Posted on

Tajemnice włoskiej czekolady. Rozmowa z Paulem Mitchellem

Kiedy mowa jest o słodyczach, nie mogę odmówić sobie przyjemności spotkania z prawdziwym specjalistą w dziedzinie – Paulem Mitchellem. Paul, mimo angielsko brzmiącego nazwiska, jest Włochem. Pochodzi z miejscowości położonej 40 kilometrów od Mantui – miasta, w którym arcydzieła renesansu i delikatna mgła tworzą niezwykle romantyczną całość.  Musicie odwiedzić to wspaniałe miasto, od 2008 wpisane na listę UNESCO – zachęca Mitchell od początku rozmowy. Usiądźcie przy stoliku w wybranej trattorii, zamówcie klasyczne tortelli z dynią i kieliszek Lambrusco i… będziecie w raju. A potem przyjdzie czas na czekoladę!

Zimowa Mantua, fot. Carlo Alberto Magagnini / Wikimedia, CC BY-SA 4.0
Zimowa Mantua, fot. Carlo Alberto Magagnini / Wikimedia, CC BY-SA 4.0

Paul, jak powinnam przedstawić cię naszym Czytelnikom?

Moja pasja do enogastronomii zrodziła się w Mantui. Przez siedemnaście lat pracowałem w restauracjach, głównie tych najbardziej wyrafinowanych. W 2006 roku, w jednym z tych lokali, studiując temat związany z kakao, stworzyłem carrello del cioccolato – rodzaj wózka na specjały czekoladowe, którego zastosowanie było prawdziwym przełomem. Pozwalał on odpowiednio prezentować „pokarm bogów”, jak nazywam czekoladę, opowiadać o jej rodzajach, firmach ją produkujących i ziemiach, z których pochodzi. Carrello opisywano w gazetach i magazynach włoskich. Od kilku lat mieszkam w Polsce, gdzie, wraz z moją żoną Agnieszką, również zajmuję się czekoladą, m.in. organizując degustacje.

Czekolada narodziła się w Ameryce Południowej. Wydaje się jednak, że kuchnia włoska, nie mówiąc już o słynnym włoskim dolce vita, nie mogłaby bez niej istnieć. Jak to się stało, że ten południowoamerykański wynalazek tak bardzo podbił włoskie serca?

 Cóż, rzeczywiście czekolada przebyła długą drogę, zanim dotarła do nas w formie, którą dzisiaj znamy i lubimy. W jej historii szczególną rolę odegrało wiele postaci, jak chociażby Hiszpan Hernán Cortés, który jako pierwszy docenił walory kakao i sprowadził je do Europy. We Włoszech czekoladę rozpowszechniali głównie konkwistadorzy, jak w przypadku miasta Modica, skąd pochodzi słynna sycylijska czekolada, a także arystokracja i… żołnierze – to im zawdzięczamy czekoladę do picia. Trzeba również wspomnieć o wielkim kunszcie włoskiego cukiernictwa, które potrafiło doskonale zaopiekować się czekoladą i wprowadzić ją do swoich receptur. Włosi od zawsze są mistrzami kuchni. Myślę, że to z tego powodu – oraz ze względu na uwarunkowania historyczno-geograficzne – czekolada stała się tak popularna w naszym kraju.

CZYTAJ TEŻ: Włoska czekolada 

Jak, z Twojego, specjalistycznego punktu widzenia, Włosi traktują czekoladę?

Włochy są jednym z krajów najbardziej zaangażowanych w produkcję czekolady i zwracają szczególną uwagę na wszystko, co łączy się z tym tematem. W Italii działa wiele towarzystw, klubów, stron internetowych czy blogów poświęconych czekoladzie i mających na celu popularyzację wiedzy o tym smakołyku, a także wymianę opinii między jego miłośnikami oraz, niejednokrotnie, umożliwiających rozmowę ze specjalistami. Niektóre kluby organizują konkursy, gdzie wybiera się najlepsze produkty, na przykład czekoladę roku – coś w rodzaju Oscara dla czekolad. Na Półwyspie Apenińskim nie brakuje również różnorodnych imprez, na których można spotkać producentów czekolady, spróbować ich wyrobów i lepiej poznać ten niezwykły świat, o którym wiele już wiadomo, ale jeszcze więcej pozostaje nadal do odkrycia.

Ziarna kakao, fot. Giulian Frisoni / Flickr, CC BY 2.0
Ziarna kakao, fot. Giulian Frisoni / Flickr, CC BY 2.0

A której włoskiej czekolady powinniśmy absolutnie spróbować?

Wspaniałych włoskich czekolad jest mnóstwo. Jeśli chodzi o czekoladę gorzką, sugerowałbym 9. Ma ona jedyną w swoim rodzaju recepturę, a kakao, na bazie którego powstaje, pochodzi z dziewięciu różnych plantacji, specjalnie wybranych pod kątem produkcji tego niezwykłego wyrobu.

Miłośnikom czekolady mlecznej, którzy jednocześnie lubią zdecydowane smaki, polecałbym Lattenero – czekoladę mleczną z 45% zawartością kakao, pochodzącego z najbardziej prestiżowych plantacji. Jest to czekolada naprawdę najwyższej jakości.

Powinienem ponadto wspomnieć o cremini, o gianduiotti, o fantastycznych produktach z Piemontu czy ze wspomnianej już Modiki, skąd pochodzi niepowtarzalna sycylijska czekolada. Nie zapominajmy też o kremach do smarowania… Pysznych produktów czekoladowych jest we Włoszech naprawdę wiele.

Od Piemontu przeszliśmy do Sycylii, nie mogę więc powstrzymać się od pytania o regiony. Włoska kuchnia bardzo się różni w poszczególnych częściach kraju. Czy jest tak również w przypadku czekolady?

Czekolada to smakołyk, który ma bardzo bogatą historię, także pod względem geograficznym – ta cecha wyróżnia go na tle innych. Naturalnie istnieją miejsca, które odegrały lub odgrywają w tej historii rolę szczególną, jak wspomniana Modica czy Turyn wraz z giandiuią, ale i Piemont w ogóle. Warto wspomnieć też o Toskanii, gdzie wytwarza się wspaniałą czekoladę. Można powiedzieć, że są w Italii okolice, gdzie powstaje czekolada słynąca właśnie ze swojego pochodzenia, choć podawana jest czasem na różne sposoby. W innych regionach jej jakość i smak zależy w dużej mierze od fantazji wytwórcy i jego osobistych poszukiwań.

Myślę, że możemy podzielić Włochy na trzy główne czekoladowe strefy. Na północy, w Piemoncie, triumfuje doskonały mariaż czekolady i orzechów laskowych. W Toskanii narodziły się nowe połączenia czekolady z rozmaitymi przyprawami. Trzecia strefa to Sycylia i czekolada z Modiki. Oczywiście wiele wspaniałych produktów powstaje również poza tymi trzema regionami.

Pyszna czekolada z sycylijskiego miasta Modica. Fot. Mussklprozz / Wikimedia, CC BY-SA 3.0
Pyszna czekolada z sycylijskiego miasta Modica. Fot. Mussklprozz / Wikimedia, CC BY-SA 3.0

 

Niestety, mam wrażenie, że wiele znakomitych włoskich produktów czekoladowych pozostaje w Polsce zupełnie nieznanych. Czy mógłbyś nam je odrobinę przybliżyć? Czym są na przykład cioccolato alpino, baci di Cherasco czy gianduiotto?

Wymieniłaś bardzo różne produkty, a każdy z nich ma niezwykłą historię i równie niesamowity smak.

Myśląc o Piemoncie i Turynie, od razu przychodzi nam do głowy gianduiotto, o którym opowiem za chwilę, jednak okolice te zrodziły także jeszcze jeden wspaniały smakołyk: cioccolato alpino. Jest to chrupiący stożek z giuanduią, wypełniony likierem. Przepis na niego pozostaje do dziś sekretem, ale wiemy, że do jego produkcji używa się orzechów laskowych Tonda Gentile delle Langhe IGP.

Baci di Cherasco mają nieregularną formę. Pochodzą z miejscowości o tej samej nazwie, położonej w prowincji Cuneo (nadal, co znamienne, jesteśmy w Piemoncie). Jest to produkt idealnie łączący gorzką czekoladę i dobrze wyprażone piemonckie orzechy laskowe.

Z Piemontu pochodzi też znane na całym świecie gianduiotto. Jego historia sięga roku 1852, kiedy Michele Prochet postanowił połączyć pastę kakaową z mielonymi, prażonymi orzechami laskowymi, tworząc w ten sposób słynną Pasta Gianduja. Prawdziwy sukces Prochet osiągnął jednak trochę później, kiedy rozpoczął współpracę z przedsiębiorcą Caffarelem, twórcą firmy o tej samej nazwie. W ten sposób w 1865 roku narodziło się gianduiotto, które degustowano po raz pierwszy podczas karnawału, a więc w porze roku, którą mamy teraz. Czekoladki rozdawała osoba przebrana za Gianduia, postać pochodzącą z commedii dell’arte. Gianduiotti ważą około 10 gramów i mają ciekawy kształt, przypominający odwróconą do góry nogami łódkę.

Mówiliśmy dziś jeszcze o czekoladzie sycylijskiej. Produkt zwany cioccolato di Modica nie może zostać porównany do żadnego innego. Wytwarza się go z pominięciem fazy zwanej concaggio, która pozwala czekoladzie uzyskać gładkość i jednolitość. W sprzedaży znajdziemy czekoladę sycylijską w bardzo różnych połączeniach: z cynamonem, wanilią, peperoncino czy imbirem. Również ten smakołyk ma ciekawą historię. Podobno wytwarza się go na podstawie antycznej receptury azteckiej, przywiezionej na Sycylię przez Hiszpanów.

Jakie rady możesz dać naszym Czytelnikom-smakoszom odnośnie do degustowania czekolady? Jak ją spożywać, aby najlepiej docenić jej walory smakowe?

Czekolada to chwila przyjemności, coś na kształt wakacji dla podniebienia, a także swoista pomoc w wielu kryzysowych sytuacjach! Nie jest to wcale żart – jedzenie czekolady jest wskazane w chwilach smutku, chandry czy zmęczenia. Prawdziwa degustacja powinna jednak angażować wszystkie pięć zmysłów: dotyk, słuch, wzrok, powonienie i smak. Jest to wspaniała przygoda! Podczas degustacji, które organizuję i na które wszystkich serdecznie zapraszam, pokazuję, jak najlepiej wykorzystać swoje możliwości, aby odkryć i docenić wszystkie tajemnice, które skrywa tabliczka czekolady.

 

Zdjęcie główne: NordWood Themes/Unsplash
Posted on

Włoska czekolada

Włochy związane są z kakao od przełomu XVI i XVII wieku, kiedy to z Hiszpanii przywiozła je Katarzyna, córka Filipa II Habsburga (która w 1585 roku wyszła za mąż za księcia Savoi, Karola Emanuela I Wielkiego). Natomiast jego rozpowszechnienie zawdzięczamy kupcowi Francesco d’Antonio Carletto (lub Antonio Carletti, jak podają inne źródła), który w XVII wieku sprowadził kakao do Toskanii. Od tamtej chwili powoli zaczęło ono zdobywać popularność w całych Włoszech; produkowano je w takich miastach, jak Florencja, Wenecja lub Turyn. Właśnie w tym ostatnim, w 1778 roku, wynalazca Doret skonstruował pierwszą maszynę do wyrobu czekolady. Za jej sprawą możliwe było zmielenie masy kakaowej z wanilią oraz cukrem. Turyn stał się włoskim potentatem w wytwarzaniu czekolady – koncentruje się tam bowiem 40% całej włoskiej słodkiej produkcji, co w liczbach oznacza 85.000 ton rocznie!

W 1946 roku Pietro Ferrero rozpoczął produkcję kremu gianduia, który, oprócz kakao i cukru, charakteryzuje się zawartością orzechów laskowych. Dzięki niemu w 1964 roku narodziła się Nutella, która, mimo niedobrej passy w ostatnich miesiącach, nadal uwielbiana jest nie tylko we Włoszech, ale także na całym świecie.

W czekoladowej rywalizacji Włosi chcą pokonywać kolejne rekordy i zdobywać najwyższe lokaty: w 2000 roku w Turynie przygotowano tabliczkę czekolady o wadze 1500 kg, posypaną 500 kg orzeszków laskowych, która trafiła do Księgi Guinnessa. Natomiast w 2011 roku w Bolonii przyrządzono najdłuższą tabliczkę czekolady: jej wymiary to 15 m i 9 cm na 2 m i 3 cm. Oczywiście ona również trafiła do Księgi Guinnessa.

O tym, jak ważną rolę w życiu Włochów odgrywa czekolada, świadczy liczba poświęconych jej imprez. Obok wspomnianej już florenckiej Fiera del Cioccolato Artigianale należy wymienić: Cioccoshow na Placu Maggiore w Bolonii, CioccolaTò w Turynie, Altrocioccolato w Gubbio, Choccobarocco w Modice i Eurochocolate w Perugii. Ta ostatnia odbywa się każdego roku w październiku. Na zwiedzających czeka wiele atrakcji: wizyta w historycznym muzeum Perugina i w fabryce czekoladek Baci, degustacje pralinek czy przypatrywanie się pracy mistrzów czekolady ze Szkoły Czekolady w Perugii.

We Włoszech kakao wykorzystywane jest nie tylko do wyrobu czekoladek, ale również do wszelkiego rodzaju ciast, likierów, kawy. Popularna jest czekolada pitna, najlepsza to gęsta gianduia. W okresie wielkanocnym, na który zaraz będziemy przecież czekać, wyrabiane są czekoladowe jaja: od najmniejszych po olbrzymie, które mogą pomieścić sympatyczny prezent-niespodziankę. Na bazie czekolady przygotowuje się ponadto dania słone, takie jak wołowina w sosie porzeczkowo-czekoladowym, pierożki z farszem szpinakowo-czekoladowym, dzik na słodko, królik w czekoladzie czy kurczak w czekoladowej skorupce.

 


Cioccolatini al peperoncino

Składniki:

250 g gorzkiej czekolady

2 łyżki rumu

peperoncino w proszku (ilość według uznania)

 

Przygotowanie:

W kąpieli wodnej rozpuścić pokruszoną na kawałki czekoladę. Zdjąć z ognia, przelać do garnuszka, dodać peperoncino (ilość według uznania) oraz dolać rum. Wszystko dokładnie wymieszać. Zawartość wlać do małych foremek silikonowych na czekoladki. Odstawić na minimum 1 godzinę.

 

 


Mousse al cioccolato fondente

Składniki:

350 g gorzkiej czekolady

50 g masła

250 ml 30% śmietany

2 jaja

1 białko

5 łyżek rumu

 

Przygotowanie:

W kąpieli wodnej rozpuścić czekoladę z dodatkiem 3 łyżek wody. Kiedy czekolada się rozpuści, zdjąć garnek z ognia, dodać masło, śmietanę, dwa żółtka i rum. Oddzielnie w garnku ubić białka i powoli dodać masę czekoladową. Mus przelać do miseczek, odstawić do lodówki na 4 godziny.


Biscotti alla Nutella

Składniki:
500 g mąki
150 g cukru
120 g miękkiego masła
1 cytryna
3 jaja
1 łyżka proszku do pieczenia
1 opakowanie cukru waniliowego
Nutella (mniej więcej pół słoika)
cukier puder do posypania

Przygotowanie:

Wyrobić kruche ciasto z: mąki, cukru, masła, jaj, proszku do pieczenia, cukru waniliowego oraz startej skórki z cytryny. Ostawić do lodówki na pół godziny (ciasto owijamy w celofan). Następnie podzielić je na 4 części i każdą z nich rozwałkować. Wykrajać kółka (wielkość dowolna). Na jednym kółku położyć trochę Nutelli, ciastko zamknąć drugim kółkiem i dokładnie zlepić brzegi, żeby czekolada nie wypłynęła podczas pieczenia. Piec przez maksimum 15 minut w temperaturze 180 stopni.
Gotowe ciasteczka posypać cukrem pudrem.

 

 

Zdjęcie główne: Michał Grosicki / Unsplash
Zdjęcie pralinek czekoladowych: Andreas Levers / Wikimedia, CC BY 2.0
Posted on

Knafeh, po polsku kunafa. Słodziej się nie da

Ten najsłodszy z najsłodszych serników wywodzi się podobno z Nablusu (Autonomia Palestyńska), gdzie dawno temu wymyślił go pewien syryjski kucharz. Popularność zdobył na całym Bliskim Wschodzie – uwielbiają go Izraelczycy i Egipcjanie; podawany jest też w Turcji i Grecji, a nawet na Kaukazie. W ciągu tysiąca lat swojego istnienia – podobno zajadano się nim już w XI wieku – doczekał się wielu wersji i modyfikacji, a własny przepis na to ciasto posiada prawie każda szanująca się arabska gospodyni. Głównym składnikiem knafeh jest owczy biały ser, który roztapia się na wielkiej patelni do konsystencji przypominającej mozzarellę ciągnącą się na pizzy; następnie posypuje się go ciastem (zwykle chadaif, czyli ciastem filo przypominającym cienkie wstążki makaronu) i siekanymi pistacjami oraz polewa słodkim syropem, na przykład różanym lub pomarańczowym.

Knafeh w Nazarecie podawane jest do kawy parzonej z kardamonem. Doskonałą mieszankę tego typu kupisz w naszym sklepie!

Muzułmanie szczególnie chętnie spożywają knafeh w czasie ramadanu, jednak na bliskowschodnich bazarach i w orientalnych cukierniach dostępny jest przez okrągły rok. Moim zdaniem gorące i słodkie knafeh szczególnie pysznie smakuje zimą. W Nazarecie – izraelskim mieście zamieszkanym głównie przez muzułmanów (70%) i chrześcijan (30%) – do Elmokhtar, cukierni słynącej z jego produkcji, kolejki ustawiają się jednak o każdej porze dnia, bez względu na temperaturę na zewnątrz.

 

Kunafa tam podawana jest cieniutka i delikatna, cudownie słodka, ale z wyczuwalną odrobiną soli. Idealna na śniadanie, deser i kolację. Doskonała. Mmmmm…. Lepiej zapamiętajcie ten adres.

Elmokhtar Sweets, 110 Paulus VI,  Nazaret, Izrael

 

Zdjęcie główne: insatiablemunch / Flickr, CC BY 2.0; pozostałe zdjęcia: Julia Wollner
Posted on

Dolce & Gabbana. Dwaj modni przyjaciele

Domenico Dolce urodził się na Sycylii, niedaleko Palermo. Jego ojciec był krawcem, więc Domenico od najmłodszych lat pozostawał w kręgu projektowania i szycia, pracował zresztą w rodzinnej fabryce odzieży. Sycylia nie wystarczała mu jednak, chciał zobaczyć świat i doskonalić się u najlepszych. Wyjechał do Mediolanu. Nie udało mu się szkolić u Armaniego, został asystentem projektanta Giorgia Correggiariego. Wkrótce na jego drodze stanął Stefano Gabbana, który nigdy wcześniej nie miał do czynienia z tworzeniem ubrań. Świat mody wydał mu się jednak wystarczająco interesujący, by poświęcić mu swoje życie. Był rok 1985, gdy 27-letni Domenico i 23-letni Stefano założyli wspólną firmę, a swoje nazwiska umieścili w jej nazwie.

Tandem projektantów w roku 2016, fot. Renan Katayama / Wikimedia Commons, CC BY-SA 2.0
Tandem projektantów w roku 2016, fot. Renan Katayama / Wikimedia Commons, CC BY-SA 2.0


Na progu sławy

Młoda, nikomu nieznana firma Dolce & Gabbana mogła pozostać niewielką firmą o zasięgu lokalnym albo zdecydować się na walkę o wszystko. Panowie wybrali drugą drogę. Po pierwszych miesiącach działalności wiedzieli już, że na salony mogą się dostać jedynie dzięki spektakularnemu sukcesowi, któremu towarzyszyć będą błyski fleszy i zainteresowanie gwiazd. Wybrali właściwy moment, swoją pierwszą kolekcję zaprezentowali na Milan Fashion Week, obok największych projektantów. Czuli się onieśmieleni obecnością sław, jednocześnie jednak mieli wizję, entuzjazm i poczucie własnej wartości. Udało się, zostali zauważeni. Świat mody nie odrzucił ich pomysłu, zupełnie innego niż obowiązywały wówczas na wybiegach. Elegancja i zmysłowość zaprojektowanych przez nich strojów okazały się dokładnie tym, na co czekał świat. Drapieżność niektórych projektów i ich oryginalność przypadły do gustu wielu znanym osobom, między innymi Madonnie. Wkrótce Włosi mieli oddziały swojej firmy w Nowym Jorku i Tokio, a ich nazwiska gwarantowały najwyższą jakość. Wiedzieli jednak, że w tej branży nie można stać w miejscu. Dlatego na początku lat dziewięćdziesiątych stworzyli własne perfumy, a wkrótce zaczęli ubierać także mężczyzn. To nie był łatwy czas, by namawiać panów do większej dbałości o siebie, by ubierać ich modnie i oryginalnie. Intuicja podpowiedziała im, by skupić się na gwiazdach sportu, w sporcie bowiem energia, odwaga i pewność siebie są czymś naturalnym. Po raz kolejny okazało się, że Domenico i Stefano dobrze przewidzieli oczekiwania rynku, wkrótce po ich ubrania sięgnęli znani piłkarze, a także pływacy, kolarze czy bokserzy. Ubraniami dwójki włoskich projektantów zainteresował się też show-biznes, w ich ubraniach zaczęły się pojawiać hollywoodzkie gwiazdy kina. Świat legł u ich stóp.


Mężczyźni na zakręcie

Dochody rosły, popularność również. I kiedy wydawać się mogło, że nic już nie stanie na ich drodze, okazało się, że Domenico i Stefano muszą rozwiązać pewien poważny problem prywatny. Niemal po dwudziestu latach współpracy Stefano Gabbana przyznał, że Domenico Dolce jest nie tylko jego partnerem biznesowym, lecz także życiowym. Panowie od lat tworzyli duet zawodowy i prywatny. Niestety w 2005 roku ich związek rozpadł się i obaj projektanci musieli odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytanie, co dalej. Zranione uczucia i rozczarowanie mogły zakończyć istnienie marki Dolce & Gabbana, położyć kres wspólnym marzeniom. Obaj przyznawali, że nie było im łatwo zachować spokój w pracy, musiało minąć sporo czasu, nim opadły emocje i zwyciężyła pasja do kreowania mody. Na szczęście czas okazał się łaskawy, a namiętność do projektowania pozwoliła dwóm Włochom odnaleźć się na nowo w ich wspólnej firmie. Dziś są przyjaciółmi, wciąż razem tworzą nowe kolekcje, pod znaczkiem D&G pojawiają się nie tylko ubrania i perfumy, lecz także biżuteria, okulary, torebki, zegarki; panowie współpracują też z producentami samochodów i telefonów komórkowych.

Ostatnie lata przyniosły im kolejną niemiłą niespodziankę. Włoskim służbom finansowym nie spodobała się próba płacenia mniejszych podatków poprzez wyprowadzenie firmy za granicę. Właścicielom domu mody postawiono zarzuty, a sprawa stała się niezwykle głośna, rozpisywały się o tym wszystkie gazety. I choć Domenico i Stefano będą musieli uregulować zaległości płatnicze, udało im się ocalić firmę i przyszłość. Wciąż mogą tworzyć, a tworzą cudownie.


Kobieta w objęciach zmysłów

Kolekcjom Włochów towarzyszą niezwykłe sesje fotograficzne. Kobiety i mężczyźni pozostają w pozornym bezruchu, niby patrzą w kamerę, niby pozują, naprawdę jednak podążają za swą pierwotną naturą, flirtują, uwodzą, kuszą. Domenico i Stefano obdarowują kobiety kreacjami, którym nie sposób się oprzeć. Gorsety, szpilki, wcięcia, dekolty, odważnie pokazane kształty, a to wszystko w lekkim przepychu, koronkowe, błyszczące, urzekająco barokowe. Tu nie ma miejsca na nudę, tu nie ma miejsca na nijakość. Kobiety Dolce & Gabbana są świadome swej siły i urody, biorą życie pełnymi garściami i nikt nie jest w stanie im się oprzeć. Nawet w czarnych sukienkach, stylizowanych na stroje sycylijskich wdów, zapierają dech w piersiach. Są magnetyczne.

Tegoroczna jesień i zima (patrz zdjęcie powyżej), według wizji Stefana i Domenica, jest znowu zagadkowa, niejednoznaczna, nasycona w kolorach i emocjach. Jak zwykle piękne fasony, jak zwykle kuszące wycięcia, jak zwykle błysk, który przyciąga spojrzenia. Do tego hafty, kwiaty, futra, widowiskowa biżuteria. Olśniewający i urzekający nadmiar. Słońce i mrok, zabawa i uwodzenie. Czy któraś z nas może się temu oprzeć?

Posted on

Pora na sjestę

Sjesta to zwyczaj bardzo zdrowy i do tego prawdziwie wiekowy. Wszelkie prawa zastrzeżone do tego dźwięcznego rzeczownika roszczą sobie Hiszpanie – rzeczywiście wyraz sjesta jest zapożyczeniem z ich języka, jednak to wcale nie mieszkańcy Półwyspu Iberyjskiego jako pierwsi odkryli zalety poobiedniej drzemki. Jest to bowiem zwyczaj rozpowszechniony w całym basenie Morza Śródziemnego, a praktykowali go już przodkowie dzisiejszych Włochów, czyli starożytni Rzymianie, którzy przysłowiowego komara przycinali zwykle o godzinie szóstej, zwanej po łacinie… sesta. I wszystko jasne!

Drzemka na Cyprze, fot. Stephen Olivier / Unsplash
Drzemka na Cyprze, fot. Stephen Olivier / Unsplash

Godzina szósta wypadała przy tym sporo wcześniej, niż dzisiaj – tak bowiem nazywano moment, w którym słońce znajdowało się w zenicie. Meridiatio, czyli sjesta właśnie, miała więc miejsce punktualnie między naszą 12:00 a 13.00. Dziś Włosi pałaszują w tych godzinach obiad, a po nim chętnie celebrują zwyczaj zwany la pennichella, szczególnie na południu, gdzie temperatury są wyższe, obiady cięższe, a tempo życia wolniejsze. Pisolino, dormitina lub sonnellino (wybierzcie nazwę, która najbardziej się Wam podoba) pozostaje więc ważnym elementem włoskiego stylu życia. Choć w wielkich miastach sklepy i biura coraz częściej zapewniają nam tzw. orario continuato, czyli ciągły, nieprzerywany dostęp do swoich usług, to w całym kraju, w tym także jego stolicy, wiele instytucji, w tym chociażby banków, zamyka swoje podwoje na czas obiadu i następującej po nim godziny odpoczynku. Podobnie dzieje się w Hiszpanii, gdzie większość pracowników zapewnione ma 180 minut przerwy między 14 a 17. Według ostatnich badań, większość mieszkańców Półwyspu Iberyjskiego jest jednak gotowa ze sjesty zrezygnować: podobno nie przepada za nią ponad 58% respondentów (dane za: Fundación de Educación). Na tego typu zmiany zdecydowanie nie są gotowi Grecy: w ich ojczyźnie, w godzinach od 15 do 17:30, ciszę podobną do nocnej gwarantuje prawo, a jej zakłócenie może skończyć się otrzymaniem mandatu.

Jeśli drzemka, to tylko na pięknej poduszce. Oto nasza poszewka Kordoba, inspirowana andaluzyjską ceramiką. Kupisz ją tutaj!
Jeśli drzemka, to tylko na pięknej poduszce! Oto nasza poszewka Kordoba, inspirowana andaluzyjską ceramiką. Kupisz ją tutaj!

Z medycznego punktu widzenia, mają Grecy absolutną rację. Z badań wynika, że poobiednia drzemka praktykowana przynajmniej 3 razy w tygodniu zmniejsza ryzyko ataku serca o 37%! Jeśli trwa mniej niż 45 minut (a tak właśnie powinno być) poprawia także koncentrację, redukuje napięcie, wpływa pozytywnie na pamięć i kreatywność. Drzemki z przyjemnością ucinali sobie Albert Einstein, Winston Churchill i oczywiście wielcy Włosi, w tym chociażby Leonardo da Vinci. Cóż, rzeczywiście ciężko uznać go za mało kreatywnego!

"Poszliśmy się kochać, otwieramy ponownie o 18:00". Fot.: Instagram
“Poszliśmy się kochać, otwieramy ponownie o 18:00”. Fot.: Instagram

Wybierając się na Południe, warto wziąć pod uwagę, że jego mieszkańcy nadal są twórczy, skoncentrowani i zdrowi na sercu. Wielu z nich leniuchuje z rozkoszą od mniej więcej pierwszej do czwartej po południu (chcę wierzyć, że rzeczywiście robią to tylko przez 45 minut, a przez resztę czasu dają upust świeżo nabytej kreatywności). W tym czasie może być ciężko zrobić zakupy, zjeść posiłek w restauracji czy zwiedzić muzeum. O niemożności wstąpienia pod jego dach zawiadomi nas kartka z napisem zależnym od inwencji wywieszającego. Może to być krótkie cerrado (hiszp. “zamknięte”) czy riposo (wł. “odpoczynek”). Może być też elaborat o tym, że właściciele sklepu dbają o więzy rodzinne i poszli właśnie… uprawiać miłość. W każdym wypadku należy życzyć: na zdrowie!

Zdjęcie główne: kot śpiący w Rzymie, fot. Strevo / Flickr, CC BY 2.0
Posted on

Śródziemnomorska zima Roberta D. Kaplana

Lektura Śródziemnomorskiej zimy Kaplana nie przynosi uniesień. Oferuje spotkanie z historią, z dawno zapomnianymi postaciami, z więcej niż poprawnymi opisami zwyczajów, spotkań czy krajobrazów. Stanowi podobno zapis podróży odbytej w latach ’70, z której pozostały niewystarczająco szczegółowe notatki. I jak takie niewystarczająco szczegółowe notatki się ją czyta: z zainteresowaniem, przyjemnie, ale z pewnym niedosytem emocji, jakiegoś poruszenia, czegoś, co pozwoliłoby podróż tę i jej opis zapamiętać na dłużej.

 

Przede mną rozciągała się zima jak całe życie. Jak odtworzyć poczucie nieskończonych możliwości przed nagromadzeniem wymagających uzasadnienia czynów: kiedy nie było się odpowiedzialnym w obliczu czasu, bo zawsze był czas, by naprawić błędy? – pyta Kaplan. – Wiecznie zmieniająca się sceneria daje złudzenie nieskończoności wielu szans i okazji. Trudno ocenić, które fragmenty kreślił autor wśród pustynnego tunezyjskiego chłodu albo w ciemnych zaułkach Palermo. Można mieć jednak wrażenie, że, oszołomiony tą iluzoryczną nieskończonością szans, nie przyłożył się wystarczająco do pracy, odkładając uzupełnienie zapisków na później – z nadzieją, że wspomnienia będą wystarczająco intensywne, a przemyślenia świeże.

Niestety wspomnienia blakną, a refleksja po latach, choć może dojrzalsza, bywa pozbawiona iskry. Tunezja, Sycylia, Dalmacja, Peloponez – jakże wiele widoków, barw, różnorodności, ale i podobieństw. Drobne rozbieżności i względności są esencją podróżowania, porównanie bowiem jest podłożem dla solidnej analizy – tego jest Kaplan świadomy, jednak solidnej analizy, tego porównania pejzaży, kultur czy choćby osobistych przeżyć w odwiedzonych krajach do ostatniej stronicy niestety nie znajdujemy.

Zimowa proza Kaplana jest łagodna, inteligentna, dobrze napisana, choć okoliczniki mające sytuować jego rozważania w czasie wydają się zbędne: wszystkie “tej zimy” i tym podobne mogłyby równie dobrze być wiosną, jesienią lub latem. Nadaje to książce wymiar ponadczasowości, rozpinając nad słowami pewien woal, który jednocześnie czaruje i nuży, jak chłodne miesiące będące momentem tymczasowego uśpienia. I może o to właśnie chodziło – by delikatna szarość słów, a może nawet pewna bezbarwność relacji oddała ciszę, w której słychać miarowy oddech regionu spowitego zimowym snem.

Robert D. Kaplan, Śródziemnomorska zima. Uroki historii i krajobrazu Tunezji, Sycylii, Dalmacji oraz Peloponezu, tłumaczył Marek Grzanka, Sprawy polityczne, Warszawa 2009

Posted on

Cynamonowe cuda. Dior Dolce vita i Fragonard Grain de soleil

Artykuł z serii: Perfumy pachnące Śródziemnomorzem

Zapachy, podobnie jak książki, opowiadają historie i odkrywają tajemnice. Czynią to językiem innym od powieści, a jednak równie przekonującym, trwale zapadającym w pamięć, grającym na emocjach, a zarazem przekazującym wiele konkretnych informacji. W niniejszej serii przedstawiamy wybrane przez nas perfumy, które zamknięto we flakonach razem z opowiadanymi przez nie sekretami Śródziemnomorza.

Cynamon ma właściwości rozgrzewające, zwiększa łaknienie i pobudza, a więc stymuluje także apetyt na życie. Nic dziwnego, że jest jedną z głównych nut zapachowych w perfumach Dior Dolce Vita — kompozycji, która rozkochała w sobie tłumy kobiet (i mężczyzn) w latach 90-tych, choć wtedy największe tryumfy święciły świeże pachnidła z molekułą Calone, np. Issey Miyake L’eau d’Issey czy Giorgio Armani Acqua di Giò.

Dolce vita to cała filozofia życia po włosku — życia niespiesznego i uważnego, celebracji każdej chwili, chłonięcia piękna świata wszystkimi zmysłami. Włosi umieją żyć powoli i radośnie, a perfumy zainspirowane tą ich cudowną umiejętnością, które dla marki Dior zmieszali Pierre Bourdon i Maurice Roger, doskonale ją oddają. Pękaty flakon ze słonecznym płynem w środku, zwieńczony niemal biżuteryjnym korkiem, przypomina kieliszek pełen słodkiego białego wina. Zamknięty w nim zapach również.

Ponoć w kompozycji utrwalono przyjemnie nostalgiczne wspomnienie beztroskiej przejażdżki kabrioletem po Riwierze Włoskiej, czyli wzdłuż wybrzeża Morza Liguryjskiego — od granicy francuskiej po miasto La Spezia. Na trasie znajduje się m.in. malownicze Portofino ze swoimi kolorowymi domkami budowanymi tuż przy linii wody. Wyprawa ma wakacyjne tempo. Podróżnicy przez otwarty dach sycą swoją skórę słońcem, wdychają letnie powietrze przesiąknięte zapachem kwitnących kwiatów, dojrzałych owoców i korą rosnących przy drodze drzew.

Od początku po sam koniec, Dolce Vita pachnie miękko, ciepło i słodko. Przytulnie. Jest w nim przepych i szczęście, ale jest też łagodność matczynych ramion. Ale ta mama nie siedzi w domowych pieleszach z maluchem w ramionach, w luźnym koczku na czubku głowy i rozciągniętej bluzie. Dzisiaj brzdąc zostaje pod troskliwym okiem dziadków, a ona wychodzi świętować życie ze swoją drugą połową — idą na randkę bez okazji. Założyła swą najlepszą czarną sukienkę, wysokie szpilki i złotą biżuterię z perłami, na ustach oczywiście ma czerwoną szminkę i szeroki uśmiech. Pachnie mamą, ale pachnie też szampańską zabawą i naturalną, niewymuszoną zmysłowością.

Czuć cynamon, a oprócz niego bogactwo nut kwiatowo-owocowych. Coś na kształt gęstego waniliowego budyniu z cząstkami słodkiej brzoskwini. Są tu tłusty i miękki sandałowiec, jest egzotyczny kokos. Pojawia się też subtelna magnolia i pudrowy heliotrop, a w bazie — drzewny aromat cedru. Połączono je w gładką, otulającą całość, która w mgnieniu oka poprawia humor. Dolce Vita po prostu zaraża niepoprawnym – a może właśnie poprawnym? – optymizmem.

Mniej słoneczne, zresztą nazwane nawet zaledwie okruchem słońca, są perfumy Grain de Soleil marki Fragonard. Są bardziej orientalne, są pełniejsze i cięższe — ale tak samo przytulne i ciepłe. Tak jak w Dolce Vita Diora, czuć tu cynamon, wanilię i heliotrop, występują jednak w innym towarzystwie. Zamiast magnolii pojawia się jaśmin, prócz niego kwiat pomarańczy — to w otwarciu, w sercu zaś cynamonowi wtórują irys i róża. Baza jest ciemniejsza, z wanilią splatają się w niej kadzidło i paczula.

Grain de Soleil to już nie są wakacje na włoskim wybrzeżu, ale jesienny wieczór w kameralnej knajpce gdzieś na obrzeżach prowansalskiego miasta – może Avignonu, może Arles… Grube swetry, mocna herbata z laskami cynamonu, ciche rozmowy w miodowym świetle. Kiedy pogoda staje się coraz bardziej przygnębiająca, ten magiczny okruch słońca ma moc rozgrzewania serca od środka — wdziera się w najgłębsze zakamarki duszy i łagodzi wszelkie smutki.

Choć Dolce Vita i Grain de Soleil to dwa różne zapachy, łączy je to samo ciepło. Choć to dwie różne historie, w obu narratorem jest cynamon o miękkim, zmysłowym głosie… Zimą słucha się go wyjątkowo przyjemnie.

 

 

Zdjęcie główne: mhiguera / Flickr, CC BY 2.0

Posted on

Agrodolce znaczy słodko-kwaśny

Tradycyjne włoskie słodkości są znane na całym świecie, ale czy wiecie, że Włosi mają też swój sos słodko-kwaśny? Nazywa się agrodolce (pochodzenie tej nazwy jest nieskomplikowane: agro – kwaśny, dolce – słodki) i powstaje poprzez redukowanie kwaśnych i słodkich składników. W najbardziej tradycyjnej wersji wykorzystuje się ocet z białego wina wymieszany z cukrem.

Dzisiaj do przygotowania agrodolce często używa się octu z czerwonego wina lub octu balsamicznego. Dla urozmaicenia smaku do sosu można dodać również wino, zioła i przyprawy, warzywa, świeże lub suszone owoce. Agrodolce jest przyjemnym dodatkiem do mięs, wędlin, pieczonych warzyw i włoskich serów.

W Parmie popularnym dodatkiem do potraw są cipolline in agrodolce – malutkie cebulki gotowane w słodko-kwaśnym sosie. W bacari, czyli barach słynącej z tradycji aperitivo Wenecji, do kieliszka spritza można zjeść sarde in saor – sardynki ze słodko-kwaśnymi cebulkami i orzeszkami piniowymi. W Rzymie karmelizowane cebulki podaje się z porchettą, a na Sardynii z jagnięciną. Na wyspie zjemy też smażone plastry cukinii polane gęstym agrodolce. Jesienią na Sycylii króluje zucca in agrodolce, czyli słodko-kwaśna dynia. Kawałki dyni obsmaża się w oliwie, potem gotuje w mieszance octu i cukru, a na koniec podaje ze świeżą miętą. Sos agrodolce wykorzystuje się przy przygotowywaniu sycylijskiej caponaty, tradycyjnego dania z bakłażanów, pomidorów, cebuli i oliwek. Podobne danie zjemy też w Neapolu pod nazwą ciambotta.

Moja wersja agrodolce jest lekko pikantna: ocet balsamiczny i miód zredukowałam z dodatkiem plastrów papryczki chilli. Ostry komponent przyjemnie kontruje słodki smak pieczonej dyni, a siekana mięta wprowadza odrobinę świeżości. Ta kombinacja jest szczególnie pyszna, ale gwarantuję, że będziecie mieli ochotę podawać agrodolce do wszystkiego!

 

Pieczona dynia piżmowa z agrodolce

porcja dla 2 osób

1 dynia piżmowa

łyżka oliwy

1/2 łyżeczki gruboziarnistej soli

1/2 łyżeczki grubo zmielonego pieprz

kilka gałązek mięty

 

agrodolce

1/2 szklanki octu balsamicznego (lub octu z czerwonego wina)

1/4 szklanki miodu

1 czerwona papryczka chilli

szczypta soli

 

Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni.

Dynię kroimy w plastry.

Układamy na wyłożonej papierem do pieczenia blasze.

Smarujemy oliwą, posypujemy solą i pieprzem.

Pieczemy przez około 20 minut.

 

W międzyczasie przygotowujemy agrodolce.

Wszystkie składniki sosu zagotowujemy w rondelku.

Zmniejszamy ogień i redukujemy przez około 10 minut.

 

Upieczoną dynię smarujemy sosem i posypujemy posiekaną miętą.

Posted on

Pliniusza opowieści o miodzie

Miód spada z nieba, zwłaszcza w okresach wschodu konstelacji, a specjalnie w czasie największego natężenia blasku Syriusza, nigdy zaś przed wschodem Plejad – o przedświcie. Dlatego o tej porze, zaraz po ukazaniu się jutrzenki, znajduje się liście drzew pokryte miodną rosą. (…) Nie wiadomo, czy jest to pot nieba czy coś w rodzaju przeczyszczającego się powietrza. Oby to była ciecz czysta i przejrzysta, oby zachowała swoje przyrodzone właściwości, te, które ma jeszcze na początku swego spadania. (…)

 

Pliniusz, Historia Naturalna, t. I, przeł. I. i T. Zawadzcy, Wrocław 2014, str. 149
Posted on

Dni zimorodka

Całkiem niespodziewanie, w środku stycznia, po dwóch deszczowych i wietrznych miesiącach, w Epirze nastało małe lato. Niebo oślepiało błękitem odcinającym się ostro od ośnieżonych szczytów gór. Kurtki poszły w kąt szafy, parasole zamieniliśmy na ciemne okulary i zastanawialiśmy się, czy to już wiosna. W górskich wioskach bezlistne platany przesiewały ostre światło padające na brukowane uliczki i placyki. Woda w strumieniach tworzyła skrzące od słońca wiry… Tak pamiętam moją pierwszą zimę w Grecji. Choć to na północy i w górach, ciepło i światło uderzyło nas z mocą zapowiadającą letnie miesiące. Sądziłam, że po prostu przyszła wiosna, tymczasem były to tak zwane dni zimorodka.

Czas ten, podobno już przez Arystotelesa nazywany Alkionides meres [n.gr: Αλκυονίδες μέρες, łac.: alcyonei dies], to moment, gdy Morze Śródziemne, w zimie i wczesną wiosną często wzburzone, wycisza się i uspokaja, a pogoda z chmurno-wietrznej staje się idylliczna i jasna. Starożytni Grecy w poszukiwaniu wyjaśnienia tego zjawiska posłużyli się mitem o Alkione i Keyksie. Ona była córką króla wiatrów, Eola, a on jej mężem, synem Gwiazdy Porannej. Alkione (’Αλκυόνη) została zamieniona przez bogów w zimorodka, i rzeczywiście jej imię po grecku oznacza do dziś tego wdzięcznego niebieskiego ptaszka. Co do reszty mitu nie ma zgodności. Według jednej z wersji Alkione i Keyks byli tak szczęśliwym małżeństwem, że czuli się niczym młode bóstwa – a nawet porównywali się do Hery i Zeusa. To nie mogło im ujść bezkarnie, zostali więc zamienieni w parę ptaków – on w nurka, a ona w zimorodka. Zimorodek jednak spędzał czas na nadmorskich skałach i tam też wił gniazdo. A kiedy zimą, według mitu, składał jaja, wzburzone morze niszczyło gniazdo. Bogowie ulitowali się nad nieszczęśliwą Alkione i co roku, zimą, Eol (lub Zeus według innej wersji) uspokaja wiatry, aby ptaszyna mogła je spokojnie wysiedzieć. Inna wersja mitu głosi, że Keyks udał się do wyroczni po poradę, a w trakcie podróży jego statek zatonął. Kiedy wieść dotarła do jego żony, ta z rozpaczy rzuciła się do morza, a bogowie z litości zamienili oboje w parę zimorodków.

Zdjęcie główne: para zimorodków
Posted on

Nazareth Village – Galilea w czasach Chrystusa

Skansen Nazareth Village otworzył swe podwoje w roku 2000. Ten niewielki, ale sugestywny kompleks wzniesiono w miejscu, gdzie ekipy archeologów odkryły wcześniej tarasy uprawne, systemy irygacyjne, winnicę i prasę do tłoczenia oleju sprzed 20 stuleci, a także fragmenty ceramiki z wczesnej epoki brązu. Trwająca 75 minut wycieczka z przewodnikiem prowadzi nas m.in. przez gaj oliwny, pokazuje starożytne metody produkcji oliwy i wina, pozwala zajrzeć do domu, w jakim mieszkać mogli Maria i Józef, przyjrzeć się pracy cieśli w skromnym warsztacie czy podglądać kobiety, które przędą wełnę. Nie dowiemy się tam, jakie były bolączki antycznych mieszkańców Nazaretu – wszyscy statyści przechadzający się niespiesznie wśród wzgórz, ubrani w szaty z epoki, mają na twarzach błogie uśmiechy. Ten słodki obraz sielskiego życia blisko natury, wśród zielonych drzew i z owcami przy boku, pozwala jednak lepiej zrozumieć liczne Jezusowe przypowieści, jak chociażby ta o siewcy czy o dobrym pasterzu. Samo miejsce jest zaś niezwykle fotogeniczne i pozwala odpocząć od głośnego i chaotycznego Nazaretu XXI wieku.

Posted on

Ta Fota – greckie święto światła

Szósty dzień stycznia, a zarazem dwunasty dzień Świąt Bożego Narodzenia, w naszej rzymskokatolickiej tradycji wyznacza moment, w którym trzej królowie przybywają do Betlejem do nowonarodzonego Syna Bożego. Tymczasem w Kościołach wschodnich w tym dniu obchodzi się wydarzenie znacznie późniejsze – chrzest dorosłego Jezusa w Jordanie. W Grecji szósty stycznia nosi nazwę Theofaneia (w wolnym tłumaczeniu: objawienie boskie) lub po prostu Ta Fota, czyli Światła (gr. φως – czyt. fos – światło). Oznacza to nastanie światłości, a więc wybawienia i miłosierdzia, wraz z ujawnieniem się Boga w trzech osobach.

Szóstego stycznia kapłan wrzuca krzyż do wody. Fot. Jim Maggas / Wikimedia Commons, CC BY 3.0
Szóstego stycznia kapłan wrzuca krzyż do wody. Zaraz później rzucają się za nim młodzi nurkowie.  Fot. Jim Maggas / Wikimedia Commons, CC BY 3.0

Nazwa styczniowego święta nawiązuje także do tradycji starożytnych i wschodnich, odnosząc się do przegnania demonów oraz wydłużania się dnia po zimowym przesileniu. Świętu świateł towarzyszy religijny obyczaj, podczas którego kapłan wrzuca krzyż do morza, rzeki, jeziora lub innego zbiornika wodnego. Wyciąga go jeden z grupy nurkujących za nim młodych mężczyzn. Jest to rytuał religijny odprawiany w całej Grecji, a wydarzenie oficjalne ma miejsce w ateńskim porcie Pireus, gdzie jednak, odkąd jeden z mężczyzn nie przeżył podwodnej przepychanki, krzyż jest ponoć wyciągany liną. Tradycyjną pieśnią na ten dzień jest Kalanda Foton, która zaczyna się od słów (w moim tłumaczeniu): Dzisiaj światła i oświecenie, / radość wielka i poświęcenie. Uświęcenie, światło i woda łączą się w tym dniu w jedno, tworząc niezwykle istotne greckie święto.

Posted on

Hipoglikemia

Kilka miesięcy temu napisałam na swoim fejsbukowym profilu: “Szukam słów o wysokim indeksie glikemicznym”. Pojawiły się komentarze: “cannoli siciliani”, “tiramisu”, “podwójna porcja chałwy”. Zdziwiłam się: czyż nie było jasne, że chodzi mi o słowną pieszczotę, o pociechę, o odrobinę werbalnej czułości?

Erotes to skrzydlaci chłopcy z orszaku Afrodyty. Był wśród nich Hedylogos – bożek pochlebstwa, uważany także za bóstwo patronujące rozmowom między zakochanymi.
Erotes to skrzydlaci chłopcy z orszaku Afrodyty. Był wśród nich Hedylogos – bożek pochlebstwa, uważany także za bóstwo patronujące rozmowom między zakochanymi.

Jakoś nie przychodzi nam to zbyt łatwo, ta werbalna czułość. Co więcej, gdy ktoś używa wobec nas pieszczotliwych zwrotów, robimy się podejrzliwi – czyżby miał jakieś ukryte intencje? W południowej kulturze skracanie dystansu poprzez dobór odpowiednio ciepłych słów stanowi natomiast normę : dla Włocha spytanego o drogę już po kilku sekundach rozmowy jesteśmy “drodzy” (cari), a pani w izraelskim sklepie od progu tytułuje nas zaszczytnym motek (“kochanie”).

Jest w tym coś, co mnie wzrusza. Nie znając kogoś zupełnie, uznać, że jest warty kochania, że zasługuje na odrobinę ciepła – oto przejaw odwagi i otwartości. Zaakceptowanie tego ciepła świadczy zaś o tym, że czujemy się dobrze we własnej skórze. Taki cukier jej nie zaszkodzi i nie przyspieszy powstawania zmarszczek, więc na ten rok życzę Wam jak największej liczby słów o wysokim indeksie glikemicznym.

Posted on

Lente 2017 – artykuły, które pokochaliście

Dziękujemy Wam, drodzy Czytelnicy “Lente”, za kolejny wspólnie spędzony rok. Dla nas był to rok pełen inspiracji, przełomów, pracy, wzruszeń i odkryć. Starałyśmy się nimi dzielić, a jednocześnie uczyć się od Was, pamiętając, że jedną z najważniejszych lentewartości jest rozmowa i wymiana doświadczeń.

Mamy nadzieję, że podobnie będzie w nadchodzących miesiącach. Chciałybyśmy bardzo, by rok 2018 znaczył w kalendarzu czas wydania kolejnej papierowej publikacji “Lente”; marzymy także o coraz bardziej intensywnej wymianie myśli z Wami – poprzez dyskuję, konkursy, współpracę z nowymi autorami. Nade wszystko jednak chcemy pozostać sobą: jak zwykle płynąć ciut pod prąd, za to w zgodzie ze swoimi wartościami.

Mamy nadzieję, że w roku 2018 uda nam się wreszcie opublikować papierowe wydanie "Lente".
Mamy nadzieję, że w roku 2018 uda nam się wreszcie opublikować kolejne papierowe wydanie “Lente”.

Zanim pełną parą ruszymy do tworzenia nowych treści dla Was, zerknijmy wspólnie na teksty, które okazały się ważne w roku minionym. Cieszy nas ogromnie ich różnorodności – opowiadają o podróżach, lekturach, stylu życia, a myślą zabierają nas w rozmaite zakątki Śródziemnomorza.

Najchętniej czytaną serią artykułów 2017 r. okazał się cykl poświęcony macierzyństwu: na prowadzenie zdecydowanie wysuwa się tu opowieść Karoliny Mints o ciąży i narodzinach w Izraelu; czytelników nie zabrakło także tekstowi naszej redaktor naczelnej Włoska mamma to ja oraz hiszpańskim rozważaniom Gosi Villatoro pod tytułem Madre mia.

Wygląda na to, że zeszły rok był rokiem pełnych brzuchów – i to nie tylko ze względu na ciąże i pojawiające się potomstwo! Ogromnie chętnie czytaliście bowiem nasze teksty kulinarne. Rekord osiągnął tu tekst Karoliny Wiercigroch o greckim cieście miodowym melopita; wiele odsłon miały także przepisy na portugalskie rabanadas, grecką baklawę czy mus chałwowy. Co ciekawe, słone potrawy (hummus, labneh, pizza, makarony) nie cieszyły się już tak dużą popularnością. Nie ulega wątpliwości, że Lenciakowcy lubią żyć słodko!

Jako że nie samymi słodyczami człowiek żyje, podobały się też bardzo teksty o historii, jak opowieść Magdaleny Giedrojć o Medyceuszach, Beaty Zatońskiej o Panteonie, recenzja książki SPQR Mary Beard autorstwa Julii Wollner czy spisane przez nią ciekawostki o Juliuszu Cezarze. Rzym zresztą – zarówno ten starożytny, jak i całkiem współczesny – wydaje się ulubionym miastem nas wszystkich. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć popularność wpisów o nim? Podobała się lista ulubionych adresów Julii, podobała recenzja książki Rosity Steenbeek i rzymskie trasy dla rodzin z dziećmi. Te ostatnie nie mogą chyba zresztą narzekać na brak podróży – czytaliście chętnie także o tym, co pokazać im chociażby w Izraelu. I choć zapewne czasem dają nam w kość (o czym świadczą niezwykle pozytywne reakcje na zabawny Juliowy wpis Filoksenia, który dedykujemy wszystkim “umęczonym” matkom), to przecież w mgnieniu oka im wybaczamy.

Wybaczenie to zresztą ważne słowo dla nas i dla Was – szczególnie istotne okazało się w kontekście artykułu o Orianie Fallaci, bardzo chętnie czytanym i cytowanym. Cieszy nas bardzo, że wszyscy cenimy dobrą literaturę – poza tekstem o włoskiej pisarce, polubiliście także wiele innych, poświęconych lekturom – jak wywiad z izraelską autorką Zeruyą Shalev czy recenzje książek. Z tych ostatnich najbardziej podobały się teksty o reportażach  (w tym Egipt: haram halal Piotra Ibrahima Kalwasa oraz Terremoto Jarosława Mikołajewskiego), a także wpis video-opowieść małej Tullii Wollner na temat tajemnic Hiszpanii.

 

Które teksty były najważniejsze dla nas? Cóż, wszystkie są ważne jednakowo, bo w każdym dajemy Wam jakąś cząstkę naszego Śródziemnomorza. Cieszyłoby nas ogromnie, gdyby jeszcze więcej czytelników znalazły rozważania o roli jabłka w kulturze oraz tekst o wnętrzach pokazywanych na włoskich obrazach. Zajrzyjcie także do opowieści o wielkich reżyserach: Almodovarze i Pasolinim. Posłuchajcie radiowych opowieści o Włoszech Julii Wollner, obejrzyjcie video-rozmowę z Jarosławem Mikołajewskim, przeczytajcie artykuł o mało znanych w Polsce tekstach Alberta Moravii. Płyńcie dalej z nami. Rejs dopiero się zaczyna!

Posted on

Malta – wyspa niezmienna

Brnę stromymi uliczkami Valletty – stolicy Malty – czując własną nieistotność. Potykam się o te niekończące się schody, których tak nienawidził lord Byron, mijam domy z żółtego piaskowca, przechodzę pod płachtami ubrań suszących się na morskim powietrzu. Z każdym krokiem czuję ciężar. Klaustrofobiczne poczucie przytłoczenia. Valletta, podobnie jak cała Malta, jest malutka, ale dźwiga historię tak gęstą, że pojedyncze ludzkie losy stają się tu bez znaczenia. Liczy się tylko ciągłość. Powolny senny rytm, przerywanymi wydarzeniami przypadającymi raz na kilka wieków. W przynależnej nam mikrej skali ludzkiego życia, zupełnie się w nim nie mieścimy.

Z naszego punktu widzenia na Malcie nic się nie zmienia. Mieszkały tu setki tysięcy ludzi, których istnienie zostało unieważnione przez powagę historii i czasu. Pomijając kilku szczęśliwców, którym przyszło zbudować tu parę spektakularnych budynków, wygrać jakąś bitwę lub dać się zabić w mniej lub bardziej sensowny sposób – zniknęli pomiędzy kolejnymi następującymi po sobie wydarzeniami kształtującymi wyspę.

Przemierzając Vallettę – jej cudowne barokowe uliczki rodem z Włoch – przypominam sobie, jak jakiś mieszkaniec stolicy wspominał, że w tym mieście to nie ty oglądasz i zwiedzasz. Tutaj to miasto patrzy na ciebie. Jest tak stare i wszystkowiedzące. Pomiędzy jego murami stajesz się drobinką mającą jakieś złudzenia na temat własnej mocy i znaczenia. Tymczasem w tym świecie po prostu nie istniejesz. To uczucie, które może cię dopaść w wielu miejscach o bogatej historii. Malta jednak – nawet jak na Europę, zanurzoną po uszy w minionych zdarzeniach – jest pod tym względem wyjątkowa. W tym miejscu istnieje niemal wyłącznie przeszłość, a próby spojrzenia w nowoczesność kończą się zazwyczaj szybkim dostaniem po łapach.

Valletta
Valletta


Nie patrz w przód

W Caffe Cordina, najstarszej kawiarni na Malcie, mającej 180-letnią historię, wyjęcie laptopa okazało się katastrofalnym błędem. Gdy sunąłem na kolanach po podłodze w poszukiwaniu wtyczki, ciągnąc za sobą – niczym nić Ariadny – kabel z zasilaczem, kelnerzy zaczęli mnie ignorować. Dopiero po chwili, gdy już się umościłem za niewielkim stolikiem, ze wzrokiem wbitym w ekran, zorientowałem się, że w tym wydłużonym lokalu o barze obitym blachą, używanie sprzętów podłączonych do prądu skazuje cię na stanie się niewidzialnym. Są one zbyt nowoczesne, zanadto zanurzone w teraźniejszości. Każą myśleć o nadciągających zmianach. O przyszłości. Na Malcie się tego nie robi. Miejscowi – eleganccy panowie i nie mniej dystyngowane panie – sięgają tu po szeleszczące papierem gazety, których aktualne wydania kelnerzy każdego dnia podwieszają pod drewniane uchwyty. Jakby od czasów wymyślenia papieru i prasy nic się nie zmieniło. Jakbyśmy wciąż żyli w świecie szczotek drukarskich i poplamionych tuszem palców zecerów. Jeżeli nie ma się akurat ochoty czytać, nie należy gapić się w telefon, lecz prowadzić z innymi bywalcami Cordiny swobodne rozmowy, przeskakując z języka malti na angielski i wplatając do tego jeszcze włoskie słowa. To lepsze niż uwiecznianie jedzenia komórką i pokazywanie go całemu światu.

Następnego dnia byłem rozsądniejszy. Usiadłem przy malutkim stoliku obok okna. Obok położyłem gazetę. Schowałem wszystkie sprzęty błyskające strugą bitów i elektronów. Nie spieszyłem się. Przez taflę szkła widziałem po drugiej stronie uliczki turystów tkwiących przy stolikach należących do Cordiny. Przybysze z innych krajów, którzy nie bardzo potrafili sobie wyobrazić, by w tej śródziemnomorskiej temperaturze spędzać czas wewnątrz lokalu. Naturalną granicę pomiędzy nimi i przyjezdnymi wyznaczały drzwi do kawiarni. Tu, w jej wnętrzu, istniał świat szykownych ubrań, oszczędnych ruchów i codziennych rytuałów. Tam, na zewnątrz – kraina krótkich spodenek, umęczonych upałem ciał i jednorazowych spotkań.

Kelner podszedł dopiero, gdy dobrnąłem do połowy gazety. Spytał o wyniki meczu. Valletta F.C. radziła sobie dobrze i były szanse na dalsze prowadzenie w maltańskiej Premier League. To napawało optymizmem. Pomyślałem, że na moment zostałem potraktowany przez stojącego przede mną mężczyznę jako przedstawiciel jego grupy. Miałem trochę szczęścia i tym razem udało mi się nie zostać wykluczonym. Gestem przynależnym naszemu gatunkowi od początku naszego istnienia zaliczył mnie do własnego plemienia. Pogrupował ludzi będących w Cordinie na swoich i obcych. Uporządkował rzeczywistość. Robiliśmy to od zawsze i robimy nadal. Jesteśmy zwierzętami stadnymi. Potrafiącymi przetrwać jedynie w sprawdzonej grupie.

Kawa oblepiała gęstością ścianki filiżanki. Była mocna i dobra.

Hagar Qim, fot. Chris Brown / Flickr, CC BY 2.0
Hagar Qim, fot. Chris Brown / Flickr, CC BY 2.0


Ludzka wędrówka

W Hagar Qim myślałem o ludziach, którzy żyli na tej wyspie dobre 7 tys. lat temu. Dotarli do leżącego na środku morza skrawka ziemi, ulegając instynktowi, który jest w nas od zawsze – przymusowi przemieszczania się, nomadycznemu genowi każącemu nie zatrzymywać się. Szukać własnego miejsca. Czynić życie znośniejszym.

Najbardziej prawdopodobne, że przybyli z Sycylii. To mniej niż 150 km, odcinek, który da się pokonać mając do dyspozycji nawet, gdy ma się tylko marne łodzie. Zatrzymali się na kilka tysięcy lat. Jakby dalej nie dało się już iść – Malta stała się kresem stabilnego świata, za którego granicami była tylko woda. Stworzyli cywilizację, o której niezbyt wiele wiemy. Znaleziska archeologiczne sugerują, że hodowali trzodę i uprawiali pszenicę, soczewicę i jęczmień. Handlowali z mieszkańcami innych wysp, ale byli raczej oszczędni w kulturalnej wymianie. Wygląda na to, że mieli na tym słonecznym kawałku ziemi wszystko, co im było potrzebne do udanego życia. Nie znaleziono broni ani murów obronnych, być może więc nie prowadzili wojen. Niektórzy twierdzą, że lud ten rządzony był przez kobiety. Nie jest to wykluczone.

Około 5.5 tys. lat temu zaczęli wznosić gigantyczne kamienne budowle. Ġgantija na Gozo, Tarxien, Mnajdra, Hagar Qim… Megalityczne kolosy o nieznanym nam do końca przeznaczeniu. Ich liczba zadziwia – na wyspie zamieszkałej przez nie więcej niż 10-11 tys. osób powstało kilkadziesiąt kamiennych obiektów. Gargantuiczne bloki ciętego piaskowca układane w sklepienia i bramy. Niektóre z tych kamieni mają po 6 metrów wysokości i ważą ponad 20 ton. Budowa megalitów musiała być kolosalnym wysiłkiem. To jedne z najstarszych wolnostojących budowli wzniesionych przez ludzi.

Cywilizacja potrafiąca uporać się takim wyzwaniem, zniknęła niemal równie nagle, jak się pojawiła. Około 2500 r. p.n.e. po tych ludziach słuch zaginął. Rozpłynęli się w niebycie. Zostali zgładzeni, zginęli z głodu, dopadła ich jakaś zaraza? Dobrowolnie opuścili wyspę? Podjęli przerwaną przed tysiącami lat wędrówkę? Nie wiemy.

Mnajdra, fot. Alecastorina93 / Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0
Mnajdra, fot. Alecastorina93 / Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0

 

Prosta betonowa ścieżka prowadzi mnie w dół, ku krawędzi klifu, na którym – dziś pod ochronną płachtą wielkiego białego namiotu – stoją kamienne bloki Hagar Qim. Przestępuję próg, schylając głowę pod ważącą kilka ton kamienną belką opartą na dwóch głazach. Ich powierzchnia jest wygładzona przez czas i nigdy nie gasnący wiatr.

Stoję w kamiennym pomieszczeniu, idealnie rozplanowanym, perfekcyjnym, mając świadomość, że ten megalit wznieśli ludzie na długo przed tym, gdy spisano Stary Testament. W czasach, gdy egipskim faraonom nie śniły się jeszcze sfinksy i piramidy, bo spędzali wtedy noce w lichych namiotach rozstawionych na piachu afrykańskiej pustyni. Hagar Qim już wówczas istniało. Wyznaczało nasze ludzkie aspiracje, pragnienia, wiarę. To stąd, spomiędzy tych grubo ciosanych głazów ruszyliśmy w wędrówkę ku cywilizacyjnej przyszłości. Zostawiając je za sobą jako ślad naszego człowieczeństwa.

Posted on

Trzy piętra osobowości. O nieślubnym związku literatury z psychoanalizą

Powieść Three Floors Up, po ogromnym sukcesie w ojczyźnie autora, w październiku została wydana także w Stanach Zjednoczonych. Nevo, absolwent psychologii, napisał książkę, którą można interpretować za pomocą klucza psychoanalitycznego. Teoria Freuda zakłada, że na osobowość człowieka składają się z trzy elementy: id (procesy podświadome), ego (procesy w większości świadome) i superego (często utożsamiane z sumieniem). Wielu krytyków literackich, posługując się powyższym modelem interpretacyjnym, wyciągało z tekstów rozmaite wnioski o pisarzach, a sam Freud analizował w ten sposób dzieła Leonarda da Vinci i Fiodora Dostojewskiego. W tym wypadku proponuję jednak zdystansować się od ortodoksyjnego freudyzmu i na kozetkę zaprosić wyłącznie postaci fikcyjne.

Na pierwszym piętrze, które w książce jest symbolem Freudowskiego id, czyli impulsywnej natury człowieka, mieszkają dwie rodziny. Ayelet i Arno to młode małżeństwo wychowujące córki, które regularnie zostają pod opieką Ruth i Hermana, czyli starszej pary sąsiadów. Relacje rodzin układają się doskonale do czasu, gdy Arno zauważa niewinne, lecz niepokojące zachowania Hermana wobec swojej córki Ofri. Podejrzenia wzbudza częsty kontakt fizyczny między starszym mężczyzną a dorastającą dziewczynką. Arno, kiedy znajduje ich razem w zagajniku, wpada w szał, sądząc, że sąsiad wykorzystał Ofri. To właśnie przesadnie silne wzburzenie i oskarżenia o molestowanie odkrywają naturę głównego bohatera. Podążając tropem psychoanalitycznej teorii osobowości, sytuację tę można interpretować jako przykład identyfikacji z agresorem. Arno ma problem z pożądaniem młodych dziewcząt, jednak zda sobie z tego sprawę dopiero, gdy na jego drodze pojawi się nastoletnia Francuzka Karinne, wnuczka Hermana. Dalsza część opowieści to gra, która jest próbą zaspokojenia popędów zgodnie z Freudowską zasadą przyjemności. Gdy sprawy wymykają się spod kontroli, Arno na swoje wątpliwe usprawiedliwienie odwołuje się do życiowej siły wyższej i wyznaje: Wszystko, co zrobiłem, zrobiłem z miłości. Między innymi tą deklaracją przybliża się do Humberta, głównego bohatera Lolity, który związek z dwunastolatką tłumaczył bezgranicznym uczuciem: Była to miłość od pierwszego wejrzenia, miłość do ostatniego wejrzenia, miłość od każdego i do każdego wejrzenia.

Drugie piętro, symbolizujące ego, czyli strukturę osobowości odpowiedzialną za analizę sytuacji i podjęcie korzystnego działania, zamieszkuje Hani zwana wdową. Tak ironicznie nazywają ją sąsiedzi, ponieważ jej mąż Assaf odbywa nieustanne podróże służbowe, zostawiając ją samą z dziećmi. Hani przeżywa kryzys i usiłuje podzielić się z kimś swoimi odczuciami; w pewnym momencie dowiaduje się jednak, że jej terapeutka nie żyje. Rozchwiana emocjonalnie bohaterka obawia się, że grożą jej napady histerii, na którą cierpiała jej matka. Aby rozładować emocje, decyduje się napisać list do przyjaciółki z młodości i zawrzeć w nim nękające ją wątpliwości. Tymczasem, pod nieobecność męża, w domu pojawia się ścigany przez policję szwagier Hani i prosi o schronienie. Hani udziela mu pomocy, choć ma przez to wyrzuty sumienia, ponieważ wie, że Assaf nigdy nie zgodziłby się na tak ryzykowne zachowanie. Między poszukiwanym Eviatarem a Hani rodzi się uczucie, z którym bohaterowie będą musieli sobie poradzić. Ego według Freuda jest właśnie tym elementem osobowości, który ma wyważyć impulsy generowane w id poprzez ich konfrontację z moralnymi wartościami superego, jest zatem nieustannym polem walki. Zasada realizmu, która według Freuda kieruje ego, zakłada, że wybory racjonalne będą istotniejsze, niż zachowanie impulsywne. W rozdziale tym, obrazującym część osobowości ujarzmiającą popędy, towarzyszymy bohaterce w podróży przez swoje rozterki, by dotrzeć do celu, którym jest albo akceptacja życia takim, jakie jest, albo decyzja, o tym, co należałoby zmienić.


Na najwyższym piętrze mieszka wdowa Devora, która jest ucieleśnieniem Freudowskiego superego, czyli tej części osobowości, która „wiecznie pragnie dobra”. Jej zadaniem jest kontrolowanie wszelkich popędów id dzięki przyznawaniu pierwszeństwa normom moralnym. Nevo w tej roli obsadził emerytowaną sędzinę, która – nie tylko z racji wykonywanego przez dwadzieścia lat zawodu, lecz także ze względu na własny charakter – preferuje zachowania zgodne z literą prawa. Według Freuda na piętrze tym rządzi zasada moralności, która, niezależnie od sytuacji, odrzuca irracjonalne popędy i wybiera zachowanie etyczne. Devora zwraca więc uwagę na istotę współistnienia z innymi, przedkładając to nad swoje potrzeby, czego przykładem może być udział w masowych protestach, gdzie strzeże ideałów ważnych dla społeczności. Nie jest to jednak bohaterka bez skazy – Nevo ubiera ją w tajemnice i niewyjaśnione rodzinne zaszłości, z którymi przyjdzie jej się uporać. Czytelnik śledzi jej próby dotarcia do prawdy, jak również chęć nawiązania kontaktu ze swoim synem Adarem, z którym od lat się nie widziała. Pomaga jej w tym tajemnicza postać – Avner Ashdot, który początkowo ukrywa swoje intencje, jednak bohaterka jest na tyle zauroczona mężczyzną, że obdarza go bezgranicznym zaufaniem. Pewnej nocy Devorze śni się, że jest operowana i lekarze wycinają jej enigmatyczne superego. Dowiaduje się potem, że nie jest to bynajmniej jeden z organów wewnętrznych, lecz najwyższy w hierarchii element osobowości, który później z szacunkiem nazwie „Jego Wysokością”.

Nevo, konstruując powieść, zdecydował się skorzystać z dorobku psychoanalizy, która uznawana jest za jeden z podstawowych nurtów psychologii, ponieważ to dzięki niej rozwinęły się inne szkoły psychologiczne. Warto również podkreślić, że żaden z kierunków tej nauki nie odegrał tak znaczącej roli kulturotwórczej. Jednak, z drugiej strony, psychoanaliza jako metoda terapeutyczna jest przez wielu kwestionowana i uważana nie tylko za wątpliwy empirycznie, lecz także przestarzały sposób myślenia o człowieku. Three Floors Up to książka z typowym dla podejścia psychodynamicznego drugim dnem. Pisarz pozostawia czytelnikowi wiele tropów, odwołuje się też do klasycznych narzędzi psychoanalizy, jak interpretacja snów (Objaśnianie marzeń sennych austriackiego psychiatry to swoisty kamień węgielny tej teorii) oraz korzysta z obszernego systemu metafor, jak choćby powtarzające się odniesienia do zagajnika. Czytelnik, oprócz fabuły, dostaje również określony klucz do analizy zachowań bohaterów, może więc podjąć grę, jaką proponuje mu autor – interpretację powieści pod kątem skatalogowanej wiedzy na temat natury człowieka. Na gruncie krytycznoliterackim nie jest to zabieg nowy, ciągle jednak interesujący i zachęcający do twórczej lektury.

 

Eshkol Nevo, Three Floors Up, Other Press New York 2017

 

Eshkol Nevo urodził się w Jerozolimie w 1971 roku. Jest autorem powieści, opowiadań oraz książek dla dzieci. Pisarz prowadzi największą w Izraelu prywatną szkołę creative writing. W Polsce ukazały się dotychczas jego trzy książki – Do następnych mistrzostw, Neuland i Samotne miłości. Babcia Nevo urodziła się w Warszawie, a on sam wielokrotnie odwiedzał Polskę; w ubiegłym roku był gościem m.in. krakowskiego Festiwalu Conrada.

 

Zdjęcie główne: typowy budynek mieszkalny w centrum Tel Awiwu, fot. deror_avi / Wikimedia Commons, GNU FDL
Posted on

„Druga twarz” Europy. Afryka oczami Alberta Moravii

Wnętrza domu Moravii. Gromadził w nim wiele pamiątek z afrykańskich podróży. Fot. Ewa Nicewicz-Staszowska

Europejska opinia publiczna podejmuje dziś temat Afryki najczęściej w kontekście toczących się tam wojen, a także coraz liczniej przybijających do brzegów Starego Kontynentu ciemnoskórych uchodźców. O Czarnym Lądzie mówi się więc głównie jako o źródle zagrożenia i o problemie, pomijając zresztą zupełnie wpływ, jaki na obecną, dramatyczną sytuację wywarł biały człowiek. A gdyby spotkanie z Afryką potraktować jako szansę? Szansę na odnalezienie głęboko zakorzenionego, pierwotnego „ja” oraz zapomnianych, uniwersalnych wartości? Niedoścignionym przewodnikiem w tej podróży może być dla nas Alberto Moravia, jeden z najwybitniejszych włoskich prozaików XX wieku, a także zapalony wojażer i reporter, wielki miłośnik Afryki.

Relacje z podróży stanowią aż jedną trzecią napisanych przez Moravię tekstów. Pisarz zwiedził wiele krajów na różnych kontynentach, ale to właśnie Czarny Ląd zajął szczególne miejsce w jego sercu. Pierwszy raz odwiedził go – wraz z Dacią Maraini i Pierem Paolem Pasolinim – pod koniec 1962 roku. Od 1963 roku zaczął spisywać swoje wrażenia z odbywanych tam regularnie podróży. Jego reportaże ukazywały się na łamach „Corriere della Sera”, a następnie zostały zebrane w trzy tomy: A quale tribù appartieni? (1972; Z jakiego jesteś plemienia?), Lettere dal Sahara (1981; Listy z Sahary) oraz Passeggiate africane (1987; Afrykańskie spacery). Ostatni raz Moravia był w Afryce na przełomie 1985 i 1986 roku. Warto może dodać, że spotkanie z Czarnym Kontynentem wywarło niebagatelny wpływ na całą twórczość pisarza, nie tylko tę eseistyczną. Jego efektem jest chociażby nieoczekiwane otwarcie się nowego rozdział w dorobku Moravii, jakim są teksty dla dzieci, w większości zebrane w tom Storie della preistoria (1982; Historyjki prehistoryczne). Afryce została też poświęcona ostatnia powieść Moravii, która ukazała się drukiem już po śmierci pisarza: Kobieta leopard (1990).

Alberto Moravia
Alberto Moravia

O swoim pierwszym afrykańskim doświadczeniu Moravia powie w słynnym wywiadzie udzielonym Alainowi Elkannowi w 1990 roku: To było odkrycie ziemi, do której powinienem był pojechać wcześniej; a tymczasem pojechałem tak bardzo późno. Miałem już pięćdziesiąt lat. Powinienem był tam pojechać dwadzieścia, trzydzieści lat wcześniej. Nie zrobiłem tego, nie wiem czemu. Żałuję. Dla mnie Afryka jest czymś najpiękniejszym na świecie. A w innej rozmowie, przeprowadzonej przez Nella Ajella, przyzna, że gdyby miał mieszkać poza Rzymem, wybrałby właśnie Czarny Kontynent.

Moravia poznaje Afrykę w przełomowym dla niej momencie: postępującej dekolonializacji i przededniu pojawienia się neokapitalizmu, określanego przez pisarza mianem neokolonizacji – kolejnej nieuniknionej formy opresji zapoczątkowanej przez białego człowieka, polegającej na zawłaszczeniu i wykorzystaniu zarówno ludzi, jak i przyrody. Warto przytoczyć w tym kontekście jeszcze jeden obszerny fragment z wywiadu z Elkannem: Zwierzęta są przede wszystkim w Afryce Wschodniej […]. Afryka Zachodnia przez cztery wieki była kolonią europejską. Afryka Wschodnia niecały wiek. Poza tym w Afryce Zachodniej fauna niszczona była przez kolejne efemeryczne królestwa i cesarstwa. Niszczeniu fauny towarzyszyło niszczenie grup etnicznych, dokonywane przez zwolenników niewolnictwa: cała czarna populacja Stanów Zjednoczonych i Ameryki Łacińskiej wywodzi się stamtąd; teraz do zniszczenia fauny i zdziesiątkowania ludności dochodzi jeszcze, najgroźniejsze może ze wszystkiego, niszczenie flory, efekt europejskiej postawy konsumpcyjnej. Afryka Zachodnia jest do pewnego stopnia dowodem na to, że koniec świata, o którym mówi się tyle w związku z bombą atomową, rozpoczął się już w zakresie ekologii. Puszcze Wybrzeża Kości Słoniowej, Nigerii i, niżej, Zairu i Gabonu, są niszczone w zastraszającym tempie. Ja sam, w czasie tamtej podróży z Pasolinim i Dacią, jechałem w Beninie przez puszczę uroczystą i mroczną jak katedra. Zaledwie dziesięć lat później było tam już tylko trochę ściętych pni i co jakiś czas wielka tablica reklamowa, potwierdzająca z dumą zagładę przyrody: „Klein Paris”.

Afrykańskie podróże pisarza dalekie są od turystyki konsumpcyjnej tak charakterystycznej dla wielu przybyszów z Europy. To raczej turystyka kulturowa: Moravia, homo europaeus, intelektualista i pisarz, obserwuje siebie poprzez pryzmat innej kultury. W jego refleksjach pobrzmiewają niewątpliwie echa młodzieńczych lektur. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że do podróżowania popycha go właśnie literatura w najlepszym tego słowa znaczeniu. Wiele z podróży do serca Afryki odbywa się bowiem śladami ulubionych autorów Moravii, takich jak: Céline, Conrad, Gide czy Hemingway, a towarzyszą im przemyślenia zaczerpnięte chociażby od Baudelaire’a czy Rimbaud. Łatwo można zauważyć, że szczególne miejsce w mediacjach międzykulturowych zajmuje literatura francuska (tytuł Passeggiate africane – niewątpliwie inspirowany stendhalowskimi Promenades dans Rome – to tylko jeden z dowodów na poparcie tej tezy).

Wnętrza domu Moravii. Gromadził w nim wiele pamiątek z afrykańskich podróży. Fot. Ewa Nicewicz-Staszowska
Wnętrza domu Moravii. Gromadził w nim wiele pamiątek z afrykańskich podróży. Fot. Ewa Nicewicz-Staszowska

Każdy pobyt Moravii w tym wciąż jeszcze spowitym w kokon natury miejscu jest zanurzeniem się w prehistorię, bo też i sama Afryka jest kontynentem prehistorycznym, to jest ziemią, na której w stosunkach między człowiekiem a naturą nie pośredniczy historia. Czarny Ląd balansujący na granicy między historią a prehistorią jawi się pisarzowi jako antidotum na zbyt wyrafinowaną, złożoną i mechaniczną cywilizację, eden, depozyt pierwotnych wartości znikających w zindustrializowanym świecie. Afrykańska cisza, dziewicza, niezmącona […], doprawdy prehistoryczna w swej głębi i przejrzystości, pobudza do refleksji na temat czasu, historii, natury, a przede człowieka.

W miarę odbywanych podróży dystans kulturowy pomiędzy Europejczykiem-Moravią a Afrykanami, który początkowo wydawał się przepaścią, skraca się, doprowadzając pisarza do stwierdzenia, że mieszkaniec Afryki jest nikim innym, jak tylko alter ego mieszkańca Europy: Afrykanin w niczym nie różni się od Europejczyka, nie jest kimś innym. Jest po prostu drugą twarzą Europejczyka, jego dopełnieniem i alternatywą. Wykorzystując, zniewalając, gnębiąc Afrykanina, tak naprawdę Europejczyk wykorzystał, zniewolił i zgnębił swoje drugie ja. Uznając Afrykanina nie za własną alternatywę i własne dopełnienie, a za nieożywioną i nic nieznaczącą rzecz, którą można wykorzystać, sprzedać i użyć, tak naprawdę Europejczyk poniżył – bardziej niż Afrykanina – pierwotną i naturalną część siebie samego.

Wnętrza domu Moravii. Gromadził w nim wiele pamiątek z afrykańskich podróży. Fot. Ewa Nicewicz-Staszowska
Wnętrza domu Moravii. Gromadził w nim wiele pamiątek z afrykańskich podróży. Fot. Ewa Nicewicz-Staszowska

 

To przekonanie Moravii jest bardzo dobrze widoczne w jego sposobie opowiadania o Afryce. Pisarz nie opisuje jej z piedestału białego człowieka, afrykańskiej odmienności – nawet w jej skrajnych przejawach, takich jak kanibalizm – nigdy nie uznaje za coś odpychającego czy nie do zaakceptowania, co należałoby uporządkować i ująć w tryby powszechnie przyjętej europejskiej poprawności. Moravia jest przekonany, że Afryki nie trzeba poprawiać i dostosowywać do obowiązujących w Europie standardów, bo rządzi się ona własnymi, właściwymi dla niej normami, które obowiązywały zanim pojawili się intruzi.

Dziś po zajściach lat 90. i wydarzeniach ostatnich lat Afryka opisana przez Moravię zdaje się jeszcze bardziej odległa i nieosiągalna. Tym bardziej warto więc sięgnąć po ponadczasowe reportaże rzymskiego pisarza i spojrzeć na Czarny Kontynent jego oczami.

 

Wybór cytatów z wywiadu-rzeki A. Elkanna z A. Moravią, Życie Alberta Moravii, w tłumaczeniu Haliny Kralowej, PIW, Warszawa 1996.
Fragmenty A quale tribù appartieni? na potrzeby niniejszego artykułu przełożyła Ewa Nicewicz-Staszowska.
Posted on

***

A przecież wybaczenie w tę grudniową noc to nie tylko pojednanie z Bogiem, odpuszczenie win, nie tylko transcendentalność i spotkanie z Absolutem. To zupełnie ludzkie, rodzinne napięcia, może wściekłość, może frustracja, może rozczarowanie albo wstyd. Józef musiał wybaczyć Marii, a Maria, zapewne, musiała przebaczyć jemu – bo przez chwilę zwątpił, nie wierzył, nie ufał. Dwoje młodziutkich ludzi wędrujących po pustyni, w podróży życia zaraz po tym, jak po raz pierwszy musieli stawić czoła małżeńskim trudnościom. Dzień i noc razem, choć może jeszcze nie opadły emocje, może jeszcze panuje między nimi napięcie, woleliby zaszyć się każde w swoim kącie. Wśród księżycowego krajobrazu południowego Izraela, zmęczeni i brudni, próbują odbudować nadwątlone zaufanie, a przecież trzeba też zmierzyć się z codziennymi bolączkami – przenikliwym wieczornym zimnem, ciężkim bagażem, kłopotem z noclegiem. Z nadchodzącym fizycznym bólem i zwyczajnym, ludzkim przerażeniem. Każdy, kto ma już swoje dzieci, wie świetnie, jak pierwotny jest ten strach, jak dojmujący. Marsz na spotkanie z nowym życiem całkiem często przypomina spotkanie ze śmiercią.

Żeby narodziło się Dobro, tam, pod rozgwieżdżonym, izraelskim niebem, pewien ciemnowłosy młody chłopak musiał wybaczyć swojej żonie, zaufać jej i już na samym początku wspólnej drogi zawrócić, by zacząć od nowa. Czy i nam się to uda?

Tego nam życzę.