Posted on

Nagrody im. L. Staffa wręczone!

W dniu 6 października odbyła się uroczysta gala II edycji Nagrody Literackiej im. Leopolda Staffa. Piękna uroczystość organizowana przez pięknych ludzi. Nagradzająca piękne książki.

Kapituła konkursu przy stole: Paweł Wolski, Janusz Zaorski, Jaceg Cygan, Tessa Capponi, Jolanta Dygul, ja. Spotkanie prowadzi Jarosław Mikołajewski.
Kapituła konkursu przy stole: Paweł Wolski, Janusz Zaorski, Jaceg Cygan, Tessa Capponi, Jolanta Dygul, ja. Spotkanie prowadzi Jarosław Mikołajewski.

 

Janusz Zaorski i Jacek Cygan
Janusz Zaorski i Jacek Cygan.

Konkurs dla publikacji związanych z kulturą włoską powołał do życia Jarosław Mikołajewski, któremu chciałabym ogromnie podziękować za trud włożony w to niezwykłe przedsięwzięcie. Jeszcze bardziej chciałabym zaś podziękować mu za jego ogromną wrażliwość i ciepło, które sprawiają, że spotkania Kapituły są nie tylko wspaniałym przeżyciem intelektualnym, ale także po prostu ludzkim.

 

Jarosław Mikołajewski
Jarosław Mikołajewski.

Kto został uhonorowany nagrodą w tym roku? Oto lista laureatów. To do lektury ich książek zachęcamy Was najgoręcej!

Nagroda In Memoriam
Zofia Ernst, tłumaczka

Rodzina Zofii Ernst odbiera nagrodę In Memoriam.
Rodzina Zofii Ernst odbiera nagrodę In Memoriam.

Nagroda za Dzieło Życia
Prof. Stanisław Widłak, językoznawca

Nagroda za Esej literacki
Ewa Bieńkowska – Historie florenckie (wydawnictwo Zeszyty Literackie)
Dodatkowo: Nagroda Specjalna Centro Studi Famiglia Capponi

Marek Zagańczyk z ZL odbiera nagrodę dla Ewy Bieńkowskiej.
Marek Zagańczyk z ZL odbiera nagrodę dla Ewy Bieńkowskiej.

 

Barbara Toruńczyk, red. nacz. "Zeszytów Literackich"
Elzbieta Jogałła, Barbara Toruńczyk (red. nacz. “Zeszytów Literackich”), Joanna Wajs.

 

 

Nagroda za Esej naukowy
Monika Surma-Gawłowska – Komedia dell’arte (wydawnictwo Universitas)

 

Monika Surma-Gawłowska
Monika Surma-Gawłowska.

 

Nagroda za Przekład Eseju
Elżbieta Jogałła – Claudio Magrisa Daleko, ale od czego? (wydawnictwo Austeria)

Paweł Wolski z książką Claudia Magrisa.
Paweł Wolski z książką Claudia Magrisa.

 

Eżbieta Jogałła
Eżbieta Jogałła.

Nagroda za Przekład opowieści biograficznej
Natalia Mętrak-Ruda – Daria Fo Córka papieża (wydawnictwo Znak)

Miałam przyjemność wygłosić laudację dla Natalii Mętrak-Rudy za jej przekład tekstu Daria Fo.
Miałam przyjemność wygłosić laudację dla Natalii Mętrak-Rudy za jej przekład tekstu Daria Fo.

 

Natalia Mętrak-Ruda
Natalia Mętrak-Ruda.

Nagroda za Przekład Powieści
Katarzyna Skórska – Melanii G. Mazzucco Limbo (wydawnictwo W.A.B.)

Laudację dla Katarzyny Skórskiej odczytała Jolanta Dygul.
Laudację dla Katarzyny Skórskiej odczytała Jolanta Dygul.

 

 

 

 

Katarzyna Skórska z Jarosławem Mikołajewskim.
Katarzyna Skórska z Jarosławem Mikołajewskim.

Nagroda za Przekład Zbioru Wierszy
Joanna Wajs – Vanniego Bianconiego Wymówisz moje imię (Instytut Kultury Miejskiej – słowo obraz/terytoria)

 

Joanna Wajs.
Joanna Wajs.

 

Magda Ujma (Antich'Caffe) z Elżbietą Staff, bratanicą patrona naszego konkursu.
Magda Ujma (Antich’Caffe) i Elżbieta Staff (z lewej) – bratanica patrona naszego konkursu.

 

Nagroda w kategorii Wydarzenie artystyczne roku
Gianfranco Rosi za Film Ogień na morzu (Fuocoammare)

 

Jarosław Mikołajewski próbował połączyć się telefonicznie z doktorem Bartolo z Lampedusy – jego serdecznym przyjacielem i zarazem bohaterem filmu Rosiego.
Jarosław Mikołajewski próbował połączyć się telefonicznie z doktorem Bartolo z Lampedusy – jego serdecznym przyjacielem i zarazem bohaterem filmu Rosiego.

 

Udało się, choć słychać nie było wiele...
Udało się, choć słychać nie było wiele…

 

Rośnie nam kolejne pokolenie miłośników literatury... Na zdjęciu: Paweł Wolski z rodziną.
Rośnie nam kolejne pokolenie miłośników literatury… Na zdjęciu: Paweł Wolski z rodziną.

 

Mam nadzieję, że wybrane przez nas książki dostarczą Wam wielu wzruszeń, zaś wydawców z całej Polski zachęcam do zgłaszania swoich kandydatur do kolejnej edycji konkursu. Następne spotkanie już za rok!

Fot.: Iwona Dziuk (www.iwonadziuk.com)

Posted on

Roquebrune-Cap-Martin

Droga na najładniejszą plażę Lazurowego Wybrzeża wiedzie przez rozczarowanie i desperację. Zaczyna się niepozornie. Kupujesz bilet do Cannes i wyobrażasz sobie wielki splendor, który wkrótce stanie się twoim udziałem. Promenady, owoce morza, jachty, lawenda, sosny alepskie i czyściutki piasek ciągnący się od Nicei do St. Tropez niczym czerwony dywan na słynnym festiwalu. Myślisz, że będziesz jak Zelda Fitzgerald – siorbać mule i żłopać Pastis, w bieli i kapeluszu z obscenicznie wielkim rondem. Luksus wydaje ci się czymś naturalnym i gwarantowanym – w końcu Riwiera Francuska rządzi się własnymi prawami.

Kwadrans w Cannes i nie masz już złudzeń. To nie jest kraj dla biednych ludzi, a stolica europejskiego filmu to najbardziej nieegalitarne miasto świata. Turystów dzieli się tu na kasty i umieszcza w odpowiedniej części miasta. Cannes znane z kolorowych broszur i magazynów podróżniczych jest w rzeczywistości tylko wąskim pasem wytwornych restauracji, luksusowych butikowych hoteli i imponujących, pięciogwiazdkowych molochów z własnym kasynem. Kto nie ma pieniędzy, ten nie ma tu czego szukać. Strategia “zakwateruję się w szesnastoosobowym dormie i zjem bagietę z supermarketu” po prostu nie zadziała, bo gdzie nie pójdziesz, tam noc kosztuje pięćset euro, a w sklepach nie ma bułek, tylko ciuchy od Ralpha Laurena. Jeśli cię nie stać – lądujesz w zapyziałym bezgwiazdkowym hoteliku przy dworcu i pocieszasz się myślą, że wino z Monoprixa wypite na plaży też dostarczyć może niesamowitych doznań.

Widok z Roquebrune Cap-Martin. Fot.: penjelly /Flickr
Widok z Roquebrune Cap-Martin. Fot.: penjelly /Flickr

Plaża nie bez przyczyny jest światełkiem w tunelu. Dostęp do piachu i wody to przecież niezbywalne prawo każdego człowieka, bez względu na zasobność portfela. Plaża z zasady jest demokratyczna. Ale nie na południu Francji. Okazuje się, że tutaj właśnie na plaży najlepiej widać rozwarstwienie społeczne i ekonomiczną segregację. Molochy z kasynami zapewniają swoim gościom prywatny dostęp do morza. Woda jest tu stosownie lazurowa, aura stosownie ekskluzywna. Zupełnie cię nie dziwi, że śmietanka turystyczna pragnie piachu o podwyższonym standardzie. “Płacą tysiące, niech mają!” – kwitujesz wspaniałomyślnie. Po co się naburmuszać, kiedy możesz rozłożyć własny ręczniczek sto metrów dalej. Ale nie! Obok plaż prywatnych powstały kuriozalne twory: plaże ogólnodostępne, ale płatne. Za dwadzieścia euro kupujesz sobie możliwość klapnięcia na piachu tuż przy brzegu. Dorzuć jeszcze piętnastkę, a zyskasz prawo do położenia się na plastikowym leżaku, łokieć w łokieć z łysym panem w kusych kąpielówkach, który, pod pretekstem częstowania cię miętówkami, umili sobie popołudnie zaglądaniem ci w dekolt. Kolejna dycha – i masz już parasol, którym trochę się od pana odgrodzisz. I jeszcze pięć euro na wypożyczenie ręcznika, jeśli akurat nie masz go przy sobie. Słowem, wystarczy pięćdziesiąt euro dziennie, żeby zapewnić sobie dwa metry kwadratowe przestrzeni w miejscu, które powinno być mniej więcej darmowe, bo jest bezinteresownym podarunkiem od magicznego procesu erozji dla całej rasy ludzkiej bez wyjątku.

Plaża publiczna w Cannes istnieje, bo musi; charakteryzuje się zaś tym, że przez pół godziny krążysz wśród skłębionych ciał, by wreszcie klapnąć w miejscu, gdzie piasek robi się syfny i szorstki. Z zachwytu, że udało ci się uniknąć opalania na stojąco, prawie nie zauważasz, że leżysz między śmietnikiem (z którego malowniczo wysypują się plastikowe kubki i opakowania po czipsach), a kopcem z kiepów. “Poczytam książkę i zapomnę o brudzie i smrodzie” – postanawiasz, ale nie dajesz rady, bo co trzy minuty podchodzi do ciebie handlarz, który próbuje ci wcisnąć wszelkie dobra i usługi w rodzaju różowego wina, rozcieńczonego mojito, popcornu, masażu, pareo, tatuażu z henny, mulinowych bransoletek i świecących patyczków w neonowych odcieniach. To właśnie wtedy uświadamiasz sobie, że jesteś w piekle.

Następnego dnia idziesz na stację i kupujesz bilet na regionalny pociąg, który kursuje wzdłuż wybrzeża. Misja? Znaleźć tę upojną riwierę z Rajskiego ogrodu Hemingwaya. Położone zaledwie osiem minut od piekła Juan-les-pins zachwyca spokojem, przyrodą i dostojnymi willami z belle époque, ale plażę ma niemal równie rozczarowującą i rozjazgotaną, co Cannes. Jedziesz dalej. W Nicei masz nadzieję na dużo darmowego piachu. Piach jest, ale rozsiadło się na nim trzy czwarte ludności świata. Jedziesz dalej. Mijasz Monte Carlo i z przerażenia, że zaraz dojedziesz do Włoch, wysiadasz na stacji, której nazwa nie przechodzi ci przez gardło: “Roquebrune-Cap-Martin”.

To niewielkie miasteczko, kiedyś drugi dom Coco Chanel, słynie z długiej i barwnej historii, absurdalnie pięknych widoków, starówki malowniczo wbitej w zbocza Alp i drzewa oliwnego, które rośnie tu od dwóch tysięcy lat. Jednak żadna z tych rzeczy nie może dorównać perspektywie zanurzenia się po samą szyję w morskie fale. Idziesz więc w dół, zupełnie nie wiedząc, czego się spodziewać. Czy u kresu znajdziesz luksusowe lido dla bogaczy, którzy licznie zamieszkują tę okolicę? A może zatłoczone publiczne mikrokąpielisko i budy z goframi? Na plażę (o której istnieniu informują cię prowizoryczne znaki) prowadzą strome, kręte, kamieniste schody. Kluczysz, ślizgasz się, myślisz “umrę, zanim będzie mi dane usmażyć się na riwierze!”. Strużki potu spływają ci po skroniach, brodzie, szyi, a te przeklęte schody zdają się nie mieć końca.

Turkusowa woda w Roquebrune-Cap-Martin. Fot.: Christophe Galinier / Flickr
Turkusowa woda w Roquebrune-Cap-Martin. Fot.: Christophe Galinier / Flickr

Wbrew swoim oczekiwaniom docierasz jednak na plażę. Z wrażenia odbiera ci mowę. W pierwszej kolejności zachwycasz się tym, czego nie ma: sprzedawców mojito, płatnych leżaków, drogich knajp z owocami morza i… ludzi. Tak! Ta malutka plaża w zatoczce, której zdjęcie powinno widnieć w każdej encyklopedii pod hasłem “opalanie na południu Francji”, jest zupełnie pusta. Może to te bezkresne schody, a może fakt, że zamiast na piachu leży się tu na małych kamyczkach; dość, że jest szczyt sezonu, a tutaj błoga cisza i pustka. Woda ma śliczny, zielony kolor. W oddali bieli się imponujący jacht. Wbiegasz do morza, płyniesz przed siebie, a kiedy w końcu zatrzymujesz się i odwracasz, łzy szczęścia napływają ci do oczu. Zbocza Alp, prześlicznie upstrzone różnokolorowymi domkami, łagodnie osuwają się w morskie fale. Czy to nie nad tym połączeniem gór i wody rozpływali się poeci? Powietrze pachnie solą, sosną i spokojem. Już rozumiesz, o co chodziło amerykańskim modernistom, nad czym rozpływał się Picasso, co przyciąga hollywoodzkie gwiazdy i bogów szołbiznesu. Ten luksus to nie kasyna, nie Dom Perignon, to coś zupełnie innego. Nurkujesz w zielonej głębinie, a kiedy się wynurzasz, myślisz: “Gdyby tu był mój dom, to spałabym lepiej, jadła zdrowiej, nosiła wygodniejsze ubrania i chodziła bardziej wyprostowana.”

Powrót do zgiełku Cannes zajmuje ci dziewięćdziesiąt osiem minut. Mokry kostium zrobił ci plamę na tyłku, morski piasek przywarł do ud i łydek. “Czy ja naprawdę spędziłam trzy godziny w pociągu, żeby znaleźć riwierę na riwierze?” – pytasz samą siebie z niedowierzaniem. Odpowiedź nasuwa się sama: “Tak, ale mogłabym to robić codziennie!”. Są bowiem warte każdej podróży: ta morska zieleń, ta pustka, ten spokój.

 

Zdjęcie główne: Cap-Martin, Christophe Galinier/Flickr

Posted on

Nagroda Literacka im. Leopolda Staffa 2016

Już drugi rok miałam wielką przyjemność dyskutować o literaturze z gronem wybitnych znawców kultury włoskiej przy stoliku Antich’ Caffe w Warszawie. Od 2014 roku zbieramy się tam regularnie, by przyjrzeć się wydawanym w Polsce przekładom książek włoskich, a także publikacjom opowiadającym Polakom o Italii. Dzięki inicjatywie Jarosława Mikołajewskiego – poety, dziennikarza, italianisty, byłego dyrektora Instytutu Polskiego w Rzymie – staramy się docenić pracę autorów, tłumaczy i wydawców, którzy przyczyniają się do lepszego poznania kultury Półwyspu Apenińskiego w Polsce.

 

nagroda<
Ten rok obfitował w obrady dość burzliwe – było się nad czym spierać! Do konkursu zgłoszono wiele wspaniałych tytułów, a każdy juror – wśród nich Janusz Zaorski, Tessa Capponi-Borawska, Jacek Cygan, Jolanta Dygul, Paweł Wolski i ja – miał swoich faworytów. O tym, do kogo powędruje Nagroda Literacka im. Leopolda Staffa, będzie można przekonać się już jutro (6 października 2016 roku) o godzinie 19:00 w restauracji Antich’Caffe przy ulicy Wąwozowej 6 w Warszawie.

 

Jedno z finałowych spotkań podczas zeszłorocznej edycji konkursu.
Jedno z finałowych spotkań podczas zeszłorocznej edycji konkursu.

 

W imieniu swoim, pozostałych jurorów i Antich’Caffe zapraszam wszystkich miłośników Włoch i włoskiej literatury do uczestniczenia w uroczystej ceremonii wręczenia nagród; jeszcze bardziej namawiam do przeczytania książek, które brały udział w konkursie. Poniżej znajdziecie kilka tytułów, które wydały mi się najbardziej godne uwagi. Życzę miłej i inspirującej lektury!

 

Dario Fo, Córka papieża, przekład: Natalia Mętrak-Ruda, Znak Horyzont 2015

corka
Renesansowa historia w nowoczesnej i mocno niekonwencjonalnej odsłonie. Opowieść włoskiego noblisty nie wszystkich zachwyci, ale z całą pewnością każdego zaskoczy. Więcej pisałam o niej tutaj: klik.


Claudio Magris, Daleko, ale od czego? Joseph Roth i tradycja Żydów wschodnioeuropejskich, przekład: Elżbieta Jogałła, Austeria 2015

claudio
Esej o wygnaniu autorstwa wybitnego triesteńskiego pisarza, dla którego punktem wyjścia staje się twórczość Josepha Rotha. Opowieść o pamięci, wędrówce i stracie.


Tiziano Terzani, Duchy. Korespondencje z Kambodży, przekład:
Joanna Ugniewska, Anna Osmólska-Mętrak, Joanna Wajs, W.A.B. 2016

duchy
Zbiór tekstów z lat 1972-1994 składający się na smutny obraz Indochin niszczonych przez interesy wielkich mocarstw, jednocześnie zaś historia reportera odkrywającego prawdę, tracącego nadzieję i złudzenia.


Ewa Bieńkowska, Historie florenckie, Fundacja Zeszytów Literackich 2015

historie
Wyjątkowy przewodnik po stolicy Toskanii, którego ramą jest opowieść o wielkiej powodzi w 1966 roku. Wtedy właśnie wielowiekowe dziedzictwo miasta zostało zagrożone na niespotykaną wcześniej skalę. Czy jednak nauczyliśmy się, że Florencja nie jest nam dana raz na zawsze?


Melania G. Mazzucco, Limbo, przekład: Katarzyna Skórska, W.A.B. 2015

limbo
Portret współczesnej kobiety i świata pogrążonego w wojnie; opowieść o dążeniu do realizacji własnych marzeń i o bitwach, które codziennie toczy każdy z nas.


Beatrice Alemagna, Pięciu Nieudanych, przekład: Ewa Nicewicz-Staszowska, Dwie Siostry 2015

pieciu
Poetycka opowieść dla najmłodszych, ukazująca niezwykle ważną, a dziś coraz częściej zapominaną prawdę: nie trzeba być idealnym, aby być wyjątkowym.


Maciej Hen, Solfatara, W.A.B. 2015

solfatara-b-iext43463865
Bez wątpienia jedna z najlepszych polskich powieści historycznych. Mistrzowski styl, szkatułkowa kompozycja, Neapol i uniwersalne ludzkie namiętności.

Posted on

Jak Feniks z fusów. Śródziemnomorskie kawy, które przywrócą Ci chęć do życia

Według optymistów nowe życie zaczyna się codziennie rano. Skąd jednak wziąć energię do tego, by każdego poranka rozpoczynać wszystko od początku? Z odpowiedzią przychodzą nam jak zwykle kraje śródziemnomorskie, gdzie wysokie temperatury i spowolnione tempo codzienności sprawiają, że od czasu do czasu trzeba podnieść sobie ciśnienie. Najlepiej robi to kawa – i to nie tylko w wersji klasycznego, włoskiego espresso. Dzięki niej nawet po krótkiej nocy poczujemy się jak nowo narodzeni…

 

Filiżanka z mlekiem skondensowanym – szykujemy hiszpańska kawę bombón we włoskiej maszynie La Pavoni
Filiżanka z mlekiem skondensowanym – szykujemy hiszpańska kawę bombón we włoskiej maszynie La Pavoni

 

HISZPANIA

cortado:

Hiszpanie chętnie przedłużają sobie trochę swoją szybką chwilę przyjemności, dodając do espresso niewielką ilość gorącego mleka. Jest go trochę więcej niż we włoskim espresso macchiato, kawa staje się więc nie tyle „poplamiona”, co raczej jest skróconą wersją większych napojów kawowo-mlecznych, np. cappuccino, od którego różni się brakiem piany. W Stanach Zjednoczonych na tę ulubioną kawę Hiszpanów mówi się często „Gibraltar”.

Café bombón

café bombón:

Receptura tego słodkiego przysmaku została opracowana w środkowo-wschodniej Hiszpanii (okolice Walencji), dziś jednak jest bardzo popularna w całym kraju. Polega na połączeniu espresso ze słodkim, skondensowanym mlekiem, w stosunku 1 do 1. Chętnie podaje się ją w przezroczystej, szklanej filiżance, aby widać było dwie kontrastujące ze sobą warstwy napoju: czarnej kawy i kremowobiałego mleka.

filizanka Alhambra
Filiżanka Alhambra inspirowana wzorami z Granady jest idealna do picia włoskiego cappuccino albo klasycznej hiszpańskiej café con leche, czyli po prostu kawy z mlekiem. Filiżanki kupić można tutaj

 

TURCJA

kawa z kardamonem:

Turecki specjał, przyrządzany w tradycyjnym naczyniu zwanym ibrik, wyśmienicie smakuje z dodatkiem kardamonu. Do jego przygotowania używamy bardzo drobno zmielonej kawy, do której dodajemy kilka ziaren kardamonu rozgniecionych w moździerzu. Dwie łyżki proszku zalewamy 100 ml zimnej wody i stawiamy na ogniu. Gotujemy przez ok. 2 minuty od momentu, kiedy rozpocznie się wrzenie. Podajemy z dużą ilością cukru w małych, szklanych filiżankach.

Turecki ibryk renomowanej firmy Soy Turkiy dostępny w sklepie Cophi
Turecki ibryk renomowanej firmy Soy Turkiy dostępny w sklepie Cophi


IZRAEL

kawa daktylowa:

Nomadowie podróżujący przez pustynię od wieków używali pestek daktyli, które prażyli, poddawali zmieleniu i zalewali wodą, szykując w ten sposób napój przypominający kawę. Ma on delikatny, słodkawy smak, doskonale łączący się z cukrem i odrobiną mleka. Przez wiele lat nikt nie pamiętał o starożytnym specjale; dziś jednak pewna izraelska firma postanowiła przywrócić modę na ten oryginalny napój. W polskich warunkach możemy także przygotować prawdziwą kawę z dodatkiem daktyli, miksując ich miąższ, gotując w wodzie i dodając cukier oraz mleko w proszku, a na koniec kilka łyżek kawy.

 

Izraelczycy są mistrzami szykowania kawy z daktyli – zarówno z pestek, jak i miąższu
Izraelczycy są mistrzami szykowania kawy z daktyli – zarówno z pestek, jak i miąższu

TUNEZJA

kawa z wodą różaną:

W Afryce Północnej do gorących napojów często dodaje się substancje aromatyczne, na przykład wodę różaną, która nie tylko wspaniale i egzotycznie smakuje, ale także przynosi wiele korzyści naszemu zdrowiu, będąc bogatym źródłem licznych witamin. Warto spróbować dodać pół łyżeczki tego specyfiku do filiżanki kawy; łasuchy mogą także pokusić się o wzbogacenie jej mlekiem i kilkoma kostkami białej czekolady.

Nasz przepis na grecką frappe: zblendować 1.5 łyżki kawy instant i 1.5 filiżanki zimne wody; dodać mleko i cukier
Nasz przepis na grecką frappe: zblendować 1.5 łyżki kawy instant i 1.5 filiżanki zimne wody; dodać mleko i cukier. Fot.: Robert Gourley / Flickr


GRECJA

caffè frappé:

W ciepłe letnie poranki często potrzeba nam nie tylko pobudzenia, ale i orzeźwienia. Doskonała będzie wtedy grecka kawa frappé, czyli kawa instant zalana odrobiną wody z dodatkiem kilku kostek lodu i zmiksowana do uzyskania gęstej piany, którą przelewa się do wysokiej szklanki i uzupełnia wodą.

Tekst ukazał się drukiem w Lente#01.

Posted on

Im prościej, tym smaczniej – przepis z kuchni mojego przyjaciela Orazia

Tak się złożyło, że pasja zupełnie nie śródziemnomorska – capoeira – zaprowadziła mnie do Vicenzy, pięknego włoskiego miasta oddalonego kilkadziesiąt kilometrów od Wenecji. To tutaj, podczas festiwalu kultury afrobrazylijskiej, spotkałam Orazia, jedną z ciekawszych i skromniejszych osób, jakie miałam kiedykolwiek okazję poznać; dziś mojego serdecznego przyjaciela.

Orazio, gdy nie trenuje capoeiry, pracuje jako rehabilitant na basenie, pomagając dzieciom i dorosłym pokonać ograniczenia narzucone przez chorobę. Jest również muzykiem multiinstrumentalistą – gra m.in. na gitarze, kontrabasie i pianinie. Jednak powód, dla którego postanowiłam o nim napisać, przygotowując ten tekst, jest zupełnie niezwiązany z jego pracą. Otóż, podróżując przez włoskie domy, od Mediolanu, przez Rzym, po Neapol, nigdy nie jadłam tak dobrze, jak pod Vicenzą, u Orazia. On sam śmieje się, że, będąc starym kawalerem, do tego stroniącym od mięsa, musiał nauczyć radzić sobie w kuchni.

Jako dużo gorsza kucharka, postanowiłam zapytać go, co przygotowałby na kolację we dwoje  – miałam nadzieję zaskoczyć męża wymyślnym daniem, którego jeszcze nigdy nie próbował. W odpowiedzi mój włoski przyjaciel przysłał mi jednak krótki przepis na… pstrąga z patelni. Na moje zaskoczenie zareagował z typową dla siebie bezpretensjonalnością. – Po co tracić godziny nad garami, skoro najprostsze rzeczy są zawsze najlepsze. I, chociaż być może moja wersja dania nie jest szczególnie fotogeniczna, musicie uwierzyć mi na słowo – banalna w przygotowaniu ryba fantastycznie współgra ze słodyczą podsmażonych pomidorków. Orazio miał rację, a mąż był zachwycony.

ryba Orazia

 

Życząc Wam równie przyjemnych posiłków, dzielę się przepisem:

Pstrąg z patelni z pomidorkami

6 filetów z pstrąga (na zdjęciu prezentujemy rybę w całości, żeby wyglądała bardziej zachęcająco 🙂 )
30 g masła
2 ząbki czosnku
20 pomidorków daktylowych
szczypta suszonego oregano
5 łyżek mąki do obtoczenia ryby
szczypta soli
szczypta czarnego pieprzu

1. Pstrąga obtoczyć w mące, posiekać czosnek, pokroić pomidorki.
2. Rozgrzać masło na patelni, wrzucić czosnek, a po chwili także filety.
3. Smażyć, aż się zarumieni, a następnie odwrócić. Dorzucić pomidorki.
4. Doprawić solą, pieprzem i oregano.

Podawać od razu.

Smacznego!

Posted on

Na pokładzie: 5 Lente-nawyków naszej redakcji

Czy to, jak żyjemy, spójne jest z filozofią, którą propagujemy? Oto pytanie, które dosyć często przewija się w mailach od czytelników i sympatyków naszego magazynu. I bardzo dobrze – prowokuje nas bowiem do uważniejszego przyjrzenia się codzienności, którą same tworzymy, popełniając – jak każdy – rozmaite błędy, ale także odnosząc małe, prywatne zwycięstwa.

Filozofia lente to celebrowanie chwili, uważność, cieszenie się drobnymi gestami; przywiązanie do tradycji, ale także otwartość na Nowe. Niedaleko stąd do narodzonego nad Morzem Śródziemnym trendu slow. I choć wielu uważa go za puste hasło, modę przynoszącą zysk wyłącznie swoim twórcom, my jesteśmy przekonane, że za marketingowym sloganem kryją się wartości, do których warto dążyć.

Nie jest to oczywiście zadanie proste – dlatego, odpowiadając na Wasze listy, podkreślamy często, że lente to cel, do którego zmierzamy, a niekoniecznie stała cecha każdego naszego posunięcia. Coś na kształt drogowskazu, zamysł, zamiar, intencja; często przy tym realizowana metodą małych kroczków. Daleko nam do joginek siedzących na plaży w pozycji kwiatu lotosu! 🙂 Kilka elementów codzienności jest dla nas jednak bardzo istotnych, a nad najważniejszymi z nich spierałyśmy się dziś przy porannej kawie. Oto te, które po jej wypiciu znalazły się na naszej liście.

1) Lubimy ludzi...

…a nie roboty. Oznacza to, że zarówno sobie, jak i innym, dajemy prawo do błędu. Zadajemy pytania, ale nie zawsze znajdujemy na nie odpowiedź. Staramy się dawać z siebie wszystko, ale nie oczekujemy perfekcji, bo wiemy, że takowa nie istnieje. Porzucamy urzędowe formułki i sztywny język, wierząc, że w kontakcie z drugą osobą ważna jest grzeczność, delikatność i wsłuchanie się w jego potrzeby, a nie tylko zachowanie terminów i procedury. Co więcej, najważniejsza jest dla nas nasza przyjaźń. Próbujemy pracować tak, by to ona – a nie zysk czy spełnienie osobistych ambicji – stawiana była na pierwszym miejscu.

Nic nie zastąpi rozmowy z drugim człowiekiem! Wiedzą to panowie, których Julia sfotografowała we włoskiej Pienzy.
Nic nie zastąpi rozmowy z drugim człowiekiem! Wiedzą to panowie, których Julia sfotografowała we włoskiej Pienzy.

2) Staramy się mądrze korzystać z technologii…

… pamiętając przy tym, że dla równowagi trzeba od niej czasem uciec. Nie stronimy od mediów społecznościowych, komputerów, tabletów i wszelkich elektronicznych nowinek, ale długie godziny spędzone na pracy w Internecie rekompensujemy sobie urlopami od wifi i jak najczęstszym luksusem lektury w tradycyjnej formie. Nic nie cieszy nas bardziej, niż pięknie wydana, ciekawa książka – i takie właśnie staramy się przekazywać Wam co kwartał.

dach-2
Świat najpiękniejszy jest…offline. Tutaj – odkryty podczas podróży widok z rzymskiego dachu.

3) Lubimy uczyć się nowych rzeczy….
… bo czujemy się wtedy jak dzieci, które odkrywają świat. Każda z nas uczy się nowego języka obcego (Natalia niderlandzkiego, Marysia portugalskiego, Julia greckiego), a także posiada zupełnie “pozapracowe” hobby niezwiązane z kulturą śródziemnomorską. Wierzymy, że pozwala nam to nie tylko ćwiczyć szare komórki, ale także doceniać czas spędzany na codziennych, rutynowych czynnościach. Ważne bowiem, by od rutyny było gdzie uciekać…

Lubimy uczyć się nowych rzeczy. Niektóre są dla nas takim wyzwaniem, jak chodzenie dla naszych dzieci – i ile z tego radości! Na zdjęciu: Lia Wollner w TAPAS GastoBarze w Warszawie.
Lubimy uczyć się nowych rzeczy. Niektóre są dla nas takim wyzwaniem, jak pierwsze kroki dla małych dzieci – i ile z tego radości! Na zdjęciu: Lia Wollner (młodsza córka Julii) w TAPAS GastroBarze w Warszawie.

 

4) Jemy obiady (!!!)…

…bo wiemy, jak to jest, gdy się ich nie je! I choć punkt ten wydaje się zdecydowanie bardziej konkretny niż pozostałe cztery, byłyśmy stuprocentowo zgodne, że musi znaleźć się na naszej liście. Każda z nas ma za sobą czas, kiedy posiłki spożywała przed ekranem komputera albo… nie spożywała wcale. Każda z nas pamięta też, że prowadzi to nie tylko do kłopotów zdrowotnych, spadku jakości wykonywanej pracy, ale także – przede wszystkim – jest sygnałem świadczącym o czymś więcej: izolacji, wycofaniu, zamknięciu na świat. Posiłek to przecież rozmowa, spotkanie, chwila zatrzymania, kontakt z naturą. Dlatego choćby waliło się i paliło, staramy się teraz codziennie wygospodarować chwilę na zdrowy i pożywny obiad. Czas spędzony w kuchni w domu tej z nas, u której akurat się spotykamy, poświęcamy także na dyskuje, burze mózgów i… żarty. Nie ma nic gorszego, niż ktoś opowiadający o radości życia bez uśmiechu na twarzy. 🙂

Jako że staramy się jeść zdrowo, bardzo gorąco kibicujemy przedsięwzięciu naszych przyjaciół: Czytaj Etykiety, do wsparcia którego namawiamy i Was!

Marysia kupuje nam często warzywa na targu, a marchew serwuje nam z miodem i kolendrą.
Marysia kupuje nam często warzywa na targu, a marchew serwuje z miodem i kolendrą.

 

5) Ekologia jest dla nas ważna…
… i wiemy, jak bardzo istotne są tu drobne, codzienne gesty. Należy do nich chociażby zakręcanie kranu przy myciu zębów (mąż pochodzący ze śródziemnomorskiej pustyni krzyczy za marnowanie wody!) i rozsądne zakupy – może zamiast kolejnej nowej bluzki z papierową metką warto dać drugie życie koszulce ze sklepu z używaną odzieżą? Od jakiegoś czasu z radością wspieramy też fundacje zajmujące się ochroną przyrody i ratowaniem bezdomnych zwierząt: każda z nas wedle własnej preferencji. Zachęcamy Was, byście i Wy poświęcili kwotę równą cenie jednej kawy czy tabliczki czekolady na pomoc zwierzętom, lasom, morzu… Służy to naszej planecie, ale także podnosi poziom endorfin!

paput_10-net
Paput, pies Marysi, trafił do Warszawy dzięki fundacji ZEA. Teraz staramy się ją wspierać, by mogła ratować kolejne zwierzaki. Fot.: Goldenhours

Powiedzcie też, co Wy umieścilibyście na czele swojej lente-listy. Czekamy na Wasze komentarze!

Posted on

Sprawdzone adresy: Popeye i bajkowa wioska na Malcie

Wioska Popeye'a w pełnej krasie. Fot.: Tobias Scheck/Flickr.

Czy słyszeliście o tym, że spożywanie szpinaku powoduje nagły przypływ siły? Dobrze wiedział o tym jeden z najbardziej znanych marynarzy na świecie: dobroduszny, ale słynący z porywczości Popeye. Na pewno doskonale go pamiętacie: ogolona głowa, czapka, tatuaże na rękach i nieodłączna fajka wyróżniały bohatera komiksów i filmów rysunkowych. Pod koniec lat 70-tych fabularną wersję opowieści o marynarzu postanowił nakręcić Robert Altman, powierzając główną rolę Robinowi Williamsowi. Zanim w ruch poszedł filmowy klaps i rozpoczęły się pierwsze zdjęcia, nad pewną malowniczą zatoką pojawili się architekci i ekipa budowlana. Ruszyły prace nad konstruowaniem bajkowej scenografii. Do dziś można ją podziwiać na maltańskim wybrzeżu, a dokładnie w miejscowości Mellieha.

Krystaliczna woda w zatoce przy wiosce Popeye'a. Fot.: spaztacular/Flickr.
Krystaliczna woda w zatoce przy wiosce Popeye’a. Fot.: spaztacular/Flickr.

Po ponad 35 latach od powstania musicalu – film miał formę komedii wypełnionej piosenkami – miejsce to nie straciło nic ze swojego uroku. W sezonie mnożą się tu turyści z różnych zakątków świata. Najwięcej atrakcji czeka oczywiście na najmłodszych podróżników – i to nie tylko tych, którzy lubią szpinak! Tutejsza atmosfera zachwyci każdego. Składa się na nią urok kilkanastu kolorowych domków, place zabaw i wąska zatoka, puentująca swoją barwą niesamowity klimat tego miejsca.

Aktorzy wcielający się w filmowe postaci w parku Popeye Village. Fot. Ploync
Aktorzy wcielający się w filmowe postaci w parku Popeye Village. Fot. Ploync.

Gdy tylko wejdziemy na teren wioski, z miejsca wita nas grupa mimów, odgrywająca zabawne sceny na głównym placu. Zewsząd otaczą nas też niezliczone ilości zabawek i rekwizytów z filmu. W małej sali kinowej, wspólnie z pociechami, możemy obejrzeć animowaną wersję przygód Popeye’a, a także zdjęcia z planu filmowego. To jednak dopiero początek zabawy. Przed nami jeszcze kukiełkowe teatrzyki, konkursy, gry organizowane przez animatorów i wypełnione po brzegi kramy z pamiątkami, wśród których prym wiodą oczywiście te z wizerunkiem głównego bohatera, jego ukochanej Olivii oraz złego Bluto. Zanim wyruszymy na zakupy, warto jednak wspólnie zachwycić się nad miejscowymi cudami natury. Płynąc łodzią wokół zatoki Anchor Bay, podziwiać można piękne jaskinie i groty. Rejs wzdłuż wybrzeża daje też wyjątkową możliwość zobaczenia filmowego skansenu z morskiej perspektywy. Teraz i my możemy poczuć się jak Popeye the sailor man!

Wioska Popeye'a w pełnej krasie. Fot.: Tobias Scheck/Flickr.
Wioska Popeye’a w pełnej krasie. Fot.: Tobias Scheck/Flickr.

Budowa skansenu Popeye Village trwała 7 miesięcy. Ogrom pracy i wysiłek wielu osób włożony w jego powstanie spowodował, że po zakończeniu zdjęć zdecydowano się nie rozbierać scenografii. Zamiast tego w Mellieha stworzono rodzinny kompleks rozrywki, który podczas wakacji na Malcie zdecydowanie warto odwiedzić. Uprzedzamy przy tym: potrzeba naprawdę solidnej porcji szpinaku, by starczyło nam siły na ogrom atrakcji czekających w Anchor Bay!

www.popeyemalta.com

 

Więcej o Malcie przeczytać można w Lente #03.

Posted on

Alain de Botton, Sztuka podróżowania

Najdrobniejszy szczegół podróży, nawet bez wychodzenia z hotelowych czterech ścian, może być powodem do stawiania filozoficznych pytań. W podróży nie liczy się przecież tylko dokąd, ale też dlaczego i jak, a sam wielki Baudelaire w podróż wyruszał “dla samego wyruszenia”.

Jak często dążymy do wybranego celu, za mało rozglądając się po drodze, zbyt mało stawiając pytań otaczającej rzeczywistości i samemu sobie, uzmysławia książka Alaina de Botton Sztuka podróżowania. Tekst ten przeplata wątki współczesne i historyczne; łączy elementy biografii autora oraz przywoływanych artystów. Miesza przestrzenie bliskie i dalekie, rzeczywiste i fikcyjne, tworząc mozaikę esejów ciekawych, zabawnych, ale także skłaniających do refleksji. Oto De Botton – współczesny francuski eseista i „filozof życia codziennego” – wygląda na chmury z okien samolotu: wśród obłoków odnajduje te niczym spod pędzla Poussina i te, które wydają się pochodzić z obrazów Leonarda. W holenderskiej tablicy informacyjnej doszukuje się cech egzotyczności, zaś do ilustracji towarzyszących książce, wśród których przewijają się arcydzieła światowego malarstwa, dołącza zdjęcia własnej sypialni i fotografie z wakacji spędzonych z żoną na Barbadosie. Bawi, intryguje, uczy.

sztuka-podrozowania
 

W Sztuce podróżowania autor porusza temat piękna, sztuki, natury i cywilizacji. Przedstawia krajobrazy, rozprawia o podróżniczej ciekawości i o emocjach odczuwanych w obliczu majestatu natury. Pisze zarówno o antycypowaniu podróży, jak i o powrotach. Do tego szerokiego spektrum zagadnień, podobnie jak do każdej z opisywanych podróży, dobiera niezwykłych przewodników. Znajdziemy wśród nich dawnych malarskich mistrzów, wielkich poetów (wspomnianego Baudelaire’a czy Wordswortha), niestrudzonych podróżników, jak Alexander von Humboldt, wiecznie poszukujących filozofów (Edmund Burke), a nawet postaci biblijne, jak Hiob, w którego towarzystwie udamy się na pustynię Synaj. Zestawienie miejsc i przewodników po nich nie jest przypadkowe, ale też nie zawsze oczywiste: w Amsterdamie na przykład autor rozmyśla o… fascynacji Flauberta Orientem. Literatura sama w sobie otwiera drzwi do podróży pełnych intrygujących pytań i ciekawych zdarzeń.

Obok podróży literatów czy podróży literackich pojawiają się w książce odniesienia do sztuk wizualnych, szczególnie malarstwa, które – jak dowodzi autor – pomaga człowieko rozwinąć umiejętność dostrzegania piękna w krajobrazie. Cyprysy i gaje oliwne Van Gogha otwierają podróżnemu oczy na jedyne w swoim rodzaju, jaskrawe i mocno skontrastowane kolory Prowansji, sprawiając, że niezauważane wcześniej drzewa ukazują mu się w całej swojej wspaniałości. Przewodnikiem po hotelach, pociągowych przedziałach czy stacjach benzynowych będzie z kolei Edward Hopper, nadający tym miejscom wymiar poetycki i melancholijny. Dzięki artystom zaproszonym na karty książki dostrzegamy w otaczającej nas rzeczywistości to, obok czego zwykle przemykamy bezrefleksyjnie i w pośpiechu; pojmujemy, że podróżowanie zamienia się w sztukę dopiero wtedy, gdy stanie się tak samo uważne i niespieszne.

De Botton powtarzaja słusznie za Johnem Ruskinem: Prawdziwą wartość ma myśl i widzenie, a nie tempo. Sztuka podróżowania to umiejętność zwolnienia, zatrzymania się, dostrzeżenia szczegółu; to sztuka patrzenia i stawiania pytań. Posiłkując się przykładami z literatury i sztuki, autor udowadnia przy tym, że, by odbyć podróż, niekoniecznie trzeba opuścić próg swojego domu. Równie dobrze można bowiem podróżować „dookoła własnej sypialni”.

Wyruszamy?

____________________________________
Alain de Botton, Sztuka podróżowania, Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2010

Zdjęcie główne: Vincent Van Gogh, Gaj oliwny, 1889 r.

Posted on

Magazyn Lente #3

coverlente03

Kwartalnik Lente#03 kupisz tylko tutaj: Lente#03.

Dostępny także w zestawie z Lente#02: Zestaw promocyjny.

O powrocie najpiękniej pisał Kawafis, życząc nam, by był długi, pełen przygód i nauk. Wiedział, że powrót sam w sobie jest podróżą; że w tym odcinku drogi, bardziej niż gdziekolwiek indziej, zawiera się mnogość znaczeń i pełnia doświadczenia.

W jesiennym wydaniu „Lente” nawiązujemy do dzieła aleksandryjskiego mistrza. Jak w jego wierszach, wracamy do antyku, do historii, do przeszłości, ale także do prostoty, subtelności, natury i skromności.

czarnogora1

Wspólny rejs rozpoczynamy od surowej ilustracji na okładce, stworzonej przez mieszkającą na Korfu artystkę Paulinę R. Vårregn. Kryją się za nią artykuły bogate i różnorodne, połączone wspólnym mianownikiem: inspiracji do twórczego powrotu. Po drodze zawitamy w dzikiej Czarnogórze, przypominającej o stylu życia, który zdaje się być zapomniany. Udamy się na Maltę, aby podziwiać cuda natury, do których powrót niebawem możliwy będzie tylko we wspomnieniach. Poznamy miasta wykute w śródziemnomorskich skałach, po raz kolejny usłyszymy brawa wśród trybun greckich teatrów i stadionów, a następnie posłuchamy opowieści tych, którzy, wbrew wszystkiemu i wszystkim, wracają ciągle do Ziemi zwanej Świętą. Spędzimy czas z tymi, dla których powrót stał się najważniejszym przyczynkiem do tworzenia: z Małgorzatą Bogdańską, dzięki której poznamy lepiej wybitną włoską aktorkę Giuliettę Masinę; z pewnym hiszpańskim markizem i jego następcami, którzy postanowili odtworzyć w Sewilli dom prefekta Judei; wreszcie z licznymi miłośnikami włoskiego stylu życia, którzy zdecydowali się przenieść swój świat do kamiennych toskańskich murów.

Dom Piłata

Wśród stacji, które wybraliśmy na naszej wspólnej trasie, będzie także gorąca syryjska pustynia, gdzie wsłuchamy się w losy Zenobii, królowej Palmyry; będzie Półwysep Apeniński, gdzie zrodziły się najsłynniejsze projekty dwudziestowiecznego designu, oraz śródziemnomorskie gaje oliwne, z których pochodzi jeden z najwspanialszych południowych wynalazków: mydło. Jak zwykle, śródziemnomorskim bogactwem będziemy cieszyć się także we własnej kuchni, między innymi przyrządzając doskonałe i oryginalne jesienne przetwory.

kuchnia1

Zapraszamy do lektury!

Posted on

O wdzięczności

La reconnaissance de la plupart des hommes n’est qu’une secrète envie de recevoir de plus grands bienfaits.
F. de La Rochefoucauld

Jakże wiele uczy nas Morze Śródziemne.

Stagiryta prowadził swoich uczniów na wysoki klif. Tam tłumaczył im zawiłości wszechświata. Wśród podopiecznych Filozofa był sam Aleksander, zwany później Wielkim. Wraz z nauczycielem wpatrywał się w fale, zostawiając za plecami duszne mury macedońskiej Pelli, pozwalając smagać się ożywiającym ducha wiatrom. Minęło prawie dwa i pół tysiąca lat, a Nasze Morze niezmiennie pozostaje doskonałą akademią. Godną największych, dostępną każdemu.

morzewdziecznosc

Manicheizm regionu każe zachłysnąć się jego bogactwem. Wielorakością prastarych cywilizacji. Niezliczonymi krajobrazami. Nie jednym morzem, ale ich ławicą. Zaraz potem zmusza do pochylenia głowy przed trudami życia: w spiekocie, nędzy, głodzie, suszy. Nie masz jednak soli lepszej, niż dualizm; przypraw ostrzejszych, niż cień w pełnym słońcu. To właśnie on pozwala docenić.

Morze Śródziemne uczy nas historii i geografii, poezji i kunsztu. Jednak najpełniej uczy sztuki doceniania, zwanej także wdzięcznością.

Czym jest wdzięczność? Włoska ri-conoscenza i francuska re-connaissance przypominają: chodzi o ponowne-uświadomienie. Nowe-poznanie. Powrót do czegoś, co już w nas było, co już wiedzieliśmy. Czegoś, co zostało zapomniane, a teraz, jak nowe, wypływa na powierzchnię, pokonawszy odmęty i wysokie fale. Jak włoska gratitudine i hiszpańska gratitud, które przywędrowały, przez morza i lądy, z dalekiego sanskrytu. Słowo gûrta znaczyło w nim tyle, co dobry, przyjemny, podobnie jak późniejsze greckie chartós – miły i wesoły. Jakże im obu etymologicznie blisko do łacińskiej gratitudo.

Gratitudo, która, zaiste, jest przyjemna. To ona jest koniecznym składnikiem radości życia, danej nam przy urodzeniu, a zagubionej nieuważnie gdzieś po drodze. Radości, którą trzeba odnaleźć. Po wtóry – roz-poznać. Zobaczyć-na-nowo. Tym właśnie jest wdzięczność: warunkiem sine qua non, a może wręcz czymś z radością życia tożsamym.

La Rochefoucauld swoim oskarżycielskim tonem zarzuca nam, że wdzięczność jest „tylko” skrywaną nadzieją na więcej. A gdyby tak wcale jej nie ukrywać? Pokorna nadzieja na więcej piękna i radości jest pięknem i radością samą w sobie.

Celebrujmy ją.

Bądźmy wdzięczni.

Warto.

Posted on

Magia antyczna – jak ty mnie, tak ja tobie

Krainy basenu Morza Śródziemnego, zdominowane przez kulturę grecko-rzymską, od zarania dziejów były miejscem rozkwitu magii. Charakteryzował ją uniwersalny język, kod rytuałów i zestaw stosowanych symboli: bez względu na szerokość geograficzną, przez długie stulecia powtarzały się tu imiona demonów i bogów, a także zaklęcia i formuły, które bazowały na tradycjach greckich, wchłaniając jednak mnóstwo lokalnych kultur i wierzeń. Artefakty związane z magią nie tylko przeczą potocznym wyobrażeniom na temat antycznego świata, ale także pokazują, że człowiek pozostaje taki sam od tysiącleci – zmieniają się tylko narzędzia, którymi dysponuje.

W Eseju o człowieku Ernsta Cassirera czytamy, że wiara w magię jest jednym i najwcześniejszych przejawów budzącej się w człowieku wiary w siebie. Przestaje on być zdany na łaskę sił przyrody czy litość Fortuny; odnajduje moc sprawczą. Rytuały magiczne dotyczą więc każdej w zasadzie sfery życia codziennego: od związków miłosnych po sukcesy zawodowe, od ochrony przed kradzieżą czy kataklizmem po zakłady sportowe. Przyglądając się im – chociażby w doskonałej książce Andrzeja Wypustka Magia antyczna (Ossolineum, Wrocław 2001) – trudno oprzeć się wrażeniu, że wyjątkowo często pojawia się w nich idea POWROTU. I to w dosyć szczególnej interpretacji…

Grecka tabliczka złorzecząca z Muzeum Archeologicznego w Bolonii. Źródło: ilfattostorico.
Grecka tabliczka złorzecząca z Muzeum Archeologicznego w Bolonii. Źródło: ilfattostorico.

Starożytny człowiek Śródziemnomorza targany był wieloma intensywnymi emocjami, a ważnym elementem działań magicznych, na które często się decydował, była agresja i chęć odwetu. U ich podłoża leży prosta myśl: niech to, co uczyniłeś złego, wróci do ciebie. Najbardziej typowym wyrazem takiej postawy są tzw. defixiones – metalowe tabliczki złorzeczące, zwykle ołowiane (a więc niepodlegające korozji), z wyrytą modlitwą do bóstwa. Umieszczano je pod ziemią, w zbiornikach wodnych, w grobach, niekiedy w świątyniach – a więc tam, gdzie mogły zostać odczytane przed duchy podziemi. Teksty, które na tabliczkach grawerowano, miały powodować zesłanie różnego rodzaju nieszczęść, głównie chorób, stanowiących zadośćuczynienie za doznane (lub wyimaginowane) krzywdy. Zdarzają się także wersje o wiele prostsze, zawierające tylko imię osoby, w którą wymierzone było zaklęcie, i przebite gwoździem – sporo takich tabliczek znaleziono na przykład na Sycylii i Sardynii, szczególnie w okolicy Olbii.

Reprodukcja tabliczki złorzeczącej z Muzeum Archeologicznego w Bolonii. Źródło: ilfattostorico.
Reprodukcja tabliczki złorzeczącej z Muzeum Archeologicznego w Bolonii. Źródło: ilfattostorico.

 

Defixiones często stanowiły jedyną broń osób słabych i przegranych – niewolników, więźniów, biedaków. Równie chętnie stosowali je jednak także ludzie majętni i wpływowi – aby pokrzyżować plany rywali w interesach czy wziąć odwet na adwersarzach politycznych. Uczeni znaleźli ich setki, bo i historia defixiones jest niezwykle długa: wiemy, że w świecie greckim rozpowszechniły się już w V w. p.n.e. Najmłodsze znaleziska datowane są na VI w. naszej ery – bez przesady można powiedzieć, że stosowano je przez przynajmniej tysiąc lat! Najwięcej tego typu tabliczek pochodzi z Grecji, ale sporo z nich odkryto także w Hiszpanii, Palestynie czy Syrii. We wszystkich tych krainach – a także wielu innych, od Brytanii po Epir, od Cypru po Nubię – defixiones stosowano w podobny sposób. Konsekrowano je za pomocą ziół czy kadzidła, owijano we włosy lub fragment szaty ofiary i składano do ziemi, pod osłoną nocy, daleko od osób postronnych. Często stosowano dodatkowe, prawdziwie makabryczne zabiegi, np. zaszywano tabliczkę w brzuchu żaby czy zdechłego kota. Całość rytuałów bazowała oczywiście na skomplikowanych wzorach zawartych w magicznych księgach, a pisaniem na tabliczkach zajmowały się osoby specjalnie do tego przygotowane, pobierające za swe usługi stosownie wysokie opłaty.

Defixiones, które raz po raz odkrywają śródziemnomorscy archeolodzy, stanowią jeden z wielu dowodów na to, że charakter człowieka nie zmienił się od tysięcy lat. Bez względu na rozwój cywilizacji, pozostajemy gatunkiem impulsywnym, mściwym i trudno wybaczającym. Różnica jest chyba tylko jedna: dzisiaj anonimowo złorzeczymy nie na ołowianych tabliczkach, ale raczej w wirtualnej przestrzeni. Ją także, coraz częściej, wypełniają niebezpieczne demony.

Więcej o powrotach w licznych śródziemnomorskich kontekstach piszemy w Lente #03.

 

_____________

Zdjęcie główne: rzymska mozaika z Antiochii, opatrzona greckim napisem “kai su” czyli “tobie także”. Źródło: Wikipedia.

Posted on

Roma Imperiale i wyprawa do Tivoli

Artykuł z serii: Perfumy pachnące Śródziemnomorzem

Zapachy, podobnie jak książki, opowiadają historie i odkrywają tajemnice. Czynią to językiem innym od powieści, a jednak równie przekonującym, trwale zapadającym w pamięć, grającym na emocjach, a zarazem przekazującym wiele konkretnych informacji. W niniejszej serii przedstawiam wybrane przeze mnie perfumy, które zamknięto we flakonach razem z opowiadanymi przez nie sekretami Śródziemnomorza.

śśródziemnomorskie perfumy

Profumi del Forte: Roma Imperiale

Niszowy, a, co za tym idzie, dość kosztowny zapach Roma Imperiale, tworzony przez luksusową markę rodem z prowincji Lukki, zabiera nas w podróż po przynajmniej dwóch śródziemnomorskich krainach: Toskanii i Lacjum. Gdzieś w tle przewijają się także bliskowschodnie porty i mniej egzotyczne krajobrazy Emilii-Romanii. Wszystko to za sprawą pewnej znamienitej rodziny. Zapach ten przywodzi ją na myśl każdemu, kto odwiedził ich najpiękniejszą włoską posiadłość…

Profumi del Forte Roma Imperiale

Spotkanie z kompozycją Roma Imperiale rozpoczynamy od wiosny w światowej stolicy marmuru – Pietrasancie. Pełno tu różowych i białych kwiatów (kwiatu pomarańczy, tuberozy, jaśminu); słońca przygrzewającego białym światłem i dojrzewających w nim cytrusów, takich jak mandarynka i bergamotka; chłodnego szumu wody w fontannach i zimnych grani kopalni marmurów. W miarę rozwoju zapachu na skórze przenosimy się jednak dalej na południe, do Rzymu. Wbrew nazwie, jest to jednak raczej nie Rzym cesarski, ale renesansowy i barokowy; Rzym eleganckich parków i sąsiadujących z nimi pysznych kościołów. Rzym romantycznych spacerów i procesji, podczas których sypią się płatki kwiatów i pali kadzidło. Do wiosennych, ogrodowych aromatów dołączają akcenty rodem z odległych krain: egzotyczna orchidea, wanilia, drzewo sandałowe, ambra i mech dębowy. Zapach jest bliskoskórny i lekki; zatacza ciągłe kręgi między Toskanią a Rzymem, między chłodem marmuru a ciepłem orientalnych przypraw. Ot, doskonały dla niezdecydowanych.

Tivoli
(galerię zdjęć z Villa D’Este znajdziesz tutaj: klik)

Gdybym miała porównać zapach Roma Imperiale do jednego zakątka Włoch, wybrałabym bez zastanowienia nie sam Rzym, a bliskie mu Tivoli: czarujące miasteczko usytuowane nieopodal Wiecznego Miasta. Sumuje się w nim wiele nut tej kompozycji, a dwa najważniejsze zabytki od wieków prowokują do debaty. Czy piękniej jest w starożytnej posiadłości cesarza Hadriana, czy raczej w willi rodziny D’Este, która do Rzymu przybyła z Ferrary i Modeny? I choć w Roma Imperiale obecne są akcenty rodem z antycznych prowincji Bliskiego Wschodu, to wygrywa tu jednak szesnastowieczny ogród wypełniony drzewami pomarańczowymi, kwitnącymi radośnie wśród nieustającego szumu fontann.

Odwiedzając Tivoli, nie czuje się prawie, że wyruszamy poza granice włoskiej stolicy; można jednak delektować się czystym powietrzem, łagodną sinusoidą zielonych pagórków, lokalnymi przysmakami i okruchami historii ciut innej niż ta, którą skrywają mury Wiecznego Miasta. W sercu miasteczka czeka na nas kompleks uważany od stuleci za la più bella villa italiana, czyli najpiękniejszy włoski ogród, w którym czaruje spektakularne połączenie architektury i sztuki z urokami przyrody.

Willa w Tivoli stanowiła dawniej siedzibę benedyktynów, o czym do dziś przypominają zwiedzającym zacienione krużganki. W szesnastym stuleciu przejął ją szwagier słynnej Lukrecji Borgii, kardynał Hipolit D’Este, który przekształcił skromny budynek w pyszną rezydencję otoczoną parkiem. Zasłynęła ona na cały świat przede wszystkim ze względu na wspaniałe giochi d’acqua – fontanny, baseny, kaskady i sztuczne wodospady, które zresztą uważane są za najbardziej typową cechę każdego ogrodu w stylu włoskim. W parku Hipolita znajduje się ponad 50 fontann, a sieć kanałów liczy sobie prawie 900 metrów. Zasilająca je woda pochodzi z pobliskiej rzeki Aniene. Co ciekawe, ciśnienie wytwarzane jest w sposób całkowicie naturalny, z wykorzystaniem różnicy poziomów w podziemnych korytarzach.

lente-perfume

 

Te imponujące rozwiązania hydrauliczne zaproponował wielki architekt doby manieryzmu, Pirro Logorio, zgodnie z przyświecającą mu maksymą: l’acqua è l’anima del mondo (“woda jest duszą świata”). Najsłynniejszym wyrazem jego geniuszu jest fontanna organowa, znana z pocztówek i okładek przewodników i stanowiąca swoisty cud szesnastowiecznej inżynierii. Ciężar opadającej wody uruchamia instrument wydający dźwięki podobne do muzyki organowej – a wszystko to w otoczeniu szmaragdowozielonych żywopłotów i pięknie pachnących kwiatów, głównie róż i drzewek pomarańczowych, wśród których, jak widać na niejednej fotografii, krążą motyle i pszczoły.

Zapach Roma Imperiale wspaniale oddaje także zacięcie symboliczne, czy wręcz ezoteryczne, którym wykazał się szesnastowieczny architekt. Villa d’Este uważana jest bowiem za przykład tzw. parku filozoficznego. Poprzez jego realizację starano się pokazać, że człowiek, aspirując do szczęścia, jest zawsze podzielony między własne ambicje, akceptację swojego losu i poszukiwanie piękna. Koncepcji tej odpowiadać ma idealna geometria parku, którego alejki, często niespodziewanie urywane i dziwnie krążące, przypominać mają o ciągle obecnym w naszym życiu poczuciu niespełnienia. Podobnie jest z poszczególnymi akordami omawianych perfum – pojawiają się i znikają, zapraszają do spotkania, aby zaraz uciec, skrywając się wśród kolejnych nut. Szczególnie migotliwy wydaje się akord szyprowy, który raz po raz ukazuje się wśród bogatego kwiatowego bukietu.

Podobno kardynał D’Este, dając rozkaz przebudowania dawnego opactwa i otaczających go terenów zielonych, chciał za wszelką cenę przewyższyć starożytnego konkurenta, cesarza Hadriana, którego fascynowała kultura Wschodu. Czy mu się to udało? Trudno powiedzieć, bowiem rozległa Villa Adriana ma charakter zupełnie inny od intymnego, spowitego szumem wody ogrodu Hipolita. Jednak ta ostatnia rezydencja również została wpisana na listę światowego dziedzictwa Unesco.

I nic dziwnego – jest w niej coś zupełnie magicznego. Pachnące kwiaty, krople migoczące w gorącym włoskim słońcu, labirynt zieleni, a wszystko to otulone delikatną muzyką dokazującej wesoło wody. I zapachem, który pewna toskańska firma zamknęła w prostej, szklanej butelce.

 

Więcej o śródziemnomorskich zapachach przeczytać można w Lente#02.

Posted on

Zupa z pistacjowej wyspy

Pochodzące z pogranicza Azji Środkowej i Azji Mniejszej drzewo pistacjowe należy do jednych z najstarszych kwitnących drzew orzechowych. Według historyków ludzie jedzą orzechy pistacjowe od co najmniej 7 000 lat, a najstarsza wzmianka o pistacjach pochodzi, jak to często nad Morzem Śródziemnym bywa, ze Starego Testamentu. Gatunek ten nie występuje wprawdzie naturalnie w Izraelu, jednak był tu uprawiany już w czasach biblijnych. Dziś, obok Bliskiego Wschodu, przede wszystkim Syrii i Turcji, do głównych rejonów uprawy należy też Afganistan, Iran, Irak, a nawet Stany Zjednoczone. W Europie natomiast największe plantacje znajdują się w Grecji, na wyspie Egina.

W Helladzie pistacja obdarzona jest szczególnym szacunkiem i kulinarną miłością. Według oficjalnych źródeł w kraju tym konsumuje się rocznie aż 10 000 ton pistacji, pochodzącej właśnie z Eginy. Nie dziwi więc fakt, że wyspę co rok odwiedzają tłumy turystów szukających kulinarnych wrażeń i pragnących skosztować orzeszków uważanych za największe w Europie oraz najsmaczniejsze na świecie.

Orzechy pistacjowe, jak na coś bardzo kochanego przystało, mają w kalendarzu swoje własne święta. Obchodzą je dwa razy w roku: 26 lutego w Międzynarodowy Dzień Pistacji oraz we wrześniu, kiedy na Eginie trwa ich kilkudniowy festiwal, Fistiki Fest, pełen ciekawych atrakcji: koncertów, wystaw, wykładów, wspólnych prób bicia rekordów Guinnessa. Święto Pistacji – w tym roku przypadające na dni 15-18.09 – to także okazja do prezentacji barwnego miejscowego folkloru. Wśród ponad 20 000 turystów odwiedzających imprezę i spragnionych pistacjowych wrażeń największą popularnością cieszą się spotkania okołokulinarne, bowiem na wyspie zjawiają się wówczas najwięksi szefowie kuchni, chętni do prezentowania swoich nowych receptur i pomysłów.

Orzechy pistacjowe spożywa się na różne sposoby. Na słodko: z cukrem, w miodzie, w czekoladzie, ale również jako dodatek lub składnik dań wytrawnych charakterystycznych dla regionu. Warto podkreślić, że pistacja sprawdza się nie tylko w deserach – jej piękna zielona barwa rozweseli i ozdobi również każde inne danie.

Jeśli nie mamy możliwości wybrać się na kolorowy jarmark na wyspę Egina, warto zorganizować święto pistacji w swojej kuchni. Sprawdzi się wtedy przepis na wyjątkową zupę. Jest to potrawa prosta w przygotowaniu, bardzo sycąca i zdrowa: orzechy pistacjowe są mało kaloryczne, za to bogate w mikroelementy, białko, błonnik i witaminy. Ich smak przenosi nas natomiast prosto nad Morze Śródziemne.

Zupa pistacjowa (fot. Alicja Rokicka/Wegan Nerd)
Zupa pistacjowa (fot. Alicja Rokicka/Wegan Nerd)

Składniki:

6 nitek szafranu
200 g niesolonych obranych orzechów pistacjowych
2-3 szalotki lub małe cebulki
mały kawałek imbiru
2 łyżeczki kuminu
1 l bulionu z warzyw
sok z 2 pomarańczy (około 100 ml)
1 łyżka soku z cytryny
sól
pieprz
3 łyżki oleju

Przygotowanie:

Szafran zalej 2 łyżkami wrzącej wody i pozostaw na 30 minut. Obierz skórkę z pistacji (najlepiej zalać je wrzącą wodą i sparzyć, a dopiero następnie obrać – skórka nie schodzi tak łatwo jak np. z migdałów, ale wysiłek się opłaci!). Rozgrzej piekarnik do 180 stopni. Przenieś pistacje na blaszkę i wstaw do piekarnika na około 5 minut. Możesz też podprażyć namoczone pistacje na suchej patelni. Trzymaj je na małym palniku i mieszaj od czasu do czasu przez około 10 minut.

W garnku rozgrzej olej. Dodaj drobno posiekane cebulki, imbir i kumin. Smaż i mieszaj 10 minut. Dodaj bulion oraz połowę szafranowego naparu. Gotuj chwilę. Następnie odlej około 1 chochli zupy i dodaj do niej pistacje. Zmiksuj pistacje z wywarem na gładką masę. Wlej masę do reszty zupy.

Teraz dodaj sok z cytryny oraz sok z pomarańczy. Sok z pomarańczy jest tu kluczowy! Dzięki niemu zupa nabiera pięknego zapachu oraz oryginalnego smaku. Dopraw zupę solą i pieprzem. Podawaj z pistacjami i ziołami. Skrop delikatnie pozostałym szafranowym naparem. Jedz na gorąco lub w formie chłodnika.

Posted on

Palazzo Mocenigo – weneckie królestwo perfum

Palazzo Mocenigo, jak większość weneckich pałaców, niczym klocek w układance mieści się idealnie pomiędzy kamienicą z prawej a kamienicą z lewej. Wejście łatwo byłoby przegapić, gdyby nie woń dobywająca się zza uchylonych drewnianych drzwi, nie pozwalająca pomylić tego miejsca z żadnym innym muzeum w Wenecji.

perfuma2

Z biletem w kieszeni daję się najpierw wciągnąć ekspozycji w hallu na parterze, gdzie w eleganckich gablotkach pysznią się małe szklane dzieła sztuki. To wystawa czasowa Dialoghi inediti tra vetro e profumo (“Niepublikowane rozmowy między szkłem a perfumami”), skupiająca się na sztuce oprawy zapachu, czyli flakonach, flakonikach i rozmaitych buteleczkach. Filigranowe naczynka i całkiem spore flaszeczki zdobne są dodatkowo w elementy wykonane z metalu lub drogocennych kamieni. Czasem umieszcza się je w specjalnych pojemnikach – przykładem może być chociażby unikatowa szkatułka na dwie buteleczki z lat ’20 XX wieku.

Wystawa nie bez powodu gości właśnie w tutaj, w miejscu słynącym zarówno z produkcji szkła, jak i luksusowych aromatów. Specjalnie na tę okazję mistrzowie z Murano zaprojektowali 12 flakonów dla 12 nowych zapachów, dopisując najnowszy rozdział historii weneckiego perfumiarstwa.

perfuma

Tymczasem stała ekspozycja historii weneckich perfum znajduje się w kilku niedużych pomieszczeniach na piętrze. We wszystkich albo brakuje okien, albo zasłonięto je szczelnie grubymi kotarami; wypełnia je duszny, trudny do określenia zapach z nutą zabytkowych mebli. W jednym z nich obejrzeć można warsztat dawnego perfumiarza (profesja ta wywodzi się z zawodu rękawicznika, o czym przeczytacie więcej w Lente #02): księgi, rozmaite naczynia, aparaturę służąca do destylacji, a wszystko obrazowo rozłożone na wielkim stole, odgrodzone sznurem i okolone dużą ilością szklanych butli, przywodzących na myśl starą aptekę.

perfumy
 

W kolejnych salach czeka na nas jeszcze trochę przepięknych flakoników na perfumy, pochodzących z kolekcji rodziny Storp, podobnie jak eksponaty z wystawy czasowej. Jest to jeden z największych i najważniejszych na świecie zbiorów tego typu, wystawiony przy tym po raz pierwszy publicznie – oczywiście tylko w części, gdyż całość liczy sobie ponad 3000 buteleczek.Poza tym obszernie prezentowane są rozmaite ziarna, zioła, przyprawy i inne aromatyczne roślinne źródła zapachów – niestety wszystkie ususzono już na tyle dawno, że trudno doszukiwać się tu jakiejkolwiek woni. Mamy też rzadkie eksponaty pochodzenia zwierzęcego, niezwykle cenione już od starożytności: ambrę (wydzielinę z układu pokarmowego kaszalota) i gruczoł piżmowca.

Zupełnie inna wydaje się ekzpozycja zebrana w ostatniej sali. Na przezroczystym szklanym blacie – szklane przezroczyste flakony, a w nich specyfiki ilustrujące różne nuty zapachowe, podzielone na rodziny i opisane w ustawionych między nimi tabletach. W przeciwieństwie do poprzednich wnętrz, nagle robi się tu czysto, przewiewnie i nowocześnie. Jest interakcja, bo flakony można otworzyć i powąchać ich zawartość; jest też dużo informacji podanych w wygodnej, elektronicznej formie.

perfuma5

Najciekawszy chyba element wystawy stanowi mapa z oznaczonymi szlakami morskimi, tzw. mude, łączącymi Wenecję z portami, w których prowadziła ona wymianę handlową: od Morza Czarnego, przez Śródziemne, aż po Wyspy Brytyjskie. To właśnie te regularne kontakty (statki z Wenecji wypływały na wiosnę i wracały na jesieni, stąd nazwa: muta – muda – okresowo zrzucana przez niektóre zwierzęta wylinka) i dostęp do surowców drogich i niełatwych do zdobycia sprawiły, że Serenissima była jednym z wiodących wytwórców perfum. Obok map, w otwieranych pojemnikach, leżą białe bryłki perfum uzyskiwanych z typowych dla danego regionu surowców – po jednej kompozycji dla każdego szlaku. I tak na przykład, Muda di Siria prowadziła na Cypr i Wybrzeże Libanu, skąd sprowadzano labdanum (żywicę z roślin rodzaju czystek), wiśnię wonną (prunus mahaleb), żywicę balsamiczną (styrax), różę rdzawą, drzewo balsamowca i szafran; Muda di Barbaria z rejonu Maroka i południowej Hiszpanii pozwalała przywozić cząber, ziele nostrzyka żółtego, terpentynę, rozmaryn, kwiat pomarańczy i drzewo białego sandałowca. Od samego bogactwa nazw może się zakręcić w głowie, a co dopiero od wąchania! Sprawdziwszy olfaktoryczne walory wszystkich mieszanek, uznałam, że choć zapachom tym brak lekkości, to budzą one przyjemne, egzotyczne skojarzenia, przywodzące na myśl współczesne sklepy indyjskie i znaną z nich intensywną, drzewno-kadzidlaną woń.

IMG_5951

Palazzo Mocenigo zdecydowanie warto odwiedzić, chociaż tradycyjna forma ekspozycji nie pozwala w pełni cieszyć się przyjemnością, jaką mogłoby być obcowanie z tak zmysłowym dziełem sztuki, jak perfumy. Wynagrodzą to jednak piękne pałacowe wnętrza, które, wraz z prezentowanymi w nich strojami, umeblowaniem i zapachami, dają razem spójny obraz świeckiego przepychu Serenissimy. Ponadto, muzeum dba o edukację zwiedzających poprzez sporą ilość interesujących informacji na ekranach dotykowych: pozwala na przykład przejrzeć cyfrową wersję szesnastowiecznego kompendium Notandissimi segreti dell’ arte profumatoria („Najważniejsze sekrety sztuki perfumiarskiej”), zawierającego dziesiątki tradycyjnych receptur. Kto wie, może okażą się bardziej kuszące od pachnideł w nowoczesnych drogeriach?

 

Museo di Palazzo Mocenigo, Santa Croce 1992, 30135 Wenecja

_____________________________________________

Polecamy także artykuł Julii Wollner o najlepszych adresach w światowej stolicy perfum – Grasse (klik).

Posted on

Sándor Márai, W podróży

Ileż przyjaźni nie wytrzymało próby wspólnego podróżowania, ileż związków rozpadło się po dalszych i bliższych wojażach, podczas których nie tylko odkrywało się nowe zakątki świata, ale także bolesne prawdy o towarzyszach drogi? Wędrówka z nimi ukazywała nam w nowym świetle ich cechy dobre i złe, weryfikowała postawy, sprawdzała więzi. Mało który kompan wychodzi z tej próby zwycięsko, a już na pewno nie z klasą porównywalną do Sándora Máraiego. 

MARAI RZYM

Autor ten – węgierski mistrz słowa, które toczy się lekko i dźwięcznie pod jego dyktando – potwierdza w tej podróży swój niezwykły talent: dar tworzenia melodyjnej frazy, umiejętność spojrzenia głęboko w ludzkie serce. Ukazuje się jednak także z innej strony: jako dziennikarz piszący zwięźle i syntetycznie, jednak nie bez poetyckiego zachwytu nad detalem, a przede wszystkim jako człowiek nie stroniący w swych pismach od całkiem pokaźnej dozy humoru, której nie uświadczymy w późniejszych tekstach. Ironia, z jaką opisuje chociażby Wenecję, jest właśnie tą cechą, której nie spodziewaliśmy się u Máraiego odnaleźć – tym bardziej więc zadziwia nas i, jednocześnie, serdecznie raduje.

Książka W podróży opublikowana w Polsce przez Zeszyty Literackie jest zbiorem pięćdziesięciu szkiców i reportaży, które Márai spisał w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku; jeden tekst pochodzi z roku 1941, a więc już z czasów wojny. Podróżował – i pisał – po Europie i Bliskim Wschodzie; sporo czasu spędził nad Morzem Śródziemnym, w tym we Włoszech, w Grecji i na Południu Francji. Ukazuje je w sposób realistyczny, z żurnalistycznym zacięciem, a jednak w każdym akapicie kryje się tu refleksja, zaproszenie do zadumy nad światem, w którym nic nie jest takie, jakie mogłoby się zdawać. To chyba zresztą immanentna cecha pisarstwa Máraiego – ta sprzeczność między pozorem a istotą, jak pisze jego nierównana tłumaczka Teresa Worowska, podkreślając, że lektura pism węgierskiego autora zostawia nas w przekonaniu, że niczego właściwie nie sposób poznać do końca. 

Marai

Márai podróżuje tak, jak robi to dziś mało kto. Stwierdzenie to nie nawiązuje jedynie do słynnego cytatu, który znajdziemy w każdej prawie recenzji tej książki i który brzmi: dawny podróżnik obserwował, słuchał, widział i zapamiętywał. My już tylko jeździmy. Niedzisiejszość jego nastawiena tkwi raczej w nieformułowaniu wniosków zamiast iw ch głoszeniu; w rachunku sumienia zamiast w ocenianiu. Przede wszystkim zaś w skupieniu na człowieku ­– tym, którym jest on sam, i tym, który przychodzi. To spotkanie z nim jest dla niego kwintesencją podróży.

Jej celem, miarą i najważniejszym wspomnieniem.

O tym, jak zatrzymać na dłużej radość z odbytych podróży, przeczytać można w moim e-booku, dostępnym tutaj: klik.

Posted on

Nasze propozycje na koniec lata. Julia Wollner opowiada o powrotach

Ostatni piątek zachwycał piękną pogodą, więc nasza trzyosobowa ekipa opuściła na kilka godzin cztery ściany i wybrała się na plażę nad Wisłą. Cóż, czasami rzeka musi zastąpić morze! Siedząc na piasku, postanowiłyśmy nagrać dla Was komórką spontaniczny filmik – mamy nadzieję, że przymkniecie oko na techniczne niedociągnięcia! Julia Wollner opowiada w nim o najnowszym wydaniu “Lente” i wyjaśnia, dlaczego na temat przewodni tej edycji wybrałyśmy powroty.  Nasza rednaczka wyjawia też, jak narodził się pomysł na pierwszego lentkowego e-booka. Miłego oglądania!

Przypominamy, że w naszym sklepie internetowym znajdziecie teraz jesienne nowości:
⚓️ nowy numer magazynu-albumu Lente#03 (goo.gl/pKnnvj), także w zestawie promocyjnym z Lente#02 (goo.gl/g7VODN)
⚓️ limitowaną edycję Śródziemnomorskiej Paczki#03 (goo.gl/azgzNT) – dostępną tylko do 16.09.2016!
⚓️e-book Julii Wollner “Wakacje przez cały rok – sprawdzone sposoby na to, jak zatrzymać radość podróży na dłużej” goo.gl/zUCEby .

 

Posted on

Tel Awiw: Shuk Levinsky, tahini i ciasteczka chałwowe

Izrael, ojczyzna mojego męża, jest państwem wyznaniowym. Nie, nie o religii Abrahama chciałam… W życiu mieszkańców tego zakątka świata, także tych, którzy uważają się za ateistów, jest miejsce jeszcze na inny kult. Nosi on nazwę tahini.

Tahini, w języku mojego ślubnego: טחינה, (czyt. t’hina), to nic innego, jak pasta sezamowa. Nie da się bez niej przyrządzić hummusu, który jest istotnym filarem wspomnianej religii. Dla mnie, nieuleczalnego łasucha, jest jednak t’hina składnikiem jeszcze ważniejszego smakołyku: chałwy.
Podczas każdego pobytu w Ziemi Świętej oddaję się rytuałowi polegającemu na wyprawie na targ: słynny Shuk Ha’Karmel w Tel Awiwie (gdzie kupić można dosłownie wszystko, od ładowarek do telefonów po najpiękniejsze arbuzy, jakie w życiu wdzieliście), lub, jeszcze chętniej, Shuk Levinsky.

Za shuktlv.co.il
Za shuktlv.co.il

Ten biegnący od rogu ulicy HaAliya bazar ro prawdziwy raj dla tych, którzy świat pojmują głównie nosem lub odczuwają przez pryzmat podniebienia. Niespotykana gdzie indziej różnorodność przypraw, bakalii, ziół i innych smakowitych, a zarazem aromatycznych towarów co wrażliwszych przyprawia o zawrót głowy. Jak na rauszu krąży się więc między straganami z oliwkami czy śródziemnomorskimi ziołami, popija świeżo wyciskany sok z granatu i pogryza kandyzowane owoce.

Levinsky_market_in_Tel_Aviv

Ja, koniec końców, dotrzeć muszę zawsze do stoiska z chałwą. Skosztować można niezliczonej ilości rodzajów: z orzechami, czekoladą, kawą, na słodko, słono, z mniejszą lub większą ilością sezamu. Mniej lub bardziej kalorycznie – choć zwykle jednak bardziej!, ale zawsze pysznie. Większość zawartości zawiniątka, z którym opuszczam bazar, znika jeszcze w autobusie; resztki z nabożną uwagą konsumuję po kolacji lub, jeszcze chętniej, rano, rozpuszczone w gorącej kawie z mlekiem. Ta ostatnia pychota jest zresztą flagowym, a przy tym chyba najczęściej kupowanym napojem w warszawskiej kawiarni mojego męża, Cophi.

W Polsce, kiedy robi mi się tęskno za śródziemnomorskimi targami, wypełnionymi ciepłym aromatem i krzykami jowialnych sprzedawców, namawiam męża na spędzenie kilku minut w kuchni, gdzie na bazie chałwy – czyli po prostu cukru i t’hiny – w parę chwil wyczarowuje dla mnie najwspanialszy, a zarazem najprostszy smakołyk świata: ciasteczka chałwowe.

Przepis na ten orientalny specjał wyszperała gdzieś kiedyś moja szwagierka. Strzegła go zazdrośnie przez lata, dzieląc się nim tylko z najbliższymi. Jednak w zeszłym roku, po naszym długim błaganiu, pozwoliła mu pójść świat: mój mąż opisał go w magazynie “Kukbuk”, gdzie w poprzednie wakacje pojawiła się spora publikacja na temat jego kawowej działalności. Myślę więc, że nie zostanę wykluczona z familii, jeśli przedstawię go dzisiaj tutaj… 🙂

kukbukinside

CIASTECZKA CHAŁWOWE

składniki na 30 sztuk:
1 szklanka pasty sezamowej tahini
200 g masła
3 szklanki mąki
10 g proszku do pieczenia
1 szklanka cukru

Czas przygotowania do pieczenia: ok. 10 minut.

Uwaga: istnieje niebezpieczeństwo zjedzenia wszystkiego jeszcze przed włożeniem do piekarnika!

torebkazciastkami

 

Po dokładnym wymieszaniu pasty, łączymy wszystkie składniki aż do uzyskania konsystencji marcepanu. Formujemy z niej niewielkie kulki, a następnie spłaszczamy je do grubości ok. półtora centymetra. Układamy na blasze do pieczenia po uprzednim wyłożeniu jej papierem i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 180 stopni. Pieczemy przez 20 minut (powinny się zarumienić). Przed podaniem – studzimy.

Potem zaś – hulaj dusza, piekła nie ma! Na pewno jednak istnieje niebo!

________________

Shuk Levinsky / Levinsky Market, Levinsky/HaAliya str., Tel Awiw

Cophi, ul. Hoża 58/60 przy skrzyżowaniu z Poznańską, 00-682 Warszawa