Posted on

Zawód: Hiszpan. Conrado Moreno (podcast: Hiszpania)

Czym jest hiszpańskość? Dlaczego Hiszpanów można porównać do brzoskwiń, a Madrytczyków – do kotów? Jak żyje się między Hiszpanią a Polską, co je do siebie zbliża, a co różni? O tym wszystkim opowiada nam Conrado Moreno – polsko-hiszpański prezenter i konferansjer. Rozmawiamy także o poszukiwaniu tożsamości, o stereotypach na temat Hiszpanów, o corridzie i o pielęgnowaniu hiszpańskości nad Wisłą.

Prowadzenie: Julia Wollner i Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak

Posted on

Szafran, mastyks i figa. Greckimi drogami z Tomaszem Piotrem Kozłowskim

Niniejszy tekst stanowi skrócony zapis spotkania autorskiego Tomasza P. Kozłowskiego w Big Book Cafe w Warszawie, które miałam przyjemność prowadzić.

Są książki podróżnicze, które podają adresy, tworzą listy, opisują miejsca. Są też takie, które zmieniają sposób, w jaki te miejsca pojmujemy.  Dzisiejsza rozmowa dotyczy właśnie takiej książki: książki, która pozwala zrozumieć więcej, zobaczyć więcej i więcej poczuć. Grecja przedstawiona przez Tomasza Piotra Kozłowskiego zdecydowanie nie jest Grecją z folderów turystycznych. To Grecja, która pachnie: nie tylko tytułowym szafranem, figą i mastyksem. To Grecja, która smakuje: w towarzystwie bliskich dusz, w radości spotkania, razem. To Grecja, którą się słyszy, którą się dotyka i próbuje pojąć, zarówno umysłem, jak i sercem: poprzez jej rytm życia, poprzez naturę i poprzez historię. Grecja, ale i szerzej: całe Śródziemnomorze, bo przecież kraj ten, choć niezwykły w swojej osobności, jest także piękną częścią pięknej całości.

Autor książki Szafran, mastyks i figa odwiedził Helladę już ponad sześćdziesiąt razy. Czy powrót zaś nie jest najpiękniejszą deklaracją miłości? Przy każdym powrocie odkrywa coś, co wymyka się oczywistości – i czym później, z właściwą sobie wrażliwością, dzieli się z nami. Moim i Państwa gościem jest biolog, przyrodnik, popularyzator, ale też, a może przede wszystkim: uważny obserwator świata. Mój ulubiony opowiadacz nieoczywistych, intymnych greckich historii – Tomasz Piotr Kozłowski.

 

Tomasz P. Kozłowski wśród gór ponad wielokulturowym miastem Xanthi w Tracji (w północnej Grecji)
Tomasz P. Kozłowski wśród gór ponad wielokulturowym miastem Xanthi w Tracji (w północnej Grecji)


Pamiętasz ten moment, kiedy poczułeś, że Grecja to dla Ciebie coś więcej niż tylko punkcik na mapie?

Miałem wtedy dokładnie 15 lat – to były wakacje w lipcu 1997 roku, kiedy skończyłem szkołę podstawową. Wycieczka do Grecji miała stanowić prezent wieńczący ten etap. Pierwsze lądowanie w Grecji i… trafił we mnie piorun. Już przy wysiadaniu z samolotu zorientowałem się, że to przestrzeń wyjątkowa. Jak każdy nastolatek poszukiwałem wówczas swojej drogi, a że byłem już wtedy rozkochany w przyrodzie, to właśnie jej różnorodność najbardziej mnie uderzyła. Zaraz później przyszła kultura, język i wspaniali ludzie.

Celem tej pierwszej podróży, podjętej z mamą, była Kreta i Santorini. Inspirował nas telewizyjny program Pieprz i wanilia i fascynujące opowieści jego autorów. Niestety, poza zachwytem, szybko przeżyłem w Grecji także lekcję pokory, bowiem z Krety na Santorini dotarłem, jak to się mówi, zielony na twarzy – trafiliśmy na tak wysoką falę, że pochorowałem się na pokładzie promu.


A jednak to nieprzyjemne doświadczenie nie zmieniło Twojego stosunku do greckich podróży.

To chyba dlatego, że ja bardzo szybko pokochałem może nie tyle sam kraj i podróże, co przede wszystkim mieszkańców. Myślę, że do Grecji w pierwszej kolejności jeździ się do ludzi. Do ludzi, którzy są niezwykle serdeczni, pomocni, którzy otwierają swoje serca, mimo że mają tak wielu turystów w kraju. Zauważyłem to już wtedy, podczas tej pierwszej wizyty, i szybko zrozumiałem, że to co innego czytać o Grecji z przewodników, a co innego poznawać ją bezpośrednio wśród greckiej społeczności. Pamiętam, że ten mały Tomek nauczył się kilku podstawowych słów po grecku i prędko poczuł się bardzo doceniony. Grecy bardzo się cieszą, gdy ktoś mówi w ich języku – więc co chwilę otrzymywałem jakieś prezenty, upominki, drobiazgi.

Szybko nadeszła druga wizyta i kolejny ważny moment. Zatrzymaliśmy się na krótko na Krecie, w rodzinnym hoteliku pośród oliwnych wzgórz. W recepcji znalazłem książkę o roślinach, co jako młodego przyrodnika bardzo mnie zainteresowało. Spytałem, czy mogę zabrać ją na kilka dni do pokoju. Prośba została oczywiście spełniona, a kiedy wyjeżdżaliśmy, zaniosłem książkę z powrotem do recepcji. Kiedy dziękowałem za możliwość lektury, współwłaściciel ośrodka oznajmił mi: – Ta książka jest już dawno twoja! I to był kolejny moment, w którym pomyślałem: mieszkają tu naprawdę serdeczni ludzie i chyba naprawdę warto przyjeżdżać, warto ich poznawać.

Bardzo się cieszę, że te słowa już na początku nam wybrzmiały: że człowiek jest najważniejszy. To otwarcie na niego, ta próba poznania, jest charakterystyczną cechą Twojego podejścia do świata, bardzo wyczuwalną także w książce przez Ciebie napisanej. Wróćmy jednak do Santorini – przepięknej wyspy, która kojarzy się niestety głównie z masową turystyką i która była jednym z Twoich pierwszych przystanków w Grecji. Zastanawiam się, czy fakt, że na samym początku trafiłeś właśnie tam, sprawiło, że chcesz uciekać od tej pocztówkowej wizji kraju? Czy Twoja książka stanowi jakiś rodzaj buntu wobec tej Grecji wyjętej z kolorowego folderu?

Bardziej niż buntem nazwałbym to uzupełnieniem – nie da się ukryć, że miejsca bardzo chętnie odwiedzane przez innych ja również często odwiedzam. Nie dalej jak w zeszłym roku ponownie wspinałem się na przykład na skałę Akropolu w Atenach, którą bardzo lubię – i było to bardzo piękne przeżycie. Na Santorini wracam zawsze z ogromną przyjemnością, ponieważ wyspa ta, choć znana z bardzo określonych klisz fotograficznych, ma też do zaoferowania wiele miejsc bardziej ukrytych i nieoczywistych. W mojej książce Santorini pojawia się w kontekście winnic – nietypowych, bowiem krzewy winne zaplata się tam w specjalny koszowy sposób, aby chronić je przed silnym wiatrem często obecnym na wyspie.

Tamtejsza tradycja winiarska jest bardzo ciekawa i liczy wiele wieków historii.


Kiedy wspominasz o winorośli, nie mogę nie zadać pytania o tytuł twojej książki. Mamy tutaj szafran, mamy mastyks, mamy wreszcie figę. W środku piszesz natomiast, że filarami Grecji, już od starożytności, są, obok figi właśnie, oliwka i winorośl. Skąd więc szafran i mastyks?

Oliwka jest też na okładce, zaś winorośl pojawia się na jednej z pierwszych stron wprowadzających do książki – tym samym mamy je wszystkie! Starałem się, by treść tej książki była na swój sposób zaskakująca także dla miłośników Grecji; siłą rzeczy tytuł, który stworzyłem we współpracy z wydawnictwem, również musiał być niesztampowy. Dodam, że choć książka liczy sobie przeszło 400 stron, to niestety nie znalazły się w niej wszystkie ważne rośliny – jak na przykład zboża. Mam jednak nadzieję, że udało się co innego: podkreślenie, że rośliny stanowią podwaliny kultury geckiej i śródziemnomorskiej, od zarania dziejów; że budują pewne światy – fortuny, dobrobyt. Decydują o jego istnieniu i trwaniu. Chciałem przypomnieć, jak wiele zawdzięczamy naszej relacji z naturą, która jest dla nas życiodajna, jest naszą karmicielką, decyduje też o naszej harmonii wewnętrznej.

Jedną z takich roślin, która budowała światy, jest oczywiście oliwka, zapewniająca dobrobyt bardzo wielu społecznościom, czy winorośl. Jest nią także wspomniany szafran, który uprawia się tylko w niektórych regionach północnej Grecji, co doprowadziło te okolice do boomu gospodarczego. Tytułowy mastyks, czyli żywica pistacji mastyksowej, była swego czasu tak kosztowna, że o wyspę Chios rywalizowały najwięsze mocarstwa.

Przyroda i rośliny są w Twojej książce przewodnikami po kulturze: po obyczajowości, mitologii, tradycjach. Z nimi i z Tobą odwiedzamy poszczególne greckie regiony. Który z nich jest Twojemu sercu najbliższy – nie tylko ze względu na przyrodę?

Bez wątpienia bardzo ważne miejsce zajmuje Kreta, bo ona była pierwsza. Zaraz później przyszła Lesbos, o czym zdecydował przypadek, który zdarzył się na wyspie Rodos, również bardzo mi drogiej. Odwiedziłem tam kiedyś, w pierwszych latach swoich podróży, pewną księgarnię, gdzie sprzedawano przepięknie wydaną książkę zatytułowaną Lesbos Eolska, omawiającą kulturę, przyrodę, zwyczaje, a wszystko to ze wspaniałymi fotografiami. Przeglądając ją, zupełnie straciłem głowę. Wiedziałem, że jest to miejsce, które po prostu muszę odwiedzić. Pragnienie to trwało we mnie przez kilka lat i, gdy skończyłem studia i mogłem trochę śmielej realizować swoje marzenia, udałem się na Lesbos. Nasza relacja trwa do dzisiaj: jest to bardzo drogi mi świat na wschodzie Morza Egejskiego. Ważny jest dla mnie także Epir – wspaniale różnorodny i zadziwiająco zielony region w Grecji kontynentalnej.

I jeszcze Tracja – wielokulturowy region na pograniczu Grecji, Bułgarii i Turcji. Zaskakujący wszystkich, dlatego że to jest absolutny tygiel wielu kultur. Obok siebie mieszkają tam chrześcijanie i muzułmanie, miejscami w dość równych proporcjach.

Muszę też wymienić Ateny – miasto nieoczywiste, przez niektórych krytykowane. Ja zawsze Aten gorliwie bronię. Pamiętajmy, że w zasadzie pół Grecji mieszka w Atenach; trudno więc o mocniej bijące serce greckiej kultury.

Swój egzemplarz książki Szafran, mastyks, figa. Greckimi drogami – podpisany przez autora! – zamówisz w sklepie Lente (KLIK)
Swój egzemplarz książki Szafran, mastyks, figa. Greckimi drogami – podpisany przez autora! – zamówisz w sklepie Lente (KLIK)


Bardzo często podkreślasz, że, zakochując się w Grecji, zakochałeś się w jej różnorodności. Zwróciłam uwagę na to słowo, zorientowawszy się, że ja, gdy opowiadam o swojej miłości do krajów śródziemnomorskich, mówię zawsze o kontrastach, które, tworząc pewne dychotomie, pozwalają mi wyraźniej widzieć poszczególne elementy.

Ja chyba rzadko patrzę na miejsca, które odwiedzam przez pryzmat słowa kontrast. Bliższe jest mi słowo mozaika. Grecja jest mozaiką mikroświatów – śródziemnomorskiego, tego kojarzonego z wyspami, plażami, wybrzeżem, z oliwkami, gajami cytrusowymi – ale także bałkańskiego. Grecy jak najbardziej czują się społeczeństwem bałkańskim i ta bałkańskość jest tam widoczna w bardzo wielu sferach. Światy te przenikają się, uzupełniają, a i sami Grecy mają świadomość, że żyją na skrzyżowaniu różnych światów.

Warto jest, swoją drogą, poznać tę Grecję inną od nadmorskiej. Gorąco polecam wycieczki w góry, które są, po pierwsze, światem o wiele bardziej zielonym niż Grecja nadmorska, a po drugie: zaskakują innością. Jeśli spóźniliśmy się na wiosnę w Grecji – a jest ona przepiękna, kwiecista, zupełnie inna od rozgrzanego lipca – to możemy jeszcze na nią zdążyć nawet w czerwcu, jeśli pojedziemy w góry. Już latem spotkamy tam na przykład kwitnące storczyki, całe ich łąki… To bardzo poruszający widok.

Kiedy piszesz o greckich roślinach, to odczuwamy Grecję wszystkimi zmysłami: widzimy te niezwykłe widoki, czujemy zapach kwiatów… Zaraz później tłumaczysz, co poczujemy, jeśli dotkniemy kory drzewa czy rozetrzemy między palcami zielony figowy liść. To nie tylko wspaniały zabieg literacki, który sprawia, że czytelnik przenosi się wyobraźnią do miejsc przez Ciebie opisywanych, ale także prawdziwa lekcja uważności.

Uważność jest być może jednym z największych luksusów współczesnego świata, w którym jesteśmy bombardowani przeróżnymi bodźcami. Trudno w nim o dobrostan, a przywrócić może go tylko przyroda. Dla mnie była ona nauczycielką uważności od najmłodszych lat; miłość do niej narodziła się jeszcze przed miłością do Grecji. Później te dwie miłości zaczęły się uzupełniać. Dziś, w książce, zachęcam na przykład do zwiedzania greckich miast i zauważania tam zjawisk, na które pewnie wiele osób nie zwróci uwagi – jak kwitnące dzwonki na murach miasta Janina. Marzę jednak, byśmy zdali sobie sprawę, że ćwiczyć uważność można nie tylko w Grecji – cuda znaleźć można na każdym kroku, także w Polsce. Czy wiesz, że w naszym kraju mamy prawie pięćset gatunków dzikich pszczół? To pierwszy przykład mikroświata, który przychodzi mi do głowy, i którym możemy się zachwycać bez wyjeżdżania daleko.

Uśmiecham się, słuchając Cię, bo widzę w Tobie coś, czego często nam brakuje: wdzięcznośc wobec świata. Ona również jest rodzajem uważności: rodzi się w chwili, kiedy zatrzymujemy się i zauważamy, że ktoś nam coś dał, że świat nam coś daje. Odczuwamy w sercu zachwyt i pragnienie, by go wyrazić.

Podróże do Grecji uczą wdzięczności, bo i Grecy lubią ją okazywać – także poprzez tę swoją serdeczność, o której wspominałem. Poprzez wspólnotę, działanie razem. Okazji do takich działań jest w Grecji wiele. Może to być zbieranie razem winogron i tłoczenie wina, co robiłem kiedyś na Lesbos; może być uczestnictwo w jakimś koncercie. Może to być pomoc w jakichś konkretnych inicjatywach lokalnych. Wystarczy poszukać. Warto pytać się miejscowych, co się dzieje w okolicy – to doskonały sposób na poznanie nowych ludzi, nowych przyjaciół, i właśnie na uczestniczenie w jakichś wydarzeniach, które organizują lokalni mieszkańcy. Drzwi otworzy nam uśmiech, który pozwala komunikować się bez słów. Mam zresztą wrażenie, że Grecy uśmiechają się więcej niż my w Polsce.


W Twojej książce uśmiechu jest bardzo wiele. Są jednak także trudne pytania: o przyszłość zagrożonej przyrody, o kryzys klimatyczny… To bolesne wątki.

Ważne było dla mnie, by nie skręcić w stronę idylli. Wszyscy mamy przecież tendencję widzieć kraje, które odwiedzamy w czasie wakacji, jako pozbawione trosk. A Grecja, jak każde inne miejsce, jest pełna różnych problemów. Należą do nich właśnie zmiany klimatu, które bez wątpienia bardzo silnie wpływają na nią w ostatnich latach. Wszyscy słyszeliśmy o pożarach, które bezlitośnie trawią coraz większe obszary. Prognozy są pesymistyczne – jeżeli klimat będzie ocieplał się tak szybko jak obecnie, to do roku 2050 zniknie 1/3 gajów oliwnych w nad Morzem Śródziemnym. Czuję obowiązek, żeby o tym przypominać. Musimy zdać sobie sprawę, że świat śródziemnomorski jest w niebezpieczeństwie, że w pewien sposób umiera. Jak zaznaczyłem we wstępie do książki, parafrazując słowa poety, niestety musimy się spieszyć w kochaniu tego regionu. On naprawdę bardzo szybko się zmienia – nie zawsze w kierunku, który by się nam podobał.

W jaki sposób my, turyści podróżujący na Południe, możemy robić to w sposób, który nie będzie dla przyrody szkodliwy? Jestem przekonana, że wielu z nas zupełnie nieświadomie popełnia mnóstwo błędów, nawet nie zdając sobie sprawy, jak szkodzimy miejscom, które kochamy.

Grecy zaczęli sobie zadawać pytanie o liczbę basenów, które mają w niektórych okolicach kraju, znanych z niedużych zasobów wody. Może warto pomyśleć, czy zawsze potrzebny nam na urlopie basen, skoro zaraz obok szumi morze? Kolejna kwestia to śmieci, bo po sezonie na greckich plażach zalega ich bardzo wiele. I, oczywiście, wszelkie kwestie związane z zagrożeniem pożarowym. Niedopałek papierosa w połączeniu z silnym wiatrem może doprowadzić do katastrofy na ogromną skalę.

Mam nadzieję, że będziemy o tym wszyscy pamiętać – nie tylko w Grecji i nie tylko latem. Ty zaś powiedz na zakończenie, co jeszcze powinno nam zostać w sercu po zakończeniu lektury Twojej książki. Z jaką myślą powinniśmy odłożyć ją na półkę po przeczytaniu?

Myślę, że jedną z najważniejszych rzeczy – i to słowo rzeczywiście dziś wielokrotnie wybrzmiewa – jest uważność. W świecie rozedrganym, często męczącym, warto poprzez nią odnajdywać własną równowagę. Szukać jej także w tej mozaice doświadczeń, którą ja odnajduję w Grecji i którą, jestem pewny, wielu z Państwa również dostrzega i docenia. Chciałbym też , żebyśmy w naszych podróżach – zarówno tych dosłownych, jak i wewnętrznych – odkrywali to, co nas łączy. Bo choć mogłoby się wydawać inaczej, Grecję i Polskę spaja zaskakująco wiele. Warto poznawać to głębiej i pozwolić sobie na powroty.

Ta książka jest zresztą opowieścią o powrotach. Wracamy na Kretę, Lesbos, do Epiru, na Chios, do Aten czy na Peloponez. Powroty są dla mnie szczególnie ważne – lubię je celebrować, bo to one pozwalają zobaczyć więcej, zrozumieć głębiej, a czasem po prostu spotkać ludzi, którzy są dla nas ważni. Może więc tym, co warto z tej książki zabrać, jest właśnie zgoda na uważność i na powracanie. Na to, by w codziennym pośpiechu odnajdywać momenty zatrzymania, a w nich – sens, relacje i spokój. Ale tych odpowiedzi jest oczywiście więcej. I tak naprawdę każda osoba, która sięgnie po tę książkę, znajdzie w niej swoją własną.

Tomasz Piotr Kozłowski, Szafran, mastyks i figa. Greckimi drogami, Powergraph 2026
Posted on

Michał Anioł w Konstantynopolu? Opowiedz im o bitwach, królach i słoniach Mathiasa Énarda

Jest początek XVI wieku. Sułtan osmański Bajazyd II planuje budowę mostu nad Złotym Rogiem, który miałby połączyć Konstantynopol, czyli dzisiejszy Stambuł, z Galatą. O pomoc prosi największych architektów epoki; swoją propozycję przesyła między innymi sam Leonardo da Vinci. Projekt wydaje się jednak zbyt śmiały – przywódca Imperium Osmańskiego nie decyduje się na jego realizację. Zamiast tego zwraca się do jednego z największych rywali Leonarda – Michała Anioła.

Powyższa historia stała się punktem wyjścia książki Mathiasa Énarda Opowiedz im o bitwach, królach i słoniach, która w doskonałym przekładzie Filipa Łobodzińskiego ukazała się nakładem wydawnictwa ArtRage.


Niebezpieczna rywalizacja

Źródła historyczne nie pozostawiają wątpliwości: Michał Anioł propozycję rzeczywiście otrzymał, ale nigdy z niej nie skorzystał. W Italii zatrzymywały go bowiem zobowiązania wobec papieża Juliusza II. Wątek ten wykorzystał w swojej książce francuski pisarz – w jego wersji Michał Anioł podejmuje jednak wyzwanie i potajemnie wyrusza do Konstantynopola. Znając przekazy o wybuchowym charakterze genialnego florenckiego artysty, nietrudno uznać taki scenariusz za prawdopodobny – zwłaszcza że w książce pojawia się motyw odwiecznej rywalizacji Michelangela z Leonardem da Vinci. Pragnienie udowodnienia swej wyższości nie tylko w rzeźbie czy malarstwie, ale także w architekturze, mogłoby popchnąć Michała Anioła do każdej, nawet tak niebezpiecznej gry.

 

Między Wschodem a Zachodem

W książce Mathiasa Énarda most stanowi pretekst do opowieści o Konstantynopolu z początku XVI stulecia. Autor w brawurowy sposób ukazuje perłę Bliskiego Wschodu widzianą oczami jednego z najwybitniejszych przedstawicieli kultury zachodniej. Porównaniu poddawany jest sposób sprawowania władzy, podejście do sztuki, religii czy życia społecznego, a opis przemiany artysty, który powoli przesiąka nowym spojrzeniem na świat i po kilku miesiącach opuszcza Konstantynopol jako zupełnie inny człowiek, okazuje się naprawdę fascynujący.

500 lat później

Opowiedz im o bitwach, królach i słoniach liczy niespełna 150 stron. Tekst napisano bardzo żywym językiem, dzięki czemu całość czyta się niemal jednym tchem – przy kilku szklaneczkach tureckiego czaju. Warto dodać, że poza doskonałą rozrywką książka jest też przyczynkiem do głębszej refleksji. Pomostu między Wschodem a Zachodem nie udało się zbudować największemu renesansowemu wynalazcy, Leonardowi da Vinci. Nie udało się to także genialnemu i pracowitemu wizjonerowi, jakim był Michelangelo Buonarroti.

Dziś, pięćset lat później, nic się nie zmieniło – wszelkie dalsze próby wciąż spalają na panewce.

Mathias Énard, Opowiedz im o bitwach, królach i słoniach, tłumaczył Filip Łobodziński, ArtRage 2025

 

Posted on

Konstandinos Kawafis. Portret aleksandryjskiego poety

Aleksandria w 1903 roku

Są poeci, którzy żyją w świetle, i tacy, którzy wolą mrok bibliotecznych zakamarków; tacy, których głosy brzmią jak okręty na pełnym morzu, i tacy, których każde słowo to ostrożny krok na granicy dwóch światów, przeszłości i teraźniejszości. Konstandinos Kawafis (29 kwietnia 1863 – 29 kwietnia 1933) należy do tych drugich.

 

Kawafis w roku 1900

Myśląc o nim, wyobrażamy sobie człowieka pochylającego się nad miastem przypominającym palimpsest: Aleksandrią, pełną cieni i świateł, bogów i kupców, filozofów i zwykłych ludzi. Poetę żyjącego skromnie, z dala od salonów literackich, a jednak tak głęboko zanurzonego w majestacie starożytności, że jej blask odbija się na jego twarzy. Jego biografia to nie tylko opowieść o życiu, ale także o poszukiwaniu tożsamości, o dialogu z przeszłością i o nieustannym pytaniu: kim jestem w obliczu nieskończonej historii?


Dzieciństwo

Najwcześniejszy okres życia poety z Aleksandrii nie był bynajmniej beztroski, bowiem od początku nosił w sobie cień utraty. Tak jakby los postanowił nauczyć go, zbyt wcześnie, że życie jest nieustannym ruchem, falą przychodzącą i odchodzącą, nigdy taką samą.

Konstandinos urodził się w greckiej rodzinie w Aleksandrii, mieście samym w sobie będącym metaforą przemijania, tak różnorodnym jak mozaika hellenistycznych pałaców, i dorastał w świecie nieustannych przemian. Dom rodzinny, wypełniony głosami greckich kupców, zapachem przypraw i wspomnieniami chwalebnej przeszłości Egiptu, był miejscem ciepłym, lecz kruchym. Zbyt kruchym, by stanowić fundament; zbyt zmiennym, by dawać poczucie trwałości.

Kiedy zmarł jego ojciec, Konstandinos miał siedem lat. Rodzina została zmuszona do opuszczenia Aleksandrii. Chłopiec wraz z matką i rodzeństwem przeniósł się do Anglii, do obmywanego deszczem Liverpoolu, do świata zupełnie innego niż barwne, lśniące brzegi Morza Śródziemnego. Być może właśnie tam, pośród szarych ulic, w zimnie, którego jego ciało nie rozumiało, narodziła się subtelna, nieustająca tęsknota, która później stała się podstawą jego poezji. To właśnie w Wielkiej Brytanii młody Konstandinos odkrył, że istnieją dwa rodzaje domów: te, w których się mieszka, i te, które się nosi w sobie. I że ten drugi bywa prawdziwszy.

Dawny Liverpool
Dawny Liverpool. W czasach Kawafisa było to miasto, w którym, podobnie jak w Aleksandrii, mieszały się języki i kultury – działo się to jednak w ulicach i w tawernach, a nie w eleganckich salonach literackich

Dzieciństwo w Liverpoolu nauczyło go, że to, co najcenniejsze, znajduje się często poza zasięgiem dłoni. Że do własnego miejsca wraca się przede wszystkim w myślach, w obrazach, w marzeniach. I że każde odejście zostawia w sercu ślad, który nie znika, lecz wpisuje się w strukturę człowieka, jak sól wchodzi w skórę.

Po kilku latach wrócili do Aleksandrii. Miasto było to samo, ale on był już kimś innym, przesiąkniętym obcością, dwujęzycznością, niepewnością. Być może nie potrafił tego nazwać, ale czuł, że powrót nie jest zakończeniem podróży, lecz, na dobrą sprawę, jej początkiem.

Z całą pewnością podróżą było jego dzieciństwo: między krainami oddzielonymi morzem, Egiptem i Anglią, między językami, między światłem a ciemnością, między wspomnieniami a tęsknotą. Stanowiło zapowiedź jego późniejszej poezji; pełnej brzegów, przemian, ludzi żyjących „na krawędzi”, między starym a nowym, między tym, co znane, a tym, co obce. Kawafis od najmłodszych lat uczył się, że nigdy nie jest się naprawdę u siebie, że zawsze się czegoś szuka, za czymś tęskni, o czymś się pamięta. Tak postrzegane dzieciństwo wydaje się źródłem jego nurtu poetyckiego: melancholii, delikatności, migotliwego światła, które oświetla nie to, co istnieje, lecz to, co mogłoby zaistnieć. Był to czas, w którym Konstandinos przyswoił prawdy najważniejsze: że piękno rodzi się z braku, a nie z nadmiaru, a, cicha, niedostrzegalna, stłumiona tęsknota stanowi subtelny i niepowtarzalny język, w którym poeta porozumiewa się sam ze sobą. Dzieciństwo zatem było dla Kawafisa czasem pierwszego szukania Itaki. Nie zdobył jej, ale nosił w sercu niczym kompas.

Poszukiwanie własnego głosu 

Zaraz potem przyszła młodość: niczym długi korytarz, którego drzwi otwierały się jedne po drugich, a za każdymi krył się nieznany jeszcze ton jego własnego głosu. Kawafis uczył się samego siebie; uczył się wysiłku opartego na nieustannym nasłuchiwaniu tego, co w środku najcichsze, a jednocześnie najprawdziwsze. Aleksandria wciąż pulsowała w jego żyłach, ale młody poeta nie był już chłopcem obserwującym ulice swojego dzieciństwa. Stał się wewnętrznym wędrowcem, poetą o dojrzałym intelekcie, młodzieńcem, którego serce było pełne pytań.

Wtedy po raz pierwszy uświadomił sobie, że życie nie jest linią prostą, lecz przestrzenią pełną pęknięć i szczelin. Z drżącym sercem odwiedzał księgarnie pachnące wilgotnym papierem, greckie kawiarnie, gdzie dyskutowano o Platonie, Pindarze i Safonie, ciche korytarze, gdzie pergaminy szeleściły, jakby wzywały jego imię. Starożytna poezja przestawała być dla niego zbiorem odległych głosów, a stała się oddechem, intymną rozmową ze słowami przodków.

Jednocześnie młodość przyniosła mu doświadczenie dualizmu. Czuł się Grekiem w mieście, które nie należało do Grecji. Aleksandryjczykiem, choć nie do należącym do Egiptu. Europejczykiem na afrykańskiej ziemi. Żył w kulturze, która dała mu język i historię, ale jednocześnie skazała go na ciągłe wątpliwości co do swojej przynależności. Ta niepewność była jego pierwszym wielkim nauczycielem, szepczącym mu, że kreatywność rodzi się z braku, z dyskomfortu, z pragnienia nie tego, co było, ale tego, co ma dopiero nadejść.

Był to też, jak dla wszystkich, czas pierwszych miłości i pierwszych strat. W jego przypadku: przemilczanych, skrywanych, oswajanych długimi spacerami nad morzem. Młody Kawafis uczył się, że ludzkie ciało jest krainą, którą można kochać tak samo intensywnie jak całe miasto. Że pragnienie ma kolor nocnych ulic Aleksandrii: nie do końca ciemny, nie do końca jasny, a jednak pełen wewnętrznego blasku. Że miłość może być jednocześnie błogosławieństwem i ciężarem. I że najcenniejsze wiersze to te rodzące się z chwili, która nigdy nie powróci, ale której echa będą trwać wiecznie. To był prawdopodobnie również okres, w którym odkrył swoją wyjątkowość, swoją homoseksualną naturę, swoje greckie dziedzictwo.

Dawna Aleksandria
Dawna Aleksandria. Na początku XX wieku była zmysłowym, dekadenckim, wielokulturowym portem,  kluczowym dla polityki  Imperium Brytyjskiego.  Formalnie Egipt stanowił część Imperium Osmańskiego, jednak faktycznie znajdował się pod kontrolą brytyjską. Przez miasto przechodziły towary, idee i ludzie z całego świata

W tym samym czasie otworzył się przed nim świat starożytnych bohaterów: ich odwaga, miłość, grzechy. Kawafis widział ich inaczej niż w podręcznikach: nie jako posągi, lecz jako ludzi, którzy kochali i popełniali błędy tak jak on. Patrzył na nich jak w lustro odbijające własną młodość. Wtedy narodziła się jego przyszła poezja: połączenie starożytnej prostoty i współczesnej szczerości, klasycznej formy i drżącego uczucia. Młody Kawafis odkrył, że słowo może być zarówno mieczem, jak i dotykiem.

Pierwsze wiersze były nieśmiałe jak płomień, który dopiero szuka wiatru. Pisał dużo i wiele palił. Szlifował frazy, czasem całymi dniami rozmyślał nad jednym wersem, jakby próbował uchwycić coś, co wymyka się z rąk. Był wobec siebie surowy, może nawet zbyt surowy, ale wiedział, że jego głos musi być krystaliczny, rozpoznawalny, niepowtarzalny. Dlatego czas młodości Kawafisa porównać można do kuźni, miejsca nieustannej pracy nad sobą, nad językiem, nad tonem, który miał stać się jego znakiem rozpoznawczym.

Powoli zaczynał rozumieć, że prawdziwa poezja rodzi się nie w chwilach radości, lecz w chwilach prawdy. Kiedy człowiek odważy się spojrzeć na siebie bez maski. Kawafis patrzył długo, niestrudzenie, bez upiększeń i w tym spojrzeniu narodził się jego przyszły geniusz.

Młodość była dla niego czasem poszukiwania własnego głosu, ale jednocześnie czasem, w którym zaczął świadomie oddzielać to, co obce, od tego, co prawdziwie jego. Jakby stopniowo prostował swój duchowy kręgosłup i uczył się, że poezja to jedyne miejsce, w którym można być w pełni sobą. Gdy w pełni to zrozumiał, młodość zaczęła chylić się ku końcowi, jednak nie była to strata, a etap, który pozwolił mu wejść w życie poety już nie poszukującego, lecz rozpoznającego.

Trudne prawdy

Dojrzałość stanowiła kolejny etap nauk – przypominała bowiem długą, cichą noc, w której uczymy się słuchać nie tego, co głośne, lecz tego, co nieustannie powraca w ciszy. Kawafis coraz rzadziej prosił świat o potwierdzenie swojej wartości. Coraz częściej pytał za to siebie, czy ma odwagę mówić prawdę: najbardziej osobistą, najbardziej niewygodną, ​​niekiedy gorzką, ale jedyną, która naprawdę się liczy.

W nowe znaczenia obrosła wówczas jego Aleksandria. Przestała być tylko miejscem, w którym żył; przemieniła się w zwierciadło odbijające wszystkie jego lęki i radości. Miasto stało się jego codziennym mitem. Nie musiał odbywać podróży, gdyż przed jego oknem przechodził cały różnobarwny tłum: urzędnicy, kupcy, żeglarze, młodzi chłopcy o oczach pełnych nadziei, starcy o twarzach pokrytych kurzem starożytnych imperiów; każdy niczym starożytny bohater schodzący z piedestału, by go minąć na ulicy.

Kawafis zaczął pisać, jakby znał sekrety losu. Stał się poetą ostatnich chwil, zdolnym zatrzymać moment tuż przed ostateczną decyzją, tuż przed klęską, tuż przed gestem, który wszystko zmienia. Fascynowali go Grecy u schyłku epoki – o ich błędach pisał nie po to, by ich osądzać, lecz by ich ocalić, przynajmniej w poezji. Kochał ich niedoskonałości, bo widział w nich odbicie własnego człowieczeństwa.

Dojrzałość przyniosła mu również samotność, nie bolesną, lecz twórczą, z wyboru. Rozumiał już, że poeta musi żyć w odosobnieniu, by poczuć więcej. Że nie może podążać za rytmem tłumu, bo wtedy zagłuszy głos, którego słuchał przez tyle lat. Ograniczył więc swoje życie do małej przestrzeni: skromnego mieszkania, prostych mebli, cichego stołu i tego stosu stron, który narastał niczym osobista biografia.

Kawafis w 1929 roku
Kawafis w 1929 roku. Za cztery lata, w swoje 70. urodziny, umrze na nowotwór krtani

Wydaje się, że to właśnie wówczas nauczył się akceptować fakt, że ludzie i chwile są ulotne. Że miłość się nie powtarza, a przeszłość można jedynie wspominać, nigdy jej nie odzyskując. Paradoksalnie w tej ulotności odnajdywał swoją siłę. Jego wiersze zaczęły nabierać ciężaru, jakby każde słowo było odważnikiem, który trzeba postawić bardzo ostrożnie, świadomie, z uwzględnieniem konsekwencji. Ta dojrzała poezja stała się narzędziem nie do opowiadania świata, lecz do jego zrozumienia.

Dojrzewając, Kawafis nie pisał już jak młodzieniec poszukujący sensu, lecz jak mędrzec, który wie, że sensu nie znajduje się raz na zawsze; trzeba go tworzyć na nowo każdego dnia. Jego wiersze stały się krótkie jak decyzja, lecz rozległe jak wszelkie ludzkie doświadczenie. Pisał o wyblakłych, lecz wciąż żywych pragnieniach. O błędach, które przyszły za późno, by zranić, i za wcześnie, by o nich zapomnieć. Pisał o tym, czego uczymy się tylko wtedy, gdy patrzymy na swoje życie z pewnym dystansem, lecz z czułością.

Zaraz potem pojawiły się jego najsłynniejsze wiersze, które dziś czyta się jak krótkie przypowieści o kondycji ludzkiej. Każdy z nich jest jak mała tragedia o pojedynczej postaci, o człowieku podejmującym decyzję. Dojrzałość Kawafisa była zatem czasem prawdy. I to prawdy nie tylko o innych, ale przede wszystkim o nim samym.

Gasnące światło

Na starość Kawafis przestał gonić za słowami, wiedząc, że i tak do niego wrócą. Nie miał potrzeby niczego udowadniać; wiedział już, że wystarczy po prostu istnieć. Kiedy przyglądamy się jego biografii i ostatniem dziełom, ten ostatni etap jego życia jawi się niczym powoli zapadający zmierzch, który nie przyniósł mu ciemności, lecz niezwykłe, łagodne światło – takie, które pojawia się tylko o zachodzie słońca, a jednak rozświetla wszystko złotym blaskiem ostatnich chwil.

W ciągu tych lat jego ciało powoli słabło, ale duch płonął jasno, uporczywie. Kawafis coraz silniej odczuwał swoją kruchość, lecz nie budziło to w nim ani lęku, ani buntu. Przeciwnie, budziła się w nim niezwykła czułość dla wszystkiego, co dało mu życie: dla miłości, która wylewała się jak ogień; dla tęsknot młodości, które, choć dawno wygasłe, wciąż były ciepłe; dla miasta, które oddychało jego oddechem.

To ostatnie po raz kolejny się zmieniło. Na starość Aleksandria stała się jego jedyną przestrzenią; nie z konieczności, lecz z wyboru. Nie musiał już wyruszać w podróże wyobraźni; nosił w sobie całe swoje życie. Kroczył powoli znanymi ulicami, jakby każda z nich była wersem, który chciał przeczytać jeszcze raz, uważniej, z większą uwagą. Widział więcej nie dlatego, że miał więcej czasu, ale dlatego, że na starość człowiek przestaje się spieszyć.

Rękopis Kawafisa
Rękopis Kawafisa

W tych latach poezja Kawafisa stała się jeszcze bardziej oszczędna, ale jednocześnie jaśniejsza. Słowa ważą tyle, ile powinny: ani grama mniej, ani grama więcej. Wiersze z tego okresu rezonują z człowiekiem stojącym już na progu, widzącym oba światy naraz: ten, który powoli opuszcza, i ten, który dopiero ma się przed nim otworzyć. Starość pozwalała mu pisać z niezwykłą trzeźwością, bez żalu, bez lęku, z pełną świadomością, że koniec jest formą spełnienia. Tworzył wiersze o przemijaniu, ale nie o przemijaniu tragicznym, wręcz przeciwnie – chodzi o przemijalność, która uszlachetnia, ustanawia porządek i przywraca właściwe proporcje. Pisząc o śmierci, Kawafis nie mówił szeptem. Mówił tonem człowieka, który rozumie, że człowiek jest światem nie dlatego, że żyje długo, ale dlatego, że żyje świadomie. Starość dała mu zatem najpiękniejszą perspektywę, pozwalając spojrzeć na swoje życie z góry, niczym na ukończony poemat.

W sposób naturalny był to również czas delikatnych pożegnań. Kawafis żegnał swoich bohaterów, jednego po drugim: tych z historii i tych z życia codziennego. Żegnał ludzi, którzy byli wcześniej, i miejsca, które zmieniały kształt. A jednak w jego poezji nie ma goryczy. Jest światło: spokojne, ciepłe, pełne harmonii. Jakby wiedział, że wszystko, co kochał, będzie trwać, dopóki będzie istniało w jego poezji. Poeta wiedział, że nadchodzi cisza, ale się jej nie bał. Bo cisza, prawdziwa, głęboka cisza, to po prostu inny rodzaj słów. I w tej ciszy Kawafis przeszedł na drugą stronę, zostawiając za sobą Aleksandrię, która już na zawsze będzie wypełniona jego poezją.


Powracające motywy

Poezja Kawafisa nie jest prostą linią, a raczej spiralą krążącą wokół kilku stałych punktów, powracającą doń stale, ale nigdy w ten sam sposób. Każdy z jego wierszy to inna wersja tych samych pytań, tych samych przyjemności, tych samych cierpień. To tak, jakby poeta nieustannie powracał do tych zakątków duszy, które nigdy się do końca nie goją, które drżą za każdym razem, gdy dotyka ich wspomnienie.

To nie przypadek, że jego wiersze przypominają labirynt: wąskie korytarze, ostre zakręty, nagłe otwarcia, drzwi, których już nikt nie używa, i światło, które sączy się przez wąskie szczeliny. Poeta wiedział, że człowieka nie tworzy pojedyncze doświadczenie, lecz powrót do tego, co poruszyło go najgłębiej. Dlatego jego tematy nie są dekoracjami, lecz naczyniami, w których przechowuje wszystko, czego nigdy nie chciał się pozbyć: zapach młodości, cień utraconej miłości, żar niespełnionych pragnień, dumę dawnych bohaterów, ich porażki i nieodrobione lekcje.

Każdy motyw to dla niego nie temat, ale przestrzeń duchowa. Nie obraz, lecz echo. Nie idea, lecz głos, który powraca z innej epoki: z antycznej Grecji, z ulic Aleksandrii, z własnego życia, przeżywanego w ciszy i z ukrytym żarem. Poeta pochyla się nad nimi jak nad pękniętymi amforami wykopanymi z ziemi: delikatnie, z uwagą, wiedząc, że w ich wnętrzu drzemie zapach przeszłości, a może nawet jej tajemne znaczenie.

Motywy, do których wracał, można też porównać do kamieni milowych jego duchowej drogi. Każdy z nich jest inną bramą, przez którą można wejść do jego świata. A jednocześnie są jakby zszyte nicią westchnienia: prowadzą od miłości do historii, od zmysłowości do przeznaczenia, od starożytności do współczesności, od człowieka do samego wnętrza człowieka.

Wszystkie te powtarzające się obrazy tworzą jedną wielką opowieść, ale nie o Aleksandrii, nie o Grekach, nie o poszczególnych bohaterach historycznych, lecz o tym, co najbardziej ludzkie: pragnieniu sensu życia, nawet jeśli jest ono tak kruche jak zniszczony przez czas pergamin.


Itaka

Szczególne miejsce w poezji Kawafisa zajmuje Itaka – nie tyle wyspa na mapie czy punkt geograficzny, ile duchowy kompas, światło świecące u kresu długiej podróży. Światło, którego nie można dotknąć, bo jego moc tkwi w przewodzeniu, a nie w tym, że daje się posiąść. Kawafis mówi nam, że Itaka żyje w każdym człowieku: w jego pragnieniach, błędach i tęsknocie za czymś większym niż codzienność. Podróż powinna być piękna nie dlatego, że prowadzi nas do celu, ale dlatego, że uczy nas widzieć: widzieć morskie fale, widzieć ludzkie gesty, własną samotność i odwagę codziennych wyborów.

W jego poematach podróż nabiera niemal sakralnego wymiaru. Nietrudno tu o skojarzenie z hymnami homeryckimi, ale złagodzonymi współczesną ironią: nie każdy Odyseusz wraca do domu, nie wszystkie domy są takie, jakimi je zapamiętał. Czasem podróż kończy się w połowie słowa, w środku gestu, ale właśnie dlatego wciąż jest aktualna. Kawafis mówi: „Nie lękaj się, jeśli Itaka okaże się uboga. Dała ci piękną podróż. Bez niej nie wyruszyłbyś w drogę”. To zdanie zawiera filozofię życia, którą mógłby głosić stoik stojący na nadbrzeżu Aleksandrii.

Historia jako lustro

Nie ma też poezji Kawafisa bez historii. Daleko jej do muzealnej gabloty – jest żywym, drgającym zwierciadłem odbijającym teraźniejszość. Kawafis splata epoki tak płynnie, że trudno stwierdzić, czy bohater jego poematu żył w czasach Ptolemeuszy, czy właśnie opuścił tawernę w dzielnicy Ras al-Tin. W tym właśnie tkwi sekret jego stylu: starożytność to nie przeszłość, lecz język, którego poeta używa, by mówić o sobie, o współczesnych, o przeznaczeniu. W jego utworach spotykamy Antoniusza czekającego na łaskę bogów, barbarzyńców, którzy mogą nigdy nie nadejść, władców, którzy zbyt późno uświadomili sobie swoje błędy, młodzieńców, którzy nigdy nie zostali zapisani w legendach, lecz byli bohaterami własnych, cichych dramatów.

Nie są to postacie z podręcznika, lecz psychologiczne maski, archetypy, w których odbija się człowiek wszystkich czasów. Jego historia jest jak teatr grecki: światło pada na twarz aktora, który gra raz króla Seleucydów, raz kupca z Aleksandrii. Widz nie wie już, co jest mitem, a co rzeczywistością.

Ta jedność przeszłości i teraźniejszości sprawia, że wiersze Kawafisa są aktualne zawsze: niczym ostrzeżenie, że każde pokolenie jest blisko swojej własnej Itaki, swojego własnego barbarzyńcy, odejścia bogów.

Kawafis pokazuje, że życie staje się pełne, gdy człowiek potrafi przyjąć przemijanie i ulotność, gdy widzi sens w drodze, a nie w samym celu
Kawafis pokazuje, że życie staje się pełne, gdy człowiek potrafi przyjąć przemijanie i ulotność, gdy widzi sens w drodze, a nie w samym celu


Pragnienie i pamięć

Miłość z poezji Kawafisa kojarzy się ze światłem nocnej lampki, słowem szeptanym za zamkniętymi drzwiami, gestem trwający dłużej niż samo spotkanie. Temat tęsknoty ujmowany jest w niezwykle delikatnych wersach: nie ma tu krzyku, ekstatycznych deklaracji, jedynie poetycka wstrzemięźliwość, niemal wstyd. A może duma, uczucie, które trzeba nosić jak klejnot, tak cenny, że jest ukryty przed światem?

Uczucie, które opisuje Kawafis, jest niespełnione, ulotne, zagubione, pozostawione w pamięci niczym ślad na wosku. Pamięć natomiast nie jest archiwum, lecz miejscem pozostawionym po dotknięciu. Miejscem, które boli i koi jednocześnie. To intensywność chwili zachowana w słowach sprawia, że ​​jego wiersze miłosne są wrażliwe i wzniosłe. Ocala chwilę niczym artysta próbujący uchwycić nie modela, lecz światło padające na jego ciało.

Czas, ciemna rzeka

Choć nie wymienia go wprost, czas jest w poezji Kawafisa bohaterem pierwszoplanowym. Przypomina aleksandryjską ulicę o świcie: z pozoru pustą, a jednak pełną niewidocznych przejść, wspomnień, kroków tych, którzy już odeszli. Czas jest rzeką, która nie pyta, nie pociesza, nie wraca. Ale Kawafis nie popada w ton lamentu. Zamiast tego przygląda się rzece z pewną cichą odwagą, jakby chciał powiedzieć: to, co mija, naprawdę było. Nie boi się przemijania, bo w jego filozofii właśnie utrata nadaje sens każdej chwili.

Przeznaczenie

Wiele wierszy Kawafisa mówi o chwili, gdy bogowie opuszczają człowieka. Nie czynią tego z gniewu. Odchodzą, ponieważ ich czas dobiega końca, tak jak dobiega końca czas każdej epoki. Ten temat stanowi subtelne echo antycznych tragedii: pokonany bohater zbyt późno uświadamia sobie, że czas działania minął, że bogowie się odwrócili, że niczego nie da się uratować. U Kawafisa przeznaczenie nie jest okrutne – jest nieuniknione, jak zmierzch nad Morzem Śródziemnym. I równie piękne.

Aleksandria, istota żywa

Aleksandria, tak często tu wspominana, jest u Kawafisa czymś więcej niż miejscem. To ukryta bohaterka, krocząca obok poety jak cień. Przypomina kobietę o zmiennej twarzy: raz senną, raz hałaśliwą, raz dostojną, a raz wystawioną na wiatr pustyni. Żyje. Oddycha ulicami, którym nadała własne brzmienie; szepcze w nocach portowych, zapala lampy w zaułkach, które pamiętają zarówno śmiech młodych kochanków, jak i gniew dawnych władców.

Aleksandria jest też metaforą duszy – wielowarstwowej, niepokojącej, pełnej sprzeczności. Tak jak miasto, człowiek ma swoje jasne dzielnice, w których nie wstydzi się chodzić w świetle dnia, oraz zakamarki ciemne, skrywane przed światem, gdzie prawdziwa namiętność zostawia najtrwalsze ślady.

Jest wreszcie Aleksandria miastem-wyrocznią, świadkiem pokoleń. Patrzyła na triumfy Ptolemeuszy, na pożar biblioteki, na przybycie obcych wojsk – i patrzy również teraz: na chłopców o nagich torsach w sklepikach portowych, na poetyckie pytania, które zadaje człowiek XX wieku.

Miasto nie milczy. Szumi jak Morze Śródziemne, nigdy nie zastyga w bezruchu.


To, co zostaje

Kawafis rozumiał, że ludzkie życie jest jak zwój papirusu: kruche i podatne na upływ czasu.  A jednak nie rezygnował z pytania: co z nas naprawdę zostaje? W jego poezji ślad nie jest pompatyczny. Nie chodzi o monumenty, o wielkie czyny, o historię spisaną przez zwycięzców. Ślad to często zapach perfum na poduszce, spojrzenie uchwycone w lustrze tawerny, pięść zaciskająca się w gniewie i zaraz mięknąca, linia światła na ramieniu kochanka.

Kawafis wie, że świat pamięta nie wielkie gesty, ale mikrosekundy prawdy, chwile, w których przestaje się udawać. Temat ten nawiązuje do greckich lamentów, zwłaszcza tych, w których bohater prosi bogów o zachowanie choćby cienia jego istnienia. Kawafis odwraca tę logikę: to nie bogowie powinni pamiętać cuda ludzkości, lecz sam człowiek, który ma zdolność uchwycenia chwili. Ślad rodzi się najpierw w nim.

Noc, przestrzeń prawdy

Noc jest dla aleksandryjskiego poety królestwem, w którym człowiek staje się prawdziwy. To czas, w którym przestają obowiązywać dzienne role, maski, tytuły. W nocnych godzinach dokonują się spotkania, pożegnania, wyznania, decyzje, upadki, narodziny wierszy.

Noc pachnie kadzidłem i morzem, jest pełna cieni i szeptów. Nie jest groźna, ale intymna. Słyszymy tu wyraźnie echo greckiej tradycji sympozjonów, nocnych uczt, podczas których prawda wypływała na powierzchnię pod wpływem wina i towarzystwa. Ale u Kawafisa prawda jest samotna. Rodzi się w ciszy pokoju, nad kartką papieru, w świetle, które przypomina żar antycznych lamp oliwnych.

U Kawafisa przeszłość nie umiera, bohaterowie starożytności wciąż żyją w naszej wyobraźni, w uczuciach, w moralnych dylematach i w wyborach, które podejmujemy. Powyżej: popiersie Marka Antoniusza, jednego z ulubionych (przegranych) bohaterów Kawafisa, w Muzeach Watykańskich


Piękno przegranej

Kawafis kocha bohaterów przegranych. Nie zwycięzców, nie zdobywców, lecz tych, którzy z godnością przyjęli porażkę. To głęboko helleński temat: upadek jest w pewnym sensie piękny, ponieważ odsłania prawdę o człowieczeństwie. W jego wierszach Antoniusz upada, lecz z honorem; miłość gaśnie, ale zostawia światło; historia zamyka swe podwoje, ale zostawia echo. Upadek nie jest końcem; to punkt, w którym człowiek staje się naprawdę sobą.

W wierszach Kawafisa tematy są jak światło i cień w tym samym pokoju. Przeszłość spotyka się z teraźniejszością, doświadczenie z pragnieniem, życie ze śmiercią. Każdy powracający obraz jest zwierciadłem, w którym poeta widzi siebie i swój czas: podróż staje się celem życia, a nie jego celem; miłość i pożądanie są krótkie, ale niezwykle ważne; przeszłość i historia uczą, ale nie zobowiązują; samotność jest przestrzenią samopoznania; upadek i porażka kształtują i formują duszę.

Tematy te sprawiają, że jego wiersze są żywe, uniwersalne i ponadczasowe. Każdy wiersz stanowi zapis podróży poety i zaproszenie do wspólnej wędrówki przez miasto, które nigdy nie przemija; przez chwile, które na zawsze pozostają w pamięci.


Refleksje

Dziś, po latach, wiersze Kawafisa wciąż kojarzą się z miękkim światłem lampy w cichym pokoju pogrążonym w mroku; z echem ulic Aleksandrii, z pamięcią o podróżach, które nigdy się nie kończą. Przypominają nam, że życie nie jest celem, lecz drogą, a prawdziwe bogactwo tkwi w doświadczeniu, w refleksji, w odwadze, by spojrzeć na siebie i świat takim, jakim jest: pełnym piękna i ulotności, światła i cienia.

Jego twórczość uczy nas, że każda tęsknota, każdy krok, każdy upadek i każda miłość mają znaczenie. Że przeszłość i historia są lustrem, w którym możemy odnaleźć siebie. Że samotność jest przestrzenią, w której odkrywamy własny głos. I że nawet jeśli nasze Itaki okażą się ubogie, to podróż, którą przeszliśmy, uczy nas więcej niż sam cel.

Czytając poezję Kawafisa, uczymy się patrzeć poza Aleksandrię: nie tylko na starożytnych bohaterów, nie tylko na innych. W spojrzeniu tym odnajdujemy bowiem światło, które prowadzi nas przez nasze własne życiowe podróże. Te, których znaczenie odkrywamy dopiero wtedy, gdy powracamy wzbogaceni o wspomnienia, tęsknotę i świadomość własnej duszy.

 

Przy tworzeniu tekstu korzystałam z następujących publikacji:
Hajduk J., Kawafis. Świat poetycki,  Tyniec 2013
Kubiak Z., Kawafis Aleksandryjczyk, Tenten 1995

 

Posted on

Cypr. Kamienie i jaszczurki

Ciemno, prawie noc. Pafos wita nas ścianą deszczu. Leje jak z cebra, leje jak cholera. Leje za kołnierz i leje na plecaki ze sprzętem fotograficznym. Na lotnisku bierzemy pierwszą lepszą taksówkę, przepłacając, ma się rozumieć, 20 euro. A nazajutrz podczas śniadania A. rozlewa mleko, co oczywiście nie wróży niczego dobrego. Aby pokazać, jak to się stało, ponawia próbę – bynajmniej nie na sucho – z pionową konstrukcją z gorącego kubka ustawionego na talerzyku, a ten na filiżance z espresso. I mleko znów się rozlewa… Nie płaczemy nad nim, ale oczy mamy załzawione, bo oto nad Cypr nadciąga pył znad Sahary. W piaszczystym pyle, jak w żółtawobiszkoptowej mgle i ciężkiej malignie snujemy się do wieczora, nawiedzając imponujące grobowce dostojników, urzędników i bogatych mieszczan z okresu hellenistycznego, wybudowane na północ od dawnej stolicy. W najstarszych z nich, wykutych w litej skale w III wieku p.n.e., zmarłych chowano z darami, a ściany grobowców pokrywano malowidłami. Dziś ani malunków, ani kosztowności już nie znajdziemy.

Cypr, wyspa śródziemnomorskich wiatrów, przy której ongiś z morskiej piany wyłoniła się Afrodyta, do której potem ochoczo pielgrzymowano, nawiedzając sanktuarium tej najbardziej urodziwej z greckich bogiń, uwodzi do dziś.
Duchem hellenizmu.
Halloumi i baklawą.
Endemiczną przyrodą.
Wielojęzycznym pożądaniem.


Po Ptolemeuszach, dla których Cypr stanowił kluczową bazę morską i gospodarczą hellenistycznego Egiptu, wyspę opanowali Rzymianie. I w pierwszych stuleciach po Chrystusie rósł dobrobyt, życie rozkwitało, Pafos osiągało szczyt kulturalnego i architektonicznego rozwoju. Potężny mur otaczał sieć ulic oraz sanktuaria, odeon, agorę oraz – last but not least – zapierające dech w piersiach rezydencje. Domostwa owe bogato dekorowano i zdobiono mozaikami z ceramiki, szkła i kamieni – być może do dziś pozostają one najpiękniejszymi i najlepiej zachowanymi w całym basenie Morza Śródziemnego. Dawni mistrzowie układali je z tysięcy, a nawet z milionów elementów i malowanych odłamków, wyobrażając głównie motywy mitologiczne, ale też sceny myśliwskie oraz personifikacje pór roku.

Mozaiki odkryto przez przypadek. W 1962 roku miejscowy rolnik podczas pracy w polu natrafił na pierwszy fragment. Pięć lat później Wiktor Andrzej Daszewski, profesor szefujący polskiej misji archeologicznej, objął kierownictwo nad wykopaliskami, odkrywając kolejne fragmenty budowli ze zdobieniami. Od razu otoczono ochroną wiekopomne dziedzictwo, niebawem wpisano je na światową listę UNESCO, Daszewskiego zaś nagrodzono honorowym obywatelstwem miasta Pafos.


Odwiedzamy dom Ajona, czyli greckiego boga czasu. Na posadzce sali jadalnej przedstawiono między innymi sceny z Ledą uwodzoną przez Zeusa, który specjalnie na miłosną okoliczność przybrał postać łabędzia, czy z niewzruszonym Apollinem skazującym na okrutną śmierć zuchwałego Marsjasza (powyżej). Według współczesnych badaczy przedstawione w willi sceny powstały pod wpływem retoryki neoplatończyków, polemizujących z rosnącymi wśród włodarzy rzymskich wpływami nowej religii, chrześcijaństwa.

W domu Orfeusza podziwiamy innego boskiego pieśniarza, pana domu grającego na lirze, a także Heraklesa pokonującego lwa nemejskiego, co – jak wiemy z mitologii – było pierwszą z dwunastu legendarnych prac herosa nałożonych nań w ramach pokuty przez wyrocznię delficką. Wreszcie nie możemy przejść mimochodem obok monumentalnej i ociekającej luksusem Willi Tezeusza. Największej, liczącej ponad sto pomieszczeń i kryjącej w sobie precyzyjnie skomponowane mozaiki, jak tę, na której dzielny Tezeusz gładzi potwora labiryntu, budzącego strach i grozę, bo żywiącego się mięsem ateńskich młodzieńców, Minotaura.

Towarzysze dzieciństwa minionych pokoleń i bohaterowie lektur szkolnych, jakimi byli przez stulecia Achilles i Prometeusz, odchodzą w niepamięć, podobnie jak cała klasyczna formacja humanistyczna blaknie niczym mozaiki w Pafos. Fizyczna zagłada miasta nastąpiła tyleż raptownie, co nieoczekiwanie, wraz z trzęsieniem ziemi, jakie nawiedziło Cypr w 365 roku. Dzieła zniszczenia dopełnili późniejsi najeźdźcy – arabscy piraci.
My, cywilizacje, już wiemy, że jesteśmy śmiertelne – powiedział Paul Valéry, wybitny poeta i eseista. Ja jednak bardziej lubię jego mniej znane i pozornie błahe, a wręcz niegodne członka Akademii Francuskiej zdanie: Człowiek poważny nie jest pomysłowy. Człowiek pomysłowy nigdy nie jest poważny.

Pośród ruin w Tombs of the Kings kręcą się dzierlatki, zwane też w Polsce śmieciuszkami, małe ptaki z rodziny skowronków, łatwe do rozpoznania dzięki charakterystycznym sterczącym czubkom na głowie. Skrzętnie zbierają suche korzonki i źdźbła trawy do budowy skromnych gniazd zakładanych w zagłębieniach w ziemi. Słychać też piękne pokrzewki czarnogardłe i pliszki siwe. Nieopodal wśród kamieni z niezrównaną prędkością przebiegają jaszczurki cypryjskie, polując zręcznie na owady. Tych smukłych i paskowanych gadów nie spotkamy nigdzie indziej na świecie, podobnie jak agamy cypryjskiej, imponującego kolczastym wyglądem „smoka”, który tworzy kolonie rodzinne pod wodzą dorodnego samca, a biega tak lekko i płynnie, jakby lotem ślizgowym unosił się nad rozpadlinami skalnymi. Oba gatunki jaszczurek są dowodem na ewolucyjną izolację wyspy.

Idę po skalnym wybrzeżu w stronę cypla i portu. Mijam dziewiętnastowieczną latarnię zbudowaną przez Brytyjczyków. Stąpam cicho i ostrożnie, wypatrując ptaków siewkowatych – wszak wiosna to czas ptasiej migracji. Przejrzystość powietrza jest dzisiaj lepsza – pył znad pustyni opadł. Ale długo nic. Bardzo długo. Wreszcie w oddali dostrzegam kamusznika. Żeruje wśród wyrzuconych przez morze mięczaków. Kładę się na kamieniach i obserwuję. I dopiero po dłuższej chwili czuję, jak zalewa mnie fala. Następnego dnia rano podziwiam jeszcze żerujące brodźce piskliwe i siadające na sterczących głazach białorzytki.

Niebo staje się bezchmurne.

Paź królowej przysiada na kwiatach w pobliżu ruin świątyni Asklepiosa.

A. mości się wśród kamieni i twarz wyciąga ku słońcu.

Posted on

Jacka Hajduka Homer, Owidiusz, my. Esej o antyku i czytaniu

Najnowszą publikację Jacka Hajduka – pisarza, tłumacza, filologa klasycznego związanego z Uniwersytetem Jagiellońskim – czytam dokładnie w połowie kwietnia, kilka dni przed rocznicą narodzin Rzymu i Światowym Dniem Książki. Z okładki kusi mnie inkluzywny tytuł, w którym obok dwóch starożytnych imion pojawia się pojemny zaimek my.

Czy autor miał na myśli miłośników antyku i entuzjastów śródziemnomorskiej kultury? Czy może szerzej – Europejczyków, ludzi Zachodu, uczestników tej samej symbolicznej rozmowy, którą rozpoczęli Homer i Owidiusz? O tym, co stoi za zabiegiem stylistycznym wykorzystanym w tytule, mam zamiar szybko się przekonać – cała książeczka, jak to zwykle bywa w przypadku serii „Rękopisy”, liczy zaledwie 40 stron. Jacek Hajduk przekonuje w niej, że w dziełach klasycznych, zwłaszcza zaś tekstach Homera i Owidiusza, uchwycono istotę ludzkiego doświadczenia. Także dzisiaj, tysiące lat po śmierci ich twórców, warto do nich wracać i poddawać je nowej interpretacji, bowiem dotykają tego, co w losie człowieka najbardziej uniwersalne – emocji, pragnień, lęków i pytań, które mimo zmieniających się epok nie tracą nic ze swej aktualności.

Całość napisana jest w charakterystycznym dla Hajduka stylu – pozbawionym akademickiego formalizmu, za to zdradzającym nieprzeciętną wrażliwość. Jego zaproszenie do lektury Iliady, Odysei czy Metamorfoz nosi przy tym wszelkie znamiona eseju – gatunku, po który sięga się dziś coraz rzadziej. Gatunku, w którym nie tyle tłumaczy się świat, co go rozważa – prowadząc czytelnika przez sieć skojarzeń. W czasach, w których nie czyta się już nawet artykułów prasowych, bo wystarczy wpisać tytuł, by zamiast lektury otrzymać jej gotowy skrót, esej zdaje się dobrem rzadkim, luksusowym. I czymś takim jest właśnie Homer, Owidiusz, my – małym, pięknym tekstem, który nie udzieli odpowiedzi i nie przekaże gotowego zestawu informacji potrzebnych do przeżycia. Zaprosi za to do myślenia, na które trzeba znaleźć miejsce i czas, przede wszystkim zaś: ochotę i odwagę.

Czy po lekturze wiem już, kim jesteśmy my, ci z tytułu? Wydaje się, że bardziej niż o amatorów antyku chodzi tu o czytających. O uczestników narracji – a więc wszystkich tych, którzy opowiadają, słuchają, interpretują mity i historie. Chodzi też o ludzi XXI stulecia: niby nowoczesnych, a nie zawsze przecież dorastających do sposobu widzenia świata, którym dzielili się starożytni. My brzmi tu jak zaproszenie do dialogu: z antykiem, ale i z literaturą w ogóle. Jacek Hajduk odwołuje się do słów Carla Ginzburga, który pisał, że przecinek jest znakiem dwuwartościowym: łączącym, ale i rozdzielającym. Użycie tego znaku w tytule sugeruje nasze oddalenie od świata pewnych wartości, ale przecież nie zamyka możliwości powrotu. A wracać do nich warto bezwzględnie – nie tylko w rocznicę narodzin Rzymu czy podczas celebracji kwietniowego Dnia Książki.

Jacek Hajduk, Homer, Owidiusz, my, Austeria 2026
Posted on

Giallo. Kiedy kolor stał się gatunkiem

Przechadzając się po księgarniach czy bibliotekach, z łatwością zauważymy, że poszczególne gatunki literackie są często wydawane w określonej szacie kolorystycznej. I tak, w Polsce, szukając thrillerów czy kryminałów, znajdziemy mnóstwo książek w czerwono-czarnej kolorystyce. Dlaczego? Nie trzeba się długo zastanawiać, by dojść do wniosku, że te dwa kolory podświadomie kojarzą nam się z czymś tajemniczym lub brutalnym – a więc z charakterystycznymi cechami wyżej wymienionych odmian powieści.

Dlaczego więc we Włoszech na kryminały mówi się gialli, czyli… żółte? Czyżby Włosi uznawali kolor żółty za bardziej niepokojący niż czarny czy czerwony?

I libri gialli, czyli dosłownie „żółte książki”, są we Włoszech nazwą całego gatunku, która odnosi się zarówno do kryminałów, jak i thrillerów i powieści detektywistycznych. Co ciekawe jednak, kryminały we włoskich księgarniach rzadko kiedy mają żółte okładki! Bez trudu znajdziemy na półkach publikacje w obwolutach czarnych, czerwonych, a nawet zielonych. Włoscy wydawcy działają przecież pod wpływem tych samych trendów co inni wydawcy na świecie i publikują książki w takiej szacie kolorystycznej, jaka – ich zdaniem – najlepiej pasuje do danego tekstu. Skąd więc wzięła się ta specyficzna nazwa gatunku?

Przykładowa okładka powieści Agathy Christie z serii I gialli Mondadori w wydaniu elektronicznym. Żółć idzie z duchem czasu!
Przykładowa okładka powieści Agathy Christie z serii I gialli Mondadori w wydaniu elektronicznym. Żółć idzie z duchem czasu!

W 1929 r. właściciel wydawnictwa Mondadori rozpoczął publikację serii zatytułowanej „Il giallo Mondadori”, obejmującej powieści detektywistyczne angielskich i amerykańskich autorów. Wszystkie książki wydawane w tej serii miały właśnie ten słoneczny kolor. Jako pierwsze ukazały się następujące tytuły: La strana morte del signor Benson S.S. Van Dine’a, L’uomo dai due corpi E. Wallace’a, Il club dei suicidi R.L. Stevensona oraz Il mistero delle due cugine A.K. Green. Kolekcja sprzedała się bardzo dobrze, a wydawnictwo Mondadori postanowiło kontynuować publikację kolejnych powieści detektywistycznych z charakterystycznym żółtym tłem okładek. Uważa się, że na sukces, jaki odniósł wówczas mediolański dom wydawniczy, mógł wpłynąć fakt, że we Włoszech przed rokiem 1929 kryminały ukazywały się bardzo rzadko; także później, w latach trzydziestych i czterdziestych, chcąc sięgnąć po tego typu powieść, Włosi mieli dostęp praktycznie tylko do „Il giallo Mondadori”. Ot, swoisty monopol. W ten sposób zaczęto kojarzyć żółte okładki z powieściami detektywistycznymi i określać je terminem gialli.

Dziś, niemal sto lat po premierze pierwszego „żółtego” kryminału, termin giallo pozostaje w powszechnym użyciu. Od lat trzydziestych XX wieku gatunek rozwinął się na tyle, że już w latach sześćdziesiątych – wraz z rozwojem badań nad literaturą popularną – zaczęto podejmować próby jego dokładniejszego zdefiniowania. Niektórzy zaczęli odróżniać giallo od innego nurtu, również skupiającego się na zbrodni – literatury noir. Porusza ona podobną tematykę, jednak – w odróżnieniu od klasycznego kryminału – wprowadza czytelnika w brutalny, pesymistyczny świat, bez propozycji jakichkolwiek rozwiązań. Czytając giallo, szukamy natomiast sprawiedliwości, rozwiązania tego, co zagmatwane, lub odkrycia tego, co ukryte; lektura ma zaś ostatecznie pozostawić nas z poczuciem domknięcia.

Jak by nie patrzeć, mamy tu do czynienia z pewnym paradoksem: radosny, słoneczny kolor stał się w Italii synonimem gatunku opartego na przestępstwie. I chociaż dzisiaj okładki kryminałów nie muszą być żółte, charakterystyczna szata graficzna wydawnictwa Mondadori została upamiętniona w nazwie całego gatunku prawdopodobnie już na zawsze. Dziś możemy kupić gialli w wielu włoskich wydawnictwach, ale to w Mondadori niektóre powieści kryminalne nadal publikowane są w ikonicznych żółtych okładkach.

Posted on

Śmierć i wiosna Mercè Rodoredy. Przepięknie straszna powieść (podcast: Hiszpania)

Partnerem odcinka jest Wydawnictwo Marginesy.


Wszystkie najważniejsze cechy pisarstwa katalońskiej autorki – tajemniczość, fatalizm, oniryzm, wzajemne przenikanie się ducha i materii, życia i umierania – odnaleźć można w wydanej właśnie w Polsce powieści Śmierć i wiosna. Także w Hiszpanii ukazała się ona już po śmierci pisarki. Mercè Rodoreda urodziła się w Barcelonie w 1908 roku i całe życie, mimo długiej emigracji, pozostała silnie związana z Katalonią.

W podcaście goszczą: Anna Sawicka, iberystka, specjalistka od literatury katalońskiej, oraz Magdalena Pabisiak, iberystka, również związana z Uniwersytetem Jagiellońskim. Autorki polskiego przekładu Śmierci i wiosny opowiadają o gęstym, niezwykle oryginalnym pisarstwie Rodoredy, o Katalonii, o książkach, które nie są błahostkami, i o tym, ile jeden tłumacz zawdzięcza drugiemu.

Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie tutaj:

Posted on

Kleopatry. Lloyd Llewellyn-Jones o zapomnianych królowych Egiptu

Walijczyk Lloyd Llewellyn-Jones jest profesorem historii starożytnej i znawcą kultury hellenistycznej oraz bliskowschodniej. W Polsce zasłynął publikacją Persowie. Epoka wielkich królów, która stała się bestsellerem. Nowa książka autora, w oryginale zatytułowana po prostu The Cleopatras, ma szansę powtórzyć ten sukces. O ile bowiem sześć przedstawionych w niej Kleopatr rzeczywiście zostało w dużej mierze zapomnianych, o tyle Kleopatra VII, ostatnia królowa hellenistycznego Egiptu, do dziś budzi wielkie zainteresowanie wśród miłośników historii, niejako gwarantując komercyjny sukces poświęconych jej publikacji.

Lloyd Llewellyn-Jones, próbując wpisać ptolemejskie królowe w nowy historiograficzny trend, jakim jest rewizja roli kobiet w starożytności, proponuje nam rodzaj zbiorowej biografii władczyń hellenistycznego Egiptu. Od III wieku p.n.e. nosiły one zwykle imię Kleopatra – od Kleopatry I Syry po wspomnianą już, najsłynniejszą Kleopatrę VII. Dla polskiego czytelnika takie ujęcie dziejów państwa nad Nilem nie stanowi nowości – już w dalekim 1978 roku Anna Świderkówna ogłosiła wszak książkę Siedem Kleopatr. Niestety jej recepcja miała charakter raczej lokalny. W skali światowej mamy tu więc do czynienia ze zmianą kanonicznej narracji, polegającą na przesunięciu punktu ciężkości: wcześniej skupiano się niemal wyłącznie na Kleopatrze VII, zaś Llewellyn-Jones proponuje nam pełną panoramę dynastii. Opisuje politykę kazirodczych małżeństw, regencje, współrządy; przedstawia dynastyczne manipulacje i pokazuje, jakich postaw wymagało kobiece utrzymanie się przy władzy w brutalnym, patriarchalnym świecie. Omawia przy tym ostatnie odkrycia archeologiczne i najnowsze osiągnięcia historiografii.

Książkę czyta się bez wysiłku – autor doskonale radzi sobie z popularyzatorskim tonem, a zagmatwane losy bohaterów i bohaterek, zwykle noszących te same imiona (Ptolemeusz, Kleopatra, Arsinoe) urozmaica anegdotami i humorystycznymi fragmentami. Niestety, w obliczu braku źródeł dotyczących najdawniejszych władczyń, zdarza mu się również ubarwiać swoją opowieść domysłami i własną interpretacją, która, w mojej opinii, nie została wystarczająco oddzielona od faktów. W związku z tym, że spora część dziejów Ptolemeuszy to przecież opowieść o przemocy, intrygach i kazirodztwie, laikowi trudno może być zrozumieć, w których punktach ma do czynienia z rzetelnym przedstawieniem wydarzeń historycznych, a w których – z rodzajem fabularyzowanego, skandalizującego spektaklu.

Pomimo tego zastrzeżenia – jakże przecież częstego w wypadku publikacji popularno-naukowych – mamy tu do czynienia z książką ciekawą i wartą lektury. Wbrew założeniom wydaje się ona przy tym bardziej studium epoki niż biografią poszczególnych królowych – osadza je bowiem w szerokim kontekście politycznym i kulturowym okresu hellenistycznego. Zawiera także liczne dygresje o społeczeństwie i realiach życia w starożytnej Aleksandrii. Czytelnika szukającego klasycznego omówienia życiorysów mogą one zdezorientować; mnie wydały się ogromnie interesujące. Tłumaczenie jest bardzo sprawne, a w tekście znalazłam tylko kilka niedopatrzeń korektorskich (rozbawiło mnie zoologizujące określenie mors maiorum zamiast mos maiorum na stronie 171). Reasumując: możemy mówić tu o dobrze przygotowanej publikacji.

Jako badaczka Kleopatry, której poświęciłam swego czasu pracę doktorską, z największym zainteresowaniem przeczytałam rozdział poświęcony tej wielkiej przegranej spod Akcjum. Spojrzenie Llewellyn-Jonesa okazało się dosyć świeże, a narracja przykuwa uwagę czytelnika, co w obliczu ogromu publikacji na temat królowej nie jest oczywiste. Fragmentowi temu zarzucam to samo, co poprzednim – niedostateczne rozgraniczenie faktów i fantazji autora. Za prosty przykład niech posłużą nam dwa zdania o relacji Kleopatry z jej rzymskim sprzymierzeńcem. Na stronie 299 Llewellyn-Jones pisze, w pełni słusznie: Tak Marek Antoniusz, jak i Kleopatra mieli ukryte powody, by wejść w relację, która była tyleż osobista, co polityczna. Dwadzieścia trzy strony później stwierdza autorytatywnie: Jako przebiegły polityk Kleopatra VII miała ogromny szacunek dla intelektu i wizji Juliusza Cezara, podczas gdy Marek Antoniusz zwyczajnie ją irytował. Czy tak było w istocie – nie wiemy.

Niepewność ta wydaje się zresztą wpisana w samą materię opowieści o Kleopatrze i jej poprzedniczkach. W końcu nawet miejsce pochówku najsłynniejszej starożytnej królowej pozostaje nieodkryte. Warto dodać, że Llewellyn-Jones dystansuje się od badań dominikańskiej archeolożki Kathleen Martínez, która szuka grobowca wśród piasków pustyni – walijski profesor jest przekonany, że Kleopatra spoczywa gdzieś na dnie Morza Śródziemnego, poza zasięgiem wykopalisk. I choć momentami wygłasza bardzo surowe sądy, tak naprawdę Llewellyn-Jones również porusza się w podobnej przestrzeni: między tym, co udokumentowane, a tym, co tylko prawdopodobne; między źródłem a wyobraźnią. Momentami granica zostaje zatarta zbyt mocno, jednak trudno nie docenić jego próby wydobycia z mroku nie tylko jednej, lecz aż siedmiu Kleopatr.

Lloyd Llewellyn-Jones, Kleopatry. Zapomniane królowe Egiptu, tłumaczył Mirosław P. Jabłoński, Rebis 2026
Posted on

Wojna trojańska bez bogów. Karolina Janowska o Achillesie, Iliadzie i pisaniu powieści historycznej

Co było najpierw, książka czy fascynacja?
Fascynacja, której korzenie sięgają czasów liceum. Poszłam do klasy z łaciną, a na lekcjach dano nam do przeczytania fragment Wojny galijskiej Cezara. Tak to się zaczęło. Szybko zrozumiałam, że chcę iść na filologię klasyczną, co zresztą uczyniłam. Tam zaczęłam dogłębnie studiować Homera, którego oczywiście znałam już we fragmentach ze szkoły średniej. Tym razem była to lektura w oryginale. I zakochałam się, chociaż w głębi serca jestem jednak łacinniczką – lubię języki poukładane, logiczne, konkretne. Widocznie jakaś część mnie potrzebowała ich przeciwieństwa.

Szczególnie, że największą sympatią zapałałaś do Achillesa – bohatera nie do końca poukładanego…
…i stało się to, gdy byłam jeszcze nastolatką. Poświęciłam mu swoją pracę maturalną, bowiem wybrałam wówczas temat Buntownicy – a tak właśnie widzę Achillesa, choć Homer nie pokazuje go w sposób oczywisty. Jego bunt nie jest polityczny ani społeczny w naszym sensie – to bunt honoru i dumy; on nie kwestionuje porządku świata, ale swoje w nim miejsce. Siłą napędową całej epopei jest jego gniew. Mieszanka dumy i emocjonalności bardzo do mnie przemawiała. To chyba zresztą dość powszechne, że gdy mamy osiemnaście lat, podobają nam się postaci niepokorne, romantyczne. A Achilles wyprzedza epokę romantyzmu o dobre dwa i pół tysiąca lat.

Chciałam, by to ludzie ponosili odpowiedzialność za swoje czyny


A jednak nie zdecydowałaś się napisać powieści o Achillesie – porwałaś się na całą wojnę. Dlaczego?
Mamy już wspaniałą Pieśń o Achillesie Madeline Miller. Nie chciałabym popełnić plagiatu, a książka ta jest mi bardzo bliska. Poza tym od zawsze widziałam wojnę trojańską jako coś szerszego – to przecież nie tylko te kilkadziesiąt dni, które opisuje nam Homer, ale też wszystko, co do nich doprowadziło. Achilles natomiast stanowi klamrę, która zamyka całość.

Rozumiem, że nie stroniłaś od tekstów innych autorów piszących na ten sam temat?
Uwielbiam Madeline Miller, czytałam też Troję Davida Gemella – bardzo ciekawą, bo zupełnie odmitologizowaną, co czyni ją bliższą mojej wersji. Od początku wiedziałam, że nie chcę do tej historii mieszać bogów. Uznałam, że niektórzy bohaterowie mogą mieć oczywiście pewne dary, jak Tetyda, która widzi i czuje więcej niż przeciętny człowiek – ma różne wizje, przeczucia. Nie ma tu jednak bezpośredniej boskiej ingerencji. Chciałam, by to ludzie ponosili odpowiedzialność za swoje czyny. Rozmyślałam nad tym zresztą dosyć długo. A później pojechałam do Turcji i odwiedziłam stanowisko archeologiczne na wzgórzu Hisarlık. Wtedy coś we mnie zaskoczyło, jakieś fragmenty się połączyły. Wróciłam do domu i natychmiast zaczęłam pisać.

Twoja książka ma monumentalne rozmiary.
Pisałam ją przez pół roku, całą jesień i zimę, pod wpływem tego impulsu, który poczułam w Troi. To był piękny czas – za oknem szaruga, a ja z gorącą kawą lub herbatą przed klawiaturą, obłożona książkami, wśród ukochanych postaci, ale też ukochanych autorów. Jestem szczęśliwą posiadaczką wspaniałego wydania Iliady z początku XX wieku, ilustrowanego przez samego Wyspiańskiego, które łączy klasyczny epos z młodopolską wizją tego artysty. Mam też inne stare książki, które otrzymałam kiedyś w darze od brata Oktawiusza Jurewicza, wybitnego filologa klasycznego. Trzymając w dłoniach ich pożółkłe karty, które przy bardziej gwałtownym geście mogą rozsypać się w proch, przenoszę się do innego świata. Sięgnęłam też po Klęskę Pelopidów Stanisława Stabryły, aby przypomnieć sobie dzieje rodu Atrydów.

Czy pisząc, odkryłaś w tej historii coś nowego? Trudno przecież o bliższy kontakt z tkanką mitu. Bliżej są chyba jeszcze tylko tłumacze.
Przede wszystkim zrozumiałam charakter Agamemnona. Jego postać nie była dla mnie jasna, kiedy miałam dwadzieścia lat mniej. Dopiero teraz pojęłam, jak wiele krzywdy zrobił mu jego ojciec – niezrównany okrutnik. Opisując Agamemnona, z jednej strony chciałam go pokazać tak, jak na to zasługiwał – człowieka bez serca, który, w imię wyprawy, złożył na ołtarzu własną córkę. Z drugiej strony chciałam przypomnieć, że i on sam został naznaczony klątwą, która wisiała nad rodem; sam padł ofiarą zła, które w tej rodzinie od dawna istniało. Dziś powiedzielibyśmy, że ślad traumy nosił w swoim DNA. Zresztą kiedy odwiedziłam Mykeny i weszłam do tak zwanego grobu Atreusza, miałam wrażenie – które oczywiście może być tylko autosugestią! – że miejsce to pogrążone jest w niezdrowej atmosferze. Panuje tam rodzaj zaduchu – nie z powodu braku powietrza, ale właśnie ciężaru zła, z którym nagle się stykamy.

Zaskoczyła mnie też Helena – jak w wielu opowieściach, które krążą o pisarzach, którym postaci wymykają się spod kontroli. Coś w tym jest, bo pisząc, miałam wrażenie, że Helena sama rządziła swoją częścią historii. I znowu – teraz, jako kobieta po czterdziestce, zobaczyłam ją w zupełnie innym świetle niż kiedyś, jako młoda dziewczyna. Nie jako cudzołożnicę, ale raczej osobę, która straciła wszystko z powodu chwilowej fascynacji. Na moment straciła głowę, a mogła przypłacić to życiem. To postać tragiczna – w chwili, kiedy oddała się Parysowi, podpisała wyrok na samą siebie. Musiała pojechać z nim do Troi, aby choć trochę umniejszyć swej hańbie, niejako rozwlec ją w czasie.

Trzymając w dłoniach pożółkłe karty, które przy bardziej gwałtownym geście mogą rozsypać się w proch, przenoszę się do innego świata.

Kusiło cię, by nadać tej opowieści kobiecy punkt widzenia? To teraz bardzo na czasie.
Nie, w ogóle nie. Oczywiście, sama będąc kobietą, chciałam postaci żeńskie bardziej dopuścić do głosu, dać wybrzmieć temu, co mają do powiedzenia – i Trojanki, i Spartanki. Nie mogłabym jednak napisać Iliady od nowa, z kobiecego punktu widzenia. To jest historia, w której i kobiety, i mężczyźni mają swoje miejsce. Daleko mi też do jej jakiegokolwiek uwspółcześniania, choć oczywiście jest to historia niezwykle aktualna – wojna jako doświadczenie niestety nadal towarzyszy nam jako ludzkości.

Masz jakiś ulubiony fragment w swojej własnej powieści?
Tak. To moment po zabiciu Hektora, kiedy Achilles zdaje sobie sprawę, że wypełniła się przepowiednia. W rozmowie z Bryzeidą mówi, Ludzkie życie jest jak trzepot skrzydeł motyla. Ulotność życia to coś, o czym coraz częściej rozmyślam. Straciłam męża, jestem matką, sama odczuwam już coraz bardziej upływ czasu. Nasze życie trwa jedno lato. Kiedy Achilles sobie to uświadomił, przeżywałam to razem z nim.

Czy teraz, po Iliadzie, przyjdzie czas na ciąg dalszy? Będziesz pracowała nad Odyseją?
Zdecydowanie nie! O wędrówce Odyseusza nie da się opowiedzieć bez bogów, co zresztą widzimy, patrząc na zwiastuny filmu Christophera Nolana. Siłą rzeczy trzeba zmierzyć się z gatunkiem fantasy, a na to nie mam zupełnie ochoty. Może tym razem wygrywa we mnie racjonalny łacinnik?


Karolina Janowska pracuje obecnie nad powieścią o czasach Oktawiana Augusta.

 

Karolina Janowska, Troja, Novae Res 2025
Posted on

Semana Santa w Andaluzji (podcast: Hiszpania)

Semana Santa, czyli Wielki Tydzień, to w Andaluzji niezwykły czas, kiedy całe miasta – Sewilla, Malaga czy Granada – oddają się wiekowym rytuałom i uczestniczą w swoistym spektaklu, który jest jednocześnie głęboko religijnym doświadczeniem. Ulice wypełniają się procesjami, w powietrzu unosi się zapach kadzidła i kwiatów pomarańczy, a wieczorną ciszę przerywa dźwięk bębnów i przejmujące pieśni.
Czym naprawdę jest Semana Santa dla mieszkańców południa Hiszpanii? Jak Wielki Tydzień wygląda w Andaluzji od środka, a nie z perspektywy turysty? Opowiada o tym Magdalena Kokotkiewicz – przewodniczka i znawczyni kultury regionu, od lat mieszkająca w Maladze. W naszej rozmowie zaglądamy za kulisy procesji, poznajemy rolę bractw religijnych (cofradías), odkrywamy symbolikę pasos i emocje, które towarzyszą mieszkańcom przez cały Wielki Tydzień. Zapraszamy do wysłuchania wielkanocnej opowieści o duchowości, tradycji i wspólnocie.

Prowadzenie: Julia Wollner
Produkcja: Magda Miśka-Jackowska i Michał Woźniak

 

Posted on

Triest, czyli nigdzie. Jan Morris o mieście pomiędzy

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z Wydawnictwem Czarnym.

Triest jako synonim słowa „nigdzie” albo jako alegoria czyśćca. Miasto stanowiące geograficzną i historyczną anomalię, które nominalnie należy do Włoch, z usposobienia nie pasuje jednak zupełnie nigdzie. Tak widzi stolicę regionu Friuli-Wenecja Julijska Jan Morris (1926–2020), autorka książki wydanej właśnie w Polsce przez Czarne.

Oryginalny tytuł monografii, która po raz pierwszy ukazała się drukiem w 2001 roku, to Trieste and the Meaning of Nowhere. I rzeczywiście Morris eksploruje jedno z możliwych, choć nie dosłownych znaczeń okolicznika „nigdzie”: miejsce, które trudno przypisać do jednego świata. Triest nie jest więc tożsamy z pustką ani nie leży na dalekich peryferiach, choć bywa tak przez autorkę przedstawiany. „Nigdzie” jest tu raczej synonimem granicy. Jej także nie należy rozumieć dosłownie – nie tyle rozdziela, ile istnieje pomiędzy. Triest bardziej bowiem łączy niż dzieli, za to „pomiędzy” jest nieustannie, mieszając kultury, języki, a nawet epoki historyczne.

Czytając doskonałą książkę walijskiej autorki, miałam nieustanne wrażenie, że jej tytuł ma charakter prowokacyjny. Portowe miasto, w którym spotykają się różne europejskie tradycje, które wymyka się jednoznacznej definicji, jest przecież bardziej wszędzie niż nigdzie. Austro-węgierskie imperium współistnieje tu z włoskim irredentyzmem, współczesność jest zarazem wspomnieniem dziewiętnastowiecznej świetności, a mieszkańcy od zawsze stanowią wieloetniczną mieszankę Włochów, Austriaków, Słoweńców, Żydów, Greków i Serbów, a także Chorwatów, Ormian, Niemców, Węgrów i innych. Port przyciągał wszak ludzi z całego imperium i świata, w tym, jak podkreśla autorka, szczególnie wszelkich wygnańców i outsiderów.

 

Swój egzemplarz zamówić możesz bezpośrednio u wydawcy, wchodząc TUTAJ
Swój egzemplarz zamówić możesz bezpośrednio u wydawcy, wchodząc TUTAJ

 

Morris ukazuje Triest jako organizm kulturowy. Autorka przedstawia historię miasta, sugerując, że jest ono jednym z ostatnich punktów w Europie, w których wciąż czuć ducha monarchii habsburskiej. Jednocześnie jest to przestrzeń pogrążona w melancholii, żyjąca cieniem swojej dawnej roli – portu imperium. Nostalgia stanowi główne źródło tutejszych uniesień – czytamy. Nostalgiczny ton stanowi też jeden z najbardziej charakterystycznych elementów książki; towarzyszy opisom kawiarni, portowych nabrzeży i rozważaniom o dawnych twórcach związanych z Triestem. Bez tych ostatnich oczywiście nie sposób Triestu opisać: nade wszystko jest to bowiem miasto literatury, gdzie toczyły się istotne rozważania o tożsamości, alienacji i nowoczesności, prowadzone przez postaci tej miary, co Svevo, Saba czy Joyce.

Książka wydana przez Czarne to wyśmienita lektura. Nie jest klasyczną monografią ani reportażem – to raczej esej podróżniczy, portret miasta widziany oczami wrażliwej obserwatorki, a momentami nawet medytacja nad historią Europy. Autorka łączy opowieść o historii i literaturze z fragmentami poezji, elementami humorystycznymi i osobistą refleksją. Jako Walijka wielokrotnie porównuje imperium Habsburgów do Imperium Brytyjskiego; dodaje też, że pokochała to miasto, tęskniąc za Europą, którą widziała jako zjednoczony byt o wspólnych wartościach, sposobie życia i aspiracjach. Podczas pierwszych odwiedzin w Trieście, w dalekim 1946 roku, zdawało jej się, że dostrzega jeszcze pozostałości tego ideału. Pisząc o zamku Miramar, wyznaje, że jego widok uświadamia jej ulotność imperiów – tych uwodzicielskich złudzeń trwałości, pomników pychy, niekiedy zepsutych do szpiku kości, które czasem jednak nosiły w sobie również wiele dobra.

Być może to właśnie to ostatnie zdanie najlepiej oddaje stosunek autorki do Triestu; z pewnością najtrafniej ubiera w słowa moje odczucia. Dla mnie Triest jest bowiem bardziej wszędzie niż nigdzie, bardziej łączący niż dzielący, rzeczywiście pełen melancholii, a jednocześnie pełen nadziei i pogody mimo wszystko. Chyba zresztą nie może być inaczej: tam, gdzie do swego kresu dochodzi jedna cywilizacja, zaczyna się przecież druga, a koniec staje się początkiem nowego. Stojąc na głównym placu miasta, Piazza Unità d’Italia, w moich wspomnieniach zawsze wypełnionym słońcem, eleganckie habsburskie budynki zostawiamy za plecami – jak podporę i korzenie, od których się nie ucieka. Przed sobą mamy jednak morze i przyszłość, otwierając szeroko ramiona na świat.

Jan Morris, Triest, czyli nigdzie, tłumaczył Jarek Westermark, Czarne 2026

 

 

Posted on

Między materią a transcendencją. Śmierć i wiosna Mercè Rodoredy

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Marginesy.

Mercè Rodoreda, pisarka, która potrafiła połączyć głęboką psychologię z tajemnicą, bogatą symboliką i oryginalnym, zmysłowym stylem, to bez wątpienia jedna z najważniejszych postaci literatury katalońskiej XX wieku.

Urodziła się w Barcelonie w 1908 roku i całe życie, mimo długiej emigracji, pozostała silnie związana z Katalonią. Po wojnie domowej, nie mogąc wrócić do ojczyzny ze względu na dyktaturę Franco, tworzyła we Francji i Szwajcarii, dając w swojej prozie upust tęsknocie i poczuciu wykorzenienia. W Katalonii zamieszkała ponownie w 1979 roku; zaraz później otrzymała nagrodę Premi d’Honor de les Lletres Catalanes, przyznaną jako wyraz uznania dla całego jej dorobku pisarskiego. Ogromne znaczenie miał tu także fakt, że, w akcie swoistego kulturowego oporu, konsekwentnie tworzyła w języku katalońskim w czasie, gdy jego używanie było ograniczane.



Na granicy snu

Rodoreda była autorką, która pisała o tym, co kruche i trudne do uchwycenia: o pamięci, kobiecej tożsamości, samotności, ale też o tym, co wymyka się racjonalnemu opisowi. Jej proza opisuje świat pozbawiony przejrzystości, a narracja nierzadko zdaje się serią obrazów przypominających niepokojące sny. Co ciekawe, po śmierci Rodoredy odkryto, że autorka przez lata oddawała się nie tylko tworzeniu prozy, ale także malarstwu. Sięgając po jej teksty, nietrudno zauważyć, że blisko im do płócien, na których kompozycja powstaje przy użyciu subtelnej kreski, a jednocześnie bardzo intensywnych barw. Jej pisarstwo porównać można bowiem do delikatnego szkicu w zaskakujący sposób łączonego z techniką impastową, polegającą na nakładaniu farby grubą warstwą, tworzącą wyczuwalną, trójwymiarową fakturę. Jest ono proste, ale niezwykle intensywne; zmysłowe i gęste, a jednocześnie chłodne i zdystansowane. Lektura książek Rodoredy przypomina zawieszenie na granicy jawy i snu, a pod powierzchnią realistycznego stylu zawsze kryje się coś więcej: symbol, metafora, trudny do zdefiniowania element magiczny.

Powieść „Śmierć i wiosna” kupisz w promocyjnej cenie w naszym sklepie (TUTAJ)
Powieść „Śmierć i wiosna” kupisz w promocyjnej cenie w naszym sklepie (TUTAJ)

Śmierć i wiosna

Wszystkie najważniejsze cechy pisarstwa katalońskiej autorki – tajemniczość, fatalizm, oniryzm, wzajemne przenikanie się ducha i materii, życia i umierania – odnaleźć można w wydanej właśnie w Polsce powieści Śmierć i wiosna. Także w Hiszpanii ukazała się ona już po śmierci pisarki; wiadomo też, że Rodoreda pracowała nad nią wyjątkowo długo, zmieniając kolejne wersje, jakby próbowała uchwycić coś, co nie daje się łatwo nazwać ani zamknąć w ostatecznej formie: doświadczenie graniczne, wymykające się zarówno językowi, jak i jednoznacznej interpretacji.

Akcja książki rozgrywa się w bliżej nieokreślonej, odizolowanej wiosce – świecie rządzącym się własnymi prawami. Narratorem jest młody chłopiec, który obserwuje życie miejscowej społeczności, pogrążone w milczeniu, wypełnione przemocą i dziwnymi rytuałami. Na próżno szukać tu jednak klasycznej linearnej fabuły: w sposób charakterystyczny dla Rodoredy tekst stanowi raczej ciąg obrazów i doświadczeń, które układają się w duszną, przesyconą symbolami opowieść. Daje ona wyraz mrocznej wizji świata, w którym rzeczywistość wymyka się logice. Zgodnie ze śródziemnomorską tradycją, w powieści splatają się życie i śmierć, które jednak przedstawione są w sposób odmienny od porządku, do którego przywykliśmy. Nie znajdziemy tu żałoby, która daje ulgę i oczyszczenie, ani afirmacji życia wyrażanej przez odradzającą się przyrodę. Wręcz odwrotnie – natura budzi niepokój, nie daje ukojenia. Aromat kwiatów miesza się nieustannie z zapachem gnoju; woda w rzece opisywana jest jako gęsta, a wiosenna glicynia to pnącze, które rozsadza dom. Tytułowa wiosna staje się tu figurą o charakterze wręcz ironicznym.

 


Przemoc, kontrola, odrobina światła

Powieść Śmierć i wiosna można interpretować na rozmaite sposoby, ale pewne jej elementy są jednoznaczne i aż nadto czytelne. Mamy tu echa ludowych wierzeń obecnych w kulturze Katalonii, choć rytuały przedstawione przez Rodoredę nie należą do żadnej konkretnej tradycji. Są raczej mieszaniną wielu porządków: ludowych, religijnych, historycznych. Autorka tworzy z nich świat zdeformowany, w którym to, co miało nadawać sens, staje się narzędziem przemocy. Wspólnota stanowi organizm hermetyczny, a jednostka jest w niej tłumiona i poddawana przedmiotowemu traktowaniu. Nietrudno odczytać w tym alegorię doświadczenia wojny domowej i następującej po niej dyktatury, w której społeczeństwo ulega przemocy systemu, pojedynczy człowiek traci głos i autonomię, a absurdalne rytuały zastępują sens i moralność. Jednak powieści tej nie trzeba odbierać tylko jako książki odnoszącej się do XX-wiecznej historii Półwyspu Iberyjskiego. Mechanizmy przedstawione przez autorkę są przecież wciąż obecne w naszym życiu, choć w mniej spektakularnej formie: od podporządkowania jednostki grupie, przez powtarzanie gestów pozbawionych sensu, aż po milczące przyzwolenie na przemoc wpisaną w codzienność. Wielu z nas znajdzie tu niepokojący obraz własnych doświadczeń.

Niestety Śmierć i wiosna nie oferuje pocieszenia, a w jej mrocznej fabule nie znajdziemy obietnicy zmiany. Światła warto jednak wyglądać w szczelinach między słowami. Autorka przyzwyczaiła czytelników, że sens kryje się poza tym, co widzialne. Przeczucie nadziei jest tu więc ledwo uchwytne; być może zależy tylko od postawy czytelnika. Człowiek u Rodoredy pozostaje zawieszony między materią a przeczuciem transcendencji, do której nie otrzymuje dostępu. Ja jednak odnalazłam jej cień. Czy i Wy spróbujecie?

Mercè Rodoreda, Śmierć i wiosna, tłumaczyły Anna Sawicka i Magdalena Pabisiak, Marginesy 2026

 

 

Posted on

Rytuały przejścia w kulturze śródziemnomorskiej. Jak świętuje się życie od narodzin do śmierci?

Dlaczego właściwie, spacerując po polnych drogach polskiej wsi, na każdym rozstaju czy miedzy napotykamy kapliczkę? Skąd ta potrzeba obsadzenia każdej wystającej skały w Grecji choćby najmniejszym kościółkiem? Gdyby nieco uprościć sprawy, można by te małe punkty kultu porównać do kamizelek ratunkowych w samolocie – niekoniecznie wiele pomogą, ale sama świadomość ich obecności daje pewną iluzję bezpieczeństwa w czasie podróży. Bo to właśnie podróż jest niebezpieczna w tradycyjnym społeczeństwie. Domowe pielesze chronią przed niepewnością losu, podczas gdy na horyzoncie każdej drogi czyha ryzyko. I oto w strategicznych miejscach, czy to polskiej wsi, czy greckiego wybrzeża, najczęściej na naturalnych granicach, z przezorności zapewniano obecność bóstwa, tak, aby chroniło przed tym, co nieznane. Przed tym, co za miedzą.

Tyle w wymiarze rzeczywistym, geograficznym. Każdy z nas ma do przejścia własną drogę, a na niej szereg trudnych zdarzeń. Ot, matura. Nikt w XXI wieku nie szczyci się przesądnością, ale któż obetnie włosy na tydzień przed egzaminem? Odrobina ostrożności jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Niepowodzenie na egzaminie dojrzałości cofa nas do dzieciństwa, odwleka zakończenie pewnego etapu, rozpoczęcie studiów lub pracy, wejście w dorosłość – oto doskonały przykład współczesnego rytuału przejścia. Są nimi także inne zmiany w życiu jednostki lub całej społeczności: narodziny i nadanie imienia, małżeństwo, śmierć i pogrzeb, czasem również wstąpienie w dorosłość, ale także karnawał czy powitanie odradzającej się na wiosnę natury. Metaforyczne kapliczki na rozstajach.

W krajach śródziemnomorskich, dzięki przesuwającym się granicom wpływów – greckich, rzymskich, arabskich; podbojom – bizantyńskim, weneckim, osmańskim; ale też silnemu przywiązaniu do tradycji, wszystkie te świąteczne okoliczności obrosły w liczne, ciekawe obyczaje, których przykładom przyjrzymy się poniżej. O ile w tekście nie jest wyraźnie zaznaczone, że mowa jest o starożytności, odnoszą się one do czasów nowożytnych. Niektóre z nich przetrwały do dziś, ale większość wygasła niestety wraz z ostatnim pokoleniem, którego życie toczyło się na śródziemnomorskiej wsi, czyli około pół wieku temu.

Wyspa Syros
Wyspa Syros


Narodziny

Narodziny i śmierć były dla starożytnych mieszkańców Śródziemnomorza czasem szczególnym, kiedy należało starannie zadbać o przychylność bóstw opiekuńczych. W przypadku przyjścia na świat do takiego podejścia przyczyniała się wysoka śmiertelność kobiet i noworodków. Strach budziła także obecność krwi – była ona uważana za nieczystą, tak jak i kobieta, która po porodzie musiała dokonać ablucji, aby móc wrócić do obcowania z innymi członkami społeczności, zwłaszcza mężczyznami. W starożytnych greckich domach ojciec nie mógł więc dotknąć noworodka ani jego matki bezpośrednio po porodzie. Od Mezopotamii po Rzym praktykowano też obyczaj starannego i ciasnego owijania maleństwa płótnem – źródeł tej praktyki upatruje się w Egipcie. Matka miała tam zawijać noworodka na kształt mumii, aby zmylić ewentualnie czające się w pobliżu demony. Podobnie do mumii wyglądał też bóg Ptah (jedynie jego głowa i ręce nie były okryte zwojem materiału) – potężne i pomocne bóstwo chroniące przed złem i wspomagające leczenie. W Grecji pięć dni po narodzinach ojciec brał noworodka na ręce i obiegał z nim dom, błagając bogów o opiekę, zaś Hestię prosząc o przyjęcie nowego członka rodziny. Był to też swego rodzaju akt uznania dziecka. Po kolejnych pięciu dniach rodzice wybierali dla dziecka imię, przy czym pierworodny syn dostawał zawsze imię dziadka ze strony ojca. Obyczaj ten do dziś praktykuje się w Grecji i południowych Włoszech. Synowie witani byli z wielką radością, jako dziedzice, którzy będą mogli zaopiekować się rodziną i pomnożyć jej bogactwo; narodziny dziewczynki z natury rzeczy nie cieszyły się podobnym entuzjastycznym przyjęciem. Zdarzało się, że porzucano je na uboczu w koszu, aby zginęły z przyczyn naturalnych lub by zaopiekował się nimi ktoś obcy.

Na początku porodu położne toczyły jajko po brzuchu rodzącej, aby ułatwić przyjście na świat dziecka

To przedkładanie synów nad córki również przetrwało wieki. W renesansowych Włoszech kobieta w połogu otrzymywała specjalną czarkę, na której dnie napisane było „chłopiec”; do dziś na Południu istnieje powiedzenie auguri ai figli maschi, czyli „obyś synów miała”, zaś w Grecji mały chłopiec obecny w trakcie ślubu ma przynieść szczęście młodej parze. Wydaje się też, że tradycje nowożytnej Grecji, choć chrześcijańskie, noszą pewne podobieństwo do tych starożytnych. Przykładowo, w Epirze żaden przedmiot pochodzący z pokoju młodej matki nie mógł znaleźć się na zewnątrz, zaś dziecko nie mogło opuścić domu, dopóki nie zostało pobłogosławione. Następowało to około 40. dnia jego życia; przedtem zaś jego matka musiała oczyścić się w źródle. I znów: chłopca błogosławiono po 42 dniach, wyrażając życzenie, aby urodził się kolejny; dziewczynkę zaś po 38, prosząc los, by wydarzenie to już się nie powtórzyło. Ciekawostką jest również, że na początku porodu położne oblewały rodzącą wodą lub toczyły po jej brzuchu jajko – zabiegi te miały zapewnić lekkie przyjście na świat potomka.

Kreta
Kreta


Małżeństwo

Niezwykle ważnym rytuałem w tradycyjnych społecznościach było zawarcie małżeństwa: młoda para zyskiwała zupełnie nowy status i rolę, a także otrzymywała do wypełnienia ważne zadanie – wydanie na świat potomka. Jak wiadomo, małżeństwa jeszcze do niedawna były aranżowane, zaś o wydaniu panny decydował jej ojciec wraz z przyszłym mężem. Nic dziwnego, że ślubowi – czy to w czasach starożytnych, czy późniejszych – towarzyszyła procesja z domu rodzinnego do siedziby męża. W starożytnej Grecji i Rzymie sama ceremonia nie miała aż tak dużego znaczenia jak dzisiaj, natomiast pewne jej elementy, jak chociażby posypywanie orzechami na szczęście, zachowały się do dziś w tej samej lub bardzo zbliżonej formie. W Grecji młoda narzeczona przed ślubem składała swoje dziecięce zabawki Artemidzie, co symbolizowało pożegnanie dzieciństwa.

Przyszli małżonkowie dokonywali rytualnego obmycia w rzece lub świętym źródle. Sama ceremonia miała trzy fazy: ojciec dziewczyny wystawiał ucztę, na której szczególnie ważne były placki posypane sezamem symbolizującym płodność. Nie będzie przesadą, jeśli nazwiemy je zaczątkiem tortu weselnego. Następnie procesja odprowadzała pannę młodą do nowego domie wiem, co u, gdzie miał miejsce obrzęd καταχύσματα (katachysmata), czyli wspomniane już obsypywanie panny młodej orzechami i suszonymi owocami. Następnego dnia młoda para przyjmowała prezenty w swojej nowej siedzibie. Chrześcijaństwo przyniosło obrządek kościelny, który w krajach rzymskokatolickich ma znajomą nam formę, podczas gdy w prawosławnej Grecji jest nieco odmienny. Do głównych symbolicznych gestów, które obejmuje, zaliczamy skrzyżowanie połączonych wstążką wianków nad głowami małżonków oraz trzykrotne obejście ołtarza, czyli tak zwany taniec Izajasza, któremu przewodniczy kapłan – za nim kroczy pan młody, a na końcu, symbolicznie i faktycznie prowadzona przez Boga i męża, w tej właśnie kolejności, panna młoda. Goście posypują głowy nowożeńców ryżem i κουφέτα (koufeta), co również nosi wspomnianą już nazwę katachysmata. Aby osłodzić nieco los małżonki, przyjęło się, że na koniec tego pochodu przydeptuje ona przez chwilę stopę mężczyzny.

W Grecji pannie młodej dawano do potrzymania małego chłopca – aby urodziła syna

Na greckim, ale też włoskim weselu, także dziś musi być obecne confetti, czyli wspomniane koufeta – migdały w białej cukrowej polewie, stanowiące również podarek dla gości zamknięty w paczuszce z koniecznie nieparzystą liczbą migdałów. Źródeł tej tradycji niektórzy upatrują we wczesnym, wiosennym kwitnieniu migdałowców nad Morzem Śródziemnym, co może kojarzyć się z nowym początkiem i płodnością. W czasach bizantyjskich oprócz migdałów wykorzystywano też inne orzechy, a także jabłka czy płatki róż. Skoro już o słodkościach mowa, warto wspomnieć o κουλουρόψωμα (koulouropsoma) czy πίττες (pittes) – dużych plackach, czasem w formie obwarzanka, którymi młoda para obdarowuje rodzinę małżonka. Najczęściej są one kunsztownie dekorowane wykonanymi z ciasta kwiatami, warkoczami, ptaszkami, gałązkami. Podobne ślubne wypieki pod nazwą is coccois spotkamy na Sardynii, zaś w południowych Włoszech wypieka się ciasteczka mostaccioli w formie wężyków, rybek i ptaków, wywodzące się z tradycji arabskich. Poza wypiekami, zawarciu małżeństwa towarzyszą także liczne podarunki z obu stron. W Hiszpanii i Grecji podarunki należały się ojcu panny młodej – mogły to być na przykład buty. W niektórych krajach obdarowywana była także narzeczona – w Grecji i na Sardynii teściowa oczekiwała na małżonków w progu domu i witała synową ziarnami, miodem lub narzędziami tkackimi, które miały symbolizować jej nową rolę. Najważniejszym zadaniem młodej małżonki było jednak urodzić syna. W Grecji dawano jej więc do rąk małego chłopca; co ważne, jego oboje rodzice musieli żyć i mieć się dobrze. Tego samego chłopczyka kładziono też na chwilę na łożu małżeńskim.

Kobieta miała przed sobą wiele wyzwań, jednak warto zaznaczyć, że i mąż miał jasno przypisaną rolę. Zobowiązywał się do zapewnienia jej dobrobytu – w Hiszpanii symbolizował to dar w postaci trzynastu monet, które dziś małżonkowie wymieniają między sobą; w Grecji monety wkładano do buta panny młodej jeszcze przed ceremonią. Oryginalnym obyczajem na południu Sardynii jest założenie przez pana młodego obrączki połączonej łańcuchem z pasem w talii oblubienicy. Wszystkie te zwyczaje miały zapewnić udaną przemianę dziewczyny w żonę i matkę, podkreślić jej przynależność do męża oraz ich wzajemne obowiązki względem siebie i społeczności.

Alicante
Alicante


Pogrzeb

Najwięcej uwagi i ostrożności wymagała ceremonia pogrzebowa. Do żyjących członków rodziny i miejscowości należało zapewnienie zmarłemu przejścia do świata pozagrobowego poprzez dopełnienie wszystkich ważnych elementów rytuału, w nadziei, że gdy przyjdzie kolej na nich, inni zrobią to samo. Dobrze znamy pierwsze starożytne elementy pochówku: początkowo w rejonach Bliskiego Wschodu pojawiały się przypadki pogrzebania wraz ze zmarłym jego rodziny lub służby, jednak bliższe nam kultury ograniczały się do wygodnego, choć samotnego odesłania bliskich w zaświaty. W Egipcie wierzono, że życie po śmierci nadal obejmuje wszelkie elementy materialne, stąd dbałość o zakonserwowanie ciała oraz bogate (w zależności od statusu zmarłego) wyposażenie grobów w różne przydatne przedmioty lub przynajmniej amulety wsuwane między zwoje płótna do mumifikacji. Funkcję amuletu pełnił też obol wkładany do ust zmarłego w Grecji, tak, by mógł nim opłacić przewóz przez Styks. Przejście ma więc w tym przypadku charakter niemal realny.

Duże znaczenie przywiązywane jest do godnego pochówku ciała, jak pamiętamy choćby z Antygony. Obmycie, owinięcie w całun, opłakanie i pochowanie zmarłego są etapami niezbędnymi do pogodzenia się z jego odejściem i symbolicznego odcięcia go od świata żywych – istotnego, bowiem należało zadbać, by zmarły nie powrócił. Bogatsi obywatele Grecji i Rzymu mogli pozwolić sobie na kosztowne posągi lub sarkofagi. Typowe groby w Grecji były natomiast wyznaczane przez pięknie rzeźbione stele, nieraz z wizerunkiem skrzydlatego geniusza lub postaci z zasłoniętą całunem twarzą. Bijący od nich zimny smutek znajdował swoje odzwierciedlenie w lamencie pogrzebowym – prastarym zwyczaju, który w niektórych miejscach przetrwał jeszcze do niedawna. Obecny już w tradycji bliskowschodniej i egipskiej, w klasycznej Grecji lament nabrał formy poetyckiej, uwieczniony w licznych tragediach i Iliadzie. Jak chór w dramacie, w rzeczywistości zmarłego opłakiwały, poza spokrewnionymi kobietami, wyspecjalizowane w swojej profesji płaczki; była to bowiem od starożytności domena kobiet. Swoją pieśń żałobną snuły one w domu, nad ciałem zmarłego. Towarzyszyły temu gwałtowne gesty, takie jak drapanie skóry, bicie się w piersi, rwanie włosów, darcie szat i rzucanie całym ciałem. Zwyczaj ten obowiązywał w tradycyjnych społecznościach nie tylko na terenach śródziemnomorskich, ale to właśnie tam przetrwał najdłużej. Miał on pogańskie korzenie, choć nie był związany z żadną konkretną religią i wykazywał zdumiewające podobieństwa na terenach od Afryki Północnej przez Hiszpanię, Włochy aż po Bliski Wschód. Kościół chrześcijański starał się go w miarę możliwości ograniczyć lub wytępić, szczególnie w czasie Wielkiej Inkwizycji. W Hiszpanii w XV wieku, obok innych tradycji, takich jak pozbycie się z domu, w którym nastąpiła śmierć, wszystkich naczyń ze stojącą wodą czy pochowanie ciała w nieoranej ziemi, kultywowali go pod nazwą endechas sefardyjscy Żydzi.

Opłakiwaniu zmarłego towarzyszyły gwałtowne gesty, takie jak drapanie skóry, bicie się w piersi, rwanie włosów, darcie szat i rzucanie całym ciałem

Rytuały te były zresztą identyczne u ludności hiszpańskiej wyznającej islam. Jeszcze do bardzo niedawna pieśni pogrzebowe były powszechne w Hiszpanii i we Włoszech, gdzie w każdym regionie płaczki mają swoją odrębną nazwę – w Apulii określa się je mianem chiangiamurti, w Lombardii piansune, zaś na Sardynii attittadoras. W Grecji lament pogrzebowy nosi nazwę μοιρολόια (moiroloia), dosłownie „opowieść o losie”. Jego treść – podobna na całym obszarze – odnosi się właśnie do nieustępliwości losu, czasem także do życia zmarłego i smutku pozostających osób, a emocje wahają się od gwałtownego buntu po rezygnację. Warto jednak pamiętać, że jest to ściśle rytualny obrządek, nie wyraża więc faktycznych uczuć uczestniczek, a jedynie czyni zadość odwiecznej tradycji. Opłakiwanie było pierwszym etapem rytu pogrzebowego, wiążącym zmarłego ze światem żywych. Mogło ono mieć miejsce w domu oraz podczas procesji pogrzebowej.

Okres przejściowy kończy się żałobą, w ramach której odprawia się modlitwy różańcowe lub wspominkowe i pali lampki na grobie. W starożytności w tym okresie na grób znoszono ofiary, szczególnie w formie jedzenia i libacji, które miały być przydatne zmarłemu na tym etapie. Do dziś w niektóre dni przeznaczone w Kościele do wspominania zmarłych kobiety przynoszą na mszę specjalną potrawę, κολύβα (koliva), okruszyny orzechów i ziaren z cukrem, mąką i granatem. W czasach chrystianizacji Kościół zamienił w ten sposób pogańskie ofiary na grobach na ofiarowanie strawy biednym. Po upływie konkretnej liczby dni, czasem wyznaczonej prawem, żałobę należało zakończyć, aby dać zmarłemu odejść.

Santorini
Santorini


Pory roku

Typowe rytuały przejścia to również obrządki towarzyszące wejściu w dorosłość, ale także święta niezwiązane z wydarzeniami osobistymi, a ze zmianą pór roku i cyklem natury. W świadomości starożytnych Greków i Rzymian zmiany pór roku wiązały się ze znanym mitem o Demeter i Persefonie, wedle którego Persefona porwana i poślubiona przez Hadesa spędza z nim połowę roku w podziemnym królestwie, podczas gdy osamotniona matka pogrążona jest w smutku i tęsknocie. Coroczny powrót Persefony na powierzchnię ziemi wyznacza nadejście wiosny i okres rozkwitu przyrody, a ponowne zejście do Hadesu – początek jesieni. Sam mit interpretowany jest także w kategoriach rytuału inicjacyjnego – Persefona jako młoda dziewczyna oddala się wraz z przyjaciółkami, a w trakcie zabawy porywa ją bóg, którego następnie poślubi. Widać tu typowe cechy rytuału przejścia: oddalenie, zmianę i nowy status. Tymczasem jej wiosenno-jesienne wędrówki między światłem a cieniem świętowane były między innymi podczas Misteriów Eleuzyńskich w pobliżu Aten.

Na wiosnę nad brzegiem rzeki Ilissos odbywały się tak zwane Misteria Mniejsze. Oczyszczeni w nich kandydaci do inicjacji mogli uczestniczyć w jesiennych Wielkich Misteriach rozgrywających się w Eleuzynie. Ten jeden z najważniejszych festiwali ateńskich okryty jest mgiełką tajemnicy, jako że jego uczestnicy zobowiązani byli do jej zachowania; znamy jednak pewne jego elementy. Wiadomo, że uczestnicy, na wzór matki-Demeter, pościli, przechodzili z procesją darów Ιερά Οδός, Świętą Drogą z Aten do Eleuzyny (do dziś ten ruchliwy trakt komunikacyjny nosi tę samą nazwę), po czym, kończąc post, pili specjalny napój, κυκεών (kykeon). Sugeruje się, że składały się nań substancje halucynogenne dodane do powszechnie spożywanej mieszanki wody z owsem.

Każdy, kto przeszedł inicjację w Eleuzynie, miał z pogodą ducha spoglądać na cykl ludzkiego życia i bez lęku oczekiwać ostatniej chwili

Ostatnia i najważniejsza część misteriów odbywała się w budynku zwanym Telesterionem, a kto przekraczał jego próg, nie mógł pod żadnym pozorem wyjawić, czego tu doświadczył. Przypuszcza się, że odgrywano tam mit o śmierci i odrodzeniu, w którym być może uczestniczyła część widowni; być może istniał też jakiś indywidualny rytuał wtajemniczenia oraz przekazywano wiedzę z zakresu prac rolniczych, jakkolwiek przyziemnie by to nie brzmiało. Każdy, kto przeszedł inicjację w Eleuzynie, miał z pogodą ducha spoglądać na cykl ludzkiego życia i bez lęku oczekiwać ostatniej chwili. Tradycja i znaczenie misteriów były tak duże, że nawet, gdy w IV wieku n.e. zostały one ostatecznie zakazane przez cesarza Teodozjusza – jako przeszkoda w szerzeniu nauk chrześcijańskich – przez jakiś czas ich celebracja była potajemnie kontynuowana.

Rytuały przejścia stanowiły swego rodzaju korytarze między kolejnymi etapami życia tradycyjnej społeczności, w której każdy miał swoją wyraźnie określoną funkcję. Odgrywały także rolę integracyjną i wzmacniającą wspólnoty, których życie społeczne ograniczało się do danej wsi. Dziś z dawnej codzienności pozostaje nam tylko pocztówkowy folklor, najczęściej wyceniony pod turystę i nie mający nic wspólnego z faktycznym trybem życia. Dlatego też, podróżując po Śródziemnomorzu, warto pytać – najlepiej siedzące pod domami starsze kobiety. O to, co było, bo ich dzieci już nam tego nie powiedzą.

Posted on

Życie w Portugalii. Rytm dnia, ludzie i zwyczaje (podcast: Portugalia)

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z Wydawnictwem Poznańskim.

 

Jak się żyje w Portugalii? Co w niej zachwyca, a co trochę mniej? Czy łatwo jest być Portugalczykiem i czy to coś bardzo innego od bycia Włochem lub Hiszpanem? O tym wszystkim opowiada Anna Bittner, autorka książki Portugalia. W objęciach oceanu. Rozmawiamy między innymi o tym, jak wygląda zwykły dzień w kraju na końcu Europy i co może zaskakiwać w tamtejszej codzienności – podobnej do śródziemnomorskiej, ale jednak nie identycznej. Z odcinka dowiecie się także, jak Portugalia smakuje, jak brzmi i czy zawsze pogrążona jest w melancholii.

Prowadzenie: Julia Wollner
Produkcja: Magda Miśka-Jackowska i Michał Woźniak

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie tutaj:

 

Posted on

Alma Federiki Manzon. Powieść o Trieście i tożsamości

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Sonia Draga.

Alma ma około pięćdziesięciu lat. Aby odebrać spadek po zmarłym ojcu, na kilka dni przyjeżdża do Triestu – miasta, w którym się wychowała i które opuściła, próbując rozpocząć życie gdzieś indziej i zdystansować się wobec rodzinnej historii. Krótki pobyt w adriatyckim porcie w sensie narracyjnym staje się dla niej podróżą przez całe minione życie; czasem, w którym próbuje zrozumieć i zrekonstruować swoją tożsamość poprzez pamięć, relacje z innymi, ale także historię regionu. Wspominając dzieciństwo, ojca, dziadków oraz Viliego – przyjaciela z dawnych lat – poznaje nie tylko siebie i historię swojej rodziny, lecz także odkrywa miasto, które przez stulecia wielokrotnie zmieniało przynależność polityczną i kulturową.

W tej stworzonej do powolnej lektury książce włoska pisarka ciekawie zestawia biografię bohaterki – rozpiętą między Italią matki a Bałkanami ojca – z trudną i wielowarstwową historią Triestu, w którym od wieków styka się Wschód i Zachód, a wpływy włoskie mieszają się z tym, co słowiańskie i środkowoeuropejskie. Miasto wydaje się pełnoprawnym bohaterem powieści, dzięki któremu wybrzmiewają jej najważniejsze tematy. Poza tożsamością należy do nich z pewnością pamięć. Jest ona niepewna i zawodna – zarówno w życiu jednostki, która ze swej przeszłości zachowuje jedynie wybrane obrazy i sceny, jak i w przypadku społeczeństw, które z własnej historii wydobywają przede wszystkim to, co potwierdza ich aktualną narrację i sposób widzenia świata. Do najistotniejszych wątków należy także granica – linia na mapie, ale i stan egzystencjalny oddzielający przeszłość od przyszłości, retrospekcję od oczekiwania na nowe, wspomnienie rodziców od potrzeby samodzielności. Stałym punktem odniesienia pozostaje natomiast Adriatyk – symbol triesteńskiej otwartości na świat, niezmienny wobec historii i politycznych zawieruch.

 

 

Jako osoba od lat żyjąca na pograniczu kultur przeżyłam tę powieść szczególnie głęboko. Manzon mistrzowsko pokazuje wielowymiarowość, a wręcz hybrydyczność tożsamości człowieka, który dorasta tam, gdzie inni widzą przede wszystkim podziały: etniczne, religijne, językowe czy światopoglądowe. Pokazuje, jak wojny i konflikty polityczne dzielą ludzi także daleko od działań zbrojnych, jak łatwo przychodzi nam szafowanie opiniami i nadawanie etykiet tym, którzy inaczej patrzą na wydarzenia historyczne. Przypomina, że w takich miejscach często trudno opowiedzieć się jednoznacznie po którejkolwiek stronie, a życie na pograniczu polega raczej na nieustannym negocjowaniu własnej tożsamości niż na dokonywaniu ostatecznych wyborów.

 

 

Warty podkreślenia jest także śródziemnomorski charakter powieści: począwszy od rodziny stawianej w samym centrum wydarzeń i stanowiącej oś narracji, przez homerowy motyw powrotu do miejsca pochodzenia – niezbędnego dla zrozumienia samego siebie – po spojrzenie na historię z poziomu mikro, przywodzące na myśl podejście Carla Ginzburga. W Almie wojna na Bałkanach i zmiany granic ukazane są z perspektywy dziejów jednej rodziny, a nie kroniki czy podręcznika. I wreszcie morze – nie tylko pejzaż i tło, lecz także symbol relacji z innymi kulturami, droga kontaktu między światami i przestrzeń, która łączy to, co polityka próbowała rozdzielić.

W tej pełnej skupienia włoskiej powieści Triest staje się miejscem, w którym historia Europy spotyka się z historią jednego życia. I jest to bardzo piękne spotkanie.

 

Federica Manzon, Alma, tłumaczyła Alina Pawłowska-Zampino, Sonia Draga 2026
Posted on

Rosalia. O różanym święcie zmarłych

W Polsce święto zmarłych kojarzymy z późną jesienią. W czasach starożytnego Rzymu obchodzono je jednak raczej w pierwszej połowie roku: w lutym, podczas tak zwanych Parentaliów, oraz wiosną, gdy przypadały Rosalia – dni upamiętniające tych, którzy odeszli, a zarazem święto kwiatów. Obchodzono je w różnych terminach – najczęściej w maju, choć zdarzało się, że uroczystości rozciągały się aż do lipca.

Rosalia, czyli dies rosationis lub rosationes (łac. „dni róż”) mogły być obchodzone razem ze świętem fiołków (Violaria). Okres kwitnienia tych roślin wyznaczał rytm wiosny: fiołki pojawiały się najwcześniej, już w marcu, natomiast róże zakwitały później. Święta te były czasem składania kwiatów na grobach oraz urządzania uczt ku czci zmarłych. W sposób typowy dla społeczeństw śródziemnomorskich żałobę łączono z afirmacją życia, które symbolizowały między innymi kwitnące rośliny. Kolory najważniejszych kwiatów – czerwień róż i fiolet fiołków – przywoływały dodatkowo skojarzenie z barwą krwi.

Pompejański fresk ukazujący plecenie girland przez kupidyny
Pompejański fresk ukazujący plecenie girland przez kupidyny

 

Tło religijne i kulturowe

W Grecji i Rzymie wieńce z kwiatów i zieleni noszono podczas rozmaitych świątecznych okazji. Nic dziwnego, że w literaturze łacińskiej obrazy róż i fiołków stały się symbolem beztroskiej przyjemności i luksusu uczt. Wieńce i girlandy z kwiatów, przygotowywane i zakładane przez uczestników ceremonii, podkreślały piękno, ale zarazem ulotność życia; nierzadko wręczano je także jako prezenty.

Najpopularniejszymi kwiatami w Rzymie były róże i fiołki. Kojarzono je z niektórymi bóstwami lub składano im w ofierze – szczególnie boginiom takim jak Wenus czy Flora. Róże pojawiały się także w kulcie Bachusa, zwłaszcza w kontekście uczt i świąt wiosennych.

O symbolice kwiatów w kulturze śródziemnomorskiej posłuchać możesz w podcaście Lente. Tutaj znajdziesz część pierwszą audycji
O symbolice kwiatów w kulturze śródziemnomorskiej posłuchać możesz w podcaście Lente. Tutaj znajdziesz część pierwszą audycji

 

Mitologia klasyczna zawiera liczne opowieści, w których powstanie kwiatów wiąże się z innym symbolem życia, ale i śmierci – krwią. Gdy Adonis, ukochany Afrodyty (Wenus), został śmiertelnie zraniony przez dzika podczas polowania, z jego krwi – według najczęstszej wersji mitu – wyrosły czerwone anemony. W niektórych późniejszych przekazach pojawia się także motyw róż. Te ostatnie bywały też łączone z krwią lub łzami Afrodyty, która, biegnąc do rannego kochanka, zraniła się o ciernie krzewu.

Motyw narodzin róży z krwi pojawia się również w późniejszych tradycjach religijnych. W gnostyckim traktacie O powstaniu świata, znanym z egipskiej biblioteki z Nag Hammadi, wspomina się o symbolicznym związku róży z krwią i miłością, choć interpretacje tego fragmentu wciąż pozostają przedmiotem dyskusji badaczy.

Wenus i Adonis widziani oczami Tycjana
Wenus i Adonis widziani oczami Tycjana. Bogini próbuje zatrzymać ukochanego udającego się na polowanie, w którym zginie


Róże i fiołki jako kwiaty pogrzebowe

Róże miały znaczenie pogrzebowe zarówno w Grecji, jak i w świecie rzymskim. W Helladzie motywy kwiatowe pojawiają się na pomnikach nagrobnych, zwłaszcza dziewcząt i młodych kobiet; przedstawiany na nich pąk lub kwiat bywa interpretowany jako róża – symbol młodości przerwanej przed czasem. W greckich epitafiach z okresu cesarstwa śmierć niezamężnej dziewczyny porównywano niekiedy do pąku kwiatu ściętego wiosną, a młoda kobieta pochowana w stroju ślubnym bywa opisywana jako „róża w ogrodzie”. Będąc znakiem rozkwitającej młodości, ale i żałoby, róża często symbolizowała śmierć postrzeganą jako przedwczesną. W Iliadzie Afrodyta namaszcza ciało Hektora ambrozją i olejkiem różanym, aby zachować je nienaruszone po śmierci. W poezji greckiej i łacińskiej róże pojawiają się także w opisach Pól Elizejskich – krainy przeznaczonej dla błogosławionych zmarłych.

Tutaj czeka druga część podcastu o śródziemnomorskiej symbolice kwiatów
Tutaj czeka druga część podcastu o śródziemnomorskiej symbolice kwiatów

Z kolei fiołki, także kojarzone w starożytności z młodością, skromnością i ulotnym pięknem, połączono z kultem zmarłych przede wszystkim ze względu na ich wczesne kwitnienie – stały się naturalnym symbolem odradzającego się życia, a zarazem przypomnieniem o jego kruchości. Nic dziwnego, że już w Grecji składano je na grobach jako znak czułej pamięci o tych, którzy odeszli. Ich kolor, podobnie jak w wypadku róży, sprzyjał kojarzeniu ich z krwią i śmiercią. Łaciński przymiotnik purpureus odnoszono do głębokich odcieni czerwieni i purpury, charakterystycznych dla obu kwiatów. Słowo to jest spokrewnione z greckim porphyreos, oznaczającym barwę purpurową lub ciemnoczerwoną. W literackich opisach poległych wojowników ich krew bywała porównywana do intensywnej czerwieni róż lub fiołków.

Pompejański fresk ukazujący róże
Pompejański fresk ukazujący róże


Rosalia schrystianizowane

W VI wieku naszej ery w Gazie, na terenie Wschodniego Cesarstwa Rzymskiego, obchodzono wiosenne święto określane jako „dzień róż”. Jan z Gazy, poeta i gramatyk bizantyński, wspomina w swoich utworach o wierszach, które – jak twierdził – wygłaszał publicznie podczas ważnych w Gazie „dni róż”. Badacze przypuszczają, że mogły one nawiązywać do dawnych zwyczajów związanych z Rosaliami, choć ciągłość tej tradycji nie jest całkowicie pewna.

Róże stały się również częścią wczesnochrześcijańskiej symboliki funeralnej; męczenników często przedstawiano w towarzystwie kwiatów. Z czasem róża zaczęła być także jednym z najważniejszych symboli maryjnych. W tradycji chrześcijańskiej Maryja bywała określana metaforycznie jako „róża skromności” czy „róża wśród cierni”, co nawiązywało do interpretacji obrazów z biblijnej Pieśni nad Pieśniami. W średniowieczu róże, lilie i fiołki stały się szczególnie silnie związane z ikonografią Maryi. W wielu krajach katolickich do dziś zachował się zwyczaj składania Maryi ofiar z kwiatów, zwłaszcza w maju, który w tradycji chrześcijańskiej stał się miesiącem maryjnym. Wyraźnie widać to między innymi w meksykańskich obrzędach ku czci Matki Bożej z Guadalupe.

Matka Boża z girlandą róż – obraz iovanniego Battisty Salviego da Sassoferrato (połowa XVII wieku)
Matka Boża z girlandą róż – obraz Giovanniego Battisty Salviego da Sassoferrato (połowa XVII wieku)

 

W kalendarzu liturgicznym istnieją także dwie niedziele, podczas których dopuszcza się użycie różowych szat liturgicznych: niedziela Laetare w Wielkim Poście oraz niedziela Gaudete w Adwencie. W pierwszą z nich papież tradycyjnie błogosławi tzw. Złotą Różę.

W wielu regionach Bałkanów i Europy Południowo-Wschodniej nazwa Rosalia przetrwała jako określenie Pięćdziesiątnicy, co wiąże się z tradycją średniowiecznego Rzymu, gdzie święto to bywało określane mianem rosalia lub rosata pascha.

Rosalia dla Śródziemnomorza

Rosalia są jednym z najpiękniejszych przykładów tego, jak w kulturze śródziemnomorskiej przenikają się natura, religia i życie społeczne. Śmierć nie była tu postrzegana wyłącznie jako kres, lecz raczej jako część naturalnego cyklu życia, którego symbolem stawały się wiosenne kwiaty. Być może dlatego róża – choć pełna cierni – do dziś pozostaje jednym z najbardziej wymownych znaków pamięci i miłości. Wręczamy ją tym, których kochamy, i kładziemy na grobach tych, których już nie ma, jakby wciąż przypominała o kruchości życia i jego nieustannym odradzaniu się.

Ilustracja główna została stworzona przy pomocy AI.
Posted on

Nazwy krajów śródziemnomorskich: Portugalia (nie do końca śródziemnomorska)

Toponimy (z greckiego: topos – miejsce, i onymos – imię), czyli nazwy miejsc, często kryją w sobie bardzo ciekawe historie. Rzadko kiedy jednak zaprzątamy sobie nimi głowę. Odwiedzamy Chorwację czy Grecję, kupujemy bilet do Rzymu albo Barcelony – bez wiedzy o tym, dlaczego nazywają się tak, a nie inaczej.

Ja zachęcam, by spotkanie z każdym pięknym miejscem zacząć od poznania opowieści, która ukryta jest w głoskach tworzących jego imię. Może zechcą przekazać nam coś istotnego?

Portugalia

Portugalia jest europejskim państwem położonym na Półwyspie Iberyjskim, graniczącym z na wskroś śródziemnomorską Hiszpanią. Sama jednak nie ma dostępu do Mare Nostrum, a od zachodu i południa oblewają ją wody chłodnego Atlantyku. Mimo to, ze względu na uwarunkowania klimatyczne, historyczne i cywilizacyjne wspólne dla regionów basenu Morza Śródziemnego, często zaliczana jest do kręgu kultury śródziemnomorskiej. I rzeczywiście – z krajami takimi jak Hiszpania czy południowe Włochy łączą ją dzieje, w których ogromną rolę odegrała romanizacja (w ramach prowincji zwanej Luzytanią), tradycja łacińska i katolicka oraz wpływy kultury arabskiej. Do tego dochodzą ciepły, słoneczny klimat, krajobraz rolniczy oraz styl życia typowy dla społeczeństw południowej Europy.

Rzymskie ruiny w mieście Evora

Etymologia nazwy rzymskiej prowincji Luzytania (łac. Lusitania) pozostaje niejasna – wiadomo jedynie, że ziemie te zamieszkiwali Luzytanie. Niektórzy badacze próbowali wyprowadzać ją od imienia antycznego bożka Lususa, domniemanego syna lub towarzysza Bachusa – boga wina. Wydaje się jednak, że ta nikomu wcześniej nieznana mitologiczna postać narodziła się w wyniku błędu w średniowiecznym tłumaczeniu tekstu Pliniusza Starszego, w którym słowo lusum („gry”, „zabawy”), odnoszące się do Bachusa, zinterpretowano jako imię własne. Tak czy inaczej, Luzytania od dawna pozostaje krainą blisko związaną z winoroślą, która i dziś jest tu szeroko uprawiana, stanowiąc jeden z ważnych filarów gospodarki. W tym kontekście legenda o Lususie – rzekomym towarzyszu Bachusa – nabiera symbolicznego sensu: choć powstała z błędnej interpretacji tekstu antycznego, dobrze wpisuje się w rzeczywistość kraju, w którym kultura wina jest niezwykle silna.

Porośnięty winoroślą dom w Porto

Również współczesna nazwa państwa doczekała się wielu interpretacji. Większość z nich odsyła do starożytnego portu u ujścia rzeki Douro, gdzie znajdowało się rzymskie miasto Portus Cale, czyli po prostu „port Cale”. Najprawdopodobniej nazwa tej portowej osady stopniowo ewoluowała: we wczesnym średniowieczu przybrała formę Portucale, by z czasem przekształcić się w Portugal, która objęła cały kraj, podczas gdy samo miasto zachowało skróconą nazwę Porto. W tym sensie Portugalia jest jednym z nielicznych krajów Europy, których nazwa wywodzi się bezpośrednio od nazwy konkretnego miasta.

Porto
Porto

Skąd jednak wziął się element Cale? Językoznawcy przypuszczają, że toponim ten pochodzi z języka celtyckiego, używanego na północnych terenach Półwyspu Iberyjskiego przed romanizacją. Najpewniej odnosił się do plemienia Callaeci (Gallaeci), które – jak sama nazwa wskazuje – zamieszkiwało również region Galicji, położony dziś w Hiszpanii. Rdzeń kal- mógł oznaczać kamień lub skałę. W takim ujęciu Cale oznaczałoby „skaliste miejsce”, „kamienisty brzeg” albo „osadę na skale”. Inni badacze sądzą natomiast, że nazwa ta odnosiła się raczej do mniejszej, dziś już nieistniejącej rzeki; jeszcze inni, nawiązując do średniowiecznych legend, poszukują śladów lokalnego władcy noszącego takie imię.

Porto i widok na rzekę Douro
Porto i widok na rzekę Douro

Obok interpretacji naukowych pojawiają się także bardziej fantazyjne hipotezy. Najpopularniejsza z nich łączy nazwę Portugalia z rodzajem melona lub dyni, który miałby kryć się za słowem Cale i stanowić przedmiot handlu w porcie u ujścia rzeki Douro. Nie istnieją jednak żadne źródła antyczne, które potwierdzałyby tę teorię. Zresztą: czy bożek wina albo skaliste wybrzeże nie są bardziej poetyckie, niż… prozaiczna dynia?