Posted on

Co mówi nam widelec o ludzkim ciele

W swojej pracy Talking Forks z 1958 roku włoski artysta Bruno Munari wygiął zęby widelców w poskręcane palce. Skoro widelce są miniaturami ludzkich rąk i dłoni, mogą też wykonywać ruchy tak charakterystyczne dla włoskiej gesticolazione…

Choć podobieństwo widelców i dłoni dla Munariego stanowiło powód do śmiechu, nie było nim z pewnością dla Wenecjan, którzy z tym przyborem do jedzenia zetknęli się po raz pierwszy około roku 1000. Zgodnie z legendą pewna bizantyńska narzeczona przyniosła pudełko zawierające złote widelczyki na obiad zorganizowany z okazji jej zaślubin z weneckim szlachcicem. Kiedy schludnie podnosiła do ust kawałki jedzenia ze swojego talerza, za jej plecami plotkowano i szemrano. Podobieństwo widelców do dłoni wstrząsnęło zgromadzonymi: trzymanie metalowych imitacji dłoni w prawdziwych, stworzonych przez Boga palcach uważane było za bluźnierstwo. Kiedy kilka lat później dziewczyna zmarła, lokalne duchowieństwo wywnioskowało, że musiała to być kara boska za to, że sprzeniewierzyła się własnemu ciału.

Bruno Munari, Forchette parlanti/ Talking forks, 1958
Bruno Munari, Forchette parlanti/ Talking forks, 1958

Podczas gdy bizantyńskie elity w greckich i bliskowschodnich regionach imperium już od kilku wieków używały osobistych widelców stołowych, ludzie w pozostałych częściach Europy nadal jadali palcami, wspomagając się nożem i łyżką. Wokół tych dwóch starożytnych wynalazków nagromadziły się w ciągu tysiącleci pewne skojarzenia. Noże miały wiązać się z działaniem i męskością, podczas gdy łyżki miały raczej kobiece konotacje. Zakłopotanie wywołane w ludziach przez widelce mogło mieć zatem związek także z jego androgyniczną pozycją pomiędzy pozostałymi przyborami do jedzenia.

Mimo że włoska arystokracja pozwoliła w końcu widelcom zakraść się na swoje stoły, a nawet wprowadziła je do innych arystokratycznych domów w Europie, status tego przyboru miał na długo pozostać podejrzanym. Na początku XVII wieku widelce wciąż przedstawiano w dłoniach hermafrodytów, a nawet szlachta nie sięgała po nie na co dzień.

Znaczący punkt zwrotny miał nadejść kilka dekad później, w związku ze zmieniającym sie statusem innego przyboru do jedzenia – noża. Próbując zaradzić agresywnemu zagrożeniu, jakie stwarzały spiczaste noże podczas obiadów, francuski król Ludwik XIV wprowadził do użytku nowy wzór z tępym, zaokrąglonym końcem. W ten sposób widelec doczekał się swojego czasu. Jego zęby mogły przekłuwać i zagarniać jedzenie, ale nie były w stanie ranić czy zabijać. Nowa moda przyjęła się szybko pośród innych europejskich arystokratów. Jednakże przeciętni Europejczycy nie używali jeszcze widelców, ani w domu, ani w miejscach publicznych. We Włoszech jeszcze przez długie dekady można było zobaczyć ludzi stojących przy straganach z jedzeniem, z głowami odchylonymi do tyłu, trzymających nitki makaronu zwisające nad ich ustami. Dopiero około roku 1800, kiedy popularność zaczęły zdobywać pierwsze sosy pomidorowe, także Włosi zaakceptowali w końcu widelec.

Fot. Giorgio Sommer, Spaghetti eaters, XIX w. / Wikipedia commons
Fot. Giorgio Sommer, Spaghetti eaters, XIX w. / Wikipedia commons

Od tego czasu sprawy potoczyły się bardzo szybko. Widelec stał się ważną częścią europejskiej etykiety stołowej. Jedzenie nożem i widelcem stanowić zaczęło symbol dobrych manier i cywilizowanej elegancji, co szło ręka w rękę ze zmieniającymi się poglądami na temat higieny i medycyny. Ludzkie ciało miało być czyste, a wkładanie brudnej dłoni do wspólnej miski nie było już mile widziane. Jakby w reakcji na uwolnienie spod długotrwałego jarzma dezaprobaty, widelec pomnożył się na wiele, wiele rodzajów – widelce do ryb, widelce do krabów, widelce do sardynek, widelce sałatkowe, widelce owocowe, widelce deserowe, widelce do spaghetti… Im więcej odpowiednio używanych widelców, tym bardziej elegancka okazja.

W pewnym sensie historia widelca w Europie odzwierciedla zmieniające się poglądy na temat ludzkiej fizyczności. Ze względu na jego podobieństwo do części ludzkiego ciała, średniowieczny widelec odrzucano i potępiano bardziej niż operacje plastyczne w czasach dzisiejszych. Jednak z upływem czasu ta początkowa awersja zamieniła się w uznanie: widelec pomaga w utrzymywaniu ludzkiego ciała w czystości i zdrowiu, co stało się ważną częścią obyczajowości cywilizowanego człowieka.

Tłumaczył: Janusz Barwik
Posted on

Starożytna Grecja od kuchni Magdaleny Nowakowskiej

Jakże mi się podoba ta książka! Mądra, błyskotliwa, doskonale udokumentowana. Takich jest jednak wiele. Rzadziej trafiają się publikacje, które, zachowując wszystkie te przymioty, pozostają także lekkie i naturalne w tonie. Można o Ksenofoncie, Pitagorasie, Ajschylosie i innych mędrcach bez zadęcia, choć z pokaźną ilością cytatów? Można. A nawet trzeba. Takich książek wypatruję z utęsknieniem; w ich poszukiwaniu przeczesuję księgarnie. Gdy znajdę, cieszę się jak dziecko, bo uwielbiam cofać się w czasie. Szczególnie w towarzystwie tych, którzy wiedzą, że starożytny człowiek nie mówił heksametrem i nie żywił się papirusem zagryzanym dytyrambem.

A o żywieniu – i heksametrze też, bo wiele tu wstawek z antycznej poezji, rozpraw i komedii – traktuje właśnie książka Magdaleny Nowakowskiej. Nie jest to publikacja skierowana do zupełnego laika, wręcz przeciwnie – by połapać się w gąszczu starożytnych greckich nazwisk i tytułów, trzeba mieć całkiem solidne zaplecze. Jakże wielką przyjemnością jest jednak gawędzić z autorką – bo taki ton ma jej opowieść – o tym, dlaczego Pitagoras nie lubił bobu, i o tym, co ma polskie słowo “chochla” do śródziemnomorskich muszli. Więcej ciekawostek nie zdradzę, bo każda z nich jest tak pyszna i chrupiąca, że naprawdę warto skonsumować ją samemu.

 

Starożytna Grecja od kuchni opowiada o antycznych stołach, piecach, garnkach i amforach. O scenografii, w której, podobnie jak dzisiaj, rozrywały się małe i wielkie ludzkie dramaty, w której zawiązywano przyjaźnie, cieszono się życiem, zapijano smutki i zajadano frustracje. Pachnie ziołami i smażoną rybą, nieraz zaskakuje, nieraz śmieszy. Jak człowiek – ten przedziwny stwór, który zdolny jest napisać Iliadę i wykwitne poezje, ale na obiad musi czasem pochłonąć całkiem przyziemną golonkę.

Magdalena Nowakowska, Starożytna Grecja od kuchni, PWN, Warszawa 2017

 

Posted on

Po Italii śladami św. Mikołaja

Kim jest, a raczej był, św. Mikołaj? Odpowiedź na to pytanie, w pierwszej chwili, wydaje się prosta. Od razu widzimy siwego starszego mężczyznę, ubranego w czerwony płaszcz i czapkę z pomponem. Z długą brodą, w okularach, siedzi przy choince, trzymając w ręku worek prezentów. To wizerunek Świętego Mikołaja obecny w zbiorowej świadomości od 1930 r., gdy po raz pierwszy pojawił się w reklamie Coca-Coli. Stworzył go amerykański artysta Fred Mizen, na potrzeby koncernu produkującego najmodniejszy napój tamtych czasów. Jednakże ten sympatyczny staruszek, popijający colę, niewiele ma wspólnego z rzeczywistym św. Mikołajem, żyjącym na przełomie III i IV wieku n.e., którego życiorys stał się inspiracją do stworzenia jednej z najbardziej wyrazistych ikon popkultury.

Święty Mikołaj – biskup z Miry czczony we Włoszech

„Prawdziwy” św. Mikołaj urodził się między 261 a 280 r. n.e. w Patarze na terenach dzisiejszej Anatolii. Pochodził z zamożnej i wierzącej rodziny. Bardzo wcześnie stracił rodziców – z powodu panującej wówczas dżumy – na skutek czego stał się spadkobiercą potężnego majątku. Opuścił wtedy swoje rodzinne miasto i zamieszkał w Mirze, gdzie przyjął święcenia kapłańskie, by kilkanaście lat później objąć urząd biskupa metropolity. Był mnichem szczodrym, wrażliwym na biedę i ludzkie nieszczęście. Chętnie pomagał, lecz robił to dyskretnie, często całkiem anonimowo. Obok św. Franciszka, to jedna z najbarwniejszych postaci w hagiografii. Legenda głosi, że Mikołaj przyszedł z pomocą trzem pannom, które ojciec, z braku środków do życia, postanowił sprzedać do domu publicznego. Przez komin wrzucił im trzy sakiewki z pieniędzmi, które trafiły wprost do ich suszących się pończoch i trzewików. Jak nietrudno się domyślić, to właśnie ta przypowieść zapoczątkowała zwyczaj obdarowywania dzieci w noc z 5 na 6 grudnia, w rocznicę śmierci świętego. Mikołaj, okrzyknięty świętym, ocalił trzy młode dziewczyny od nierządu, lecz pomógł także wielu innym ludziom – cały swój majątek przekazał na cele dobroczynne. Jest uznawany za opiekuna dzieci, kobiet oczekujących zamążpójścia, lecz także kupców i marynarzy – według jednej z licznych legend, podczas potężnej nawałnicy biskup uratował grupę żeglarzy od śmierci. Do dzisiaj patronuje wielu miastom portowym na całym świecie, ponieważ był człowiekiem wyjątkowo związanym z morzem; angażował się w pracę żeglarzy, marynarzy, wspierał również kupców zamorskich. Mało kto wie, że mityczny Święty Mikołaj, zaczerpnięty z prawdziwego życiorysu, początkowo nie miał sań ani zaciągu reniferów, lecz właśnie żaglowiec, którym przypływał z południowych krajów, by obdarować prezentami dzieci z całego świata. Wtedy jeszcze nie pomagały mu kolorowe, pracowite elfy, a jedynie czarnoskóry służący, który nosił za nim wór pełen zabawek. Dopiero w 1822 r. Clement Clarke Moore napisał poemat, w którym Mikołaj po raz pierwszy przybywa z bieguna północnego, na saniach zaprzężonych w renifery.

Św. Mikołaj, biskup z Miry, zmarł w późnej starości. Tuż po śmierci jego ciało zaczęło wydzielać leczniczą mirrę. Przez długie lata jego grobowiec odwiedzany był przez rzesze pielgrzymów, dla których niezwykły płyn z ciała biskupa był znakiem od Boga, cudem. Zatem już w średniowieczu św. Mikołaj był bardzo znany i otaczany kultem. Liczne pisma łacińskie i greckie świadczą o jego powszechnym uznaniu w tamtych czasach, od Azji Mniejszej przez ludy słowiańskie po Bizancjum. Wyjątkową sławą cieszył się na terenach Italii, gdzie do tej pory jest pamiętany i czczony. Wydaje się, że we Włoszech ma pozycję uprzywilejowaną na tle innych świętych, szczególnie w Bari, gdzie w 1087 r. zostały przewiezione jego szczątki.

Bazylika w Bari, fot. Berthold Werner / Wikimedia, CC BY-SA 3.0
Bazylika w Bari, fot. Berthold Werner / Wikimedia, CC BY-SA 3.0.  
Bazylika, powstała w XI wieku, jest przykładem świetnie zachowanej, potężnej świątyni romańskiej o surowym wykończeniu. Ma trójnawowe założenie i została wybudowana na planie krzyża łacińskiego, z transeptem wysokości nawy głównej i prostokątnym prezbiterium. Od frontu znajduje się dwuwieżowa fasada z delikatnymi detalami architektonicznymi i półkolistymi oknami, charakterystycznymi dla tej epoki. Całość jest wykończona jasnym kamieniem, z drewnianym dachem pokrytym beżową dachówką.
Bazylika jest związana z Polską, ponieważ znajduje się w niej grób królowej Bony ze Sforzów. Dodatkowo, w 1984 r., świątynię tę odwiedził papież Jan Paweł II. Obecnie kościół znajduje się pod opieką zakonu dominikanów.

 


San Nicola di Bari

Włosi mają to szczęście, że ich język rozróżnia mityczną postać Mikołaja od świętego, który żył naprawdę. Il Babbo Natale przynosi włoskim dzieciom prezenty w nocy z 24 na 25 grudnia, a San Nicola (św. Mikołaj) jest patronem miasta Bari na południu Włoch. W Italii nikt już tych dwóch postaci ze sobą nie łączy. Wielu Włochów nawet nie wie, że mają one ze sobą coś wspólnego. W tradycji włoskiej, w większości regionów, nie ma zwyczaju obchodzenia mikołajek, za to 6 stycznia, w święto Trzech Króli, do małych Włochów przychodzi Befana – wróżka o wyglądzie wiedźmy, która grzecznym maluchom zostawia w skarpecie cukierki, a niegrzecznym… węgiel. Jedynie w regionach Friuli-Wenecja Julijska oraz Trydent-Górna Adyga Święty Mikołaj przynosi dzieciom drobne upominki w nocy z 5 na 6 grudnia; jest to niewątpliwie związane z wielokulturowością wspomnianych obszarów, mozaiką odmiennych tradycji i zwyczajów powstałą tam na przestrzeni ostatnich stu lat. Jednakże San Nicola to przede wszystkim święty ważny dla mieszkańców Bari, stolicy Apulii.

Gdy Mirę opanowali Arabowie, włoscy kupcy z Bari wyruszyli w morze po szczątki świętego. Ten sam cel postawili sobie marynarze weneccy. Bari i Wenecja rywalizowały wówczas o dominację w kontaktach handlowych ze Wschodem. Flota baryjska jako pierwsza dotarła do Miry – zwanej współcześnie Demre – i wydobyła z grobowca cząstki szkieletu osławionego biskupa, by 9 maja 1087 r. przywieźć je do Bari, gdzie spoczywają do dziś. Baryjczycy, szczęśliwi, że to właśnie oni zdobyli relikwie Mikołaja, specjalnie z tej okazji wybudowali bazylikę, w której, po latach, umieścili szczątki świętego. Bazylika mieści się w centrum starego miasta, pięć minut od portu. Potężna, zbudowana w stylu romańskim, do tej pory stanowi cel pielgrzymów z całego świata. Co roku, 8 maja, w przeddzień święta La festa di San Nicola, przyjeżdzają oni do stolicy Apulii, by wziąć udział w procesji Corteo Storico di San Nicola. Wydarzenie to skupia około 100.000 ludzi, którzy przemierzają miasto z posągiem św. Mikołaja na przedzie. Pochód ten ma odwzorowywać wydarzenia sprzed prawie dziesięciu wieków, gdy 62 kupców baryjskich przywiozło do miasta relikwie świętego. Podczas Corteo Storico di San Nicola ulice Bari stają się teatrem, w którym odgrywa się sceny sprzed niemal tysiąca lat. Atrapa żaglowca, ludzie przebrani w średniowieczne stroje, gra na bębnach i trąbkach, konie… Wszystko to robi niezwykłe wrażenie. Ponadto, tego wieczoru stolica Apulii wypełnia się światłem, nie tylko ognia pochodni, które niosą uczestnicy procesji, lecz także fajerwerków oraz ozdób świetlnych. Na głównym placu miasta powstaje „katedra św. Mikołaja”, zbudowana ze światła, lecz w istocie jest to jedynie szkielet, na którym wiszą wielobarwne lampki, tworzące tę przepiękną kombinację. Po przeniesieniu posągu świętego na molo (Molo di San Nicola), gdzie odbywa się msza, wieczorem ma miejsce pokaz fajerwerków.

Tego samego dnia często organizowane są również pokazy tzw. Frecce tricolori, podczas których można obejrzeć akrobacje powietrzne. Niebo wypełniają wtedy samoloty, które, tworząc dziwne figury, przypominają szalone ptaki. Następnego dnia, 9 maja, wieczorem, na rynku odbywa się Gara di fuochi d’artificio, czyli konkurs sztucznych ogni. Stanowi on atrakcję nie tylko dla wiernych, pielgrzymów, lecz także dla laików, turystów, którzy ten dzień postanowili spędzić w Bari, by zgłębić jego historię i tradycję. Tego wieczoru niebo jest pełne kolorów, rynek miasta rozświetlony, a na ulicy sprzedaje się gnommareddhri – przysmak typowy dla regionu. Fabio, rodowity mieszkaniec Bari, na pytanie, kim jest dla niego św. Mikołaj, odpowiada: Dla mnie św. Mikołaj to przede wszystkim patron Bari. Nie jestem wierzący, więc z mojego punktu widzenia nie jest on aż tak ważny, lecz dla wielu osób to postać niezwykle istotna. Większość Baryjczyków trzyma w domu jego obrazek, wielu nadaje swoim synom jego imię. Mattia, który – podobnie jak Fabio – nie jest praktykującym katolikiem, zapytany, czy uczestniczy w obchodach La festa di San Nicola, odpowiada: Jak mógłbym nie uczestniczyć? To naprawdę piękne widowisko. Nie tylko ludzie wierzący biorą w nim udział, lecz także ci, którzy po prostu cenią tradycję naszego miasta i chcą ją kultywować. Z kolei Anna z Warszawy, świeżo upieczona studentka uniwersytetu w Bari, mówiąc o „relacjach” baryjczyków ze św. Mikołajem, nie kryje swojego zdziwienia: Całe życie byłam przekonana, że każdy człowiek na świecie, który słyszał o postaci Świętego Mikołaja, wie o początkach jego mitu, czyli o prawdziwym Mikołaju. Gdy zorientowałam się, że w Bari nikt tych dwóch postaci ze sobą nie łączy, byłam w szoku. Jednym słowem: dla baryjczyków San Nicola to przede wszystkim ważny święty, ich patron i opiekun duchowy. Trzeba byłoby się tam wybrać na dłużej, by zrozumieć, jak bardzo San Nicola jest ważny i obecny w życiu Bari na co dzień.

Frecce tricolori
Frecce tricolori


Kościół św. Mikołaja w Lido

Osławiony biskup jest kochany nie tylko w Bari, lecz także w Wenecji, która na przełomie XI i XII wieku, podobnie jak stolica Apulii, zdobyła szczątki Mikołaja. Nie było to zadanie łatwe, biorąc pod uwagę, że w tym samym celu, 100 lat wcześniej, wybrali się do Miry kupcy baryjscy. Jednakże Wenecjanie, mimo przykrej wieści o zdobyciu relikwi świętego przez Baryjczyków, nie dali za wygraną. W 1099 r., podczas pierwszej wyprawy krzyżowej, dotarli do Miry, gdzie zastali pusty grób Mikołaja. Trwali w poczuciu krzywdy do chwili, gdy nie usłyszeli, że drobne szczątki świętego, których Baryjczycy nie zdołali wynieść z grobowca, zostały przeniosione w inne miejsce. Wenecjanie odszukali je i przewieźli do Włoch. Do tej pory spoczywają one w mieście portowym – Lido w okolicach Wenecji, w klasztorze pod wezwaniem św. Mikołaja. Dopiero niedawno wykonano badania, które potwierdziły wiarygodność relikwi, co zakończyło wieloletni spór między miastami.

 

Chiesa di San Nicolò w Wenecji
Chiesa di San Nicolò w Wenecji


Patron włoskich comuni

Bari i Wenecja są wyjątkowo związane ze św. Mikołajem, jednakże nie należy zapominać, iż nie są to jedyne miasta, gdzie San Nicola odgrywa ważną rolę. We Włoszech jest to święty najchętniej wybierany na opiekuna małych miast i gmin. Patronuje on aż 271 włoskim comuni, z których najciekawsze to: Lungro, Lettomanoppello, Gesualdo oraz Vastogirardi. Comune di Lungro w prowincji Cosenzy jest gminą nietypową, założoną przez Albańczyków w drugiej połowie XV wieku. Obecnie stanowi jedno z trzech największych centrów mniejszości albańskiej we Włoszech. Obowiązuje tam dwujęzyczność, dlatego patron gminy – San Nicola nazywany jest również, po albańsku, Shën Kolli. Jedną z tradycji mieszkańców Lungro, upamiętniającą żywot św. Mikołaja, jest zwyczaj dzielenia się chlebem, tzw. il pane di San Nicola, 6 grudnia, w rocznicę śmierci świętego.

Inna gmina, której patronuje św. Mikołaj, to Lettomanoppello w prowincji Pescary. Stanowi ona część parku narodowego, Comunità Montana Montagna Pescarese. Jest to niezwykły rejon, ze względu na tzw. feste patronali, czyli święta patronackie. Rozpoczynają się one w pierwszą niedzielę października. Przez cztery kolejne dni mieszkańcy Lettomanoppello czczą najważniejszych dla nich świętych: patrona gminy – św. Mikołaja, lecz także św. Maryję z Konstantynopola, św. Emidiusza oraz św. Rocha. W ostatni dzień obchodów przemierzają procesją ulice starego miasta, niosąc na przedzie pomniki ważnych dla nich świętych.

Kolejną ciekawą gminą, gdzie św. Mikołaj odgrywa ważną rolę, jest Comune di Gesualdo w Kampanii. Znajduje się tam średniowieczny kościół pod patronatem św. Mikołaja. 6 grudnia mieszkańcy Gesualdo powierzają symbolicznie gminę swojemu patronowi, wygłaszając tzw. atto di affidamento (‘akt zawierzenia’).

W Vastogirardi św. Mikołaja wspomina się tradycyjnie 6 grudnia oraz, co ciekawe, 3 lipca, podczas słynnego „lotu anioła” (il volo dell’angelo), kiedy w centrum starego miasta mała dziewczynka, przebrana za anioła, „przefruwa” z domu do stojącego przed kościołem posągu św. Mikołaja. Jest to akt zawierzenia miasta patronowi. 1 i 2 lipca ma miejsce to samo wydarzenie, lecz zamiast pomnika św. Mikołaja, stawia się posąg Madonny. Tradycja ta sięga początków XX wieku i jest dumą Vastogirardi.

Le storie di San Nicola Ambrogia Lorenzettiego

Ślady św. Mikołaja można odnaleźć również we włoskiej sztuce. Najsłynniejszym dziełem upamiętniającym żywot świętego jest zbiór czterech malowideł z 1332 r., autorstwa sieneńskiego artysty, Ambrogia Lorenzettiego. Obrazy przedstawiają ważne chwile z życia Mikołaja, a także cuda, których dokonał. Pierwsze płótno, Resurrezione di un bambino, ukazuje scenę wskrzeszenia dziecka przez Mikołaja. Drugi obraz, Salvataggio di Mira dalla carestia con l’essiccazione e la moltiplicazione di sacchi di farina caduti in mare, przedstawia moment osuszenia i wydobycia z morza worków z mąką, które święty pomnożył, ocalając tym samym Mirę od głodu. Trzecie dzieło upamiętnia najsłynniejszy gest Mikołaja, gdy nocą, przez komin, wrzucił trzem pannom sakiewki z pieniędzmi, dzięki czemu nie trafiły do domu publicznego, a mogły wyjść za mąż. Ostatnie malowidło przedstawia scenę konsekracji św. Mikołaja na biskupa. Tetraptyk Lorenzettiego można obejrzeć w Galerii Uffizi we Florencji.

Podróż bez końca

Podróż po Italii śladami św. Mikołaja wydaje się nie mieć końca. Kto chciałby w nią wyruszyć, powinien najpierw dokładnie poznać historię życia świętego oraz wszystkie legendy, którymi obrosła jego postać w ciągu ostatnich dziesięciu wieków. Mimo iż przeciętny Włoch niewiele wie o San Nicola, nie mówiąc już o tym, że nie łączy go wcale z postacią Świętego Mikołaja, to są takie miejsca we Włoszech, gdzie biskup z Bari, szczególnie dla starszych, wierzących osób, jest niezwykle ważny.

 

Zdjęcie główne: fragment Le storie di San Nicola Ambrogia Lorenzettiego
Posted on

Wybaczyłam Orianie Fallaci

Kiedyś, jako młoda studentka, bałam się Oriany Fallaci, jednocześnie bojąc się samej siebie. To był czas, kiedy samoloty roztrzaskiwały się o nowojorskie wieże, pociągając za sobą tysiące niewinnych istnień. Oriana kipiała gniewem, unosiła się dumą. Jej bezkompromisowa postawa przerażała mnie i uwierała; skłamałabym jednak pisząc, że jej emocje były mi obce. Obserwowałam zderzenie kultury europejskiej i arabskiej w rodzinie mojej mamy. Widziałam, kto wyciąga rękę, a kto ją cofa. I też czułam gniew, niepokojąc się, co będzie dalej.

 

Minęło kilka lat, a ja, zakładając rodzinę, planując macierzyństwo, odkrywając swoją kobiecość, ale i borykając się z nią w męskim świecie, odkryłam także inną Orianę. Orianę delikatną i czułą, ciepłą i wrażliwą. Mistrzynię słowa nie tylko niesionego wysoko jak tarcza, ale i szeptanego sottovoce. List do nienarodzonego dziecka wpisałam na listę najważniejszych życiowych lektur, a we fragmentach prywatnej korespondencji Fallaci znajdowałam echo swoich miłości, rozterek, bolesnych wyborów i rozczarowań ludźmi.

 

Potem przyszedł listopad 2015 roku i zamach w Paryżu. Byłam przy komputerze, gdy media podały wiadomość o tragedii. “Czyżby Oriana miała rację?” – napisałam na Facebooku wcześniej, niż pomyślałam. Dzisiaj nie powtórzyłabym tego błędu, chcąc wierzyć, że słowo wypełnione miłością może więcej, niż to wypełnione gniewem.

 

W listopadzie tego roku warszawski Teatr Studio, tuż przed premierą monodramu Ewy Błaszczyk Oriana Fallaci: chwila, w której umarłam, prosi mnie o poprowadzenie zajęć językowo-kulturowych poświęconych włoskiej ikonie dziennikarstwa. Czy była bardziej reporterką, czy może jednak pisarką? Jakim językiem mówiła, jakie rzeczowniki określały jej świat, jakie przymiotniki i czasowniki budowały jej tożsamość? Na swoją opowieść mam dwie godziny. Wedle planu, jedną poświęcić mam jej życiu prywatnemu, drugą – warsztatowi dziennikarskiemu. Zaczynam więc mówić o kobiecie, która nade wszystko ukochała rodzinę, Florencję i wolność. O osobie wiernej, lojalnej, odważnej. Zegarek wciąż pokazuje mi, że przede mną jeszcze dużo czasu – spokojnie zdążymy więc przyjrzeć się sztuce reportażu. Mówię dalej, nie przestaję. Że pod koniec życia Oriana się pogubiła. Że w moim przekonaniu była dobrym człowiekiem, który dziś walczyłby o syryjskie dzieci i wyczerpane kobiety dryfujące na tratwach u brzegów Lampedusy. Nagle słuchacze zwracają mi uwagę, że czas się skończył, że jest już po zajęciach. Jak to, przecież nie zamknęłam jeszcze pierwszej części?! Okazuje się, że gdzieś w trakcie opowieści zatrzymał się mój zawsze niezawodny, szwajcarski zegarek. Jakby była z nami, jakby chciała, bym powiedziała wszystko to, co miałam do powiedzenia.

 

Wybaczyłam Orianie jej gniew, bo wybaczyłam go i sobie – wynikał z lęku, potrzebował czasu, by przekuć go na coś dobrego. Myślę, że gdyby było jej dane być tu z nami dzisiaj, wróciłaby do nas Fallaci sprzed 11 września – ta, która, jako małe dziecko, opierała się faszyzmowi; ta, która nade wszystko kochała życie, wsłuchiwała się w lament świata i była gotowa o niego walczyć.

 

Czy i jak czytać dzisiaj Orianę Fallaci? Posłuchajcie, co powiedzieli mi tłumacze jej tekstów na język polski (kliknij w nazwisko, aby przejść do nagrania audio):
Anna Osmólska-Mętrak, Joanna Ugniewska, Tomasz Kwiecień.

 

Posted on

Portugalskie rabanadas

Pierwsza wzmianka o chlebie namaczanym w mleku pochodzi z rzymskiego traktatu O sztuce kulinarnej autorstwa Apicjusza.  W średniowieczu tosty podawano jako dodatek do mięs i dzikiego ptactwa. W Hiszpanii torrijas, namaczane w mleku z dodatkiem wina i smażone na oliwie, tradycyjnie przygotowuje się w okresie Wielkanocy. We Francji podobne danie nazywa się pain perdu, czyli “utracony chleb”. Nad Sekwaną tosty często robi się z czerstwego chleba, dając mu w ten sposób drugie życie – jest to więc raczej chleb odzyskany niż utracony.

Portugalskie rabanadas można zjeść na świąteczne śniadanie lub podać jako podwieczorek w zupełnie zwykły grudniowy dzień, najlepiej z filiżanką mocnej kawy.

Rabanadas
2 porcje

4 duże kawałki chleba

3/4 szklanki mleka

1/4 szklanki porto

2 laski cynamonu

2 łyżki miodu

skórka starta z jednej pomarańczy

2 jajka

masło do smażenia (4-5 łyżek)

Sos z porto:

1/2 szklanki wody

1/4 szklanki porto

1/3 szklanki miodu

1 laska cynamonu

sok z jednej pomarańczy

Do posypania:

1/4 szklanki cukru

2 łyżki cynamonu

 

 

W dużym garnku podgrzewamy mleko, porto, cynamon, miód i skórkę pomarańczy.

Doprowadzamy do wrzenia, gotujemy przez 1-2 minuty, odstawiamy do ostudzenia.

W międzyczasie przygotowujemy sos.

Wszystkie składniki zagotowujemy w rondelku.

Zmniejszamy ogień i gotujemy przez około 15 minut, aż sos lekko zgęstnieje.

Chleb namaczamy w powstałej miksturze.

Jajka roztrzepujemy i każdy kawałek chleba obtaczamy w jajku.

Na patelni rozgrzewamy masło.

Kawałki chleba smażymy na gorącym maśle na złocisto, około 2 minuty z każdej strony.

Po usmażeniu odsączamy za pomocą papierowych ręczników.

Tosty obtaczamy w cukrze wymieszanym z cynamonem.

Polewamy sosem i podajemy.

 

Posted on

Lanificio Leo i Shop My Mood. Wygraj piękny szalik na zimę!

Sklep internetowy Shop My Mood to miejsce, które odkrywa przed miłośnikami Włoch i całego Śródziemnomorza produkty pochodzące od niezależnych, niszowych twórców i projektantów: ubrania, torebki, biżuterię, produkty dla domu, akcesoria. Działalności Shop My Mood przyświeca idea handmade with love.

Dziś, dzięki uprzejmości Shop My Mood, jeden z luksusowych produktów z ich oferty pragniemy oferować Czytelnikowi lub Czytelniczce “Lente”. Jest to piękny wełniany szalik od Lanificio Leo – firmy, która od ponad stu lat buduje istotną część historii Kalabrii. Zachwyca nas fakt, że marka chroni pamięć historyczną o dziedzictwie przemysłowym, prowadząc muzeum, w którym obejrzeć można wiele ciekawych eksponatów: od idealnie sprawnych maszyn po cenne archiwum, zawierające 200 sztuk XIX-wiecznych stempli, wyciętych ręcznie z drewna gruszy i nadal używanych do druku. Jednocześnie, w myśl filozofii lente, Lanificio Leo idzie także z duchem czasu: prowadzi laboratorium eksperymentalne low technology i nieustannie wdraża nowe rozwiązania produkcyjne.

Jeśli chcesz stać się posiadaczem szalika Grid, zaprojektowanego przez Emilia Leo (więcej o produkcie: tutaj), zostaw pod niniejszym postem komentarz, w którym wyjaśnisz, dlaczego wyroby handmade pochodzące od rzemieślników są Twoim zdaniem lepsze niż moda z sieciówek.

Będzie nam także miło, jeśli polubisz profil sklepu Shop My Mood na Facebooku.

Na Twoją wypowiedź czekamy do końca tygodnia, tj. do 17.12.2017 r. Szczegółowy regulamin konkursu znajduje się tutaj: regulamin konkursu Shop My Mood.

 

Posted on

Italia do zjedzenia Bartka Kieżuna

Z książką Bartka jest jak z wjazdem do Rzymu – najwspanialszego miasta na świecie. Patrząc na okładkę, spodziewać by się można wyłącznie elegancji, przepychu, wyniosłości i wyrafinowania. Złote litery i chłód marmuru przypominają o włoskich cudach architektury, o skarbach skrywanych w rzymskich muzeach. Tak jak wytworne fasady Palazzo Farnese sąsiadują w Rzymie ze swojskim i hałaśliwym Campo de’ Fiori, tak za marmurową oprawą książki czekają na nas ciepłe i smakowite opowieści, bezpośrednia i pełna pasji narracja autora, fotografie Italii dystyngowanej i tej zupełnie oswojonej. I podobnie jak na niejednym rzymskim placu współistnieją szykowne restauracje i skromne trattorie, tak u Bartka znajdziemy przepisy na dania proste i niekłopotliwe, ale również takie, które zaskoczą niejednego doświadczonego kucharza.

 

 

Italia do zjedzenia stanowi połączenie książki kulinarnej i subiektywnego przewodnika po Włoszech. Prowadzi nas po wybranych włoskich zaułkach i po meandrach włoskich smaków, pokazując Italię w wersji najbardziej przez wszystkich kochanej: aromatycznej, radosnej. Cieszącej oko, nos i podniebienie.

Mam nadzieję, że w tym roku Mikołaj podaruje Wam wszystkim właśnie książkę Bartka. Trudno przecież o prezent lepszy niż taki, który można – wręcz trzeba! – łyżkami. Taki, który określa się mianem “do zjedzenia”. I który, oblizawszy się smakowicie, będzie się chciało schrupać od początku.

 

Bartek Kieżun, Italia do zjedzenia, Buchmann, Warszawa 2017

Posted on

Agua de Colonia Nenuco. Tak pachnie mały człowiek

Recepturę kosmetyku opracowano z myślą o wrażliwej skórze bobasa, a aromaty dobrano tak, by nie drażniły małego noska — to przede wszystkim radosne, orzeźwiające cytrusy zmieszane z subtelną wonią mydła. Choć dla wielu rodziców najpiękniejszy zapach świata to naturalny zapach skóry ich dziecka, w gorące dni hiszpańskiego lata zmieniają się priorytety. Wygrywa higiena i komfort berbecia, który dzięki pachnącej pielęgnacji dłużej pozostaje świeży jak zaraz po kąpieli.

Agua de Colonia Nenuco ma jeszcze wiele innych zastosowań. Tatusiowie (i nie tylko) używają jej jako wody po goleniu. Pachną nią dziecięce ubranka i beciki, ale też ubrania i pościel dorosłych. Czuć ją pośród ręczników i unosi się nad posadzkami, bo niektóre rodziny dodają parę kropel do wiaderka z wodą do mycia podłóg. Zapach spodobał się tak bardzo, że AirWick we współpracy z Nenuco wypuścił na rynek serię odświeżaczy powietrza — i do domu, i do samochodu.

Cytrynowy aromat tej wody kolońskiej ma jeszcze jedną zaletę: nie lubią go komary, zatem woda kolońska Nenuco w pewnym stopniu chroni też przed ich nieprzyjemnym ukąszeniami i swędzącymi bąblami, które pozostawiają na skórze. Popularna Agua de Colonia wpisuje się więc doskonale w hiszpańską kulturę późnych kolacji poza domem — ucztowania do nocy z bliskimi na świeżym powietrzu przy pełnych półmiskach i butelce wyśmienitego wina.

Posted on

Sagrada Familia

Sagrada Familia to wielowymiarowa, bogata w niuanse opowieść o człowieku. Na prześledzenie wszystkich jej wątków nie starczyłoby tygodnia – trudno więc wymagać, by stało się tak w ciągu krótkiej wizyty. Nawet podczas niej  uderza jednak humanizm tej niezwykłej architektonicznej konstrukcji, gdzie między nawami toczy się nieustanny dialog, gdzie sztuka rodziła się z tęsknoty za naturą i gdzie biografia artysty zaklęta zostaje na zawsze w kamieniu i witrażach.

Konstrukcję świątyni podtrzymują nie kolumny, ale drzewa. Fot. Julia Wollner
Konstrukcję świątyni podtrzymują nie kolumny, ale kamienne drzewa. Fot. Julia Wollner

Ja zapamiętuję choćby to, że Gaudi jest zmęczony industrializmem. Zamiast kolumn stawia wewnątrz kościoła gigantyczne drzewa.Wiele dziesięcioleci przed nami tęskni za powrotem do natury, do człowieczeństwa przodków, niedążących do przemienienia się w maszyny. Zna przy tym wartość ludzkiej pracy; wie, że to ona nadaje sens ludzkiemu życiu. Wierni też powinni o tym pamiętać: na fasadzie Narodzenia wzrok przykuwa Jezus z młotkiem w dłoni.

Gaudi tęsknił do natury z czasów swojego dzieciństwa. Fot. Julia Wollner
Gaudi tęsknił do natury z czasów swojego dzieciństwa. Fot. Julia Wollner

Zaraz obok wzrok przyciąga wielorakość rysów dzieci sportretowanych jako anioły, zgromadzone przy betlejemskiej stajence. Niektóre mają wyraźnie skośne oczy. To już zasługa następcy Gaudiego, japońskiego rzeźbiarza Etsuro Sotoo, który przy zdobieniu katedry (dziś: bazyliki) pracował od roku 1978. Dzięki niemu barcelońskie chóry anielskie zdają się celebrowac różnorodność ludzkiej rasy.

Fasada Narodzenia zdaje się celebrować różnorodność. Fot. Julia Wollner
Fasada Narodzenia zdaje się celebrować różnorodność. Fot. Julia Wollner

Po drugiej stronie budynku – memento mori. Fasada Męki Pańskiej przypomina, że wszyscy, bez względu na pochodzenie, równi jesteśmy wobec śmierci. Sześć wielkich słupów przywodzi na myśl ludzkie kości wraz ze strukturą przylegających do nich ścięgien; następne kolumny – a jest ich 18 – dopełniają liczby 24. Tyle kości liczą nasze żebra. Żebra Zbawiciela również – stał się przecież jednym z nas, uświęcając tym samym nasze człowieczeństwo.

Fasada Męki Pańskiej, fot. Julia Wollner
Fasada Męki Pańskiej, fot. Julia Wollner

Wnętrze świątyni to dla odmiany gra kolorów. Zieleń życia po stronie Narodzin, czerwień krwi i zachodzącego słońca dokładnie naprzeciwko. Witraże u początku i u końca drogi. W jej połowie: imponujące drzwi nowej nawy, ze słowami Ojcze nasz spisanymi w przeróżnych językach. Wierzący czy nie, wszyscy szukamy w życiu wsparcia, rodzicielskiej czułości, opieki i akceptacji. Chleba i odpuszczenia win.

Zieleń prowadzi nieustanny dialog z czerwienią. Fot. Julia Wollner
Zieleń prowadzi nieustanny dialog z czerwienią. Fot. Julia Wollner

 

Zwiedzanie dobiega końca. Gaudi marzył, by od strony fasady Chwały do kościoła prowadziły piękne ogrody. Nie udało się – w latach ’70 ubiegłego wieku włodarze miasta wznieśli tu budynki mieszkalne, nie wierząc, że budowa katedry będzie kontynuowana. Ludzka cecha, brak wiary… A jednak wznoszenie kompleksu trwa. Podobno zostanie ukończone w 2026 roku.

Jakimi będziemy wtedy ludźmi?

 

https://youtu.be/RcDmloG3tXU

Zdjęcie główne: Sarah Castillo / Flickr, CC BY-SA 2.0

Posted on

Najlepsi przyjaciele człowieka, najlepsi przyjaciele Włocha

Przytoczę Państwu krótką anegdotę: grupa koreańskich pracowników pewnej gigantycznej korporacji została wysłana do Polski, ich największego europejskiego konsumenta, w celu specjalistycznego „badania rynku”. A ponieważ żaden z nich nie był ani specjalistą od marketingu, ani socjologiem, ich zadanie przypominało raczej tajną misję służb wywiadowczych à la koreański James Bond: przez cały rok intensywnie podróżowali po Polsce, wytężając oczy i uszy na specyfikę kulturową naszych rodaków. Kiedy jednak tematyczne samograje w rodzaju polskiej gościnności zostały wyczerpane, z desperacji zaczęli sobie nawzajem podkradać pomysły.

Koreańskie badanie rynku

Pewnego razu mój koreański przyjaciel oznajmił, że ma tematyczną „bombę”: obserwacja i statystyki wykazały mu bowiem, że Polacy wprost kochają czworonogi. Jedyny kraj, z którym Polska mogłaby w tej kwestii konkurować, to, jego zdaniem, Włochy, tyle tylko, że kolorowe kokardki włoskich pupili zastąpiły u nas wełniane fikuśne ubranka, a malutkie ratlerki – większe psy rasowe czy mieszańce. Różnica jest jeszcze jedna: z powodu drastycznych kar, Włosi restrykcyjnie przestrzegają przepisów, tak więc smycze są coraz krótsze, kagańce w środkach transportu obowiązkowe, zaś parki i podwórkowe trawniki o wiele czystsze.


Pupil mile widziany 

Coś w tym jest: zwierzę domowe traktowane jest we Włoszech jak członek rodziny, zaś w branży usługowej – jako mało inwazyjny, a nawet mile widziany gość. Latem w większości restauracji można spokojnie pałaszować lunch z ukochanym pupilem na kolanach, ponieważ niezwłocznie zatroszczy się o niego zatroskany kelner, przynosząc miseczkę z wodą oraz „coś na ząb”. Co więcej, aby zapobiec sezonowej pladze porzucania psów przy autostradach, włoski rząd zorganizował dla czworonożnych podróżników ogródki rekreacyjne ze stałą opieką weterynaryjną.

Nie budzi więc większego zdziwienia fakt, że przedsiębiorcy prędko zwietrzyli popyt na „zwierzęcy biznes”. Dla chętnych dostępne są butiki znanych projektantów dla „kocich i psich księżniczek”, designerskie gadżety i wykwintne przysmaki; kosmetyczki, fryzjerzy i masażyści; zajęcia „pozadomowe”, obozy integracyjne i SPA; salony fizjoterapii, kliniki medyczne, a nawet poradnie zdrowia psychicznego. Tegoroczne obroty tego rynku wyniosły już prawie 1,6 miliarda euro. Z przekąsem nadmienię, że czasem z trudem można wyszperać zwyczajną karmę dla psów…

Pienza, fot. Julia Wollner
Pienza, fot. Julia Wollner


Mediolan: miasto jeden i pół

Nagłówki włoskich gazet alarmują, że w Mediolanie – jednej z największych i najbogatszych włoskich metropolii – jest już prawie dwa razy więcej psów niż dzieci, zaś w całym kraju – tyle samo zwierząt domowych, co dzieci do lat 6. Największą sympatią Włosi darzą ptaki, ryby, koty i psy, ale nie stronią również od gryzoni oraz gadów, które w sposób oczywisty stają się najczęstszym zarzewiem miedzysąsiedzkich konfliktów.

Specjaliści tłumaczą zmniejszającą się liczbę dzieci w stosunku do zwierząt przedłużającym się kryzysem, zmianami obyczajowymi oraz emancypacją kobiet; single przekonują zaś, że psy i koty to znacznie bezpieczniejsza inwestycja uczuciowa i materialna niż nieprzewidywalny partner – są oddane i wierne, łaszą się do nóg po wieczornym powrocie do domu i grzeją nam łóżka przed spaniem, a do tego wyrażają dozgonną wdzięczność za „pełną michę”. Psycholodzy pocieszają, że posiadanie pupila to już pierwszy krok w kierunku zaangażowania, a także symboliczne wyznanie potrzeby bliskości.


Kocie prawo i najbogatszy kot świata

Pomimo gorącej miłości do psów, Italia to wciąż „kraj kociarzy” – posiada je przeszło 8 milionów Włochów, w tym wielu absolutnych kocich maniaków. Warto wspomnieć, że to właśnie ten kraj zainicjował w 1990 roku wprowadzenie do kalendarza Światowego Dnia Kota (17 lutego; warto przypomnieć, że 17 listopada przypada natomiast Dzień Kota Czarnego), zaś „dachowce” – zwane tu dumnie gatto libero – znajdują się pod ochroną prawa i mogą liczyć na bezpłatną pomoc medyczną o każdej porze dnia i nocy.

Tak szacowne i charakterne zwierzaki znalazły również godną siebie obrończynię w osobie zmarłej rok temu Margherity Hack – genialnej astrofizyczki, pierwszej kobiety na stanowisku szefa Centrum Astrofizyki, na której cześć nazwano jedną z asteroid. Ta nietuzinkowa osobowość, odważnie wyrażająca kontrowersyjne opinie, przez całe życie konsekwentnie odgrywała rolę wolnościowej aktywistki, propagatorki wegetarianizmu i ochrony praw zwierząt. Przyznawała ponoć, że przez 70 lat pozostawała wierna jedynie swojemu mężowi, astrofizyce oraz… ukochanym ośmiu kotom.

We Włoszech do 2013 roku żył również najbogatszy kot świata Tommaso, który w spadku po zamożnej właścicielce odziedziczył 10 milionów euro, posiadłość na przedmieściach Rzymu, ekskluzywne apartamenty oraz domek letniskowy w Kalabrii. Majątkiem zarządzała poznana podczas spaceru urocza pielęgniarka, która wielkodusznie obiecała zaopiekować się kotem po śmierci starszej pani, nie mając jakoby pojęcia o jej bogactwie. Podczas gdy całe Włochy toczyły debatę, jak Tommaso zadysponuje spadkiem, tłumy kocich księżniczek w designerskich kreacjach ustawiały się w długiej kolejce do jego serca…

Toskański kot i jego włości, fot. Julia Wollner
Toskański kot i jego włości, fot. Julia Wollner


Wcale nie tak różowo

Można jednak całkiem słusznie zapytać, jak owa bezgraniczna miłość do zwierząt domowych ma się do włoskiego umiłowania koniny? Konie przewożone są w okropnych warunkach z kraju, który podobno od wieków słynie z wyjątkowego szacunku dla tych pięknych stworzeń, czyli… Polski.

Włoscy obrońcy praw zwierząt powinni mieć zatem ręce pełne roboty, tymczasem często rozmieniają się na drobne, organizując mało znaczące akcje o wyraźnym zabarwieniu antyklerykalnym, zrażając do siebie nie tylko wpływową grupę katolików, ale również przychylnie nastawionych i chętnych do pomocy młodych liberałów, zniesmaczonych populistycznym charakterem podobnych działań.

Przywołać tu można chociażby zeszłoroczny „watykański incydent z gołębiami”, kiedy to wypuszczone jak co tydzień przez papieża Franciszka symbole pokoju zostały brutalnie rozszarpane przez znacznie większe i silniejsze ptaki drapieżne na oczach tłumu gapiów, w tym dzieci. Ekolodzy nie tylko wystosowali oficjalną skargę do Watykanu, ale też przez kilka tygodni protestowali na Placu Świętego Piotra, zbierając podpisy pod petycją o zaprzestanie tej „barbarzyńskiej tradycji”.

 

Co kraj, to obyczaj

Powróćmy raz jeszcze do znajomego Koreańczyka, który oryginalnym raportem znokautował konkurentów. Korea bowiem to nadal jeden z nielicznych krajów, w którym do dziś istnieje legalne i kulturowe przyzwolenie na spożywanie mięsa psów. Przyjaciel tłumaczył jednak bez cienia zażenowania, iż nie jedzą przecież SWOICH domowych pupili, lecz jedynie te, które pochodzą ze specjalnej hodowli psów przeznaczonych do uboju…. W Europie pies to świętość. A już szczególnie we Włoszech.

 

Zdjęcie główne: Angelina Litvin / Unsplash
Posted on

Oto człowiek. Poncjusz Piłat Ann Wroe

Od wczesnych lat nastoletnich mój ulubiony sposób poznawania historii – a jednocześnie po prostu hobby – to czytanie powieści, uzupełniane następnie dogłębną analizą źródeł. Najpierw lektura lekka, łatwa i przyjemna, potem zaś weryfikacja danych, sprawdzenie, na ile z licentia poetica korzystał autor. Pierwsza część procesu tworzy kontekst; sprawia, że bohaterowie sprzed wieków zaczynają żyć w mojej wyobraźni własnym życiem. Druga pozwala nabyć właściwą wiedzę. Nie zawsze jest to jednak możliwe. Bywa, że pisarze snują swe opowieści, historykom zaś brakuje faktów potrzebnych choćby do stworzenia biogramu w encyklopedii. Tak właśnie ma się sprawa z Poncjuszem Piłatem – i nie mogłabym bardziej żałować, że to akurat o nim wiemy tak niewiele.

Pominąwszy ewangelie i apokryfy, sztuki piękne i muzykę, opowiada o Piłacie kilka ciekawych powieści, które sprawić mogą, że poczujemy chęć bliższego poznania słynnego rzymskiego urzędnika. Ostatnio w ręce wpadła mi na przykład Claudia, wife of Pontius Pilate Diany Wallis Taylor, poświęcona żonie prefekta i zdobywająca doskonałe noty na portalu GoodReads. Od tej, momentami, naiwnej i ciut afektowanej książki dużo wyżej oceniam Żonę Piłata Anoinette May, którą jakieś 10 lat temu wydał u nas Rebis i do której wróciłam z wielką przyjemnością podczas ostatnich świąt wielkanocnych. Obie powieści skupiają się na małżonce Rzymianina, jednak i on jest w nich bez wątpienia postacią pierwszoplanową. Niestety, konfrontacja pisarskiej fantazji obu autorek z faktami historycznymi nie może zakończyć się powodzeniem. Twarde fakty dotyczące Piłata można powiem, w najlepszym wypadku, policzyć na palcach przysłowiowej jednej ręki.

"Żona Piłata" podróżowała ze mną tej wiosny po Jerozolimie
“Żona Piłata” podróżowała ze mną tej wiosny po Jerozolimie

Z pomocą przyszła mi ciekawa propozycja wydawnictwa WAB, które zdecydowało się opublikować przekład książki angielskiej autorki Ann Wroe. Brytyjka dokonała sumiennej kwerendy i, jak się wydaje, zebrała cały materiał źródłowy zawierający wzmianki o Piłacie i Judei w czasach, w których nią zarządzał. Jako że korpus ten nie jest duży, przekazy antyczne postanowiła uzupełnić analizą legend, przeglądem sztuk teatralnych i innych tekstów, które od średniowiecza Piłatowi poświęcano. Odmalowała dzięki temu dość szczegółowy obraz recepcji postaci; mitu, jaki narodził się i rozwinął wokół jego osoby. Blisko pół tysiąca stron niebanalnej opowieści o Poncjuszu Piłacie imponuje nie lada, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że większość historyków wie o nim tylko to, że piastował urząd prefekta Judei w latach 26–36… A i to nie na pewno.


Ten ogromny nakład pracy, jaki wykonać musiała Wroe, doceniam po stokroć; ciekawe są też w większości jej refleksje na temat prezentowanych tekstów. Pod względem edytorskim książka przygotowana jest bardzo rzetelnie i starannie. Czego zabrakło? Może równowagi między odniesieniami do dzieł anglosaskich a tych z innych kręgów kulturowych, mnie nierzadko bliższych? Może puenty na końcu książki, która nie wydałaby mi się tylko exercice de style? Uchybienia niewielkie, bo i publikacja wydaje się w pełni wartościowa.

Niestety, mój apetyt na poznanie Rzymianina, o którym napisała Wroe, nie został zaspokojony. Nadal nie wiem, jaki był naprawdę, a nie jakim widzieli go poeci, malarze, dramaturdzy. Oto człowiek – człowiek, którego biografia pozostaje jedną wielką luką. Człowiek, o którym wciąż nie wiemy prawie nic poza tym, co zechcemy sobie sami wyobrazić, nie dając mu szansy ni przytaknięcia, ni obrony. Czy na tym polega jego wieczna kara? On, który wysłał Jezusa na śmierć, siebie, paradoksalnie, skazał przecież na nieśmiertelność. Ta zaś bywa wypełniona przede wszystkim wielką, smutną pustką.

 

Ann Wroe, Poncjusz Piłat, tłumaczył Jarosław Mikos, WAB, Warszawa 2015

 

 

 

Posted on

Kraj Greków, którego szuka moja dusza

Kiedy w połowie wieku upowszechnił się styl klasycystyczny w miejsce rozchichotanego rokoko, la mode à la grecque opanowała niemal wszystkie dziedziny życia – damskie stroje i koafiury, wnętrza, architekturę, rzeźbę monumentalną, dekoracyjną i nagrobkową, malarstwo i literaturę. Dawna Grecja stała się natchnieniem i wzorcem dla szerokiego grona artystów i intelektualistów, można powiedzieć też, że razem z okresem renesansu, klasycyzm ukształtował wizję starożytności, która nawet dzisiaj jeszcze tkwi w naszych głowach i oczach. Winckelmann, twórca nowoczesnej historii sztuki, postulował konieczność studiowania greckiego antyku, w którym dostrzegał ucieleśnienie ideału piękna, ponieważ miało to stworzyć uniwersalny wzorzec estetyczny. Należało naśladować „szlachetną prostotę i spokojną wielkość” starożytnych. Formy i tematy, których źródła biły wśród skał Peloponezu i na niezliczonych wyspach dookoła dostarczały osiemnastowiecznym klasycystom niewyczerpanych inspiracji. Tyle, że to wszystko było fantazją na temat dawnej Grecji, zespołem wyobrażeń, imaginarium idealnych form, które nie istniały, bo istnieć nie mogły. Wspaniałe greckie posągi prezentujące nieskazitelne ciała oślepiały bielą, której Grecy nie znali – ICH posągi były barwne na granicy pstrokacizny. Posągi przedstawiały sportowców lub bogów – kult pięknego, zdrowego ciała oraz sprawności fizycznej zrównywał jednych i drugich, trudno czasem orzec, czy patrzymy na atletę, czy na boga Apolla. Bogowie od ludzi różnili się tylko tym, że byli nieśmiertelni. Nawet nie byli wszechmocni. Tam gdzie oświeceniowi intelektualiści szukali wzniosłości, była pycha. Pycha bogów, którzy nie umieli być bogami, byli jedynie nieśmiertelnymi ludźmi, z całym arsenałem przywar i podłości. Pycha małych miast z ambicjami kolonialnymi, pycha mężczyzn uważających niewolników i kobiety za urządzenia domowe obdarzone mową. Pycha miejskich przywódców, która kazała albo się wyrzec siebie i swoich przekonań, albo wypić truciznę. Gdzie tu miejsce na wzniosłość?

 

Johann Heinrich Füssli Artysta porażony ogromem starożytnych ruin, 1778–1779, Mediolan, Civica Raccolta Stampe Bertarelli
Johann Heinrich Füssli, Artysta porażony ogromem starożytnych ruin, 1778–1779, Mediolan, Civica Raccolta Stampe Bertarelli

 

Na rysunku Füssliego widzimy człowieka, który opadł na blok kamienia, jak ktoś zmęczony podróżą, albo nieszczęściem. Przesłaniając jedną ręką oczy, drugą wodzi po marmurowym relikcie pomnika minionej chwały. Człowiek jest nagi, spowity jedynie w trudną do określenia tkaninę, przez co sam przypomina antyczny posąg. Obok niego na postumentach wspierają się gigantyczne kikuty olbrzyma – stopa i dłoń. Zastygłe w wiecznym bezruchu, dają pełne grozy wyobrażenie wielkości kolosa, do którego kiedyś należały. Dłoń nadal pozdrawia – błogosławi, bo to dłoń Konstantyna, pierwszego cesarza Chrześcijan, poganina, który zwyciężał pod znakiem Chrystusa. Rzymski cesarz, który na stolicę wybrał sobie dawną grecką kolonię – Byzantion i nazwał je Konstantynopolem. Bizancjum było symbolem przepychu, bogactwa i aż do upadku Konstantynopola kontynuatorem i powiernikiem kultury greckiej, a jego mieszkańców przez wiele kolejnych wieków zwano Grekami. Czuł to cesarz Konstantyn, kiedy kazał wystawić swój gigantyczny posąg na wzór kolosa z Rodos. Cesarz rzymski, ale rzeźba grecka.

Artysta dotyka gigantycznych szczątków, ale nie patrzy na nie. Oślepia go utracona wielkość. Poraża go gigantyczny upadek. Obezwładnia go myśl, że olbrzymów już nie ma, są karły i on jest jednym z nich. Nie ma już ramion, na które można się wspiąć, by zapomnieć, że się jest karłem. Wielkość, która zobowiązuje, ale też czyni bezsilnym. Co mogę stworzyć, by bogowie nie zanieśli się śmiechem ? Czym mogę doścignąć starożytnych, gdy wiem, że nie zdołam ich przewyższyć? Każdego artystę taka myśl pogrąży w rozpaczy…

A może artysta pogrążony jest w desperacji, bo wie, że każda wielkość się kończy, nie ma takiej mocy, która nie upadnie z hukiem i nie rozpadnie się w ruiny. Może wie, że ta wielkość to jest fizyczny ogrom z jednej strony i wyolbrzymiona chwała z drugiej. Tysiąclecia mijają, cienie blakną, pozostaje tylko (aż?) światło w postaci poezji Homera, pięknych ciał Polikleta i Lizypa, mądrości Stagiryty.

Henry Fuseli, by James Northcote
Johann Heinrich Füssli sportretowany przez Jamesa Northcote’a

 

Nota: Johann Heinrich Füssli (Zurych 1741 – Londyn 1825) – malarz i rysownik szwajcarski. Tworzył w okresie klasycyzmu i wczesnego romantyzmu. Od 1763 r. mieszkał i pracował w Londynie, podróżował także na dłużej do Rzymu, gdzie zetknął się z zabytkami antyku, z malarstwem Michała Anioła, pejzażem Południa. W 1790 r. został przyjęty do Akademii Królewskiej, gdzie prowadził wykłady z estetyki. Podejmował tematy klasyczne, ale najbardziej znane jego dzieła powstały na tematy zaczerpnięte z eposu o Nibelungach (Brunhilda i uwięziony Günter, 1807), z Dantego (Dante, Wergiliusz z Cavalcatem i Farinatą, 1774), Szekspira (Hamlet i królowa Gertruda nawiedzeni przez Ducha, 1780, Lady Macbeth, 1784 r.), także obrazy symboliczne i fantastyczne (Milczenie, 1799 r., Koszmar, 1781 r.).

 

 

Tytuł artykułu stanowi cytat z Ifigenii J. W. Goethego.
Posted on

Spytajcie Protagorasa

W ostatniej “Polityce” moją uwagę przykuł felieton Jana Hartmana, a w zasadzie jego ostatnie słowo: “fascynujące”. Zanim padnie, filozof dzieli się swoją refleksją na temat chrześcijaństwa: religii, która, zaczerpnąwszy pełnymi garściami z antycznych wierzeń, dokonała posunięcia bez precedensu. U boku Boga niewidzialnego, najwyższego, postawiła Boga z krwi i kości. Sen człowieka o boskości zostaje urzeczywistniony…

…choć to Bóg stał się człowiekiem, a nie człowiek Bogiem. Tak czy owak, spełnianie marzeń bywa niebezpieczne. To już moja własna refleksja. Chętnie zapominamy o Jezusowych korzeniach, o Jego czułości wobec trudów ziemskiej codzienności, o życzliwym spojrzeniu na twarze przewijające się w tłumie nad jeziorem – każda o innej historii, innym spojrzeniu, innym kolorze czupryny. Wolimy widzieć Go tam, na górze, bo dzięki temu na górze jesteśmy, wiecznie spragnieni gloryfikacji, i my. Opromienieni boskim blaskiem, wśród białych chmur, wszyscy mamy białe twarze i anielsko niebieskie oczy. Niezwykle zdolnej młodej malarce, z którą miałam kiedyś przyjemność współpracować, prestiżowe muzeum odmawia dziś przyjęcia na aukcję charytatywną obrazu pokazującego tułaczkę migrantów. Oczy mają zmęczone i ciemne, nie dryfują wśród chmur, wlokąc zamiast tego swe ciężkie bagaże. To do charytatywnej aukcji pasować nie może. Fascynujące, zaiste… czyż nie?

Grecki mędrzec Protagoras uznał, że to człowiek jest miarą wszech rzeczy. Kiedy wpadł na ten pomysł, mało komu przychodziło do głowy stawiać człowieka na równi z boskością – większość znała swe miejsce, ciut bliżej przy ziemi. Dziś niebezpiecznie ciągnie go do góry: brakuje taśmy mierniczej, by sięgnąć tam, gdzie chciałby zasiadać. Cóż, Grecy mierzyli odległość za pomocą palców, stóp albo trzciny. Żadna z tych jednostek nam dziś nie wystarczy. Co robić, Protagorasie? To wie już chyba tylko Pan Jezus, strapiony tym, do czego doprowadziło spełnianie marzeń Jego dzieci. Bo niektórym, nie tylko przed świętami, zdecydowanie przydałaby się raczej rózga.

Posted on

Klauzula milczenia: od pustyni do klasztoru

Człowiek, od zawsze, w milczeniu znajdował Boga, odkrywał siebie samego i, tym samym, otwierał się na drugiego człowieka. Cisza jawiła się zatem jako czas sakralny, wniosły. Doskonale wiedzieli o tym filozofowie: w szkole założonej przez Pitagorasa obowiązywała zasada, wedle której adepci mogli jedynie przysłuchiwać się wykładom, nie wolno było jednakże o nic pytać ani niczego komentować. Prawo do zabierania głosu uzyskiwano dopiero po kilku latach nauki; wcześniej, w milczeniu, uczniowie zmuszeni byli do myślenia, mieli czas na refleksję. To, co zostało wypowiedziane, jest już zamknięte, skończone, bez możliwości zmian; zatem, przed wypowiedzeniem myśli, należy ją zweryfikować, aby uniknąć niepotrzebnych słów.

Pustynia w Egipcie, fot. CharlesEi1 / Flickr, CC BY-ND 2.0
Pustynia w Egipcie, fot. CharlesEi1 / Flickr, CC BY-ND 2.0

Porzuciwszy Nil

Milczenie nabrało szczególnego znaczenia za sprawą pierwszych mnichów chrześcijańskich, zwanych ojcami pustyni, którzy od końca III wieku prowadzili życie – samotne lub w niewielkich zgromadzeniach – na pustyniach egipskich, a następnie w Syrii i Palestynie. Rozchodzili się w odległe strony, aby chwalić Boga, kontemplować piękno Absolutu jedynie w ciszy serca, z dala od wszelkich namiętności i wszystkiego, co mogłoby ich oderwać od rozważania rzeczy wiecznych. Pustynia jawiła się zaś jako przestrzeń ciszy, sfera nieskażona ludzką aktywnością, wypełniona harmonią ustanowioną przez Boga, bezpośrednio otwierającą na sacrum. Anachoreci (z stgr. ἀναχωρέω, anachoreo – „oddalam się, odchodzę w górę”, tzn. odchodzę z doliny Nilu na pustynię) uznawali milczenie za jeden z filarów życia duchowego, który pomaga przezwyciężyć każdą trudność i otwiera na rzeczywistość nadprzyrodzoną. Wynikająca z tych przekonań praktyka ascetyczna została z czasem ujęta w oficjalne ramy prawne w coraz liczniej powstających wspólnotach zakonnych, zapoczątkowanych przez regułę świętego Augustyna.

Począwszy od XII stulecia reguła wcielana w życie przez kanoników regularnych stała się najważniejszym podręcznikiem organizacji klasztorów i ustalania harmonogramu dnia zakonników. W większym stopniu, niż na prace fizyczne, kładła ona nacisk na studia i zajęcia intelektualne; bezczynność czy nieróbstwo należało przezwyciężać nie siłą rąk, lecz myślą, medytacją i zatopieniem w lekturze. Sprzyjało im milczenie, które jednak nie mogło być bezwzględnie przestrzegane w codziennym klasztornym życiu. Absolutna cisza obowiązywała jedynie w kościele, refektarzu i dormitoriach; w krużgankach wyznaczano specjalne godziny na rozmowę. Nowicjusze uczyli się języka gestów podobnego do migowego.

Piazza San Benedetto w Nursji, jeszcze przed trzęsieniem ziemi, fot. Biggs / Flickr, CC BY 2.0
Piazza San Benedetto w Nursji, jeszcze przed trzęsieniem ziemi, fot. Biggs / Flickr, CC BY 2.0

Benedykt czyli “mówiący dobrze”

Benedyktyni – najstarszy katolicki zakon mniszy – nie byli wyjątkiem od tej zasady. Jego założyciel, św. Benedykt z Nursji, niedługo przed śmiercią opracował regułę, gdzie w 73 rozdziałach nakreślił model życia skoncentrowanego na modlitwie, pracy i gościnności. Benedykt pragnął przekształcić klasztory w prawdziwe twierdze chroniące przed grzesznym życiem. Kandydaci na mnichów przez wiele dni musieli czekać przed drzwiami świątyni i nawet w deszczu lub śniegu oddawać się medytacji. Ścisłego przestrzegania reguły benedyktyńskiej wymagano również od zakonnic klauzulowych. Nie pozwalano na picie wina, gdyż rozwiązywało ono języki i przerywało śluby milczenia. Warto dodać, że mniszki uwielbiały jednak eksperymentować, przygotowując napoje ze sfermentowanych owoców i przerabiając je na likiery…

Św. Benedykt położył nacisk również na tak zwane milczenie wewnętrzne, widząc w nim warunek autentycznego wsłuchiwania się w słowo Boże i oczyszczenia słuchu duszy, stępionego wielością słów. Wielomóstwo (multiloquio) określał mianem przeszkody w rozwoju duchowym. Nie chodziło tu zresztą tylko o nieużywanie słów złych, ale często także o powstrzymanie się od tych dobrych, w uszanowaniu wysokiej wartości ciszy. Jak czytamy w 7. rozdziale Reguły: powinniśmy się powstrzymać od mówienia rzeczy dobrych ze względu na milczenie, tym bardziej musimy unikać mówienia złych rzeczy z obawy przed karą za grzech.

 

Neoklasyczna fasada w Cartoixa d'Escaladei, fot. Lohen11 Josep Renalias / Wikimedia, CC BY-SA 3.0
Neoklasyczna fasada w Cartoixa d’Escaladei, fot. Lohen11 Josep Renalias / Wikimedia, CC BY-SA 3.0

Cisza świętego Brunona

W niektórych wspólnotach zakonnych, jak kartuzi, permanentne milczenie przybierało bardzo restrykcyjne normy, stając się integralnym elementem mniszego życia. Początki powstania zakonu datuje się na 1084 lub 1086 rok, kiedy to Brunon z Kolonii wyruszył z sześcioma oddanymi mu towarzyszami wiary w poszukiwaniu miejsca, gdzie mógłby wieść życie poświęcone Bogu. Długa i męcząca wędrówka doprowadziła ich do Chartreuse, kolebki pustelniczej wspólnoty. Kilka lat później Brunon został wezwany do Rzymu, skąd udał się do Kalabrii, gdzie założył nowy klasztor w miejscowości Torre, znany później jako Certosa di Serra San Bruno. W kolejnych latach powstały nowe kartuzje, m.in. Champmol koło Dijon, Certosa w Pawii, Santa Maria d’Escaladei w Tarragonie, Miraflores w Burgos i El Paular w Segowii. Założyciel zmarł w roku 1101, nie zostawiwszy żadnej pisemnej reguły organizującej życie braci. Zbiór zakonnych statutów zwany Consuetudines Cartusiae powstał dopiero w 1128 roku dzięki piątemu przeorowi Chartreuse, charyzmatycznemu mnichowi Gwidonowi I. Inspiracje czerpał z on z pism Ojców Kościoła, wzorował się na regule świętego Benedykta, cystersach i zasadach przyjętych w eremickim zakonie kamedułów. Zakonników obowiązywał ślub milczenia, asceza, częsta modlitwa i kontemplacja. Życie prowadzili samotnie, zazwyczaj we własnych celach. Opuszczali je nie częściej niż trzy razy dziennie, udając się do kościelnego chóru na jutrznię, nieszpory i nocne oficja. Charakterystycznymi elementami liturgii kartuzów były liczne momenty ciszy oraz specyficzna postawa modlitewna zwana prostracją (leżenie krzyżem). Zakazano używania instrumentów muzycznych; w murach kościelnych dozwolony był jedynie chorał gregoriański. Panująca w zakonie kartuzów dyscyplina bezwzględnie obowiązywała szczególnie nowicjuszy. Ci, którzy przeszli pomyślnie jej próbę, po roku zostawali zakonnikami. Istniały również kartuzje żeńskie, z zasady mniej radykalne. Najlepszy przykład stanowi tutaj przypominający pałac klasztor w Neapolu, ozdobiony malowidłami, złoconymi rzeźbami, kolumnami z jaspisu i marmuru – daleki więc od reguły skromności i ubóstwa.

 

Certosa di Pavia, fot. lo.tangelini / Flickr, CC BY-SA 2.0
Certosa di Pavia, fot. lo.tangelini / Flickr, CC BY-SA 2.0

 

Trwanie w ciszy to dla mnichów fundamentalne ćwiczenie duchowe. Eremita Izaak z Niniwy mawiał: wielu gorliwie poszukuje, lecz tylko ci znajdują, którzy pozostają w bezustannym milczeniu. […] Jeśli miłujesz prawdę, będziesz także miłośnikiem milczenia. Ono sprawi, że Bóg oświeci cię niby słońce. Milczenie uwolni cię od fałszywych mądrości i otworzy na samego Boga. Jawi się więc jako zapowiedź przyszłego wieku, antycypacja pełni, która nadejdzie.

 

Zdjęcie główne: Coimbra w Portugalii, fot. Samuel Zeller / Unsplash
Posted on

Cisza pustyni

Kolejny upalny dzień. Mały stolik i krzesło na zakratowanym balkoniku. Próbuję pisać, lecz głowa ciąży jak ołów, a powieki nieubłaganie opadają. Jedyne, co jeszcze dociera do wpół uśpionej świadomości, to dźwięki. Bo w Maroku trudno o ciszę. Od rana do wieczora ulice większych i mniejszych miast wypełnia nieustanny zgiełk. Rozmowy (z każdym znajomym należy wymienić więcej, niż tylko zwyczajowe przywitanie!), widowiskowe uliczne kłótnie, nawoływania handlarzy, krzyki niezliczonej ilości dzieci, pisk opon i kakofonia klaksonów tworzą nieprawdopodobny harmider. Także w domu trudno o wytchnienie – Marokańczycy uwielbiają spędzać razem każdą wolną chwilę, najchętniej w jednym pomieszczeniu, często przy akompaniamencie włączonego telewizora. Przyjmują przy tym kolejnych gości: krewnych, przyjaciół czy wreszcie sąsiadów. Ludzki korowód bez końca.

Ulica w dole faluje w rozgrzanym powietrzu. Jest już jedynie mirażem, tańczącym złotym blaskiem, wciąż dziwnie znajomym. Odgłosy miasta powoli cichną, a mnie zdaje się, że wracam tam, gdzie ja staje się najważniejsze i najmniej ważne jednocześnie.

Pokonujemy kilometr za kilometrem, samochód trzęsie niemiłosiernie. Mimo zamkniętych okien, oddycha się coraz ciężej – wszechobecny pył wnika w każdą, nawet najmniejszą szczelinę. Kiedy w końcu stajemy, nie mogę powstrzymać długiego westchnienia ulgi. Po kilku ostatnich godzinach piesza wędrówka jest zdecydowanie przyjemniejszą perspektywą.

Po drodze obóz nomadów: kilka prowizorycznych namiotów daje schronienie zarówno przed bezlitosnym słońcem, jak i gorącym wiatrem, który smaga ciało niczym bicz. Jest też prosty chlebowy piec, a zza rogu starego wojskowego baraku wyglądają umorusane twarzyczki dwojga malutkich dzieci. Patrzą wylęknione, ale i zaintrygowane – najwyraźniej ciekawość wygrywa z nieufnością. Po chwili pojawia się młoda kobieta. Przynosi herbatę, gestem wskazując na dywany rozłożone pod jednym z zadaszeń. Znika, a mnie, niczym bohaterkę Pod osłoną nieba Paula Bowlesa, uderza panująca wokół cisza. Można by pomyśleć, że w odległości tysiąca kilometrów nie ma żywej duszy. Słynna cisza Sahary. Siadam więc, zamykam oczy i pozwalam myślom swobodnie odpłynąć. Wsłuchuję się w ten prawie zupełny brak dźwięków. Po prostu jestem, tu i teraz. Poczucie zupełnego wyciszenia towarzyszy mi także później, kiedy przechodzę przez opuszczoną wioskę. Pustynia pogrzebała pod sobą kilka na wpół zawalonych domów. Przed drzwiami jednego z nich wzruszająca pozostałość bytności człowieka: znoszona para butów, prawie całkowicie pokryta złotym pyłem. Tak bardzo krusi jesteśmy…

Mijają sekundy, minuty, godziny, powoli tracę poczucie czasu. Zresztą nie mam konkretnego celu, a spokojna monotonia krajobrazu koi umysł i zmysły, przyzwyczajone do natrętnych bodźców. To, co kolorowe, krzykliwe, nieustannie domagające się uwagi, zostało gdzieś bardzo daleko z tyłu. Z perspektywy miejsca, w którym właśnie jestem, moja codzienność wydaje się maleńkim, nic nieznaczącym wycinkiem rzeczywistości. Jak nazwać to zaskakujące uczucie? Na pewno spokojem, zgodą na przyjęcie własnej małości, w zderzeniu z bezmiarem i prastarym milczeniem, po raz pierwszy rozbrzmiewającym niczym echo, również gdzieś w środku mnie samej. I znowu Bowles: Tu na pustyni w jeszcze większym stopniu niż na morzu, miała wrażenie, że znajduje się na blacie olbrzymiego stołu, a horyzont jest brzegiem przestrzeni. Wyobraziła sobie planetę w kształcie sześcianu, zawieszoną gdzieś pomiędzy ziemią, a księżycem, na którą zostali w jakiś sposób przeniesieni. Światło byłoby silne i nierealne, jak tutaj, wiatr równie suchy i porywisty, zarysom krajobrazu brakowałoby kojących ziemskich krzywizn, podobnie jak na tych pustynnych rozłogach. A cisza byłaby niemal absolutna, pozostawiając miejsce tylko na szum powietrza w ruchu.

Odnajduję oazę. W otaczającym mnie złotym uniwersum wydaje się małym rajem, miejscem nie z tego świata. Tu cisza jest inna, nabiera całkiem nowego wymiaru. Przechadzam się po zacienionych alejkach, wsłuchuję w szmer przepływającej wody, dzięki której ten odizolowany kawałek ziemi jest tak zadziwiająco zielony, tak cudownie chłodny. Dostrzegam niepodziewaną plamę koloru, a pomiędzy intensywną zielenią roślin wyłapuję beztroski trel niewidzialnych ptaków. Tak właśnie wyobrażam sobie miejsce, które musieli opuścić Adam i Ewa; po raz pierwszy jestem w stanie zrozumieć ich rozpacz. Wygnanie musiało być potworną karą dla istot nawykłych do ciszy utkanej ze szmeru.

Słońce powoli zachodzi, a potworny upał ustępuje miejsca przyjemnemu ciepłu. Kolebiąc się na grzbiecie wielbłąda, przemierzam kolejne kilometry. Wokół nie ma nic poza coraz ciemniejszymi połaciami piasku. Układają się to w mniejsze, to większe wzgórza; tworzą doliny, przepaście i niepodziewane równiny, potężny piaskowy ocean z zamarłymi wirami na wierzchołkach wydm, nieruchomy i niemy. Jest zwierzę i jego miarowy krok, jestem ja, jest moja ufność w umiejętności przewodnika. Wszystko, co mnie otacza, powoli niknie. Gaśnie niebo, jeszcze do niedawna jarzące się nieznośnym blaskiem. Jego kolor, na początku wpadający w róż, przechodzi w fiolet, granat, a wreszcie w czerń. Podnoszę wzrok i oto noc zapala się tysiącem gwiazd. Takiej ich ilości nie widziałam nigdy wcześniej. Tylko dzięki nim i niezwykle jasnemu księżycowi dostrzegam cokolwiek. Mam wrażenie, że rozświetlony firmament żyje, pulsuje niewidzialną energią. Roztapiam się w tym uczuciu, w absolucie, którego doświadczam po raz pierwszy tak wyraźnie.

Wielbłąd staje, przyklęka, a ja zeskakuję na nadal rozgrzany piasek. Niczym nieograniczona przestrzeń daje poczucie wolności. To dzięki niej i we mnie rodzi się miejsce na nowe, odżywa dotąd nieznana kraina, gdzie wracają stare baśnie dzieciństwa. Zdejmuję buty i biegnę. Pustynia osuwa się spod nóg, kiedy pędzę w dół, zupełnie jak ze zjeżdżalni. Za chwilę wdrapuję się z powrotem, tym razem na najwyższą wydmę w okolicy. Padam na piasek. Cisza Sahary przemawia do mnie głośniej i dobitniej, niż jakiekolwiek słowa.

Nad ranem zachodzi księżyc i nie widać już nic. Z każdej strony jest tylko nieprzenikniona ciemność i równie nieprzenikniona cisza. Słucham więc. Własnego oddechu, niespiesznego bicia serca, które nagle wydaje się tak głośne. Gwiazdy gasną, a niebo przybiera złoto-różową barwę. Hipnotyzujący spektakl delikatnych kolorów.

Powoli wracam do uśpionego obozu. Tylko przewodnik krząta się, szykując poranną herbatę. Słucham. Pierwsze znikome dźwięki przeszywające przestrzeń nie wydają się niczym więcej, jak tylko wariacjami ciszy, z której są utworzone.

 

Cytaty pochodzą z książki Pod osłoną nieba Paula Bowlesa w tłumaczeniu Tomasza Bieronia, Świat Książki 2015
Wszystkie zdjęcia: Anka Florczak
Posted on

Pane carasau. Muzyka w cichych górach Sardynii

Każdego roku, kiedy strzyżenie owiec i obchody wiosennych świąt dobiegały na Sardynii końca, pasterze przygotowywali się do opuszczenia swoich tętniących życiem domów. Mieli rozpocząć sześciomiesięczny pobyt w górach pogrążonych w ciszy, podążając tymi samymi starymi ścieżkami, którymi chadzali ich ojcowie i dziadkowie.

Pasterze spędzali ten czas niemej samotności otoczeni odpowiednio odludnym krajobrazem. Dominują tam nagie skały, wietrzne wzgórza i sucha flora, a także wiele, wiele stad pasących się owiec, których na wyspie jest prawie dwa razy tyle, co ludzi. Na tle tej scenerii odcina się także obecność nuraghi. Te tajemnicze budowle, wzniesione bez użycia zaprawy murarskiej, ponad 3 500 lat temu zbudowali jeszcze bardziej enigmatyczni Nuragijczycy.

Tajemnicze sardyńskie budowle nadal kryją wiele tajemnic.
Tajemnicze sardyńskie budowle nadal kryją wiele tajemnic.

O cywilizacji tej wiadomo niewiele.  Żyjący w klanach dowodzonych przez wodza-króla, dotarli na Sardynię około 4 tysięcy lat temu. Jednakże cień tego, co stanowiło ich kulturę, przetrwał i stanowi część życia współczesnych Sardyńczyków. Podczas regionalnych świąt takich jak Sagra degli Agrumi, corocznego festiwalu cytrusów, ludzie przebrani za owce wykonują powolny, rytmiczny taniec. Niektórzy noszą ciemne, antropomorficzne maski i pęki szczękających miedzianych dzwonów, podczas gdy głowy innych zwieńczone są kozimi rogami – ci warczą od czasu do czasu, potrząsając płaszczem zrobionym z klekoczących kości. Ich celem jest przerażenie oniemiałych widzów. W tym samym czasie ludzie-owce ścigani są przez człekokształtne postacie, starające się spętać ich sznurami. Uważa się, że zwierzęce istoty reprezentują rozszalałe duchy, które muszą zostać pokonane przez ludzi. Podobne rytuały odprawiano prawdopodobnie w czasach nuragijskich po to, by wyprosić u bóstw zdrowie trzody i obfite łowy.

Tajemnicze budowle w okolicy Olbii. Fot. Julia Wollner
Tajemnicze budowle w okolicy Olbii. Fot. Julia Wollner

Powyższy rytuał nierzadko odczytuje się jako opowieść o współzależności pasterzy i ich owiec. Miałby on odzwierciedlać głęboki strach pasterza przed tym, że pewnego dnia jego owce obrócą się przeciwko niemu. Nie jest to zaskakujące, jeśli ma się na uwadze, że pastori połowę swojego życia spędzają  pośród zwierząt, mając za towarzystwo jedynie skowyt wiatru i swój własny, przez nikogo nie słyszany głos.

Na szczęście pociechę, od zawsze, mogli znaleźć w najbardziej namacalnej pamiątce domu, jaką mieli przy sobie: pane carasau, chrupiącym podpłomyku przygotowanym na drogę przez ich żony lub matki. Jest on bardzo cienki i lekki, więc nie stanowił obciążenia podczas wędrówki. Chleb ten jedzono na sucho, czasem z owczym serem, albo rozmoczony w gorącej wodzie lub w potrawce z dziczyzny. W języku potocznym pane carasau określa się pieszczotliwie jako “carta da musica” – najprawdopodobniej ze względu na to, że, będąc cienkim jak papier, przypomina stronicę partytury. Jednakże nazwa ta wskazuje też na pasterską tęsknotę za muzyką i hałaśliwą biesiadą – pod ich nieobecność, tylko chrupiące pękanie domowego chleba pozwalało przełamać ciszę pasterza.

Na jesieni pasterze wracali z gór. Kiedy wreszcie docierali znów do domu, witano ich radośnie, częstując pane frattau, daniem przygotowanym z pane carasau nasączonego bulionem jagnięcym, przekładanego pikantnym sosem pomidorowym, pecorino, jajkami i świeżymi ziołami. Nie bez powodu na Sardynii chleb jest symbolem rodzinnej wspólnoty.

Fot. HrodebertRobertus / Flickr, CC BY-ND 2.0
Wypas owiec na Sardynii. Fot. HrodebertRobertus / Flickr, CC BY-ND 2.0

Dziś większość pasterzy to mężczyźni o siwych włosach. Ich życie nie jest łatwe: współczesne społeczeństwo zapomniało starą sztukę wypasu owiec, czyniąc z niego mało opłacalną działalność. Pane carasau pozostaje jednak popularne jak zawsze. I nadal doskonale smakuje, choćby ze szczyptą soli, rozmarynu i oliwą…

 

Przepis na Pane carasau

Składniki:

– 300 g mąki pszennej

– 1 łyżeczka miodu

– 1 łyżeczka drożdży suszonych

– 150 ml letniej wody

– 1 łyżeczka soli

– przynajmniej 2 łyżeczki oliwy

 

Sposób przygotowania

  1. Wymieszaj mąkę, miód i drożdże w misce, stopniowo dodając wodę. Dodaj sól i wymieszaj.
  2. Rozsmaruj jedną łyżeczkę oliwy na kuchennym blacie i wyłóż na niego ciasto. Ugniataj przez 8-10 minut zwilżonymi dłońmi.
  3. Naoliw miskę i z powrotem przełóż do niej ciasto. Przykryj mokrym ręcznikiem i odstaw na godzinę w ciepłe miejsce tak, aby mogło rosnąć.
  4. Nagrzej piekarnik do 225 °C. Zroluj ciasto do uzyskania cylindrycznego kształtu i potnij na 12 równych kawałków. Rozprowadź raz jeszcze łyżeczkę oliwy na kuchennym blacie. Weź jeden kawałek ciasta, rozpłaszcz go na blacie i rozwałkuj do uzyskania ciasta o grubości papieru. Przenieś tak uformowany okrągły płat ciasta na blachę pokrytą papierem do pieczenia. Powtórz te czynności z pozostałymi kawałkami.
  5. Piecz przez około 2-3 minut, obróć na drugą stronę i piecz przez następne 2-3 minut. Przed użyciem odczekaj aż pane carasau ostygnie.
Pane carasau. Fot. Julia Wollner
Pane carasau. Fot. Julia Wollner

 

Przepis na Pane frattau

Składniki (dla 4 osób):

– 2 cebule

– 3 ząbki czosnku

– 1 łyżka oliwy

– 5 pomidorów, bez skórki i pociętych w małą kostkę

– 100 g koncentratu pomidorowego

– 400 g przecieru pomidorowego

– 50 ml czerwonego wina

– 2 gałązki świeżego oregano

– 2 gałązki świeżego tymianku

– garść świeżych liści bazylii (część zachowaj dla dekoracji)

– pieprz i sól (1/2 łyżeczki czarnego pieprzu + 1/2 łyżeczki pieprzu cayenne – jeśli chcesz, żeby danie było pikantne)

– 200 g pecorino

– 4 jaja

– 1 l bulionu jagnięcego albo warzywnego

– 12 płatów pane carasau

 

Sposób przygotowania:

  1. Żeby przygotować sos pomidorowy, posiekaj cebule i czosnek. Podgrzej oliwę w dużym garnku i zeszklij cebulę. Dodaj czosnek i pomidory i podsmażaj, mieszając przez dwie minuty. Następnie dodaj koncentrat pomidorowy, przecier i wino. Przypraw świeżym oregano, tymiankiem, bazylią, solą i pieprzem. Pozostaw garnek z sosem na wolnym ogniu przez 30 minut.
  2. Zetrzyj pecorino.
  3. Pojedynczo ugotuj jajka w koszulce: napełnij garnek wodą do ok 3/4 jego objętości i podgrzej do temperatury tuż poniżej granicy wrzenia. Obficie dolej octu i energicznie zamieszaj wodę widelcem tak, aby utworzył się wir. Odczekaj sekundę, aż wir nieco zwolni (nie pozwól jednak, żeby zniknął!) i wlej jajo w sam jego środek. W ten sposób białko uformuje “koszulkę” dookoła żółtka. Po dwóch minutach wyłów ostrożnie jajko z wody łyżką cedzakową.
  4. Zagotuj bulion w szerokim garnku.
  5. Nasączaj pojedyncze płaty pane carasau w bulionie około 20 sekund. Podczas nasączania chleba zacznij układać warstwy na talerzach: płat pane carasau, jedna warstwa sosu pomidorowego i jedna tartego pecorino. Powtórz ten układ warstw przynajmniej dwa lub trzy razy (w zależności od tego, jak jesteście głodni!).
  6. Na wierzch połóż jajko w koszulce i udekoruj świeżą bazylią. Smacznego!
Pane frattau, fot. Luca Nebuloni / Wikimedia, CC BY 2.0
Pane frattau, fot. Luca Nebuloni / Wikimedia, CC BY 2.0

 

Tłumaczył: Janusz Barwik
Zdjęcie główne: Owce niedaleko miejscowości Lula (prowincja Nuoro) na Sardynii, fot. Rafael Brix / Wikimedia, GNU Free Documentation License
Fotografie na licencjach: CC BY-ND 2.0, CC BY 2.0GNU Free Documentation License