Kululush to bliskowschodni okrzyk używany na ślubach i innych radosnych uroczystościach, kiedy, za pomocą języka, wydaje się głośny dźwięk mający przynieść szczęście ich bohaterom. Jest to także nazwa marki stworzonej przez IzraelkęZohar Mor. Ta mieszkająca w Chorwacji artystka, projektująca niepowtarzalną biżuterię i artykuły dekoracyjne, o swojej pracy, inspiracjach i miłości do Śródziemnomorza opowiadała Julii Wollner w wywiadzie opublikowanym w Lente#03.
Zohar z Lente#03.
Forma produktów tworzonych przez Zohar sugeruje powrót do dzieciństwa – w jej projektach odnajdziemy bowiem swego rodzaju naiwność, niewinną słodycz – wspomnienie czasów, kiedy klejnotem nazywałyśmy nie tyle coś o wysokiej wartości materialnej, ale emocjonalnej. Inspiruje ją bałkański folklor, który przekłada na język współczesnej biżuterii, a jej prace doskonale wpisują się w bliski wielu z nas styl vintage. Wiele tu także umiłowania natury i proekologicznego podejścia. Jak tłumaczy Mor, podróżując po krajach śródziemnomorskich, bezustannie się w nich zakochując, miała wielką potrzebę tworzenia rękodzieła z tego, co wpadało w jej ręce. Rękodzieła inspirowanego morzem, a powstającego ze śmieci – jednym słowem, sztuki z odzysku. Zbiera więc kawałki starego drewna, zardzewiałe metalowe puszki, kapsle i masę innych skarbów, które Morze Śródziemne oddaje człowiekowi każdego dnia. Czyszczę je, tnę, maluję i przerabiam na barwne, wesołe przedmioty dekoracyjne – łódki, ryby, figurki marynarzy czy makiety śródziemnomorskich miast. Myślę, że wniosą one dużo radości do każdego wnętrza. – przekonuje.
Dziś możecie spróbować przekonać się o tym osobiście! 🙂
Dzięki uprzejmości Zohar Mor, mamy dziś dla Was aż trzy niespodzianki sygnowane marką Kululush!
– piękny i niezwykle oryginalny grzebień do włosów
– element dekoracyjny do domu, przedstawiający południowoeuropejskie miasteczko
– hasło rabatowe do sklepu Kululush na platformie Etsy.
Aby taniej zakupić cudeńka od Kululush w sklepie Etsy, wystarczy wpisać hasło HelloPoland. Uprawnia on do skorzystania z 25% rabatu na wszystkie produkty. Kod ważny jest do 31.12.2016r. Rabat nie łączy się z innymi promocjami, w tym z obniżką sezonową w dniach 25-28.11.2016 r.
Oto nagrody w naszym konkursie.
Aby zawalczyć o grzebień i miasteczko (tak! można mieć śródziemnomorskie miasteczko na własność! :)), należy natomiast:
1. polubić niniejszy post
2. udostępnić go na swojej ścianie na Facebooku
3. w komentarzu pod tym postem (tutaj, na naszym blogu) pozostawić komentarz stanowiący rozwinięcie hasła: “Śródziemnomorskie powroty”.
Piękne dzieła Zohar powędrują do autorów najciekawszych odpowiedzi. Na Wasze komentarze czekamy do niedzieli 20.11.2016 roku. Ogłoszenie wyników nastąpi na naszym redakcyjnym blogu w dniu 22.11.2016 r. (wtorek).
Zmarły przed kilkoma dniami Leonard Cohen śpiewał, że to przez pęknięcia i szczeliny dostaje się Światło.
We Włoszech w tym roku popękała ziemia i popękały serca. Na skutek kataklizmu zginęły setki ludzi, wielu pozostało bez dachu nad głową. Popękały także serca wszystkich tych, którzy kochają Włochy, którzy mają świadomość ogromnego długu, jaki każdy z nas zaciągnął u tej krainy.
W najbliższych dniach, gdy wszyscy rozpoczynamy coroczne przygotowania do Bożego Narodzenia, a więc święta Światła, możemy spróbować wpuścić je do serc swoich i tych, którzy najbardziej ucierpieli w ostatnich miesiącach.
6 grudnia w Warszawie, w Teatrze Palladium, odbędzie się charytatywny koncert “Kochaj AMAtrice”. Dochód ze sprzedaży biletów wesprze najmłodsze ofiary trzęsienia ziemi. Idąc na koncert, macie okazję dołożyć Waszą cegiełkę do wsparcia dzieciaków!
Oficjalny plakat promujący imprezę.
Bilety zakupić można na stronie Teatru Palladium (klik tutaj). Zaproszeni artyści zaśpiewają utwory największych legend włoskiej muzyki – Paola Conte, Lucia Dalli, Francesca De Gregori, Pina Daniele, Luigiego Tenco, Domenica Modugna i innych. Będzie można także wysłuchać pieśni neapolitańskich oraz podziwiać występ lubianego tancerza Stefana Terrazzino. Przede wszystkim jednak – będzie można realnie przyczynić się do wsparcia tych, którzy naprawdę tego potrzebują.
Więcej informacji znaleźć można na fejsbukowej stronie wydarzenia: Kochaj Amatrice.
Mieszkający w Rzymie, a urodzony w Turcji Ferzan Ozpetek jest rasowym opowiadaczem historii. Znany w Polsce jako reżyser filmów takich, jak Mine vaganti:O miłości i makaronach, Saturno contro. Pod dobrą gwiazdą, czy Okna, pisze także scenariusze i książki. W 2013 r. wydał Rosso Istanbul – na poły autobiograficzną opowieść o filmowcu, który na co dzień mieszka we Włoszech, ale raz na jakiś czas przyjeżdża do Turcji, by odwiedzić matkę. Ukazała się ona niedawno także w Polsce.
Odkrycia w podróży
Bohaterów powieści Rosso Istanbul jest dwoje. On, bezimienny reżyser, opowiada w pierwszej osobie o odwiedzinach u matki, o spotkaniach z dawnymi przyjaciółmi, o pożegnaniu z domem, który ma zostać zburzony, i z przyjacielem, który właśnie popełnił samobójstwo. Ona, czyli Anna, jest Włoszką. Przyjeżdża do Stambułu wraz z mężem. Jest to biznesowa podróż, stanowiąca jednocześnie wymarzoną wyprawę w świat nasiąknięty egzotyką. Jej życie w Stambule zmienia się diametralnie: dramatyczne wydarzenia, którym będzie musiała stawić tutaj czoła, sprawią, że Anna zacznie odnajdywać nową, prawdziwą siebie.
Drogi Anny i reżysera krzyżują się od samego początku, czyli od podróży samolotem z Rzymu do Stambułu. Mało tego, w przedziwny, metafizyczny sposób dopełniają się ich biografie. Oboje wyrośli w niepełnej rodzinie, nieustannie szukają wzorców, badają swoją tożsamość. Ich historie pokazują, jak ważna jest wewnętrzna wolność, która pozwala żyć, oddychać pełną piersią, kochać i tworzyć wszędzie tam, gdzie człowiek się znajdzie.
Dominująca czerwień
W tej powieściowej układance narrator niejednokrotnie wykorzystuje elementy znane nam dobrze z kinowej twórczości Ozpeteka, które po raz kolejny rozpoznamy także w filmie Rosso Istanbul. Jego premiera planowana jest na początek 2017 roku. Reżyser podkreśla, że film, choć inspirowany książką, oparty jest na zmienionej fabule; niemniej jednak jednym głównych bohaterów pozostaje jego miasto inicjacyjne, czyli Stambuł: magiczna granica między Wschodem i Zachodem.
Stambuł z powieści jest miastem kontrastów, gdzie tradycja miesza się z żywiołową współczesnością – nawet wtedy, gdy postęp i nowoczesność tłumione są w zarodku, czy to przez obyczajowość, czy to przez ingerencję władzy. Jak wskazuje tytuł, jest także miastem przesyconym czerwienią z niewielką domieszką błękitu, które (…)czasem stapiają się podczas zachodu słońca nad Bosforem. To czerwień wózków ulicznych sprzedawców simitów; ciepłych precli z sezamem, które kupuję od razu, jak tylko przyjeżdżam – opowiada narrator. Czerwień jest kolorem, w którym zakochała się nagle i niespodziewanie jego 80-letnia matka; czerwienią znaczone są protesty w parku Gezi i na placu Taksim, w których uczestniczą narrator i Anna. Barwną mieszankę, przypominającą zachody słońca nad Bosforem, stanowią dla narratora-reżysera dwa najbliższe mu kraje. Turcja i Włochy, Włochy i Turcja, mieszają się w moim życiu jak błękit i czerwień podczas zachodu słońca nad Bosforem – opowiada, podkreślając, że bycie cudzoziemcem pojmuje jako unikatowy dar. Nie boję się być obcokrajowcem. W głębi duszy lubię być Turkiem w Rzymie i rzymianinem w Stambule. Jednak miastem wzorcem, pierwszym poznanym i pokochanym, pozostaje dla niego bez wątpienia Stambuł.
Kulturowa mieszanka
Ozpetek, jakby inspirowany włoskim umiłowaniem radości stołu, w swoich filmach często sadza bohaterów przy posiłku; każe im jeść, a wcześniej przygotowywać potrawy, którymi potem będą dzielić się z przyjaciółmi i ukochanymi. Gdyby się zastanowić, to nie przypadek, że w moich filmach tak często się je. Choćby zwykłą kanapkę. Przy tym pożerasz wzrokiem osobę, w której właśnie się zakochujesz. Jedna z najbardziej romantycznych scen, jakie nakręciłem – tłumaczy narrator także Rosso Istanbul. Zarówno w filmach Ozpeteka, jak i w powieści, wiele jest także zagadek i niewiadomych – trudno oprzeć się wrażeniu, że tu inspiracją jest kultura Orientu. – W swoich filmach lubię mówić o tajemnicach. Łagodnie je odkrywać, uwalniać i wyjaśniać ich przyczynę – podkreśla. Wszystko ma przy tym zaczepienie w przeszłości, a Ozpetek, urodzony opowiadacz, jest głęboko przeświadczony, że w chwili, w której życie przechodzi w opowiadanie, ciemność przechodzi w światło i wskazuje ci drogę. Wtedy już wiesz, że ciepłe miejsce, miejsce na południu, to ty.
Jakiś czas temu brałam udział w bardzo ważnym, całodniowym biznesowym zebraniu grupy licznych włoskich przedsiębiorców. Narady rozpoczęły się bladym świtem. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, towarzystwo dzieliło się na podgrupy, a uważny obserwator mógł szybko wychwycić rozmaite napięcia, sympatie, antypatie, czasem nie do końca umiejętnie skrywaną wrogość. W trakcie rozmów nieraz emocje brały górę nad rozsądkiem, padały gorzkie słowa, negocjacje były pełne niespodziewanych zwrotów akcji. Aż do momentu, gdy na zegarze wybiła święta godzina. Dwunasta. Poważni panowie w eleganckich garniturach zwinnym gestem zebrali foldery i teczki, zerwali się na równe nogi obute w wysokogatunkowe scarpe i… zgodnie ruszyli na obiad. Przy resturacyjnym stole byli nie do poznania – nawet najbardziej zaciekli wrogowie serdecznie żartowali, hojnie dolewali sobie wina i zastanawiali się wspólnie, czy podany makaron nie byłby lepszy, gdyby dodano doń jeszcze odrobinę peperoncino.
Najważniejsze jest serce
Przyglądałam się im z niekłamanym podziwem. W jakże naturalny sposób przeszli ze sfery profanum, pełnego kłótni i zaciekłości, do beztroskiego, wręcz idyllicznego sacrum. Sacrum, w którym posila się nie tylko ciało, ale i serce. A serca mają Włosi bardzo zdrowe. Z badań wynika, że żyją nieporównywalnie dłużej niż jakikolwiek inny naród w Europie i rzadko zapadają na choroby układu krążenia. Dzieje się tak z dwóch powodów zdrowej diety i jeszcze zdrowszemu – czytaj: niespiesznemu i bezstresowemu – podejściu do życia.
Czy Włosi są zdrowi, bo zjadają codziennie pizzę, makaron i lody? Oczywiście miło jest w to wierzyć, wędrując do lodziarni po kolejną porcję gelato. Słuszniej jednak będzie przypisać zasługę ukochanym przez Włochów pomidorom, bardzo bogatym w likopen, zdrowemu dla serca czerwonemu winu oraz bogactwu owoców morza, które często goszczą we włoskiej kuchni. Dodajmy do tego uwielbienie dla rodziny (a najbardziej dla kochanej mammy) oraz popularną do dziś starożytną rzymską maksymę Festina lente (‘Spiesz się powoli’) – i mamy receptę na długie, dobre i przede wszystkim dolce vita.
Jedz zdrowo, żyj lepiej
Większość widzów włoskiej telewizji pamięta na pewno slogan reklamowy jednej z tamtejszych firm z branży spożywczej, przez długie lata z powodzeniem wykorzystywany w licznych kampaniach: Mangia bene, vivi meglio (‘Jedz dobrze, żyj lepiej’). Ten niewątpliwy copyrighterski sukces nie opierał się ani o chwytliwy rym, ani o grę słów, za to idealnie wpasowywał w filozofię włoskiej diety. Bogactwo warzyw i owoców, ryb i frutti di mare, wszechobecność najzdrowszego z olejów – oliwy z oliwek – to wszystko sprawia, że dieta śródziemnomorska, której kuchnia włoska jest niekwestionowaną królową, jest miła dla oka, pyszna dla podniebienia i korzystna dla całego organizmu.
Co więcej, wiecznie pobudzeni hektolitrami espresso, lekko chaotyczni i bardzo emocjonalni Włosi przy stole zamieniają się w prawdziwych mistrzów porządku, organizacji i spokoju. Nie tylko rygorystycznie przestrzegają podziału dań (antipasto, primo, secondo, contorno, dessert), ale także spożywają posiłki o bardzo konkretnych porach (obiad zawsze między 12:00 a 13:00, kolację w okolicach 20:00). W okolicy południa, które w starożytności określano łacińskim mianem hora sesta (‘godzina szósta’) swoje podwoje zamyka większość biur i instytucji. Konflikty i urazy chowa się do kieszeni razem z wyciszonym telefonem komórkowym. Przy jedzeniu absolutnie nie należy się denerwować. Nie tylko źle wpływa to na trawienie, ale także może zakłócić późniejszą popołudniową drzemkę, zwaną… siestą (nazwa ta nawiązuje oczywiście do czasów świetności antycznego Rzymu i wspomnianej już szóstej godziny). Jest ona równie ważna, jak likopen, czerwone wino i świeże owoce: podobno, praktykowana przynajmniej 3 razy w tygodniu zmniejsza ryzyko ataku serca o 37%! Jeśli trwa mniej niż 45 minut – a tak właśnie powinno być – poprawia także koncentrację, redukuje napięcie, wpływa pozytywnie na pamięć i kreatywność.
Co do zasady
Mają też Włosi wiele zwyczajów, które są często zupełnie niepojęte dla obcokrajowców. I tak na przykład, pewne potrawy spożywane są tylko na obiad lub kolację (pizza na przykład uważana jest za danie typowo wieczorne!), a zasada niełączenia pewnych produktów zdziwić mogłaby niejednego mniej polskiego restauratora (kategoryczne NO dla sera w połączeniu z rybami lub owocami morza!).
Rano spożywają tylko i wyłącznie potrawy słodkie: cornetto (‘rogalik’) lub brioche (słodką bułeczkę), ewentualnie tort czekoladowy z wczorajszego wieczornego przyjęcia. Krzywią się i kręcą nosem na widok dobrze nam znanych kanapek z serem czy wędliną. W ramach obiadu serwują potężną porcję makaronu zamiast zupy, przed daniem mięsnym. Kawę piją o każdej porze dnia i nocy, ale zasada ta tyczy się tylko espresso – zamówienie kremowego cappuccino lub innej kawy mlecznej po obiedzie oznacza, że jesteśmy albo małymi dziećmi, albo turystami zza Alp.
Jesienne cuda
Najważniejszym elementem włoskiego podejścia do rzeczywistości wydaje się jednak ani nie spożywczy rygor, ani nie uliczny chaos, lecz tak zwana gioia di vivere, czyli radość życia. Co ciekawe, jest ona zupełnie niezależna od pogody czy pory roku. Co więcej, jesień – czas, który właśnie witamy, niekoniecznie z wielką radością – jest momentem kojarzącym się w Italii ze szczególnymi chwilami rozkoszy podniebienia. Właśnie wtedy bowiem odbywają się tam tak zwane sagre d’autunno– smakowite regionalne biesiady, na których królują zbiory jesienne, wspaniałe wspomnienie lata. W miastach i miasteczkach, jak włoski but długi, kuszą kolorowe warzywa, świeże grzyby, esencjonalne miody i sycące kasztany. Szykują się święta czekolady, dni piwa, kiermasze orzechów i fig. W północnych Włoszech w ostatnią niedzielę września (w latach parzystych, a więc chętni do uczestnictwa poczekać muszą do przyszłego roku) radośnie celebruje się tradycyjny czas spędu zwierząt z wypasu letniego wysoko w górach, zwanego alpeggio. Ich powrót jest doskonałą okazją do wspólnej zabawy całych społeczności. I tak na przykład, w Valle d’Aosta odbywa się wówczas wydarzenie zwane desarpa, kiedy to krowy, uprzednio starannie wyczyszczone i udekorowane dzwonkami, wracają z gór, a następnie przechodzą przez uliczki pełne obficie zastawionych stołów, na których królują produkty sezonowe.
W tym samym regionie Valle d’Aosta obchodzi się także najsłynniejsze sagre poświęcone miodom, jak chociażby Sagra di Gressan czy Sagra di Antey Saint Andrè, przypadające w pierwszą i ostatnią niedzielę października, oraz kasztanom, których święto przypada na początek października. Kasztany, a obok nich także orzechy, stają się także bohaterami jesiennych sagre we Włoszech południowych, szczególnie w Kampanii oraz Bazylikacie. W tym samym czasie nadmorska Liguria świętuje jesienią sagre swej największej kulinarnej dumy, czyli pesto – pysznego sosu z bazylii, oliwy, parmezanu i orzeszków piniowych. Sagre del Pesto odbywają się w październiku w miejscowości Lavagna, niedaleko stolicy regionu, Genui. Mówiąc o sagrach, nie możemy nie wspomnieć o jednej z najbardziej znanych: słynnej Fiera del Tartufo Bianco (Kiermasz Białych Trufli). Najważniejszy z nich odbywa się w mieście Alba w Piemoncie na przełomie października i listopada. Podobne fiere odbywają się także w miasteczku Acqualagna niedaleko Urbino oraz w Sant’Agata w Emilii-Romanii.
Jesień to także vendemmia, czyli winobranie, oraz wiele radosnych zabaw łączących się z wytwarzaniem wina. W pierwszą niedzielę października celebruje się na przykład sagra dell’uva czyli święto winogron w Marino, jednym z małych miasteczek niedaleko Rzymu, znanych jako prowincja Castelli Romani. Chociaż odbywa się ono regularnie dopiero od 1925 roku, to jego źródeł należy upatrywać już w dalekim XVI wieku. Wtedy to flota Świętej Ligii zwyciężyła Turków w bitwie pod Lepanto, a zwycięstwo zbiegło się ze świętem Matki Boskiej Różańcowej –Madonna del Rosario. Wygraną tę uczczono wielkim świętem winogron, a fontanny spłynęły winem. Chwile te wspomina się i świętuje do dziś.
Listopadowe spotkania
Większość pierwszoplanowych bohaterów jesiennych włoskich świąt to smakowitości, które dostępne są także w naszej szerokości geograficznej. Może staną się inspiracją tematycznego, kulinarnego spotkania z przyjaciółmi, jeszcze zanim zaczniemy szykować kulinarne cuda na Boże Narodzenie? A może posuniemy się jeszcze dalej, zakopując topór wojenny na smakowitym spotkaniu z… wrogiem? Pamiętajmy, tylko spokój może nas uratować. Tym bardziej, jeśli wesprze go talerz parującej pasty i kieliszek czerwonego wina…
Jako osoba, która spędziła życie zarówno na nauce, jak i na nauczaniu języków obcych (przez wiele lat pracowałam jako lektorka języka włoskiego i prowadziłam zajęcia dla studentów italianistyki na Uniwersytecie Warszawskim), wypróbowałam niezliczoną liczbę metod przyswajania wiedzy. Jako studentka, wykładowczyni, a później w ramach pracy dziennikarskiej, poznałam też bardzo wiele szkół, instytutów i innych placówek specjalizujących się w propagowaniu obcych języków i kultur. Jak EF przekona mnie i zaprzyjaźnionych ze mną studentów, że zgłębianie włoskiego w rzymskiej placówce EF, a także udział w innych oferowanych przez nich kursach – chociażby w Hiszpanii, Francji czy na Malcie – może być zaskakującym i zupełnie nowym doświadczeniem?
Szewc bez butów chodzi – to prawda stara jak świat (albo jak buty, jeśli wolicie). W pewnych kwestiach jestem zdecydowanie takim szewcem, choć buty, jak każda baba, uwielbiam pasjami. 🙂
Spędziwszy pół życia na przyswajaniu języków obcych, a następnie drugie pół na ich nauczaniu, miałam w ostatnich latach spory problem z odnalezieniem się na kursach, które podejmowałam, aby poznać lepiej języki takie, jak hiszpański, grecki czy hebrajski. Zamiast skupić się na wzbogacaniu słownictwa czy poszerzaniu znajomości gramatyki, załamywałam ręce nad brakiem interesującego scenariusza lekcji czy niemrawą atmosferą w grupie, a brak kompetencji niektórych nauczycieli przyprawiał mnie o ból brzucha. W życiorysie, w rubryce “zawód”, figuruje u mnie m.in. hasło “nauczyciel akademicki”, jednak nauczenie się przeze mnie czegoś nowego w materii lingwistycznej graniczy z cudem.
Z lekkim przerażeniem rozważałam więc propozycję firmy EF, organizującej wyjazdy edukacyjne do różnych krajów. Ja mam napisać coś pozytywnego o kursach językowych?! Wolne żarty, myślałam. Będąc jednak wielką miłośniczką butów, tfu! – języków, postanowiłam spróbować wziąć temat na mój dziennikarski warsztat. Umówiłam się na rozmowę z dwoma Kasiami, które zajmują się sprzedażą kursów EF. Biedulki, musiały znieść dosyć męczącą klientkę!… Oto, co mi powiedziały.
Fot. Julia Wollner
JW: Codzienność w krajach śródziemnomorskich zawiera w sobie wiele elementów nieprzewidzianych. Ich mieszkańcy są żywiołowi i spontaniczni, czym zwykle podbijają nasze serca, jednak warto pamiętać, że tak samo funkcjonują w pracy, a więc na przykład organizując kursy językowe dla obcokrajowców. Wtedy z podbijaniem serc bywa już różnie. 🙂 Mówiąc krótko, w szkołach we Włoszech czy Hiszpanii często brakuje dyscypliny i porządku, a czeka nas raczej coś na kształt corridy…Oczywiście dla kursanta ważne jest zanurzenie w miejscowej kulturze, ale mam wrażenie, że czasem warto byłoby pewne rzeczy ciut wypośrodkować…
Też jesteśmy tego zdania, bo pewne ramy dają poczucie bezpieczeństwa uczestnikom kursu. Nasza firma obejmuje w sumie 44 szkoły, uczymy 7 języków, wszędzie w ten sam sposób – standardy są identyczne bez względu na to, czy wybiera się kurs w ogromnej szkole w Nowym Jorku czy w kameralnej placówce w Rzymie czy w Maladze w Andaluzji. Zespoły w każdej szkole mają jasno określoną strukturę – zatrudnieni są koordynatorzy zajęć pozalekcyjnych, osoby wydelegowane do kontaktów z rodzinami goszczącymi itp. Staramy się przy tym ciągle rozwijać, oczywiście przede wszystkim w zakresie samej metodyki. Non-stop udoskonalamy stosowane przez nas metody nauczania, w czym partnerują nam wiodące uczelnie, takie jak Harvard i Cambridge. Jeśli zaś chodzi o podbijanie serc – kultura śródziemnomorska dokonuje tego tak czy owak. (śmiech)
Opowiedzcie proszę o tych metodach. Domyślam się, że celujecie w nowoczesnych technologiach, co z jednej strony wydaje mi się bardzo atrakcyjne, ale z drugiej strony trochę przeraża… Nad Morze Śródziemne jeździ się przecież przede wszystkim dla ludzi!
Dziesiejsze życie to życie z technologią, uważamy więc, że na naszych zajęciach nie może być inaczej. Jednak w centrum, w sercu EF pozostaje zawsze żywy człowiek! Wszyscy nasi nauczyciele przechodzą bardzo intensywne szkolenia; kształcimy zresztą także nauczycieli na zewnątrz. Aby prowadzić u nas zajęcia, nie wystarczy być rodzimym użytkownikiem języka.
Prawdą jest też, że rzeczywiście mocno stawiamy na nowoczesne technologie. Już 10 lat temu zrealizowaliśmy duży projekt z Apple i na co dzień pracujemy z ipadami, nie ograniczając się tylko do tablicy multimedialnej, która jest już dzisiaj standardem także w innych szkołach. Nasi klienci jako jedyni mają dostęp do platformy zwanej MyEF – jest to coś w rodzaju naszego własnego Facebooka, przez którego można zawierać znajomości przed rozpoczęciem kursu. W ten sposób staje się on przygodą na długo przez wylotem z kraju. Poza tym uczestnicy zajęć językowych szykują prezentacje i na wiele innych sposobów korzystają z nowoczesnych narzędzi. Wszystko jednak po to, aby lepiej komunikować się z drugą osobą, a cały proces odbywa się pod czujnym okiem naszych nauczycieli.
Szkoła EF w Maladze w Hiszpanii. Fot.: mat. prasowe EF.
Gdy wspomniałyście o szkołach, którym do zatrudnienia lektora wystarczy jego paszport, przypomina mi się jeden z moich pierwszych nauczycieli włoskiego w liceum, niejaki Adriano z Milano – mechanik samochodowy. Był przesympatyczną osobą, ale nie bardzo wiedział, jak poradzić sobie z grupą nastolatków… W rezultacie albo nie robiliśmy nic, albo mozolnie rozwiązywaliśmy ćwiczenie za ćwiczeniem, wszystkie z jednej, nudnawej książki.
Coś takiego na pewno nie mogłoby zdarzyć się na naszych zajęciach. Korzystamy zresztą tylko z autorskich materiałów EF, a więc nie znajdziesz u nas podręczników znanych z każdej księgarni. Stosujemy metodę zwaną blended learning, nastawioną na komunikację – to ona jest u nas najistotniejsza. Zajęcia odbywają się w sporych grupach (średnia liczba uczestników to 15 osób, choć w Rzymie, o którym najwięcej tu rozmawiamy, grupy są mniejsze i liczą zwykle 6-8 osób); pracuje się jednak głównie w mniejszych zespołach projektowych.
Co to takiego? Brzmi bardzo poważnie…
Zależy nam, by język, którego uczymy, wykorzystywany był w prawdziwych, życiowych sytuacjach, a nie tylko w pisemnych – i nieciekawych! – ćwiczeniach, o których wspomniałaś. Stawiamy na tzw. project based learning – naukę przez uczestnictwo w różnego rodzaju przedsięwzięciach. Uczniowie szykują więc w grupach prezentacje, przygotowują wystąpienia, opracowują trasy wycieczek… Każde takie zadanie to właśnie mini-projekt, nad którym pracuje się z kolegami i koleżankami, często w naszych i-labach, czyli laboratoriach komputerowych. Zresztą przygoda z komputerem zaczyna się jeszcze przed wyjazdem do szkoły, bowiem to przez internet rozwiązuje się test poziomujący. Pierwszego dnia kursu odbywa się oczywiście rozmowa kwalifikacyjna, a całościowa ocena z tych dwóch etapów ewaluacji decyduje o przyporządkowaniu do grupy. Później, już w trakcie zajęć, co tydzień przeprowadzane są testy sprawdzające.
Czy nie jest to stresujące? Wasze kursy największą popularnością cieszą się przecież w wakacje, a jakoś ciężko połączyć mi myśl o klasówce z wizją przyjemnego urlopu…
Atmosfera, która panuje na zajęciach, wszystko wynagradza! Na każdym kroku podkreślamy, że błędy są nieuniknione, wręcz konieczne. Świadczą o tym, że trwa nauka, a więc postęp. Wielu naszych uczniów deklaruje zresztą, że są osobami nieśmiałymi, a u nas czują się jak ryba w wodzie.
Szkoła EF na Malcie. Fot.: mat. prasowe EF.
Jesteście bardzo przekonujące, więc zapewne nawet największy malkontent będzie czytał dalej. Najpiękniejszego w moim mniemaniu języka świata – włoskiego – można się z Wami uczyć w w Wiecznym Mieście. Opowiedzcie proszę coś o samej szkole. Gdzie się znajduje, jak wygląda? Mnie marzyłoby się, by była to taka Italia w miniaturze…
I dokładnie tak jest. Nasze siedziby odzwierciedlają poniekąd atmosferę kraju, w którym się znajdują. Zawsze też są bardzo atrakcyjnie usytuowane – w centrum miasta lub z widokiem na morze, jeśli pozwala na to dana lokalizacja. Dla przykładu, szkoła w Nowym Jorku obejmuje gigantyczny kampus, jak na jedną z najbardziej intensywnie żyjących metropolii na świecie przystało. Szkoła w Rzymie znajduje się natomiast w samym sercu miasta, między Panteonem a Campo de’ Fiori, niedaleko Piazza Navona. Na naszą siedzibę wybraliśmy tam zabytkowy, siedemnastowieczny budynek o pięknych, stylowych i kameralnych wnętrzach, które doskonale wpisują się w miejscową estetykę. Otoczenie jest bardzo ważne – jest przecież, tak jak język, częścią danej kultury. A i tę staramy się pozwolić dogłębnie poznać. Po lekcjach językowych wybierać można z wielu zajęć dodatkowych. Organizowane są wieczory filmowe, pikniki, wspólne zwiedzanie miasta… Nauka zdecydowanie nie kończy się w szkole! Co więcej, zajęcia dodatkowe są naprawdę dopasowane do potrzeb uczestników. Pierwszego dnia pobytu każdy z nich zostaje zapytany o swoje hobby i pasje, a popołudniowe grupy tematyczne, tzw. spiny (special interest classes) łączą osoby o podobnych zainteresowaniach. Można także popracować nad kompetencjami receptywnymi, uczestnicząc w różnego rodzaju wykładach i odczytach.
Wszystko to brzmi bardzo ciekawie, ale jako adwokat diabła zapytam Was, co z uczniami, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z językiem? Ktoś, kto zna po włosku dziesięć słów, nie będzie przecież chodzić na wykłady akademickie.
Na wykłady akademickie nie, ale na pewno nie zaszkodzi mu otoczenie się językiem ze wszystkich stron. Jedna z nas pojechała do Rzymu, będąc na poziomie B1, znając podstawy gramatyki, ale bojąc się mówić. W szkole używano tylko języka włoskiego – i było świetnie! W internecie krąży zresztą film zrobiony przez Masterczułka – współpracującego z nami youtubera, który pojechał na kurs do Tokio. “Ja w ogóle nie znam japońskiego, a oni do mnie mówią tylko po japońsku!” – mówi ze śmiechem w jednym ze swoich klipów. Tak to rzeczywiście wygląda, ale warto podkreślić, że w każdej szkole wszyscy pracownicy znają oczywiście angielski. Jeśli zaistnieje prawdziwa konieczność, będą rozmawiać z nami w tym języku.
Zaczynam być zła, że już znam włoski i nie mam po co jechać do Waszej szkoły w Rzymie…
Czas na japoński więc! (śmiech)
Szkoła EF w Maladze w Hiszpanii. Fot.: mat. prasowe EF.
Na pewno rozważę Waszą propozycję, choć wcześniej wzięłabym się chętnie za mój hiszpański! Zważywszy na fakt, że moi rodzice mieszkają w Hiszpanii, od razu nasuwa mi się pytanie ooferowane przez Was możliwości zakwaterowania. Czy można wziąć udział w kursie bez wynajmowania lokum? Nocleg to zresztą kwestia budząca wiele wątpliwości, bo jeden woli ciszę i samodzielne spędzanie wolnego czasu, inny szuka nowych przyjaźni i wieczornych rozmów. Ktoś ceni sobie luksusowe, hotelowe warunki, a ktoś inny woli przeznaczyć swoje środki na szał zakupów czy intensywne zwiedzanie…
Wyjaśnijmy wszystko po kolei.
Po pierwsze, można nie korzystać z opcji zakwaterowania, co jednak nie wpływa znacząco na cenę kursu.
Jeśli chcemy skorzystać z noclegu, do wyboru są dwie opcje: akademik – gdzie liczba miejsc jest ograniczona – lub pobyt u rodziny goszczącej. Rodziny są przez nas specjalnie rektutowane; muszą spełnić pewne standardy i wymogi, a nasi klienci oceniają współpracę z nimi w regularnych ankietach. Mamy świadomość, że zadowolenie z miejsca zamieszkania bardzo rzutuje na ogólny odbiór wyjazdu. Z wieloma rodzinami pracujemy po wiele lat. Są to bardzo różni ludzie, a biorąc pod uwagę nocleg u rodziny, trzeba pamiętać o społecznej sytuacji danego kraju. Tak jak w Wielkiej Brytanii może nie być to Anglik z parasolem, tak we Włoszech niekoniecznie będziemy mieszkać u Giuseppe odzianego w garnitur od Armaniego. (śmiech) Jedna z nas, podczas pobytu w Rzymie, gościła w mieszanej rodzinie: mężczyzna był Włochem, jego żona zaś pochodziła z Boliwii, choć mówiła doskonale po włosku. Takich małżeństw jest przecież w Italii bardzo wiele.
Warto pamiętać, że pobyt u rodziny nie jest pobytem w hotelu. Wchodzimy w czyjeś życie, w czyjąś codzienność i prywatność. Konieczna jest pewna delikatność; w zamian otrzymujemy możliwość niezwykłej wymiany doświadczeń. To bardzo istotna sprawa, do której warto mieć odpowiednie – otwarte! – nastawienie.
Wnioskuję więc, że Waszych klientów łączy jakiśwspólny mianownik, podobne podejście do życia.
Zdecydowanie tak. Na pewno są to właśnie osoby otwarte, ciekawe nowych doświadczeń, tęskniące do międzykulturowej wymiany, do poznania świata. Świata niewyidealizowanego, prawdziwego. O naszej ofercie opowiadamy regularnie na tzw. EF Roadshow, czyli spotkaniach, które organizujemy w różnych polskich miastach. Warto wziąć w nich udział, a później zaplanować wyjazd. Jeśli zrobimy to poza sezonem, unikniemy tłumów i zapewne jeszcze bardziej skorzystamy ze wszystkich dobrodziejstw oferowanych przez daną lokalizację.
Przypomnijcie więc proszę, jakie mamy możliwości, jeśli chodzi o języki śródziemnomorskie?
Nad Morzem Śródziemnym oferujemy kursy języka włoskiego, francuskiego i hiszpańskiego, a także kursy angielskiego na Malcie. Trwają one minimum dwa tygodnie; możliwe są także wyjazdy półroczne i roczne. Wspaniałym pomysłem jest też tzw. rok wielojęzykowy, podczas którego zgłębia się tajniki trzech języków w trzech różnych krajach. Można więc na przykład spędzić trochę czasu w Rzymie, trochę na Lazurowym Wybrzeżu i trochę w Andaluzji. Wszędzie także dostępna jest opcja roku akademickiego dla osób bardziej zaawansowanych.
Wielu naszych kursantów wraca do nas, wybierając kolejne szkoły, także dzięki możliwości zostania ambasadorem naszej marki. W przypadku tego typu współpracy dostaje się punkty za aktywność w promowaniu EF – można je później wymienić na wybrany kurs. Jedna z nas, po pobycie w Rzymie, pojechała jeszcze na kurs angielskiego w Brighton.
Rok nauki nad Morzem Śródziemnym – cóż za wspaniały pomysł! Zdecydowanie będę polecać go naszym Czytelnikom. Powiedzcie jeszcze tylko, w jaki sposób się z Wami kontaktować?
Serdecznie zapraszamy na naszą stronę ef.pl. Jesteśmy także do Waszej dyspozycji telefonicznie pod numerem (22) 825 0131, od poniedziałku do piątku, od 9:00 do 18:00.
Wspaniale! Bardzo Wam dziękuję za rozmowę, a Was, drodzy Czytelnicy, zapraszam do rozważenia udziału w tej fantastycznej językowej przygodzie.
Materiał powstał we współpracy z Education First – liderem na rynku edukacyjnym, łączącym naukę języków obcych z wymianą kulturową i oferującym, w rejonie basenu Morza Śródziemnego, kursy językowe we Francji, Hiszpanii, na Malcie i we Włoszech.
zgodnie z zapowiedziami, pragniemy przedstawić Wam zwycięzców naszego konkursu książkowego. Oto szczęśliwcy, do których powędruje powieść Michala Ajvaza:
Jarosław Knop, Magda Lena Lena, Monika Karpińska.
Laureatów prosimy o przesłanie danych korespondencyjnych na adres: info@lente-magazyn.com.
Dziś przeszłość Keramejkos, terenów położonych na północny zachód od Akropolu, a także najważniejszego cmentarza starożytnych Aten, tonie zapomniana wśród kwitnących tu na wiosnę maków i szumiących palm. Mało kto rozmyśla nad faktem, jak bardzo wymowna, jak wiele ucząca jest nazwa nekropolii, odnosząca się do funkcjonujących tu przed wiekami warsztatów garncarskich.
Fot. Monika Kostera
Symbolika koła. Symbolika gliny. Garncarze przy pracy, ciepły materiał formowany przez dłonie, twórcza gorączka, ale i rutyna codzienności. Tak wygląda odległe, ale ciągle wymowne “wczoraj” jednego z najpiękniejszych cmentarzy na świecie, który odwiedzam raz na kilka lat, w ważnych momentach mojego życia.
Fot. Monika Kostera
Keramejkos po raz pierwszy, 2 maja 2009 roku. Świat to miękka glina, którą uformujemy, jak nam się spodoba. Jesteśmy młodzi, zakochani po uszy, pijemy retsinę wprost z butelki i trzymamy się za ręce. Bawimy się w chowanego wśród wysokich traw. Śmieszy nas posąg potężnego byka, symbolu witalności, który zdecydowanie bardziej przystaje do naszych studenckich żartów, niż do powagi wiekowego cmentarza. Nie rozmyślamy o tym jednak zbyt długo, nie ma dla nas potem, czy zawsze, czy nigdy, a marmurowe stele nie mają zupełnie nic przeciwko.
Fot. Julia Wollner
Keramejkos po raz drugi, 10 kwietnia 2010 roku. Koło fortuny, dwie strony tego samego medalu. Mój pęczniejący brzuch, w chowanego już się nie uda. Minął tylko rok, ale beztroskę zastępuje delikatny niepokój maskowany matczynymi krągłościami. Jesteśmy na spacerze, gdy świat wstrzymuje oddech ze słowami “Polska” na ustach. Szaleńczy bezsens śmierci wielu, radość z rozwijającego się jednego, małego życia. Koło kręci się, umiera i wzrasta. Z Keramejkos wiodła droga do Eleusis, gdzie celebrowano kult Demeter i Persefony, a Hades przypominał corocznie, że nie ma życia bez odchodzenia.
Fot. Julia Wollner
Keramejkos po raz trzeci, 2 maja 2011 roku. Glina porzuca brak kształtów, odszukuje formę, wybiera imię. Rodzina odnajduje swój pierwszy wzór, który zmieni się jeszcze, ale już rysuje się leciutko i uparcie. Delikatnie stawia pierwsze kroki. Już wiemy, że gliny nie da się układać dowolnie, że stawia ona granice, przedstawia wymagania. Że to ręce garncarza muszą dopasować się do niej, nie odwrotnie.
Fot. Julia Wollner
Karamejkos po raz czwarty, 16 października 2016 roku. Koła wózka, już drugiego z kolei, suną po żwirowej powierzchni. Dziecięcy śmiech pod rozłożystym figowym drzewem, żartobliwe potyczki. A starożytni słuchają, tak kiedyś, jak dziś. Na tutejszym wzniesieniu przemawiał przed wiekami Perykles. Jego dźwięczny głos uleciał z wiatrem; uleci i nasz, choć na razie ma moc i siłę zuchwałej młodości. Rzeka Iridanos komu innemu zapewni złoża gliny, czyjeś inne koło toczyć się będzie to w górę, to w dół.
Cmentarz ten, uważany za jeden z najpiękniejszym na całym świecie, powstał w XIII wieku w pobliżu Katedry i Krzywej Wieży. Ziemia, w której chowano zasłużonych zmarłych, pochodzi rzekomo z Golgoty, skąd przywieziono ją podczas wypraw krzyżowych. Otoczony jest otwartymi na zielony, czworokątny plac gotyckimi krużgankami, które zdobione są licznymi freskami. Do najsłynniejszych należą Sąd Ostateczny Buffalmacca i Tryumf śmierci Francesca Trainiego.
Campo Santo w Pizie, fot.: Flickr / littlemisspurps
Rzym: Cmentarz Artystów i Poetów, zwany również Cmentarzem Protestanckim
Powstał w XVIII wieku dla niekatolików i obcokrajowców zmarłych w Rzymie. Rzeźby i nagrobki utrzymane są w białej tonacji, kontrastującej ze wszechobecną zielenią trawników, pnączy i drzew, takich jak pinie, palmy czy agawy. Spoczywają tu między innymi angielscy poeci John Keats i Percy Shelley oraz August von Goethe, syn Johanna Wolfganga.
Cmentarz Protestancki w Rzymie, fot. domena publiczna
Mediolan: Cimitero Monumentale
Cimitero Monumetale jest nekropolią utworzoną zaraz po postaniu zjednoczonego Królestwa Włoch i należąca do największych w Italii. Przeznaczona była dla zamożnych mieszkańców miasta, a tamtejsze grobowce i pomniki wyszły spod dłuta słynnych rzeźbiarzy i architektów. Miejscem charakterystycznym jest ogromny dziedziniec z dwoma skrzydłami rozchodzącymi się na prawo i lewo od kaplicy, tzw. hall of fame, czyli miejsce spoczynku osób szczególnie zasłużonych dla Mediolanu.
Cimitero Monumentale w Mediolanie, fot. Flickr / kentwang
Wenecja: Cimitero San Michele
Niezwykła nekropolia leżąca na wyspie, gdzie znaleźć można kilkumetrowe ściany z portretami zmarłych. Znajdują się w nich urny z prochami, a między nimi wazony z kwiatami. Obecnie cmentarz jest przepełniony i pochówki na nim odbywają się tylko raz na 10 lat.
Cimitero di San Michele w Wenecji, fot. Flickr / 105609641@N02
Hiszpania
Barcelona: Cmentarz na wzgórzu Montjuic
Powstał w 1883 roku na stromym zboczu; znany jest z książek Zafona, a zaprojektował go Leandro Albared. Ścierają się tu rozmaite nurty artystyczne: modernizm, klasycyzm, neogotyk i secesja.
Cmentarz na wzgórzu Montjuic w Barcelonie, fot. Flickr / -ink
Asturia: Cmentarz Luarca
Uważany za jeden z najbardziej niezwykłych cmentarzy na świecie ze względu na wspaniałe widoki – wznosi się bowiem nad brzegiem morza. Znajduje się tam grobowiec laureata nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, Severa Ochoa, który urodził się właśnie w Asturii.
Cmentarz Luarca w Asturii, fot. Flickr / cayetano
Malaga: Cmentarz Angielski
W 1830 roku pewien brytyjski konsul zamienił ogród botaniczny w pierwszy w Hiszpanii cmentarz dla protestantów. Znajdziemy tam zabytkowe pomniki w stylu klasycystycznym, neogotyckim oraz celtyckim, a także bujną śródziemnomorską roślinność przypominającą o parkowej przeszłości nekropolii.
Cmentarz Angielski w Maladze, fot. Flickr / NatalieMaynor
Chorwacja
Zagrzeb: Mirogoj
Ten założony w 1876 roku kompleks staowi największy wielowyznaniowy cmentarz w Chorwacji. W arkadach, które mierzą pół kilometra długości, znajduje się kolumbarium z prochami najsławniejszych Chorwatów. Mieszkańcy Zagrzebia lubią żartować, że wiele tutejszych grobów jest bardziej szykownych, niż niektóre domy w mieście.
Cmentarz Migoroj w Zagrzebiu, fot. Flickr / markomaras
Izrael
Jerozolima, Cmentarz na Górze Oliwnej
Na wzgórzu wznoszącym się nad ogrodem Getsemani znajduje się najsłynniejszy, najstarszy, największy i najważniejszy cmentarz żydowski na świecie. Podobno pierwszych pochówków dokonywano tu już za czasów biblijnych; dziś znajduje się tu ponad 180 tysięcy grobów. Ciała w nich skierowane są stopami w kierunku Wzgórza Świątynnego ze względu na wiarę, że to właśnie tutaj, w Dzień Sądu Ostatecznego, Mesjasz rrozpocznie wyprowadzenie zmarłych z grobów w kierunku Złotej Bramu. Ceny pochówku na Górze Oliwnej są ogromne – w granicach 1.5 mln dolarów od osoby.
Góra Oliwna w Jerozolimie, fot. Flickr / askii
Egipt
Kair: Miasto umarłych (Cmentarz Północny)
Na terenie cmentarza, począwszy od lat 30. XX wieku, kiedy to Egipt dotknął wielki ekonomiczny kryzys, mieszka kairska biedota. Szacuje się, że nekropolia daje schronienie ok. 3 milionom ludzi. Niektóre alejki cmentarne to regularne ulice, którymi kursują miejskie autobusy, w dzielnicy są zakłady rzemieślnicze, szkoły i meczety, natomiast płyty nagrobne wykorzystywane są jako stoły i blaty. Turyści natomiast są tu niemile widziani.
Cmentarz Północny w Kairze, fot. Flickr / cyanocorax
Grecja
Ateny: Keramejkos
Ten pogrążony w spokojnej atmosferze park należy do głównych atrakcji dzielnicy Monastiraki. Uroku dodają mu pięknie rzeźbione nagrobki, a także lilie wodne w kanale Iridanos, przepływającym ze wschodu na zachód. Jest to największa i najważniejsza nekropolia w stolicy Grecji. W starożytności tereny te zamieszkiwali rzemieślnicy wyrabiający artykuły ceramiczne – nazwa okolicy wywodzi się od greckiego słowa kéramos (glina). Mur postawiony w 479 r. p. n. e. dzieli Karameikos na dwie części: wewnętrzną i zewnętrzną. Od głównej Drogi odchodzi obecnie odkopana Aleja Grobów, której budowa zaczęła się w 394 r. p.n.e. Odnaleziono tu około dwudziestu grobów i liczne dzieła sztuki, które dziś można oglądać w miejscowym muzeum. Grobowce odtworzono, korzystając z oryginalnych kamieni, a częściowo ich dokładnych kopii.
Keramejkos w Atenach, fot. Flickr / telemax
Malta
Valletta: Msida Bastion
Kolejny piękny cmentarz usytuowany w ogrodzie botanicznym, a jednocześnie jeden z czterech (i jedyny zachowany) maltańskich cmentarzy wybudowanych w obszarze XVII-wiecznych bastionów. W 1993 roku został poddany renowacji i otwarty na nowo. Spoczywa tam ojciec języka maltańskiego, Mikiel Anton Vassalli – żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku lingwista, pisarz i filozof.
Msida Bastion na Malcie, fot. Flickr / dalbera
Turcja
Hierapolis
Największy cmentarz Anatolii, w południowo-zachodniej Turcji, należy również do najlepiej zachowanych antycznych nekropolii. Chowano tutaj zmarłych, którzy odeszli po chorobie nieuleczonej w ramach kuracji w leczniczych źródłach Pamukkale. Liczne wstrząsy sejsmiczne charakterystyczne dla okolicy zmieniały na przestrzeni wieków miejsca wypływu wód termalnych – z tego powodu wokół wielu grobowców widoczne są dziś osady wapienne.
Czasami wybór celu wycieczki może być dokonywany… kolorystycznie. Są przecież miejsca, które najpiękniej wyglądają wiosną, gdy okolica zieleni się nieśmiało, a niebo cieszy czystym błękitem. Są też zabytki, które pełen majestat ukazują dopiero w zimnym, styczniowym świetle, otoczone bielą śniegu, na którego tle imponująco odcinają się cuda architektury. Analogicznie, pewne budowle powinny być odwiedzane jesienią. Barwa murów pięknie łączy się z paletą kolorów, którą na swoje stroje wybierają okoliczne drzewa; raz delikatna, a raz dramatyczna szarość nieba dodaje tajemniczości wiekowym krużgankom. Blask zachodzącego słońca, którego kolor przecież także przywodzi na myśl jesienne liście, otula romantyczne ruiny.
Niezwykła harmonia rudozłotych odcieni, intrygującej historii i pasjonujących legend – oto Zamek Krzyżtopór w Ujeździe, w Ziemi Sandomierskiej.
Ruiny zamku w powiecie opatowskim są dziś zabytkiem wyjątkowym na skalę światową, choć budowlę wzniesiono tak naprawdę dzięki młodzieńczemu marzeniu pewnego bogatego polskiego szlachcica, Krzysztofa Ossolińskiego. Krzysztof był bratem kanclerza wielkiego koronnego, Jerzego. Urodził się w 1587 roku w bardzo bogatej rodzinie szlacheckiej. Zgodnie z nakazami XVI- i XVII-wiecznej mody, jako młody człowiek został wysłany na studia do Włoch, a dokładnie do Bolonii i Padwy. Nie ograniczał się jednak do pobierania nauk: bez wątpienia prowadził w Italii również ożywione życie towarzyskie, w najwyższych kręgach. Wiemy, że w 1608 roku był obecny na uroczystościach zaślubin Marii Magdaleny Austriackiej z Wielkim Księciem Toskanii Kuźmą III Medyceuszem we Florencji. W drodze z Toskanii do Rzymu zatrzymał się w okolicy Viterbo, na północ od stolicy Lacjum. W pobliskiej miejscowości Caprarola zwiedził renesansowy pałac rodziny kardynała Alessandra Farnese, późniejszego papieża Pawła III, uważany także za letnią rezydencję rzymskiego prałata. Dwudziestokilkuletni Krzysztof znalazł się pod wielkim wrażeniem Villi Farnese. Z właściwą dla młodego wieku pasją i emfazą poprzysiągł sobie wzniesienie podobnej budowli w swoich rodzinnych stronach. Do dziś wielu poczytuje mu ten gest za przejaw megalomanii (budowa mogła kosztować nawet około 30 milionów złotych!). Czyż jednak najpiękniejsze gmachy ludzkości nie powstają właśnie dzięki młodzieńczym marzeniom?
Wznoszenie zamku rozpoczęto prawdopodobnie w 1627 roku, kiedy Krzysztof Ossoliński był już dojrzałym mężczyzną. Na zaproszenie szlachcica, do sandomierskiego przybył szwajcarski architekt Wawrzyniec Senes. Przy projekcie współpracowali także dwaj architekci włoscy: Matteo Castello z Melide i Agostino Locci Starszy. Na miejsce wybudowania siedziby wybrali Ujazd. Zbocze stanowiące naturalną platformę, z rozległym widokiem na dolinę Koprzywianki, doskonale nadawało się na modną wówczas rezydencję typu palazzo in fortezza (‘pałac w fortecy’), stanowiącą połączenie wygodnego domu z siedzibą obronną. Pałac zbudowano z piaskowca, który zalega w okolicy; z pobliskich pokładów gliny pozyskiwano cegłę. Miejscowe materiały pozwoliły nie tylko na wzniesienie solidnych, grubych murów, ale także zapewniły niezwykłą kolorystykę miejsca, przywodzącą na myśl typowo włoską paletę barw.
Budowa zamku-pałacu trwała około 17 lat. Inwestor-marzyciel, dumny z osiągniętych rezultatów, wyprawił w nowo otwartej rezydencji wesele dla swojego syna, chwaląc się wspaniałą architekturą przed najznamienitszymi gośćmi, w tym królem Władysławem IV. Niestety, radość z realizacji młodzieńczych planów nie trwała długo – zaraz po zaślubinach syna Krzysztof zmarł na febrę. Budowlę odziedziczył pierworodny, jednak już w 1655 roku Krzyżtopór zajęli Szwedzi – wojska najeźdźców urządziły sobie tu wygodną kwaterę w czasie potopu. Ze źródeł historycznych wiemy, że przybysze z Północy byli pod wielkim wrażeniem wyjątkowej architektury i położenia zamku, podobnie jak wszyscy kolejni właściciele. Budowla przez wieki przechodziła bowiem z rąk do rąk. Po II wojnie światowej starano się przywrócić zamkowi dawny blask, pojawiło się niezliczenie wiele koncepcji jego zagospodarowania. Ciągle jednak brakuje funduszy na renowację zamku.
Współczesnemu wędrowcowi pozostaje więc zwiedzanie romantycznych ruin. Wizytę zwyczajowo rozpoczyna się od arkadowego mostu. Brama przyozdobiona kamiennymi płaskorzeźbami – krzyżem i toporem – przypomina o wartościach wyznawanych przez właściciela (krzyż był symbolem wiary, topór zaś – herbem Ossolińskich). Prowadzi ona bezpośrednio na dziedziniec, gdzie, mimo zniszczeń, wielkie wrażenie wciąż robi elewacja centralnego budynku, przypominająca antyczną rzymską rezydencję. Myśl biegnie do willi cesarza Hadriana w Tivoli; nieuniknione są też asocjacje z Koloseum. W elewację eliptycznie wcina się dziedzińczyk, jednak włoskie skojarzenia przywodzi przede wszystkim fasada pałacu, w której dominuje motyw łuku triumfalnego. W 40 okrągłych wnękach w ścianie frontowej mieściły się dawniej podobizny członków rodziny Ossolińskich; w niżej położonych wnękach prostokątnych ustawione były rzeźby alegoryczne. Całość musiała sprawiać wrażenie swoistego rodowego panteonu, artystycznej wizji drzewa genealogicznego. Dziś portrety i rzeźby zniknęły, została tylko część napisów z marmurowego stiuku, informujących, czyje wizerunki umieszone były we wnękach. Milczą wielcy nieobecni, milczy ruda barwa piaskowca…
Zamyślony wędrowiec udaje się na przechadzkę po plątaninie podziemnych korytarzy, stanowiących prawdziwy labirynt. Mówi się, że Krzyżtopór miał podziemne połączenie z Ossolinem, gdzie znajdowała się rezydencja Jerzego. Podobno bracia jeździli do siebie w odwiedziny tajemnym lochem, wyłożonym cukrem, po którym poruszali się na saniach. Prawda to czy legenda – w tej historii znów słychać echo młodzieńczych marzeń. Nota bene, echo to ważne słowo w Krzyżtoporze, bowiem zamek charakteryzuje się niezwykłą akustyką. Usłyszymy ją w całej budowli, w stajniach, a także w skrzydłach bocznych, gdzie dodatkowo cieszyć będą znakomite widoki, przywodzące na myśl Toskanię czy Umbrię. W tle widać pasmo Gór Świętokrzyskich. Dziś okolica nie jest zagospodarowana; Krzysztof Ossoliński mógł jednak podziwiać przylegające do zamku ogrody w stylu włoskim, widoczne przez niezliczone okna. Podobno Pałac Krzyżtopór miał mieć ich tyle, ile dni w roku. Liczba pokoi odpowiadała ilości tygodni, sal – miesięcy, wież – kwartałów. Błądząc po ogromnej rezydencji, rzeczywiście ma się takie wrażenie. Marzycielskie wizje Krzysztofa znalazły chyba swoją realizację. Być może znał włoskie powiedzenie: Scolpisci sulla pietra i tuoi sogni, un giorno parlerà di te?*
* włos.: Wyrzeźb w kamieniu swoje marzenia, pewnego dnia opowie o tobie.
Korzystałam z przewodnika turystycznego „Zamek Krzyżtopór w Ujeździe” autorstwa Józefa Myjaka.
…w podziemiach jednej z zamkowych wież znajduje się do dziś źródełko dające wodę o nazwie Krzyżtopożanka, mającą wyjątkowe własności smakowe i lecznicze?
Czy wiesz, że…
…sala jadalna zamku miała ponoć szklany strop, nad którym znajdowało się akwarium wypełnione egzotycznymi rybami?
Czy wiesz, że…
…zamek w Ujeździe ma swojego ducha, którego podobno można spotkać tylko w księżycową noc? Jest nim czarny rycerz-husarz, syn Krzysztofa Ossolińskiego.
Villa Farnese w Caprarola, niedaleko Viterbo, uważana jest za jeden z najwspanialszych przykładów włoskiej architektury renesansowej. Zaprojektował ją, wraz z imponującymi tarasowymi ogrodami, Jacopo Barozzi da Vignola, wybitny architekt II połowy XVI wieku, znany ze studiów nad rzymskimi świątyniami antycznymi oraz z łączenia cech renesansowych, manierystycznych i wczesnobarokowych. Od 1543 roku działał on w Rzymie, gdzie pracował z Michałem Aniołem (po którym przejął zresztą kierownictwo budowy Bazyliki św. Piotra). Buonarroti wywarł niewątpliwie wielki wpływ na styl Vignoli. Głównymi projektami twórcy są Villa Giulia, kościół Il Gesù, Oratorium S. Andrea i właśnie Villa Farnese w Caprarola.
Kiedy zadaję sobie pytanie, jaki rzeczownik jest dla mnie najważniejszy, odpowiedź jest jedna: światło. W zasadzie: Światło, z wielkiej litery. Synonim życia, ducha, świętości, dobra, mądrości, inspiracji. Słońca i tej części świata, która jest najbliższa mojemu – i Waszemu – sercu.
Fotografia czyli pisanie Światłem
Światło to także najważniejsze tworzywo dla tych, którzy pracują pędzlem lub obiektywem. Nie inaczej jest w wypadku znakomitej izraelskiej artystki Iris Nesher. Ta urodzona we Włoszech, wykształcona w USA i mieszkająca w Tel Awiwie fotografka zapragnęła dowiedzieć się, jakie wyrazy czy zdania uznałyby za najważniejsze słynne izraelskie pisarki. Dzięki ich niezwykle intymnej współpracy powstał projekt stanowiący w moim odczuciu prawdziwą fuzję Światła i Słowa. Składające się nań prace już od jutra gościć będą w Muzeum Galicja.
Raida Adon, “Delikatny” (fot. I. Nesher)
Telefonując wczoraj do Iris, aby poprosić ją o osobisty komentarz do wystawy, nie mogłam nie rozpocząć naszej rozmowy od pytania o znaczenie jej tytułu, tłumaczonego na język polski jako “W ciemnych pokojach”. Czyżby intymność potrzebna do rozmowy słowem rodziła się w braku światła? – Tak – potwierdza autorka zdjęć. – Choć dziś pracuję głównie aparatem cyfrowym, to nadal wspominam z nostalgią czasy, kiedy długie godziny spędzałam w ciemni. Tam, ze światła i wody, wyłaniały się obrazy; było to także miejsce magicznej intymności, która jest ogromnie ważna w kontakcie fotografa z osobą portretowaną.
Pisarki, poetki i autorki scenariuszy, które pozowały do cyklu “In the Dark Rooms”, pochodzą z rozmaitych środowisk. Mamy tu kobiety różnych wyznań (żydówki, chrześcijanki, muzułmanki), z bardzo różnym zapleczem kulturowym. Iris nie tylko udało się wejść w bliską relację z nimi wszystkimi, ale także pokazać, jak bardzo to kulturowe zaplecze wyraża się w słowach, zawiera w języku. – Jestem przekonana, że używany przez nas język wpływa na to, jacy jesteśmy, i na odwrót. Język warunkuje nasze zachowanie, kształtuje wizję świata. Widzę to doskonale po sobie: urodziłam się w Mediolanie, wiele lat mieszkałam w Stanach, dziś moim domem jest Izrael; izraelska jest też moja tożsamość. Język każdego z tych krajów ma swoje przełożenie na moją ekspresję artystyczną.
Sara Blau, “Koniec z kłamstwem” (fot. I. Nesher)
Dać głos kobietom
W materiałach prasowych na temat wystawy znajduję określenie “kobieca kreatywność”. Pytam więc Iris, czy myśli ona, że jej artystyczna ekspresja, obok języka, warunkowana jest także płcią. Tym razem Nesher zdecydowała się przecież zrealizować swój projekt tylko i wyłącznie z kobietami. – Nie, twórcze podejście do życia, tworzenie sztuki nie zależy od płci – zaprzecza artystka. – Jednak zależało mi na tym, aby dać kobietom głos. W tej części świata, w której mieszkam, jeszcze ciągle trzeba pracować nad większą słyszalnością i widocznością kobiet.
Słowa przeciwne
Te kobiety, które wybrała do swojego projektu, mają do powiedzenia bardzo wiele, choć ich historie zdają się czasem ze sobą kontrastować. Dziennikarka i autorka scenariuszy Sarah Blau jako najważniejsze dla siebie słowo wskazała “kłamstwo”, twierdząc jednocześnie, że jest ono w codziennym życiu niezbędne, prawda zaś przeceniana. Kłamstwo jest spoiwem, które łączy z sobą drzazgi życia, leczy brzydkie rany, jakie zadaje prawda. Nawet w “Dekalogu” kłamstwo jest zakazane w sposób dziwny i niejednoznaczny: “Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu.” Wiadomo było, że ludzkość nie zniosłaby uniwersalnie ujętego “Nie kłam” – napisała Blau w komentarzu do swojego portretu.
Miriam Akavia, “Jedyne, co wiem, to jak opisać siebie” (fot. I. Nesher)
Na tej samej wystawie uderza jednak także zdjęcie przedstawiające Miriam Akavia (publikowane przez nas w artykule o niej, który znajdziecie w Lente#03). Urodzona w Polsce pisarka zapozowała Nesher, prezentując tatuaż z obozu koncentracyjnego, który przez całe życie ukrywała pod długimi rękawami. Pragnęła w ten sposób pokazać prawdę na temat swojego losu, jak również sprzeciwić się tym, którzy śmią negować istnienie holokaustu. Pokazanie wytatuowanego na przedramieniu numeru stało się więc jej osobistą walką o przetrwanie prawdy.
Tożsamość Światła
Jak twierdzi Iris Nesher, w wypadku cyklu portretów “In the Dark Rooms” mamy do czynienia z próbą zgłębienia więzi pomiędzy tożsamością i językiem. Zapytałam ją na koniec, czy pamięta, kim w mitologii greckiej była jej imienniczka Iris: posłanką bogów, opiekunką zorzy. – Dla mnie Iris była przede wszystkim tą, która niosła wieści. – odpowiada fotografka. Czyli jednak skupiasz się na przekazie werbalnym, Iris! – żartuję, ale artystka zaraz przypomina mi, że iris to także tęczówka oka.
Światło i Słowo są przecież nierozerwalne.
Wystawę zdjęć Iris Nesher “W ciemnych pokojach oglądać będzie można w Żydowskim Muzeum Galicja w Krakowie od 27.10.2016.
Czym jest południe? Destynacją czy punktem wyjścia? Kategorią? Przenośnią? Miejscem na mapie czy punktem na osi czasu?
W książce wybitnego czeskiego powieściopisarza Michala Ajvaza, wydanej w tym roku przez Książkowe Klimaty, południe mieści się we wszystkich tych pojęciach, a także w wielu innych. Nie ogranicza się do niewielkiej wioski na Krecie, gdzie autor rozpoczyna swoją opowieść; jest jak fala, która rozlewa się i cofa, pochłania i oddaje. Razem z nią wędrujemy do wnętrza historii i do granic Europy, poznajemy ukryte znaczenia i prowadzimy dialog. A dialogowi bardzo do południa blisko…
Dialog – zarówno w Podróży, jak i na geograficznym południu – jest kluczowy. Pozwala poznać rozmówcę i samego siebie, umożliwia różnorodne interpretacje wydarzeń, zarówno fikcyjnych, jak i realnych. Jest sposobem spędzania czasu, ale także w tym czasie podróżowania – dzięki licznym odniesieniom do tekstów z przeszłości. U Ajvaza jest i Kant, i Calvino, i Barthes, i Cortazar. Jesteśmy też, a może nade wszystko, my, czytelnicy. Bo Podróż na południe to przede wszystkim powieść o czytaniu i o literaturze. Powieść, która jak południe, daje się pojmować i interpretować na wiele różnych sposobów. Tylko od nas zależy, który uznamy za najbardziej swój.
Michal Ajvaz, Podróż na południe, przeł. Leszek Engelking, Książkowe Klimaty, Wrocław 2016
KONKURS
Dzięki uprzejmości wydawnictwa Książkowe Klimaty, mamy dziś dla Was trzy egzemplarze tej niezwykłej książki. Jak zdobyć jeden z nich? Już tłumaczymy!
Aby wziąć udział w konkursie, należy udostępnić niniejszy wpis, a następnie, w komentarzu pod nim, umieścić odpowiedź na pytanie: “Co oznacza dla Ciebie POŁUDNIE?”
Na Wasze odpowiedzi czekamy przez tydzień, do 2 listopada br. Rozwiązanie konkursu nastąpi na stronie lente-magazyn.com 3 listopada br.
Przez siedem dni będziecie mieszkać w szałasach. Wszyscy tubylcy Izraela będą mieszkali w szałasach, aby pokolenia wasze wiedziały, że kazałem Izraelitom mieszkać w szałasach, kiedy wyprowadziłem ich z ziemi egipskiej. Ja jestem Pan, Bóg wasz!
Księga Kapłańska 23, 42-43
Przyzwyczajenie nie jest dobrą rzeczą. Zgodnie z tym, co mówił Márquez, pokrywa wszystko rdzą, której daleko do szlachetnej patyny.
Rozmyślam o tym często w święta, te największe – w Boże Narodzenie, w Wielkanoc, kiedy to usilnie próbuję chwytać chwilę, skupić myśl na znaczeniu, a nie formie celebracji. Udaje się – czasem. Częściej jednak po dniach, które miały być wypełnione sacrum, pozostaje niesmak profanacji – za szybko, bez refleksji, bez nauki na czas, który nastąpi.
Szukajcie jednak, a znajdziecie, powiadają. I rzeczywiście. Podpowiedzi i znaki kryją się wszędzie. Na przykład w świętach, które nie są nasze, których nie obchodzili nasi rodzice i dziadkowie. W świętach, którym przyglądamy się z zewnątrz, świeżym spojrzeniem dziecka, porzuconym wiele lat temu. Tak czułam się w zeszłym tygodniu, gdy Izraelczycy – krewni i znajomi mojego męża – celebrowali Święto Szałasów.
Przykład szałasu wzniesionego na Święto Namiotu w Izraelu. Fot. Flickr/RonAlmog
Sukot, zwane też Kuczkami, jest żydowskim świętem obchodzonym pięć dni po Jom Kippur, dwa tygodnie po żydowskim nowym roku. Upamiętnia ucieczkę Izraelitów z Egiptu i ich wędrówkę do Ziemi Obiecanej, podczas której mieszkali w tymczasowych szałasach, namiotach, budkach wznoszonych na pustyni. Choć niewątpliwie był to dla narodu wybranego trudny czas, Sukot uważane jest za święto wyjątkowo radosne: nakazuje bowiem skupienie się na wartości lekcji, jakiej dostarcza człowiekowi tułaczka. Dodatkowo, jako że odbywa się wczesną jesienią, jest także świętem ostatnich plonów, festiwalem żniw. Jak często w kulturach śródziemnomorskich bywa, łączy przeżycia duchowe z rytuałami ziemi, z obrzędowością nawiązującą do cudów przyrody.
Święto Szałasów trwa siedem dni, podczas której osoby religijne przenoszą swoje życie codzienne do tzw. suki, zbudowanej pod gołym niebem. W Izraelu te prowizoryczne konstrukcje tworzy się często w ogrodach, na balkonach i tarasach. W nich celebruje się świąteczny czas: spożywa posiłki, odpoczywa, śpi. I patrzy w gwiazdy, bowiem wśród nakazów określających, jak wyglądać powinna suka, znajdziemy nie tylko zalecenie, by posiadała co najmniej trzy ściany, ale także by jej dach, wykonany z naturalnych, roślinnych materiałów, pozwalał na swobodne spoglądanie w niebo.
Widok z szałasu wzniesionego przy JCC Warszawa
Ważnym zwyczajem związanym z Sukot jest także obrzęd kołysania bukietami-palmami, które szykuje się z czterech gatunków roślin. W jednej ręce trzyma się etrog (cytron), zaś w drugiej tzw. lulaw, czyli wiązankę z gałęzi palmowej, mirtu i wierzby. Zestawem tym potrząsa się na cztery strony świata oraz w górę i w dół, odmawiając błogosławieństwo i dziękując Stwórcy za dary, którymi dzieli się z nami ziemia.
Sukot, jak na święto plonów przystało, jest świętem obfitym. Obfitym w prostą, ale piękną symbolikę, której urokowi trudno nie ulec.
Palemki, którymi kołysze się przed Bogiem, przypominają, że każdy z nas jest inny, tak, jak różne są cztery gatunki roślin tworzące te rytualne bukiety. Wszyscy jednak mamy do odegrania swoją rolę w świecie.
Drewniane szałasy nawet najbardziej leniwych zmuszają do wyjścia z domu, do odetchnięcia świeżym powietrzem, do zapatrzenia się w chmury. Skłaniają do refleksji: bez względu na to, jak pyszny i bogaty jest nasz ziemski dom, wszyscy tak naprawdę jesteśmy równi w obliczu Matki Natury i w obliczu Boga.
Pchają wreszcue do rozważań niezwykle aktualnych: o tym, jak wielkim przywilejem jest posiadanie ojczyzny, bezpiecznego schronienia, azylu, cichej przystani.
Sukot skończyło się w niedzielę, ale dostarczyło mi inspiracji na wiele nadchodzących tygodni. To, czego nauczyłam się dzięki temu nowemu dla mnie świętu, wspomnę w listopadowy Dzień Zaduszny, myśląc o tych, którzy zakończyli już swoją ziemską tułaczkę, a także w Boże Narodzenie, gdy i my, chrześcijanie, świętować będziemy Życie pod wiklinowym, prowizorycznym dachem stajenki.
Dary ziemi. Dary Boże. Spojrzenie w gwiazdy. Naukę z wędrówki, lekcję z podróży. Doceniajmy, świętujmy je i my.
Do tego wyjątkowego miejsca można dotrzeć, korzystając z wielu wycieczek objazdowych po wyspie Gozo. Jeśli wyyruszymy promem z portu Cirkewwa na wyspie Malta i zmierzać będziemy ku brzegom Gozo do portu Mgarr, a następnie skierujemy się do największego miasta Gozo – Victorii (Rabat), Xewkija będzie pierwszą miejscowością, w której zagościmy.
Widok na miasto Xewkija. Fot. stevekeiretsu / Flickr
Powita nas śródziemnomorska zieleń i mały sklepik przy głównej drodze. U jego wrót w powietrzu unosi się zapach pomidorów suszonych na maltańskim słońcu, a gospodarze z uśmiechem witają każdego przybysza. Zapraszają w swoje niby skromne, ale przecież bogate w liczne skarby progi. W ten sposób wchodzimy do świata Savina Creations.
Ulice miasta Xewkija. Fot. stevekeiretsu / Flickr
Savina Creations to manufaktura, która zajmuje się produkcją naturalnych lokalnych artykułów różnego rodzaju. Znajdziemy tam wszystko, co ziemia maltańska oferuje najlepszego – w oryginalnej i cudownej formie. Na łasucha czekają przetwory z pomidorów, sosy, oliwy, przyprawy, ciasteczka oraz rozmaite orzechy oblanych różnymi rodzajami czekolady. Na miłośników pięknych aromatów i domowego ciepła – zapachowe świeczki, wśród których na szczególną uwagę zasługują te inspirowane czterema porami roku. Melomanów zainteresują płyty z melodiami typowymi dla tej części świata (“Soundscapes of a Mediterranean Culture”), a wzrokowców – pięknie zrealizowane filmy na DVD. W ofercie Savina Creations znajdują się też tradycyjne wyroby maltańskiego rękodzieła: ceramika, drewniane akcesoria kuchenne czy haftowane tkaniny. Właściciele sklepu podkreślają, że zależy im na dopieszczeniu wszystkich zmysłów – dlatego też produkty podzielono tematycznie właśnie w zależności od bodźców, które zapewniają, każdorazowo przenosząc nas do słonecznego basenu Morza Śródziemnego.
Zrzut ekranu ze strony internetowej Savina Creations.
Opuściwszy Xewkiję i kontynuując podróż po maleńkim Gozo, dotrzemy zapewne do stolicy, a później do symbolu wyspy – Azure Window (Lazurowego Okna). Podziwiać będziemy piękne krajobrazy, ale myślami niejednokrotnie wrócimy gdzie indziej: tam, gdzie pachniały suszone pomidory, słodkie orzechy i aromatyczne świece.
Za kilka tygodni minie 20 lat od śmierci Marcella Mastroianniego. Ten wybitny włoski aktor w ostatnich miesiącach swojego życia wierzył mocno, że przed nim jeszcze wiele nowych historii, nowych wyzwań; jednocześnie wracał tam, gdzie coś się już skończyło, zamknęło, a także tam, gdzie nie było nigdy nic więcej, niż pragnienia. Najpiękniejsze raje to raje utracone – pisał Marcel Proust; Mastroianni dodawał zaś: być może istnieją raje jeszcze bardziej nęcące niż te utracone – raje, w których nigdy nie zamieszkaliśmy (Pamiętam, tak, pamiętam…, Marcello Mastroianni, , wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, str. 10).
Z mistrzem Fellinim na planie “Słodkiego życia”. Fot. Coleção Fondation Fellini pour le cinéma, Sion
Powrót do rodzinnego domu
Dom w małej miejscowości Fontana Liri niedaleko Frosinone. Dzieciństwo upływające pod znakiem problemów materialnych należało mimo wszystko do najradośniejszych wspomnień aktora. To dla rodziców i brata chciał osiągnąć zawodowy sukces, pragnąc zapewnić rodzinie chociaż namiastkę lepszego życia. Rodzice chodzili na każdą sztukę i film z udziałem syna. Mama, która z upływem lat traciła słuch, w kinie często pytała męża: – Co powiedział? Ojciec odpowiadał jej szeptem; sam, ze względu na problemy ze wzrokiem, pytał po poszczególnych scenach: Co teraz zrobił? Idealnie się uzupełniali.
W pamięci Mastroianniego szczególne miejsce zajmowały Święta Bożego Narodzenia. Wówczas przy stole gromadziła się cała rodzina z najodleglejszych zakątków Włoch. Wspólne gotowanie, ucztowanie i słuchanie powtarzających się corocznie opowieści dziadka. Ten sielankowy obraz kontrastował z momentami rozłąki. Uciekając przed poborem do wojska, Marcello musiał wyjechać z rodzinnej miejscowości. Pracował w Wojskowym Instytucie Geograficznym, a następnie ukrywał się w Wenecji. W latach późniejszych w jego snach wielokrotnie pojawiała się wojna. Znajomy psychoanalityk twierdził, że w ten sposób radził sobie z tęsknotą za rodzinnym domem.
Powrót do początków
Pewnego dnia wśród publiczności uniwersyteckiego zespołu teatralnego, w którym występował młody Marcello, pojawił się Luchino Visconti. Dzień ten odmienił życie aktora: Visconti zaproponował mu rolę w sztuce Jak wam się podoba, do której scenografię projektował Salvador Dali. – Wprowadził mnie w świat teatru i nauczył tego, co obecnie stanowi podstawę mojej wiedzy o aktorstwie – wspominał Marcello po latach (Marcello Mastroianni, Costanzo Costantini, Katowice 1999, Videograf II, str. 51).
Rozpoczynający się w ten sposób etap życia stanowił kolejny z jego rajów utraconych. Lata spędzone w teatrze pod okiem Viscontiego, dzięki któremu zagrał pierwszą wielką rolę na dużym ekranie w Le Notti Bianche, ukształtowały go i nadały bieg dalszej części jego biografii. Dzięki znajomości z Giuliettą Masiną wkrótce upomniał się o niego Fellini, zapraszając na rozmowę o filmie La Dolce Vita.
Powrót do pułkownika
Vittoria De Sicę Matroianni poznał w wieku kilkunastu lat dzięki swojej mamie, która pracowała w banku z siostrą słynnego aktora i reżysera. Marzący o karierze aktorskiej Marcello nie mógł przegapić takiej okazji na nawiązanie kontaktu! Postanowił wybrać się do miejsca kręcenia najnowszego filmu De Siki z kartką, na której napisane było: Syn mojej przyjaciółki. Maria. Vittorio docenił starania młodzieńca i, z uśmiechem, namawiał go do dalszej nauki – pewnego dnia ich drogi się na pewno zejdą! I rzeczywiście: wieku 18 lat Mastroianni wystąpił jako statysta w filmie I Bambini ci guardano w reżyserii De Siki; 10 lat później spotkali się na planie Peccato che sia una canaglia.
Relacja aktora z De Siką należała do najważniejszych w jego życiorysie. Mastroianni po wielu latach zauważył, że zawsze zwraca się do mistrza per “pułkowniku”. Pewnego razu otrzymał od De Siki scenariusz, który nie przypadł mu do gustu. Biedny nie wiedział, jak przekazać swoją negatywną ocenę wielkiemu Vittorio. W końcu powiedział: – Poruczniku! Ten film to będzie straszne g…! De Sica przyznał mu rację i skwitował: Ale kto zapłaci nasze długi? Obaj lubili bardzo szybko wydawać pieniądze…
Powrót do Sophii
Marcello, pokłóciłeś się z Sofią? – pytała mama. Widok syna na ekranie z inną partnerką niż Sofia Loren wywoływał u niej zawsze taką reakcję. Nic w tym dziwnego – do obecności Sofii u boku Marcella trudno było się nie przyzwyczaić. Razem zagrali w 12 filmach, stając się ulubioną parą nie tylko włoskiej widowni. Bawili, wzruszali, przyciągali uwagę, a ich temperament świetnie współgrał na planie. Dla obojga kino stanowiło przepustkę do lepszego życia. Towarzyszyli sobie na drodze do kariery, zawsze udzielając sobie bezinteresownego wsparcia. – Bez niego droga na szczyt nie byłaby tak ekscytująca i nie przyniosłaby mi tyle satysfakcji. Jego łagodne spojrzenie i pogodny uśmiech towarzyszyły mi zawsze, przynosząc wsparcie i radość – wspomina Sofia (Pamiętam, tak, pamiętam…, Marcello Mastroianni, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, str. 76).
W 1994 roku zagrali razem w Prêt-à-Porter Roberta Altmana. Reżyser zaproponował im, aby wybrali jedną wspólną scenę, którą chcieliby odegrać jeszcze raz. – Scena striptizu z „Ieri, oggi, domani”! – odpowiedzieli zgodnie. Seksowna Sofia i Marcello, który zabawnie wyje na jej widok, a po chwili… zasypia – tak wyglądał ich ostatni wspólny moment na ekranie.
Nigdy nie pytaj o scenariusz! Taką informację zanotował sobie Marcello po jednym ze spotkań z Federico Fellinim. Tematem rozmowy był film La Dolce Vita. Fellini, zapytany o scenariusz, wręczył mu karykaturalny, wulgarny rysunek. Był to początek ich współpracy i przede wszystkim wielkiej przyjaźni. Ilość rozmów do białego rana, zjedzonego wspólnie risotto i wychylonych kieliszków wina trudno by zliczyć.
Dla Felliniego Marcello był bratnią duszą, alter ego, znającym najbardziej ukryte zakamarki jego duszy. Łączyła ich niezmącona radość życia i wielka spontaniczność. Przelot helikopterem nad Rzymem po całym dniu zdjęć na planie La Dolce Vita – dlaczego nie?! Między kolejnymi scenami pozwalali sobie na liczne żarty i wspólne szaleństwa. – Gdzie jest Marcellino?Przyprowadźcie go tutaj! – niecierpliwił się Fellini, gdy tylko zabrakło przyjaciela na planie, zaś Marcello, pytany o sekret ich przyjaźni, odpowiadał z właściwą sobie ironią: –To była prawdziwa, piękna przyjaźń, oparta na odwzajemnionym braku zaufania (Wczoraj, dziś, jutro. Moje życie, Sophia Loren, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015, str. 197).
Mastroianni z trudem godził się z przemijaniem; otwarcie przyznawał, że z premedytacją wybierał rolę starszych od siebie bohaterów, aby widzowie uważali, że jego coraz dojrzalszy wygląd jest tylko kwestią charakteryzacji. W głębi serca pozostał jednak zawsze młody, a pamięcią powracał tam, gdzie działy się rzeczy ważne i piękne. Zmarł 19 grudnia 1996 roku. Tysiące rzymian żegnały go okrzykiem: Ciao Marcello!
Zapraszamy do lektury wywiadu z Małgorzatą Bogdańską, opowiadającą o Giulietcie Masinie, Federico Fellinim i monodramie “Nie lubię pana, panie Fellini” w Lente#03.
Nazywam się Julia Wollner. Jestem dziennikarką, doktorem filologii włoskiej (specjalność: literaturoznawstwo) i redaktorką naczelną „Lente” – magazynu w całości poświęconego kulturze krajów śródziemnomorskich. Od września 2022 roku prowadzę także podcast pod tym samym tytułem. Więcej o moim wykształceniu i doświadczeniu przeczytasz tutaj.
Stronę i podcast “Lente” wypełniają treści związane z literaturą, sztuką, historią i archeologią śródziemnomorską, a także relacje z podróży, przepisy z kulinarne i impresje na temat życia codziennego w krajach Południa.
Podcast “Lente” okazał się wielkim sukcesem i zdobył szerokie grono słuchaczy. Nie powstałby, gdyby nie wsparcie Patronów na Patronite. Z całego serca Wam dziękujemy!
W przeszłości ja i ekipa “Lente” wydaliśmy szereg pięknych publikacji papierowych (np. widoczną na zdjęciu antologię Metamorfozy); organizujemy spotkania i wydarzenia kulturalne. Jesteśmy dumnym patronem medialnym i współorganizatorem Nagrody Literackiej im. L. Staffa, powołanej przez Jarosława Mikołajewskiego i przyznawanej corocznie za publikacje związane z kulturą włoską. Ja osobiście mam zaszczyt zasiadać w kapitule Nagrody.
Nagroda Literacka im. L. Staffa – wręczenie wyróżnień za rok 2016; obok mnie Tessa Capponi i Janusz Zaorski, fot. Michał Śliwiński
Publikowałam teksty m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Zeszytach Literackich” i „Charakterach”. Stale współpracuję z magazynem „Sens”. Na Facebooku prowadzę grupę Klub Śródziemnomorskiej Książki, zrzeszającą miłośników literatury śródziemnomorskiej.
Prywatnie jestem żoną Izraelczyka i mamą trzech córek. Część mojej najbliższej rodziny mieszka w odwiedzanej często przeze mnie Andaluzji.
Żyję w rodzinie wielokulturowej i wielojęzycznej – także tymi doświadczeniami dzielę się w “Lente”
Dlaczego warto wesprzeć moją działalność?
Magazyn i podcast “Lente” tworzę z poczuciem misji. Jest nią pokazywanie bogactwa kulturowego regionu, który stanowi kolebkę naszej cywilizacji, oraz uwrażliwienie na drugiego człowieka. Materiały, które tworzę wraz z redakcją “Lente”, łączą w sobie bogactwo treści i wysoką jakość, pozostając jednocześnie dostępnymi dla wszystkich. Jeśli uważasz, że popularyzacja wiedzy o krajach śródziemnomorskich, ich literaturze, sztuce i tradycjach, jest czymś istotnym i wzbogacającym, zapraszam – zostań naszym Patronem. Jeśli wierzysz, że warto opowiadać o Innym, pokazując mnogość obyczajów i rozmaitość perspektyw – dołącz do nas.
Pragniemy przedstawiać różnorodność regionu, a dzięki temu – ukazywać mnogość ludzkich perspektyw
Dla tych, którzy nie wiedzą… dlaczegolente?
Tytuł naszego przedsięwzięcia łączy w sobie kilka ważnych idei. Wyrazu lente jako pierwsi używali starożytni Rzymianie, dla których stanowił on przysłówek oznaczający tyle, co “spokojnie, łagodnie, powoli, bez pośpiechu”. Tak właśnie chcemy żyć – delektując się chwilą, ciesząc codziennością, doceniając piękno drobnych gestów.
Śródziemnomorze to nie tylko zachwycająca sztuka i wielka literatura, ale także piękna codzienność, której warto się uczyć
Dzisiaj w językach romańskich lente oznacza natomiast soczewkę, szkło powiększające. Implikuje skupienie i świadomość korzeni, ale przypomina też, że celem naszego projektu jest wzięcie pod lupę południowej kultury, uważne przyjrzenie się tradycjom i obyczajom. Radosna i ufna otwartość na poznanie Innego.
Lente to wreszcie część słynnej i jakże pięknej śródziemnomorskiej maksymy: festina lente (‘spiesz się powoli’). Przypisuje się ją rzymskiemu cesarzowi Augustowi; wiadomo, że chętnie używał jej także włoski ród de’ Medicich. W naszym mniemaniu ‘spiesz się powoli’ znaczy tyle, co: działaj, łącząc ostrożność ze spontanicznością. Utrzymuj równowagę, o którą w dzisiejszych czasach coraz trudniej.
Zachęcamy do chwytania chwili i ufnego spojrzenia w przyszłość, ale także do poznawania korzeni i do przyjrzenia się fundamentom
Dzięki Tobie, drogi Patronie, “Lente” to także my, redakcja magazynu “Lente”, oraz Wy – grono miłośników Śródziemnomorza, dobrej lektury, codziennych rytuałów. Zapraszając Cię we wspólny rejs, zachęcamy: bądź kapitanem swojego statku. Odważ się płynąć pod prąd, ale i ciesz wiatrem, który popycha Twoje żagle.
Dla naszych przodków drzewa miały wielkie znaczenie; daleko większe, niż tylko dekoracyjne. Zakorzenione pod ziemią, sięgające nieba, symbolizowały ludzkie dążenie do Absolutu, tęsknotę do boskości, ale także nieuchronność przemijania i przywiązanie do miejsca. Co więcej, od zawsze też drzewa przemawiały do ludzi: szelestem wiatru zaplątanego w liściach, trzaskiem pękającej kory. Opowiadały historie, znały przeszłość i domyślały się przyszłości.
Dla mieszkańców Śródziemnomorza drzewem szczególnym był dąb. Wśród kultur starożytnych cieszył się szacunkiem tak niepomiernym, że wiązano go tylko z najważniejszymi bóstwami, w tym Zeusem. Działo się tak ze względu na dębową długowieczność i mocną budowę – uosabiał siłę i moc, przymioty wojownika i władcy. Z drugiej strony, w starożytnej Grecji dęby uważano również za drzewa-matki; określano je mianem proterai materes („pierwszymi matkami”). Łączyły więc dęby pierwiastek męski i żeński, podkreślając doskonałość boskiego planu.
Zarówno Grecy, jak i Rzymianie czcili stare okazy dębów jako przybytki bóstw; uważali je także za drzewa-wyrocznie, wykorzystując ich stan do przepowiadania pogody czy urodzaju. W greckiej Dodonie, gdzie znajdowało się sanktuarium Zeusa, wieszczki wróżyły z szumu świętych dębowych liści. Wybitnych rzymskich obywateli koronowano wieńcem z nich splecionym, a razem z girlandami odtwarzano chętnie także na sepulkralnych pomnikach. Dąb nawiązywał bowiem do opieki i błogosławieństwa najwyższego z bogów, ale także przywoływał skojarzenia z wiecznym, odradzającym się życiem. Podobno z dębu szypułkowego wykonany był zresztą Jezusowy krzyż.
Pamięta więc dąb najdawniejsze czasy, ale także wygląda przyszłego życia. Może dlatego tak chętnie wykorzystywano go od zawsze jako roślinę leczniczą, ceniąc właściwości odwaru z jego kory, stosowanej przy rozmaitych dolegliwościach przewodu pokarmowego, a zewnętrznie przy oparzeniach i odmrożeniach. Do dziś w dębowych beczkach leżakuje najzacniejsze wino, z dębowego drewna powstają solidne i trwałe meble. Dąb nadal dzieli się swoją mocą i bogactwem. Jako dom pszczół wytwarzających miód – uważany niegdyś nad Morzem Śródziemnym za pokarm bogów – nadal pełni też swą posługę dla istot niebieskich. Sięga nisko, mierzy wysoko. I skrywa dawne wierzenia wśród swoich gałęzi.
Nazywam się Paulina R. Vårregn. Jestem pół-Polką, pół-Słowaczką, artystką, podróżniczką i… dzikuską. (śmiech)
Jestem malarką i autorką litografii. W tej chwili mieszkam na greckiej wyspie Korfu, jednak wychowałam się w Słowacji. W latach 2007-2013 studiowałam w Akademii Sztuk Pięknych w Bratysławie, a także w Helsinkach na Aalto University.
Podróże…
Jednym z moich ulubionych cytatów są słowa Jonaha Lehrera: We travel because we need to, because the distance and difference are the sacred tonic to creativity (ang. “Podróżujemy, bo musimy, bo odległość i różnice są świętym lekarstwem na kreatywność”). Uwielbiam mój koczowniczy styl życia. Razem z moim chłopakiem mieszkałam w Belgii, na Teneryfie, Krecie, Azorach i na Korfu; wszystkie te krainy dokładnie eksplorowałam. To oczywiście sprawia, że mam wielokulturowe zaplecze, które dla odmiany wpływa na moją pracę artystyczną.
Podróżowanie, mówiąc krótko, po prostu mnie pasjonuje. Interesuję się też filozofią zen i zdrowym stylem życia.
Śródziemnomorze…
Jest dla mnie fragmentem raju. Stanowi kombinację moich ulubionych elementów: pięknych plaż, wspaniałej historii, starych oliwnych gajów i miłych ludzi.
Piękno…
Grecy mają niezwykły zmysł estetyczny. Samo chodzenie po greckich miastach jest dla mnie inspirujące.
Wracam…
Na Krętę do Chanii i jej weneckiej architektury; do pałacu w Knossos, jaskini Hagia Sophia, wioski Aradena. I na plaże Seitan Limania oraz Balos.
Na Korfu lubię wędrówki w okolicy najwyższego szczytu na wyspie, Pantokrator; uwielbiam krystaliczną wodę na plaży Mirtiotissa, gaje oliwne oraz przejażdżki motorówką, podczas których odkrywam ukryte plaże naokoło miejscowości Paleokastritsa.
Moje Korfu…
Odkrywam je tak samo, jak wszystkie inne miejsca – niczym tubylec, unikając punktów obleganych przez turystów. Wybieram ukryte plaże, opuszczone wioski, zrywanie dzikich owoców, dalekie piesze wędrówki przez wyspę, kąpiele w krystalicznie czystej wodzie, posiłki w lokalnych tawernach, odkrywanie lokalnych smaków.
Śródziemnomorze i moja sztuka…
Kraje śródziemnomorskie są oczywiście szalenie inspirujące. Uwielbiam grecką historię starożytną i kulturę minojską, a w szczególności biżuterię, której niezwykle piękne kolekcje znaleźć można w muzeach w Chanii i w Heraklionie.
Być człowiekiem Śródziemnomorza znaczy…
Żyć powoli i cieszyć się tym niezwykłym kawałkiem ziemi!
Lata 70. XX wieku. Mieszkańcy Czechosłowacji – żyjąc w państwie śródlądowym podczas Zimnej Wojny – o wypoczynku nad morzem mogą jedynie pomarzyć. Od najbliższych plaż u brzegów Adriatyku dzieli kraj Austria – stojąca po drugiej stronie konfliktu, z nieprzekraczalnymi, najeżonymi minami granicami. Rozkoszne prezenty od natury – kojący szum fal i nagrzany słońcem piasek – nie są w tych trudnych czasach dane każdemu.
Z takim stanem rzeczy nie potrafi pogodzić się profesor ekonomii Karel Žlábek. W 1975 roku, z pomocą inżynierów z firmy Pragoprojekt, wychodzi do rządu z niezwykłą propozycją połączenia Czechosłowacji z Morzem Śródziemnym.
Projekt „Adriaport” zakłada budowę podziemnego tunelu kolejowego, przebiegającego pod terytorium Austrii i łączącego czeskie Budziejowice z portem Koper u wybrzeży Adriatyku. Ziemia wykopana podczas drążenia tunelu mierzącego ponad 400 km utworzyć ma sztuczną wyspę, Adriaport, która stałaby się gigantycznym obiektem wypoczynkowym. Tunel podreperowałby również gospodarkę kraju, pozwalając na import i eksport śródziemnomorskich dóbr. Plan jest genialny w swojej prostocie, przekonywał Žlábek, rozkładając plansze z planem tunelu przed prezydentem Czechosłowacji, Gustávem Husákiem.
Plany tunelu. Źródło: youtube.com.
Jednak, jak łatwo się domyślić, rząd Czechosłowacji projekt odrzuca. Dzisiaj wiemy, że przeszkodą nie okazała się ówczesna technologia czy błędne szacunki inżynierów. Jak twierdzą współcześni eksperci, budowa tunelu, rozplanowana na 30 lat, była od strony technicznej przedsięwzięciem realnym. Na drodze ku realizacji stanęły jednak wspomniane w oficjalnej odmowie kwestie polityczne, jak choćby znikoma szansa na współpracę ze strony Austrii. Wbrew niepowodzeniu, profesor Žlábek poświęcił Adriaportowi kolejne lata, dopracowując swój utopijny na tamte czasy projekt aż do śmierci w 1984 roku.
Niemal 30 lat później historia Adriaportu odżywa, inspirując artystkę Adelę Babanovą do stworzenia mockumentu (fikcyjnego filmu dokumentalnego) Powrót do Adriaportu. W filmie sztuczna wyspa zostaje przekazana Czechosłowakom do wypróbowania tylko na jedno lato, by zaraz potem zostać zamknięta. Bohaterowie budują fikcyjną narrację – wspomnienie jedynego lata, gdy dane im było mieć „własne” morze. I chociaż mockument jest zazwyczaj gatunkiem humorystycznym, przepełnionym ironią, w Powrocie… czuć głównie melancholię wobec kawałka świata, który nigdy nie istniał.
Kupując bilet lotniczy, warto wspomnieć o idei profesora Žlábka, który uważał, że kawałek śródziemnomorskiego raju należy się każdemu. I z radością z niego korzystać.
Strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych, zgodnie z Polityką prywatności.