Posted on

Portugalia. W objęciach oceanu Anny Bittner. O kraju zapatrzonym w Atlantyk

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z Wydawnictwem Poznańskim.

Portugalia to kraj zapatrzony w Atlantyk. Często wpisywany w krąg śródziemnomorskiej kultury, jest jednak odrębnym bytem. Południowa radość życia miesza się tu z saudade, a życzliwość wobec obcych – z powściągliwością i rezerwą. Sprzeczności te doskonale tłumaczy książka Portugalia. W objęciach oceanu, która ukazała się właśnie w ramach serii podróżniczej Wydawnictwa Poznańskiego.

Podobnie jak inne tytuły z tego cyklu, publikacja przybliża życie codzienne w danym kraju; przedstawia związane z nim ciekawostki i rozprawia się z rozmaitymi przekłamaniami. W przypadku Portugalii naszą przewodniczką jest Anna Bittner, od kilkunastu lat mieszkająca w Algarve. Opisuje ona doświadczenia zebrane na Półwyspie Iberyjskim: omawia mentalność mieszkańców nowej ojczyzny, rytm zwykłego dnia, tradycje kulinarne, podejście do religii, sportu, edukacji czy ochrony zdrowia.

Mnie, popularyzatorce kultury śródziemnomorskiej, najbardziej fascynujące wydają się oczywiście fragmenty do niej nawiązujące – Portugalia od dawna jest bowiem traktowana w antropologii  jako „kraj pomiędzy”. Kulturowo leży blisko Mare Nostrum; geograficznie związana jest wyłącznie z oceanem. Należy więc jednocześnie do świata śródziemnomorskiego i atlantyckiego – jest miejscem, w którym spotykają się dwie cywilizacyjne logiki. Postawy, zwyczaje, smaki i kolory znane nam doskonale z Południa Europy współistnieją tu z tym, co przynosi na co dzień Atlantyk: z otwartością na dalekie podróże, melancholią saudade, poczuciem otwartej przestrzeni i niewysłowioną tęsknotą za horyzontem, który zawsze pozostaje daleko. Dzięki temu Portugalia przypomina jednocześnie inne kraje Południa i pozostaje od nich wyraźnie odmienna – bardziej powściągliwa, bardziej zamyślona, jakby stale wsłuchana w szum oceanu. Anna Bittner podkreśla, że Atlantyk wyznacza tu rytm dni, kształtuje krajobraz i temperament mieszkańców.

W naszym sklepie zamówić możesz egzemplarz książki z autografem autorki! Zapraszamy serdecznie TUTAJ
W naszym sklepie zamówić możesz egzemplarz książki z autografem autorki! Zapraszamy serdecznie TUTAJ

Portugalczycy są ludźmi stonowanymi, uprzejmymi i nastawionymi na rozkoszowanie się życiem; drugiego człowieka traktują z szacunkiem, ale i dystansem. Czas w ich kraju zdaje się płynąć inaczej, a calma (port. ‘spokój’) stanowi prawdziwe słowo-klucz. Spieszyć się nie należy – podkreśla Bittner. – Pośpiech jest w złym tonie i zdecydowanie szkodzi zdrowiu. I choć już na pierwszy rzut oka widoczny jest portugalski pesymizm, to jest jest on podszyty sporą dozą… optymizmu. ‘Vai correr tudo bem’ to chyba najczęściej spotykana fraza kończąca konwersację! – uśmiecha się autorka. I trudno się dziwić, skoro Portugalczycy żyją w malowniczym kraju na krańcu Europy, w nieustającym słońcu, wśród zachwycającej przyrody i z szumem fal w tle. W publikacji znajdziemy zresztą sporo przykładów miejsc, które warto odwiedzić, jeśli chcemy naprawdę poczuć rytm życia tego kraju: od szerokich, wietrznych plaż Atlantyku po miasteczka zawieszone między oceanem a wzgórzami, bogate zarówno w historię, jak i codzienne opowieści.

Myli się jednak ten, kto, sięgając po książkę Portugalia. W objęciach oceanu, spodziewa się tylko opisów pejzażu czy niespiesznego życia przy kawie i pastel de nata.  Anna Bittner sporo miejsca poświęca problemom kraju związanym z emigracją, turystycznym przeludnieniem, wysokimi cenami mieszkań, brakiem personelu medycznego czy nauczycieli. Pisze o budzącej kontrowersje touradzie, czyli portugalskiej odmianie korridy, o polowaniach, które pozostają niezmiernie popularne wśród Portugalczyków, czy siejących postrach letnich pożarach. Jej Portugalia nie jest miejscem pozbawionym trudności i napięć – przeciwnie, to kraj pełen kontrastów, w którym zachwyt nad krajobrazem i stylem życia idzie w parze z wyzwaniami współczesności. Książka Anny Bittner przybliża go w przystępny i ciekawy sposób; sprawia, że rzeczywistość rozpiętą między dwoma żywiołami – słońcem Południa i bezkresem oceanu – mamy ochotę poznawać lepiej, a najchętniej: na miejscu, namacalnie.

Anna Bittner, Portugalia. W objęciach oceanu, Wydawnictwo Poznańskie 2026

 

Posted on

Przejażdżka po Motor Valley. Ferrari i włoska dolina motoryzacji (podcast S05E11: Włochy)

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z regionem Emilia-Romania.

W sercu Emilii-Romanii znajduje się miejsce, w którym prędkość spotyka się ze sztuką, a technologia z włoskim wyczuciem piękna. To Motor Valley – słynna włoska dolina motoryzacji, gdzie narodziły się legendy takie jak Ferrari.
W tym odcinku odwiedzamy Muzeum Ferrari w Modenie, mieście rodzinnym Enza Ferrariego. Zastanawiamy się, dlaczego włoskie samochody budzą emocje na całym świecie, rozmawiamy o designie i o włoskim umiłowaniu piękna, które we Włoszech może mieć cztery koła, silnik i kierownicę.

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z regionem Emilia-Romania:
🇮🇹 visiter.it/podcast-pl
🇮🇹 facebook.com/EmiliaRomagnaTourismPL

Prowadzenie: Julia Wollner i Magda Miśka-Jackowska
Lektor: Daniel Brzeziński
Konsultacja merytoryczna: Jakub Strzemżalski
Produkcja: Magda Miśka-Jackowska i Michał Woźniak

 

Posted on

Wenecja, Rzym, Sycylia Joanny Ugniewskiej

Krótka książeczka wydana niedawno przez krakowską Austerię zbiera trzy eseje profesor Joanny Ugniewskiej: Wenecja. Mit, stereotyp, doświadczenie miasta, Sycylijski palimpsest i „Śmierć jakby narodziła się w Rzymie”. Dwa pierwsze ukazały się wcześniej na łamach „Przeglądu Politycznego”; ostatni nie był do tej pory nigdzie publikowany.

Wybitna italianistka w swych szkicach przedstawia wybrane włoskie miasta i wyspę poprzez przywołanie ich literackich wizji stworzonych przez największych mistrzów słowa. Italia, którą opisuje, nie wpisuje się więc w narrację turystyczną czy sentymentalną; stanowi przestrzeń pamięci kulturowej, laboratorium idei i, jak podkreślono w opisie książki zamieszczonym na okładce, swoisty palimpsest, a więc miejsce, gdzie nakładają się warstwy czasu. Niczym na pergaminie, z którego usunięto poprzedni tekst, aby zapisać go na nowo, poszczególne epoki, style i doświadczenia nie znikają całkowicie, lecz prześwitują spod powierzchni współczesności, domagając się przypomnienia, odczytania, nade wszystko zaś – zachowania w pamięci.

Italia Ugniewskiej nie wpisuje się w narrację turystyczną czy sentymentalną; stanowi przestrzeń pamięci kulturowej, laboratorium idei i swoisty palimpsest, a więc miejsce, gdzie nakładają się warstwy czasu.

Miejsce dla Ugniewskiej nie ogranicza się do topografii. Jest zapisem kolejnych narracji – literackich, historycznych, estetycznych – które splatają się ze sobą, wchodząc w nieustanny dialog, niejednokrotnie przeradzający się w spór. Autorka nie rekonstruuje ich w porządku linearnym; raczej odsłania ich współobecność, pokazując, jak przeszłość rezonuje w teraźniejszości i jak dawne obrazy kształtują dzisiejsze wyobrażenia o Italii. Włoskość zostaje ukazana jako konstrukt kulturowy, budowany przez literaturę, sztukę i historię. W ten sposób szkice stają się nie tyle przewodnikiem po miejscach, ile lekcją czytania kultury – cierpliwego i świadomego owej wielowarstwowości.

Podczas lektury tych trzech esejów wielokrotnie wracałam myślą do mojego ulubionego tekstu autorki – wydanego przed laty przez Zeszyty Literackie Podróżować, pisać. Podróż tam opisana nie oznaczała tylko przemieszczania się w przestrzeni, ale przede wszystkim wchodzenie w dialog z tekstami na temat miejsc, rozmowę z tradycją i tymi, którzy już dane miejsce nazwali i po swojemu zinterpretowali. Autorka podkreślała wówczas konieczność porzucenia zaimka „ja” w interpretacjach najnowszych, które rzadko odznaczają się nie tylko oryginalnością, ale także powściągliwością wobec własnego zachwytu i odpowiedzialnością za słowo. Postulat ten wybrzmiewa wyraźnie także w esejach wydanych przez Austerię, stając się komentarzem do bezmiaru „podróży włoskich”, uprawianych dziś w zasadzie przez każdego.

We Włoszech, niczym na pergaminie, z którego usunięto poprzedni tekst, aby zapisać go na nowo, poszczególne epoki, style i doświadczenia nie znikają całkowicie, lecz prześwitują spod powierzchni współczesności, domagając się przypomnienia, odczytania, nade wszystko zaś – zachowania w pamięci.

Jak zwykle w wypadku tekstów autorki, do czynienia mamy z gęstą, intelektualną prozą charakteryzującą się swego rodzaju zdyscyplinowaną erudycją. Język wywodu jest precyzyjny i powściągliwy, a więc pozbawiony ozdobników i w pełni podporządkowany klarowności argumentacji. Na kartach książki przewijają się najznakomitsze nazwiska: od Goethego, Byrona i Chateaubrianda po Braudela, Matvejevicia i Brodskiego. Lektura poświęconych im szkiców Ugniewskiej pozwala widzieć jej nazwisko w tej samej tradycji.

Joanna Ugniewska, Wenecja, Rzym, Sycylia, Austeria 2025
Posted on

Śródziemnomorskie hymny państwowe

Dziś obchodzimy oficjalne święto polskiego hymnu państwowego. W tym roku mija dokładnie 99 lat, odkąd Mazurek Dąbrowskiego został uznany za narodową pieśń Polaków. To doskonała okazja, by przyjrzeć się innym hymnom – tym śródziemnomorskim.

Większość z nich narodziła się w XIX wieku, w epoce powstawania nowoczesnych państw narodowych i walk o niepodległość. Podobnie jak nasz, oficjalny status hymnu wiele z nich uzyskało dopiero w wieku XX. Niektóre wiążą się też z różnymi ciekawostkami.

Grecki Hymn do wolności powstał w czasie walk z imperium osmańskim i do dziś pozostaje najdłuższym hymnem świata – liczy aż 158 zwrotek! Z tego względu został wpisany do Księgi rekordów Guinnessa. Podczas oficjalnych uroczystości śpiewa się jednak tylko dwie pierwsze strofy. Ten sam utwór jest jednocześnie hymnem Cypru, co czyni go jednym z nielicznych hymnów dzielonych przez dwa państwa.
Zupełnie odmiennie mają się sprawy z hymnem Hiszpanii, zwanym Marcha Real (Marsz Królewski). W odróżnieniu od dłuuuugiego greckiego tekstu, tutaj… tekstu nie ma w ogóle! Jest to hymn pozbawiony oficjalnych słów. Próby ich dopisania podejmowano wielokrotnie, lecz żadna z propozycji nie została przyjęta. Sama melodia należy natomiast do najstarszych w Europie – jej początki sięgają XVIII wieku.

Turecki Marsz Niepodległości powstał w czasie wojny o niepodległość i został przyjęty w 1921 roku. Tekst wybrano w ogólnokrajowym konkursie, na który nadesłano, uwaga, ponad siedemset propozycji! Autor zwycięskiego utworu przekazał nagrodę pieniężną na cele charytatywne – między innymi na wsparcie żołnierzy walczących o niepodległość.
Historia hymnu Maroka pokazuje z kolei, jak złożone bywają losy narodowych symboli. Melodię skomponował francuski kompozytor wojskowy Léo Morgan jeszcze w okresie kolonialnym. Po odzyskaniu niepodległości została ona jednak zachowana jako hymn państwowy. W ten sposób powstał ciekawy paradoks: hymn niepodległego państwa ma muzykę stworzoną w czasach zależności kolonialnej.
Warto też wspomnieć o hymnie Izraela, zwanym Ha-Tikwa, czyli Nadzieją. Brzmi on zupełnie inaczej niż większość, bowiem nie jest marszem ani pieśnią wojenną. Ma spokojny, melancholijny charakter i opowiada o nadziei na powrót do ojczyzny. Choć Izrael leży nad wschodnim krańcem Morza Śródziemnego, melodia hymnu wywodzi się ze środkowoeuropejskich pieśni ludowych.
Bardzo interesująca jest historia hymnu Włoch. Il Canto degli Italiani (Śpiew Włochów) znany powszechnie jako Fratelli d’Italia (Bracia Włosi, od pierwszych słów tekstu) powstał w 1847 roku, jeszcze przed zjednoczeniem kraju. Słowa napisał młody poeta-żołnierz, a pieśń szybko stała się symbolem włoskich dążeń narodowych. Zanim jednak została uznana za hymn, Włosi śpiewali często inną pieśń – słynne Va’ pensiero z opery Verdiego Nabucco, opowiadające o tęsknocie za utraconą ojczyzną i wykonywane w spektaklu przez chór żydowskich niewolników.
Najbardziej niezwykła jest jednak historia związana z Polską i Włochami. Polski hymn narodowy narodził się właśnie we Włoszech – w mieście Reggio Emilia – a w jego tekście pojawia się bezpośrednie odniesienie do włoskiej ziemi. Z kolei w hymnie włoskim wspomina się o Polakach. To rzadki przykład symbolicznej „wymiany”, która sprawia, że oba narody spotykają się nie tylko w historii, lecz także w swoich najważniejszych pieśniach.
Obszerną i bardzo ciekawą opowieść o tym spotkaniu znajdziecie w naszym podcaście pt. „Z ziemi włoskiej do Polski”.
Posted on

W cieniu starych cyprysów Mary Carollo. Opowieść o kobiecej wytrwałości i XX-wiecznych Włoszech

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Książnica.

Wyciąganie lekcji z przeszłości i uczenie się na własnych błędach to jedna z najbardziej oczywistych, a zarazem najtrudniejszych życiowych strategii. Refleksja nad tym, co było, pozwala uporządkować doświadczenia i nadać im sens. Jednak gdy przybiera formę ruminacji – nieustannego powracania do minionych zdarzeń – przestaje być źródłem wiedzy o sobie i świecie, a zamienia się w ciężar. Rodzi poczucie winy i żalu, odbiera energię potrzebną do działania w teraźniejszości, pogłębia napięcie i smutek. Zamiast ku zrozumieniu, prowadzi donikąd.

Prawidłowość tę ciekawie ukazała Mara Carollo, włoska pisarka, która na rodzimym rynku wydawniczym zadebiutowała w 2025 roku powieścią Promettimi che non moriremo. Jej polskie tłumaczenie, które zawdzięczamy Agacie Pryciak, ukazało się właśnie nakładem wydawnictwa Książnica pod tytułem W cieniu starych cyprysów.

Bohaterką powieści jest Caterina – kobieta pochodząca z niewielkiej wioski na północy Włoch, urodzona tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej. W pierwszych latach jej życia rytm codzienności wyznacza cykl natury: dzień trwa od świtu do zmierzchu, a obowiązki podporządkowane są następstwu pór roku. Wojna brutalnie przerywa ten porządek. Mieszkańcy wioski muszą porzucić dotychczasowy tryb życia, a konieczność przetrwania staje się nadrzędną zasadą organizującą rzeczywistość. Nie inaczej dzieje się w rodzinie Cateriny. Konflikty zbrojne kiereszują psychikę jej ojca, zabierają wujków, a potem braci. Samej Caterinie odbierają możliwość nauki i pozostawiają ślady traum, które naznaczą całe jej późniejsze życie. Jednak dziewczyna jest silna i, choć mentalnie okaleczona, potrafi iść dalej, nie pozwalając, by jej los został zdeterminowany przez wielką politykę. Zamiast niej zrobi to dziecięca miłość.

Zamów swój egzemplarz powieści! Zapraszamy do naszego sklepu
Zamów swój egzemplarz powieści! Zapraszamy do naszego sklepu


Mario – towarzysz zabaw z najwcześniejszych lat – staje się dla niej figurą odniesienia, punktem, wokół którego organizuje się jej wyobraźnia i system wartości. Kiedy wyjeżdża na nauki do Mediolanu, nieobecność paradoksalnie wzmacnia jego znaczenie. Z czasem myśl o nim i o możliwej wspólnej przyszłości zaczyna przybierać charakter obsesyjny. Choć przez większość życia Mario pozostaje fizycznie nieobecny, w świadomości Cateriny nieustannie zajmuje miejsce uprzywilejowane: staje się motywacją do nauki, inspiracją do wyborów politycznych, źródłem najintensywniejszych przeżyć emocjonalnych – zarówno zachwytu, jak i nienawiści. Bohaterka, choć formalnie podąża własną drogą, nigdy nie uwalnia się od wspomnienia jego osoby.

Powieść Carollo, inspirowana historią rodzinną autorki, układa się w swoisty fresk ukazujący XX-wieczne Włochy. Z perspektywy jednostkowej biografii oglądamy przemiany społeczne i obyczajowe: wiejską codzienność, doświadczenie wojny, napięcia polityczne oraz rodzące się aspiracje związane z życiem miejskim, które nie wszystkim wychodzą na dobre.

Poza ciekawym obrazem społeczeństwa autorka w brawurowy sposób nakreśliła portret psychologiczny głównej bohaterki. Caterina budzi w czytelniku rozmaite emocje: przewracając kolejne stronice książki, raz uwielbiamy ją i gorąco jej kibicujemy, innym razem irytujemy się i złościmy, kiedy indziej mamy ochotę przemówić jej do rozumu, a czasem – najzwyczajniej – przytulić. Na pewno warto pochylić się nad jej postacią, zadając sobie jednocześnie pytanie o to, jak sami radzimy sobie z tym, co powinno zostać za nami – w przeszłości.

 

Mara Carollo, W cieniu starych cyprysów, tłumaczyła Agata Pryciak, Książnica 2026

 

Posted on

Artemisia Gentileschi, czyli „Niepokorna”. Anna Sańczuk (podcast S05E10: Włochy)

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Albatros.

 

Była pierwszą kobietą przyjętą do Accademia delle Arti del Disegno we Florencji i pierwszą zarabiającą włoską artystką. Wielu nazywało ją Caravaggiem w spódnicy, choć jako niezależna malarka podążała własną drogą i szukała własnych środków wyrazu. Bohaterką tego odcinka podcastu jest Artemisia Gentileschi – ikona feminizmu i najbardziej ceniona włoska artystka barokowa. O jej życiu i twórczości opowiada historyczka sztuki Anna Sańczuk, z którą rozmawiam zaraz po lekturze powieści Elisabeth Fremantle, zatytułowanej Niepokorna.

Prowadzenie: Julia Wollner
Produkcja: Magda Miśka-Jackowska i Michał Woźniak

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie tutaj:

🔹 Julia Wollner: Niepokorna Elisabeth Fremantle
🔹 Karolina Janowska: Sofonisba i Artemisia

 

Posted on

Nie od razu Libię zbudowano. Południowo-wschodnie Śródziemnomorze w oczach obywatela PRL

Opowieści o Libii słucham, odkąd tylko pamiętam. W mojej rodzinie stała się ona toposem niezwykłej krainy, która stanowić może uniwersalny przykład obrazujący każdy poruszany w dyskusji problem. Szczególnie, jeśli bierze w niej udział dziadek Jan, zwany przez wszystkich Iśkiem. To właśnie on jest też głównym bohaterem wszystkich libijskich opowieści. Człowiek, który, podobnie jak wielu innych polskich inżynierów, lekarzy, geologów i budowlańców, wyjechał z Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej do innej arkadyjskiej krainy – Libijskiej Republiki Arabskiej.


Od Seweara do Kaddafiego

Libia najczęściej nie jest pierwszym krajem, który przychodzi nam do głowy, kiedy myślimy o państwach basenu Morza Śródziemnego. Niesłusznie, bowiem tereny te od zawsze były bardzo ważne dla całego regionu. To tu urodził się Septymiusz Sewer, jeden z cesarzy rzymskich; tutaj też możemy oglądać jedne z najlepiej zachowanych ruin starożytnego rzymskiego miasta, Leptis Magna. Przez terytoria Libii przewijali się między innymi Fenicjanie, Kartagińczycy, Rzymianie i Arabowie; należała do Cesarstwa Rzymskiego, była kolonią włoską, znajdowała się pod okupacją brytyjską i francuską, przez krótki czas posiadała własnego króla, aż wreszcie, w wyniku wojskowego puczu, została proklamowana Libijską Republiką Arabską pod przywództwem Mu’ammara al-Kaddafiego. Było to „państwo ludu”, a jego doktryna polityczna bazowała na połączeniu demokracji bezpośredniej z islamem i socjalizmem. Ustrój ten otwierał pewną furtkę: funkcjonujące za czasów PRL centrale handlu zagranicznego zawierały liczne kontrakty z innymi państwami socjalistycznymi, w tym właśnie z Libią. Polacy pracowali w arabskich szpitalach, budowali drogi i mosty czy kopali studnie głębinowe.


Nowoczesne miasta kontra antyczne ruiny

Dziadek Isiek pracował dla Polservice’u – przedsiębiorstwa, które zajmowało się między innymi poszukiwaniem minerałów potrzebnych cementowniom i planowaniem kopalni od podstaw. Na północ Afryki wyjechał pod koniec lat siedemdziesiątych; była to jego jedyna podróż samolotem, do tego międzykontynentalna. Zamieszkał w miejscowości Khoms, w pobliżu ruin Leptis Magna. Biuro projektu znajdowało się w wynajmowanej willi, w której ulokowano też niektórych pracowników.

Na miejscu czekało go zaskoczenie. – Człowiekowi wydawało się, że jedzie do dzikiej Afryki, a spotkał tam nowoczesne miasta – wspomina, pokazując pocztówki z Libii, zgromadzone w czasie pobytu. Widnieją na nich piękne piętrowe hotele, imponujące mosty, wielkie kompleksy międzynarodowych targów, światła stolicy nad zasypiającym morzem. – Trypolis był miastem kontrastów – dodaje, tłumacząc, że obok nowoczesnych budynków i szerokich, obsadzonych palmami nadmorskich promenad można było znaleźć antyczne łuki triumfalne, osiemnastowieczne meczety, pozostałości starych arabskich domów, świątyń czy murów obronnych. Miasto zapamiętał jako dobrze zaopatrzone – w prywatnie zarządzanych sklepach sprzedawano produkty z całego świata, na każdym kroku można było nabyć kurczaki z rożna, a pomiędzy pomarańczami, mandarynkami, arbuzami i daktylami wypatrzyć sprowadzane z zagranicy jabłka. Libijczycy mieli zapewnione darmowe leczenie (w szpitalach, które w dużej mierze obsługiwali polscy lekarze), dostęp do szkół i wyprawki dla dzieci. Czuło się jednak, że jest to państwo policyjne, a obywatele i goście są obserwowani. Odbywało się też wiele politycznych imprez i wieców organizowanych przez władze państwowe.


Gorączka złota

Jako drugie największe zaskoczenie, zaraz po kontrastach, dziadek wskazuje… złoto. U libijskich jubilerów w jednym sklepie dostępna była taka ilość kruszcu, jaka w Polsce w tamtych czasach wydawała się zupełnie niewyobrażalna! Co ciekawe, arabscy sprzedawcy mieli podobno bardzo niefrasobliwe podejście do kupujących – po sklepach można było chodzić do woli, nawet kiedy właściciel czy pracownicy siedzieli na zewnątrz. Nikt nie patrzył nikomu na ręce ani nie obserwował, czy przypadkiem nie kradnie się biżuterii – a przynajmniej nie w oczywisty i widoczny sposób.

Afrykańskie chłody

Przez niecałe dwa lata pobytu w Libii dziadek Isiek doświadczył afrykańskiego deszczu tylko dwa razy, raz pojawił się też drobny grad. Latem upały sięgały 40 stopni, za to zimą temperatura spadała do 5. Libijskie domy nie posiadały centralnego ogrzewania – używano gazowych lub naftowych piecyków, a we wnętrzach często się marzło. Ze względu na pogodę pojawiały się też problemy z wodą – z tego powodu na dachu prawie każdego budynku mieszkalnego znajdowały się specjalne zbiorniki, w których gromadzono zapasy. Pogoda w Libii była zupełnym przeciwieństwem polskiej, co czasem skutkowało nieodpowiednim doborem ubioru podczas powrotów do ojczyzny.

Kultura arabska

Najwięcej zaskoczeń wynikało oczywiście z bezpośredniego kontaktu z przedstawicielami innej kultury. Arabowie przyjęli Polaków z dużą otwartością, zaś Polacy w ramach rewanżu starali się szanować obyczaje i religię swoich gospodarzy. Dla naszych rodaków przyzwyczajenie się do życia w Afryce nie było podobno specjalnie trudne – wszyscy przyjechali tam w konkretnym celu, który starali się zrealizować, i to stanowiło ich główne zajęcie. Pracowali razem z Libijczykami; z czasem i jedni, i drudzy zaczęli podłapywać elementy swoich języków. Według relacji dziadka lokalni mieszkańcy wykazywali zresztą spory talent lingwistyczny.

Isiek wspomina, że arabską codzienność w dużej mierze organizowała religia oraz klimat: mieszkańcy Libii pościli, modlili się w meczetach, po południu w ramach odpoczynku ucinali sobie drzemki. Zasypiali na schodach przed swoim sklepem czy po prostu gdzieś w cieniu, w przerwie od pracy. W kraju nie można było kupić wieprzowiny; zakazane było również przywożenie jej z zagranicy. Na stołach – i tych polskich, i tych libijskich – królowały wspomniane już wcześniej kurczaki, wołowina i… mięso wielbłąda. Libijczycy kochali też słodycze, a kawę i herbatę pili w wersji bardzo mocnej, z ogromnymi ilościami cukru.

Życie rodzinne Arabów w dużej mierze toczyło się na tarasach umiejscowionych na dachach domów, gdzie przesiadywali aż do wieczora. Lubili się bawić – gdy przytrafiała się okazja, wielu z nich chętnie wyjeżdżało do Tunezji, gdzie polityka, na przykład względem alkoholu, była trochę bardziej liberalna (w Libii w tamtym czasie panowała prohibicja, z którą zaradni Polacy radzili sobie po swojemu). Bardzo cenili sobie koty – zwierzęta, które rozprawiały się nawet ze skorpionami. Nie przepadali za to za psami, których dzikie watahy krążyły po pustyni.

Dziadek pamięta też, że arabskie kobiety zasłaniały pół twarzy w charakterystyczny sposób, a krańce chustek często trzymały w zębach, aby nie podwiał ich wiatr. Pracowały rzadko; częściej zajmowały się domem i dziećmi. Podczas wesel i innych uroczystości rodzinnych przestrzeń dzielona była na kobiecą i męską. Podobnie było w szpitalach. Kobiety nie mogły też prowadzić samochodów. Wszyscy akceptowali jednak fakt, że Polacy mieli odmienne podejście do kobiet, a mojej ciotki Janki, która również spędziła część życia w Libii, nigdy nie skrytykowano za jazdę samochodem po ulicach Trypolisu. Oczywiście wśród Libijek pojawiały się także wyjątki – dziadek wspominał o pewnej młodej kobiecie, która pracowała w lokalnym urzędzie i nie zasłaniała swojej twarzy ani nie nosiła tradycyjnych ubrań.

Według Iśka Polacy i Libijczycy dogadywali się ze sobą znakomicie. Podczas wspólnej pracy każdy puszczał na magnetofonie swoje piosenki – Polacy polskie, a Libijczycy libijskie. Numerem jeden dla wszystkich był jednak nie kto inny jak wielki Demis Rusos. Śpiewający aleksandryjczyk jednoczył wszystkich!

Śródziemnomorski epizod to jedna z największych przygód w życiu dziadka. Podobnie jak dla wielu Polaków, stanowił dla niego niepowtarzalną okazję do podróży na inny kontynent. Jego wizja Libii jest oczywiście w pełni subiektywna – to wspomnienia mieszkańca Kielc, który w latach siedemdziesiątych opuścił swój kraj na prawie dwa lata. A jednak wspomnienia te towarzyszą całej naszej rodzinie od dziesięcioleci. Morze Śródziemne wywarło wpływ nie tylko na Iśka, ale także na jego synów, ich żony i dzieci, mimo że żadne z nas nigdy nie widziało Libii na własne oczy. I chociaż dziadek swoje historie przywołuje przy każdej możliwej okazji, to wciąż stanowią one dla nas atrakcję. Nie bez powodu podczas naszej rozmowy, kiedy spisywałem co ciekawsze wątki, babcia siedziała obok i przysłuchiwała się dziadkowym opowieściom; ba, czasami nawet je korygowała. W końcu Morze Śródziemne wychowało nas wszystkich.

Tekst ilustrowano reprodukcjami pocztówek z lat 70. XX wieku, przywiezionych przez dziadka Jana z Libii.

Posted on

Niepokorna Elizabeth Fremantle. Powieść o Artemisii Gentileschi

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Albatros.

Fabularyzowana opowieść o losach najsłynniejszej malarki XVII wieku, Artemisii Gentileschi, trafia w moje ręce w tym samym czasie, kiedy nagłówki światowych mediów krzyczą o sprawie wykorzystywania tysięcy kobiet przez znanego finansistę i szerokie grono jego prominentnych znajomych. Dzieje barokowej artystki i historia współczesnego przestępcy seksualnego nie spotykają się oczywiście na poziomie faktów; trudno jednak nie zauważyć mechanizmów władzy działających podobnie w obu przypadkach. Kluczowe okazuje się milczenie instytucji, ochrona wpływowych mężczyzn oraz koszt, jaki ponoszą osoby poszkodowane, gdy próbują publicznie mówić o doznanych krzywdach.

Opowieść o życiu Artemisii Gentileschi jest bowiem historią pasji i miłości do sztuki, ale także przemocy oraz walki o sprawiedliwość. Mamy początek XVII stulecia. Młoda artystka, wcześnie osierocona przez matkę, wychowuje się w rodzinie uznanych rzymskich malarzy. Obdarzona jest niezwykłym talentem, jednak o tym, czy będzie mogła dalej tworzyć, decydować ma jej przyszły mąż. Promykiem nadziei staje się więc znajomość z niejakim Tassim – nauczycielem malarstwa, który zdaje się podzielać jej podejście do sztuki. Kiedy ten brutalnie wykorzystuje ją w jej własnym domu, świat dziewczyny wali się w gruzy. Zamiast ochrony spotykają ją publiczne oskarżenia, proces sądowy i konieczność udowodnienia własnej prawdomówności. To upokarzające doświadczenie mogłoby ją złamać, lecz dzieje się wręcz odwrotnie – dodaje jej siły do walki o niezależność i ukształtuje jej malarstwo. Artemisia wyrazi swój gniew, malując biblijne sceny pełne napięcia i przemocy. Setki lat później krytycy nazwą jej obrazy „krzykiem wojennym uciskanych kobiet”.

Swój egzemplarz powieści o Artemisii Gentileschi zamówić możesz w sklepie Lente (tutaj)
Swój egzemplarz powieści o Artemisii Gentileschi zamówić możesz w sklepie Lente (tutaj)

Angielska pisarka Elizabeth Fremantle prowadzi czytelnika przez kluczowe etapy życia Artemisii Gentileschi: od nauki w pracowni ojca, przez doświadczenie przemocy i upokarzający proces sądowy, po moment odzyskiwania sprawczości poprzez sztukę. Rzymska artystka ukazana zostaje jako postać funkcjonująca w świecie, który nie daje kobietom możliwości samostanowienia; jest przy tym w pełni świadoma własnego talentu, a z czasem odkrywa także drzemiącą w niej siłę ducha. Jak na autorke bestsellerowych powieści historycznych przystało, także w przypadku Niepokornej Fremantle nie proponuje nam klasycznej biografii, lecz literacką rekonstrukcję przeżyć kształtujących bohaterkę, dla której twórczość staje się formą oporu i nadzieją na przetrwanie.

Powieść Fremantle to lektura angażująca i trzymająca w napięciu, a jednocześnie doskonale przygotowana i udokumentowana. Sposób, w jaki autorka zachęca do odkrywania fascynującego świata włoskiego malarstwa, wzbudził zachwyt publiczności i przyniósł jej uznanie krytyków. Dwa lata temu „Times” i BBC Culture uznały Niepokorną za książkę roku. Niestety, poza inspirowaniem do poznawania historii sztuki, książka ta stanowi również przyczynek do smutnej refleksji. Opowieść o procesie Artemisii Gentileschi pokazuje, jak w XVII wieku ciężar dowodu i wstydu spadał na ofiarę; bieżące wydarzenia dowodzą, że podobne schematy funkcjonują także we współczesnym świecie, choć zmieniły się język i kontekst. Zestawienie tych historii nie ma oczywiście na celu ich zrównania, lecz uświadomienie ciągłości struktur, przeciwko którym dziś próbujemy budować bardziej sprawiedliwe narracje. Nie wolno nam w tych próbach ustawać, a książkę Fremantle zdecydowanie warto przeczytać.

Elizabeth Fremantle, Niepokorna, tłumaczyła Izabela Matuszewska, Albatros 2026

Posted on

Rzym i Włochy w rytmie slow: gościnność, kuchnia i sztuka życia. Agnieszka Koper (podcast S05E09: Włochy)

Jak zwiedzać Włochy bez wpadania w turystyczne pułapki? Czy wizyta w kraju, który żyje wolniej, może stanowić szok kulturowy? Jak wygląda prawdziwa włoska gościnność? O tym wszystkim opowiada nam Agnieszka Koper – edukatorka i popularyzatorka tamtejszej kultury kulinarnej, autorka książki Rzym Food Tour. Rozmawiamy także o tym, czy Rzym bywa miastem powolnym, jak żyje się w nim na co dzień i które mało znane miejsca trzeba w nim koniecznie odwiedzić.

Prowadzenie: Julia Wollner
Produkcja: Magda Miśka-Jackowska i Michał Woźniak

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie tutaj:
🔹 Julia Wollner: Rzym Food Tour Agnieszki Koper

Posted on

By słowo swoje własne powiedzieć. Antologia poetek nowogreckich

Na mojej półce z greckim słowem mało jest tamtejszej poezji. Króluje oczywiście wielki Kawafis, w kilku przekładach; koło niego stoją nieliczne tomiki z tłumaczeniami wierszy mniej znanych autorów, wydane kilkudziesiąt lat temu. Z radością przyjęłam więc informację o ukazaniu się pierwszej w Polsce publikacji, która prezentuje wybór poezji tworzonej przez współczesne Greczynki. Dzięki przekładom Leszka Paula oraz Amelii Szalewskiej mamy okazję poznać głos wybitnych poetek, w większości urodzonych w latach trzydziestych, czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku.

By słowo swoje własne powiedzieć. Antologia poetek nowogreckich pozwala na spotkanie z wizją świata przefiltrowaną przez niełatwe doświadczenia historyczne, w tym wojskową juntę, a także, oczywiście, osobiste doświadczenia egzystencjalne. Kiedy dołożymy do tego niezwykłe bogactwo języka greckiego, w którym współistnieją m.in. wyrażenia pochodzące z greki starożytnej i bizantyjskiej oraz naleciałości czy zapożyczenia z języka tureckiego i włoskiego, jasne staje się, że w publikacji możemy spodziewać się wierszy gęstych od znaczeń, jak w swojej przedmowie określa je prof. Michał Bzinkowski.

I, w istocie, taką właśnie poezję znajdujemy. Mamy tu wiersze pełne ironii, ale i buntu wobec polityki i cenzury; mamy wyjątkowe obrazy dnia codziennego oraz fizyczność, która pozwala filtrować emocje i doznania duchowe. Mamy też wiersze oniryczne i strofy pełne sprzeciwu wobec konwenansów. W tomie znajdziemy wreszcie utwory poruszające kwestię patriarchatu, szczególnie problem stereotypowego postrzegania kobiet.

Większość wierszy zebranych w publikacji przełożył na język polski Leszek Paul, który, pracując nad tłumaczeniem, pozostawał w ciągłym kontakcie z prawie wszystkimi autorkami. Dzięki temu polski czytelnik otrzymuje także krótkie notki od każdej z nich. Liczący przeszło 300 stron tom zamykają biografie poetek.

Teksty z biało-błękitnej książki czytam z zaciekawieniem, czasem zdziwieniem, częściej – z entuzjazmem. Jako filolożkę zachwyca mnie wiesz otwierający zbiór, którego autorką jest Zoi Karelli (Ζωή Καρέλλη): Ta człowiek. Leszek Paul słusznie podkreśla, że już tytuł pokazuje nam, jak gramatyka może stać się narzędziem walki o równouprawnienie płci. Poetka świadomie używa żeńskiego rodzajnika, podważając lingwistyczny androcentryzm – pisze tłumacz. Nie ona jedna – gra rodzajem, przedimkami i dekonstrukcją struktur językowych toczy się w wierszach wielu autorek, stając się czymś znacznie ważniejszym niż tylko zwykłe ćwiczenie stylu. Chodzi tu bowiem o akt feministycznej świadomości, tytułowe własne słowo, o które się walczy, które się hołubi i które się celebruje. Warto się w nie wsłuchać.

By słowo swoje własne powiedzieć. Antologia poetek nowogreckich, tłumaczył Leszek Paul i Amelia Szalewska, Harmolipi 2025
Posted on

Cudzy kraj Leïli Slimani. Marokańska trylogia o poszukiwaniu własnego miejsca

Leïla Slimani urodziła się w 1981 roku w marokańskim Rabacie; studia ukończyła w Paryżu. Jest pisarką, dziennikarką i eseistką. Od samego początku swojej kariery literackiej fascynuje czytelników spojrzeniem na świat obejmującym liczne sprzeczności: Zachód i Wschód, wolność i przymus, codzienność i dramat, intymność i społeczne oczekiwania. Historia jej życia balansującego między Marokiem a Francją, między kulturą arabską a europejską, znalazła swoje odbicie w twórczości: Slimani doskonale rozumie, jak być obcym w cudzym świecie, zarówno dosłownie, jak i metaforycznie. Trylogia Cudzy kraj,  której pierwszy tom ukazał się we Francji w 2020 roku,  przedstawia losy trzech pokoleń rodziny osiadłej w Maroku, mierzącej się z wyzwaniami zmieniającego się świata i odnajdywania własnej tożsamości.

Cudzy kraj

Pierwsza część trylogii, wydana pod tytułem obejmującym także całość cyklu, wprowadza nas do świata bohaterów zmagających się z historią i własnymi pragnieniami. Slimani nie tylko opowiada o ich życiu, ale przede wszystkim eksperymentuje z psychologią postaci, wnikając w najskrytsze zakamarki ich duszy — młodych, ale noszących w sobie ciężar doświadczeń pokoleń, w tym traumę wojny, emigracji i zmian społecznych. Choć ich codzienność bywa dramatyczna, autorce udaje się przemycić sporo subtelnego humoru — czasem sarkastycznego, czasem ironicznego — co sprawia, że opisywane trudności stają się dla czytelnika łatwiejsze do przyjęcia.


Patrzcie, jak tańczymy

Druga część cyklu pogłębia temat zderzenia kultur. Slimani ukazuje świat, w którym codzienność jest sceną, a życie – tańcem między wolnością a obowiązkiem. Postaci kobiece w tej części stają się symbolem pragnienia samorealizacji w świecie pełnym ograniczeń: każda z nich szuka swojego miejsca, własnej przestrzeni, własnego „ja”. Mężczyźni, często rozdwojeni między lojalnością wobec tradycji a własnymi potrzebami, uczą się balansować między emocjami a oczekiwaniami społecznymi.


Zostanie w nas ogień

Ostatnia część trylogii domyka losy bohaterów w sposób zarówno dramatyczny, jak i poetycki. Slimani pokazuje, że ogień, który nosimy w sobie, jest jednocześnie pasją i pamięcią, miłością i traumą. Bohaterowie uczą się, że życie w cudzym kraju, w cudzym świecie, wymaga odwagi, elastyczności i akceptacji – że można być „cudzym”, a jednocześnie odnaleźć swoje miejsce. W tej części postaci dojrzewają i zyskują pełnię świadomości własnych pragnień oraz ograniczeń. Ich relacje stają się bardziej złożone, a wybory – niejednoznaczne. Autorka pozostawia czytelnika z refleksją nad siłą więzi, wartością wolności i ceną, jaką płaci się za samorealizację.


Między ciężarem a lekkością

Proza Leïli Slimani charakteryzuje się stylem oszczędnym, precyzyjnym i psychologicznie subtelnym. Jej narracja balansuje między chłodną obserwacją a poetycką introspekcją. Dramatyczne wydarzenia opisywane są z perspektywy emocjonalnej, ale z lekkim mrugnięciem oka do odbiorcy, dzięki czemu nie stają się dla niego przytłaczające. Humor w trylogii pojawia się w najbardziej niespodziewanych momentach – czasem jako ironia, czasem jako absurd codzienności, a czasem jako sposób radzenia sobie z tragedią. To właśnie ta równowaga między ciężarem a lekkością sprawia, że trylogia jest tak angażująca dla odbiorcy.

 

Między pamięcią a teraźniejszością

W trylogii Maroko nie jest jedynie tłem, lecz pełnoprawnym bohaterem: żywą przestrzenią, która kształtuje losy postaci, ich emocje i wybory. To kraj, do którego bohaterowie nieustannie wracają – jeśli nie fizycznie, to myślami. Dla jednych jest krainą dzieciństwa i rodzinnych korzeni, dla innych – ciężarem, od którego próbują uciec. Slimani pokazuje Maroko jako przestrzeń pełną sprzeczności: piękną, intensywną, zmysłową, ale też opresyjną, surową i wymagającą. Stanowi ona zarówno dom, jak i wyzwanie. Jest miejscem, którego jej postaci nie potrafią całkowicie porzucić, ale którego też nie są w stanie w pełni zaakceptować.

 

 

Ludzie z krwi i ognia

Bohaterowie trylogii Slimani to ludzie wielowymiarowi, pełni sprzeczności. Kobiety – odważne, ale lękliwe; pragnące wolności, a jednocześnie przywiązane do tradycji. Mężczyźni są rozdarci między obowiązkiem a pożądaniem, między rodziną a własnymi marzeniami. Każda postać wydaje się „cudza” w cudzym świecie, ale jednocześnie niezwykle ludzka i bliska czytelnikowi. Slimani pozwala nam wejść do ich głów i serc, nie oceniając, lecz prowadząc z delikatnością i humorem przez meandry ich życia – mistrzowsko pokazuje mikrodramaty codzienności, które z pozoru wydają się banalne, a w istocie odsłaniają całe spektrum ludzkich emocji: zazdrość, pożądanie, strach, tęsknotę i radość.

Tytułowe „tańczymy” z drugiego tomu to nie tylko metafora, lecz także strategia przetrwania opisywanych postaci: bohaterowie uczą się tańczyć z własnymi ograniczeniami i z ograniczeniami świata, który ich otacza. Ogień, pojawiający się w części trzeciej, to zaś żywioł, który nie zawsze pali – czasem ogrzewa, czasem rozświetla, a czasem prowadzi w nieznane.

Leïla Slimani udowadnia, że literatura może być jednocześnie intelektualnym wyzwaniem i emocjonalnym przeżyciem, a cudzy kraj można pokochać – jeśli potrafimy w nim zatańczyć. Znajdowanie równowagi między sprzecznościami życia jest bowiem swoistym tańcem, który pozwala nam wreszcie znaleźć własne miejsce – także tam, gdzie rytm z początku wydawał się nam obcy. Warto się o tym przekonać, przynajmniej jako czytelnik.

Leïla Slimani, trylogia Cudzy kraj, tłumaczyła Agnieszka Rasińska-Bóbr, Sonia Draga
Posted on

Emilia-Romania na talerzu. Parma, tradycje i kulinarne dziedzictwo (podcast SE0508)

Cokolwiek robimy, musimy to czasem przerwać, aby oddać się przyjemności jedzenia – mawiał wielki Luciano Pavarotti. Przerwijcie więc teraz swoje zajęcia i chodźcie posłuchać opowieści o włoskich smakach! W regionie Emilia, w Parmie i w okolicach Modeny, zajrzymy za kulisy powstania parmezanu, dowiemy się, co butelki octu balsamicznego mają wspólnego z Ferrari, i poznamy historię wybitnego renesansowego artysty, któremu serem płacono za malowanie fresków. Po wysłuchaniu tego odcinka w pełni zrozumiesz, dlaczego włoską kuchnię wpisano niedawno na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z regionem Emilia-Romania:
🇮🇹 visiter.it/podcast-pl
🇮🇹 facebook.com/EmiliaRomagnaTourismPL

Prowadzenie: Julia Wollner i Magda Miśka-Jackowska
Lektor: Daniel Brzeziński
Produkcja: Magda Miśka-Jackowska i Michał Woźniak

Posted on

Kerkini, ach, Kerkini! Zapiski fotografa przyrody

Podczas fotograficznej wyprawy nad jezioro Kerkini tworzymy z uczestniczkami i uczestnikami niemal jeden współodczuwający organizm. Zarażamy się troską i wrażliwością. Podziwiamy grecką prowincję, przez którą nie prowadzą szlaki wycieczkowe żadnych klasycznych biur podróży. Miejscowi mężczyźni o skroniach przyprószonych siwizną i twarzach bliskich złotej proporcji, spotykani w wioskach, tawernach i małych sklepikach, nie mówią po angielsku. Tylko po grecku odpowiadają także kobiety o kruczych brwiach i wyrazistych rysach Irene Papas.

My rozprawiamy wieczorami o naszych tematach dnia, czyli różanopalcych flamingach, brązowo-czarnych bawołach wodnych, nieledwie dzikich, które pasą się na przybrzeżnych murawach, a kiedy akwen się wiosną ociepla, z lubością zażywają kąpieli wodnych i błotnych, brodząc wśród rozłożystych liści grążeli i hiacyntów. Wreszcie – o pelikanach kędzierzawych, ogromnych ptakach o blisko trzymetrowej rozpiętości skrzydeł, które od świtu do zmierzchu żerują, odżywiając się niemal wyłącznie rybami. O pelikanach dalmatyńskich (bo i tak są one zwane), u których worek pod żuchwą staje się w okresie godowym ognistoczerwony, a bujne kędziory z piór zawadiacko sterczą im na czubku głowy. O pelikanach, które budują na kamienistej wyspie gniazda z traw, trzcin i gałązek spajanych lepkimi odchodami. Nie wolno do nich wówczas podpływać, a i one nie reagują na widok łódek oferujących im świeżo złowione ryby z jeziora. Godziny mijają, a my przypominamy sobie, że w dawnych epokach te ogromne ptaki były figurami samego Chrystusa, gdyż według wierzeń i przekonań poświęcały się, własnym ciałem i krwią karmiąc swe bezbronne młode.


Nasi greccy przewodnicy mówią, że liczebność pelikanów na świecie spada, a ich zimową przystanią stają się właśnie okolice płytkiego jeziora Kerkini – rozległe połacie otoczone wzgórzami i górami Macedonii Środkowej. Babis wspomina osobnika, który się nad Kerkini urodził, ale jako młody ptak postanowił poszukać swego szczęścia w życiu gdzieś pod Salonikami. Tam napadł na niego szakal. Wówczas biedak, w pojedynkę maszerując przez wiele dni z odgryzionym skrzydłem, powrócił do domu. Dziś jest dokarmiany przez miejscowych rybaków i traktowany jako symbol heroizmu i woli przetrwania. Nikos z kolei, pobrzękując złotym łańcuchem i przeczesując czarną brodę, przekomarza się ze mną w najlepsze.
– Tak często tu przyjeżdżasz – mówi – że powinieneś mieć grecką żonę.
– Owszem, znajdź mi odpowiednią Greczynkę, byleby ładną i pracowitą
– odpowiadam na tę samą, z lekka szowinistyczną, nutę zaintonowaną przez dziadka marynarza.
Cóż, w Grecji takiej nie znajdziesz! – Nikos parska śmiechem i rozkłada ręce.

Następnego dnia Babis prowadzi nas na lagunę. Mam nieodparte wrażenie, że kiedyś, może w dzieciństwie, a może w innym życiu, już tutaj byłem. W oddali majaczą szczyty, wśród nich zaś Olimp – mityczna, a przecież w pełni realna góra bogów, dziś spowita mgłą o konsystencji chudego mleka bez laktozy.

W Salonikach i na przedmieściach trwa sjesta. Starzy przyjaciele ze szkoły spotykają się w tawernach. Wchodzimy do ledwie oznakowanej knajpki, której kamienie przechowują jeszcze pamięć o dawnych tragikach i mędrcach. Przy samotnym stoliku siedzi siedemdziesięcioletni na oko mężczyzna o śniadej cerze i opadających na ramiona szpakowatych włosach. Umówił się z dziewczyną i czeka na nią przy kawie, ale kiedy to było?

Tymczasem nad laguną Kalochori niespiesznie żerują długonogie czaple i brodźce piskliwe, a rożeńce, przybrawszy szaty godowe, dobierają się w pary. Jednak ptakami, które kradną tu show, są flamingi różowe.

Kiedy ostatniego dnia leżymy na kamienistym wybrzeżu, otuleni wilgotnym mrokiem, a chłodne wody jeziora omywają nasze obiektywy (podczas lutowej nocy nad Kerkini temperatura powietrza spada poniżej zera), łączy nasz wspólny cel: potrzeba bliskiego obcowania z naturą. Nieco zesztywniali czekamy więc uparcie, w bezruchu i skupieniu, na pelikany kędzierzawe, które majestatycznie i ostrożnie podpływają do brzegu, by o świcie zacząć intensywnie żerować na płyciźnie. W przepastnych dziobach tych dużych ptaków, rozciągliwych u dołu, ryby znikają bezpowrotnie niczym w głębokich sakwach ze skóry. Za punkt honoru obieramy sobie zrobienie jedynego w swoim rodzaju zdjęcia, zdjęcia w kontrze – na przekór naszemu szkiełku i oku. I dopiero w drodze powrotnej, już w samochodzie i potem w restauracji, widzimy, jak wiele jest jeszcze do poprawienia…

Wszystkie zdjęcia: Paweł Czapczyk
Posted on

Greckie mydło z oliwy. Idealna pamiątka z Grecji nie istnie…

Jest tak urocze, że przez długi czas nie potrafię zmusić się, by je odpakować. Malutkie, mieszczące się na otwartej dłoni, owinięte w barwną bibułkę drukowaną w antyczny wzór. Na środku pyszni się wizerunek greckiej bogini w charakterystycznej dawnej fryzurze. Ilekroć na nią spojrzę, myślą przenoszę się do starożytnych świątyń na zalanych słońcem wyspach, gdzie powietrze pachnie morską bryzą. Oliwne mydełko przywiezione z Krety zdobi moją łazienkę i przypomina o wspaniałych wakacjach w ukochanym regionie. Pod delikatną bibułką skrywa zaś niemało sekretów…

Artykuł dostępny jest na blogu „Grecja na żywo”, należącym do firmy Grecos. Zapraszam serdecznie do lektury – wejdź TUTAJ.

Posted on

Odzyskać głos. Krótka historia kina marokańskiego

W 1952 roku, za sprawą Otella w reżyserii Orsona Wellesa, na Festiwalu w Cannes po raz pierwszy załopotała marokańska flaga, choć film trudno uznać za marokański. Owszem, najważniejsze sceny kręcono w Essaouirze, a za kostiumy oraz scenografie odpowiadali miejscowi artyści i rzemieślnicy, jednak w napisach końcowych nie figurowało żadne marokańskie nazwisko. Niemniej, po wycofaniu się amerykańskiego dystrybutora, państwem, któremu przypisano obraz Wellesa, było właśnie Maroko. Otello otrzymał na festiwalu nagrodę i, zgodnie ze zwyczajem, w trakcie ceremonii jej wręczenia powinien wybrzmieć hymn narodowy. Niestety ani nikt go nie znał, ani nie wiedział, czy w ogóle istnieje. Wyszukano więc naprędce utwór o względnie orientalnych brzmieniach, wywodzący się z francuskiej opery, który był na tyle patetyczny, że mógł uchodzić za hymn. Sytuacja o tyle absurdalna, że, wedle historyków kina, pierwszy pełnometrażowy marokański film w historii miał swą premierę dopiero w 1958 roku, a był to L’ Enfant Maudid Mohameda Osfoura.

 

 
W 1953 roku w Cannes pokazano Salut Casa – propagandowy gniot rządu francuskiego, wychwalający pod niebiosa proces urbanizacji i rewolucji, jaką przeszła Casablanca pod władaniem Francji.

Od 1953 jedynie dwa marokańskie filmy były częścią selekcji konkursu głównego.

Okres francuskiego protektoratu w Maroku zakończył się w 1956 roku.

Malownicza Essaouira pojawiła się w Otellu Wellesa. Fot. Rigel
Malownicza Essaouira pojawiła się w Otellu Wellesa. Fot. Rigel


Wechma
znaczy ‘ślady’

Mniej więcej w trakcie opisywanych wydarzeń, na początku lat 60., w Rabacie kształcił się niejaki Hamid Bénani – studiował filozofię, a następnie film. To jednak nie on był jego pasją. Bénani kochał literaturę. Zaczytywał się Faulknerem, Camusem i Sartrem, wykształcając w sobie silne lewicowe poglądy. Szybko przebił się do intelektualnej elity francuskich salonów, w których często bywał. O ile jednak na Sorbonie mógł uchodzić jedynie za oczytanego dyskutanta, skupionego na rzeczach ważnych, tak w Maroku musiał również ubrudzić sobie ręce. Były to czasy, kiedy w afrykańskim państwie de facto nie kształcono oddzielnie reżyserów, scenarzystów, operatorów lub montażystów. Szkolono filmowców – specjalistów… lub takich, którzy po prostu wiedzieli, jak trzymać kamerę i jak skleić dwa kawałki taśmy. Marokański przemysł nie miał ani środków, ani szczególnych ambicji, by wykształcić twórczą, uzupełniającą się wzajemnie kadrę. Brak konkretnych podstaw edukacyjnych sprawił, że kino marokańskie zostało w tyle i w zasadzie po dziś dzień próbuje nadgonić stracony czas. Skazane zostało albo na samouków (którym przemysł nie był w stanie zagwarantować przestrzeni do eksperymentów i finansowej stabilności), albo na tych twórców, którym udało się wyemigrować do Europy i tam czegokolwiek nauczyć. Siłą rzeczy taką możliwość zostawiała im przede wszystkim Francja, a to wiązało się z oczywistym zagrożeniem, z których najpoważniejszy stanowiło ryzyko indoktrynacji połączonej z ograniczonym polem do dyskusji nad problemami Maroka. Zarówno w przestrzeni akademickiej, jak i świecie filmu. Na szczęście Bénani okazał się odporny na zakusy europejskiego świata.

Wechma – jego debiut z 1970 roku – jest dziś uznawana za pierwszy film prawdziwego kina marokańskiego. Wyznacza pewne tematyczne i formalne ramy, których później kinematografia będzie starała się trzymać. Stanowi efekt zarówno głębokiej społecznej świadomości autora, jak i jego zafascynowania europejskim kinem autorskim. Od jego twórców nauczył się pracy w ciężkich warunkach. Stał się jednym z tych, którzy stawiali przede wszystkim na realizm, na, jak to lubili mawiać mistrzowie Francuskiej Nowej Fali, wyjście z kamerą w świat, by uchwycić to, co prawdziwe. Taki styl z jednej strony świetnie pasował do problematyki jego filmu, a z drugiej miał też dużo sensu pod kątem logistycznym – marokański przemysł nie mógł sobie przecież pozwolić na budowę wielkiej scenografii i zatrudnienie tysięcy pracowników.

Scena z Wechmy
Scena z Wechmy

 

Pełne odczytanie Wechmy to zadanie trudne. Bénani rozkochany jest w pracach europejskich (zwłaszcza francuskich) autorów. Trafne jest porównanie jego obrazu do prac Buñuela, przede wszystkim w strukturze. Niekoherentnej, nieszczególnie logicznej. Brak tu realizmu magicznego per se czy surrealistycznych sennych wizji, nie brak jednak symbolizmu, czasami nieco przypadkowego. Czuć brak doświadczenia i pewnej dłoni, brak twórczej konsekwencji czy zwyczajnej dyscypliny, która pozwoliłaby obranej formie prawidłowo wybrzmieć.

Wechma to film o Marokańczykach, nie dla nich jednak stworzony – każdym swym kadrem wręcz błaga o przynależność do artystycznego światka Europy. Wyznacza też punkt konfliktu wewnętrznego, który będzie trwał przez kolejne dekady.

Uboga berberyjska wioska w górach Atlasu. Fot. Paul Macallan
Uboga berberyjska wioska w górach Atlasu. Fot. Paul Macallan


What Moroccan Cinema
?

Przez lata twórcy i krytycy podzielą się na dwa obozy. W jednym uważa się, że film ma być przede wszystkim ambitnym dziełem sztuki; w drugim stawia się na przygodę, której symbolem w zachodnim kinie Maroko było, jest i zawsze będzie. Badaczka Sandra Gayle Carter, autorka What Moroccan Cinema? A Historical and Critical Study (2009), nazywa ten dylemat „problemem marokańskiego kina”.

A może film powinien być przede wszystkim edukacyjny?

Taką rolę pełniły filmowe karawany, które Bénani musiał dobrze znać – zespoły podróżujące przez Maroko z własnym sprzętem, organizujące pokazy dla ludzi komunikacyjnie i językowo wykluczonych. Ich wizyta stanowiła dla Berberów jedyną szansę na zobaczenie filmu. Często projekcji towarzyszył komentarz w odpowiednim dialekcie. Pod płaszczykiem szerzenia kultury oraz łączenia społeczeństwa podzielonego etnicznie i językowo, kryła się jednak dobrze zaplanowana propaganda. Pomimo teoretycznej otwartości, kino Maroka dążyło do wykluczenia Berberów i ich języka, do ujednolicenia społecznego obrazu. Stało się sprytną, przykrytą pozornie dobrymi intencjami, sztuczką propagandy, sposobem na podkopywanie podstaw regionalnej kultury.

Bénani i jemu podobni wychowali się w kulturze klubów filmowych – odpowiedników naszych DKF-ów, spotkań łączących seans z dyskusją. Przez lata była to jedyna prawdziwa forma edukacji filmowo-teoretycznej. To właśnie z nich wywodzili się praktycznie wszyscy krytycy. Słusznie zauważali, że Wechma jest dla marokańskiego odbiorcy nie do odczytania. Staje się kroniką społeczeństwa, ale dla kogoś innego; bardzo subiektywnym, niezależnym reżyserskim komentarzem, który po części świadomie, po części nie, dystansuje samego siebie od świata, z którego wyrósł, ale którego częścią nigdy nie był.

Bénani następny film stworzy dopiero dwadzieścia lat później.

 


Tyle miłości

Nabil Ayouch przychodzi na świat rok przed premierą Wechmy. Do świata filmu wejdzie dopiero dekady później, stając się komentatorem rzeczywistości i jednym z wiodących głosów marokańskiego kina. Jego filmy, chociaż trudne, są czytelne w przekazie. Razzia z 2017 roku, nawet jeśli rozkochana w twórczości brytyjskiego reżysera Paula Thomasa Andersona i żywo czerpiąca inspirację z jego Magnolii, jest klarowna: Ayouch jest rozczarowany. Ma wiele do zarzucenia ojczyźnie swego ojca.

Razzia to testament zranionych dusz, zniszczonych przez religię i system. Obraz zarówno nieszczęśliwych mieszkańców wielkich miast, jak i uciśnionych przez politykę państwa ludzi z prowincji, którym odebrano tożsamość i niezależność. Pomiędzy poszczególnymi wątkami przewija się legenda Casablanki, filmu, który rozsławił jedno z najpiękniejszych miast Maroka, chociaż nie został w nim nakręcony.

Codzienne życie w Marrakeszu. Fot. Jewad Alnabi
Codzienne życie w Marrakeszu. Fot. Jewad Alnabi


Przytłaczająco ponure jest też Tyle miłości (Much loved – dostępny obecnie na platformie Netflix)film z 2015 roku opowiadający o prostytutkach z Marrakeszu. Obraz brutalny, naturalistyczny, z dramatu płynnie przechodzący w manifest; opowieść o systemowej przemocy, zezwierzęceniu marokańskich elit i tragedii kobiet, które oparcia szukać mogą jedynie w sobie. Tak jak Wechma odbierała im głos, odczłowieczała je, tak Tyle miłości widzi w kobietach Maroka istoty niezwykłe, potrafiące okazać miłość i ciepło, chociaż to właśnie tego im się odmawia. Poświęcające siebie, tak fizycznie, jak i duchowo, dla tych, którzy na nich polegają, chociaż nigdy nie przyznają tego na głos.

Tyle miłości to jeden z pierwszych filmów w Maroku, który poruszył temat pracy seksualnej, nie bojąc się podkreślić problemu sutenerstwa czy policyjnej korupcji. Aktorki otrzymywały groźby śmierci, film zmagał się z cenzurą. Jako pierwszy otwarcie złamał liczne tabu. A przecież Ayouch atakował już patologie: Horses of God był manifestem przeciwko ekstremizmowi i toksycznej męskości, nadal świetnie funkcjonującej w społecznościach Maghrebu. Film stanowił część sekcji Un Certain Regard w Cannes i kandydował do Oscara. Casablanca Beats trafiło do konkursu głównego jako pierwszy marokański film od lat 60. Ayouch zasiadał w jury Berlinale, jest członkiem Amerykańskiej Akademii Filmowej.

Na świat przyszedł w Paryżu. Dzieciństwo spędził we Francji, traktując Casablankę jako miasto wakacyjnych przygód. Zamieszkał tam dopiero jako dorosły człowiek.

 Bluźnierstwo na taśmie

Islam zabrania tworzenia podobizn żywych istot. Czy zabrania zdjęć? Kwestia jest sporna. Specjaliści od szariatu (mufti) cały czas o tym dyskutują. Teoretycznie zdjęcie przedstawia żywą istotę. Może też (co jest zdecydowanie zakazane) służyć budowie kultu, kreowaniu przesadzonych, nierealistycznych wizji na temat danej osoby. Absolutną zbrodnią jest tworzenie podobizn Proroka. Aniołowie nie wejdą do domu, gdzie jest pies lub obraz – rzecze Abu Talha al-Ansari, towarzysz Mahometa.

W domu rodzinnym reżyserki Asmae El Moudir zdjęć nie ma. Zakazuje ich babcia, nestorka rodu trzymająca bliskich w żelaznej garści tradycji i przestarzałych konwenansów. Historia jej rodziny nie jest zapisana. Dlatego musi zostać opowiedziana na nowo.

Asmae cofa się w czasie. Powraca do ulicy w Casablance, gdzie niegdyś żyła. Razem z ojcem i matką, w przestronnym warsztacie, pracują nad odbudowaniem świata dzieciństwa bez twarzy. Wznoszą je na nowo, korzystając z miniaturowych budowli, pojazdów, samodzielnie zaprojektowanych instalacji. Pomagają im znajomi rodziny, dawni sąsiedzi. Niczym pierwsi marokańscy filmowcy, Asmae i jej rodzina dosłownie budują filmowy świat od podstaw. Jednocześnie opowiadają historie. Swoje i innych, których już nie ma. Zagłębiają się w traumy, utracone szanse, głęboko zakopane żale. Kamera, bezosobowy świadek, rejestruje wszystko. Zwłaszcza babcię emanującą milczącą niechęcią. Pogardzającą swą wnuczką i jej zawodem. Filmowiec jest przecież nikim, a zapisanie prawdy na taśmie – zbrodnią, bluźnierstwem i jedynym sposobem na to, by ponownie wypuścić na świat dawno ukryte demony. Opowiadane historie przeplatają się i mieszają, łączą z większą opowieścią o Powstaniu Głodu (Hunger Uprising) – zamieszkach wywołanych przez studenckie ruchy w latach 80.

Casablanca. Fot. Marcel L.
Casablanca. Fot. Marcel L.


Asmae El Moudir nie wyjechała z Maroka. Tu przyszła na świat, tutaj się uczyła, tutaj opanowała filmowy fach. Od zawsze skazana na to, by zapomnieć własne dzieciństwo. Bo nie ma po nim śladu. Asmae nie wie, jak wyglądała, gdy była dzieckiem. O swoje dziedzictwo musiała się upomnieć. Przez osiem lat pracowała nad Matką wszystkich kłamstw. Projekt prawie upadł, gdy pomimo trzyletnich prób jej babcia, najważniejsza osoba w jej życiu, ciągle odmawiała opowiedzenia swojej historii. Jednak złamała się, gdy na plan przybyła aktorka – obca osoba, która miała odegrać jej rolę. Dopiero wtedy w starszej kobiecie coś pękło; coś, o czym ona sama już nie pamiętała. Chciała odzyskać to, czego sama sobie odmówiła: głos.

El Moudir stworzyła film dzięki marokańskiemu przemysłowi, ale pokazała go na całym świecie: w Cannes, w Toronto. – Reprezentuję nowe pokolenie Maroka. To nie jest Maroko mojej babci, które każdego uciszało. To nie jest Maroko moich rodziców, którzy byli cicho, nie mogli o niczym opowiadać – mówi.  Być może najważniejszą nagrodą, którą Asmae otrzymała, jest główne odznaczenie na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Marrakeszu. To jedna z największych imprez filmowych na świecie poświęcona kinu arabskiemu, pełna świetnych inicjatyw dla młodych twórców z Maroka, którzy stawiają pierwsze kroki w branży. Wydarzenie słynące z debiutów. Każda edycja od ponad dwudziestu lat jest świętem marokańskiego kina. Festiwal stanowi też ewenement na skalę światową pod jeszcze jednym względem: udział w pokazach jest zupełnie darmowy, każdy może się zarejestrować, otrzymać wejściówkę i pójść na dowolny film. Coś takiego, w świecie Zachodu, nie miałoby racji bytu. Szczególnie, gdy spojrzymy na to, jak wielkie nazwiska przybywają rok w rok do Marrakeszu, za każdym razem spędzając w nim naprawdę sporo czasu, uczestnicząc w panelach, wywiadach i innych specjalnych wydarzeniach. Na większość innych filmowych festiwali twórcy i aktorzy przyjeżdżają tylko na chwilę.

Matka wszystkich kłamstw jest jedynym marokańskim filmem w historii, który wygrał konkurs główny festiwalu w Marrakeszu. A jednak film nie doczekał się światowej premiery. Dziś jest praktycznie niedostępny. By się z nim zapoznać, trzeba wyczekiwać na specjalne pokazy, festiwale lub, najczęściej, sięgnąć w czeluście internetu. Platformy streamingowe zawodzą, podobnie jak wydawcy fizycznych kopii. Kino arabskie, szczególnie to klasyczne, pozostaje rzadkim gościem na zachodnich festiwalach. Również w Polsce – chociaż Nowe Horyzonty co roku proponują kilka ciekawych tytułów, to kino marokańskie pozostaje szerzej nieznane. Pytanie, jak duża jest w tym wina samego Maroka, skoro nawet zwycięzca festiwalu, który jest ich osobistą i największą dumą, pozostaje zupełnie nieznany na świecie. Co o poszanowaniu własnego kina i potencjalnie ciągle żywych kompleksach mówi fakt, że najbardziej rozpoznawalnym marokańskim twórcą jest reżyser związany przez całe życie z Francją, dla którego Maroko było co najwyżej drugim domem? Podobnie sprawy mają się z Tarikiem Salehem, najpopularniejszym żyjącym reżyserem z Egiptu, który kręci filmy poświęcone ojczyźnie swojej rodziny, chociaż sam w zasadzie nigdy w niej nie żył i od najmłodszych lat mieszka w Szwecji. Jego filmy bywają kontrowersyjne, ważne i niewygodne, ale powstają przecież tysiące kilometrów od egipskiej cenzury i reżimu. Nie chcę tutaj w żaden sposób odbierać Ayouchowi czy Salehowi artystycznej swobody czy zarzucać im nieszczerości, to naprawdę solidni twórcy. Ich życiorysy pozostają jednak przedłużeniem odwiecznej dysproporcji i nierówności między twórcami Wschodu i Zachodu.

Oczywiście, w przypadku wielu państw arabskich cała nadzieja kinematografii leży w tych filmowcach, którzy działają w zachodnim systemie. Tym więcej kuratorzy sztuki powinni przykładać uwagi i serca do tego, by zapewnić jak największą przestrzeń dla młodych rodzimych artystów. Marokańskie kino nadal się rozwija. Rekordowym pod względem liczby wyprodukowanych filmów był rok 2023: powstało ich wówczas trzydzieści cztery. W tym samym czasie najwięcej filmów marokańskich było obecnych na światowych festiwalach. Obecnie w kraju znajduje się rekordowa liczba sal kinowych. Proces trwa, zarówno od strony logistycznej i marketingowej, jak i artystycznej. Twórcy nadal poszukują tożsamości marokańskiej kinematografii.

 

Posted on

Grecja: spotkania z flamingami

Słysząc słowo flamingi, kierujemy często swoje myśli ku afrykańskim jeziorom, zwłaszcza ku Nakuru – to właśnie ono słynie z jednego z najbardziej efektownych spektakli świata natury. Jednak aby ujrzeć te niezwykłe ptaki, pełne dostojeństwa i gracji, wystarczy wybrać się nad… Morze Śródziemne. Na przykład do Grecji. Pojawianie się flamingów na tamtejszych wodach, szczególnie od jesieni do wiosny, to historia wciąż młoda, licząca niewiele ponad trzydzieści lat. Wcześniej ptaki te spotykano znacznie rzadziej.

Flamingi na Korfu
Flamingi na Korfu


Ogień, Feniks i… danie na talerzu

Nazwa flaming, przez wieki ewoluująca w językach europejskich, ma wywodzić się od łacińskiego słowa flamma (płomień), co nawiązuje do intensywnie różowej barwy części tych ptaków. Na marginesie, ten sam źródłosłów kryje się prawdopodobnie za nazwą hiszpańskiego flamenco, „tańca ognia”. Gdy spojrzymy na widowiskowe tańce godowe flamingów, znane dobrze z wielu filmów przyrodniczych, zrozumiemy, że zbieżność ta wcale nie jest przypadkowa.

Grecy nazywają je dwojako: poprzez zapożyczenie – flamingo bądź, po grecku, finikoptera (pisownia: foinikoptera / τα φοινικόπτερα). Ta druga nazwa ma zdaniem wielu nawiązywać do… skrzydeł Feniksa (starogr. Foiniks oraz pteron – skrzydło), mitycznego, świętego, wędrownego ptaka o purpurowym upierzeniu. Symbolizował on płomienne Słońce, a także cykliczne odradzanie się świata przyrody. Niektórzy uważają, że niezwykle efektownie prezentujące się w locie flamingi mogły wręcz zainspirować starożytnych Hellenów do stworzenia mitu o Feniksie. Inni sądzą, że nazwa finikoptera pochodzi po prostu od starożytnego przymiotnika foinikios, określającego szkarłatną bądź purpurową barwę. I znów wszystko sprowadzałoby się do atrakcyjnego upierzenia.

Starożytni Grecy zachwycali się tymi ptakami, lecz wiele wskazuje na to, że w rejonie egejskim pojawiały się one bardzo rzadko. Znano je raczej jako egzotyczne zwierzęta z Azji i Afryki, o czym wnioskować można choćby z komedii Ptaki, stworzonej przez Arystofanesa. Kulturowi spadkobiercy Greków, Rzymianie, uczynili zaś mięso flamingów, a zwłaszcza ich języki, przysmakiem wystawnych uczt. Świadczą o tym choćby przepisy Apicjusza, autora znanej książki kucharskiej z I wieku n.e., oraz kulinarne preferencje ekscentrycznego cesarza Heliogabala.

Flamingi na Lefkadzie
Flamingi na Lefkadzie


Ptasie mleczko dla brzdąców

Flamingi, które można zaobserwować w dzisiejszej Grecji przez niemal cały rok, to – z wyjątkiem Laguny Świętego Mamasa – ptaki wędrowne, licznie zalatujące na obszary żerowania z wodą o różnym stopniu zasolenia, szczególnie: laguny, delty rzek, estuaria i saliny. W poszukiwaniu pokarmu finikoptera potrafią przelecieć setki kilometrów. Swoim charakterystycznym dziobem odcedzają z wody i mułu pokarm zwierzęcy, na przykład skorupiaki, mięczaki czy larwy owadów, a także roślinny – głównie glony. Spektrum pokarmowe jest szerokie. Gdy w zasięgu dzioba znajdą się choćby małe ryby, również zostaną zjedzone.

Co ciekawe, to znajdujące się w pokarmie związki z grupy karotenoidów odpowiadają za mniej lub bardziej różowe zabarwienie piór tych ptaków. Gdy substancji tych w pokarmie brakuje, może stać się ono niemal całkowicie białe. Młode osobniki nie mają jeszcze dobrze wykształconego dzioba, który sprawnie filtrowałby wodę, są więc karmione tak zwanym… ptasim mleczkiem. Jest to wydzielina bogata w substancje odżywcze, pochodząca z rozszerzenia przełyku osobników dorosłych, zwanego wolem. Młode usamodzielniają się po ponad dwóch miesiącach od wyklucia (w jednym sezonie lęgowym samica składa tylko jedno jajo). Flamingi to ptaki znane również ze swojej długowieczności: żyją nawet do 50, a w niewoli – do 80 lat!

Flamingi na Kos. Fot. Tracy Gymellas
Flamingi na Kos. Fot. Tracy Gymellas, CC BY-SA 4.0


Pandemiczny cud

W regionie egejskim szczególnie ważnym miejscem gniazdowania flamingów jest delta rzeki Gediz (starożytny Hermos) w rejonie Izmiru – na wschodnim, tureckim wybrzeżu Morza Egejskiego. Działa tu sztuczna wyspa lęgowa dla tych ptaków, która sprawia, że tutejsza kolonia jest bardzo stabilna. Do lęgów przystępuje tu nawet około dwudziestu tysięcy par!

Inne okolice regionu śródziemnomorskiego, w których flamingi rozmnażają się i dokąd można udać się na ich podziwianie, to między innymi laguny i delty wschodniej Hiszpanii (w tym sławny Park Narodowy Doñana), Sardynia, delta Padu we Włoszech oraz Camargue, malownicza kraina w delcie Rodanu w południowej Francji. I to tę kolonię najczęściej pokazują filmy przyrodnicze, opowiadające o europejskich flamingach. A Grecja?

Jeśli chodzi o te niezwykłe ptaki, w Helladzie zaszły w ostatnim czasie istotne zmiany. Do niedawna flamingi nie posiadały w kraju żadnej kolonii lęgowej. Wszystkie osobniki zlatujące się do Grecji na żerowanie pochodziły z innych stron, szczególnie z niedalekich lęgowisk tureckich. Sytuacja zmieniła się w 2020 roku, w czasie pandemii. Obostrzenia były w Grecji bardzo surowe. Przez wiele miesięcy mieszkańcy kraju mogli wyjść z domu dopiero po wysłaniu specjalnego SMS-a do publicznej bazy danych, w którym określali powód spaceru. Nie można też było bez powodu opuszczać terenu własnej gminy, nie mówiąc o dalszych wyprawach. Ludzie cierpieli, przyroda korzystała.

Po kraju rozeszła się wówczas sensacyjna i potwierdzona przez ornitologów wieść: na Lagunie Świętego Mamasa (Limnothalasa tou Ajiou Mama) na Półwyspie Chalcydyckim odnaleziono pierwsze w historii gniazda flamingów! W maju wspomnianego roku przyrodnicy odkryli tam łącznie aż 180 gniazd. Dla dobra ptaków i ich młodych informację ujawniono dopiero latem, gdy odchowało się około 120–140 piskląt. Lęgi na podsalonickiej lagunie miały swoją kontynuację także w kolejnym roku.

Flaming sfotografowany w Turcji
Flaming sfotografowany w Turcji, niedaleko Stambułu – około 300 kilometrów od granicy z Grecją

 

Doszło jednak wówczas do przykrego incydentu, nagłośnionego przez greckie media. Około 30 flamingów zginęło tam w wyniku zjedzenia ołowianych łusek z nabojów, użytych przez myśliwych podczas polowań (podobne przypadki odnotowano też w późniejszych latach). Greckie organizacje przyrodnicze wzywały do skuteczniejszej ochrony cennego biotopu, teoretycznie chronionego w ramach sieci Natura 2000, a w praktyce silnie penetrowanego przez ludzi.

Kres pandemicznych obostrzeń oznaczał dla flamingów koniec spokoju na lagunie, w rejonie której ponownie pojawili się liczni spacerowicze z psami, turyści, plażowicze czy operatorzy prywatnych dronów. W nadmorskich barach zaczęła grać muzyka. Tym razem to ludzie cieszyli się, a ptaki musiały powrócić do dawnej ostrożności. Nadal przylatywały na tutejsze żerowiska, lecz nie czuły się już bezpiecznie na tyle, aby zakładać w tej okolicy gniazda. Nieliczne próby kończyły się niepowodzeniem. Kolejne lata pokażą, czy w tej lub innej lokalizacji dojdzie ponownie do lęgów. Wielu greckich miłośników ptaków wciąż ma na to nadzieję!

Flamingi w Kalochori
Flamingi w Kalochori


Dokąd na flamingi

Choć flamingi podziwiam w Grecji w kilku miejscach, moim ulubionym punktem obserwacyjnym są saliny nad zatoką Kaloni na Lesbos, gdzie do dziś pozyskuje się sól morską. Największe z nich znajdują się przy drodze łączącej Mitylenę, stolicę wyspy, i miasteczko Kaloni; mniejsze, również przyciągające te ptaki, położone są w pobliżu przystani Skala Polichnitu. Flamingi pożywiają się tu w płytkich wodach, zawsze w pewnej odległości od brzegu. Zdarza się widok setek żerujących ptaków, co przypomina kadry znane z telewizji z innych zakątków świata.

Saliny Lesbos to miejsce o znacznej ornitologicznej sławie. Przyjeżdża tu wielu obserwatorów z Europy i świata. Nawet nie posiadając własnego dobrego sprzętu do podglądania flamingów, szansa na spotkanie życzliwych „ptasiarzy” (to samo potoczne słowo – poulakides – mają też Grecy), którzy pozwolą spojrzeć na ptaki przez swoją lornetkę czy teleobiektyw, jest tu dość wysoka. Ponad mokradłami zbudowano też niezbyt dużą, lecz zdecydowanie pomocną wieżę obserwacyjną. Finikoptera lubią dyskrecję, trzymają bezpieczny dystans od człowieka, ale widząc, że nie wykonujemy gwałtownych ruchów i nie zbliżamy się zanadto, pozwolą obserwować się godzinami. Pożywiają się spokojnie, będąc też wymarzonym celem dla amatorów fotografii.

Flamingi w locie
Flamingi w locie

Poza Lesbos lista miejsc w Grecji, gdzie warto wybrać się na obserwacje flamingów, jest dość długa. To między innymi laguny Tracji na północy kraju i Etoloakarnanii na zachodzie, nadmorskie mokradła niedaleko Nafplio (Nauplion) w peloponeskiej Argolidzie, płytkie, sztuczne jezioro Kerkini w pobliżu granicy z Bułgarią, a także saliny i mokradła kilku innych wysp, zwłaszcza Limnos, Samos, Kos czy północnej Eubei.

Szacuje się, że w całej Grecji zimuje i pożywia się każdego roku nawet około 50–60 tysięcy tych ptaków. Niekwestionowanym centrum ich zimowisk jest strefa nadmorska wokół Zatoki Termajskiej, od wspomnianych lagun Chalkidiki, przez deltę rzeki Aksios (Wardar), po Pierię, region położony w cieniu majestatycznego Olimpu, po drugiej stronie zatoki. Co roku w zimowej Grecji na liczenie ptaków przybywa wielu „ptasiarzy” z kraju i zagranicy, a flamingi są jednym z ulubionych obiektów tych kalkulacji. Wyniki tych akcji wskazują, że Grecja jest coraz bardziej lubiana przez różowe piękności, stając się dla nich swoistym zimowym kurortem. Podczas gdy populacje wielu ptaków wodno-błotnych stale maleją, liczba flamingów wydaje się rosnąć. Powinno ucieszyć to wszystkich, którzy chcieliby zachwycić się nimi na miejscu, w błękitnym świecie Egei.

Posted on

Kairos, Demeter, Odyseusz i Befana. Mitologia na święta (podcast)

Posłuchaj naszych opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

 

Przed świętami zawsze brakuje Ci czasu, a pośpiech odbiera radość z przygotowań? W tym odcinku podcastu odkrywamy śródziemnomorskie sposoby na to, co poradniki nazywają slow living! Sprawdzimy, czego o odpoczynku i uważności uczą nas Kairos, Demeter, Odyseusz i włoska Befana. Posłuchaj, jak mitologia pomaga odzyskać spokój i własne tempo.

 

Prowadzenie: Julia Wollner
Produkcja: Magda Miśka-Jackowska i Michał Woźniak

Posted on

Wenecja, moja miłość Renaty Pawłowskiej. Nowa publikacja o mieście na lagunie

Materiał powstał we współpracy z wydawcą.

Czy to jest miłość, czy to jest kochanie? – chciałam zapytać, zabierając się za lekturę najnowszej książki Renaty Pawłowskiej. Wiedziałam, że autorka od wielu lat prowadzi stronę Kalejdoskop Renaty, że mieszka we Włoszech i pisze świetnie sprzedające się przewodniki po tym kraju. Nie miałam jednak pojęcia, że jej miejscem na Ziemi wiele lat temu stał się region Wenecji Euganejskiej i że to właśnie Wenecja jest miastem, które zna najlepiej. Zastanawiałam się, na ile obszerny tekst, który miałam przed sobą, wynika z fascynacji, na ile z zauroczenia… O takowe przecież w Wenecji nietrudno. Prędko jednak przekonałam się, że relacja Renaty z Wenecją to coś więcej niż przysłowiowe fajerwerki czy motyle w brzuchu; to raczej związek oparty na cierpliwości, lokalności i wielkiej ciekawości w stosunku do obiektu uczuć. To właśnie w oparciu o nie powstał ten bardzo interesujący przewodnik, który dla mnie – osoby niekoniecznie zainteresowanej wszelkimi wskazówkami praktycznymi – okazał się naprawdę inspirującą i rozwijającą lekturą.

Po czym poznałam, że tytułowa miłość do Wenecji to nie puste słowa i marketingowy slogan? Renata udowadnia to na wiele sposobów. Po pierwsze wraca do miasta na lagunie regularnie – i to nie po to, by ponownie przeżyć podniosłe chwile wypełnione zachwytem, ale po to, by pogłębić znajomość z Serenissimą. Po drugie: widzi jej wady i słabości: od tłoku i szokująco wysokich cen, przez wilgoć, nieprzyjemne zapachy i kiczowatość pamiątek. A jednak nie tyle psują one obraz całości, co pięknie go urealniają. Wszak prawdziwa miłość nie jest ślepa, a uczciwa i pełna wyrozumiałości! Po trzecie: Renata ma wiele czułości dla weneckiej codzienności. Rozpoznaje wartość pozornych drobiazgów; dostrzega urok tam, gdzie oko turysty rzadko dociera. Po czwarte: szanuje granice. Jest wobec Wenecji troskliwa, a jej losy leżą jej bardzo na sercu. Już we wstępie do książki podkreśla, że jest to niezwykle kruche miasto, stojące przed wyjątkowymi wyzwaniami, miejsce, w którym turystyka jest w dużej mierze destrukcyjna, a podróżowanie do niego stanowi próbę znalezienia jakże delikatnej równowagi pomiędzy zwiedzaniem a zachowaniem dziedzictwa miasta.

W efekcie dostajemy bardzo obszerny tekst, w którym, razem z autorką, szukamy sposobu, jak cieszyć się z tego, czego się doświadcza, i zarazem to szanować. Połączyć zachwyt pierwszego zakochania i głęboką pokorę ucznia. Renata trafnie wypunktowuje najczęstsze błędy popełniane przez turystów, tłumaczy, czego w mieście i okolicy robić nie wolno albo nie wypada. Przedstawia swoje ulubione miejsca, w tym sporo mało znanych; dzieli się opowieściami, ciekawostkami, anegdotami. Opisując pałace, przedstawia historię weneckich kominów (dziś jest ich około 7 000, a w XVI stuleciu naliczono ich ponad 10 357!); tłumaczy, jak rozpoznać dwa rodzaje lokalnych mew i czego spodziewać się po weneckich kotach. Jak na przewodnik przystało, są tu też trasy zwiedzania i najlepsze punkty widokowe, z których podziwiać możemy Wenecję z lotu ptaka; opisy celebracji najważniejszych świąt, listy atrakcji, które zachwycą najmłodszych, i wskazówki dla osób niepełnosprawnych. Na spragnionych kultury czekają informacje o miejscowych zwyczajach (np. kwietniowym bocolo di rosa, o którym opowiadali mi wszyscy weneccy przyjaciele); na smakoszy – rozdział o jedzeniu i kawie. Po lekturze nie będziecie mieli wątpliwości, czym campo różni się od campiello, czym są sestieri, fondachi i barene.

Jestem przekonana, że Wenecja, moja miłość sprawdzi się znakomicie jako przewodnik – nie brakuje jej nic, czego można by spodziewać się po publikacji tego typu. Przyznam jednak, że dla mnie, osoby zajmującej się na co dzień popularyzacją kultury, dużo ważniejszy jest inny aspekt tej książki: uczenie Wenecji i dzielenie się miłością do niej. Miłością, nie zakochaniem. Uczuciem, które nie każe „zdobywać”, a pozwala po prostu razem „być”.

 

Swój egzemplarz książki kupić możecie tutaj: Wenecja, moja miłość