Posted on

Wnętrza malowane

Scena jest bardzo intymna, swojska, jakby działa się po sąsiedzku, tuż za płotem (nomen omen – kompozycja zamknięta jest drewnianymi sztachetami ogrodzenia i fragmentem trawnika usianego drobnymi łąkowymi kwiatami). Maryja jest zaskoczona i z lękiem przyjmuje nowinę, którą przekazuje jej anioł: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc najwyższego osłoni Cię”. Wszystko dzieje się pod portykiem niedużego budynku. Dziewica siedzi na prostym zydlu, sgabello, w tle za nią widać wejście do pomieszczenia i zakratowane okienko umieszczone wysoko pod sufitem. To jedno z pierwszych realistycznych przedstawień wnętrza w malarstwie europejskim. Autorem fresku jest Fra Angelico.

Dotąd człowiek nie próbował zaspokajać swojej ciekawości, nie dociekał przyczyn różnych zjawisk, nie rozwijał wyobraźni. Świat średniowieczny skupiony był nie na życiu doczesnym, lecz na tym, co nastąpi po nim. Wszystko, co miało miejsce tu na ziemi, działo się z woli Boga. Dopiero humanizm zrewoluzjonizował podejście do życia. Ludzie renesansu zaczęli szukać związków między wydarzeniami, eksperymentować i kolekcjonować doświadczenia, ciekawiła ich historia, łaknęli wiedzy. Gombrich w swoim monumentalnym dziele O sztuce nazywa ten moment podbojem rzeczywistości, bo przy całym szacunku dla religii ważne stało się również to, co tu i teraz. W malarstwie zamiast niebiańskiej aury otaczającej świętych otrzymujemy mniej przyjemne dla oka realne postaci przedstawione w równie realnym otoczeniu. Dramatyczna wzniosłość, obecna jeszcze we wczesnorenesansowych dziełach Giotta i Fra Angelica, zamienia się z czasem w brutalną bezpośredniość, tym bardziej poruszającą, im mniej estetyczną. Umiejętność posługiwania się dopiero co odkrytymi zasadami perspektywy tylko ułatwia odzwierciedlanie rzeczywistości i intensyfikuje przekaz, co dla ludzi przyzwyczajonych do klarownych i pełnych wdzięku opowieści sztuki gotyckiej jest początkowo bardzo szokujące.

Fra Angelico, przystepując do pracy, z pewnością musiał zadać sobie pytanie: „Co się działo, gdy Anioł przyszedł zwiastować Maryi, w jakiej sytuacji ją zastał, jaka była wtedy pogoda?”. Takich szczegółów dociekać będą odtąd kolejne pokolenia renesansowych malarzy. Jednak wiedza na temat dawnych realiów życia jest wciąż nikła, stąd krajobrazy, wnętrza, stroje i sprzęty codziennego użytku, stanowiące tło dla scen ze Starego i Nowego Testamentu, przypominają te znane artystom z własnego otoczenia.

Niedoścignionym autorytetem w skrupulatnym, wręcz fotograficznym ukazywaniu rzeczywistości był malarz z północy Jan van Eyck, który z niezwykłą pieczołowitością naśladował faktury materii, mistrzowsko oddając ciężar aksamitu, chropowatość drewna, miękkość futra. Ale przecież początki fenomenu, który nazywamy renesansem, miały miejsce we Włoszech, dlatego to tutaj się zatrzymamy, szukając pierwszych, czasem jeszcze nieporadnych wizerunków domów i wnętrz. Będzie to nie tylko lekcja o tym, jak bardzo takie przedstawienia wpływały na odbiór dzieła i intensyfikowały jego przekaz. Będzie to również lekcja o tym, jak mieszkano w XIV i XV wieku w najbardziej płodnym kulturowo europejskim kraju tamtych czasów.

 

Panorama

Do renesansowych wnętrz zbliżymy się pomału, ostrożnie; tak, jak wczesnorenesansowi malarze z ostrożnością stosowali zasady perspektywy. Swoją drogą podobają mi się te pierwsze nieśmiałe jeszcze próby, w których niepewność miesza się z głębokim przekonaniem, że kierunek zmian jest słuszny.

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy samotnymi jeźdźcami, którzy zbliżają się do nieznanego im miasta. Nagle wyrasta przed nami wzgórze usiane większymi i mniejszymi budynkami. Dominują wieże. Las wież – znak charakterystyczny dla XIII- i XIV-wiecznych włoskich miast, wciąż naznaczonych krwawymi walkami między lokalnymi koteriami. Jesteśmy w Arezzo, a przed bramą stoi św. Franciszek i wypędza z toskańskiego miasta demony.

Arezzo
Giotto, Wypędzenie demonów z Arezzo, ok. 1295–1299 r.

Na fresku Giotta pojawia się jedna z pierwszych trójwymiarowych przestrzeni. Obraz zyskuje głębię, nieśmiało nawiązując do klasycznej perspektywy. Miasto pokazane jest tylko z jednego punktu widzenia, więc artysta nie wykorzystuje całej gamy możliwości, jakie stwarza ten pomysł, za to niemal idealnie ukazuje nam mały żółty domek z loggią usytuowany z lewej strony miejskich murów, tuż nad bramą. Co prawda święty – wzorem średniowiecznych reguł – wciąż jest jeszcze nieproporcjonalnie duży w stosunku do przedstawionych budynków, co ma podkreślić wagę jego osoby, ale przedstawienie miasta wyraźnie zapowiada już renesansowego ducha: domy i wieże są niemal posklejane i nakładają się jedne na drugie, bo – zgodnie z tym, jak widzi z takiej odległości nasze oko – nie rozdzielają ich ulice, place ani ogrody.

W sypialni

Najwięcej renesansowych wnętrz możemy obejrzeć w scenach zwiastowania, narodzin Maryji czy w opowieściach o życiu św. Anny. Weźmy fresk Paola Uccella Narodziny. Po lewej widzimy niosącą dzban służącą. W jej postaci wszystko przywodzi jeszcze na myśl postaci późnego gotyku: taneczny ruch, fałdy spódnicy, powiewający woal czepca, pełne wdzięku wygięcie ciała. Ale schody, po których schodzi, i sypialnia przedstawiona po prawej to już dzieło renesansowe. Pod wysokim łóżkiem ustawiono skrzynię, typową włoską cassone z uchylnym wiekiem, którą zwykle robiono z drewna orzechowego, malowano lub rzeźbiono w sceny mitologiczne czy alegoryczne. Cassone było tradycyjną skrzynią ślubną i posagową oraz ważnym symbolem zamożności i potęgi rodów wchodzących ze sobą w związki poprzez małżeństwo. Na fresku Uccella na cassone siedzi niańka z nowonarodzoną Maryją i szepcze jej do ucha kołysankę.

PAOLO UCCELLO, NARODZINY, 1435 R.
PAOLO UCCELLO, NARODZINY, 1435 R.

Na malowidle uwagę zwracają również ściany. Zgodnie z renesansową modą artysta pomalował je we wzory imitujące tapetę. Zwykle jednak ściany pokoi prywatnych pozostawiano w kolorach neutralnych, freskami natomiast zdobiono ściany komnat reprezentacyjnych. Albo też – ale to już w pałacach najznamienitszych rodów – wykładano je marmurem. Takie przedstawienie widzimy na obrazie Giovanniego Belliniego Zwiastowanie.

To wnętrze, używając współczesnej terminologii, niezwykle luksusowe. Marmurem we wzór szachownicy wyłożona jest także posadzka. Za klęczącą Maryją widzimy fragment łoża zasłoniętego baldachimem z ciężkiej czerwonej tkaniny, której kolor odpowiada przestrzeniom między marmurowymi płytami na ścianie. Co ciekawe, linie na posadzce posłużyły artyście do pochwalenia się mistrzowskim zastosowaniem perspektywy – biegną w głąb ku oknu, wydłużając optycznie pomieszczenie. Z kolei pionowe linie na ścianach pomogły podkreślić wagę ukazanego na obrazie tajemniczego spotkania – zdają się łączyć to, co ziemskie, z tym, co boskie.

Giovanni Bellini, Zwiastowanie, 1500 r.

Podobną sypialnię z marmurową posadzką w szachownicę zobaczymy też u Filippo Lippiego, na obrazie przedstawiającym Madonnę z dzieciątkiem i sceny z życia św. Anny. Mamy tu jeszcze jeden charakterystyczny element wystroju renesansowych wnętrz: pokój wieńczą widoczne belki stropowe, a dodatkowo sufit wykończony jest kasetonami.

Filippo Lippi, Madonna z Dzieciątkiem i sceny z życia św. Anny, 1492 r.
Filippo Lippi, Madonna z Dzieciątkiem i sceny z życia św. Anny, 1492 r.

Na koniec chyba najbardziej intymna spośród malarskich sypialni tej epoki, w której mimo akcentów boskich przeżywamy zwyczajną codzienność. W Zwiastowaniu Lorenzo Lotto wyraźnie łamie konwencję przedstawiania tej sceny. Po pierwsze, odwraca tradycyjny porządek i anioła umieszcza po prawej stronie Maryi, a nie po lewej. Dziewica w swym zakłopotaniu i zlęknionym geście rąk zupełnie nie przypomina stonowanej, godnie przyjmującej wolę Boga matki Jezusa; jest – jak byśmy dziś powiedzieli – dziewczyną z sąsiedztwa, bliską nam, bo do nas podobną. Wreszcie pojawia się i akcent humorystyczny, bo anioł płoszy nie tylko dziewczynę, ale i… kota. Prychając, w popłochu czmycha przed intruzem. Wszystko mówi tu o dopiero co porzuconych czynnościach: na wieszaku wisi biała chusta i czepiec, Maryja odwraca się od modlitewnika, przy którym w momencie najścia z pewnością się modliła, niedopalona świeca na półce i książki każą się domyślać, że poprzedniej nocy czytała przed snem. Ta dbałość o szczegóły sprawia, że scena wydaje się tak bliska i znana, jakbśmy sami w niej uczestniczyli.

Lorenzo Lotto, Zwiastowanie, 1534 r.
Lorenzo Lotto, Zwiastowanie, 1534 r.


W gabinecie

Renesans zapoczątkował proces „pełnego wyposażenia wnętrz”. W początkowo skromnych pomieszczeniach pojawia się teraz cały wachlarz sprzętów odpowiadających nowym upodobaniom (instrumenty muzyczne), modom (stroje, biżuteria, kosztowne nakrycie stołu), potrzebie luksusu (dzieła sztuki, książki). Wszystkie rzeczy muszą znaleźć swoje miejsce, w którym można by je przechowywać i eksponować. W tym czasie rzemieślnicy celują w różnego typu kredensy i stoły pomocnicze (credenza) oraz taborety, krzesła i ławy (np. popularne krzesło Savonaroli, składany fotel zrobiony z wielu wygiętych i krzyżujących się drewnianych listew). Meble te z reguły stawiane są w zakładanych przez zamożne rody bilbiotekach, gdzie pysznią się stare manuskrypty, i w gabinetach, w których pan domu może pochwalić się swoją kolekcją ksiąg, map, globusów. Zbytek i eleganckie meble pieczołowicie odmalowują artyści. Sceny religijne, które w średniowieczu miał charakter konwencjonalny, w sztuce renesansu są niemal dokumentalne.

Vittore Carpaccio, Wizja św. Augustyna, 1501–1503 r.
Vittore Carpaccio, Wizja św. Augustyna, 1501–1503 r.

Vittore Carpaccio w Wizji św. Augustyna pokazuje nam typowy dla tej epoki gabinet. Święty pisze właśnie list do Hieronima, gdy nagle zostaje oślepiony nieziemskim światłem, a głos przyjaciela oznajmia mu o swojej śmierci i wstąpieniu do nieba. W zalewającym komnatę nadprzyrodzonym blasku Carpaccio zestawia przedmioty sacrum i profanum: duża figura Chrystusa z brązu ma swój odpowiednik w statuetce Wenus. Na półce widać bogate zbiory biblioteczne, a pod nią modlitewnik i masywne krzesło obite prawdopodobnie skórą nabijaną ćwiekami. Nad biurkiem wisi globus. Znać, że to pokój osoby wykształconej, która chętnie zgłębia tajniki przyrody.

Biureczko nieproporcjonalnie mniejsze, ale podobnie wskazujące na światłego właściciela, Carpaccio odmalował też w Śnie św. Urszuli. Na pulpicie leży otwarta książka, a stolik przykryty jest czerwonym obrusem z frędzlami. W komnacie panuje błoga cisza, a święta zdaje się spać spokojnym snem, choć tak naprawdę anioł, który zjawił się tu przed chwilą z palmą męczęństwa, zwiastuje Urszuli czekającą ją kaźń.

Vittore Carpaccio, Sen św. Urszuli, 1495 r.
Vittore Carpaccio, Sen św. Urszuli, 1495 r.


Iluzja czy prawda?

Wśród włoskich malarzy jest taki, który nie tylko potrafił namalować wnętrze, ale praktycznie je stworzył. Paolo Veronese wraz z Andreą Palladiem ściśle współpracowali przy budowie jednej z najpiękniejszych podmiejskich willi – willi Barbaro w Maser koło Treviso. Malarz i architekt sprawili, że stanowi ona nierozerwalną część z otaczającym ją krajobrazem, a elementy architektoniczne idealnie współgrają ze zdobiącymi ją malowidłami i rzeźbami.

Freski Paola Veronese w Villa Barbaro, ok. 1560 r.
Freski Paola Veronese w Villa Barbaro, ok. 1560 r.

 

Freski Paola Veronese w Villa Barbaro, ok. 1560 r.
Freski Paola Veronese w Villa Barbaro, ok. 1560 r.

Freski Veronesego pokrywają ściany i sklepienia dziewięciu sal pałacu. Trójwymiarowe gzymsy wtapiają się w iluzjonistyczne pejzaże, w postacie stojące w niszach i naczółki nad drzwiami. Winorośl na panneau z lewej strony pnie się w górę i przechodzi na panneau umieszczone poniżej. Sceny mitologiczne i alegoryczne, malowane w konwencji trompe-l’oeil, mieszają się ze scenami z życia codziennego i portretami realnych osób. Wysoko spod sufitu spoglada na nas Giustiniana Barbaro przedstawiona z młodszym synem, jego niańką, pieskiem i papugą. W drzwiach nagle zastępuje nam drogę myśliwy, z niszy kiwa na nas jedna z muz. Oprawę tych scen stanowią często balustrady i spiralne kolumny do złudzenia przypominające rzeczywiste detale architektoniczne. Trudno rozpoznać, gdzie jest prawdziwy widok za oknem, a gdzie tylko złudzenie krajobrazu, który prowadzi wzrok daleko ku horyzontowi. I tak jak horyzont zdaje się nie mieć końca, tak i wyobraźnia Veronesego nie znała ograniczeń – malarz stworzył wnętrze, które mimo upływu wieków dla wielu wciąż pozostaje ideałem domu.

 

Zdjęcie główne: Zwiastowanie Fra Angelica (San Marco we Florencji), ok. 1437–1445 r.
Posted on

Powrót do ogrodu. Il giardino dei Finzi-Contini Giorgia Bassaniego

Jest taki ogród, w którym zatrzymał się czas: otoczony wysokim murem, tajemniczy, odcięty od świata, z majestatyczną willą ukrytą za drzewami; ogród-dom strzegący zazdrośnie życia swoich mieszkańców, których ostatecznie nie zdoła ocalić przed podmuchem historii. To ogród rodziny Finzi-Continich, bohaterów bestsellerowej powieści Giorgia Bassaniego – jednego z największych włoskich prozaików XX wieku, odkrywcy talentu Tomasiego di Lampedusy.

Ogród rodziny Finzi-Continich ukazał się w 1962 roku nakładem wydawnictwa Einaudi i niemal natychmiast zyskał rozgłos – jeszcze w tym samym roku został uhonorowany prestiżową włoską nagrodą literacką Premio Viareggio. Powieść była modyfikowana w kolejnych wydaniach przy okazji umieszczenia jej w dziele zbierającym całość dorobku pisarskiego Bassaniego, Il romanzo di Ferrara (Powieść ferraryjska), najpierw w 1974 roku, a potem w 1980 roku. Natomiast pierwszy tekst o Finzi-Continich, stanowiący zalążek późniejszego bestsellera, ukazał się już w lutym 1955 roku na łamach «Il caffè politico e letterario» i nosił znany później tytuł Il giardino dei Finzi-Contini (Primo appunto). Całkiem niedawno, bo w stulecie urodzin Bassaniego, rękopis powieści – podarowany przyjaciółce i muzie pisarza, Teresie Foscari Foscolo, prawdopodobnemu pierwowzorowi Micòl – został przekazany przez rodzinę Foscarich bibliotece Biblioteca comunale Ariostea.

Akcja książki toczy się w Ferrarze lat trzydziestych. Fabuła powstała na kanwie historii profesora Silvia Magriniego – ferraryjskiego prezesa wspólnoty żydowskiej – i jego rodziny: żony Albertiny, wiekowej teściowej oraz syna Uberta. Należeli oni do zamożnej burżuazji, byli patriotami, mieszkali z psem w willi otoczonej parkiem, w której znajdował się również kort tenisowy. Przedwojenna Ferrara ożywa dzięki wspomnieniom narratora powieści wywołanym wizytą na etruskich grobach w Cerveteri niedaleko Rzymu. Przywołują one na myśl ferraryjski żydowski cmentarz i grobowiec Finzi-Continich, rodziny, która w czasie II wojny światowej w większości zginęła w obozie koncentracyjnym. Zaginiony świat został ukazany poprzez relacje należących do niego ludzi, a także szczegóły życia codziennego. W centrum uwagi znalazły się dzieje przyjaźni narratora z Albertem Finzi-Continim oraz fascynacja jego tajemniczą siostrą, Micòl (obecne w powieście elementy romansowe były postrzegane przez ówczesną krytykę jako jako próba wkupienia się w łaski czytelnika). Tytułowy ogród-park to miejsce symboliczne, rodzaj rozległego zacisza domowego, ucieczki od rzeczywistości dającej poczucie – jak się okaże, pozornego – bezpieczeństwa.

Mimo że powieść powstała w dobie panowania literatury zaangażowanej (tendencja obecna w literaturze włoskiej mniej więcej do 1960 roku), daleko jej do neorealizmu. Bassaniemu obcy był też eksperymentalizm nowych awangard; pisarz skupił się natomiast na odtworzeniu klimatu przeszłości poprzez ulotne, jakby proustowskie wrażenia. Jak bowiem zauważył Pier Paolo Pasolini, proza Bassaniego nie wyraża rzeczywistości, lecz do niej odsyła, zaś przestrzeń Ferrary, jak napisze Joanna Ugniewska w Miejscach utraconych (Zeszyty Literackie 2014), nie jest przestrzenią fizykalną, lecz doświadczoną, duchową.

Wielkim sukcesem cieszyła się – chociaż sam Bassani wyrażał się o niej krytycznie – adaptacja filmowa z 1970 roku w reżyserii Vittoria De Siki, która w 1971 roku otrzymała Złotego Niedźwiedzia na XXI Festiwalu w Berlinie, a rok później zdobyła Oskara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Ujęcia magicznego ogrodu i willi usytuowanych w powieści przy corso Ercole I d’Este zostały jednak nakręcone nie w Ferrarze, a w Rzymie (Villa Ada, Ogród Botaniczny) oraz w Vedano al Lambro pod Mediolanem (Villa Litta Bolognini).

W Polsce losy rodziny Finzi-Continich mogliśmy poznać już w 1964 roku dzięki znakomitemu przekładowi powieści w wykonaniu Barbary Sieroszewskiej (PIW), nota bene tłumaczki uhonorowanej tegoroczną Nagrodą Literacką im. Leopolda Staffa w kategorii „In memoriam”. Dwa inne ferraryjskie teksty Bassaniego, Złote okulary oraz Między murami, w mistrzowskim tłumaczeniu Haliny Kralowej, ukazały się niedawno – odpowiednio w 2014 i 2017 roku – nakładem „Zeszytów literackich” (one również zostały nagrodzone w III edycji wyżej wymienionego konkursu). Warto sięgnąć po te pozycje, żeby zanurzyć się w dawnej Ferrarze – domu Bassaniego do 1943 roku.

 

Giorgio Bassani, Ogród rodziny Finzi-Continich, tłum. Barbara Sieroszewska, PIW, Warszawa 1964.
Cytowany na początku fragment posłowia Giorgia Bassaniego do Il romanzo di Ferrara w przekładzie Joanny Ugniewskiej.
Zdjęcie główne: kadr z filmu V. de Siki.
Posted on

Zapach marokańskiego domu. Woda z kwiatu pomarańczy i przepis na basboussę

Dla wielu Marokańczyków woda z kwiatu pomarańczy jest zapachem domu. Można go napotkać przede wszystkim w kuchni, gdzie woń ta ulatuje z żarzącego się pieca i bulgoczących garnków. Zazwyczaj przydaje aromatu wypiekom i deserom, ale też zupom, sałatkom, tajinom lub kuskusowi z migdałami i rodzynkami, zwanemu couscous seffa. Jej zastosowania wykraczają jednak poza kulinaria. Woda z kwiatu pomarańczy przydaje się w leczeniu bólów żołądka, łagodzi stany niepokoju, stresu i bezsenności. Skropienie poduszki lub prześcieradła kilkoma kroplami koi nerwy i ułatwia rozkoszne odpływanie w krainę snów. Woda kwiatowa wykorzystywana jest też w pielęgnacji skóry. W krajach Orientu, przed i po obiedzie, ręce spryskuje się esencją pomarańczowego kwiatu; zastosowanie jej stanowi także część kobiecego rytuału piękna. Ze względu na jego uspokajające i łagodzące właściwości, płyn delikatnie wklepywany jest w cerę.


Już samo wytwarzanie wody z kwiatu pomarańczy odbywa się w domowej atmosferze. Mimo przemysłowej produkcji wody kwiatowej, marokańskie rodziny lubią tworzyć swój własny zapas, korzystając z metod rzemieślniczych. Delikatne białe kwiaty gorzkiej pomarańczy gromadzi się w domowym alembiku – trzyczęściowym miedzianym naczyniu służącym do destylacji. Proces rozpoczyna się wówczas, gdy naczynie, którego najniższa część wypełniona jest wodą, postawione zostaje na kuchence. Po chwili pierwsze aromatyczne krople zaczynają kapać z małego kranu prosto do szklanej butelki, która przechowa je do chwili pierwszego użycia.

Ci, którzy chcieliby, żeby ich dom również wypełnił zapach kwiatu pomarańczy, mogą zacząć od poniższego przepisu na basboussę – cytrynowo-jogurtowego ciasta z syropem o smaku kwiatu pomarańczy. Smakołyk ten jest bardzo popularny w Maroku i innych krajach północnoafrykańskich, zwłaszcza podczas spotkań towarzyskich. Smakuje najlepiej dzień po przyrządzeniu. Kiedy chłodzi się w lodówce, ciasto dogłębnie przechodzi wszystkimi smakami.

Przepis na basboussę

Składniki

Ciasto:

– 300 g mąki semoliny lub kaszy manny

– 1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

– 1 łyżeczka soli

– 2 jaja

– 110 g oliwy

– 130 g jasnobrązowego cukru trzcinowego

– 1 łyżka stołowa startej skórki cytryny

– 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

– 300 g jogurtu greckiego

 

Syrop:

– 3 łyżki stołowe wody z kwiatu pomarańczy

– 1 łyżka stołowa soku cytrynowego

– 120 g jasnobrązowego cukru trzcinowego

– 350 ml wody

+ garść płatków migdałowych

 

Sposób przygotowania

  1. Piekarnik podgrzej do 170 °C.
  2. W oddzielnej misce zmieszaj suche składniki (mąka, proszek do pieczenia, sól).
  3. W dużej misce roztrzep jaja, a następnie dodaj oliwę, startą skórkę cytryny, ekstrakt waniliowy, cukier i jogurt. Roztrzepuj do uzyskania jednolitej konsystencji.
  4. Dodaj suchą mieszankę w dwóch lub trzech porcjach. Całość wymieszaj dokładnie trzepaczką tak, aby otrzymać gładkie ciasto o luźnej konsystencji, bez grudek.
  5. Formę do ciasta (ta, z której korzystam, ma wymiary 20 cm x 30 cm) natrzyj oliwą. Wlej ciasto do formy i piecz około 35 min. – lub do czasu, kiedy osiągnie złotobrązowy kolor.
  6. Podgrzej wodę, cukier, wodę z kwiatu pomarańczy i sok cytrynowy w rondelku. Gotuj na wolnym ogniu 3-5 min., mieszając regularnie trzepaczką.
  7. Ciasto polej syropem i poczekaj, aż dogłębnie ostygnie. Z początku płyn będzie się utrzymywał na powierzchni ciasta, ale po pewnym czasie wsiąknie. Posyp z wierzchu płatkami migdałowymi i serwuj!

 

Tłumaczenie: Janusz Barwik

Posted on

Z wizytą w Bet Sze’an – 5 ciekawostek o antycznym mieście

Wiele nazw izraelskich miast zaczyna się od słowa “Beit” lub “Bet”, oznaczającego dom – weźmy choćby Bet Szemesz (“Dom Słońca”), Beit Arie (“Dom Lwa”), Beit Dagan (“Dom Zboża”) czy najsłynniejsze Bet Lehem, znane nam jak Betlejem (“Dom Chleba”). Podobnie rzecz ma się z jednym z najstarszych i najważniejszych ośrodków miejskich na całym Bliskim Wschodzie – słynnym Bet Sze’an, zwanym izraelskimi Pompejami.

Kolumny w Bet Sze'an, fot. Amy Nelson / Flickr, CC BY 2.0
Kolumny w Bet Sze’an, fot. Amy Nelson / Flickr, CC BY 2.0

 

  1. Nazwa

To ważne strategicznie miasto, będące też od wieków istotnym ośrodkiem handlowym, bywa nazywane “Domem Spokoju”, jak również “Domem Słońca”. Toponim wywodzi się od imienia pogańskiego bóstwa Szeana lub Szana. W źródłach, a konkretnie w tekstach egipskich, pojawia się już w XIX wieku p.n.e.; wiadomo przy tym, że okolice te były zamieszkane od V tysiąclecia przed naszą erą.

Bóg pokoju i światła nie jest jedynym opiekunem okolicy; według legend przekazywanych przez Greków, założycielem miasta był sam Dionizos i opiekunka jego dzieci, Nysa. W okresie hellenistycznym stacjonowała tu scytyjska armia, więc ośrodek zyskał miano Scytopolis.

Park archeologiczny
Park archeologiczny w Bet Sze’an, fot. Davidohana 3  / Wikimedia, CC BY-SA 3.0
  1. Historia

Największą atrakcją Bet Sze’an jest bez wątpienia wielki park archeologiczny, gdzie podziwiać można zabytki z czasów kananejskich, egipskich i, przede wszystkim, rzymskich. Rzymska metropolia w Bet Sze’an liczyła sobie minimum 30.000 mieszkańców – dziś możemy niemal cofnąć się w czasie, podziwiając tutejsze ulice z imponującą kolumnadą, monumentalne bramy, ołtarze, wspaniałą agorę i ruiny świątyni boga wina. Czekają na nas także pozostałości amfiteatru, kompleks publicznych łaźni oraz wiekowa synagoga, jak również ruiny Klasztoru Najświętszej Maryi Panny z VI w. n.e., gdzie odkryto słynną mozaikę przedstawiającą kalendarz.

 

Amfiteatr, fot. Tango7174 / Wikimedia, GFDL
Amfiteatr, fot. Tango7174 / Wikimedia, GFDL

 

  1. Nowoczesne akcenty

Antyczne ruiny tego śródziemnomorskiego miasta przyciągają amatorów pięknej scenerii oraz całkiem nowoczesnych podróży w czasie. Warto wiedzieć, że na początku lat ’70 ubiegłego wieku kręcono tu część scen słynnego filmu Jesus Christ Superstar z muzyką Andrew Lloyd Webbera. Dziś tysiące turystów odwiedza park archeologiczny w godzinach wieczornych, by podziwiać niezwykłe pokazy typu “światło i dźwięk”.

Parku Narodowym Gan ha-Szelosza
Rajskie krajobrazy w Parku Narodowym Gan ha-Szelosza, fot. Zairon / Wikimedia, CC BY-SA 4.0

 

  1. Piękna okolica

W północno-wschodniej części miasta znajduje się kanion rzeki Charod, słynący ze ścieżek spacerowych. Można z nich podziwiać m.in. stare tureckie mosty. W Parku Narodowym Gan ha-Szelosza dostępne są naturalne baseny kąpielowe, połączone trzema rzędami wodospadów, jak również zacienione punkty piknikowe.

Palma daktylowa, fot. sharon shlomo / PikiWiki - Israel free image collection project,
Palma daktylowa, fot. sharon shlomo / PikiWiki – Israel free image collection project, CC BY 2.5

 

  1. Symbolika domu

Jednym z symboli miasta Bet Sze’an jest daktylowiec właściwy – roślina charakterystyczna dla tej okolicy, ale mająca także znaczenie metaforyczne. Z liści palmy daktylowej Żydzi budowali szałasy w czasie swojej 40-letniej tułaczki po pustyni; także obecnie używa się ich do krycia dachów. Symbolem “Domu Spokoju” jest więc dar natury, który pozwala tworzyć choćby prowizoryczne schronienie.

Zdjęcie główne: Yair Aronshtam / Flickr, CC BY-SA 2.0
Zdjęcia na licencjach: CC BY 2.0CC BY 2.5CC BY-SA 3.0, GFDLCC BY-SA 4.0
Posted on

Jestem już w domu. Sándor Márai i jego Siostra

Bywają książki, które zdarzają się nam w podróży, w drodze pomiędzy jednym a drugim punktem, nad morzem, w górach czy innych przestrzeniach. Zjawiają się książki ulubione, zakryte, tajemnicze, krytyczne czy odrzucone. Książki-prezenty, książki-dary, książki dzienne i nocne, codzienne i świąteczne. Te, które mówią o odwadze bycia innym, te które opisują małe rzeczy ze świata i te, które dążą do zatrzymania go w całości. Książki obrazowe, bez fotografii, anonimowe i jak najbardziej imienne. Książki, które czytamy, gdy jesteśmy smutni, gdy ktoś odchodzi, gdy w życiu pojawiają się nieodwracalne zmiany.

W każdym z tym rodzajów pisania kryje się po części prawda o Siostrze Sándora Máraiego, autora ObcegoDzienników, Czterech pór rokuŻaru oraz Księgi ziół. Twórczość węgierskiego powieściopisarza, publicysty, felietonisty Radia Wolna Europa, eseisty, coraz silniej zaczyna być rozpoznawana w Polsce. Choć nie było tak od początku. Warto wspomnieć słowa Teresy Worowskiej, tłumaczki dzieł Máraiego, zamieszczone w posłowiu Wyznań patrycjusza. Worowska nazwała tam autora „wielkim nieznajomym” ‒ co wiązało się z odrzuceniem i zapomnieniem o pisarzu w jego własnej ojczyźnie, a także brakiem zainteresowania jego twórczością w innych krajach. Tytułowa Siostra (A Nővér), napisana przez Máraiego jeszcze w 1948 roku, tuż przed emigracją z ojczyzny, potwierdza wyjątkowość literackiego kunsztu autora. Książka ta, po sześćdziesięciu dziewięciu latach, została przetłumaczona na język polski i wydana nakładem Zeszytów Literackich.

Od samego początku, zarówno tego historycznego, literackiego i translatorskiego, książka Siostra uruchamia metaforę czasu. To swoiste opóźnienie, zwlekanie, odciąganie staje się tropem, który przenika niemal każdą część powieści. Słyszymy to już na samym początku, kiedy autor wprowadza nas w dziwny, eteryczny świat Florencji, świat zdarzeń niecodziennych:

Spróbuję opisać to wszystko, czego doświadczyłem w tę dziwną noc Bożego Narodzenia. Obchodziliśmy wtedy trzecią Gwiazdkę II wojny światowej. Czas mija, a dni i noce, jakie nastąpiły po tej Wigilii, przyniosły wiele nędzy i cierpienia. Lecz pamięć tamtego spotkania pozostała żywa w moim sercu i umyśle (…). To, czego się dowiedziałem przynosiło wieści nie o narodach i kontynentach, lecz jedynie o losie pojedynczego człowieka. [s. 5]

Od tego wspominanego Bożego Narodzenia, nieprzypadkowego czasu początku, czasu nocnego, czytelnik poznaje węgierskiego pianistę, który podczas dawania koncertów we Włoszech zapada na tajemniczą i niezrozumiałą chorobę. Stopniowo odbiera mu ona zdolność do gry: ustaje ruch jego dłoni i całego ciała. Pianista, o tajemniczym imieniu Z., spędzając długie dni  florenckim szpitalu, nieustannie toczy rozmowy z lekarzami i pielęgniarkami ‒ siostrami zakonnymi. To one wprowadzają pianistę w świat nieznanego i często niezrozumiałego cierpienia, którego doświadczają w ciszy. Siostry pełne miłosiernej pomocy są pełnoprawnymi rozmówczyniami. To kobiety dające pacjentom poczucie kobiecej czułości i domowej, bezpiecznej obecności. Świadczące samymi sobą o nieskończonej miłości i łagodności, która ocala życie:

Teraz przyszła Cherubina, ta piękność. Nachyliła się nade mną z troską  i ogromnym współczuciem. Złapałem ją za rękę, nie protestowała:
‒ Nie wolno, Maestro ‒ powiedziała. ‒ Pan profesor surowo zakazał. Przez całą noc możemy podać panu tylko ten jeden zastrzyk. Podam panu inny.
‒ Nie chcę ‒ zaprotestowałem. ‒ Siostra wie, że inny jest bez znaczenia. Tylko ten pomaga.
‒ Wiem ‒ głęboko westchnęła.
(…)
‒ Nie wolno się przyzwyczaić ‒ powiedziała. ‒ Stąd te surowe ograniczenia. Bardzo pan cierpi?…
Nie musiałem odpowiadać. Dłoń położyła na czole. Ta dłoń była miękka  i czuła, w dotyku kobiecej ręki zawsze było coś znajomego; takie ręce w chwili narodzin wydobywają człowieka na świat. [s.135]

Nieprzypadkowo jednak studium choroby Márai łączy ze wspomnieniem muzyki. Dźwięk i cisza, piano i słowo tym silniej działają na odbiorcę, im bardziej związane są ze zdarzeniami z minionego życia. Jedno z tych wspomnień, z których Márai tka literacką sieć, dotyczy przyjazdu pianisty do Florencji na zaproszenie ambasadora. Muzyk opisuje je tak:

Po trzech dniach odszukałem ambasadora, podziękowałem i przyjąłem zaproszenie. Dwa dni później przedstawiciel ambasady przywiózł mi paszport ostemplowany wizami, bilet w sleepingu i wszystko to, co mogło mi być potrzebne podczas pobytu we Florencji (…). Pod koniec września, tego samego dnia, gdy popołudniówka, którą kupiłem na dworcu, przyniosła wieść, że Warszawa padła, wsiadłem do pośpiesznego pociągu jadącego do Rzymu, aby udać się do Florencji. To był letni, parny i pełen zapachów wieczór. Z Florencji zamierzałem pojechać do Werony, a potem na kilka dni nad jezioro Garda. Siedziałem przy oknie, patrzyłem na Dunaj, gdy przejechaliśmy most kolejowy. Za trzy tygodnie będę w domu ‒ pomyślałem. [s. 55]

 

„Być w domu” to zwrot i potrzeba, której pragniemy, dom za którym tęsknimy, do którego powracamy w sytuacjach najtrudniejszych. Wyobrażenie domu, jakie wyjawia sam pianista, łączy się jednak z doświadczeniem granicznym. Po pierwsze artysta, przebywając na leczeniu we Włoszech, pozostaje z daleka od swojego węgierskiego domu, rodzinnych miejsc, znanych ulic, przestrzeni bezpiecznych. Po drugie zaś ten tymczasowy, włoski dom, szpital uzdrowień, wypełniony jest echem wojny docierającym z frontu. Obok wspomnień młodzieńczych, narodowych, pojawia się w bohaterze niepokój wywołany wydarzeniami historii. Márai poprzez tajemnicze studium choroby ukazuje nie tylko zmieniający się świat umysłu, świat wewnętrzny, świat jednostki, ale też i theatrum mundi widziane z perspektywy człowieka chorego.

Bohater ujawnia ten stan w nagłych rozmowach, które nie są czymś zaplanowanym, wyreżyserowanym, zdarzają się jako potrzeba chwili. Tylko w taki, czasami może naiwny, czasami jednak zdecydowanie poważny, innym razem jeszcze ostateczny, sposób może pojawić się wspomnienie o świadomości winy, o próbach wyjaśnienia choroby, o arcydziełach, z których składa się świat, o literaturze i kojącej muzyce, wreszcie o przeżywaniu podróży.

Siostra pozostaje unikalnym studium choroby, odwróceniem rzeczywistości życia. Autor zderza bowiem ze sobą dwa światy: pierwszy z nich to ten centralny, domowy, z którego się wywodzimy, w którym uczymy się, czym jest i czym może być początek. Drugi to peryferie, do których kierują nas siły losu. Ale świat nie jest widziany jako coś dwukolorowego, łatwo oddzielonego. Dlatego też Márai tworzy powieść o domu wewnętrznym; domu, który podlega przemianom.

Niespodziewanie zdarza się czasem tak, że szpital staje się namiastką domu, a nawet innym „domem”, czasem na kilka dni, na kilka miesięcy, na jakiś czas. Z jednej strony jest przestrzenią wspólną, kolektywną, z drugiej sprawia, że najpełniej odczuwa się w nim odrzucenie, samotność i osobność. Dla bohatera Siostry szpital jest miejscem, z którego można wyglądać na florenckie pejzaże, choć, ze względu na usytuowanie szpitalnego pokoju wychodzącego na przeciwpożarowy mur, bywały one czasem niedostępne. Ten zaokienny widok wzbudzał jednak w pianiście wspomnienia z początków wizyty w toskańskim mieście. Przypominał sobie pałac Pittich, w którym mieściła się Sala Biała, sala koncertowa; ogrody pełne zapachów wilgotnego lauru i aloesu, ciasne uliczki i zabudowania architektury. Tak doświadczał miasta, w biegu, ciągłym ruchu i nieustającej wyobraźni:

Świadomość, że oto jestem we Florencji, że mogę ją zobaczyć i jej dotknąć, napełniała mnie dreszczem emocji i poczuciem szczęścia. Za chwilę (…) pójdę ciasnymi uliczkami, zmierzając w kierunku katedry, przejdę przez Ponte Santa Trìnita i popatrzę na łagodne wzgórze San Miniato. Czy będę miał dość czasu, aby wynająć samochód i jeszcze przed koncertem zrobić mały wypad do Fiesole?… Z pewnością zdążę. [s. 65]

Miasto było więc dla Z. czymś świadomie istniejącym, pewnym, bliskim, choć jednocześnie zakrytym, jak ze słynnego tytułu Calvina: „niewidzialnym miastem”. Márai pokazuje w ten sposób, że miasto, podobnie jak dom, zmienia się w czasie choroby. Jest wtedy inaczej widziane, inaczej odczuwane, słyszane i niedostępne. Muzyczna podróż do Włoch zamienia się w podróż do wnętrza siebie, do swoich lęków, znamion, zranień.

Ten rodzaj metamorfozy widać również w języku literackim pisarza ‒ z jednej strony kameralnym, ściszonym, fragmentarycznym, z drugiej pełnym metafor, szczegółowych opisów podróży. Dzięki takim zabiegom znika poczucie gęstości opisu, a sam gest powtórzenia informacji, przestrzeni, zdarzeń staje się celowy. Bo powtarzać to znaczy być dalej, być ciągle.

Autor za pomocą Siostry uczy rozmowy o odchodzeniu, o przyjaźni, o pozornych i najprostszych gestach. Siostra to ktoś najbliższy, rodzinny, komu zostawia się sekrety; osoba z którą dzieli się przeżycia, której opowiada się sny, ujawnia swoje wzruszenia i lęki. Choć czasem też zdarzają się rozterki, odejścia i długie milczenie. Jednak oprócz sióstr rodzonych, zjawiają się w życiu przyjaciółki i siostry imaginacyjne ‒ te, których nigdy nie było, których od zawsze brakowało, które pojawiały się w wyobrażeniach i snach, którym mimo nierealności opowiadało się zdarzenia kolejnych dni. W omawianej powieści siostra ma dodatkowo wymiar duchowy – jest strażniczką dobrego i czystego życia, siostrą miłosierdzia.

To właśnie tytułowa siostra uświadamia pianiście, że ten ból, który był w człowieku, musi się ujawnić, powoli, długotrwale. Musi potem zostać opisany, opowiedziany, wyrażony. Nie da to pewności, że, po procesie przeżywania, zniknie na zawsze. Jeśli jednak kiedyś powróci, spotka człowieka-czytelnika przygotowanego, człowieka, który będzie wiedział, że „melodia jest ważniejsza od treści”.

Czytanie książek Máraiego od zawsze pozostawało intymne, osobiste, tajemnicze. Jest w jego powieściach nieustający splot rzeczywistości i snu. Czyta się go w domu, w skupieniu i nadziei, że każde jego słowo, zdanie, poetyka będzie miała moc uzdrawiającą. A sama opowieść trwa dalej…

W jesiennym pokoju zapalam światło i czytam go od nowa, jak gdyby Florencja była tuż obok:

Późno już ‒ mówi. ‒ Ma pan doskonały puls. Pan dużo znosi, Maestro. I wiele się pan nauczył w ostatnich miesiącach. Znakomity był z pana pacjent. Nauczył się pan, że nie wystarczy być chorym, nie wystarczy przyjmować leki. Trzeba też umieć odpowiedzieć. Odpowiedzieć chorobie i temu wszystkiemu, co sprowadza chorobę i zsyła wyzdrowienie. [s.182]

Sándor Márai, Siostra, tłum. Feliks Netz, Zeszyty Literackie, Warszawa 2017

Posted on

Carner Barcelona El Born: Born in Barcelona

Artykuł z serii: Perfumy pachnące Śródziemnomorzem

Zapachy, podobnie jak książki, opowiadają historie i odkrywają tajemnice. Czynią to językiem innym od powieści, a jednak równie przekonującym, trwale zapadającym w pamięć, grającym na emocjach, a zarazem przekazującym wiele konkretnych informacji. W niniejszej serii przedstawiam wybrane przeze mnie perfumy, które zamknięto we flakonach razem z opowiadanymi przez nie sekretami Śródziemnomorza.

Magiczna El Born ma duszę, w której współgrają sięgająca średniowiecza historia i nowoczesność. W wąskich uliczkach słychać rozmowy o sztuce inspirowane wizytami w pobliskich galeriach, niezobowiązujące pogawędki przy mocnej kawie i apetycznych tapas oraz, w modnych butikach i sklepikach, westchnienia nad przedmiotami vintage, czekającymi, aż ktoś da im drugie życie. Czuć aromat palonych kawowych ziaren, tradycyjnych hiszpańskich ciastek, głęboką woń wina, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim – zapach przeszłości.

Czas w El Born płynie nieśpiesznie, choć po zmroku nieco nabiera tempa – i być może to właśnie wtedy, w ciepłym świetle latarni, miejscowe zakamarki mają najwięcej uroku. W perfumach Carner Barcelona El Born uchwycono właśnie atmosferę wieczoru zapadającego nad tym niezwykłym skrawkiem miasta. Są ciepłe, miękkie i smakowite. Otulają jak kocyk, dają poczucie bezpieczeństwa i pozwalają zapomnieć na moment o troskach. Pachną jak kieliszek gęstego likieru, zagryzany lokalnymi smakołykami w niewielkiej kawiarni wciśniętej w mury pamiętające XIV wiek. W malutkim ogródku, gdzie nad głowami gości rozciągnięto sznur kolorowych lampek, życie zdaje się zatrzymywać się w miejscu. Chwila trwa.


Otwarcie pachnidła czaruje rozkoszną, ciemnozłotą barwą miodu. Grube plastry sycylijskich cytryn zawisły w nim jak słońce na popołudniowym niebie. Odrobinę goryczki dodają im kalabryjska bergamotka i zielony dzięgiel. W przytulnym jak ulubiony sweter sercu króluje benzoes. Na jego słodkim żywicznym kobiercu leniwie przeciągają się heliotrop, figa i jaśmin. Cicho mruczą jak puchaty rudy kot, prężący się na parapecie jednego z okien pobliskiej kamienicy…

Niepostrzeżenie pojawiają się nuty bazy, a nad miastem zapada waniliowa noc. Zamiast gwiazd na niebie połyskują aromaty balsamu peruwiańskiego, sandałowca i piżma. Gwar powoli cichnie, śmiechy zamieniają się w szepty, zwiedzanie – w romantyczne spacery. A Ty, obserwując to wszystko pod swoim tymczasowym adresem, okrywasz się szczelniej puszystym pledem i bierzesz ostatni łyk kojącej herbaty przed snem.

 

 

Posted on

Park Güell, Barcelona

Park Güell, Barcelona, fot. Ignacy F. Heringa

Park Güell, dla Hiszpanów – Parque Güell (po katalońsku Parc Güell) jest słynnym barcelońskim ogrodem zaprojektowanym przez katalońskiego architekta Antonio Gaudíego na życzenie jego przyjaciela Eusebi Güella i zbudowanym na początku XX wieku (1900–1914) dzięki finansowaniu tego ostatniego. W swym założeniu stanowić miał luksusowe osiedle dla majętnych mieszczan. Władze miasta wykupiły teren w latach ’20 i przekształciły w park miejski. Jest on otoczony murem wzniesionym z kamieni o nieregularnym kształcie i obejmuje wyspy zieleni poprzecinane ścieżkami, mostami i schodami. W 1969 roku Park Güell wpisano na listę narodowych dóbr kultury, a w 1984 roku znalazł się na Liście światowego dziedzictwa UNESCO. Najbardziej znanym obiektem w ogrodzie jest kolorowa ceramiczna jaszczurka przypominająca smoka, zaś za najbadziej malowniczy fragment okolicy uważa się Gran Placa Circular – wspaniały punkt widokowy otoczony najdłuższą ławką świata.

DSC04885

 

Park Güell, Barcelona, fot. Ignacy F. Heringa

Park Güell, Barcelona, fot. Ignacy F. Heringa

Park Güell, Barcelona, fot. Ignacy F. Heringa

Park Güell, Barcelona, fot. Ignacy F. Heringa

Park Güell, Barcelona, fot. Ignacy F. Heringa

Park Güell, Barcelona, fot. Ignacy F. Heringa

Park Güell, Barcelona, fot. Ignacy F. Heringa

Park Güell, Barcelona, fot. Ignacy F. Heringa

Park Güell, Barcelona, fot. Ignacy F. Heringa

Park Güell, Barcelona, fot. Ignacy F. Heringa

Park Güell, Barcelona, fot. Ignacy F. Heringa

Park Güell, Barcelona, fot. Ignacy F. Heringa

Park Güell, Barcelona, fot. Ignacy F. Heringa

Park Güell, Barcelona, fot. Ignacy F. Heringa

Park Güell, Barcelona, fot. Ignacy F. Heringa

DSC04862

Posted on

Domowe ravioli z dynią

Wbrew pozorom wcale nie lubię spędzać w kuchni zbyt wiele czasu. Najbardziej cenię przepisy, które wymagają tylko kilku składników, jednego naczynia i odrobiny pracy, a i tak wywołują westchnienia zachwytu, jęki rozkoszy i deszcz pochwał. Czasami jednak mam ochotę być jak włoska mamma. W ponure jesienne soboty włączam na cały regulator przeboje Renato Carosone i spędzam popołudnie, lepiąc ravioli, obsypując wszystko mąką i popijając czerwone wino.

Pierożki z ciasta makaronowego są popularne w całych Włoszech, chociaż różnią się nazwą, nadzieniem, kształtem i sposobem podania. Nie ma to jednak znaczenia, bo każdy Włoch i tak powie, że najlepsze ravioli robi jego mama. W Lacjum i Marche pierożki nadziewa się szpinakiem i ricottą z dodatkiem gałki muszkatołowej i parmezanu. Podaje się je polane prostym sosem pomidorowym z bazylią albo roztopionym masłem z liśćmi szałwii i parmezanem. Na Sardynii najpopularniejsze są ravioli nadziewane owczą ricottą wymieszaną ze skórką cytryny oraz culurgiones – ravioli z farszem z gotowanych ziemniaków, sera pecorino i świeżej mięty. W Abruzji zjemy ravioli na słodko, z nadzieniem z owczej lub krowiej ricotty z cukrem i cynamonem. Co zaskakujące, zgodnie z tradycją podaje się je z sosem pomidorowym. W okresie karnawału bardzo popularna jest smażona wersja tych pierożków, już bez sosu pomidorowego i z delikatniejszym ciastem, przygotowywanym z mąki, białego wina i oliwy. Bez dodatku jajek robi się też ravioli na Capri. Wyrabiane z mąki i gorącej wody ciasto przypomina trochę nasze pierogi. Wypełnia się je wiejskim serem caciotta z dodatkiem majeranku, pieprzu i parmezanu, a potem podaje z delikatnym sosem pomidorowym lub długo gotowanym neapolitańskim ragù. W Piemoncie makaronowe pierożki noszą nazwę agnolotti. Nadziewa się je wołowiną gotowaną w winie (stufato alla pavese) i podaje w aromatycznym bulionie.

 

Nad jeziorem Como jadłam niedawno przepyszne ravioli z farszem z jeziornych ryb. W Wenecji próbowałam pierożków z nadzieniem z leśnych grzybów z niesamowitym ragù z kaczki. Jednym z najprzyjemniejszych kulinarnych wspomnień z Apulii są pierożki z nadzieniem z brokułów i śmietany, podawane z delikatnym sosem z małżami. Moje ulubione pierożki pochodzą natomiast z Lombardii i Emilii-Romanii, gdzie występują pod nazwą tortilli di zucca. Lekko słodkawe dyniowe nadzienie i pikantny sos z masłem i cytryną skutecznie poprawiają humor w chłodne deszczowe wieczory. Z pewnością czyjaś mamma robi te pierożki lepiej, ale gwarantuję, że mój przepis też jest całkiem niezły!

 

Ravioli z dynią

 4 porcje

 

 Ciasto

400 g mąki (typ ’00’)

4 jajka

łyżka oliwy

 

Mąkę przesiewamy na stolnicę.

Robimy wgłębienie, w które wbijamy jajka.

Dodajemy łyżkę oliwy do jajek i stopniowo mieszamy z mąką.

Zagniatamy ciasto. Ugniatamy, aż będzie gładkie i elastyczne.

Formujemy kulę z ciasta, przykrywamy i odstawiamy, żeby ciasto odpoczęło i nabrało miękkości.

Ciasto powinno odpoczywać przez co najmniej 45 minut, najlepiej nawet 2 godziny – będzie łatwiej je rozwałkować.

 

Farsz

purée z dyni:

dynia piżmowa (ok. 600g)

łyżka oliwy

szczypta soli i pieprzu

 

250 g ricotty

50 g startego parmezanu

1 jajko

łyżeczka startej gałki muszkatołowej

1/2 łyżeczki świeżo zmielonego pieprzu

Najpierw robimy purée z dyni.

Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni.

Dynię obieramy i kroimy w kostkę.

Układamy na wyłożonej papierem do pieczenia blasze.

Skrapiamy oliwą, doprawiamy solą i pieprzem, mieszamy.

Pieczemy przez około 35 minut, aż dynia będzie miękka.

Studzimy i blendujemy na gładkie purée.

 

Pozostałe składniki farszu mieszamy z purée z dyni.

 

Gotowe ciasto dzielimy na 4 części i trzymamy pod przykryciem.

Pierwszą część ciasta rozwałkowujemy bardzo cienko na posmarowanej mąką stolnicy.

Połowę ciasta smarujemy wodą lub roztrzepanym białkiem.

Na tej części układamy po łyżeczce farszu w odstępach około 3 cm.

Przykrywamy drugą połową ciasta i dociskamy palcami.

Wycinamy pierożki: możemy wyciąć kwadraty nożem lub radełkiem. Ja użyłam okrągłej foremki do ciasteczek.

Powtarzamy z pozostałym ciastem i farszem.

Gotowe ravioli gotujemy w garnku z osoloną wodą przez około 3 minuty.

 

Sos

4 łyżki masła

2 ząbki czosnku, pokrojone w plastry

2 czerwone papryczki chili, pokrojone w plastry

sok z jednej cytryny

kilka gałązek tymianku

 

Na patelni rozpuszczamy masło na średnim ogniu.

Dodajemy czosnek i chili, podsmażamy.

Dodajemy garść listków tymianku.

Zwiększamy ognień, dodajemy sok z cytryny i smażymy przez minutę.

 

Ravioli polewamy sosem i posypujemy świeżo zmielonym pieprzem.

 

Posted on

Egipt: haram halal Piotra Ibrahima Kalwasa

Egipt: haram halal to reportaż Polaka, muzułmanina i Egipcjanina z wyboru, który, zamieszkawszy w Aleksandrii, próbuje zgłębić arabską mentalność. Co najbardziej przyciąga jego uwagę? Kaleczone kobiety, religijny fanatyzm, antysemityzm, kasty, brud i smród. Opisuje je tak, że każdemu, kto barykaduje się bliżej dowolnego końca światopoglądowej osi, ręce trzęsą się z podniecenia. Tym z prawej, bo wreszcie ktoś powiedział głośno, co to za dzicz; nawet on, muzułmanin, dowala im z całej siły! Tym z lewej, bo mogą sobie poużywać: to bzdura, że krytykuje, bo kocha. Takie książki wyrządzają wielką szkodę, nakręcając spiralę nienawiści, a trzeba nieść pokój, miłość, zrozumienie, choć mielibyśmy je wtykać w usta siłą, bez sprawdzenia, czy smakuje. Głowa puchnie od tych dyskusji czarno-białego świata, który udaje, że widzi przekrój tęczy.

 

Kalwas natomiast, precyzyjnie i kunsztownie, rzeczywiście ją przekroił, a potem opisał soczystą, dosadną i żywą polszczyzną. Sprowokował obie strony: opisywanych i szukających opisu, rozmówców i czytających. Pokazał, że można kochać – wielokrotnie podkreśla wszak swą miłość do Egiptu – ale nie zawsze akceptować w każdym calu; że można odrzucać, ale najpierw, przede wszystkim, trzeba poznać, zgłębić, wysłuchać. Opisał pełną zakłamania i kuriozalnych kontrastów, nierzadko przerażającą egipską rzeczywistość: świat, w którym co innego mówi się cudzoziemcom, a co innego zachowuje dla bliskich; lud, który walczy o wolność, aby zaraz rozwieszać plakaty z wizerunkiem kolejnego dyktatora; Orient, który panicznie boi się Innego, w tym także Ciebie i mnie. Przy okazji – choć nie wiem, na ile celowo – Kalwas pokazał jednak zakłamanie Zachodu; równie paskudne, choć kwitnące w innych dekoracjach. Jego książka oburza nas i złości; jej bohaterowie odrażają, a ich świat przeraża. Boimy się ich tak samo, jak oni nas, zapominając, że autor, choć opisał tak wiele okropieństw, nadal, świadomie, tam właśnie buduje swój dom. Czy podobnej książki oby na pewno nie dałoby się napisać o Polsce? O Europie? Czy tragiczne sprzeczności i tu nie czekają na nas na każdym kroku? Może po prostu przywykliśmy do nich tak bardzo, że zupełnie ich już nie zauważamy…

 

 

Kalwas, dzięki przenikliwemu spojrzeniu i reporterskiej dociekliwości, udowodnił, że zakłamanie i lęk przed innością ma się dobrze zawsze i wszędzie. I w “nich”, i w “nas”, i we Wschodzie, i w Zachodzie. Z prawej i z lewej. By świat przetrwał, konieczna jest zmiana z obu stron, choć, podobnie jak do sprzątania aleksandryjskich ulic, brakuje chętnych do jej przeprowadzenia. A jednak trzeba szukać drogi, choćby szlak znajdował się pod hałdami śmieci. Trzeba założyć gumowe rękawiczki i odgarnąć cuchnącą masę – by znaleźć to, czego nie zobaczą biało-czarni, a co znalazł Kalwas. Coś, co nie zawsze jest zrozumiałe, ale żyje, pulsuje, fascynuje, wzbogaca. Parafrazując autora – cudowny, nieodgadniony, pojebany świat.
Piotr Ibrahim Kalwas, Egipt: haram halal, Dowody na Istnienie, Warszawa 2015

Posted on

Chlebowy taniec i inne ciekawe obyczaje ślubne

Na porządku dziennym podczas wielu europejskich ślubów jest posypywanie nowożeńców ryżem. Korzenie tego ciekawego i wiekowego obyczaju prowadzą nas do pieczywa właśnie – sięgają bowiem czasów Starożytnego Rzymu, kiedy występował on pod postacią chleba. Uwieńczenie confarreatio  – tradycyjnej ceremonii zaślubin patrycjuszy – stanowiło przełamanie lub rozkruszenie chleba nad głową panny młodej. Był to bardzo znaczący rytuał. Nasiona i chleb od zarania dziejów symbolizowały przecież płodność i życie oraz, jak wierzono, mogły mieć wpływ na przyszłe powodzenie w życiu rodzinnym. Znaczenie chleba uwidacznia się już zresztą w samej nazwie ceremonii confarreatio, która wywodzi się od chleba orkiszowego, panis farreus. W późniejszym okresie rytuał ten przekształcił się w zwyczaj posypywania pary młodej okruchami chleba, pszenicą lub ziarnami innych zbóż, czym upodobnił się do współczesnego rzucania ryżem.

Pląsy i dąsy

W dzisiejszej Macedonii wyjątkowe miejsce w porządku weselnego wieczoru zajmuje oryginalny taniec z okrągłym bochnem słodkiego chleba zwanego koluk. Tak jak w przypadku wielu rytualnych rodzajów chleba, jego kształt symbolizuje więź bez końca. Wpierw chleb uderza w tany w objęciach Nunko, ojca chrzestnego, który dumnie prezentuje swoje ruchy otoczony tanecznym kręgiem zwanym horo. Kołysząc się, unosi on koluk ponad głowy nowożeńców, którzy teraz wkraczają na scenę. W końcu do zabawy włączają się także rodzice, babcie oraz pozostali goście, jedni po drugich podrygując z chlebem. Skończywszy pląsy, panna i pan młody wdają się w pojedynek, którego celem jest zdobycie większej części koluka. Chwytają go oni i ciągną, każde w swoją stronę, tak mocno, jak tylko potrafią. Mówi się przecież, że to z nich, które zdobędzie największy kawałek pieczywa, będzie rządzić w domu.

Focacce i precle

Nie tylko Macedończycy nie wyobrażają sobie weseliska bez chleba. I tak na przykład, w niektórych wioskach włoskiej Kalabrii miewały miejsce podobne chlebowe bitwy. Bochenkiem na służbie była tu olbrzymia focaccia, ozdobiona wypiekanymi podobiznami ptaków i innych zwierząt. Tak jak podczas macedońskich uroczystości, państwo młodzi uczepieni krańców focacci próbowali uszczknąć jak największą jej część.

Wreszcie, co nie mniej ważne, pamiętne zaślubiny nie mogą rozpocząć się bez odpowiedniego zaproszenia. Do początków XX wieku w wiejskich regionach Cypru nie wypadało spraszać weselników za pośrednikiem czegoś tak pospolitego jak papierowe zawiadomienie o uroczystości. W jego miejsce przyszłym gościom wręczano osobiście specjalny precel zwany glystarka. Alternatywą był dla niego bochenek pomyślany jako splot dwu połówek – symbol więzi między kochającą się parą.

Tłumaczył: Janusz Barwik
Zdjęcie główne: Monika Grabkowska / Unsplash
Posted on

Uciekał za słońcem. Rozmowa z Izabelą Kopeć o Ludomirze Michale Rogowskim

ARTYKUŁ Z CYKLU: LUDZIE ŚRÓDZIEMNOMORZA

 

Ukazała się właśnie Twoja nowa płyta nagrana z Ewą Pelwecką (fortepian), Michałem Lisiewiczem (skrzypce) i Orkiestrą Teatru Wielkiego Opery Narodowej pod batutą Łukasza Borowicza. Pokazaliście Polakom utwory zupełnie nieznanego artysty. Nie mogę nie zapytać: dlaczego Rogowski? Pamiętam do dziś swoje zaskoczenie, kiedy kilka lat temu – Twoje prace nad płytą trwały przecież dosyć długo – usłyszałam o projekcie od zaprzyjaźnionych Chorwatów. Wydawali się doskonale zaznajomieni z twórczością kompozytora, ja zaś nie bardzo wiedziałam, o kim jest mowa.

 

Lubię podejmować wyzwania, zajmować się tematami, których nikt wcześniej dogłębnie nie studiował. Na nazwisko Rogowskiego natknęłam się około 5 lat temu i, szczerze mówiąc, dosyć szybko odniosłam wrażenie, że jestem mu winna uwagę. Zaczęłam szukać informacji na jego temat – odwiedzałam biblioteki, studiowałam rękopisy, zwracałam się do różnych towarzystw. Znalezienie materiałów nie było proste: stworzona przez niego muzyka wokalno-instrumentalna nie została nigdy wcześniej nagrana, a jego postać najczęściej łączona jest nie z Polską, a z Dubrownikiem, gdzie spędził pokaźną część swojego życia. Wydawał mi się jednak niezwykle intrygujący, a jego wrażliwość bliska mojej. Bardzo interesował się zjawiskami pananormalnymi – kto wie, może zadziałała tu jakaś wyższa siła?


Zależało mi ogromnie, by przypomnieć jego twórczość. Wybrałam więc najciekawsze artystycznie pieśni – francuskie (Rogowski przez długi czas mieszkał także we Francji), chorwackie i polskie. Dziś, 63 lata po jego śmierci, ukazują się one po raz pierwszy i dla wielu będą prawdopodobnie pierwszą okazją do spotkania z nim. Jest to o tyle zaskakujące, że Rogowski był wielkim patriotą, także w sensie artystycznym: pragnął stworzyć styl narodowy w oparciu o folklor polski.

W czasach, gdy polscy twórcy hołdowali kosmopolityzmowi, walczył o propagowanie polskiej muzyki i wykonywanie dzieł polskich kompozytorów na naszych scenach. W dwudziestoleciu międzywojennym uważano go za jednego z najzdolniejszych kompozytorów.

 

I, jak większość ponadprzeciętnych artystów, różnił się znacznie od sobie współczesnych.

 

Przede wszystkim bardzo czynnie poszukiwał inspiracji, także w kulturach innych krajów. Pisał np. pieśni do francuskich tłumaczeń tekstów poetów chińskich z XVIII wieku. Fascynowało go malarstwo – utrzymywał kontakty z École de Paris, przyjaźnił się z Mojżeszem Kislingiem, zwanym “Księciem Montparnasse”. Był także wielce utalentowanym publicystą; zajmował się teorią muzyki oraz wpływem charakteru narodu na sztukę muzyczną danego kraju. Wzruszają jego osobiste zapiski – weźmy choćby te o jaskółczych gniazdach i mieszkających w nich ptakach. Świadczą o wielkiej wrażliwości, także na słowo; widać po nich, że był niebywale czuły i delikatny. Muzyka była w jego przypadku elementem większej układanki.

 

On sam, jak to często z geniuszami bywa, łączył chyba w sobie sporo sprzeczności. Mawiał, że urodził się w Polsce, ale, choć jest wielkim patriotą, dobrze czuje się tylko na Południu. Podkreślał, że tylko w Dubrowniku jest tak naprawdę wśród swoich. Jak to tłumaczyć?

 

Prym w naszym kraju wiódł wówczas Szymanowski; dzieła Rogowskiego, początkowo chwalone, szybko zaczęto poddawać krytyce. W swoich pamiętnikach podkreślał, że w pewnym momencie coraz bardziej pogłębiało się w nim poczucie izolacji. Poczułem, że muszę uciekać za słońcem. – napisał, a za słowem niedługo poszły czyny. W pierwszej kolejności zdecydował się na wyjazd do Paryża, szybko jednak zasmakował w śródziemnomorskim pejzażu, przenosząc się na Południe Francji: dyrygował m.in. w Nicei i Monte Carlo. Ostatecznie, w drugiej połowie 1926 roku, osiadł w Dubrowniku, który poznał podczas wcześniejszych podróży koncertowych. Zatrzymywał się wówczas w hotelu Grand Imperial, dzisiejszym Hiltonie – to z tamtejszego tarasu po raz pierwszy widział panoramę miasta, w której zakochał się bez pamięci. Później od władz miasta otrzymał kwaterę w dawnym klasztorze św. Jakuba. Rogowski widział w Chorwatach południową wersję Polaków; czuł się tu jak w domu, ale bez ciężaru układów i intryg. I miał słońce, co jest nie do przecenienia.

Izabela Kopeć
Izabela Kopeć


Ale to francuskie mu nie wystarczało.

Rogowski postulował wykorzystanie muzyki ludowej jako źródła twórczości muzycznej, zarówno w sferze inspiracji, jak i materiału. Chciał związków ze słowiańszczyzną – pamiętajmy, że jednym z jego osiągnięć było m.in. stworzenie tzw. skali słowiańskiej. Pragnął żyć na Południu, ale z dostępem do takich impulsów dla swojej twórczości, jakie były mu bliskie. Podobno jego nianią była Ukrainka – jako małe dziecko słuchał jej wschodnich, foklorystycznych pieśni; te same tematy eksplorował potem w pieśniach chorwackich. Chorwacja była dla niego po prostu idealna.

W Dubrowniku jestem wśród swoich, którzy mnie lubią najpewniej dlatego, że i ja ich lubię, którzy mówią językiem zbliżonym do polskiego, których rozumiem, gdyż są bardzo podobni psychicznie do Słowian mojego szczepu. Zdobyłem tu niejako drugą ojczyznę, którą kocham nieomal tak samo gorąco, jak pierwszą… – pisał.

Nie dziwi, że został tam i tworzył aż do swojej śmierci w latach ’50. Bez wątpienia Dubrownik dawał mu szczeście. Chłonął tam południową kulturę, a jednocześnie nigdy nie popadł w niebezpieczną przesadę. Na pewno nie bez znaczenia były też względy praktyczne: nadmorski klimat doskonale służył jego zdrowiu.

 


Czy myślisz, że Rogowskiemu była bliska cała kultura śródziemnomorska? Są jakieś ślady fascynacji nią w jego twórczości?

 Tak, jak najbardziej. Wśród tytułów jego kompozycji zwracają uwagę nawiązania do greckiej mitologii; wiemy, że dążył do realizacji ideału sztuki dionizyjskiej.

Chętnie i często portretował śródziemnomorską florę – za przykład może posłużyć coś w rodzaju zielnika, który stworzył, opisując w swoich pieśniach śródziemnomorską florę. Rogowski mocno podkreślał też w swoich pismach związek życia twórcy z jego dziełami; wierzył, że biografia jest nierozerwalnie związana z efektami naszych działań. Morze Śródziemne było mu więc koniecznie potrzebne, by tworzyć: kochał i chłonął jego piękno, aby oddawać je w swoich kompozycjach.

 

Dziś, sięgając po Twoją płytę, mamy szansę je poznać.

Bardzo serdecznie do tego zapraszam. Tą miłością można się zarazić.

 

Izabela Kopeć dziękuje dr Ewie Wojtowicz i dr Jolancie Guzy-Pasiak za materiały źródłowe o M.L. Rogowskim.

Posted on

Rzym śladami Ennia Morricone (cz. IV)

W dniu 14 października odbędzie się w Łodzi koncert Ennia Morricone. Z tej okazji na antenie radia RMF Classic, w ramach cyklicznej audycji poświęconej wybitnemu kompozytorowi, opowiadam o tych zakątkach Rzymu, które są muzykowi najbliższe. Poniżej dostępny jest zapis tekstowy moich opowieści.

 

 

Muzyka wśród atletów 

Foro italico jest rzymskim kompleksem sportowym zaprojektowanym przez architekta Enrica Del Debbio w latach dwudziestych ubiegłego roku; jego budowę zakończono w roku 1960, na igrzyska olimpijskie. Nasłynniejszą częścią kompleksu jest tzw. Stadio dei Marmi – stadion lekkoatletyczny z 60 marmurowymi posągami ofiarowanymi przez wybrane włoskie prowincje i przedstawiającymi atletów różnych dyscyplin.

Stadio dei marmi, fot. Ho visto Nina volare / Flickr, CC BY-SA 2.0
Stadio dei marmi, fot. Ho visto Nina volare / Flickr, CC BY-SA 2.0

Częścią Foro Italico jest stadion narodowy Stadio Olimpico. To tu swoje mecze rozgrywają dwie rzymskie drużyny, Lazio oraz Roma, a wspominaliśmy, że Morricone jest wielkim miłośnikiem tej ostatniej. Jako że stadion pomieścić może ponad 82 tysiące widzów, również chętnie wykorzystuje się go do organizacji prestiżowych koncertów. W lipcu odbył się tam rzymski koncert Maestra w ramach tournee The Sixty Years of Music; dochód z niego kompozytor przekazał w całości na cele charytatywne, a konkretnie na badania nad komórkami macierzystymi w Campus Biomedico di Roma. Morricone na Foro Italico pojawiał się już wcześniej wielokrotnie, także w sposób symboliczny. I tak na przykład, kiedy przyznano mu Oscara w roku 2016 – za muzykę do Nienawistnej ósemki Q. Tarantino – podczas meczu między Romą a Fiorentiną rzymska drużyna złożyła mu hołd. Na wielkich ekranach stadionu pojawiła się fotografia Maestra ze statuetką w ręku, a z głośników popłynęła jego muzyka. Późną wiosną tego roku natomiast nuty Morricone były obecne podczas pożegnania Francesca Tottiego z kibicami Romy. I to właśnie muzyka Morricone wywołała u piłkarza niepohamowane łzy wzruszenia.

 

Nad brzegiem rzeki

 

Mówiliśmy już o Zatybrzu – dzielnicy, w której Morricone urodził się i wychował, jednak w rzymskim spacerowniku śladami Maestra nie może także zabraknąć samej rzeki Tyber.  Nad jej brzegiem młody Ennio występował w czasie wojny, dając koncerty w klubie prowadzonym przez Amerykanów, w okolicy wspomnianego już wcześniej Foro Italico.

W zespole mieli trąbkę, fortepian, kontrabas, perkusję i skrzypce. Jak przyznaje jednak sam Morricone, grali kiepsko, a dodatkowym przykrym wspomnieniem pozostaje do dziś zachowanie właścicieli klubu – nie płacili muzykom pieniędzmi, tylko jedzeniem lub papierosami. Było to dla młodego Ennia upokarzające doświadczenie, do dziś kojarzące mu się z wojenną biedą i lękiem o jutro.

Tyber
Tyber

Dziś na szczęście brzeg Tybru kojarzy się większości rzymian z przyjemnym spędzaniem czasu – nadal jest tu mnóstwo lokali, barów, restauracji, dyskotek, a cała okolica ożywa oczywiście latem, kiedy dodatkowo swe podwoje otwierają rozmaite ogródki i tarasy. Jednym z takich uroczych miejsc jest lokal zwany Feria, słynący wśród rzymian z pięknego ogrodu pachnącego lawendą. Turyści powinni udać się też do tzw. Riverside Market, czyli po prostu ciągnącego się wzdłuż rzeki targowiska w angielskim stylu, gdzie godzinami można przechadzać się między stoiskami, pić drinki, kupować smakołyki, słuchać muzyki.

Kto zaś woli odrobinę przygód z dreszczykiem – albo po prostu nie odwiedza Rzymu w sezonie letnim – powinien udać się do położonego nad Tybrem, dokładnie na Lungotevere Prati 12, ok. 10 min. drogi od Watykanu, Muzeum Dusz Czyśćcowych. Co tu znajdziemy? Modlitewnik, poszewkę od poduszki, blat stołu, parę sztuk odzieży i zestaw Biblii. Łączą je tajemnicze ślady – palce czy dłonie odciśnięte przez czyśćcowe dusze, które ponoć próbowały wejść w kontakt z naszym światem. Jeśli nie macie bardzo mocnych nerwów, dodam na uspokojenie, że na szczęście ekspozycja obejmuje tylko jedną salę.


Tam, gdzie hula wiatr

Ostatnim punktem na rzymskiej mapie Ennia Morricone, który musimy koniecznie wymienić, jest Il Gesù (Kościół Najświętszego Imienia Jezus) przy Via degli Astalli – główny kościół zakonu jezuitów w Wiecznym Mieście. Świątynia ta stanowi prototyp wielu barokowych kościołow jezuickich w całej Europie; wzniesiono ją w drugiej połowie XVI wieku, a jej fasada, zaprojektowana przez Giacoma della Portę, uważana jest za pierwszą barokową fasadę świata.

Kościół Il Gesù, fot. Alessio Damato / Wikimedia, CC BY-SA 3.0
Kościół Il Gesù, fot. Alessio Damato / Wikimedia, CC BY-SA 3.0

W tym właśnie miejscu, 10 czerwca 2015 roku, miało swoją premierę wielkie dzieło Moriccone – Missa Papae Francisci czyli Msza Papieża Franciszka, skomponowana z okazji 200. rocznicy odnowienia Towarzystwa Jezusowego. Morricone osobiście poprowadził wówczas Rzymską Orkiestrę Symfoniczną oraz połączone chóry Akademii św. Cecylii oraz Opery Rzymskiej. Ciekawostką jest fakt, że była to pierwsza msza napisana przez kompozytora, który, nota bene, zawsze podkreśla, że jest osobą bardzo religijną – media rozpisywały się więc o wydarzeniu w tonie “dopiero Bergoglio przekonał Ennia”. Tak naprawdę największą zasługę ma w tym jednak żona artysty, Maria, z którą ślub wziął w dalekim 1956 roku. Od wielu lat prosiła męża o napisanie mszy – zgodę wyraził jednak dopiero w roku 2012. Skomponowana muzyka jest stylistycznie bardzo typowa dla Morricone, zgodnie z jego założeniem, że powinna być od razu rozpoznawalna jako dzieło jego autorstwa; kompozytor nie ukrywa także, że uważne ucho wytropi w niej echa ścieżki dźwiękowej z Misji – filmu, który opowiada przecież autentyczną historię misji założonej i prowadzonej przez jezuitów.

Przy okazji warto dodać, że z kościołem Il Gesù, a w zasadzie z placem przed świątynią, wiąże się jedna z najstarszych rzymskich legend, wedle której, podobno, zawsze czuje się tu powiew wiatru. Dlaczego? Otóż rzymianie wierzą, że niegdyś wraz z wiatrem przybył w to miejsce sam szatan, zaciekawiony faktem, że zbiega się tu aż 5 ulic. Postanowił wejść na chwilę do kościoła, a wiatr miał na niego zaczekać na przed wejściem. Diabłu jednak nie udało się nigdy wyjść ze świątyni, a wiatr nadal czeka na niego przed drzwiami…

 Zdjęcia na licencjach: CC BY 2.0CC BY-SA 3.0
Posted on

Rzym śladami Ennia Morricone (cz. III)

W dniu 14 października odbędzie się w Łodzi koncert Ennia Morricone. Z tej okazji na antenie radia RMF Classic, w ramach cyklicznej audycji poświęconej wybitnemu kompozytorowi, opowiadam o tych zakątkach Rzymu, które są muzykowi najbliższe. Poniżej dostępny jest zapis tekstowy moich opowieści.

 

W cieniu kwadratowego Koloseum

Maestro, choć zachował swoje ukochane lokum przy Placu Weneckim, dziś mieszka wraz z żoną w dzielnicy EUR. Jest to także adres jego syna i wielu osób ważnych dla jego biografii: i tak na przykład, przy via Birmania w tej samej okolicy mieszkał Sergio Leone, a dziś jego syn Andrea. Sąsiadami kompozytora są lub byli także liczni piłkarze jego ukochanej drużyny Roma, w tym Francesco Totti, który miał apartament na osiedlu Torrino.

Przypomnijmy, że nazwa EUR stanowi skrót od Esposizione Universale di Roma – jest to założenie urbanistyczne w południowo-zachodnim Rzymie, w latach ’30 ubiegłego wieku wybrane przez Mussoliniego na miejsce wystawy światowej. Dziś mieści się tu centrum biznesowe włoskiej stolicy.

Colosseo quadrato, fot. Alexandre Delbos / Flickr, CC BY 2.0
Colosseo quadrato, fot. Alexandre Delbos / Flickr, CC BY 2.0

Jednym z najsłynniejszych budynków Eur, na który bez wątpienia często pada wzrok Maestra, jest Palazzo della Civiltà Italiana (Pałac Kultury Włoskiej, Palazzo della Civiltà del Lavoro) – doskonały przykład monumentalnej architektury modernistycznej przełomu lat ’30 i ’40. Znany jest on także jako Kwadratowe Koloseum (Colosseo Quadrato) – ze względu na widoczne inspiracje architekturą starożytną. Pokazywano go w wielu filmach; wykorzystywany jest też jako przestrzeń, w której organizuje się prestiżowe gale i przyjęcia. Prześledziwszy rzymską kronikę towarzyską, dowiemy się, że nierzadko spotkamy na nich właśnie maestra Morricone.
Relaks pod pinią

Kompozytor podkreśla w wywiadach, że nieczęsto jeździ na prawdziwe wakacje, rozumiane jako wycieczka do innego kraju w celu wypoczynkowym. Przyznaje jednak, że w ostatnich latach chętnie organizuje z żoną kilkudniowe wypady nad rzymskie morze. Z dzielnicy EUR jest tam szczególnie blisko – kierując się dalej na południe od miasta, dojeżdżamy bowiem do Ostii nad Morzem Tyrreńskim. To ulubiona plażowa okolica rzymian, dla Morricone ważna także z innego powodu – to tutaj zginął przecież Pier Paolo Pasolini, zamordowany pewnej listopadowej nocy 1975 roku. Wielki włoski reżyser był bliskim współpracownikiem kompozytora, który napisał muzykę do wielu jego filmów, w tym do Salò, czyli 120 dni Sodomy oraz do Teorematu.

Starożytna Ostia i jej pinie, fot. Andy Montgomery / Flickr, CC BY-SA 2.0
Starożytna Ostia i jej pinie, fot. Andy Montgomery / Flickr, CC BY-SA 2.0

Warto wiedzieć, że Ostia pełniła przez wieki rolę głównego portu Rzymu. Ja lubię porównywać ją do dzisiejszego Fiumicino – to właśnie jej mury widzieli w pierwszej kolejności przybywający do stolicy imperium, tak jak dziś wita nas lotnisko Leonarda da Vinci. Przez lata muł nanoszony przez Tyber sprawił jednak, że dziś Ostia antyczna znajduje się ok. 5 km od morza. Oglądać możemy tutaj rozliczne świątynie, teatr, łaźnie, sklepy, budynki mieszkalne – słynne insulae, czyli domy czynszowe. Całą okolicę porastają drzewa piniowe, a z nasion szyszek można ubić sobie na kamieniu pyszną podstawę do pesto. A skoro o jedzeniu mowa, dodajmy jeszcze, że najlepsze na świecie spaghetti alle vonghole, czyli spaghetti z małżami, podawane są w nadmorskiej restauracji przy siódmym wejściu na miejscową plażę, zaraz za Castel Porziano (między Ostią a Torvaianica).

Witamy w westernie

Trudno jest mówić o filmie, w tym także o muzyce filmowej, bez wspominania o Cinecittà – największym studiu filmowym we Włoszech, znajdującym się na przedmieściach Rzymu. Powstało ono w 1937 roku; zajmuje przeszło 40 hektarów. Na terenie tego prawdziwego filmowego miasteczka znajdują się m.in. 22 hale zdjęciowe, w tym największa w Europie hala do nagrywania z dźwiękiem na potrzeby telewizji; 280 studiów produkcyjnych i garderób, 82 warsztatów, gdzie produkuje się rekwizyty, wreszcie 7 hal dźwiękowych. W latach ’60 kręcono tu spaghetti-westerny Sergia Leone, do których nasz Maestro pisał muzykę. Dziś można zwiedzać niektóre plany filmowe, w tym jeden, który polecam Wam szczególnie – Rzym (serial HBO).

Wejście do Cinecittà, fot.JRibaX / Wikimedia, CC BY-SA 3.0
Wejście do Cinecittà, fot.JRibaX / Wikimedia, CC BY-SA 3.0

W roku 2014 otwarto pod Rzymem, w miejscowości Castel Romano, Cinecittà World, wzorowany na wielkich amerykańskich parkach rozrywki, wzniesiony w miejscu, gdzie znajdowały się studia filmowe Dina de Laurentiisa, zwane Dinocittà. Projekt parku kosztował podobno ponad 500 milionów euro. Jedną z głównych atrakcji tego miejsca ma być część nazwana “Ennio’s Creek”, dedykowana Enniemu Morricone i inspirowana ścieżkami dźwiękowymi do westernów Leone. Podobnie jak i inne obszary tematyczne parku, także ten został zaprojektowany do podejmowania gości w „podróż” do granicy między rzeczywistością a fikcją. Każdy może tu podjąć się zagrania jakiejś roli, reżyserowania czy też zapewnienia odpowiedniego oświetlenia na planie. Tym zresztą, przynajmniej w założeniu, włoski park różni się od amerykańskich – ma pobudzać wyobraźnię, a nie oferować “wejście” w film.

Oprócz filmowych dekoracji znajdziemy tu także rozrywki typowe dla każdego lunaparku, w tym największy we Włoszech roller coaster. Bilet wstępu dla osoby dorosłej kosztuje 29 euro.

Ciąg dalszy artykułu dostępny jest tutaj: Rzym śladami Ennia Morricone (cz.IV).

 Zdjęcia na licencjach: CC BY 2.0CC BY-SA 3.0
Posted on

Rzym śladami Ennia Morricone (cz. II)

W dniu 14 października odbędzie się w Łodzi koncert Ennia Morricone. Z tej okazji na antenie radia RMF Classic, w ramach cyklicznej audycji poświęconej wybitnemu kompozytorowi, opowiadam o tych zakątkach Rzymu, które są muzykowi najbliższe. Poniżej dostępny jest zapis tekstowy moich opowieści.

 


Pod numerem czwartym 

Jednym z bardziej rozpoznawalnych punktów w Rzymie jest bez wątpienia Piazza Venezia, do którego, wprost z dworca, prowadzi podróżnika Via Nazionale. Tuż obok placu czeka na nas wypełniona sklepami Via del Corso, biegnąca aż do Piazza del Popolo. Czekają też zabytki – wszystkie dosłownie na wyciągnięcie ręki: Koloseum, jeśli pójdziemy w jedną stronę; Panteon, Schody Hiszpańskie czy Fontana di Trevi, jeśli pójdziemy w drugą.

Nad placem góruje tzw. Ołtarz Ojczyzny – pomnik Wiktora Emanuela II (pierwszego króla zjednoczonych Włoch), zwany przez niektórych złośliwie Maszyną do Pisania albo Tortem Weselnym. Stanąwszy doń przodem i skręciwszy w prawo, w stronę Kapitolu, znajdziemy się na ulicy Ara Coeli. To jeden z rzymskich adresów Morricone, który przez długie lata mieszkał z żoną Marią pod numerem 4, na czwartym piętrze. Dziś kompozytor traktuje mieszkanie raczej jako pracownię; czas prywatny spędza najchętniej w apartamencie w dzielnicy EUR. Jednak wydaje się, że to siedzibę przy Placu Weneckim darzy największym sentymentem. W wywiadach niejednokrotnie podkreślał, że to m.in. przez to miejsce odrzucił propozycję producenta filmowego, Dina De Laurentiis, który oferował mu dom w Hollywood, byleby mistrz tylko przeprowadził się do USA.

124 schody prowadzące do Bazyliki Ara Coeli
124 schody prowadzące do Bazyliki Ara Coeli, fot. Ricardo André Frantz / Wikimedia, CC BY-SA 3.0

Szczerze mówiąc – trudno się dziwić. Spójrzmy na samą ulicę Ara Coeli: mamy tu ruiny słynnej insuli, czyli starożytnej kamienicy; mamy kościół Santa Maria in Ara Coeli czyli Bazylikę Matki Bożej Ołtarza Niebiańskiego z dziełami Pinturicchia i Donatella, z kolumnami pochodzącymi z sypialni cezarów… Mamy także cuda dosłowne: XIV–wieczne schody prowadzące do kościoła, o których mówi się, że pomagają wymodlić to, czego się pragnie. Wystaczy wspiąć się do kościoła na kolanach. Stopni jest 124… Najbardziej jednak świątynia słynna jest z cudownej piętnastowiecznej figurki Dzieciątka Jezus zwanej Santo Bambino, a jeszcze częściej Er Pupo, wyrzeźbionej ponoć z drzewa oliwnego pochodzącego z Ogrójca. Niestety oryginał został skradziony w latach 90. ubiegłego wieku i dziś podziwiać można tylko kopię; nadal jednak warto przypomnieć sobie historię figurki. Otóż około 1480 roku pewien franciszkanin zerwał gałąź oliwną w Ogrodzie Getsemani w Jerozolimie i postanowił wyrzeźbić z niej postać Dzieciątka naturalnej wielkości. Nie wiedział jednak, jak ją pomalować. Skończywszy struganie, tuż przed udaniem się na wieczorny spoczynek, poprosił Niebiosa o pomoc. Rano okazało się, że Er Pupo cieszy już pięknymi barwami – w nocy ozdobiły go Anioły, ubierając je także w złote szaty i owijając jak na niemowlę przystało.

Santo Bambino, które po różnych perypetiach trafiło do Rzymu, prędko stało się przedmiotem kultu, bo zaczęło uzdrawiać z ciężkich chorób, a według niektórych przekazów nawet wskrzeszać zmarłych. Nie dziwią więc zgromadzone w kaplicy listy z całego świata, klejnoty i inne przedmioty pozostawione w podzięce. Rzymianie zaś, po dziś dzień, mają nadzieję, że Bambino wróci…

 

Piazza Venezia dla wtajemniczonych

 

Fakt, że Maestro nie zechciał nigdy zamienić Placu Weneckiego na hollywoodzką willę z basenem, oferowaną mu przez Dino de Laurentiisa, nie dziwi także dlatego, że, jak podkreśla, wyjątkowo ukochał sobie ten skromny, ludowy Rzym – Zatybrze, pielgrzymów do Dzieciątka w Ara Coeli…. Nigdy nie interesowały go salony i wykwintne kawiarnie przy Piazza del Popolo na drugim końcu Via del Corso, gdzie namiętnie przesiadywały – i nadal przesiadują – gwiazdy filmowe, pisarze, artyści.

Do kawiarni, od których Morricone stroni, a które dziś, obok prawdziwych sław, odwiedzają ci, którzy chcą być sławni z bycia sławnym, zaliczamy lokale Canova i Rosati, właśnie przy Piazza del Popolo. Obie otworzyły swoje podwoje w dwudziestoleciu międzywojennym. W latach późniejszych bywał tym Pasolini, Elsa Morante, Alberto Moravia, Federico Fellini i wielu innych. Od blisko stu lat konkurują ze sobą i prowadzą cichą wojnę na menu i… na nazwiska stałych bywalców.

Morricone woli jednak delektować się rodzinnym życiem bliżej domu, przy drugim końcu Via del Corso. Aby poznać tę okolicę z niecodziennej perspektywy, możemy skorzystać z widoku, jaki oferuje taras zwany Terrazza delle Quadrighe i panoramiczna winda w Ołtarzu Ojczyzny, zwana Roma dal Cielo.

palazzo venezia
Ogród w Palazzo Venezia, fot. Warburg / Wikimedia

Sam Plac Wenecki na poziomie ulicy także wart jest spokojnego odkrywania, w tym odkrywania… uchem. Mam na myśli szum fontanny – jeden z najbardziej relaksujących dźwięków na świecie, występujący tutaj wśród miejskiego hałasu. Na Placu Weneckim cichutko szumi Fontana della Pigna. Mówi się, że wytryskuje z niej najlepsza rzymska woda, tzw. zuccherina, i że picie jej przynosi szczęście… Może warto wziąć trochę do Polski? Jeśli chcemy pocieszyć oczy, zrelaksować się wśród zieleni, warto odnaleźć ogród Giardino di Palazzo Venezia. Uszy zresztą też powinny być usatysfakcjonowane, bo wesoło skrzeczą tu zielonkawe papugi. Ogród otwarto dla zwiedzających – gratis! – latem zeszłego roku, jednak nadal mało kto wie o tym małym klejnociku ukrytym za murem Pałacu Weneckiego, a zbudowanym z marmuru pochodzącego z Koloseum i Teatru Marcellusa. Rosną tu gęsto krzewy akantu, a w centrum ogrodu podziwiać można piękną fontannę przedstawiającą zaślubiny Wenecji z Morzem. Najwięcej zainteresowania budzą jednak ustawione tu ławki, które wyprodukowała pewna hiszpańska firma. Tabliczki z jej nazwą zdobią oparcia. Nazwa zaś brzmi nie inaczej, niż… Benito. Jako że Mussolini nierzadko przemawiał z balkonu Pałacu Weneckiego, większość zwiedzających ma  dość oczywiste skojarzenia.

 

Od Piazza Campitelli do Piazza Euclide

Powiedzieliśmy już, że najważniejszym adresem w dorosłym życiu Ennia Morricone, urodzonego na Zatybrzu, zdaje się być Via Ara Coeli przy rzymskim Placu Weneckim. To tu wydają się krzyżować najważniejsze szlaki Maestra; z tym miejscem łączy się też masa drobnych anegdot i ciekawostek z nim związanych.

Początek dnia Maestro lubi spędzać aktywnie: od wielu lat uprawia poranną gimnastykę. Jak każdy szanujący się rzymianin bardzo lubi też spacery po Centro Storico, czyli rzymskiej starówce – wśród ukochanych zabytków, z przerwami na dobrą kawę w jednym z licznych barów. Obiady najchętniej jada w restauracji niedaleko domu: w Vecchia Roma (Stary Rzym) przy Piazza Campitelli 18. Lokal ten zbiera wprawdzie różne recenzje, jednak, gdy jest się Enniem Morricone, można zapewne liczyć na szczególną dbałość obsługi o doskonałe doświadczenia kulinarne! Tak czy owak, wielu gości podkreśla, że zjemy tu wspaniałą carbonarę i dobre karczochy po żydowsku.

Ołtarz Ojczyzny
Ołtarz Ojczyzny, fot. Fabrizio Russo / Flickr, CC BY 2.0

Morricone jest wielkim domatorem – twierdzi, że ma to związek z jego skromnym pochodzeniem. Nie ma dla niego większej przyjemności, niż partyjka szachów z przyjaciółmi rozegrana w rzymskim mieszkaniu – a dodajmy, że gra podobno wybitnie, jest też członkiem Federazione Scacchistica Italiana (Włoskiego Związku Szachowego). Ceni sobie także wieczory spędzone w samotności, jak wtedy, kiedy ogląda mecze swojej ulubionej drużyny piłkarskiej, wspomnianej już Romy. W salonie swojego mieszkania ma ustawiony wielki ekran i to przed nim kibicuje piłkarzom, odmawiając konsekwentnie pojawiania się w lożach dla VIPów.

Ta sama skromna postawa towarzyszy mu od lat w pracy. Ennio Morricone jest założycielem znanego studia nagraniowego w północnej części Rzymu: Forum Music Village w eleganckiej dzielnicy Parioli. Jego koledzy podkreślają, że przyjeżdża do pracy bardzo wcześnie rano, przynajmniej godzinę wcześniej, niż pozostali zatrudnieni. Podczas przerwy obiadowej pracownicy studia udają się zwykle na kawę i posiłek do jednego z barów przy Piazza Euclide, a Maestro towarzyszy im jak najzwyklejszy rzymianin – czekający cierpliwie w kolejce na wolny stolik.

Ciąg dalszy artykułu dostępny jest tutaj: Rzym śladami Ennia Morricone (cz.III).

Zdjęcie główne: Elliott Billings/ Flickr, CC BY 2.0
Zdjęcia na licencjach:  CC BY-SA 3.0CC BY 2.0
Posted on

Rzym śladami Ennia Morricone (cz. I)

W dniu 14 października odbędzie się w Łodzi koncert Ennia Morricone. Z tej okazji na antenie radia RMF Classic, w ramach cyklicznej audycji poświęconej wybitnemu kompozytorowi, opowiadam o tych zakątkach Rzymu, które są muzykowi najbliższe. Poniżej dostępny jest zapis tekstowy moich opowieści.


Schodami do gwiazd

Trastevere, po polsku Zatybrze, rodzinna dzielnica Ennia Morricone, jest okolicą niezwykle filmową. Od lat chętnie pokazuje się ją na srebrnym ekranie – to właśnie tutaj kręcono Złodziei rowerów De Siki, Rzymskie wakacje z Audrey Hepburn czy Cuore sacro Ozpeteka. Jest także małą ojczyzną wielu ludzi filmu. Na tamtejszej Viale Glorioso, przecznicy słynnej Viale di Trastevere, wychował się chociażby Sergio Leone, twórca spaghetti westernu, który zresztą chodził do tej samej szkoły, co Morricone. Przez rok byli nawet podobno w tej samej klasie.

Leone, dużo bardziej wylewny w wywiadach niż Morricone, wielokrotnie wspominał słynne schody na Viale Glorioso, na których całymi dniami bawili się mieszkający tam chłopcy. Wiemy, że drogie są też kompozytorowi – dał temu wyraz podczas pokazów filmów Sergia Leone, które zorganizowano tu latem zeszłego roku.

Te wielkie schody, na mapach oznaczane jako Scalea del Tamburino, są ważne w biografii kompozytora nie tylko ze względu na fakt, że stanowiły swego rodzaju dziecięcy mikrokosmos dla miejscowych małych łobuziaków. Otóż przez wiele lat były także symbolem miłości do rzymskiej drużyny piłkarskiej. W roku 1983 pomalowano je na czerwono i żółto, czyli barwami miasta Rzym, po tym, jak piłkarz Bruno Conti doprowadził Romę do historycznego, drugiego w historii klubu, mistrzostwa Włoch. Później, w roku 2001, pomalowano je, aby upamiętnić wyczyny Tottiego. Dwa lata temu, w roku 2015, wyczyszczono je z farby, z czego mieszkańcy dzielnicy i kibice Romy okazali się ogromnie niezadowoleni. Morricone zalicza się do obu grup, więc podejrzewać możemy, że nie był zachwycony.

Fotografia reklamująca przegląd filmów Sergia Leone zorganizowany na słynnych schodach w rodzinnej dzielnicy obu artystów
Fotografia reklamująca przegląd filmów Sergia Leone zorganizowany na słynnych schodach w rodzinnej dzielnicy obu artystów

Całe Zatybrze, dawna dzielnica biedoty, jest jednym z najciekawszych miejsc w Rzymie – dzieje się tak zapewne dlatego, że po dziś dzień, mimo wszechobecnej komercjalizacji i globalizacji, Trastevere zachowało swój niezwykły charakter i wdzięk – rodzaj artystycznego czaru kojarzącego się zarówno z dekadencką bohemą, jak i proletariatem. Mnóstwo tu uroczych zaułków, zakładów rzemieślniczych i, oczywiście, jak to we Włoszech, doskonałych restauracji. Mieszkania w okolicznych palazzi, niegdyś zamieszkiwanych przez prostych i niezamożnych ludzi, dziś osiągają zawrotne wprost ceny. Mamy też wspaniałe zabytki – od kościoła Santa Maria in Trastevere po perełkę szesnastowiecznej architektury – Tempietto zaprojektowane przez Bramantego. Poza tym, jest to dzielnica tajemnic, w której dzieją się tu historie niesamowite. Na początku lat dwudziestych poprzedniego wieku (a przypomnijmy, że Morricone urodził się w roku 1928) Rzym przeżywał historię pewnego carabiniere, zwanego dziś Carabiniere di Vicolo de’ Cinque. Widziano go, gdy wchodził pewnym krokiem do budynku przy Vicolo de’ Cinque właśnie… I nigdy nie wyszedł. Po prostu się zdematerializował. Panie i Panowie, oto okolica, w której wyrastał Maestro!

Piąta ćwiartka

Ennio Morricone przyszedł na świat 10 listopada 1928 roku w domu przy ulicy Via San Francesco a Ripa. Później mieszkał przy Via Luciano Manara i Via delle Fratte di Trastevere. Naprzeciwko znajdowała się fabryka tytoniu przy Piazza Mastai i ulubiona pizzeria małego Ennia; w wywiadach, pytany o dzieciństwo, wspominał też o punkcie sprzedaży ukochanych arbuzów. To właśnie z tarasu tego domu 15-letni Ennio obserwował walki w obrębie Porta San Paolo, kiedy po kapitulacji Włoch wojska niemieckie zaatakowały Rzym; to tu miało miejsce jego pierwsze spotkanie ze śmiercią, kiedy z balkonu obserwował czołg, w którym zepsuły się hamulce. Pojazd wjechał z impetem w człowieka stojącego przy hydrancie, co muzyk zapamiętał na całe życie. Do dziś wspomina też, że w domu tym jako dziecko budził się codziennie punktualnie o 7, kiedy, obwieszczając początek zmiany, dzwoniła syrena we wspomnianej fabryce tytoniu. Tu też tworzył pierwsze kompozycje – podobno swój debiutancki utwór napisał w wieku 6 lat.

Zrzut ekranu ze strony restauracji: www.checcoercarettiere.it
Zrzut ekranu ze strony restauracji: www.checcoercarettiere.it

Arbuzy i pizza pojawiające się w opowieściach Maestra dziwić nie powinny – nie da się przecież mówić o Rzymie bez akcentów gastronomicznych. Warto tu wspomnieć, że na Zatybrzu, niedaleko miejsca, w którym wychował się Maestro, bo na Via Benedetta 10, na smakoszy już od blisko stu lat czeka restauracja zwana Checco er Carettiere, prowadzona przez trzecie pokolenie tej samej rodziny. Serwuje się tu kuchnię rzymską, uważaną od wieków za kuchnię ubogą, bazującą na bardzo prostych składnikach, przede wszystkim na tzw. quinto quarto, czyli piątej ćwiartce – flakach, ogonach, ozorach i tym podobnych. Znawcy wiedzą, że są prawdziwe pyszności – smakują i rozgrzewają szczególnie zimą, w towarzystwie cięższego czerwonego wina. Do Checco er Carettiere na dania kuchni rzymskiej wpada regularnie wiele znanych osób, których zdjęcia wiszą na ścianie lokalu. Wśród nich znajdziemy oczywiście zdjęcie Morricone, w tym fotografię klasową w towarzystwie Sergia Leone. Obaj bywali tu jeszcze jako dzieci, a potem, już jako dojrzali filmowcy, przesiadywali długie godziny w osobnej, kwadratowej salce, tworząc scenariusze, muzykę i zapisując stronice historii włoskiego kina. 

 

Z trąbką u Cecylii

Conservatorio di Santa Cecilia – tak nazywa się rzymska uczelnia, którą ukończył Ennio Morricone, a zarazem najważniejsza szkoła muzyczna w Rzymie. Powstała ona w drugiej połowie XIX wieku, jednak jej korzenie sięgają o wiele dalej, bowiem aż do wieku XVI, kiedy to działała La Congregazione dei Musici di Roma, z której Conservatorio di Santa Cecilia się wywodzi. Słynie z doskonałej sali koncertowej, w końcu XIX w. największej i najnowocześniejszej w Rzymie. Jak sama nazwa wskazuje, jej patronką jest św. Cecylia, która jest opiekunką muzyków.

Historyczna siedziba szkoły mieści się przy Via dei Greci 18, przecznicy Via del Corso. To najbardziej ścisłe centrum Rzymu – jesteśmy zaledwie kilka kroków od Schodów Hiszpańskich, Placu Weneckiego i innych słynnych miejsc i zabytków. Sama uliczka ma ciekawą historię, łączącą się z żyjącą w Wiecznym Mieście społecznością grecką (stąd nazwa). To właśnie w tej okolicy Morricone uczył się i uzyskał trzy dyplomy: w roku 1946 w klasie trąbki, w 1952 – z instrumentacji oraz w 1954 z kompozycji.

Centrum Rzymu to także miejsce, w którym spędzał dużo czasu jako nastolatek. Na Via Francesco Crispi, niedaleko via del Tritone, od roku 1926 mieścił się Teatr Florida, gdzie Maestro – wówczas kilkunastoletni – grywał w zespole , aby pomóc rodzicom w utrzymaniu rodziny. W wywiadzie dla “La Repubblica” opowiadał kiedyś, że było to miejsce niezbyt właściwe dla niewinnego młodzieńca ze względu na obecność dużej ilości alkoholu. Młodziutki Ennio, zachęcany przez starszych kolegów, regularnie wypijał tu sporo, po czym, osmielony alkoholem, improwizował na trąbce. Czasami w lokalu zjawiała się policja; podobno raz jedna z kobiet, usiłując uniknąć aresztowania, postanowiła udawać ukochaną muzyka i, aby być bardziej przekonujaca, pocałowała go w usta. Nie mogła wiedzieć, że był to pierwszy pocałunek młodego artysty, a późniejszego laureata Oscara… Dziś w miejscu dawnego Teatru Florida mieści się bank. Któż, podejmując gotówkę czy wpłacając pieniądze, podejrzewać by mógł, że takie atrakcje przeżywał tu jeden z najsłynniejszych kompozytorów na świecie?

 

Ciąg dalszy artykułu dostępny jest tutaj: Rzym śladami Ennia Morricone (cz.II).

 

Zdjęcie główne: Cancha General / Flickr

Posted on

Arab z klasą. O felietonach Sayeda Kashui

Native to wydany w ubiegłym roku zbiór felietonów publikowanych w dzienniku “Haaretz” na przestrzeni ośmiu lat, kiedy pisarz tworzył jeszcze w swojej ojczyźnie. Tom zamyka felieton Farewell, w którym Kashua wyjaśnia, dlaczego raz na zawsze opuszcza Izrael. Zacznijmy jednak od początku.
Kashua jest pisarzem i publicystą, obecnie także wykładowcą na Uniwersytecie w Chicago. Jest twórcą serialu komediowego Arab Labor, który odniósł ogromny sukces; dużym zainteresowaniem cieszył się również jego film fabularny Dancing Arabs. Etgar Keret o jego najnowszej książce napisał, że pozbawi nas wiary w siłę procesów narodowościowych, ale jednocześnie wzbudzi nasz podziw dzięki pochwale człowieczeństwa, humorowi i cholernie dobremu pisarstwu. Znakiem firmowym autora Drugiej osoby liczby pojedynczej (wyd. polskie: Filo, 2014) jest bowiem opowiadanie o przenikających się i nierozerwalnych losach Żydów i Arabów mieszkających w jednym domu, to znaczy w Izraelu.

O domu tym Kashua opowiada na wiele sposobów, do jego opisu używając na przykład kontrastu, jak uczynił to w felietonie Rabbit Monster – liście z Paryża zaadresowanym do córki. Pisarz wychwala w nim stolicę Francji, porównując ją do Jerozolimy. Oprócz wielu niezaprzeczalnych walorów europejskiego miasta, autor artykułu zauważa także mniej oczywiste atuty metropolii: Kiedy przyjedziesz do Paryża, zrozumiesz, że to, czego uczą cię w szkole o Jerozolimie nie jest prawdą. Jerozolima nie jest ani pięknym, ani ważnym miastem. W Paryżu jest specjalna kolej zwana metrem, która jeździ pod ziemią do każdego punktu w mieście. Nie rozgryzłem jeszcze metra i ciągle się gubię lub jadę w złym kierunku i wysiadam na drugim końcu miasta. Ale wiesz, co w Paryżu jest najlepsze? To, że przeciwna strona też jest wspaniała, więc rzadko kiedy zdarza mi się płakać z powodu pomyłki. Być może list, napisany w 2008 roku, był zapowiedzią tego, że rodzina Kashui będzie potrzebowała nowego domu – z dala od podzielonego miasta i kraju.


Nie bez powodu na początku przywołałam słowa Kereta, ponieważ jego fabularyzowany dziennik Siedem dobrych lat znakomicie koresponduje ze zbiorem felietonów Kashui, który także napisany jest z niezwykle osobistej perspektywy. Większość tekstów to opowieści o życiu codziennym, przedstawiające portrety rodzin i sąsiadów – mikroskalę, która pozwala wyciągać wnioski o skali makro izraelskiego społeczeństwa. Obu pisarzom nie brakuje też poczucia humoru, częstego ironizowania oraz cennej umiejętności śmiania się z własnych przywar. Należy jednak przyznać, że Kashua, w przeciwieństwie do Kereta, ma znacznie więcej powodów do ubolewania. W tomie Native znajdziemy osobliwe historie z życia arabskiego obywatela. Polot, z jakim pisze Kashua, sprawia, że każda kolejna opowieść porywa, rozśmiesza i rywalizuje z innymi o miano tej najlepszej.

I tak na przykład, w artykule Foreign Passports pisarz relacjonuje odprawę na lotnisku Ben Guriona, skomplikowaną szczególnie dla posiadaczy zagranicznych paszportów. Aby wjechać na teren lotniska, trzeba minąć wszechobecne w Izraelu checkpointy. Na szczęście lata doświadczeń nauczyły arabskiego pisarza jak ułatwić sobie życie. Generalnie przez punkt kontrolny udaje mi się przejechać z łatwością. No i przyjechałem Citroenem, którego kupiłem specjalnie do takich przejazdów. Jedyny Boże, czy widzieliście kiedyś Araba w Citroenie? Nie tylko checkpoint może być problemem. Dokładny wywiad i przeszukanie bagażu przez pracowników lotniska potwierdzają przebiegłość godną pozazdroszczenia: Posiadam bieliznę i skarpetki przeznaczone wyłącznie na lotnisko. Hugo Boss i Calvin Klein. Żeby zaimponować ochronie. Arab, owszem, ale Arab z klasą. To tylko dwa z wielu elementów taktyki, którą objął Kashua, by móc uczestniczyć w zagranicznych spotkaniach promujących jego nową książkę.

Jednak latem 2014 roku Kashua nie mógł być już dłużej zdystansowany wobec izraelskiej rzeczywistości. Wtedy bowiem, podczas nasilonych ataków terrorystycznych, ofiarami padły dzieci tak po stronie żydowskiej, jak i arabskiej. Ten rodzaj agresji nie tylko wywołał falę potępienia z obydwu stron, lecz przede wszystkim wzbudził u mieszkańców podzielonego kraju uzasadniony strach. Barwne i satyryczne artykuły Kashui przerodziły się w poważną refleksję na temat przyszłości. Kashua, akceptując wówczas posadę wykładowcy na Uniwersytecie w Chicago, poprosił o bilet w jedną stronę dla siebie i rodziny.
Na szczęście przeprowadzka do Stanów wcale nie oznaczała zakończenia współpracy z dziennikiem, w którym Kashua wciąż opisuje swoje spostrzeżenia z wydarzeń na Bliskim Wschodzie. Co ważne, w tomie Native nie sposób znaleźć choćby cienia skargi na to, jak w Izraelu żyje się Arabom. Pisarz unika wytartych sloganów, banalnych spostrzeżeń oraz tendencyjnych pytań o przyszłość państwa. Zamiast tego regularnie przedstawia z pozoru nieistotne codzienne zmagania, pozostawiając czytelnikowi pole do interpretacji. O życiu na Bliskim Wschodzie opowiada w sposób wirtuozerski. By pisać o skłóconych narodach, nie potrzebuje wcale słowa „konflikt”.

Sayed Kashua, Native. Dispatches from a Palestinian-Israeli Life, Grove Press, 2016
Posted on

Powrót do domu. Dedal i Ikar

Lubię o nich rozmyślać. Wyobrażać sobie, jak gorączkowo szykują się do powrotu. Po kryjomu, drżącymi rękoma, niecierpliwie, z trudem opanowując emocje. Kto przeżywał ucieczkę bardziej, ojciec czy syn?

Dedal tęsknił za wolnością, wracał do domu. A Ikar? Ikar wracał do niewiadomego – do stanu, który jest nam wszystkim pisany, życie po życiu, nieubłaganie, poza możliwością jakiejkolwiek negocjacji. Czy jednak na pewno chciał tej wyprawy? Wychował się przecież na Krecie, nie znał innej rzeczywistości. Dał wyraz synowskiej miłości czy został zmuszony do przywdziania skrzydeł? Nie wiemy – zabrał tę tajemnicę głęboko między fale. Wcześniej jeszcze euforia kąpieli wśród światła, tańczenia z chmurami, tak blisko do bogów. Co kazało mu wznosić się wyżej i wyżej? Ciepło promieni, nieprzebrana przestrzeń, entuzjazm przygody? Nie wierzę, by była to ambicja zuchwalca. Morze, niebo i słońce nie wzmagają egoistycznych zapędów, raczej koją duszę. Dają pokój i spokój. Może  to właśnie tam, wśród blasku, był najbardziej w domu, u siebie. Czuł, że może wszystko. A bogowie bywają złośliwi.

Dedal wracał do domu, ale jego syn znalazł się tam o wiele wcześniej. Wysoko i blisko słońca, potem nisko, w zamknięciu odmętów. Bo domów mamy wszyscy wiele. Ten rodzinny, jak Kreta, gdzie przychodzimy na świat. Dom-niepewność – jedyne prawdziwe umocowanie ludzkiej egzystencji. Dom na górze, do której dążymy, dla której się spalamy, dla której kochamy. Dom na dole, do którego wracamy odpocząć. Odmienne kierunki, przeciwne bieguny, męka wyboru. Powrót do domu jest trudną podróżą. Walką, po której czasem zostaje tylko pierze.