Posted on

Lektura pełna Światła: zimowe Lente#04

Gdy za oknem ciemność i chłód, przenieś się z nami do rejonu świata, który jak mało kto ukochał sobie piękno i radość życia, który dał wspaniały początek całej naszej cywilizacji, a jednocześnie potrafi cieszyć się tym, co małe – codziennością i prostymi gestami. Zachwycające cechy śródziemnomorskiego krajobrazu – tak kulturowego, jak i rozumianego dosłownie, w sensie geograficznym – zanurzone są w jasnym, intensywnym i zawsze obecnym świetle. Świetle, które jest także synonimem życia, ducha, mądrości i inspiracji.

2coverlente04

W zimowej edycji „Lente” wyruszamy na poszukiwanie Światła – najważniejszego rzeczownika w naszym osobistym słowniku.

Na 136 stronach naszego pięknie wydanego albumu zabierzemy Cię w podróż w stronę słońca. Spacerować będziemy brzegiem morza na Costa de la Luz, czyli hiszpańskim Wybrzeżu Światła, odwiedzimy pachnącą różami wyspę Heliosa – Rodos, a całą rodzinę porwiemy na radosną wycieczkę do grudniowego Izraela. Swoje szklane tajemnice odkryje przed nami Serenissima, czyli świetlista Wenecja, a następnie dowiemy się, jak w starożytnej Grecji niesiony był kaganek oświaty. Przyjrzymy się losom “poety Morza Egejskiego”, Odisseasa Elitisa; opowiemy historię wybitnych włoskich operatorów filmowych i pokażemy, jak genialni włoscy designerzy ujarzmili światło. Zawitamy też do wypełnionych słońcem miast: portugalskiej Lizbony i włoskiego Lecce. Odwiedzimy strzeliste, hiszpańskie katedry, wśród fal szukać będziemy blasku słynnej aleksandryjskiej latarni, zaś w domowym zaciszu delektować będziemy się pełną ciepła historią śródziemnomorskich świec. W kuchni przyrządzimy wspólnie zimowe specjały, w tym śródziemnomorskie świąteczne ciasta, a ciesząc się ich smakiem, błądzić będziemy po oliwnych gajach naszego ukochanego regionu (więcej o tej edycji albumu: tutaj).

Serdecznie zapraszamy do lektury!

Lente#04 zakupić można tutaj.

Posted on

Boże Narodzenie po hiszpańsku

Adwent i Boże Narodzenie to chyba najpiękniejszy czas w roku. U nas nierzadko biały i mroźny, nad Morzem Śródziemnym – cieplejszy i łagodny. Bez wzgledu na szerokość geograficzną i temperaturę za oknem, pozostaje jednak okresem oczekiwania, celebracji, nadziei na Nowe. Okresem radości z nadchodzącej Dobrej Nowiny. Od wieków jest także, a może przede wszystkim, świętem Światła. Światła symbolizującego Prawdę i Dobro, które wspólne są wszystkim ludziom, niezależnie od pochodzenia.  

Przed wiekami obchodzono w grudniu święto Sol Invictus – niezwyciężonego słońca. Tak, jak ono, powędrujmy i my: brzegiem Morza Śródziemnego, z kraju do kraju, przyglądając się bożonarodzeniowym zwyczajom różnych państw. 

Dziś zapraszamy Was do Hiszpanii.

Dekoracje świąteczne w Barcelonie. Fot.: Gosia Villatoro
Dekoracje świąteczne w Barcelonie. Fot.: Gosia Villatoro

Fakt, że Boże Narodzenie to czas szczęścia i powodzenia, lubią Hiszpanie podkreślać udziałem w wielkiej świątecznej loterii El Gordo, odbywającej się 22 grudnia. Zwycięskie liczby podawane są do publicznej wiadomości śpiewem w wykonaniu dzieci ze szkoły dla sierot w Madrycie. Śpiew towarzyszy także licznym paradom organizowanym na ulicach. Większość z nich odbywa się w Wigilię, kiedy to miasta rozbrzmiewają tradycyjną muzyką ludową, a ich mieszkańcy przywdziewają ludowe stroje. Te barwne pochody kończą się przy miejscowej stajence (belén), skąd wraca się do domu na uroczystą i wcale nie postną wieczerzę. W niektórych miejscowościach rolę polskiego opłatka pełni podczas niej smakowita… chałwa.

Dekoracje świąteczne w Barcelonie. Fot.: Gosia Villatoro
Dekoracje świąteczne w Barcelonie. Fot.: Gosia Villatoro

W części Hiszpanii 24 grudnia pojawiają się prezenty, choć zwykle czeka się z nimi do 6 stycznia. W Katalonii podarunki przekazuje w Wigilię tzw. el tió – pieniek drzewa przykryty kocem, który uderza się kijem, aby otrzymać jakiś drobiazg.
Podczas Bożego Narodzenia hiszpańskie rodziny zajadają się ciasteczkami pestiños, które pochodzą z południa kraju, a konkretnie z Andaluzji, i które możecie wypróbować, korzystając z naszego przepisu. Przygotowuje się je zarówno w Wielkim Poście, szczególnie w Wielkim Tygodniu, jak i na Boże Narodzenie. Miejscowości takie, jak Kadyks czy Rota uważają je za przysmak typowo gwiazdkowy; w niektórych miastach jednak jest to także popularny deser jesienny, spożywany w okolicy Wszystkich Świętych. Mówi się, że przepisów na pestiños jest tyle, ile hiszpańskich gospodyń domowych. Niektóre z nich dodają do ciasta ziarna anyżu lub spore ilości sezamu, inne posypują cukrem. Według części z nich są to słodycze pochodzące z Sewilli; inne twierdzą, że pestiños narodziły się w Kordobie. Bardzo popularne są też w Maladze, gdzie nazywa się je borrachuelos.

Feliz Navidad!

 

Hiszpania na święta

Pestiños

składniki na ok. 15 ciastek

250 g mąki chlebowej
3 g świeżych drożdży
1 łyżeczka cynamonu
125 ml białego wytrawnego wina
1 łyżeczka ziaren anyżu
szczypta soli
skórka otarta z 1/2 cytryny lub pomarańczy
400 ml oliwy
3 goździki
skórka z 1 cytryny
skórka z 1 pomarańczy
ziarna anyżu
120 ml miodu
120 ml wody

 Podgrzewamy oliwę w garnku lub rondelku; dodajemy do niej skórkę z cytryny oraz skórkę z pomarańczy i smażymy przez około 5 minut. Następnie dodajemy  goździki oraz niewielką ilość anyżu i smażymy przez kolejne 5 minut. Zdejmujemy garnek z ognia i odstawiamy do wystygnięcia. Gdy oliwa będzie zimna, przelewamy ją przez sitko, aby usunąć skórki i ziarna.

Do miski wsypujemy mąkę. Dodajemy rozdrobnione drożdże, cynamon, sól, ziarna anyżu i skórkę otartą z 1/2 cytryny lub pomarańczy. Mieszamy, a następnie dodajemy wino oraz 40 ml ostudzonej aromatyzowanej oliwy. Wyrabiamy ciasto (powinno stać na gładkie i elastyczne). Masę przekładamy do miski, którą nakrywamy lekko wilgotną ściereczką i odstawiamy na 30 minut. Po upływie pół godziny masę należy rozwałkować na grubość około 2 mm i wycinać prostokąty. Ich przeciwległe końce łączymy. Na patelni rozgrzewamy pozostałą oliwę i rozpoczynamy smażenie ciastek. Wykładamy je na papierowe ręczniki, żeby usunąć nadmiar tłuszczu.

W międzyczasie należy przygotować syrop, najlepiej z miodu. Na patelnię wlewamy miód i wodę; gotujemy przez około 20-30 minut. Gdy syrop zacznie gęstnieć, maczamy w nim ciastka (każde przez 2-3 minuty). Wykładamy gotowe ciastka na talerz i odstawiamy do wystygnięcia.

 

Zdjęcie główne: Mandarynki | by kojotomoto /Flickr

Posted on

Świąteczne Lente-Inspiracje: kulinaria

Nie bójcie się, kochani, nie będziemy rzucać dziś truizmami w stylu „przez żołądek do serca”; wszak i tak każdy szanujący się wielbiciel Śródziemnomorza wie, że na południu jedzenie to nie li i jedynie strawa dla ciała. Bez zbędnych ceregieli więc – ogłaszamy rozpoczęcie Lente–Inspiracji w kategorii: jedzenie!

panettone
Słodkie pewniaki

Kuchnia włoska to temat rzeka, a zarazem wybór bezpieczny: któż jej nie kocha? Zacznijmy od tradycyjnej, świątecznej babki – Panettone. Ta, którą znalazłyśmy w Api Food, to pokaźnych rozmiarów ciasto drożdżowe z rodzynkami i kandyzowaną skórką pomarańczową, w strojnym czerwonym opakowaniu. Wielbicieli słodyczy, w tym miłośników Nutelli i jej podobnych, ucieszą też na pewno słoiczki z rozmaitymi kremami – na przykład ten z brzoskwini, kakao i amaretti, lub migdałów i miodu.

img_4843

Zamiast mało oryginalnych bombonierek, koneserom czekolady (a także weganom i bezglutenowcom!) warto podarować zestaw kultowej wytwórni Amedei. To czekolady słodzone cukrem trzcinowym, bez dodatków lecytyny sojowej, barwników czy sztucznych aromatów, nagradzane za to w najbardziej prestiżowych konkursach cukierniczych. Istne Ferrari wśród czekolad, zapewne również znikające z ogromną prędkością!… Cóż, przyznacie sami, że w święta trudno pamiętać o diecie!

img_4891
Z historią w tle

Do dobrej oliwy nie trzeba nas przekonywać. A jeśli za znakomitym produktem stoi jeszcze ciekawa historia o południowym rodowodzie, którą również warto się podzielić, trafiamy na prezent idealny! Tak było w przypadku oliwy extravergine Terre Rosse oferowanej przez sklep Oliwa do Chleba (www.oliwadochleba.pl). Pani Aleksandra, jego właścicielka, podkreśla, że w pracy najważniejszymi wartościami są dla niej uczciwość, szacunek do natury i bezkompromisowe oddanie tradycji. W pełni respektuje się je w gaju oliwnym Hispellum w Spello w Umbrii. Najstarsze drzewka liczą tu sobie 800 lat, a nadzór nad produkcją soku, który  otrzymywany jest z ich owoców, sprawuje osobiście właściciel Mario Ciampetti z żoną. Państwo Ciampetti, wraz ze swoimi pracownikami, sami uprawiają ziemię, zbierają oliwki, tłoczą, przechowują i butelkują swoją oliwę. Wynikiem ich pracy jest niezwykły produkt, którego szlachetność wyczuć można od razu, delektując się jego zapachem i smakiem. Aromat oliwy Terre Rosse przywodzi na myśl świeżo skoszoną trawę; podniebienie rozpozna ją jako lekko gorzką i ziołową. Doskonale pasuje do pieczywa, podkreśli też smak dań o zdecydowanej stukturze. Uwielbiamy!

img_4776
Przekornie

Z Włoch, dla odmiany, przenieśmy się do Portugalii. Wyrabiana tu oliwa Casa Anadia, którą kupujemy w sklepie Smaki Portugalii, również może pochwalić się szlachetnym rodowodem: produkuje się ją w posiadłości Quinta do Bom Sucesso od dalekiego XVII w., a może nawet dłużej. Także i tutaj najbardziej liczy się tradycja i smak: kosztując oliwę, poczuć można nutę jabłka, liści oliwnych i ziół; na dłużej pozostanie zaś na podniebieniu nuta przypominająca suszone owoce.

img_4911

Jeśli znacie kulinarnych ekscentryków, którzy tęsknią za nadmorskimi specjałami, podarujcie im zestaw portugalskich ryb w oliwie z oliwek Sete Mares. Złowione na południowym wybrzeżu Portugalii, trafiły do słoików nie później niż w ciągu 3 godzin – dzięki temu są prawdziwym rarytasem, docenianym w całej Europie. Choć w Polsce świąteczny stół ugina się pod ciężarem swojskiego karpia, zapewniamy Was, że na śródziemnomorską modyfikację menu nikt narzekać nie będzie.

img_4794

Skoro mowa o ciężarach, to może… złoto? A dokładniej: miód ze złotem? A jeszcze ściślej: miód z rozmarynu, kasztanowca i wrzosu z dotakiem delikatnych płatków drogocennego kruszcu? Przyznajcie, że z każdym zdaniem robi się coraz ciekawiej! Nic dziwnego: miód Aromatikus to kolejny z produktów z wysokiej półki, który zachwyci kulinarnych koneserów, ale także miłośników niecodziennych rozwiązań i śródziemnomorskich ciekawostek.

img_4818

Kolejną alternatywą dla bombionierki czy butelki wina może być wykwintny kwiat soli. Za tą nazwą kryje się najdelikatniejsza, puszysta pianka w postaci kryształów, które, w procesie odparowywania, powstają na powierzchni solanek (specjalnych zbiorników z wodą morską z Oceanu Atlantyckiego). Produkt ten, nazywany nierzadko „kawiorem wśród soli”, zamknięty w pięknym korkowym pudełeczku, ucieszy zarówno wzrokowca, jak i smakosza.

Dla śpiochów

Ostatnio wiele rozprawiamy na naszej stronie o świetle, którego w grudniu, w naszej szerokości geograficznej, jest wyjątkowo mało. Odrobiny słońca można uświadczyć o poranku, ale gdy za oknem chłód, każdy z nas najchętniej zakopałby się pod ciepłą pierzyną… Na szczęście z pomocą przychodzi pyszna kawa od Cophi, którą nabyć można w zestawie ze świetlistym, zimowym wydaniem naszego magazynu-albumu. Jako że od kilku miesięcy wielką popularnością wśród naszych Czytelników cieszy się mieszanka z kardamonem, inspirowana historią Feniksa, to właśnie taki delikates mamy do zaoferowania w naszym sklepie, pod tym linkiem. Łapcie światło i cieszcie się smakiem!

img_4736

Życzymy Wam radosnego odkrywania przyjemności stołu w rodzinnym gronie i wielu pięknie spędzonych chwil!

Zdjęcia: Jooli Photo&Video

Posted on

Boże Narodzenie po grecku

Adwent i Boże Narodzenie to chyba najpiękniejszy czas w roku. U nas nierzadko biały i mroźny, nad Morzem Śródziemnym – cieplejszy i łagodny. Bez wzgledu na szerokość geograficzną i temperaturę za oknem, pozostaje jednak okresem oczekiwania, celebracji, nadziei na Nowe. Okresem radości z nadchodzącej Dobrej Nowiny. Od wieków jest także, a może przede wszystkim, świętem Światła. Światła symbolizującego Prawdę i Dobro, które wspólne są wszystkim ludziom, niezależnie od pochodzenia.  

Przed wiekami obchodzono w grudniu święto Sol Invictus – niezwyciężonego słońca. Tak, jak ono, powędrujmy i my: brzegiem Morza Śródziemnego, z kraju do kraju, przyglądając się bożonarodzeniowym zwyczajom różnych państw.

Dziś zapraszamy Was do Grecji.

Obserwując greckie obchody Bożego Narodzenia, trudno oprzeć się wrażeniu, że w Helladzie są to święta słodkości, śpiewu i… morza. Grecki święty Mikołaj, legendarny patron żeglarzy, ma brodę i szaty przesiąknięte morską wodą, bez ustanku pracuje bowiem wśród fal, ratując tonące statki. Łodzie i okręty są zresztą jednym z najważniejszych bożonarodzeniowych symboli, a w domach i na ulicach powszechne są dekoracje w postaci statków rozbłyskujących tysiącami lampek, które, być może, przypominać mają o zmianie kursu ludzkiego życia po przyjściu na świat Zbawiciela. Dzieci krążą po ulicach i śpiewają kolędy, dzwoniąc metalowymi trójkątami, za co wynagradza się je cukierkami, owocami i smakowitymi ciasteczkami.

Świąteczne dekoracje w Aleksandropolis w Grecji. Fot.: Dimitris Siskopoulos / Flickr
Świąteczne dekoracje w Aleksandropolis w Grecji. Fot.: Dimitris Siskopoulos / Flickr

Typowo greckim symbolem grudniowych celebracji jest też drewniana misa zawieszona na drucianej obręczy, do której dołączony jest drewniany krzyż owinięty gałązką bazylii. Krzyż zanurza się w wodzie i skrapia nią domowe zakamarki, co ma odstraszyć złe duchy. Nie bez kozery pojawia się tu bazylia – w greckiej kulturze od wieków niezwykle ważną rolę pełnią drzewa, krzewy i zioła. W Helladzie, w odróżnieniu od innych krajów, oprócz jodły i sosny na święta pojawia się także gałązka symbolizującego pokój drzewa oliwnego, a także liście akantu i bukszpanu. Akant jest symbolem wewnętrznej siły, przezwyciężenia trudności życia, bukszpan zaś nawiązuje do nadziei, nieśmiertelności, stałości i wytrwałości.

Świąteczny wianek z bukszpanu i akantu.
Świąteczny wianek z bukszpanu i akantu. Fot.: Agnieszka Lisiuk Photography dla Lente

Na świątecznym greckim stole najważniejszy jest tzw. chleb Chrystusowy (christopsomo), wyrabiany z najlepszej mąki, wzbogacony orzechami i bakaliami, ozdobiony krzyżem i krojony tradycyjnie przez głowę rodziny. Do najpopularniejszych greckich słodkości świątecznych zaliczamy też bez wątpienia melomakarono i kourabiedes. Melomakarono to miękkie ciasteczka na bazie miodu (meli), które szykuje się już od połowy listopada; wśród składników znajdziemy także cynamon, goździki i sok pomarańczowy. Jako że już od starożytności miód symbolizował dobrobyt i płodność, melomakarono mają stanowić zapowiedź spełnienia marzeń w nadchodzących miesiącach. Natomiast kourabiedes, które warto przygotować według naszego przepisu, kojarzą się z Gwiazdką ze względu na swoją mocno zimową aparycję. Zawdzięczają ją migdałom, świeżemu masłu i duuuużej ilości cukru. Mieszkańcy Hellady chętnie pałaszują je zresztą nie tylko zimą! Mówi się, że społeczeństwo podzielone jest na dwie grupy: zwolenników melomakarono i miłośników kourabiedes, a gdy robi się chłodno, rozmowy przy stole schodzą na tematy związane właśnie z nimi. Które są słodsze? Które łatwiej rozpływają się w ustach? Które bardziej kojarzą się z nadchodzącym Nowym Rokiem? Jak dotąd, nie udało się ustalić zwycięzcy…

Kala Christougenna! καλά Χριστούγεννα!

kourabiedes

Kourabiedes (κουραμπιέδες)

składniki na ok. 60 sztuk:

4-5 filiżanek mąki
175 g masła
350 g miękkiej margaryny
1 filiżanka cukru pudru
2 żółtka
2-3 łyżki brandy
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 filiżanka lekko posiekanych migdałów
cukier waniliowy
cukier puder do posypania

 Ucieramy masło i margarynę, dodajemy cukier i cukier waniliowy, a potem jedno żółtko i brandy. Następnie wsypujemy mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i migdały. Powstałe ciasto powinno być lekko klejące, ale dać się formować; jeśli jest zbyt miękkie, należy dosypać więcej mąki. Warto schłodzić je w lodówce przez około godzinę, a następnie podzielić na kulki wielkości orzecha włoskiego i umieścić na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, pamiętając, że urosną. Należy spłaszczyć je delikatnie dłonią. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni i pieczemy ciasteczka ok. 20 minut, aż się zarumienią. Po wyjęciu natychmiast posypujemy grubą warstwą cukru pudru i odczekujemy, aż ostygną.

Posted on

Pięć śródziemnomorskich rzeczy, których nie wiecie o Mikołaju (czyli dlaczego w tym roku warto być niegrzecznym)

Jeśli spodziewacie się, że opowiem Wam dzisiaj o mieście Mira w Turcji – mylicie się. Jeśli sądzicie, że wspomnę słynną legendę o trzech córkach biedaka, które nasz bohater uratował przed marnym losem prostytutek w domu publicznym (Mikołaja wrzucającego im pieniądze przez okno namalował m.in. mój ukochany włoski malarz Fra Angelico) – również jesteście w błędzie. Nie będzie też rozważań na temat Mikołajowych historii związanych z morzem, według których biskup wydobywał statki z topieli i zaopatrzał w zboże żeglarzy pochodzących z krajów dotkniętych głodem. Będzie za to o tym, dlaczego powinniście zacząć być – jak najszybciej! – niegrzeczni… Szczególnie, jeśli naprawdę kochacie ciepłe kraje.

Jako ilustratorka debiutuje dziś u nas Tullia Wollner (lat 6). Powyżej: pomarańcze w Mikołajowych czapkach
Jako ilustratorka debiutuje dziś u nas Tullia Wollner (lat 6). Powyżej: pomarańcze w Mikołajowych czapkach

 

  1. MIESZKA W HISZPANII

Przywykliśmy myśleć, że Święty Mikołaj – ten roznoszący prezenty, częstujący słodyczami i straszący bardziej lękliwe dzieciaki długą brodą i grubym głosem – mieszka wśród śniegów mroźnej Laponii. Niektórzy uważają jednak, że Mikołaj jest miłośnikiem klimatów śródziemnomorskich, a na swoją prawdziwą siedzibę wybrał… Hiszpanię. Zwolennikami takiej teorii są przede wszystkim Holendrzy.

Do Niderlandów Mikołaj, zwany Sinterklaas, przybywa statkiem, a dokładniej parowcem, którym wypływa w trasę właśnie z Półwyspu Iberyjskiego. Jego wizytę świętują całe miasteczka, a uroczyste parady, podczas których sympatyczny gość z Południa rozdaje słodycze i mandarynki, pokazywane są w publicznej telewizji. Powód, dla którego Holendrzy każą Mikołajowi płynąć do siebie aż z Hiszpanii, nie jest do końca znany. Według niektórych, to właśnie mandarynki i pomarańcze, dawniej kojarzone przede wszystkim z Andaluzją, a od stuleci stanowiące atrybut świętego, kazały ludowi myśleć, że pochodzi on z kraju na Południu Europy. Nie bez znaczenia jest zapewne także fakt, że Sinterklaas jest świętym rzymskokatolickim, podobnie jak Hiszpanie, którzy w średniowieczu panowali nad terytorium dzisiejszej Holandii.

Mikołaj płynący z Hiszpanii mija wyspy, na których rosną palmy kokosowe. Jako ilustratorka debiutuje dziś u nas Tullia Wollner (lat 6).
Mikołaj płynący z Hiszpanii mija wyspy, na których rosną palmy kokosowe

 

  1. MA RUMAKA O WŁOSKIM IMIENIU

Opowieści o Mikołaju pędzącym po niebie w saniach ciągniętych przez renifery czas już włożyć między bajki. Do prawdziwych miłośników Południa z całą pewnością bardziej przemówi koncepcja Belgów, Holendrów i Luksemburczyków, według których, jak wspomniano wcześniej, Mikołaj porusza się pokaźnych rozmiarów statkiem bądź… konno. Jego piękny biały rumak nosi przy tym imię prawdziwie śródziemnomorskie: Amerigo, podobnie jak włoski nawigator o nazwisku Vespucci. Dla przypomnienia, ten słynny florentczyk, żyjący na przełomie XV i XVI wieku, zbadał znaczną część wschodniego wybrzeża Ameryki Południowej i uznał opisane przez siebie tereny za nieznany wcześniej kontynent. Amerigo Mikołaja, podobnie jak jego wielki włoski imiennik, także jest urodzonym podróżnikiem – przemierza bowiem cały świat w poszukiwaniu dzieci, które zasłużyły na grudniowe podarunki.

 

  1. PRACUJE W WIELOKULTUROWYM ŚRODOWISKU

Według bliskiej nam zachodnioeuropejskiej koncepcji Mikołaj przybywa do chłodnych państw wraz ze swoimi sympatycznymi pomocnikami, których Holendrzy nazywają Czarnymi Piotrusiami (Zwarte Piet). Razem ze swoim przełożonym dźwigają oni worki z prezentami, a także wdrapują się przez kominy do domów, aby zostawić podarki w przygotowanych przez dzieci butach. Wiecznie roześmiani, figlarni paziowie Zwarte Piet pochodzą najprawdopodobniej z pięknej śródziemnomorskiej krainy zwanej Mauretanią, a więc z Algierii lub Maroka (to stamtąd Berberowie i Arabowie przybyli na Półwysep Iberyjski).  Według innych teorii, do Mikołajowego orszaku trafili jednak nie z Afryki, a z Italii, gdzie wychowali się w rodzinie kominiarza – stąd ich ciemne twarze i ponadprzeciętne umiejętności poruszania się w szybach wentylacyjnych.

 

  1. ŻYJE, CHOĆ UMARŁ, A GRÓB JEGO ZNAJDUJE SIĘ…

…oczywiście nad Morzem Śródziemnym, bo w samym sercu Apulii, w zabytkowym mieście Bari. Podobno w XI wieku apulijscy kupcy przebywający w Antiochi dowiedzieli się o zamiarach Wenecjan, planujących przewieźć ciało świętego Mikołaja z Miry do Serenissimy. Uprzedzili ich jednak sprytnie i, po podróży obfitującej w niezwykłe zdarzenia, złożyli relikwie w baryjskim kościele św. Benedykta. Wkrótce wzniesiono jednak nową bazylikę, słynącą w świecie z dziejących się tam cudów.

Co ciekawe, Wenecjanie nie poddają się bez walki, twierdząc, że prawdziwy grób Mikołaja znajduje się w Chiesa di S. Nicolò na wyspie Lido koło Wenecji. Według tradycyjnych przekazów, flota wenecka najpierw przewiozła relikwie świętego na Cypr, potem do Jaffy w Ziemi Świętej, a następnie do Jerozolimy. Wziąwszy udział w oblężeniu Hajfy, żołnierze wrócili na Lagunę i złożyli cenne szczątki w świątyni, gdzie, według nich, znajdują się one po dziś dzień.

Tullia nie do końca uwierzyła w historię o białym rumaku – jej Mikołaj ma u swojego boku różowego psa (a nad głową pomarańcze i spadające z nieba kokosy).
Tullia nie do końca uwierzyła w historię o białym rumaku – jej Mikołaj ma u swojego boku różowego psa (a nad głową pomarańcze i spadające z nieba kokosy).

 

  1. DLA NIEGRZECZNYCH DZIECI PRZYGOTOWAŁ COŚ SPECJALNEGO

Holendrzy, którzy, jako autorzy śródziemnomorskich mikołajkowych koncepcji, są głównymi bohaterami naszych dzisiejszych rozważań, uważają Sinterklaas za swoje najpopularniejsze święto. Od jakiegoś czasu w Niderlandach wnioskuje się, by 5 grudnia, czyli dzień poprzedzający imieniny świętego, stał się urzędowo wolny od pracy. W mediach wiele mówi się o fakcie, że holenderskie dzieci bardzo przeżywają jego coroczne przybycie, wykazując przy tym objawy silnego stresu. Podobno psycholodzy sugerują, by nie straszyć maluchów popularną w Niderlandach pogróżką, jakoby Mikołaj miał spakować niegrzeczne dzieci do worka i zabrać je ze sobą do Hiszpanii.

Cóż, ja od dzisiaj będę chyba bardzo niegrzeczna. A Wy?

Posted on

Świąteczne Lente-inspiracje: design

Prezenty gwiazdkowe powinny spełniać jedno podstawowe kryterium: sprawić przyjemność obdarowanemu. W dzisiejszych „Inspiracjach” chciałybyśmy polecić Wam przedmioty, które, naszym zdaniem, ucieszą niemal każdego – nie tylko z powodu swojej praktyczności, ale również walorów estetycznych i niezwykłej historii. Wyprawa w krainę designu – czas start!

Wokół włoskiego stołu

Marki Alessi nikomu przedstawiać nie trzeba: projekty powstałe w jej siedzibie należą do absolutnej czołówki światowego wzornictwa. Dzięki uprzejmości Fabryki Form, ambasadora marki w Polsce, miałyśmy przyjemność testować perełki włoskiego designu we własnej kuchni. Wybór nie był prosty! Na prezent z pewnością doskonale nadaje się kultowy wyciskacz do cytrusów projektu Starcka czy słynny korkociąg – Anna G. My jednak postanowiłyśmy polecić Wam przedmioty odrobinę mniej znane, a równie zachwycające. Oto one.

kawiarka1
Kawiarka Pulcina. Gdyby zapytano, jaki jest według nas najważniejszy przedmiot w kuchni, bez zawahania wskazałybyśmy zaparzacz do kawy. Sami przyznacie: nie można pisać o Śródziemnomorzu bez rozpoczęcia dnia filiżanką cappuccino! Kawowej obsesji nikt nie zrozumie tak, jak Włosi – zeszłoroczny projekt Alessi, kawiarka Pulcina, jest tego najlepszym potwierdzeniem. Nietypowy, pękaty kształt kawiarki nie jest bowiem jedynie kaprysem projektanta, a wynikiem wielomiesięcznych badań nad ulepszeniem organoleptycznych właściwości zaparzanej kawy. Dodatkowo, dzięki swej nietypowej budowie, Pulcina przestaje produkować kawę w odpowiednim momencie, pozwalając uniknąć koszmaru znanego wszystkim użytkownikom klasycznych zaparzaczy, czyli “efektu wulkanu Stromboli” – przypominającego erupcję pryskania ostatnich kropelek kawy. Kawiarka ujmuje także nazwą (pulcino to po włosku kurczaczek) i bezpretensjonalnym wyglądem, faktycznie przypominającym nieco futurystyczną kurkę. Dla tych, którzy tęsknią za aromatem unoszącym się we włoskich kawiarniach – prezent idealny.

misa

Seria Mediterraneo. Pojemniki, mise i świeczniki inspirowane kształtem koralowca to projekty Emmy Silvestris dla Alessi, które przykuły naszą uwagę nie tylko ze względu na swoją śródziemnomorską nazwę. Szczególnie ujęła nas czerwona misa na owoce (dostępna również w bieli i srebrze). Postawiona na stole, nie tylko staje się praktyczną dekoracją, ale wnosi też wspomnienie południowej żywiołowości. A to, jak wiadomo, tygrysy lubią najbardziej.

szyszkow2

…na koniec przygód z Alessi akcent czysto dekoracyjny, ale na święta idealny. Marcello Jori podjął się reinterpretacji tradycyjnych, świątecznych bombek. Efekt? Jak to zwykle bywa z Alessi: jest zabawnie, nowocześnie i radośnie. Nasze serca skradła złota bombeczka Pan Szyszka!

Jeśli chcecie poczytać więcej o historii marki Alessi, zajrzyjcie tutaj, do artykułu specjalistki od włoskiego designu –  Moniki Utnik-Strugały.

Pozostańmy jeszcze przez chwilę we Włoszech. Filiżanka z serii I-Wares marki Seletti to kolejny pomysł na prezent, który przyda się na co dzień, a nie tylko od święta, choć fantazyjna forma porcelany może przywodzić na myśl rodową zastawę, wyjmowaną z kredensu tylko na specjalne okazjie. Na szczęście kolorowe, radosne uszko przełamuje to skojarzenie. Do naszych Inspiracji wybrałyśmy serię I-Wares właśnie dlatego, że w bezpretensjonalny sposób oddaje ideę cieszenia się małymi rzeczami, bez odkładania codziennych przyjemności na później. Całą serię Seletti można znaleźć w Fabryce Form.

seletti-2
Dla elegantek

Myśląc o wzornictwie, nie można pominąć tematu biżuterii. I w tym przypadku w oko wpadły nam przedmioty z południowym rodowodem.

Najpierw coś miłośniczek elegancji we włoskim stylu. Naszyjnik i bransoletka Iris z Laneve spodobały nam się ze względu na ciekawe połączenie błyszczących i matowych pierścieni. Choć Włoszki mają trochę inne podejście do biżuterii – chciałoby się rzec, barokowe! – wybrany przez nas zestaw wydał się nam na tyle oryginalny, by przyciągać wzrok, lecz jednocześnie wystarczająco skromny, by nadawać się na co dzień. Podobnie, jeśli chodzi o bransoletkę i kolczyki z serii w Madame II – w chłodnej, srebrnej kolorystyce. Oryginalnym pomysłem na prezent wydają się również naszyjniki z serii Angelomio: kula z brązu pokryta ażurową kopułką wydaje delikatny, miły dźwięk.

laneve1kolaz
Yifat Bareket
jest jedną z ulubionych artystek Julii Wollner, która od lat nosi prawie wyłącznie jej biżuterię. Powstające w Izraelu cudeńka – kolczyki, naszyjniki, pierścionki z rozmaitymi kamieniami, zachwycające kombinacjami barw – są niezwykle kobiece, delikatne, a zarazem szykowne. Projekty Bareket inspirowane są XVIII-wieczną biżuterią francuską, ale także sztuką orientalną – hinduską i uzbecką. Kupić można je na platformie Etsy oraz bezpośrednio przez stronę internetową projektantki.

kolczyki1
Oko na Maroko

Do skrzącej się kolorami, pełnej arabesek estetyki Maroka przekonywać nas nie trzeba. Założycielka sklepu MarokoArt, Dorota Zawadzka, kilka razy w roku zanurza się w krętych uliczkach Marrakeszu, szukając najciekawszych przedmiotów, stworzonych przez lokalnych mistrzów rękodzieła. Chociaż najchętniej przygarnęłybyśmy wszystkie jej znaleziska, wybrałyśmy dwie kategorie, które – naszym zdaniem – doceni każdy wielbiciel egzotyki.

Światło – czyli to, czego zimą brakuje nam na północy najbardziej. Marokańskie lampy, latarenki i świeczniki poprawią humor, gdy za oknem ciemność. Uwielbiamy lampy o kształcie gwiazdy, niezwykle pracochłonne w wykonaniu, lub te z elementami z mrożonego szkła.

lampa

Babusze – czyli tradycyjne marokańskie kapcie, produkowane z delikatnej skóry. Chociaż można znaleźć babusze wyszywane w misterne wzory bądź zdobione maleńkimi koralikami, nam najbardziej spodobały się te o prostej, szlachetnej formie, w srebrze i złocie.

baabuszeoba zdjęcia – Marokoart

Hermetycznie

Na koniec pozwolimy sobie na małą autopromocję – zbliża się bowiem wystawa prac jednej z nas, Marysi Bulikowskiej, która, poza współtworzeniem “Lente”, zajmuje się grafiką. Od najbliższego wtorku 6 grudnia, w warszawskiej kawiarni Plakatówka, będzie można nabyć plakaty z serii Musaeum Hermeticum, ilustrujące znane cytaty, a także autorskie grafiki i książki (link do strony wydarzenia znajdziecie tutaj). W naszym sklepie znajdziecie śródziemnomorski akcent z wystawy: plakat z podobizną Sfinksa, ulubionego mitologicznego stwora Marysi.

sfinksmockup

Mamy nadzieję, że nasze pomysły na Gwiazdkę przypadną Wam do gustu (polecamy także lekturę wpisu o kosmetykach i książkach). Życzymy, by udało się Wam uniknąć przedświątecznej gorączki w zatłoczonych centrach handlowych. A tymczasem – miłego weekendu!

Posted on

Alessi – sprzedawcy radości

A gdyby tak w tym roku ubrać choinkę po designersku? Wystarczy kilka bombek, by zielone drzewko nabrało niepowtarzalnego, „wesołego” charakteru. Zrobione są tradycyjnie z dmuchanego szkła, ale postaci z betlejemskiej stajenki traktują z przymrużeniem oka. Nie ma osoby, która nie uśmiechnęłaby się na ich widok! Stworzyła je jedna z najbardziej oryginalnych marek na świecie, rodzinna firma Alessi, której członkowie nazywani są sprzedawcami radości.

szyszkowy

Dom na jeziorem

Jak głosi legenda, z wód jeziora Orta w Lombardii co noc wynurza się potwór, rychtyk taki jak w Lochness. Turyści chętnie tu zaglądają, licząc, że go spotkają. Ciekawi są też słynnej Villi Crespi – XIX-wiecznego zameczku z mauretańskimi wieżyczkami, który wygląda jak z Baśni tysiąca i jednej nocy. Ale tylko niewielu wie, że tuż obok czai się jeszcze jedna niespodzianka: nad jeziorem Orta mieszka jedna z najbardziej wpływowych rodzin w świecie designu – Alessi. W uroczym miasteczku Omegna, gdzie góry są na wyciągnięcie ręki. Tuż na granicy ze Szwajcarią.

XVIII-wieczna piemoncka willa z przylegającą doń winnicą zaskakuje designem nie mniej niż produkowane przez Alessich akcesoria do kuchni. Bo zamiast nawiązać do architektury i pójść w bezpieczną klasykę, rodzinna siedziba została urządzona w duchu odważnego modernizmu. Wnętrza zaprojektował zaufany designer Alessich, Alessandro Mendini. Plan był prosty: dużo kamienia i drewna. Na podłodze dąb, ściany w „betonowym” kolorze. Surowe wykończenie łagodzą meble z humorem (w końcu Alessi słyną z projektów z przymrużeniem oka), oczywiście „made by friends”, czyli zrobione przez projektantów od lat związanych z firmą. Przy orzechowym stole projektu Mendiniego kolorowe krzesła Fukasawy, Jaspera Morrisona i braci Bouroullec. Przed kominkiem sofy: jasne Vico Magistriettiego i Philippe’a Starcka oraz brązowa, w kształcie rękawicy bejzbolowej, firmy Poltranova.

Najwięcej uwagi poświęcono bibliotece na antresoli (Mendini zaprojektował ją specjalnie dla ogromnego zbioru książek historycznych). I gabinetowi w zabytkowej wieży, do którego prowadzą kręcone metalowe schody we wściekle czerwonym kolorze. To tutaj zaciąga się ulubionymi cygarami Alberto Alessi, który przejął stery firmy w 1970 roku. Degustując kolejne roczniki wina, które produkuje w swojej winnicy, zapewnia: – Do szczęścia nie potrzebuję nic innego jak tylko słodkiej cierpkości w ustach, rodziny i przyjaciół u boku.

Tu można obejrzeć sesję zdjęciową wnętrz domu: Villa Fortis Alberta Alessiego.

Bez ograniczeń

Zawsze bliżej nam było do niemieckich sąsiadów niż do Rzymu – śmieje się Matteo Alessi, który w rodzinnej firmie zajmuje się marketingiem. – Giovanni Alessi, założyciel rodu i firmy, zanim otworzył fabrykę w Crusinallo pod Mediolanem, najpierw szukał szczęścia na Północy. Razem z najlepszym przyjacielem, Alfonso Bialettim (tak, tak, tym od kawiarek), wyjechali do Niemiec poznać tradycyjne rękodzieło i nauczyć się rzemiosła. Po powrocie do kraju sprowadzali stamtąd eleganckie wazy, misy i patery. Potem ich drogi się rozeszły. Każdy rozkręcił własny interes. Ale nasze rodziny przyjaźnią się do dziś. Syn Giovanniego, mój dziadek Carlo, ożenił się z dziewczyną pochodzącą z rodu Bialettich – opowiada.

To właśnie Carlo wyprowadził firmę na szerokie wody. Był autorem większości przedmiotów Alessich, które pojawiły się na rynku w latach 30. i 40. Do historii przeszedł zaprojektowany przez niego platerowany zestaw herbaciany Bombé – prezent ślubny dla żony – który do dziś jest najlepiej sprzedającym się serwisem marki. W 1935 roku podbił Włochy dzbankiem na mleko Ottagonale.

bombe
Słynny zestaw Bombé. Fot. Alessi.com

– Dziadek miał jedno marzenie: żeby sztuka trafiła pod strzechy – podkreśla Matteo. Zatrudnił więc artystów (Giò Pomodoro i Carmelo Cappello) i poprosił, by prozaicznym przedmiotom do kuchni nadali efektowny kształt. Jego pracę kontynuuje dziś Alberto Alessi, wuj Mattea. W krótkim czasie zaangażował on do współpracy słynnych projektantów – Ettore Sottsassa, Richarda Sappera, Achille Castiglioniego, Michaela Gravesa, Aldo Rossiego, Jaspera Morrisona, Philippe’a Starcka. Namawiał, by używali nie tylko metalu, ale też ceramiki, drewna czy plastiku. Żeby nie ograniczać inwencji swoich podopiecznych, nigdy nie zlecał badania rynku. I nie obawiał się ich ekscentrycznych pomysłów. Nawet jeśli powątpiewano, czy tak awangardowe rzeczy dobrze się sprzedadzą, Alberto nie przerywał pracy i zapewniał: „firma być może na tym straci, ale za to wniesie coś do historii wzornictwa”.

Anna G. – najbardziej rozpoznawalne korkociągi na świecie. Fot. Fabryka Form

Jego podejście do biznesu było prawdziwym przewrotem kopernikańskim. Wielu kręciło głowami, przepowiadając firmie bankructwo, a tymczasem osiągnęła sukces jakich mało – co przedmiot, to bestseller. Kawiarka La Canonica Aldo Rossiego czy młynek do pieprzu 9098 Michaela Gravesa na stałe weszły do kanonu designu. A Alessi nazwano Fabryką Włoskiego Designu – fabryką snów. Bo bawi, wzrusza, zaskakuje – pomysłami, kolorami, humorem. Otwieracze do butelek przypominają złośliwe diabełki (Diabolix projektu Biagio Cisottiego), kieliszki na jajka to uśmiechnięte ludziki (Mr. Chin Stefana Giovannonniego), korkociągi – ponętne kobiety w zwiewnych sukienkach (Anna G. Alessandra Mendiniego). – Phillipe Starck nazwał nas sprzedawcami radości. I to chyba najlepszy komplement, jaki mogliśmy usłyszeć – mówi Matteo.

diabolx
Otwieracze do butelek Diabolix. Fot. Fabryka Form

Z życia wzięte

Ponieważ przez firmę przewinął się niejeden oryginał i ekscentryk, z wieloma przedmiotami łączą się ciekawe anegdoty. Najbardziej znana jest ta o wyciskarce Starcka: projektant jadł w restauracji frutti di mare, spojrzał na kałamarnicę, którą miał właśnie skosztować i w tym momencie przyszedł mu do głowy pomysł. Kilkoma szybkimi ruchami naszkicował na serwetce słynny projekt. – Ale mnie bardziej podoba się historia czajnika 9091 Richarda Sappera z charakterystycznym gwizdkiem – opowiada młody Alessi. – Praca nad nim trwała trzy lata, bo projektant uparł się, by dźwięk tego gwizdka przypominał świst, jaki wydawały w jego dzieciństwie barki płynące Renem. Poszukiwania specjalisty, który potrafiłby zrobić taki gwizdek, trwały miesiącami. W końcu znaleźliśmy jednego staruszka w Szwarcwaldzie. Konstrukcja, jaką wymyślił, jest bardzo skomplikowana, bo to właściwie dwa mosiężne gwizdki w jednym, ale warto było – wspomina. – Lubię też opowieść Mario Trimarchi o tym, jak projektował tacę La stanza dello Scirocco. Mario zapamiętał z dzieciństwa sycylijskie chaty, w których przesiadywali starsi panowie i pasjami grali w karty. Często przez okna wpadał wiatr sirocco i zrzucał talie na podłogę. Rączki w tacy przypominają właśnie takie rozrzucone karty – tłumaczy Matteo.

scirocco
La stanza dello sirocco – kosz na owoce. Fot. Fabryka Form

Sam ma sentyment do kawiarki 9090 projektu Richarda Sappera z 1979 roku. – Bo jest tylko o rok młodsza ode mnie – śmieje się. My możemy ją podziwiać w nowojorskiej MoMA. Podobnie jak wyciskacz do cytrusów Philippe’a Starcka czy toster Stefano Giovannoniego. Albo w filmach: przedmioty Alessi zagrały m.in. w Krokodylu Dundee i Pamiętniku Bridget Jones. A ostatnio także w I am Legend opowiadającym historię człowieka, który przeżył zagładę. Cóż bowiem miałoby przetrwać ludzkość, jak nie one?

Zdjęcie główne:  Didriks CC by 2.0

Posted on

Śródziemnomorskie Paczki Lente – w te święta podaruj bliskim słońce!

W redakcji “Lente” wierzymy, że w życiu najważniejsze jest Światło – synonim dobra, miłości, mądrości i inspiracji. Trudno o lepszy dar dla bliskich w czasie, gdy chcemy dzielić się tym, co najlepsze.

box4

Serdecznie zachęcamy Cię, by podczas nadchodzących świąt podarować krewnym i przyjaciołom prezent wypełniony Światłem: album “Lente”, który zachwyci nawet najbardziej wymagających czytelników, oraz nasze śródziemnomorskie paczki.

lente4

W okresie bożonarodzeniowym możesz zdecydować się nie tylko na Paczkę Lente #04, stanowiącą uzupełnienie grudniowego wydania naszego pisma, ale także na śródziemnomorskie zestawy świąteczne: dla smakosza, dla mola książkowego i dla miłośnika powolnego stylu życia.

paczkaslow1

Zaproś Morze Śródziemne do domu i odpakuj je z bliskimi pod choinką!

Wszystkie nasze cudeńka znajdziesz w zakładce “Sklep”.

Posted on

Joanna Ugniewska, Podróżować, pisać

Książkę Joanny Ugniewskiej zatytułowaną Podróżować, pisać trudno dziś kupić – trzeba uzbroić się w cierpliwość, pomyszkować w antykwariatach, poszukać w Internecie. Warto. Lektura wynagrodzi nam wysiłek. Zapewni wytchnienie.

Opublikowany przez Zeszyty Literackie tekst daje bowiem wspaniałą – choć wcale niełatwą – perspektywę. Niby zdajemy sobie sprawę, że o Włoszech pisali najwięksi. I że wieki przed nami powiedziano o nich już wszystko. A jednak trudno nie poczuć swojego rodzaju rozczarowania i frustracji, uświadamiając sobie, strona po stronie, że my sami nic nowego już powiedzieć nie możemy. W zasadzie, po nazwiskach tego formatu, co Goethe, Byron, Stendhal czy Herbert nie powinniśmy chyba otwierać ust. A tym bardziej – sięgać po pióro. Sytuacja ta nosi jednak także znamiona wyzwolenia. Pozwala uciec od wszechobecnej paplaniny, delektować się ciszą; zachęca do przeżywania bez przekuwania emocji w słowa niedoskonałe.

ugniewska

 

Jak kilka lat temu napisała moja redakcyjna koleżanka z magazynu “La Rivista”, Magda Giedrojć, “(…) Podróżować, pisać daje szansę na ratunek. W tym pięknym, szlachetnym i erudycyjnym wykładzie, który można czytać we fragmentach i w dowolnej kolejności, każdy znajdzie swój kawałek Włoch – bo tak naprawdę dziś nie da się już jechać do tego kraju bez tradycji, źródeł i historii jego odkrywania. Trzeba wiedzieć, jakie ślady prowadzą do Koloseum czy na Wezuwiusz. Trzeba je znać, by móc świadomie wybrać swoją drogę, swoje Włoch odkrywanie.” 

Do takiego świadomego odkrywania – w ciszy, sam na sam z pięknem – zachęcam Was i ja. 


Joanna Ugniewska, Podróżować, pisać, Zeszyty Literackie, Warszawa 2011

Posted on

Jak stworzyć bestseller (jeśli jesteś neapolitańskim fotografem z XIX wieku)?

Trochę fotografia, trochę obrazek. Popularna pamiątka z Neapolu, wielokrotnie reprodukowana, również w podkolorowanej wersji. Czym właściwie jest Tarantella Giorgia Sommera i dlaczego stała się tak znana?

Wykorzystaj nowatorską technikę

Gdy około 1870 roku Sommer tworzy Tarantellę, fotografia to wciąż nowa, rozwijająca się technika. Długi czas naświetlania nie pozwala jeszcze sfotografować wszystkiego i wszędzie. Trudno namówić dzieci, by zastygły w bezruchu na kilka sekund. Grupowy portret może zrujnować przypadkowe kichnięcie. Poza tym fotografia potrzebuje bezpośredniego dopływu światła, dlatego znakomite portrety powstają w jasnych atelier, ale już niekoniecznie w ciemnych wnętrzach mieszkalnych. A na zdjęciach robionych w plenerze najlepiej wychodzi niezwruszona architektura.

Wielu fotografów radzi sobie z tymi trudnościami przy pomocy fotomontażu. Ta wygodna, choć nieco pracochłonna technika pozwala im zapanować nad całym procesem i skomponować wizerunek zgodnie z własnym pomysłem – lub z zamówieniem. Fotograf robi więc szereg zdjęć w swoim studiu, portretując modeli osobno lub w niewielkich grupach. Z wywołanych odbitek wycina ich sylwetki, by wkleić je na nowym tle, zazwyczaj malarskim. W ten sposób może ustawić modeli w dowolny sposób, a nawet – dzięki domalowanym elementom – przenieść całą scenę do wystawnego wnętrza czy na leśną polanę. Całość fotografuje się później powtórnie, otrzymując oryginalną, łatwą do powielania, fotograficzno-malarską kompozycję.

Fotomontaż zatytułowany Tarantella (lub Napoli Tarantella) pozwolił Sommerowi puścić wodze fantazji. Autor zgromadził w jednym miejscu typy najbardziej włoskie spośród włoskich. Zręcznie posłużył się toposami i stereotypami, w których od lat zaklęci byli Włosi – przynajmniej w wyobrażeniu licznych turystów pielgrzymujących do kraju pod wiecznie błękitnym niebem, którzy chcieli oglądać malowniczy sztafaż, piękne modelki czy czarnookich młodzieńców.

Giorgio Sommer (Italian, born Germany, 1834‚Äď1914) Napoli Tarantella, ca. 1870 Albumen silver print; Image: 19.7 √ó 25 cm (7 3/4 √ó 9 13/16 in.) Mount: 25.8 √ó 35 cm (10 3/16 √ó 13 3/4 in.) The Metropolitan Museum of Art, New York, Purchase, Greenwich ART Group Gift, 2013 (2013.134a) http://www.metmuseum.org/Collections/search-the-collections/305832

Pobudź wyobraźnię widzów

Jak wskazuje tytuł, głównym tematem fotomontażu jest tarantella, ludowy taniec z południa Włoch. Podobno trujące ukąszenie tarantuli powodowało ruchy przypominające rytmiczne pląsy i stąd właśnie pochodzi jego nazwa. Tarantella to zarazem kwintesencja włoskiej egzotyczności, szczególnie rozpalająca wyobraźnię XIX-wiecznych przybyszów do Italii. Również polskich. Józef Kremer w Obrazkach z Capri, drukowanych w odcinkach w tygodniku „Bluszcz” w 1868 roku, relacjonuje swoje wrażenia z tanecznego wieczoru: „Tańcujące grono sobie odpoczęło – znów huknął, zagrzmiał tamburino i poruszyła się tarantella – ale zawrzała już podnieconym ogniem z łaski wina […]. Huczy tamburino, dźwięczą jego kółka i dzwonki – brzmi gitara, klekocą castagnety – a taniec coraz gorętszy, coraz silniej porywający szaleje, jakby wołał: nie ma jutra – zrzuć ze siebie troski – używaj obecnej chwili – furda świat”. Buzuje namiętność, szaleje młodość, kusi egzotyka włoskich tradycji.

Na statycznym fotomontażu nie widać do końca tej dynamiki, choć pozy pary w centrum sugerują taneczne ruchy. We wzniesionych rękach trzymają kastaniety, ich stopy odrywają się od ziemi. Obok stoi para przygrywająca na gitarze i tamburynie. Cały zespół ubrany jest w tradycyjne stroje z Kampanii. Głowy kobiet ozdabiają charakterystyczne, płasko złożone chusty, a mężczyzn kapelusze z piórkiem.

Turystów oczarowywał jednak nie tylko ludowy taniec i ozdobne stroje. Często dopatrywali się we współczesnych im Włochach symbolicznego odbicia, odblasku starożytnych Rzymian, a nawet całego świata antycznego. Stąd też tańczący marynarz jest dla Kramera „zbudowany jak Herkules”, a jego wygląd i pląsy „stały się obrazem owych faunów, i satyrów na kozich nóżkach, co ze śpiewem i tańcem wraz z bachantkami hulackiej pamięci zaciągnęli się do nieskończonego dworu a wesołej drużyny, bożka Bachusa”. Całość sama w sobie wydaje się już gotowym tematem dzieła sztuki, a może raczej jego żywą realizacją: „Odpoczywają tańcujący i dziewczęta – jeden z młodzieńców, a to najprzystojniejszy upadł właśnie u nóg najpiękniejszej dziewczyny, był to jej narzeczony. Warta była ta grupa pędzla, bo on usiadł z taką gracją, jak to na dobrych teatrach siada królewicz Hamlet u nóg Ofelii”.

giorgio
Fotograf Giorgio Sommer z synem.

Sięgnij po sprawdzone motywy 

Tancerze i muzycy to jednak zaledwie fragment całej kompozycji. Otacza ich grono postaci, łatwo rozpoznawalnych i kojarzących się turystom z krajobrazem włoskiego miasta. Poszczególne portrety fotograficzne Sommer wykonał wcześniej, a w fotomontażu zestawił tak, by stworzyć złudzenie, że to grupa gapiów oglądających tarantellę.

Melancholijnie wpatrzony w tańczącą parę mnich to zapewne kapucyn. Jak wiadomo, motywy religijne – czy to historyczne kościoły i słynne sanktuaria, czy papieska siedziba w Watykanie – dla przybyszy z Europy nierozerwalnie łączyły się włoską ziemią.

Z założonymi rękami i nieco marsowym obliczem (a może tęsknie?) przygląda się zabawie umundurowany żołnierz. Na głowie nosi dumnie kapelusz z okazałym pióropuszem z czarnych piór głuszca, charakterystycznie przechylony na prawą stronę. To członek formacji bersalierów, oddziału włoskiej piechoty uczestniczącej w walkach o zjednoczenie Włoch.

Dość beznamiętnie patrzy na taniec dwóch lazzaroni. To dosłownie włóczędzy, żebracy, ale jednocześnie przedstawiciele grupy społecznej istotnej dla historii Neapolu. W ówczesnym wyobrażeniu lazzaroni symbolizowali często przedindustrialną wolność, spontaniczność  czy gotowość do romantycznych zrywów.

W głębi, na drugim planie dostrzec można dwóch mężczyzn siedzących przy stoliku, popijających wino i grających w karty. Ta zwyczajna scenka należała do stałego repertuaru włoskich motywów. Sięgnął po nią choćby Aleksander Gierymski, malując Austerię rzymską; austeria to po prostu karczma, włoska osteria.

W tej niby ulicznej scenie nie mogło także zabraknąć dzieci, które przysiadły na ziemi i przyglądają się tarantelli. Na ich przykładzie można też zauważyć niedoskonałości fotomontażowej techniki. Przede wszystkim chłopczyk i dziewczynka nie patrzą właściwie w stronę tańczącej pary, a ich sylwetki są nieco nieproporcjonalne w stosunku do dorosłych.

Jeśli przedstawione postaci przypominały turyście współczesny Neapol, to Wezuwiusz widoczny na horyzoncie mógł się kojarzyć z historią Imperium Rzymskiego. Odkryte nieco ponad sto lat wcześniej ruiny Herkulanum i Pompejów cieszyły się dużym zainteresowaniem. Sommer wielokrotnie je fotografował, podobnie jak Wezuwiusza (udało mu się nawet uchwycić jego erupcję!). W tym przypadku dymiący wulkan został jednak domalowany, podobnie jak fragmenty zabudowań w tle czy ziemia, na której Sommer ustawił bohaterów swojej kompozycji.

Zaprojektuj modelowego odbiorcę

Południe Włoch, a zwłaszcza Neapol – z Wezuwiuszem w sąsiedztwie – realizowało aż z naddatkiem potrzebę malowniczości, poszukiwanej w XIX-wiecznej Italii zarówno przez artystów, jak i zwyczajnych turystów. Sommer w Tarantelli uchwycił takie wyobrażenie „włoskości”, które znakomicie odpowiadało potrzebom przeciętnego odbiorcy.

sommer_giorgio_1834-1914_-_n-_5233_-_napoli_-_riviera_di_chiaja
Neapolitańska dzielnica Chiaia w obiektywie Sommera.

Tarantella spaja w sobie motywy, po które fotograf sięgał zresztą już wcześniej. Sommer znał się i na interesach, i na gustach swoich klientów, których przeważającą część stanowili właśnie turyści. Odwiedzając Italię, chcieli znaleźć odpowiednią pamiątkę, która po powrocie przypominałaby im włoskie podróże. Chętnie kupowali więc eleganckie fotografie Sommera, robione przez niego podczas licznych podróży po włoskich miastach. Albumy ze widokami ulic, zabytków czy ruin urozmaicały również portrety Włochów, dodające lokalnego kolorytu. Oprócz fotografowania mieszkańców Neapolu, Sommer sam inscenizował w swoim studiu „typowe” sceny uliczne, np. bardzo popularne i fantastycznie się sprzedające zdjęcie przedstawiające Włochów jedzących spaghetti.

Być może Sommerowi tak dobrze udało się utrafić w wyobrażenia turystów, ponieważ sam był modelowym przybyszem z daleka. Urodził się 2 września 1834 roku we Frankfurcie nad Menem, gdzie też kształcił się na fotografa. W wieku 23 lat przeniósł się do Włoch i otworzył dwa studia fotograficzne – wraz ze wspólnikiem w Rzymie, a później Neapolu. Tam też ostatecznie osiadł, zdobył szeroką popularność i zbił na fotografii pokaźny majątek. W Neapolu, gdzie założył też rodzinę, mieszkał aż do śmierci 7 sierpnia 1914 roku.

Tarantella to na pewno nie najlepsza praca Sommera, ale może w najpełniejszy sposób oddaje jego włoskie fascynacje? Może zrealizował przeznaczenie, które od zawsze zapisane były w jego nazwisku. Południowowłoski klimat zaklęty w niemieckim Sommer („lato”) splata się z włoskim sommare, a więc „sumować, dodawać”. W fotomontażu Giorgio Sommer dodał do siebie i scalił Neapol, Kampanię, Italię, włoskość – widziane przez przybysza i pokazywane przybyszom.

 

Posted on

Świąteczne Lente-Inspiracje: książki

Jak zapewne pamiętasz, naszą największą miłością są kraje śródziemnomorskie, zaś pomysłem na życie – wykluczenie zeń pośpiechu. Przynajmniej tam, gdzie się da! A da się na pewno w kwestii prezentów świątecznych dla najbliższych. Nie kupowanych w amoku w zatłoczonym centrum handlowym, nie w ilościach hurtowych, nie bez zastanowienia. W cyklu złożonym z czterech artykułów pokażemy Wam produkty, które same cenimy i które polecamy z czystym sercem. Dobre rzeczy od dobrych ludzi. Zapraszamy do poinspirowania się!

Poprzedni artykuł – inspiracje kosmetyczne – znajdziesz tutaj. Dziś czas na ucztę dla ducha!

Nie od wczoraj wiadomo, że pod wieloma względami jesteśmy tradycjonalistkami. Może chyba o tym świadczyć fakt, że, zapytane o najpiękniejszy możliwy prezent, wszystkie trzy zgodnie odpowiadamy: książki! Wierzymy, że także i Wasi bliscy będą zachwyceni, znajdując pod choinką coś ciekawego do czytania. Niezmiennie polecamy Wam wszystkie publikacje, o których piszemy w naszych środowych recenzjach. Jak jednak połapać się wśród książkowych nowości śródziemnomorskich autorów lub o takowej tematyce? Oto kilka propozycji, które nam wyjątkowo przypadły do gustu!

Włosko

Najwięcej prezentów znajdują pod choinką dzieci. Wręczając im coś wartościowego do czytania, możemy być pewni, że sprawimy nie tylko krótką przyjemność – damy możliwość poszerzenia wiedzy. Julia Wollner – mama sześcioletniej Tullii, która z pasją odkrywa śródziemnomorskie kraje i ich kultury – wybrała w tym roku dla córki pięknie wydaną serię Mali odkrywcy wielkich miast (wyd. Esteri). W kolorowej tekturowej walizeczce ukryte są trzy podróżnicze skarby: dziecięcy przewodnik po Florencji, Rzymie i Wenecji. Historyczne ciekawostki sprawią, że maluchy nie będą mogły doczekać się zwiedzania, zaś dowcipne ilustracje dodatkowo uprzyjemnią moment planowania podróży. Cóż, my już chyba wiemy, gdzie Tullia chciałaby wyprawić się z mamą w najbliższym czasie… 🙂

esteri Mali odkrywcy

Wśród propozycji wydawnictwa Esteri znajdują się także książki dla dorosłych czytelników. Naszą uwagę zwróciła chociażby powieść znanej włoskiej dziennikarki Darii Bignardi zatytułowana Miłość, na jaką zasługujesz. Okładkę zdobi czarnobiała fotografia autorstwa Henriego Cartier-Bressona, zaś kilka słów zapisanych na odwrocie – wydawałoby się, że na przekór – sugeruje, że chodzi o lekturę, która zmusi do zadania sobie pytań. Nienawidzę zdjęć, bo kłamią. Podarłam prawie wszystkie, ale zachowałam jedno z naszych ostatnich Świąt. Zdjęcia rodzinne nie ukazują prawdziwych uczuć: patrzysz na nie i widzisz rozmigotaną choinkę, czerwony sweter, uśmiech przywołujący radosną atmosferę (…). A tymczasem w naszym domu już wtedy zagnieździło się zło. I choć z całego serca życzymy Wam, by Wasze świąteczne zdjęcia były zupełnie inne, to mimo wszystko zachęcamy do sięgnięcia po tę sprawnie napisaną opowieść o rodzinie, o szukaniu prawdy i o poczuciu winy. Także po to, by docenić jego brak.

esteri Bignardi
Izraelsko

 Raduje nas ogromnie coraz większe zainteresowanie, jakim cieszy się w Polsce literatura izraelska. Same z przyjemnością sięgamy po teksty Amosa Oza, Eshkola Nevo, Davida Grossmana czy Etgara Kereta – aby wymienić najbardziej znane w naszym kraju nazwiska. W ostatnich dniach zachwyciła nas książka Ból Zerui Shalev (koniecznie przeczytaj recenzję Julii Wollner dostępną tutaj). Ta pokaźnych rozmiarów powieść, którą czyta się jednym tchem, pokazuje, że najbardziej gorzkim rodzajem samotności jest samotność wśród bliskich. Daje też jednak nadzieję, zachęca do zmian. Pokazuje, że o tę niedoskonałą, ułomną rodzinę warto walczyć. Czy może być piękniejsze przesłanie na święta?

wab

Wydawnictwo W.A.B., które opublikowało Ból, ma też w swojej ofercie izraelskie propozycje dla miłośników kryminałów. Nam przypadły one do gustu nie tylko z uwagi na doskonale zbudowaną intrygę, ale także ze względu na sugestywne opisy życia codziennego na Bliskim Wschodzie, zmieniajace sposób myślenia o Izraelu. Mowa o powieściach Drora Mishaniego – telawiwskiego pisarza, który zasłynął w świecie historiami komisarza Awiego Awrahama. W sprzedaży jest już trzecia część serii, zatytułowana Człowiek, który chciał wszystko wiedzieć. W prozie Mishaniego pełno jest niezgody na tabu, a jeszcze więcej – wyczulenia na ludzką krzywdę, poszukiwania wartości, otwartości na prawdę. W sam raz do rozważenia w czasie, gdy każdy z nas dokonuje osobistych podsumowań.

Metaksiążkowo

 Co jednak robić, jeśli nie znamy dokładnie literackiego gustu osoby obdarowywanej i wiemy tylko, że kocha czytać? Najlepiej będzie podarować jej książkę o… książkach. Pomysłem jeszcze doskonalszym mogą być tylko… dwie książki o książkach! 🙂 W tym przypadku idealnie sprawdzą się nowe publikacje naszego zaprzyjaźnionego wydawnictwa Książkowe Klimaty: Sztuka powieści – antologia wywiadów z The Paris Review oraz Życie na poczytaniu Grzegorza Jankowicza, opatrzone wymownym podtytułem Rozmowy o literaturze i reszcie świata. Szczególnie interesująca wydała nam się ta druga propozycja. Stanowi ona zbiór rozmów z najwybitniejszymi pisarzami i intelektualistami naszych czasów – z nazwisk ze śródziemnomorskiego kręgu kulturowego wspomnimy tu chociażby Orhana Pamuka, Amosa Oza czy Rabiha Alameddine’a. Budując wielowymiarowy portret współczesności, zadaje pytania o miejsce, jakie zajmuje w niej literatura, ale także nawiązuje do tematyki niezwykle dla nas istotnej. Jak pisze Jankowicz we wstępie, do nas, czytelników, coraz częściej dociera, że gnaliśmy za szybko, by cokolwiek zauważyć, by coś zrozumieć, by rozgościć się w świecie. Także o tej gonitwie, jak również o jej zaprzestaniu, opowiada ta wyśmienita książka.

ksiażkowe klimaty 
Przewrotnie

Marka “Zeszyty Literackie” jest dla nas stuprocentową gwarancją udanej lektury. Lektury ambitnej, inspirującej, nie zawsze łatwej, ale za każdym razem wartej wysiłku. Z najnowszych publikacji ZL szczególnie warta uwagi wydaje nam się opowieść Sándora Máraiego Trzydzieści srebrników we wspaniałym tłumaczeniu Ireny Makarewicz. Sugestia to być może odrobinę przewrotna, bo historię Judasza, rozgrywającą się w starożytnej Jerozolimie, przywykliśmy rozważać w sercu raczej w okresie wielkanocnym. Czy jednak może być zły moment na lekturę książki, którą jeden z naszych ulubionych autorów pisał przez kilkadziesiąt lat, cyzelując każde słowo, każdy wers? Książkę, w której podjął próbę pojednania rozmaitych tradycji – greckiej, żydowskiej i chrześcijańskiej? Chyba nie. Wydaje się wręcz, że – szczególnie w naszym kraju –przyszedł na to moment najwłaściwszy.

zl
…a na koniec…

… mamy dla Was propozycję poetycką. Trudno bowiem o drugi podobny moment w kalendarzu – tak pełen znaczeń, emocji, symboli, Słowa. Bliskie mu są wszystkie cechy poezji, więc może właśnie ku niej warto byłoby skierować swoją uwagę? My podczas grudniowych świąt czytać będziemy antologię Pieśni stworzeń – zbiór przekładów dawnej poezji włoskiej przygotowany przez naszego przyjaciela Jarosława Mikołajewskiego (do kupienia tutaj). Leopoldowi Staffowi, Romanowi Brandstaetterowi oraz Zygmuntowi Kubiakowi zadedykował on tłumaczenie Cantico delle creature św. Franciszka, co nie mogło umknąć naszej uwadze; w tomiku znajdziecie jednak jeszcze wiele innych tekstów, które poruszą nie tylko wytrawnych znawców kultury Półwyspu Apenińskiego. Jarek jest bowiem prawdziwym wirtuozem słowa, a wielka wrażliwość pobrzmiewa w każdym przełożonym przezeń wersie. Stworzył książeczkę do delektowania się, kontemplowania i wspominania.

Posted on

Zeruya Shalev, Ból

Na okładce polskiego wydania Bólu Zerui Shalev widoczna jest zgięta w pół kobieta pracująca w polu. W jej skórę wbijają się źdźbła słomy. Wyobrażam sobie, że parzy ją także nieznające litości izraelskie słońce, które wysusza do cna, pozostawiając zgliszcza. Jednak lektura tej pełnej emocji powieści sprawia też, że czujemy w sercu bolesne ukłucie igiełek lodu.

W powieści wydanej niedawno przez W.A.B. utalentowana izraelska pisarka Zeruya Shalev serwuje nam studium rodziny. Rodziny, która, choć zapewnia ciepło i bezpieczeństwo, jest także krucha jak lodowy zamek. Iris – żona i matka dwójki dorastających dzieci, a zarazem poważana dyrektorka szkoły – spotyka po latach swoją młodzieńczą miłość. Otwierają się niezagojone wcześniej rany, na wierzch wychodzą głęboko skrywane frustracje i żale; płomień namiętności wybucha z nieoczekiwaną siłą, a delikatna konstrukcja zwana domem chwieje się w posadach, sprawiając ból wszystkim bohaterom. Jednak powieść Shalev nie jest tylko historią zdrady i romansu z przeszłością; jest przede wszystkim analizą uczuć rodzica. Szczerą do bólu, bo miłość do dzieci nie może bez niego istnieć.

bol
Książkę czyta się jednym tchem, a szybki rozwój akcji i mistrzowskie nakreślenie sylwetek pełnokrwistych bohaterów nie przeszkadzają autorce w zastosowaniu poetyckich porównań i zapadających w pamięć metafor, które sprawiają, że przyjrzymy się uważniej swoim własnym relacjom, swojemu smutkowi, swojej walce z rutyną i z codziennością.

Skończywszy lekturę, patrząc przez okno na zasypany śniegiem ogród moich rodziców, pomyślałam, że zimowa sceneria będzie doskonałym tłem dla książki, która opowiada o lodowatym chłodzie samotności, rozpaczy i bezustannego oczekiwania na to, że w naszym życiu wydarzy się coś wspaniałego. Czy lód zostanie w końcu stopiony, a autorka wyprowadzi bohaterów z matni bólu? Czy nauczy ich, że wspaniała rzeczywistość jest taka, jakiej doświadcza się na co dzień? Sprawdźcie sami.

Posted on

Kululush! – Rozwiązanie konkursu

Kochani! Najwyższy czas na rozdanie cudeniek od Zohar Mor.  Niestety nagrodzić możemy tylko dwie osoby, a będą to…

Patrycja Lipińska – która dostanie kwiecisty grzebień do ozdoby włosów
i
Marcin Kwiecień – któremu z przyjemnością prześlemy miniaturowe, południowe miasteczko do ozdoby domu.

Wszystkim serdecznie dziękujemy za udział w konkursie, a zwycięzców prosimy o przesłanie danych korespondencyjnych wraz z numerem telefonu na adres: info@lente-magazyn.com.

Kolorowego dnia! 🙂

img_1881

 

Posted on

5 rzeczy, które uwielbiam w Izraelu

Pierwszy raz pojechałam do Izraela w 2007 roku jako doktorantka italianistyki mieszkająca w Rzymie. Zależało mi przede wszystkim na odwiedzeniu stanowisk archeologicznych i miejsc kultu, zaś o życiu codziennym w Tel Awiwie czy Jerozolimie wiedziałam tyle, co nic. Dwa miesiące po pierwszej wyprawie, już w Polsce, poznałam jednak mojego przyszłego męża, Izraelczyka. Dzięki niemu szybko przekonałam się, że Ziemia Święta to nie tylko Jordan i Ściana Płaczu. Oto bardzo skrótowa, bardzo niewyczerpująca i bardzo subiektywna lista moich ulubionych elementów izraelskiej codzienności.

  1. Wielokulturowość

Mój mąż pytany o to, jaki jest jego kraj, odpowiada zwykle po angielsku: intense. Intensywny. Trudno o bardziej adekwatny przymiotnik, który byłby w stanie określić tę niezwykłą kulturową mieszankę, o jakiej nam, Słowianom mieszkającym nad Wisłą, nawet się nie śniło. Rodzice czy dziadkowie każdego Izraelczyka, jako mieszkańcy kraju bardzo młodego, pochodzą z innej części świata, a w obrębie jednej rodziny często mieszają się tradycje z najbardziej odległych jego krańców. Większość krewnych mojego męża pochodzi z Europy (z Polski od strony mamy, z Węgier od strony taty), jednak wśród bliskich nam osób sporo jest także Irakijczyków, Egipcjan, Libijczyków i Tunezyjczyków, a także Francuzów, Włochów i Rosjan. Dzięki temu święta – zarówno żydowskie, jak i chrześcijańskie – celebrujemy na sto różnych sposobów, biesiadujemy przy stole zastawionym przysmakami z przeróżnych zakątków globu i rozprawiamy o doświadczeniach, jakie nabyć można tylko w danym kraju. Wszystko to zaś – w małym bliskowschodnim państewku zwanym Izraelem.

Społeczeństwo Izraela to wielobarwna mieszanka.
Społeczeństwo Izraela to wielobarwna mieszanka
  1. Dzieci

Izraelczycy uwielbiają dzieci. Żydzi religijni mają zwykle bardzo liczne potomstwo i choć większość mieszkańców kraju nie jest praktykująca, to zdecydowanie mniej tu niż w Polsce par bezdzietnych lub posiadających tylko jedno dziecko. Dzięki temu rodziny z dziećmi przyjeżdżające na wakacje czują się w Izraelu wspaniale, szczególnie, że na porządku dziennym jest tu zabieranie maluchów dosłownie wszędzie. Nikogo nie dziwią wózki z niemowlętami w restauracjach, nawet o późnej porze; z dziećmi chodzi się do kina i teatru, na zakupy do eleganckich butików i do barów nad morzem. Place zabaw są liczne i ogólnodostępne, a dzieci zwykle głośne i umorusane – czyli szczęśliwe.
O moich ulubionych miejscach w Izraelu, które warto odwiedzić z najmłodszymi, piszę w Lente#04.

Izraelskie dzieci całe dnie spędzają na świeżym powietrzu. Nasze chętnie do nich dołączą.
Izraelskie dzieci całe dnie spędzają na świeżym powietrzu. Polskie chętnie do nich dołączą!
  1. Kuchnia

Nigdzie na świecie nie je się tak wyśmienicie, jak w Izraelu. Ma to bezpośredni związek z punktem pierwszym – tylko tutaj na jednym niewielkim skrawku ziemi żyją razem Włosi i Grecy, Afrykańczycy i Azjaci, Arabowie i Rosjanie. Wszyscy przywieźli ze sobą swoje kulinarne tradycje i dzielą się nimi szczodrze z nowymi krajanami. Koniecznie spróbujcie izraelskiego hummusu, szakszuki i malabi – europejskie imitacje to tylko… no właśnie, imitacje. Cieszcie się wielkimi śniadaniami, ogromnym wyborem past, serów i marmolad; pysznym pieczywem i najlepszą na świecie mrożoną kawą. Dodajcie do tego warzywa i owoce dojrzewające w śródziemnomorskim słońcu i twórczo wykorzystywane w doskonałej kuchni wegańskiej; doskonałe wina i arabskie słodycze… A po powrocie z Izraela zdecydowanie nie wchodźcie zbyt szybko na wagę!

W oczekiwaniu na posiłek w restauracji można się zupełnie zrelaksować – w Izraelu nie da się źle zjeść.
W oczekiwaniu na posiłek w restauracji można się zupełnie zrelaksować – w Izraelu nie da się źle zjeść

 

  1. Sport

Izraelczycy są narodem bardzo wysportowanym. Szczególnie widoczne jest to w Tel Awiwie – mieście położonym nad brzegiem morza, gdzie każdą wolną chwilę spędza się na plaży, która ciągnie się praktycznie przez całą metropolię. Poranny jogging po piasku, wieczorne marszobiegi po promenadzie, lekcje jogi o wschodzie słońca lub siłownia z widokiem na fale – to wszystko sportowe pomysły, których aż żal nie wypróbować, szczególnie, że motywacja jest ogromna – nigdzie indziej nie spotkacie na deptaku tak wielu osób o wspaniale utrzymanej sylwetce. Nawet największy leń (a do takich zaliczam się ja sama!) nabiera tu w końcu ochoty do założenia wygodnych adidasów i wmieszania się w ten barwny, kipiący energią tłum.

W Tel Awiwie życie toczy się na plaży.
W Tel Awiwie życie toczy się na plaży.
  1. Nieformalny styl bycia

Kiedy ja i mój mąż urządzaliśmy w Izraelu przyjęcie ślubne dla przyjaciół i rodziny, jeden z naszych polskich gości postanowił wykorzystać swój krótki pobyt w Tel Awiwie na odwiedzenie tamtejszej siedziby korporacji, w której oddziale pracował w Warszawie. Był sierpień, z nieba lał się żar, ale nasz kolega, zgodnie z polskimi nawykami, spakował do walizki elegancki biurowy garnitur i wykrochmaloną koszulę. Mój mąż dokuczał mu dobrodusznie, próbując przekonać, że w Tel Awiwie nikt, nawet sam prezes wszystkich prezesów, nie chodzi do pracy w takim stroju, jednak znajomemu nie mieściło się w głowie, by móc udać się na spotkanie zawodowe bez wybranego umundurowania. Dwa dni później przyznawał już mojemu ślubnemu rację, a poznani wówczas Izraelczycy do dziś wytykają mu nieznajomość różnic kulturowych. W Izraelu nawet na najpoważniejsze spotkania można pójść w sandałach, zaś język hebrajski nie zna “panowania”. Tubylcy są bezpośredni i otwarci; komunikują się bez owijania w bawełnę, działają bez przysłowiowych białych rękawiczek. Ja zaś przyznaję, że rozmowy o interesach toczone w szortach nad brzegiem morza są zdecydowanie przyjemniejsze, niż te w dusznych salach konferencyjnych.

Poważne spotkanie na bosaka albo w klapkach? W Izraelu to norma.
Poważne spotkanie na bosaka albo w klapkach? W Izraelu to norma.

 

_________________________________

Wszystkie zdjęcia zrobiłam w Izraelu.

Posted on

Świąteczne Lente-Inspiracje: kosmetyki

Jak zapewne pamiętasz, naszą największą miłością są kraje śródziemnomorskie, zaś pomysłem na życie – wykluczenie zeń pośpiechu. Przynajmniej tam, gdzie się da! A da się na pewno w kwestii prezentów świątecznych dla najbliższych. Nie kupowanych w amoku w zatłoczonym centrum handlowym, nie w ilościach hurtowych, nie bez zastanowienia. W cyklu złożonym z czterech artykułów pokażemy Wam produkty, które same cenimy i które polecamy z czystym sercem. Dobre rzeczy od dobrych ludzi. Zapraszamy do poinspirowania się!

Dla wielu krewnych i przyjaciół, zarówno płci żeńskiej, jak i męskiej, doskonałym podarunkiem są kosmetyki. Nie byle jakie jednak – ważne jest, by były naturalne, nie produkowane masowo i nie testowane na zwierzętach; by ich działanie było skuteczne, a stosowanie przyjemne. Jeśli jeszcze uda się je połączyć w efektowne zestawy (któż z nas nie lubi kolorowych pudełek i szeleszczących bibułek?!), blisko będziemy stworzenia podarunku idealnego. Oto nasze śródziemnomorskie kosmetyczne typy!

Zacząć musimy oczywiście od róży – królowej kwiatów i symbolu boskiej Afrodyty. Róża od wieków uważana była za panaceum; ceniono ją w medycynie, kosmetyce i kuchni (więcej na temat róży w kulturze śródziemnomorskiej czytaj tutaj). Jej czar i aromat opiewali w swych wierszach poeci; my możemy przekonać się o jej zaletach na własnej skórze. Do naszych ulubionych różanych specyfików należą kosmetyki francuskiej firmy Valcena, które w Polsce zakupić można przez internet w sklepie dystrybutora marki, Roseco (klik). Wykorzystywana jest w nich esencja z płatków najbardziej cenionej śródziemnomorskiej róży: rosa damascena. Róża damasceńska zaklęta w kremie zbawiennie wpływa na skórę suchą, zmęczoną, podrażnioną, nadwrażliwą i naczynkową. Do naszych absolutnych faworytów od Valceny należą rozjaśniający i relaksujący rollerball pod oczy, serum do twarzy oraz kremy na dzień i na noc (wszystkie na fotografii poniżej). Pachną obłędnie, działają kojąco i naprawdę przywracają skórze blask.

UWAGA: Przypominamy, że próbki kosmetyków od Valceny dostanie 100 osób, które jako pierwsze zamówią naszą zimową Paczkę Lente (więcej o niej tutaj).

valcena-2-kopia
Jednym z haseł reklamowych drugiego polecanego przez nas producenta jest piękne zdanie: Otul się naturą. Sami przyznacie – trudno przejść koło niego obojętnie! I choć chodzi o firmę polską, a nie włoską czy hiszpańską, to jesteśmy przekonane, że Hagi musi znaleźć się w naszym świątecznym, inspirującym wpisie. To marka młoda, stworzona w rodzinnym gronie. Ich kosmetyki pełne są dobrej energii, sezonowych darów przyrody, pachną ziołami i polnymi kwiatami. Są po prostu… lente! Oczywiście najbardziej lubimy te, które w swym składzie zawierają śródziemnomorskie cudowności. Do kąpieli chętnie sypiemy więc sól z Morza Martwego, pod prysznicem zaś nacieramy skórę cytrusowym scrubem, którego aromat przywodzi na myśl włoską riwierę. Bardzo cenimy także świece Hagi – relaksują, tworzą niezwykły nastrój i cudownie pachną. Kosmetyki zamówić możecie przez stronę firmy: www.hagi.com.pl.

hagi-4

Być jak egipskie elegantki, greckie damy, rzymskie modnisie – taka myśl przychodzi czasem do głowy każdej wielbicielce śródziemnomorskich klimatów. Szczególnie, że starożytni doskonale wiedzieli, co dobre, i znali zbawienny wpływ starannie wyselekcjonowanych ekstraktów roślinnych. Wiele tej kosmetycznej mądrości zostało później zapomniane na wieki. Na szczęście nasze pokolenie coraz częściej odkrywa starożytne specyfiki, a badania naukowe niejednokrotnie potwierdzają ich niezwykłą moc. Dzieje się tak na przykład w wypadku drzewa chrzanowego, po łacinie zwanego moringa oleifera (więcej na jego temat przeczytać można tutaj). Wzorem starożytnych piękności stosujemy olej z moringi do nawilżania ciała po kąpieli, nacieramy nimi włosy, a nasi mężowie podkradają nam kilka jego kropel, aby łagodzić podrażnienia swojej skóry wywołane goleniem. Marka, którą gorąco Wam polecamy, nosi zabawną nazwę MoringaWhat (tak, tak, to dlatego, że mało kto zna nazwę tej rośliny!). Proponowany przez nią olejek pochodzi z Indii. Zamknięty jest w estetycznej bambusowej buteleczce i schowany do jutowego woreczka. Przyjechać może do Was po złożeniu zamówienia przez internet na stronie moringawhat.com; znajdziecie go także w warszawskiej kawiarni CoPhi przy ul. Hożej 58/60.

moringa-2

Do naszych ulubionych śródziemnomorskich krajów należy bez wątpienia Hiszpania. Mamy więc słabość do produktów pochodzących z Półwyspu Iberyjskiego, jednak na dłuższą metę wierne jesteśmy tylko kilku markom, które uważamy za naprawdę doskonałe. Zalicza się do nich La Chinata (lachinata.com.pl) – firma specjalizująca się w produktach na bazie oliwy z oliwek. Zajadamy się ich przetworami, sałatki doprawiamy ich sosami, a nasza skóra bardzo pozytywnie reaguje na LaChinatowe kosmetyki. Julia, która otwarcie przyznaje się do lekkiej obsesji na temat swoich włosów, zachwala delikatny oliwkowy szampon, który stosuje także do mycia czupryn swoich dzieci; Marysia nie wychodzi na mróz bez ochronnego sztyftu do ust tej samej marki. W najbliższych dniach będziemy testować maseczki upiększające La Chinaty – czas zadbać o siebie przed świętami! 🙂


chinata
Rodzinną toskańską firmę Erbario Toscano zna już zapewne wielu z Was. Piękne zapachy, eleganckie opakowania, naturalne składniki i pasja – oto, co cenimy u nich najbardziej. Kosmetyki Erbario sprowadza do Polski nasza przyjaciółka Agnieszka, właścicielka firmy Aromaty Toskanii (klik), na stronie której zamówić możecie te włoskie wspaniałości. Mało jest na świecie osób tak dobrych i wrażliwych, jak Aga, ale zapewne nie pisałybyśmy o niej, gdyby proponowane przez nią kosmetyki nie wzbudzały u nas szybszego bicia serca. Kiedy jednak widzimy taką oto paczkę…


erbario2

.
..to skaczemy z radości, wiedząc, że za chwilę przeniesiemy się do najpiękniejszego regionu Italii! Do naszych ulubionych produktów należą perfumy (co powiecie na Toskańską Wiosnę albo Sieneński Pył?!), cudowny krem różany do twarzy, delikatny oliwkowy żel pod prysznic oraz cała seria winogronowa. Doskonałe są też kremy do stóp i dłoni (na zdjęciu). Panom spodoba się linia Cuore di Pepe Nero, na punkcie której szaleją mężczyźni z rodziny Julii i której część widoczna jest na zdjęciu. Możecie zakupić je w zestawie z aromatyczną świecą. Uprzedzamy jednak lojalnie: toskańskie aromaty uzależniają!

erbario-2

Życzymy Wam wiele radości ze spokojnego wybierania podarunków dla najbliższych oraz drugie tyle – z testowania śródziemnomorskich cudów na swojej skórze!

Posted on

Rosa, rosae, rosae

Historia

Paleobotanicy uważają, że róże pojawiły się na naszej planecie około 40 milionów lat temu, prawdopodobnie na Dalekim Wschodzie. Mniej więcej jedna trzecia gatunków wywodzi się jednak z Europy, Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu, a więc z obszaru w dużej mierze pokrywającego się z terytorium basenu Morza Śródziemnego, gdzie krzewy różane należały do najbardziej cenionych roślin ozdobnych już w czasach starożytnych. W Egipcie kojarzono je z boginią Izydą, uwieczniano na ścianach grobowców, a korony z kwiatów, zwane „świętymi różami abisyńskimi”, stanowiły część wyposażenia zmarłych. W starożytnym Izraelu wody różanej używano natomiast do obmywania ścian Świątyni Jerozolimskiej.

Grecy opiewali różę w poematach; Safona na przykład nazywała ją królową kwiatów. Nic w tym dziwnego: róża była symbolem Afrodyty i uważano, że powstała z tej samej piany morskiej, co bogini miłości. Według innych legend wzrosła zaś z krwi jej lub jej kochanka Adonisa, rozszarpanego przez dziki. Urocza legenda chrześcijańska sugeruje natomiast, że pierwsze róże wyrosły z… pieluszek Dzieciątka Jezus.

the_roses_of_heliogabalus-_by_alma-tadema
Antyczni Rzymianie niezmiernie cenili róże jako rośliny ozdobne; przystrajali nimi sale bankietowe, a także słynęli z zamiłowania do zrzucania ich płatków z sufitu podczas uczt, tworząc w ten sposób swoisty kwiatowy deszcz. Bogaci rzymscy kochankowie posyłali swoim wybrankom „zimowe róże egipskie” –  w kraju nad Nilem, ze względu na ciepły klimat, róże zakwitają wcześniej niż na Półwyspie Apenińskim. Rzymscy kupcy zbudowali na tym fakcie świetnie prosperujący biznes, sprowadzając kwiaty do Italii nawet w styczniu. Ich cena odpowiadała wówczas najdroższym diamentom. O zwyczaju tym pisał grecki poeta Krinagoras z Mityleny, przebywający na dworze cesarza Augusta.

Dla urody

W antycznej Grecji i Rzymie chętnie stosowano róże do pielęgnacji urody, a jej właściwości lecznice doceniał już Hipokrates. Najlepszą opinią cieszyła się w tym względzie róża damasceńska (Rosa damascena). W Helladzie uprawiano ją od VI wieku p.n.e.; dziś plantacje tej rośliny znajdują się głównie w Bułgarii, Francji, Rumunii, Iraku i Iranie. Ze względu na silny zapach płatków, który utrzymuje się nawet po ich uschnięciu, od wieków używa się jej do produkcji wody różanej, olejku i perfum. W Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie do tego samego celu używa się także róży piżmowej (Rosa moschata). Różę chętnie wykorzystują producenci kosmetyków ekologicznych; szczególnie popularna jest dzika róża, czyli Rosa canina – niezwykle bogata w witaminy, działająca uspokajająco, antydepresyjnie i wzmacniająco.

Róża wspaniale sprawdza się w pielęgnacji urody. W naszym sklepie znajdziesz pięknie pachnący tonik (hydrolat) do twarzy z płatków róży damasceńskiej, który działa przeciwzmarszczkowo i łagodząco


Przy stole

Dziś w krajach śródziemnomorskich, szczególnie na Bałkanach i w Azji Mniejszej, płatki róż cieszą się wielką popularnością w przemyśle spożywczym. Używa się ich do aromatyzowania octu, miodu, konfitur i napojów. W Izraelu i w krajach arabskich w kuchni chętnie używa się wody różanej, dodawanej do deserów takich jak salep czy malabi, a także potraw takich jak pilaw.

Dla językoznawców i podróżników

Wybitny filolog Aleksander Brückner wyprowadza polskie słowo „róża” z łacińskiego rosa, które dla odmiany wywodzi się z greckiego rodon. Nietrudno tu o skojarzenie z Rodos, urokliwą wyspą na Morzu Egejskim, umiłowaną przez boga słońca Heliosa, której nazwa pochodzi bezpośrednio od rzeczownika τὸ ῥόδον. Dominującym elementem krajobrazu są tam pachnące oleandry i krzewy różane.

Grecy pochodzenie nazwy kwiatu łączyli także z czasownikiem będącym odpowiednikiem polskiego „rozlewać”. Z róży bowiem rozlewa się strumień woni; płynie także czerwona krew i morska piana, z której róże się narodziły…

Różane cuda

Na terenach pustynnych, w tym w Ziemi Świętej, spotykany jest swoisty cud natury, noszący w nazwie różę. Jest nim niejaka róża jerychońska, określana także mianem zmartwychwstanki. Ten sukulent powszechnie uważa się za jeden z najbardziej niezwykłych gatunków roślin na świecie; posiada on bowiem zdolność przetrwania wielomiesięcznych suszy. Kurczy się wówczas i zasycha; po podlaniu potrafi jednak prawie natychmiast rozwinąć się i zazielenić. Według jednej z legend, stało się tak podczas przejazdu Świętej Rodziny przez okolice Jerycha. Gdy Maria, Józef i Jezus uciekali do Egiptu, róże porastające tamtejsze pagórki rozkwitły barwnymi kwiatami mimo suszy.

 

roza

Symbolika

Symbolika róży jest pełna sprzeczności. Od wieków kojarzy się ją bowiem z seksualnością, a zarazem czystością; z namiętnością, a także małżeństwem, macierzyństwem, wstydem i wiarą. Uważano ją za emblemat prostytutek, ale i nowożeńców. Różane kolce kojarzono z trudnościami losu, które pokonać musi prawdziwa miłość, a także z obroną przed zerwaniem, jakże zbliżoną do ochrony dziewictwa. Czerwona róża symbolizuje miłość, pasję, a także… lewicowe ruchy w polityce. Wieloznacznym symbolem jest również w chrześcijaństwie. Ze względu na kolor i związek z koroną cierniową odnosi się do męczeństwa Chrystusa. Kojarzona jest także z niepokalanie poczętą Maryją oraz poświęconym jej różańcem, jak również z licznymi świętymi, w tym św. Franciszkiem z Asyżu, św. Agnieszką z Montepulciano i św. Dorotą z Cezarei.

Róża w kulturze

Największy włoski poeta Dante Alighieri porównywał do róży rajską miłość. O różach pisali także Lorenzo de’ Medici, Gabriele d’Annunzio, Giovanni Pascoli czy Pier Paolo Pasolini; największą sławę zdobyła chyba jednak powieść Umberta Eco Imię róży. Do najpopularniejszych cytatów zawierających nazwę kwiatu należą zaś wersy z szekspirowskiego dramatu Romeo i Julia, umiejscowionego we włoskiej Weronie:

Czym jest nazwa? To, co zwiemy różą, pod inną nazwą równie by pachniało.

____________________

Artykuł ukazał się drukiem w drugim numerze kwartalnika “Lente” (Lente#02, czerwiec 2016).

Posted on

Mówią o niej Moringa

Starożytni mieszkańcy Śródziemnomorza wiedzieli, co dobre. Dzięki wymianie handlowej z państwami położonymi w najdalszych zakątkach globu, mieli dostęp do cudów natury, o których następne pokolenia zapomniały na długie stulecia. Dziś coraz częściej po raz kolejny je odkrywamy.

Do takich zapomnianych, cudownych specyfików należy drzewo rosnące w północnozachodnich Indiach, u stóp Himalajów: moringa olejodajna (łac. Moringa oleifera, po polsku zwana też drzewem chrzanowym). Nie bez powodu określana jest ona często “cudownym drzewem” lub “drzewem długiego życia” . Ta mało znana w Polsce roślina posiada bowiem niezwykłe wartości odżywcze: zawiera cztery razy więcej witaminy A niż marchew, siedem razy więcej witaminy C niż pomarańcze i 25 razy więcej żelaza niż szpinak! Co więcej, jej liście kryją w sobie blisko 20 rodzajów aminokwasów, 46 typów przeciwutleniaczy oraz 36 związków przeciwzapalnych, sprawiając, że moringa wymieniana jest często jako jedna z najzdrowszych roślin na świecie. Nic więc dziwnego, że jej kwiaty, liście, kora i korzeń, przypominający w smaku chrzan, wykorzystywane są często jako surowiec do produkcji leków.

moringa1

Poza spożywczymi, moringa posiada również cenne właściwości kosmetyczne. W antycznym Egipcie, Rzymie i Grecji wierzono, że olej będący wyciągiem z nasion rośliny chroni skórę przed infekcjami i podrażnieniami od słońca. Wielce ceniono jego zmiękczające, złuszczające i przeciwstarzeniowe właściwości; używany był przez starożytnych podczas codziennej pielęgnacji ciała, a także jako naturalne perfumy, bowiem charakteryzuje się specyficznym, przyjemnym aromatem. Co ciekawe, same ziarna moringi służyły w starożytnym Egipcie do uzdatniania wody. Dziś naukowcy potwierdzają, że zawarte w nasionach białka o dodatnim ładunku przyciągają szkodliwe bakterie naładowane ujemnie. Gdy następuje połączenie przeciwstawnych ładunków, dochodzi do samoczynnego oczyszczenia wody; tym sposobem można wyeliminować z niej około 90% trujących substancji!

W okresie jesienno-zimowym, kiedy wszyscy poszukujemy skutecznych form nawilżenia i odżywienia skóry, warto zainteresować się olejem z moringi. Można używać go do skóry całego ciała, w tym do masażu, a także wykorzystać podczas samodzielnego przygotowywania kremów. Idealnie sprawdzi się też stosowany na włosy.

Nie może zresztą być inaczej, skoro pokochały go już starożytne śródziemnomorskie elegantki.

Posted on

W stronę słońca. Rusza przedsprzedaż Lente#04

Gdy za oknem ciemność i chłód, przenieś się z nami do rejonu świata, który jak mało kto ukochał sobie piękno i radość życia, który dał wspaniały początek całej naszej cywilizacji, a jednocześnie potrafi cieszyć się tym, co małe – codziennością i prostymi gestami. Zachwycające cechy śródziemnomorskiego krajobrazu – tak kulturowego, jak i rozumianego dosłownie, w sensie geograficznym – zanurzone są w jasnym, intensywnym i zawsze obecnym świetle. Świetle, które jest także synonimem życia, ducha, mądrości i inspiracji.

2coverlente04

W zimowej edycji „Lente” wyruszamy na poszukiwanie Światła – najważniejszego rzeczownika w naszym osobistym słowniku.

Na 136 stronach naszego pięknie wydanego albumu zabierzemy Cię w podróż w stronę słońca. Spacerować będziemy brzegiem morza na Costa de la Luz, czyli hiszpańskim Wybrzeżu Światła, odwiedzimy pachnącą różami wyspę Heliosa – Rodos, a całą rodzinę porwiemy na radosną wycieczkę do grudniowego Izraela. Swoje szklane tajemnice odkryje przed nami Serenissima, czyli świetlista Wenecja, a następnie dowiemy się, jak w starożytnej Grecji niesiony był kaganek oświaty. Przyjrzymy się losom “poety Morza Egejskiego”, Odisseasa Elitisa; opowiemy historię wybitnych włoskich operatorów filmowych i pokażemy, jak genialni włoscy designerzy ujarzmili światło. Zawitamy też do wypełnionych słońcem miast: portugalskiej Lizbony i włoskiego Lecce. Odwiedzimy strzeliste, hiszpańskie katedry, wśród fal szukać będziemy blasku słynnej aleksandryjskiej latarni, zaś w domowym zaciszu delektować będziemy się pełną ciepła historią śródziemnomorskich świec. W kuchni przyrządzimy wspólnie zimowe specjały, w tym śródziemnomorskie świąteczne ciasta, a ciesząc się ich smakiem, błądzić będziemy po oliwnych gajach naszego ukochanego regionu (więcej o tej edycji albumu: tutaj).


Trudno wyobrazić sobie grudzień bez dreszczyku emocji, jaki towarzyszy odwijaniu szeleszczącej bibułki.
Także i tym razem zapewniamy Ci więc możliwość doświadczenia Śródziemnomorza wszystkimi zmysłami, proponując zakup naszego kwartalnika wraz z towarzyszącą mu Paczką Lente. Zawarte w nim niespodzianki będą idealnym dopełnieniem lektury, ale i pięknym świątecznym prezentem – zarówno dla Ciebie, jak i Twoich bliskich. Znajdziesz wśród nich cudeńka opisane poniżej.

– Spożywczy delikates, który sprawi, że każde danie nabierze wyrafinowanego smaku. Jego aromat pozwoli przenieść się do hiszpańskiej Andaluzji,wprost na Costa de la Luz i w okolice Kadyksu. To tam, przed wiekami, Maurowie przywieźli z daleka wielki sekret: wiedzę o procesie destylacji.

box1

– Piękny, zaprojektowany przez nas element wystroju sypialni, które przypomni, że każdego ranka, kiedy wstaje słońce, warto skupić się na wpuszczeniu do swojego życia Światła, nie zaś stresu i pośpiechu.

box3

– Coś dla ducha i coś dla ciała w jednym: naturalny produkt cieszący śródziemnomorskim aromatem, naturalnymi składnikami, kojącym blaskiem i odrobiną ciepła, stworzony we współpracy z rodzinną polską firmą.

box4

– Papierowy drobiazg, który bardzo przyda się podczas świątecznych przygotowań do rodzinnych celebracji
, a jednocześnie przywoła radość płynącą z rozmowy w śródziemnomorskich językach.

box2
 

Co więcej, pierwsze 100 osób, które zamówi Paczkę Lente#04, otrzyma od nas upominek – zestaw próbek luksusowych kosmetyków różanych ufundowany przez firmę Valcena i ich polskiego dystrybutora – Roseco. Pozwolą one zadbać o urodę podczas wypełnionych krzątaniną przedświątecznych dni. Niezwykły aromat, jaki zawdzięczają najbardziej cenionemu gatunkowi śródziemnomorskiej róży, rosa damascena, zachwyci nawet najbardziej wybredne panie, a substancje czynne zawarte w kosmetykach, w tym witamina C, sprawią, że cera nabierze prawdziwego blasku.

 

valcena

Nie czekaj – zaproś śródziemnomorskie Światło do swojego domu!
Zarówno magazyn, jak i Paczkę Lente zakupić można w naszym sklepie.
Zapraszamy także do zakupów naszych zestawów świątecznych, dostępnych tutaj.