne w Kijowie, miał być asystentem Friedricha Murnaua, więźniem Auschwitz. Na pewno był zadeklarowanym homoseksualistą. Do dziś nie udało się zweryfikować wszystkich wytworów jego fantazji. Złośliwi twierdzą, że reżyserowanie własnego życia wychodziło Waszyńskiemu lepiej niż reżyserowanie filmów.

Z Gregorym Peckiem
Z Gregorym Peckiem

O odtworzenie fantazyjnej i fascynującej biografii Waszyńskiego na ekranie pokusili się Elwira Niewiera i Piotr Rosołowski w dokumencie Książe i dybuk (2017). Wcześniej, w 2008 roku, życiową drogę Waszyńskiego mogliśmy poznać dzięki książce francuskiego dziennikarza, Samuela Blumenfelda, Człowiek, który chciał być księciem (przeł. M. Żurowska). W filmie obraz bohatera wyłania się stopniowo dzięki relacji chóru narratorów oraz bogatym materiałom archiwalnym, między innymi pamiętnikowi Waszyńskiego. Niewierze i Rosołowskiemu udało się dotrzeć do imponującej liczby osób związanych z reżyserem. Mamy więc przedstawicieli rodziny Dickmannów, aktorów grających w filmach Waszyńskiego, asystentów z planu filmowego, krewnych z Izraela czy żołnierzy z armii Andersa. Dokument był kręcony w Rzymie, Kowlu, Tel Awiwie, Recanati oraz okolicach Madrytu. Sceny współczesne płynnie przeplatają się z ujęciami historycznymi. Autorzy dokumentu zadali sobie bowiem trud i wydobyli z polskich oraz zagranicznych archiwów prawdziwe perełki. To dzięki nim możemy nie tylko zobaczyć, ale i usłyszeć Waszyńskiego, odwiedzić przedwojenny plan filmowy, czy podziwiać uroki Rzymu lat 60. W dokumencie wykorzystano też wiele fragmentów filmów, między innymi kronik wojennych czy ekranizacji dramatu Szymona An-skiego. Po dzieło duetu Niewiera-Rosołowski warto więc sięgnąć nie tylko ze względu na jego bohatera.


Książe i dybuk
otrzymał nagrodę na tegorocznym 74. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji w kategorii najlepszy dokument o kinie w sekcji Venice Classics – Best Documentary on Cinema. Waszyński znów króluje na salonach.

Zdjęcie główne: M. Waszyński pije kawę z Sophią Loren, fot. materiały prasowe
Posted on

Cimitero Acattolico w Rzymie

Cmentarz w dzielnicy Testaccio, znajdujący się tuż obok słynnej piramidy Cestiusza, powstał w XVIII wieku dla zmarłych w Rzymie niekatolików i obcokrajowców. Spoczywają tu przedstawiciele różnych wyznań, często jednak określa się go mianem Cmentarza Protestanckiego.

 

 


Spacerując po cmentarzu, znajdziemy mogiły wielu artystów, literatów i intelektualistów. Należą do nich chociażby angielscy poeci John Keats i Percy Shelley, syn Johana Wolfganga Goethego oraz Antonio Gramsci.

 

 


Na cichym cmentarzu, gdzie wśród grobów stąpają lekko miejscowe koty, zachwyca bujna roślinność. Uwagę w sposób szczególny zwracają wszechobecne granatowce – ich owoce są wszak symbolem wiecznego życia. Prozerpina, porwana przez Plutona do królestwa umarłych, wróciła przecież do świata żywych dopiero po zjedzeniu nasion granatu…


Najsłynniejszym pomnikiem na cmentarzu jest bez wątpienia zachwycający Anioł Smutku – rzeźba wykonana w końcu XIX wieku przez Williama Wetmore’a Story dla zmarłej żony Emelyn i wielokrotnie kopiowana, a także reprodukowana chociażby na licznych okładkach książek i płyt.

 

 

 

 

Wszystkie zdjęcia: Julia Wollner

 

 

Posted on

Pier Paolo Pasolini: samotność proroka

La solitudine: bisogna essere molto forti
per amare la solitudine.

Pier Paolo Pasolini, Versi del testamento 

 

2 listopada 2017 roku mijają czterdzieści dwa lata od śmierci jednej z najważniejszych postaci włoskiego życia publicznego XX wieku, wybitnego artysty i intelektualisty, poety, pisarza, reżysera – Piera Paola Pasoliniego.

 

Śmierć uczyniła go nieśmiertelnym

Na festiwalu filmowym w Wenecji w 2014 roku odbyła się premiera filmu pod prostym tytułem Pasolini, w reżyserii Abla Ferrary, z Willemem Dafoe w roli tytułowej. Film jest fabularną rekonstrukcją ostatniego dnia życia artysty; wydarzeń, które doprowadziły do jego bestialskiego zamordowania na plaży w Ostii. Z kolei w 2016 roku na ekrany wszedł film “La macchinazione” Davida Grieco. Reżyser jako młodziutki filmowiec współpracował z Pasolinim i był jedną z pierwszych osób, które 2 listopada znalazły się na miejscu zbrodni. Jego film opowiada o ostatnich trzech miesiącach życia twórcy Teorematu, w którego postać wcielił się znany włoski aktor i piosenkarz Massimo Ranieri. To tylko dwa z całej serii obrazów zainspirowanych życiem, twórczością, a przede wszystkim tragiczną śmiercią artysty. Bo właśnie ta śmierć, której okoliczności do dziś nie są do końca wyjaśnione, śmierć, która wstrząsnęła włoską opinią publiczną, najbardziej pobudza wyobraźnię innych twórców, czemu zresztą trudno się dziwić. W 1991 roku brytyjski reżyser Derek Jarman w krótkometrażowym, mało znanym filmie Ostia, pokusił się o rekonstrukcję ostatnich godzin życia Pasoliniego. Sam zagrał główną rolę. Autor Włóczykija zdaje się absolutnie kluczową postacią dla Marca Tullia Giordany, który w swoich filmach wielokrotnie przywołuje twórczość Pasoliniego, a śledztwu w sprawie jego zabójstwa poświęcił film Pasolini, un delitto italiano. To tylko kilka filmowych przykładów. Pasolini jest bohaterem książek, prac naukowych, sztuk teatralnych, wierszy, a nawet piosenek i komiksów.

Śmierć każdego artysty w oczywisty sposób stwarza okazję do podsumowań, prób oceny zamkniętego już dorobku. Jest to też jednak moment niebezpieczny, kiedy okolicznościowa, często emocjonalna, a czasem zdawkowa celebracja, również poprzez brak czasowego dystansu, może zakłócić proporcje, wypaczyć albo zagubić to, co w analizowanym dziele jest naprawdę istotne, godne uwagi i zapamiętania, przekazania potomnym. Do takiej sytuacji przyczyniać się też może charakter śmierci twórcy. Jeśli mamy do czynienia z odejściem przedwczesnym, które nastąpiło dodatkowo w tragicznych okolicznościach (wypadek, morderstwo, samobójstwo), często pociąga to za sobą mitologizację postaci, która – przede wszystkim za sprawą miłośników danego artysty – może zyskać rangę legendy. Postać taka, otoczona religijnym niemal kultem swoich wyznawców, zaczyna żyć osobnym, „pośmiertnym” życiem, często w pewnym oderwaniu od własnych, artystycznych dokonań, choć u podstaw takiego kultu stoją jednak zazwyczaj wybitne osiągnięcia, które tragiczna śmierć wzbogaciła tylko o dodatkowy, metafizyczny wymiar.

Gdyby zastosować powyższe rozważania do analizy pośmiertnych losów Piera Paola Pasoliniego, można by powiedzieć, że właściwie w modelowy sposób spełnia on wszelkie warunki, by stać się legendą, którą w istocie został, a w gruncie rzeczy był nią chyba już za życia. Nie miejsce tu na rozstrzyganie, czy jego twórczość wytrzymała/wytrzymuje próbę czasu (w moim przekonaniu zdecydowanie tak).

Podczas rzymskich uroczystości pogrzebowych, które przerodziły się w prawdziwą manifestację, pamiętne, emocjonalne przemówienie wygłosił przyjaciel artysty, Alberto Moravia. Wyliczając liczne zasługi Pasoliniego, podkreślił, że Włochy straciły przede wszystkim poetę, a poeci nie rodzą się na kamieniu. Tę płomienną tyradę zachowało w pamięci wielu, często się do niej powraca. We Włoszech określenie kogoś mianem „Poety” jest wyrazem największego uznania, odwołaniem się do „il Sommo Poeta”, którym rzecz jasna pozostaje Dante Alighieri. Z kolei inny wybitny włoski pisarz i politycznie zaangażowany intelektualista Leonardo Sciascia w jednym z wywiadów powiedział, że po śmierci Pasoliniego poczuł się bardzo osamotniony i bezbronny, podziwiał w nim bowiem odwagę prowokacji, choć nie zawsze się z nim zgadzał. Na koniec zaś wygłosił zdanie niezwykłe: Bardzo się z Pasolinim zgadzałem, nawet wtedy, kiedy nie miał racji.
W słowach tych sycylijski pisarz wyraził podziw dla postawy Pasoliniego, bezkompromisowego, odważnego, zaangażowanego intelektualisty, wiernego własnym poglądom, nawet jeśli nie były one popularne, nie zyskiwały powszechnego poklasku. Słowa Sciascii to pochwała intelektualnej uczciwości, szacunek dla poglądów, które – nawet jeśli niezgodne z naszymi – wypływają z najbardziej szlachetnych pobudek.

Rzymskie mury pamiętają – graffiti na jednym z budynków w Wiecznym Mieście. Fot. Julia Wollner
Rzymskie mury pamiętają – graffiti na jednym z budynków w Wiecznym Mieście. Fot. Julia Wollner


Miłość to Matka

Można powiedzieć, że właściwie całe życie i twórczość Pasoliniego pozostawały
w jakiejś kontrze wobec otaczającego go świata. Urodzony w 1922 roku w Bolonii w rodzinie wojskowego, Pier Paolo od wczesnej młodości był w konflikcie z ojcem, faszystą. O swoim pochodzeniu powie w ten sposób: Urodziłem się w typowej rodzinie, reprezentatywnej dla włoskiego społeczeństwa: była ona typowym wytworem skrzyżowania… Wytworem zjednoczenia Włoch. Ojciec pochodził ze starej rodziny szlacheckiej z Romanii, matka, przeciwnie, pochodzi z rodziny chłopów z Friuli, którzy wznieśli się stopniowo do pozycji drobnomieszczańskiej. Rodzina Pasolinich często zmieniała miejsce zamieszkania,
w zależności od wojskowych przydziałów ojca. Stałym punktem odniesienia będzie jednak Casarsa, miasteczko we Friuli, skąd pochodziła matka Piera Paola, Susanna. Tam będzie wracał młody Pasolini po studiach w Bolonii i po krótkotrwałej służbie wojskowej. Casarsie poświęci pierwszy tom wierszy napisanych po włosku i w lokalnym dialekcie: Poesie a Casarsa. We Friuli znajdzie pierwszą posadę jako nauczyciel w szkole; tutaj zbliży się do Włoskiej Partii Komunistycznej, z której zostanie szybko wydalony z powodów obyczajowych, po ujawnieniu jego homoseksualnych skłonności. Niezwykle dotkliwie naznaczyła poetę i całą rodzinę śmierć młodszego brata, Guida, który zginął w bratobójczych walkach partyzanckich w 1945 roku. Te wszystkie okoliczności sprawiły, że już od wczesnej młodości w życie Pasoliniego wkradło się widmo samotności i śmierci, które będzie mu towarzyszyło do końca.

Jedyną osobą otaczaną czcią czy niemal chorobliwą miłością pozostanie matka, którą w Ewangelii według Świętego Mateusza uczyni reżyser Matką-symbolem, Marią. To jej poświęci dramatyczne wersy słynnego wiersza Błaganie do mojej matki (Supplica a mia madre):

 

Jesteś niezastąpiona. Dlatego skazałaś

na samotność życie, które sama mi dałaś.

 

A nie chcę być sam. Jestem dziko złakniony

miłości ciał, ale dusz pozbawionych.

 

Bo dusza jest w tobie, jest tobą, lecz ty jesteś moją

matką, a twoja miłość jest moją niewolą.

(…)

Błagam: nie chciej umierać, jestem sam na świecie,

Tutaj, z tobą, a wokół jakiś przyszły kwiecień…[*]

 

W 1950 roku postanawia zabrać matkę ze sobą i wyjechać z Friuli, uciec przed despotycznym ojcem i skandalem obyczajowym, którego stał się bohaterem, oskarżony o molestowanie nieletnich. Uciec do Rzymu i rozpocząć tam nowy etap życia. Friuli pozostanie jednak mitem; Pier powróci tu z matką po śmierci i spoczną obok siebie na małym cmentarzu w Casarsa della Delizia.

Pasolini z matką
Pasolini z matką

 

Między życiem a śmiercią

Pierwsze rzymskie lata w nowej, nieznanej rzeczywistości są niezwykle trudne, to czas niepewności, biedy i samotności. To jednak także początek nowej, wielkiej pasji, dzięki której narodzi się Pasolini-reżyser. Do kina zbliża się powoli, pracując najpierw jako scenarzysta i autor dialogów, choćby do słynnych Nocy Cabirii Felliniego. Nie porzuca jednak literatury, wręcz przeciwnie, jego poetyka dojrzewa. Z ram mitycznego, wiejskiego Friuli przenosi się na chaotyczne, rzymskie przedmieścia, borgaty, postrzegane jako centrum historii. Tutaj rodzi się mit rzymskiego lumpenproletariatu. Powstają powieści Ragazzi di vita (Chłopcy z marginesu) i Una vita violenta (Gwałtowne życie). W ciągu pięciu lat poprzedzających debiut reżyserski publikuje też cztery ważne tomy poetyckie: La meglio gioventù (1954), Le ceneri di Gramsci (1957), L’usignolo della Chiesa Cattolica (1958) i Religione del mio tempo (1961). W 1961 roku rozpoczyna się najbardziej intensywny okres w życiu artysty, w którym łączy pracę reżysera filmowego (w ciągu czternastu lat zrealizuje ponad dwadzieścia filmów fabularnych, dokumentalnych i krótkometrażowych) z twórczością poety, prozaika, dramaturga i publicysty. W tym czasie odbywa też wiele podróży, między innymi do Afryki, Indii i Stanów Zjednoczonych.

Samotność, idąca pod rękę ze śmiercią, stanie się kondycją niemal wszystkich bohaterów filmowych Pasoliniego. Ten los połączy zarówno postaci pochodzące z lumpenproletariatu, z rzymskich borgat – jak drobny sutener Vittorio z Włóczykija czy była prostytutka Mamma Roma, która swoją przeszłość musi przypłacić śmiercią syna, albo też Stracci z Twarogu, nędzarz, wcielający się jako filmowy statysta w postać złodzieja ukrzyżowanego wraz z Jezusem i umierającego na krzyżu z… przejedzenia – z postaciami o rodowodzie mitologicznym, jak dzieciobójczymi Medea czy obarczony klątwą kazirodztwa
i ojcobójstwa Król Edyp. Jako pewien wyłom w tej pesymistycznej wizji świata i ludzkiego życia zdeterminowanego przez samotność i śmierć można potraktować tzw. „trylogię życia”, czyli Dekameron, Opowieści kanterberyjskie i Kwiat tysiąca i jednej nocy, filmy, w których dominuje zmysłowy, odważny erotyzm i afirmacja radości istnienia. Jednak ostatnie dzieło Pasoliniego, Salò, czyli 120 dni Sodomy, jeden z najbardziej drastycznych obrazów w dziejach kina, jest wielkim oskarżeniem faszyzmu i wszelkiej władzy totalitarnej, filmem, który nie pozostawia żadnych złudzeń ani nadziei. Przedstawia świat, nad którym powiewa flaga śmierci.

Pogrzeb Pasoliniego w 1975 r.
Pogrzeb Pasoliniego w 1975 r.

 

Samotność proroka

Osamotnienie, pewna izolacja Pasoliniego, wynikały też w dużej mierze z bezkompromisowej postawy, jaką przyjął wobec otaczającej go rzeczywistości, czemu dawał wyraz przede wszystkim w swoich tekstach publicystycznych ukazujących się na łamach włoskich dzienników, przede wszystkim „Corriere della Sera”, a zebranych potem w tomach Pisma korsarskie i Listy luterańskie. Poddawał w nich ostrej krytyce normy burżuazyjnego społeczeństwa, demaskował nadużycia władzy, atakował Kościół, przestrzegał przed zagrożeniami, jakie niesie ze sobą rozbuchany konsumpcjonizm i globalizacja, ale też obnażał hipokryzję i pustkę haseł głoszonych przez tzw. środowiska postępowe. Po wydarzeniach z 1968 roku ogłosił słynny wiersz Nienawidzę was drodzy studenci, w którym napisał:

Wyglądacie jak nieodrodne dzieci waszych tatusiów.

Dobra rasa nie kłamie.

Patrzycie tak samo złym wzrokiem.

Tchórzliwi, niepewni, zagubieni

(świetnie!) równie dobrze umiecie

dyktować, szantażować, pewni siebie, bezczelni:

drobnomieszczańskie prerogatywy, kochani.

Kiedy wczoraj, na Valle Giulia, tłukliście się

z policjantami,

ja byłem za policjantami.

Bo policjanci są dziećmi biedaków.

(…)

Miał więc Pasolini wrogów wszędzie. Począwszy od 1949 roku wytoczono mu około trzydziestu procesów z najróżniejszych, zazwyczaj obyczajowych, powodów. Na „ławę oskarżonych” trafiały też, a może przede wszystkim, jego książki i filmy, którym zarzucano obrazę moralności, obsceniczność itp. Zasadniczą rolę w tych działaniach odgrywała rządzącą niepodzielnie we Włoszech Chrześcijańska Demokracja oraz Kościół katolicki wraz z cenzurą watykańską, których Pasolini był jawnym adwersarzem i krytykiem. Jedynym filmem, który uratował się spod kościelnego pręgierza, była Ewangelia według Świętego Mateusza. Niedawno, w pięćdziesiątą rocznicę powstania filmu, watykański organ „L’Osservatore Romano” określił go wręcz najpiękniejszym filmem o Chrystusie, jaki kiedykolwiek powstał. Wracając do procesów, ciekawe jest to, że we wszystkich sprawach stawiane Pasoliniemu i jego dziełom zarzuty były oddalane, a czynom nie przypisano cech przestępstwa. Mimo to ataki nie ustawały, a pochodziły ze wszystkich stron, poczynając od prezydium Rady Ministrów, poprzez prawicową prasę, urzędników państwowych, po zwykłych obywateli. Nasiliły się w ostatnich latach życia artysty, a kontynuowane były nawet po jego śmierci, kiedy film Salò… trafił na dziesięć lat na indeks dzieł zakazanych. To była cena, jaką Pasolini płacił za niezależność.

 

Samotność: trzeba mieć dużo siły

żeby kochać samotność;

(…)

nie ma w ogóle mowy o żadnych przyjemnościach, to pewne,

prócz tej, że ma się przed sobą cały dzień i noc

bez żadnego przymusu i jakichkolwiek ograniczeń.

Seks jest pretekstem. Bez względu na ilość spotkań

(…) – są to jedynie chwile samotności.

(…) A zatem

samotność jest jeszcze większa kiedy cały tłum

czeka na swoją kolej (…)

(…) twoje pragnienie samotności nie może już zostać spełnione,

a wówczas co cię czeka, jeśli to, co nie jest uważane za samotność

jest samotnością prawdziwą, tą, której przyjąć nie możesz?

(…)

 

„Trzeba mieć dużo siły, żeby kochać samotność” – to zdanie otwierające Wersy testamentalne brzmi niczym maksyma, rodzaj poetyckiej deklaracji, niemal heroiczne pogodzenie się poety z trudną miłością do tej towarzyszki pozbawionej oblicza i żywego oddechu: samotności. Choć nie niesie ze sobą przyjemności, to przecież samotność jest towarzyszką, po której możemy się spodziewać wierności, być może jedyną, która – jeśli ją wybierzesz – nigdy nie zdradzi. Samotność, ten straszliwy ciężar – mówi Pasolini – jest także miłością, dzięki której można zachować wolność, być wiernym prawdzie, chodzić „bez końca po biednych ulicach, gdzie trzeba być nieszczęśliwym i mocnym, bratem psów”.

Dziś przez wielu Pasolini uważany jest za proroka, który w swoich pesymistycznych wizjach przewidział, w jakim kierunku podąży ludzkość. W swojej tęsknocie za niewinnym, archaicznym światem nieskażonym przez cywilizację, bywał może czasem trochę naiwny. Naiwnością jednak piękną i szczerą, naiwnością dziecka.

 

 

 

Osobom zainteresowanym postacią Pasoliniego polecam następujące publikacje i strony internetowe:

Pier Paolo Pasolini, Bluźnierstwo (wybór wierszy w przekładzie Jarosława Mikołajewskiego), Warszawa 1999.

Po ludobójstwie. Eseje o języku, polityce i kinie (w tłumaczeniu Izabeli Napiórkowskiej, Anny Mętrak i Mateusza Salwy), Warszawa 2012.

Piotr Kletowski, Pier Paolo Pasolini. Twórczość filmowa, Warszawa 2013.

 

 

www.centrostudipierpaolopasolinicasarsa.it/

hwww.cinetecadibologna.it/archivi-non-film/pasolini

www.pasolini.net

 

 

 

[*] Wszystkie fragmenty wierszy w przekładzie Jarosława Mikołajewskiego.

Posted on

Harpokrates i róże

Harpokrates, tak naprawdę Har-pa-Khered, był jednym z przedstawień egipskiego boga Horusa, syna Izydy i Ozyrysa. Identyfikowany ze wschodzącym słońcem, każdego ranka pokonywał ciemność. W nawiązaniu do hieroglifu oznaczającego “dziecko”, nad Nilem przedstawiany był zwykle jako mały chłopiec dotykający ust palcem prawej ręki.

Kiedy na przełomie er starożytni Rzymianie rozsmakowali się w modzie na orientalne kulty, skojarzyli sposób, w jaki Horus trzymał dłoń, z gestem oznaczającym ciszę. Tak oto bóg porannego światła zamienił się w jej najważniejszego opiekuna.

Figurka Harpokratesa z Muzeum Calouste Gulbenkiana w Lizbonie, fot. Patrick Clenet / Wikimedia, CC BY-SA 3.0
Figurka Harpokratesa z Muzeum Calouste Gulbenkiana w Lizbonie, fot. Patrick Clenet / Wikimedia, CC BY-SA 3.0

 

Swój wkład w tworzenie wizerunku Horusa-Harpokratesa mieli także Grecy. Podarowali mu oni atrybut: różę. Eros, bóg miłości, otrzymał ją od swojej matki Afrodyty i postanowił przekazać w darze opiekunowi ciszy. Miał nadzieję, że tym samym kupi jego milczenie na temat nie zawsze przyzwoitych zachowań mieszkańców Olimpu. Piękny kwiat stał się tym samym symbolem dyskrecji. W antycznych domach, na spotkaniach, podczas których rozmawiano o sprawach wymagających tejże, z sufitu zwieszał się różany pąk. To do tego właśnie zwyczaju nawiązuje wciąż używane określenie sub rosa, pod różą – w zaufaniu, w tajemnicy.

Dyskrecja i światło, milczenie i słońce. Wymowne połączenie, które zawdzięczamy mylnej interpretacji dokonanej przez starożytnych. Warto dodać, że z czasem zaczęli oni powierzać Harpokratesowi jeszcze więcej dziedzin życia, obierając go także na opiekuna płodności i urodzaju. Chcę wierzyć, że stało się tak z prostej przyczyny: dobro przychodzi w ciszy, rodzi się bezszelestnie.

Posted on

“Lente” pełne światła – w listopadzie taniej!

KUP TERAZ TANIEJ! KLIKNIJ TUTAJ:
LENTE O ŚWIETLE

Twoja zimowa porcja Morza Śródziemnego w niższej cenie!

Rozpoczął się miesiąc, który wielu z nas uważa za najmniej przyjemny w roku. Właśnie teraz zabieramy Cię więc w podróż do rejonu świata, który ukochał sobie piękno i radość życia, który dał wspaniały początek całej naszej cywilizacji, a jednocześnie potrafi cieszyć się tym, co małe – codziennością i prostymi gestami. Zachwycające cechy śródziemnomorskiego krajobrazu – tak kulturowego, jak i rozumianego dosłownie, w sensie geograficznym – zanurzone są w jasnym, intensywnym i zawsze obecnym świetle. Świetle, które jest także synonimem życia, ducha, mądrości i inspiracji.

2coverlente04

 

“Lente” pełne światła w cenie 45 PLN zamiast 60 PLN – tylko tutaj, tylko do końca listopada!


W proponowanej przez nas edycji „Lente” wyruszamy na poszukiwanie Światła – najważniejszego rzeczownika w naszym osobistym słowniku
.

Na 136 stronach naszego pięknie wydanego albumu zabierzemy Cię w podróż w stronę słońca. Spacerować będziemy brzegiem morza na Costa de la Luz, czyli hiszpańskim Wybrzeżu Światła, odwiedzimy pachnącą różami wyspę Heliosa – Rodos, a całą rodzinę porwiemy na radosną wycieczkę do grudniowego Izraela. Swoje szklane tajemnice odkryje przed nami Serenissima, czyli świetlista Wenecja, a następnie dowiemy się, jak w starożytnej Grecji niesiony był kaganek oświaty. Przyjrzymy się losom “poety Morza Egejskiego”, Odisseasa Elitisa; opowiemy historię wybitnych włoskich operatorów filmowych i pokażemy, jak genialni włoscy designerzy ujarzmili światło. Zawitamy też do wypełnionych słońcem miast: portugalskiej Lizbony i włoskiego Lecce. Odwiedzimy strzeliste, hiszpańskie katedry, wśród fal szukać będziemy blasku słynnej aleksandryjskiej latarni, zaś w domowym zaciszu delektować będziemy się pełną ciepła historią śródziemnomorskich świec. W kuchni przyrządzimy wspólnie zimowe specjały, w tym śródziemnomorskie świąteczne ciasta, a ciesząc się ich smakiem, błądzić będziemy po oliwnych gajach naszego ukochanego regionu (więcej o tej edycji albumu: tutaj).

Serdecznie zapraszamy do lektury!

Posted on

Na straży ogniska domowego. Hestia i Westa

Wielki Słownik Języka Polskiego podaje, że ognisko to miejsce, w którym doświadczamy ciepła, spokoju, poczucia bezpieczeństwa i bliskości ze strony najbliższych. Stanowi kwintesencję domu rodzinnego, z którym wiążą nas najcieplejsze wspomnienia. W antycznej Grecji pojęcie to miało wymiar fizyczny i, co za tym idzie, bardziej praktyczny. Po środku główne izby czy, w późniejszych czasach, dziedzińca domu, zwyczajowo znajdowało się palenisko. Gdy spośród suchych gałęzi strzelał jasny płomień, starożytni nie tylko grzali się w jego cieple, ale szukali weń także opiekuńczej siły o nadprzyrodzonym charakterze i kobiecej fizjonomii. Oto bogini Hestia, pierwsza córka tytanów Kronosa i Rei, jedna z dwunastu najważniejszych mieszkańców Olimpu. Spośród swoich braci i sióstr wyróżniała się niezwykłą skromnością i łagodnością. Nigdy nie brała udziału w żadnej wojnie, nie wspierała herosów; jako jedyna nigdy nie wzięła oręża do ręki, brzydząc się rozlewem krwi. Nie była również bohaterką miłosnych historii: nie została nigdy uwiedziona ani nie zakochiwała się namiętnie, co sprawiło, że rzadko pojawia się w mitycznych opowieściach. Mimo tego była powszechnie szanowana, a sam Zeus, zwołujący narady bogów, niezwykle cenił jej opinie. W dowód ogromnego szacunku postanowił, że to właśnie jej, podczas uroczystości i świąt, ludzie składać będą pierwsze ofiary.

Marmurowy posąg zwany Hestia Giustiniani z kolekcji Museo Torlonia w Rzymie
Marmurowy posąg zwany Hestia Giustiniani z kolekcji Museo Torlonia w Rzymie

Do Hestii modliły się przede wszystkim helleńskie gospodynie domowe, powierzając jej opiece dzieci i wnuki. Wyjeżdżając z domu, modliły się do niej o szczęśliwą podróż, a wracając – dziękowały za szczęśliwy powrót. Wokół jej świętych ołtarzy obnoszono 5-dniowe niemowlęta, sadzając je w popiele ogniska z prośbą o błogosławieństwo. Temu uroczystemu obrzędowi, nazywanemu amphidromia (z greckiego: “bieg dookoła”) towarzyszyło nadanie imienia: dziecko oficjalnie stawało się częścią rodziny. Hestia patronowała również zaślubinom. Małżeństwo stawało się ważne wobec bogów i ludzi w momencie, gdy matka oblubienicy zapaliła nowe ognisko pod dachem narzeczonego córki, używając do tego celu płomienia gorejącego w jej własnym domostwie. Zarówno w zamożnych posiadłościach, jak i w ubogich chatach każdy wygnaniec czy żebrak, który usiadł na skraju świętego ogniska bogini, szukając jej obrony i opieki, mógł liczyć na gościnę. Niezwykle rzadko zdarzało się, by ktoś odważył się sprzeciwić woli bogini. Jak pisała Wanda Markowska, kochali ją przecież wszyscy, tak jak się kocha dom rodzinny i ojczystą ziemię. I chociaż nie stawiano jej wspaniałych świątyń i posągów, każdy czcił ją w swym sercu i patrząc na jasny, oczyszczający wszystko płomień unoszący się w górę do nieba, widział dobrą i przyjazną ludziom boginię (W. Markowska, Mity Greków i Rzymian, Warszawa 1968).

Dom Westalek w Rzymie, fot. Bradley Weber / Flickr, CC BY 2.0
Dom Westalek w Rzymie, fot. Bradley Weber / Flickr, CC BY 2.0

Bardziej publiczny kształt przyjął kult Westy, opiekunki narodu rzymskiego. Jej świątynia i należący do niej gaj znajdowały się na stoku Palatynu, tuż przy Via Sacra – miejscu triumfalnych pochodów zwycięskich wodzów. Tuż obok znajdowało atrium Vestae, dom westalek kapłanek podtrzymujących wieczny ogień płonący w świątyni. Służbę pełniło 6 dziewcząt pochodzących z arystokratycznych rodzin, wybieranych osobiście przez króla, a następnie najwyższego kapłana rzymskiego (pontifex maximus). Kandydatki wstępowały do zgromadzenia między 6 a 10 rokiem życia i pozostawały w nim przez kolejne trzydzieści lat, ślubując czystość i wyrzeczenie się świata zewnętrznego w imię służby najwyższej bogini. Przez pierwsze dziesięć lat uczyły się wszelkich niezbędnych obrzędów, przez kolejne dziesięć samodzielnie pełniły służbę świątynną, a w ostatnim dziesięcioleciu stawały się nauczycielkami nowo przybyłych nowicjuszek. Po upływie tego czasu westalka mogła powrócić do świeckiego życia, a nawet wyjść za mąż i założyć własną rodzinę. Tylko nieliczne kobiety korzystały jednak z tego prawa, bowiem utrzymywało się przekonanie, że westalka, która opuszcza świątynię, nie zazna już nigdy szczęścia.

Świątynia Westy w Rzymie, fot. Wknight94 / Wikimedia, GFDL
Świątynia Westy w Rzymie, fot. Wknight94 / Wikimedia, GFDL

Kapłanki bogini Westy przekraczały ograniczenia nałożone na kobiety w społeczeństwie greko-romańskim. Cieszyły się wielkim szacunkiem – nawet sam konsul był zobowiązany ustępować im z drogi. Jeśli któraś z nich napotkała przestępcę prowadzonego na śmierć, mogła zadecydować o darowaniu mu życia. Mogły korzystać z licznych swobód społecznych i politycznych, zarezerwowanych poza nimi wyłącznie dla mężczyzn, i to tych o wysokim statusie społecznym. Ich autonomia dotyczyła isfery finansowej, podróżowania i życia społecznego. Uczestniczyły w senatorskich ucztach, w trakcie przedstawień teatralnych siadały w pierwszych rzędach, wśród najwyższych kapłanów, obok konsulów. Stały na straży najważniejszych dokumentów państwowych. Do ich zadań należało również przechowywanie świętych przedmiotów, takich jak palladion, czyli drewniany posążek Pallas Ateny. Rzymianie byli przekonani, że został on wyniesiony z płonącej Troi i przywieziony do Italii przez samego Eneasza; wierzyli też, że zapewnia on Imperium bezpieczeństwo i pomyślność. Niestety, tak liczne przywileje i szacunek otoczenia miały swoją cenę: zniedopatrzenie obowiązków skutkowało dotkliwymi karami. Jeśli święty ogień z jakiegoś powodu zgasł, sprawującą przy nim służbę kapłankę natychmiast podejrzewano o utratę cnoty. Jeśli potrafiła dowieść swej niewinności, zostawała wychłostana. Jeżeli natomiast kolegium kapłańskie uznało ją za winną, zasłaniano jej twarz, sadzano do szczelnie zamkniętej lektyki i niesiono w kierunku Porta Collina, gdzie znajdowało się miejsce stracenia. Był to duży, otwarty dół wyposażony w łoże, lampkę oliwną, nieco chleba, wody i oleju. Liktor otwierał lektykę, a tymczasem arcykapłan, wypowiadając słowa tajemnej modlitwy, nakazywał skazanej zejść po drabinie do przygotowanego dołu. Następnie drabinę wyciągano z powrotem, a wejście zasypywano ziemią. Westalka umierała w ciągu kilku dni w ogromnych męczarniach. Po ukaraniu winnej, pośród błagalnych modlitw i ofiar składanych zagniewanej bogini, na ołtarzu Westy zapalano uroczyście nowy ogień. Uroczysta ceremonia odnowienia ognia odbywała się także 1 marca, kiedy Rzymianie świętowali nadejście kolejnego roku. Płomień uzyskiwano przez potarcie dwóch kawałków drewna pochodzącego z pnia owocującego drzewa. Zwyczaj ten wygasł dopiero po 394 r. n.e. – cesarz Teodozjusz Wielki zakazał wówczas wszelkich pogańskich kultów.

 

Zdjęcia na licencjach: CC BY 2.0, GFDL