Posted on

Tiramisù z truskawkami i limoncello

Jak w wypadku każdego spektakularnego sukcesu, także tiramisù ma wielu ojców. Za jego twórców uważają się np. mieszkańcy Lombardii. Wykorzystanie pochodzącego z okolic Mediolanu mascarpone jest dla nich wystarczającym dowodem na lombardzki rodowód deseru. Podobny argument przytaczają mieszkańcy Piemontu – w tiramisù pojawiają się piemonckie biszkopty savoiardi, wymyślone na dworze sabaudzkim i nazwane na cześć słynnej dynastii. Turyńscy cukiernicy mieli stworzyć deser dla uwielbiającego słodycze Camilla Cavoura, jednego z twórców idei zjednoczenia Włoch (który zapewnie nie miał pojęcia, że spór o tiramisù podzieli jego rodaków).

Jeszcze inną wersję wydarzeń przedstawia region Veneto. Tiramisù miało być podawane w weneckich domach publicznych, aby przywracać siły prostytutkom i ich klientom. Na początku w lupanarach serwowano sbatudìn, ubitą mieszankę żółtek i cukru, podobną do naszego kogla mogla. Stopniowo deser urozmaicano przynoszonymi przez klientów dodatkami: kupcy dostarczali ziarna kawy, rzemieślnicy biszkopty, mieszczanie – mascarpone. W 1958 roku zdelegalizowano domy publiczne, ale przepis na tiramisù przetrwał. Deser odrodził się w Treviso, gdzie pewna pomysłowa Włoszka z powodzeniem stosowała go jako środek na przywrócenie sił po porodzie. Zaraz potem, razem z zaprzyjaźnionym kucharzem, udoskonaliła przepis i wprowadziła do menu Le Beccherie, jednej z najstarszych restauracji w mieście.

W wersji letniej, z truskawkami i limoncello, deser ma bardziej świeży smak, ale równie cudowne właściwości – bez względu na to, gdzie i kiedy powstało!

Tiramisù z truskawkami i limoncello

500 g mascarpone
4 żółtka
4 łyżki drobnego cukru

200 g biszkoptów savoiardi (kocie języczki)
200 ml limoncello

400 g truskawek
50 ml limoncello

do podania: 2-3 łyżki drobno posiekanych pistacji
garść truskawek

Truskawki kroimy w ćwiartki.
Mieszamy z limoncello, przykrywamy i ostawiamy do lodówki.

Żółtka ubijamy z cukrem na puszystą masę.
Dodajemy mascarpone i mieszamy lub miksujemy do wymieszania (nie dłużej, bo serek może się zważyć).

Biszkopty zanurzamy w limoncello (każdy na kilka sekund).

Biszkopty i masę mascarpone dzielimy na trzy części. W prostokątnym naczyniu układamy warstwę biszkoptów, smarujemy warstwą kremowej masy, na górze układamy truskawki. Powtarzamy. Na koniec przykrywamy kolejną warstwę biszkoptów, smarujemy kremem.

Przykrywamy folią aluminiową i odkładamy do lodówki na co najmniej cztery godziny (najlepiej na całą noc).

Przed podaniem dekorujemy truskawkami i posiekanymi pistacjami.

Posted on

Nobile 1942 La Danza delle Libellule

“Taniec ważek”, bo tak można przetłumaczyć nazwę wspomnianych perfum z włoskiego na nasze, ujrzał światło dzienne w 2012 roku. Od tej pory zdążył w sobie rozkochać spore grono kobiet łasych na słodkie, gourmandowe aromaty.

Pierwsze psiknęcie, pierwszy wdech — zaskoczenie.

Jak może pachnieć ważka, dość kruchy owad o połyskujących skrzydełkach, cienkich niemal do niewidoczności? I jak wygląda jej taniec? Porusza się ciut w przód, ciut w tył, kołysze nieznacznie zawieszona w powietrzu. Na myśl przychodzi woń wiatru, chłodnej wody, wilgotnego tataraku i resztek mgły, rozwieszonej obok pajęczyn na zielonych łodygach.

Tymczasem La Danza delle Lilellule pachnie jak… szarlotka. Tak, tak, jak domowe ciasto z miłością upieczone przez babcię. Jeszcze gorące, stygnące w foremce z ceramiki na kamionkowym parapecie. Okno wychodzi na zalany słońcem ogród, jest południe, a nad ciastem tańczą co najwyżej muchy, które zresztą babunia cierpliwie przegania kuchenną ścierką. Jest swojsko i przytulnie.

 

Wpierw w La Danza delle Libellule czuć sad pełen bielonych jabłoni, których gałęzie uginają się od ciężaru dojrzałych, soczystych jabłek. Kędzierzawy brzdąc wbija mleczaki w lśniącą skórkę, po brodzie cieknie mu sok, kleją się palce. W apetycznym otwarciu kompozycji pierwsze skrzypce gra duet czerwonego jabłuszka i bergamoty.

W sercu pękate owoce odarte są ze skórki, pokrojone w drobne plasterki, posypane korzennymi przyprawami i przykryte kołderką kruchego ciasta. Prócz rozgrzanych ciepłem piekarnika jabłek  można wywąchać tu cynamon; wprawne nosy doszukają się też cienia cedru. Zapach gęstnieje, staje się bardziej esencjonalny i intensywny — noszącą go osobę nie tyle otula, co oblepia, łapczywie zagarniając w swe wonne ramiona.

Jakiś czas później znowu subtelnieje. Baza to już ten moment, kiedy brytfanka opuściła piekarnik, szarlotka szykuje się na spałaszowanie. La Danza delle Libellule rozluźnia objęcia, staje się miękka i kremowa od kokosa i piżma, przede wszystkim jednak — od wanilii. Zmieszana z pieczonymi jabłkami i cynamonem w idealnych proporcjach nie da się nie lubić. Można nie przepadać za gourmandami, nie nosić słodkich pachnideł, ale ciężko nie uśmiechnąć się, kiedy ten aromat podrażni zawadiacko nozdrza.

Taniec ważki uwieczniony przez Nobile 1942 nie przypomina ani trochę sennych, dekadenckich pląsów. La Danza delle Libellule to radosne podrygiwania, beztroskie kręcenie się wkoło i podskoki. Jakby dorosłość na chwilę przestała istnieć.

 

Zdjęcie główne: Eugène Séguy (ilustracja z lat ’20 XX w.)
Posted on

Flamenco – więcej niż taniec

Flamenco to feeria barw i szelest falban, szmer rozkładanych wachlarzy, brzęk kastanietów i stukot obcasów, rytm wyklaskiwany przez dłonie i podkręcające atmosferę entuzjastyczne okrzyki. Zawodzący, chropowaty głos i przejmująco ekspresyjna mimika śpiewaka sprawiają, że ciarki przechodzą po plecach, nawet, gdy nie zawsze rozumiemy znaczenie śpiewanego tekstu;wirtuozerskie i żywiołowe dźwięki gitary doprowadzają do łez wzruszenia; karminowe usta i krwistoczerwone sukienki tancerek oraz ich zmysłowe ruchy ciała i dłoni przypominają odwieczną grę w uwodzenie i odpychanie.

Smutek, żal, ból i nostalgia. Odwaga, brawura, duma, waleczność i zdecydowanie. Gorące serce, miłość, namiętność, nieokiełznana radość. Impulsywność i melancholia. Wulkan uczuć, gejzer emocji, gama ekspresji. Tu nie ma stanów pośrednich – albo od pierwszego wejrzenia odrzuca, albo też kompletnie hipnotyzuje, zachęcając do głębszego poznania.

Flamenco to jednak o wiele więcej niż zwykły taniec, nawet więcej niż taniec, muzyka, śpiew i ubiór razem wzięte. To złożony fenomen kulturowy – specyficzna obyczajowość i inna skala wartości, namiętna pasja i styl życia – który dzięki swoim artystycznym „ambasadorom” zawitał na sceny i estrady całego świata, a dzięki wybitnym wykonawcom został podniesiony do miana sztuki, sześć lat temu wpisanej na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.


Andaluzja – bijące serce flamenco

Rodowity Hiszpan brzmienie słowa „flamenco” błyskawicznie połączy z południowym regionem swojego kraju, Andaluzją – z jednej strony traktowaną przez resztę nieco z przymrużeniem oka, ale jednocześnie otaczaną szczególną, niemal matczyną opieką. To stąd bowiem czerpiemy większość stereotypowych wyobrażeń o Hiszpanii: upalny klimat, równie gorący temperament, popołudniowa sjesta, nocna fiesta i beztroskie życie zgodnie z filozofią mańana, czyli „zrobi się jutro”. Tu faktycznie żyje się spokojniej i wolniej, a mieszkańcy nie wstydzą się okazywać swoich uczuć – wycofani nieco z obłędnego pędu cywilizacji, wolą kultywować rodzinne tradycje i regionalne zwyczaje. To również wielonarodowy i wielokulturowy tygiel, dający bezpieczne schronienie ludom z najbardziej egzotycznych zakątków świata, ale i sam będący pod wielowiekowym panowaniem innych narodów. Andaluzja była krainą Fenicjan i Kartagińczyków, kolonią grecką i Imperium Rzymskim, cesarstwem wizygockim i arabskim kalifatem, a także domem dla sefardyjskich Żydów i hinduskich Cyganów. Ślady wielokulturowych korzeni widać we flamenco jak na dłoni: arabski melizmatyczny śpiew, taneczne ruchy podszyte erotyzmem Afryki i Arabii, tańczące palce i trzepot ptasich skrzydeł rodem z hinduskiego tańca katak, siarczysty, cygańsko-flandryjski step twardymi podeszwami, ale także wyraźne inspiracje średniowiecznymi chorałami gregoriańskimi.

 

Korzenie multi-kulti

Takie jest właśnie flamenco – silnie zanurzone w andaluzyjskiej tradycji, ale źródłami sięgające znacznie głębiej, zawierające w sobie wpływy kultury hinduskiej, perskiej, żydowskiej, arabskiej, mauretańskiej, egipskiej, bizantyjskiej, zaś przede wszystkim wędrownych Cyganów, którzy stali się spoiwem łączącym pojedyncze elementy w całkiem nową i oryginalną jakość. Chłonęli oni i adaptowali kultury przeróżnych krajów, poczynając od Indii, z których wyruszyli w IX wieku, poprzez Palestynę i północną Afrykę, aby w końcu w XV wieku osiąść na stałe właśnie w Andaluzji.

Późniejsze prześladowania religijne Cygan oraz wyznaczona im niska hierarchia społeczna, wykluczenie i bieda odcisnęły piętno na „ich” flamenco: muzyka i taniec stały się krzykiem bólu, protestu i rozpaczy, sposobem wyrażania tłumionych emocji, przekazem odwagi i nadziei, próbą ocalenia przed zapomnieniem. Stąd tak wyjątkowa ekspresja głębokiego śpiewu: pierwotnego, wydobywanego z czeluści duszy i ludzkiego smutku. W muzyce topili łzy, w tańcu dawali upust swojej złości i niezgody na rzeczywistość, lecz jednocześnie jak nikt inny potrafili radośnie i entuzjastycznie opiewać piękno zwykłej codzienności.


W stronę komercji

W XIX wieku flamenco opuściło sewilskie patia, zamknięte występy powoli zamieniły się w komercyjną rozrywkę: poczynając od kawiarnianych scen cafe cantantes, w których flamenco tańczono również „do kotleta” dla wyższych sfer, poprzez XX-wieczne deski teatru i opery – spopularyzowane przez aranżacje dla muzyki klasycznej i orkiestry Manuela de Falla oraz rozsławione w Paryżu przez rosyjskiego impresaria baletu Siergieja Diagilewa do scenografii i kostiumów mistrza Pabla Picassa, a na koncertowych estradach muzyki popularnej ubiegłego stulecia kończąc. Flamenco zaczęło zarabiać, co kłóciło się z filozofią wolności, indywidualizmu i spontaniczności, dusiło się w gorsecie salonów.

Od lat 80. ubiegłego wieku rozwijało się tzw. nuevo flamenco, a więc nowoczesne aranżacje popowo-folkowe jak Gipsy Kings czy rockowe typu Pata Negra, a nawet elektroniczne, chilloutowe czy lounge… Również taniec dostosował się do pulsującego w szybszym tempie rytmu współczesności – spośród ponad 70 różnych stylów największą popularnością cieszą się dziś raczej te pogodniejsze, z dużą dozą sprytu i łobuzerskiego żartu, jak sevillanasczy alegrias, niż te nawiązujące do pierwotnego, tragicznego w wymowie, oszczędnego w środkach wyrazu, pełnego patosu i wzniosłości nurtu „hondo”, jak siguiriyas.

Byli jednak również utalentowani i oddani pasji flamenco hiszpańscy artyści, którzy poprzez swoją sztukę przyczynili się do jej rozwoju i popularyzacji na całym świecie: Carlos Saura we wzruszającym filmie Flamenco, flamenco, poetyckie frazy geniusza pióra, ale również organizatora pierwszego wielkiego festiwalu flamenco Federico Garcii Lorki, zaś przede wszystkim jazzowe aranżacje wirtuoza gitary Paco de Lucii, który w unikatowy sposób połączył perfekcję gry z szaleństwem improwizacji. Kochany zarówno przez masową publiczność, jak i wręcz otaczany kultem przez (wy)znawców flamenco, tzw. flamencosów, wzbogacił on flamenco o akcenty jazzowe i bluesowe, tworząc zupełnie nową jakość we wszystkich trzech nurtach muzycznych, mających skądinąd podobne korzenie w poniżanym i biednym ludzie.

Zagadkowa etymologia

Pochodzenie nazwy „flamenco”, która weszła do języka dopiero z końcem XIX wieku, pozostaje wciąż nieodgadnione. Istnieje bowiem co najmniej kilka teorii, które wcale się nie wykluczają, lecz harmonijnie dopełniają, przypominając o wielokulturowych źródłach. Ze względu na ognisty charakter i krwistą czerwień falbaniastych sukienek, najpopularniejsza wersja przyjmuje, iż „flamenco” pochodzi od łacińskiego słowa flamma, oznaczającego ogień i jest powiązane z jego rytualnym kultem. Być może jednak łączy się z belgijską Flandrią, z której dotarła spora grupa Cyganów lub też ze starocygańskim zwrotem flaman, oznaczającym zarówno „jasność” i „dobroć”, jak i „sprośność”. Najbardziej egzotyczna wydaje się natomiast teoria mówiąca o łudzącym podobieństwie tej sztuki do ubarwienia i ekscentrycznych ruchów skrzydeł ptaka flaminga, tym bardziej, że po hiszpańsku flaming brzmi właśnie „flamenco”.


Po pierwsze: rytm

W wykonaniu flamenco to wcale nie taniec czy muzyka odgrywają najważniejszą rolę, lecz rytm, wydobywany na najrozmaitsze sposoby przez muzyków i tancerzy. To właśnie temu służą folklorystyczne „gadżety” w postaci słynnych ozdobnych, doczepionych do dłoni kastanietów czy pudeł-bębnów cajón, na których siedzą śpiewacy. Wiąże się to z historią powstawania flamenco – ubodzy andaluzyjscy Cyganie akompaniowali sobie do śpiewu za pomocą najprostszych dostępnych środków, jak pstrykanie palcami (pitos), podkreślające wykonywaną w danym momencie figurę, klaskanie dłońmi i stukanie obcasami (zapateado), akcentujące rytm, a także gwizdanie, podkręcające tempo i temperaturę wykonania.

Znawcy flamenco powiadają, że jeśli jest rytm i śpiew, to reszta, a więc muzyka i taniec, mogą, a nawet powinny stanowić czystą improwizację. Muzyka we flamenco oznacza tylko i aż specjalną gitarę, gitarę flamenco, która wykonywana jest z drzewa cyprysowego lub z palisandru, dlatego w odróżnieniu od gitar klasycznych przybiera jaskrawożółtą lub jasnopomarańczową barwę. Ma niżej zawieszone struny oraz znacznie węższe i płytsze pudło, co umożliwia szybszą grę, nadaje krystaliczne, ostre brzmienie i naśladuje dźwięki perkusji. Do gitary przylepiona jest też charakterystyczna laminatowa płytka, która służy do wykonywania nieodłącznej dla tej gry techniki golpe, a więc energicznego, czasem w zawrotnym tempie uderzania opuszkami palców i maczanymi dla wzmocnienia w oliwie z oliwek paznokciami o pudło rezonansowe. Dla publiczności prawie niemożliwe staje się nadążanie z rytmicznym klaskaniem, a dla postronnych gitarzystów – zupełnie nie do przejścia dorównanie z grą. Gitara flamenco to bowiem instrument tylko dla wtajemniczonych – gitarzyści nie znają zapisu nutowego, ponieważ nauka, polegająca na mozolnym powtarzaniu struktury rytmicznej, przekazywana jest wyłącznie z ojca na syna.


Wytańczyć emocje

Taniec flamenco kojarzy nam się co prawda przede wszystkim z wyjątkowo zmysłowym i zniewalającym pląsem kobiet, ale z równym powodzeniem może być wykonywany przez mężczyzn, choć jednak tylko przez tych, którzy nie obawiają się żywiołowego okazywania uczuć… Taniec kobiecy i męski znacznie się różnią: podczas gdy mężczyźni skupiają się głównie na wirtuozerii stepu i obrotach, górną część ciała pozostawiając surową i nieruchomą, a ruchy ich rąk są ostre, wyraźnie zarysowane i pozbawione kobiecej łagodności,to u kobiet odwrotnie: najważniejszy jest płynny i ozdobny taniec rąk, dłoni, a nawet pojedynczych palców oraz rozkołysane ruchy bioder i skręcone obroty całego ciała, dzięki czemu ich taniec przypomina węże wijące się wokół ciała.

Trudno sobie również wyobrazić flamenco bez charakterystycznego stroju, eleganckiego i oszczędnego w dekoracjach u tancerzy i odwrotnie – kolorowego, pełnego przepychu i kuszącego u tancerek. Mężczyźni zakładają obcisłe spodnie, białą koszulę z apaszką pod szyją, czarną kamizelkę, długie buty wzorowane na obuwiu do jazdy konnej z wysokimi i podbitymi gwoźdźmi obcasami oraz wielki płaskodenny kapelusz, wykorzystywany także jako element choreografii; natomiast kobiety noszą barwną i szeroką suknię z ogromną liczbą falban lub doszytym trenem, falbaniasty gorset, ozdobną chustę i mnóstwo uwodzicielskich dodatków, jak wachlarze, grzebienie czy kwiaty we włosach. Co jest jednak wspólne dla obu płci, to charakterystyczna ekspresja ruchu, dzięki której tancerz realizuje swoje podstawowe zadania: oddać nastrój pieśni i opowiedzieć tańcem historię, zinterpretować słowa i emocje śpiewaka, przekładając je na własny język ciała.

W przeciwieństwie do większości tańców narodowych, flamenco w czystej postaci to prawie wyłącznie taniec solowy, a do tego jeszcze głęboko indywidualistyczny, całkowicie skupiony na sobie i własnych emocjach, niepotrzebujący ani partnera, ani przeciwnika, ani nawet publiczności, traktowany niczym terapia dla duszy. Wyjątek stanowi sevillanas– radosna i popularna odmiana flamenco, która nie ma pochodzenia cygańskiego, lecz od wieków związana jest z folklorem Andaluzji. Na licznych fiestach, a nawet w dyskotekach, tańczą je tam wszyscy – od małego szkraba do żywotnego staruszka, zaś prawie każda Andaluzyjka z oddaniem pielęgnuje przekazywaną z pokolenia na pokolenie bajeczną suknię z mnóstwem kolorowych falban oraz haftowaną chustę z frędzlami.


Duende 
– szatański duch flamenco

Jak w każdej sztuce dobra technika i znajomość „reguł gry” stanowią jedynie  początek i bazę, które na nic się nie zdają, jeśli artystom brakuje „tego czegoś”, co rzemiosło zamienia w sztukę, co pozwala wyzwolić spontaniczną ekspresję, co wywołuje dreszcze i ciarki na plecach widzów. We flamenco to szczególne coś, co nazywa się duende, jest właśnie najważniejsze – stanowi jego rdzeń i esencję. W dosłownym tłumaczeniu duendeznaczy „elf” lub „goblin”, ale przez flamencosów nazywana jest również duszkiem, chochlikiem, a nawet marą lub zjawą. Porównać je można chyba jedynie z artystycznym natchnieniem lub weną twórczą, która pojawia się tylko od czasu do czasu, będąc czymś z natury ulotnym, nieprzewidywalnym i niewytłumaczalnym. Duende to jednak coś więcej – to bosko-szatański duch ekstatycznej inspiracji, wyzbycia się wszelkich lęków i zahamowań, przypominający napad niekontrolowanej euforii lub oczyszczające mistyczne przeżycie. W ten sposób staje się swego rodzaju katharsis, terapią duszy, pozwalającą wyrzucić z siebie nagromadzone emocje bez konieczności wypowiadania ani jednego słowa.

Federico Garcia Lorca twierdził, że duende to irracjonalna, diaboliczna siła, której nie da się wytłumaczyć – trzeba ją po prostu poczuć. Charakteryzuje się trudną do wytrzymania intensywnością i emocjonalną głębią, więc dostępna jest wyłącznie dla tych, którzy kryją w sobie pokłady „emocjonalnej czerni”. Mogą ją w sobie wywołać tylko tzw. aficionados, a więc wąska grupa artystów, którzy, nie wykazując ani odrobiny egoizmu czy cech showmańskich, wykonują flamenco nie dla pieniędzy, ale z prawdziwej miłości i autentycznej pasji do tej sztuki. Paradoksalnie to właśnie jedynie oni są w stanie nawiązać szczególną duchową więź z widownią, która przecież doskonale „czyta” prawdę.

Nowoczesność kontra tradycja

Współcześnie w samym łonie flamenco toczy się wyrównana i zapewne nigdy do końca nierozstrzygalna walka tradycji z nowoczesnością, niszowej regionalnej kultury z jej upowszechnieniem. Co dla jednych jest popularyzacją czy nowatorską aranżacją, dla innych bluźnierstwem i sprzyjaniem najniższym gustom. Przekazywana z pokolenia na pokolenie jako nieodłączna część regionalnej tożsamości tradycja flamenco jest wciąż żywa i pieczołowicie kultywowana w andaluzyjskich rodzinach, w dostępnych jedynie dla wtajemniczonych barach peńas oraz na organizowanych spontanicznie juergas, a więc improwizacjach w grupie najlepszych przyjaciół. Obecnie jedynie tam może nam się udać podejrzeć flamenco w swojej czystej, pierwotnej postaci.

 

Flamencomania

Czerpiąc z najbardziej ludzkich doświadczeń folkloru biedoty i prześladowanych, flamenco rozwinęło się w prawdziwą sztukę, fenomen artystyczny najwyższej rangi. Utarło nosa kulturze wysokiej, trafiając prosto spod strzech na salony całego świata i czując fałsz, wcale nie chciało tam pozostać. Dzięki popularyzacji przez mistrzów gitary, flamenco wzbogaciło współczesną muzykę, dzięki globalizacji z powodzeniem dba o ciekawy folklorystyczny wizerunek swojego kraju, a wreszcie dzięki licznym festiwalom, skupiającym najwybitniejszych wykonawców oraz specjalistycznym szkołom, z oddaniem wtajemniczających w niełatwe meandry tej sztuki, flamenco żyje i nieustannie się rozwija. To nie jest kwestia mody, bo każda moda przecież przemija. Jak twierdzi Cristina Hoyos, wybitna tancerka flamenco rodem z Sewilli, fenomen flamenco polega na tym, że nawet, jeśli nie wszystko w nim rozumiesz, to go odczujesz. Bo flamenco wyraża przede wszystkim uczucia, emocje. I one zawsze są prawdziwe.

Dlatego też wydaje się prawie pewne, iż nawet w zalewie komercyjnej papki, o prawdę i autentyczność we flamenco nie warto się zbytnio martwić – przemawia ono bowiem jedynie do tych, którzy nie boją się jego hipnotycznej siły, uwodzącej ekspresji i całkowitego zatracenia, a więc wyłącznie do tych, których duszę wypełnia duende.

 

Artykuł ukazał się drukiem w Lente #02.

 

Wszystkie zdjęcia: Flavio / Flickr, CC BY 2.0
Posted on

Rikudei am. Izraelskie tańce ludowe

Znacznie ważniejsza jest tu radość z bycia razem i fakt, że mogą je tańczyć zwykli ludzie. Choć powstały stosunkowo niedawno, ich korzenie, przynajmniej w duchowym sensie, sięgają czasów biblijnych. Warto przy tym dodać, że “tańce izraelskie” i “tańce żydowskie” nie są tożsamymi pojęciami. Na hasło “tańce żydowskie” widzimy zaraz pląsających chasydów, z oczami wzniesionymi ku niebu, czy szalejącego w karczmie Tewję Mleczarza. Rozczarujemy się srodze, oczekując takich widoków od współczesnych tańców izraelskich, których geneza powiązana jest ściśle z odrodzeniem Państwa Izrael. Przybywający do Erec Israel osadnicy, zamieniający piach i kamienie w żyzne pola, kładli fundamenty pod przyszłe niepodległe i nowoczesne państwo. Tworzyli nie tylko nowy kraj, ale i nowy obraz Żyda, odległy od biedoty z Nalewek czy brodatych chasydów z Góry Kalwarii. Nowi Żydzi potrzebowali nowych tańców.


Nowych, ale oczywiście osadzonych w tradycji. Zadanie nie było jednak proste – o ile źródła biblijne wspominają choćby o tańczącym królu Dawidzie, to nie wiadomo przecież, jak brzmiała starożytna muzyka czy jakie kroki stawiano podczas dawnych tańców. Po zburzeniu Świątyni, Żydzi rozproszeni w diasporze musieli ratować to, co najważniejsze w swej narodowo-religijnej tożsamości, tańce zaś z pewnością nie należały do ich priorytetów. Tak jak stroje czy kuchnia, tak i one ulegały coraz większym wpływom rozmaitych kultur, pomiędzy którymi przyszło żyć potomkom Dawida.

Początki

W latach dwudziestych XX wieku przybył do Mandatu Palestyny wszechstronnie uzdolniony artysta, Baruch Agadati – reżyser filmowy, malarz i choreograf. Postanowił on stworzyć nowy, hebrajski rodzaj tańca, odrzucając styl sztetlowy i chasydzki. Za podstawę posłużyła mu rumuńska hora, czyli taniec w kręgu. Forma ta została oczywiście wybrana nieprzypadkowo: podkreślała równość i braterstwo. Hora szybko podbiła ulice Tel-Awiwu oraz kibucowe ogniska.

Drugi obok hory fundament w choreografii rikudei am stanowi bliskowschodnia debka. Jej cechą charakterystyczną są małe kroki – Żydom w Jemenie nie wolno było tańczyć publicznie; zmuszeni do ograniczenia się do zabawy w domu, przywykli do niewielkiej przestrzeni. To im zawdzięczamy słynny “krok jemeński”, który przysporzył mi kilku siwych włosów podczas zajęć dla początkujących. Warto dodać, że tańce jemeńskie przez wielu uważane są za “najbardziej izraelskie” ze względu na fakt swojego orientalnego pochodzenia.

Hora na otwarciu 16. Olimpiady Machabejskiej w Jerozolimie, fot. Ohayon Avi
Hora na otwarciu 16. Olimpiady Machabejskiej w Jerozolimie, fot. Ohayon Avi

 

Oczywiście w tańcach izraelskich znajdziemy także inspiracje z innych stron świata, przywiezione przez Żydów przybywających z rozmaitych szerokości geograficznych. Wśród wybieranych rytmów nasze ucho bez trudu rozpozna muzykę klezmerską, grecką, bałkańska, turecką czy arabską. Nie zabraknie też hip hopu, z którego wywodzą się niektóre kroki, czy elementów dyskotekowych, które doprowadzają do białej gorączki bardziej konserwatywnych badaczy, wrzucających izraelskie tańce ludowe do jednego worka z tzw. turbo folkiem.

Fot. Milner Moshe
W izraelskim tańcu nie braknie elementów dyskotekowych. Fot. Milner Moshe

Tańce izraelskie, w przeciwieństwie do innych tańców ludowych, nie są anonimowe. Podczas gdy ścisły związek choreografa z jego dziełem nie został w wielu z nich udokumentowany i ani przypisany twórcy, w izraelskich każdy taniec związany jest z konkretnym utworem muzycznym, do którego choreograf stworzył unikatowe sekwencje kroków. Muzyka może być dowolna: ludowa grana na tradycyjnych instrumentach, nowoczesne popowe rytmy, zagraniczne przeboje czy wręcz melodie zapożyczone z innych kultur. I choć w dużej mierze tańce izraelskie są tańcami świeckimi, znajdziemy także sporo wersji opartych na tekstach biblijnych bądź tradycyjnych pieśniach czy modlitwach żydowskich, często wykonywanych we współczesnej aranżacji.

Jak to się robi?

Tańce izraelskie tańczy się na kilku poziomach trudności: od tych podstawowych, których mogą uczyć się małe dzieci, po układy bardziej skomplikowane. Każdy układ, niczym z klocków Lego, buduje się z sekwencji kroków. Kroki te mają swoje zwyczajowe, łatwe do zapamiętania nazwy. Przykładowo, na hasło majim każdy tańczący wie, że ma wykonać charakterystyczne przeplatanie nóg w lewą stronę. Tak jak osiem nut w oktawie wystarczy do zagrania melodii, tak tu znajomość kilku podstawowych kroków daje możliwość cieszenia się tańcem.

Izraelczycy lubią spontanicznie rozpocząć taniec na dowolnym placu
Izraelczycy lubią spontanicznie rozpocząć taniec na dowolnym placu

Poza zabawą w kręgu można także ustawić się w liniach i parach. Tańce liniowe przypominają nieco amerykańskie tańce ludowe, gdzie wszyscy uczestnicy skierowani są twarzami w tym samym kierunku. Tańce w parach natomiast przypominają korowód znany nam z poloneza. Istnieją też tańce mieszane, łączące elementy tańców w kręgu i tańców w parach, ze zmianami partnerów. Ktoś może zapytać: jaka to frajda, kiedy wszyscy tańczą te same kroki? Cóż… kroki może te same, ale każdy tańczy je po swojemu. Jedni wolą tańczyć oszczędnie, inni energicznie; jedni płynnie i baletowo, a inni szybkimi, ostrymi ruchami. Jedni bezbłędnie, inni – potykając się o własne nogi. Tu nikt nikogo nie ocenia, każdy tańczy dla siebie. I chyba właśnie na tym polega magia tańca.

Warto podkreślić, że tańce izraelskie to współczesne tańce ludowe. Nie są one pamiątkami z przeszłości, ale żyją i ewoluują. Izraelskie dzieci i młodzież obowiązkowo uczą się podstawowych tańców w szkole; poza nią funkcjonują dziesiątki kursów, potańcówek i festiwali, gdzie można poznać nowe i starsze układy. Poza obywatelami małego bliskowschodniego państwa, rikudei am pokochali ludzie różnych ras, religii i zawodów na całym świecie, od Argentyny po Tajwan. Tańczą dzieci, panowie w średnim wieku i starsze panie. Warsztaty i seminaria tańców izraelskich prowadzi się w wielu zakątkach globu, z Polską włącznie. Chętnie odwiedzają je izraelscy choreografowie, więc tanecznych nowinek można nauczyć się bezpośrednio od ich twórców. Wielu z nich wypracowało swój rozpoznawalny styl i zyskało grono oddanych fanów. Kiedy młode tancerki zaczynają dyskusję, który choreograf jest lepszy: Gadi Bitton czy Rafi Ziv, wówczas tylko Oren Ashkenazi może je pogodzić…

Rikudei am to zabawa dla każdego, bez względu na wiek
Rikudei am to zabawa dla każdego, bez względu na wiek

 

Zakochałem się w Izraelu na dobre właśnie dzięki tańcom, wiele lat przed tym, zanim udało mi się postawić stopę na bulwarze Tel Awiwu i wmieszać się w tłum tamtejszych tancerzy. Mimo kilku lat przerwy nogi nie zapomniały kroków.

 

Dołączycie?

 

 

Kurs podstawowy tańców izraelskich do wypróbowania w domu: 

 

Zdjęcie główne: taniec w Hajfie, fot. Israeltourism, CC BY-SA 2.0
Posted on

Tanecznym krokiem

Kiedy sięgam pamięcią wstecz do moich pierwszych śródziemnomorskich fascynacji, zdaję sobie sprawę, że prawie wszystkie mają jakiś związek z tańcem. Julia i Romeo w filmie Zeffirellego najpiękniejsi wydawali mi się w sali balowej. Antyczni Rzymianie z mych dziecięcych marzeń mieszkali w willach z fontannami ozdobionymi posągami tańczących satyrów. Jerozolima była miastem, w którym wirowało się wśród kamiennych murów, popijając wino w świetle lamp oliwnych – tak przecież pokazano ją w jakimś filmie o Jezusie, chyba zresztą też Zeffirellego. W Hiszpanii urodziwe panie nosiły na co dzień szykowne suknie do flamenco, a Turcja jawiła się jako tajemniczy kraj, w którym zakonnicy godzinami kręcą się wokół własnej prawej stopy.

Uśmiecham się dzisiaj do tych wspomnień, pełna podziwu dla dziecięcego sposobu odbierania świata. Czyż nie miałam racji? Śródziemnomorze tańczy bezustannie, nie bacząc na nic. Najpiękniejszy dowód? Podczas gdy my z uporem szukamy wroga w każdym przybyszu z daleka, Hiszpanie, zaraz po zeszłorocznym sierpniowym ataku terrorystycznym, organizują barwne obchody święta jednej z barcelońskich dzielnic, Gràcia. Zamieniają je we wzruszającą manifestację jedności i solidarności, śpiewając i tańcząc na ulicach.

Bez względu na aurę i porę roku, tańczący satyr w Domu Fauna w Pompejach podryguje w rytm niesłyszalnej piosenki, choć minęły wieki, a popiół przysypał jego miasto. To piękny symbol życia, które buzuje w ludzkich żyłach. Imię greckiej muzy tańca, Terpsychory, oznacza tyle, co “tańcem się ciesząca”. Po to wszak dali go bogowie – by radował, zachwycał i dawał nam przyjemność.

Jak życie, którym trzeba się cieszyć, choćby “mimo wszystko”.

Posted on

Szpital dla lalek (Ospedale delle Bambole) w Neapolu

Piękne neapolitańskie podwórko kryje ciekawą niespodziankę
Piękne neapolitańskie podwórko kryje ciekawą niespodziankę

 

Pogotowie ratunkowe, Szpital Lalek – takie szyldy zachęcają, by zajrzeć do środka
Pogotowie ratunkowe, Szpital Lalek – takie szyldy zachęcają, by zajrzeć do środka

 

Na izbie przyjęć lalki zostaną otoczone troskliwą opieką
Na izbie przyjęć lalki zostaną otoczone troskliwą opieką

 

Szpital podzielony jest na kilka oddziałów
Szpital podzielony jest na kilka oddziałów, m.in. ortopedię, okulistykę itp.

 

Pacjenci cierpliwie czekają na swoją kolej
Pacjenci cierpliwie czekają na swoją kolej

 

Wśród nich znajdziemy przybyszów z dalekich krajów
Wśród nich znajdziemy przybyszów z dalekich krajów

 

...i w przeróżnym wieku
…i w przeróżnym wieku

 

Czasem konieczny jest przeszczep większej części ciała
Czasem konieczny jest przeszczep większej części ciała

 

Na szczęście szpital oferuje duży wybór części zamiennych
Na szczęście szpital oferuje duży wybór części zamiennych

 

Operacje przeprowadzają wykwalifikowani specjaliści
Operacje przeprowadzają wykwalifikowani specjaliści

 

Ośrodek oferuje szeroką gamę zabiegów, a szczególnie ceniony jest oddział okulistyczny
Ośrodek oferuje szeroką gamę zabiegów, a szczególnie ceniony jest oddział okulistyczny

 

Leczenie lalek jest bez wątpienia sztuką
Leczenie lalek jest bez wątpienia sztuką

 

Stopień biegłości pracujących tu lekarzy niektórym nie mieści się w głowie
Stopień biegłości pracujących tu lekarzy niektórym nie mieści się w głowie

 

Wśród tylu chorób i pacjentów nie jest łatwo stracić głowę
Wśród tylu chorób i pacjentów nie jest łatwo stracić głowę

 

Ospedale delle Bambole to miejsce, które warto odwiedzić
Ospedale delle Bambole to miejsce, które warto odwiedzić

 

Ospedale delle Bambole, via San Biagio dei Librai 39 (Palazzo Marigliano), Neapol
tel. (+39) 393 484 7244
Posted on

Alessandro Baricco, Homer, Iliada

We wstępie do swojego zapisu Iliady Baricco pisze: Cegły są Homerowskie, ale mur mniej rozbudowany. I rzeczywiście, zamiast liczącego wiele ksiąg antycznego poematu dostajemy zupełnie współczesny tekst, który w polskim wydaniu zmieścił się na stu kilkudziesięciu stronach. Jak podkreśla autor, zależało mu, być czas lektury pogodzić z cierpliwością współczesnych odbiorców. Poza usunięciem wszelkich naleciałości archaicznych i skrócenia niektórych scen, zdecydował się także na poprowadzenie narracji w pierwszej osobie, dzieląc Iliadę na monologi wybranych postaci; w odróżnieniu od oryginału wyjawia też czytelnikowi, jak kończy się historia wojny trojańskiej.

 

Najważniejszy zabieg przeprowadzony przez Baricca na Homerowym oryginale ma jednak charakter dużo bardziej wymowny, niż tylko powyższe zmiany stylistyczne czy formalne. Z fabuły zupełnie usunięte zostają postaci bogów i moce nadprzyrodzone. Jak wiadomo, bogowie ingerują dosyć często w akcję Iliady, by kierować wydarzeniami i wpływać na wyniki wojny – tłumaczy pisarz w przedmiowie. – Nie usuwałbym ich jednak, gdybym był przekonany, że są potrzebne. Ale z punktu widzenia narracyjnego (…) – nie są. Iliada ma mocny kościec laicki (…). Za gestem boga w tekście Homerowskim pojawia się prawie zawsze gest człowieka. To on, dzięki chwytowi Baricca, musi wziąć pełną odpowiedzialność za zło i rozlaną krew.

 

 

Ta jedyna, a przy tym niezwykle sugestywna zmiana w tekście Homera zachwyca prostotą idei; opowieść Baricca jest zaś sprawna, wartka, współczesna w swoim charakterze. W moim mniemaniu nie dorównuje jednak oryginałowi, pozostając tylko nowoczesnym streszczeniem jednego z najważniejszym tekstów w historii ludzkości. Brakuje jej plastyczności, poetyckiego kunsztu, pełnego napięcia kontrastu między sacrum a profanum. Przemieniając poezję w prozę, Baricco pozbawił świat boskiego pierwiastka. I dosłownie, i w przenośni.

 

Alessandro Baricco, Homer, Iliada, tłumaczyła Halina Kralowa, Czytelnik, Warszawa 2005
Posted on

Cisza, będzie śpiewane fado

Tęsknota, smutek, nostalgia. Za krajem silnym, miodem i mlekiem płynącym, z żeglarzami przemierzającym morza i oceany w poszukiwaniu lepszego jutra. Poczucie niespełnienia, od którego nie można się uwolnić. Wszystko to określa się jednym, wyjątkowym, nie dającym się przetłumaczyć słowem: saudade. Gdy również ono przestaje wystarczać w oddaniu tego delikatnego smutku istnienia, wówczas śpiewa się fado.

Słowo <em>fado</em> oznacza los, przeznaczenie. Nastrojowe portugalskie pieśni pełne są intesywnych emocji. Śpiewa je zwykle jeden wokalista przy akompaniamencie dwóch gitar. Słowa często opowiadają o życiu codziennym, traktując o przyziemnych tematach i nadając im poetyckiego wymiaru. Na zdjęciu: muzycy fado w portugalskim lokalu w latach '40 XX wieku.
Słowo fado oznacza los, przeznaczenie. Nastrojowe portugalskie pieśni pełne są intesywnych emocji. Śpiewa je zwykle jeden wokalista przy akompaniamencie dwóch gitar. Słowa często opowiadają o życiu codziennym, traktując o przyziemnych tematach i nadając im poetyckiego wymiaru. Na zdjęciu: muzycy fado w portugalskim lokalu w latach ’40 XX wieku.


Korzenie fado

Pierwsze wzmianki o fado pochodzą z końca XVIII wieku, głównie z dzienników angielskich podróżników, opisujących je jako brazylijski taniec o erotycznym zabarwieniu, blisko spokrewniony z afrykańskimi zabawami plemiennymi, polegającymi na rytmicznym oddalaniu i przybliżaniu ciał, co w ówczesnej Europie uważane było za niezwykle obsceniczne i wulgarne. W kontekście muzycznym słowo zostało użyte dopiero w 1822 roku przez włoskiego geografa Adriana Balbiego w jego pracy pt. Essai sur le royaume de Portugal (Szkice o królestwie Portugalii). Charakteryzując środowisko portowe Lizbony, kojarzone z miejską biedotą, pijackimi tawernami i domami publicznymi, autor wspomniał o prostych utworach opisujących, w dosyć delikatny i melancholijny sposób, miłosne uczucia. Podobno niejednokrotnie wywoływały one łzy w oczach słuchaczy, zawierały bowiem bliską sercu, ukrytą akceptację „koniecznego zła” – upadku moralnego na skutek niesprzyjającego losu i okrutnego przeznaczenia, a nie złych zamiarów.

Na temat pochodzenia fado powstało wiele teorii. Według niektórych, wywodzi się ono ze śpiewów czarnych niewolników z Brazylii; inni sądzą, że słowo "fado" znaczy tyle, co szum fal, a pieśni te mają rodowód żeglarski.
Na temat pochodzenia fado powstało wiele teorii. Według niektórych, wywodzi się ono ze śpiewów czarnych niewolników z Brazylii; inni sądzą, że słowo “fado” znaczy tyle, co szum fal, a pieśni te mają rodowód żeglarski. Fot. François Philipp / Flickr, CC BY 2.0


Córy ulicy. Maria Severa i jej naśladowczynie

Pierwszą uznaną śpiewaczką tego środowiska stała się niejaka Maria Severa.  Jej biografia przez dziesięciolecia obrosła w liczne anegdoty i legendy, mające na celu podkreślenie jej niezwykłej roli w muzycznych dziejach Portugalii. Pewne jest, że urodziła się w 1820 roku jako córka słynnej córy Koryntu z Mourarii, Any Gertrudes Severy, nazywanej Barbudą (Brodatą). Sama Maria dosyć szybko wdrożyła się w matczyną profesję, błyskawicznie zyskując uznanie środowiska, zarówno dzięki swej zjawiskowej urodzie, jak i niezwykłemu talentowi muzycznemu, w szczególności zaś – dzięki burzliwemu związkowi z pewnym arystokratą, Dom Francisco de Paula Portugal e Castro, zwanym hrabią de Vimioso.

Fadistka wykonywała utwory pełne bólu i lamentu, przerywane płaczliwymi westchnieniami, przy jednoczesnym wybijaniu silnego tanecznego rytmu, zaznaczonego przez stepowanie uderzających o podłogę pięt wraz z towarzyszącym kołysaniem biodrami. Swoją muzyczną działalnością przetarła szlaki innym utalentowanym kobietom, wśród których największe uznanie zyskały Carlota Scarnicci, w środowisku znana jako Escarniche, oraz Custodia Maria – autorka Fado Anaida, do dzisiaj pojawiającego się w repertuarze fadistów. Niestety żadna nie była zawodowcem we współczesnym rozumieniu tego słowa – ich śpiew stanowił jedynie element rozrywki, uprawianej w chwilach wolnych od pracy. Wkrótce jednak miało to się zmienić.

Fot. David Dennis / Flickr, CC BY-SA 2.0
Dzisiejsze fado dzieli się na dwa rodzaje: fado lizbońskie, wykonywane zarówno przez kobiety, jak i przez mężczyzn, oraz fado z Coimbry, śpiewane tylko przez mężczyzn. Na zdjęciu: lizboński balkon, fot. David Dennis / Flickr, CC BY-SA 2.0


Grzaneczki z masełkiem. Od portu do salonu

Skandal obyczajowy związany z romansem prostytutki z hrabią przyczynił się do spopularyzowania fado, które stopniowo zaczęło przenikać do domowych salonów i rozprzestrzeniać w głąb kraju, do środowisk młodzieżowej bohemy z Coimbrą na czele. Jednocześnie pierwotne środowisko, bez troski o tematyczną spójność, stara się wprowadzać do tekstów nowe zagadnienia, jak choćby w tej barwnej opowieści miłosno-kulinarnej:

Torradinhas com manteiga / Torradas c’um assadr; / Todos tem, so eu nao tenho / Todos tem o seu amor.

(Grzaneczki z masełkiem, / Upieczone na patelni; / Wszyscy prócz mnie mają, / Wszyscy mają swoją miłość.)

czy równie niezwykłej historii Aniki:

Passei os butes a Anica, / Pois tinha naifa na liga: / Boas noites, meus senhores, / Vou cantar uma cantiga.

(Zwiałem od Aniki, / Bo nosiła kosę za podwiązką: / Dobry wieczór, moi państwo, / Zaśpiewam wam piosenkę.)

 

Pod koniec XIX wieku w fado pojawiają się radykalne sprzeciwy wobec monarchii, tzw. fados operarios (robotnicze fados) lub fados socialistas. Są to pieśni o wyraźnie walczącym charakterze, nawiązujące do haseł rodzącego się w Portugalii ruchu socjalistycznego.

W latach 20. XX wieku powstaje szeroki rynek profesjonalnych scen dla fadistów, obejmujący kawiarnie, piwiarnie, dancingi i salony taneczne, teatry i kina. Skutki tego procesu okażą się znaczące dla radykalnej przemiany, która nastąpi nie tylko w relacjach z robotniczymi dzielnicami, ale wpłynie także na dobór muzycznego i poetyckiego repertuaru oraz na praktykę wykonawczą. Wejście do środowiska mieszczańskiego zmusiło artystów do dokładniejszej, bogatszej w poetyckie środki konstrukcji gramatycznej. Pojawiły się utwory dziesięcio-, a nawet dwunastozgłoskowe, zwane aleksandryjskimi, których prekursorem został kompozytor, poeta i dramaturg lizboński, Avelino de Sousa.

Przez kolejne lata następuje formalizacja „czystego” gatunku. Niecały rok po zamachu wojskowym z 28 maja 1926 roku ukazuje się dekret szczegółowo określający zasady działalności instytucji organizujących spektakle i inne publiczne wydarzenia rozrywkowe. Od tej chwili wszyscy artyści muszą uzyskać zawodową licencję wydawaną przez Generalną Inspekcję Teatrów – bez niej nie mogą świadczyć żadnej artystycznej usługi, za którą otrzymywaliby wynagrodzenie. Ponadto ocenzurowane zostają teksty z poprzednich dekad, w szczególności te o niewłaściwych konotacjach politycznych, przede wszystkim robotniczych, republikańskich czy socjalistycznych.

Nowe prawo wymaga stworzenia nowego typu lokalu, przeznaczonego dla zawodowego uprawiania muzyki, a zwanego domem fado. Pierwszym takim miejscem jest Solar da Alegria, obiekt otwarty w 1928 roku na placu da Alegria w Lizbonie pod artystycznym kierownictwem Alberta Costy. Podstawową zasadą przebywania w tego typu lokalach jest zachowanie absolutnej ciszy podczas występu („Cisza, będzie śpiewane fado” – taką sugestię można często przeczytać na tabliczkach zawieszonych na ścianach lokali). Obsługa kelnerska zostaje zawieszona na czas występów, a w niektórych przypadkach redukuje się również intensywność światła. Od tego momentu coraz bardziej rozpowszechnia się zasada zawodowstwa, dzięki której laury zbierają najwybitniejsi przedstawiciele gatunku, jak João Maria dos Anjos, Antonio Lado, Mauricio Gomes czy Alfredo dos Santos.

Amalia Rodrigues na lizbońskim graffiti, fot. Môsieur J. <mode=Éteint> / Wikimedia Commons
Piękna i niezwykle utalentowana Amalia Rodrigues zaczynała swą karierę jako szwaczka i sprzedawczyni owoców na bazarze; w latach ’60 brylowała na najelegantszych europejskich przyjęciach, a sam Anthony Quinn wręczył jej Złotą Płytę w Cannes. Uważano ją za największe portugalskie dobro narodowe – po śmierci artystki rząd ogłosił trzydniową w całym kraju, a na ulicach Lizbony miały miejsce ataki histerii zrozpaczonych miłośników jej talentu. Na zdjęciu: Amalia Rodrigues na lizbońskim graffiti, fot. Môsieur J. <mode=Éteint> / Wikimedia Commons, CC BY 2.0

Amalia Rodrigues
Od połowy lat 30. grono odbiorców nowej muzyki nieustannie i szybko rośnie. Najbardziej znani fadiści podróżują po kraju, występując w restauracyjnych ogródkach i kafejkach, teatrach i salach koncertowych, co przyczynia się do promocji gatunku. Już wkrótce na kawiarniane deski wkroczy z impetem nowa jakość, odświeżająca lekką zakurzoną tradycję fado. Jej imię to Amalia Rodrigues.

Amalia urodziła się w Lizbonie w 1920 roku, a jej pierwsze ważne doświadczenia muzyczne wiązały się z piosenkami z regionu Beira Baixa słyszanymi od matki, po której odziedziczyła charakterystyczny, pełen wibracji styl wokalny. Niemal od początku kariery, od 1939 roku, opisywana jest jako objawienie muzyczne. W teatrze muzycznym debiutuje w 1941, pojawiając się w rewii Ora Vai Tu! (Dalejże, ty!) i szybko zajmując pozycję głównej bohaterki spektakli wraz z gażą 1000 escudów za występ, kwotą niespotykaną do tej pory w środowisku fadistów. W następnych latach rozwija międzynarodową karierę – od Madrytu, Paryża, Londynu aż po Brazylię. Najciekawszym etapem w zawodowej biografii Amalii jest tournée z 1950 roku sponsorowane przez Plan Marshalla, obejmujące Berlin, Dublin, Paryż i Brno, a także nagranie serii płyt w studiach angielskiej Abbey Road. Intensywny rozwój kariery zostaje niespodziewanie wstrzymany w 1961 roku w Rio de Janeiro, gdzie artystka zapowiada ślub z Cesarem Seabrą, portugalskim inżynierem osiadłym w Brazylii, oraz… zamiar porzucenia działalności artystycznej. Na szczęście w kolejnym roku zmienia decyzję i wraca do śpiewania.

Amalia zyskuje w Portugalii status megagwiazdy i wywiera decydujący wpływ na zmiany gatunkowe, począwszy od treści modowych (wystąpienia w czarnej sukni, z zarzuconym na ramiona czarnym szalem) aż po nowy sposób gestykulacji z odrzuconą do tyłu głową, balansującą zgodnie z wibrowaniem melodii, na wpół przymkniętymi oczami, dłońmi złożonymi w geście modlitwy i ramionami otwierającymi się na znak podkreślenia punktu kulminacyjnego utworu. Rozpoczyna śpiewanie od utworów znanych tekściarzy, takich jak Linhares Barbosa, Frederico de Brito czy Silva Tavares, stopniowo kierując  zainteresowanie ku poezji artystycznej i utworom Luisa de Macedo czy Davida Mourao-Ferreiry. U progu lat 60. Amalia staje się zwiastunem nowej drogi rozwoju fado na kolejne cztery dekady.

Historia Amalii wpisuje się przy tym idealnie w politykę wewnętrzną Nowego Państwa (Estado Novo) Antonia de Oliviery Salazara, istniejącego od 1933 roku. Choć sama wokalistka wydaje się być obojętna na uroki nowej władzy, jest powszechnie oskarżana o zawdzięczanie swojej kariery protekcji reżimu, a cały nurt muzyczny niemal obsesyjnie zwraca się ku przeszłości, wpadając w błędne koło błahej tematyki. Taka stygmatyzacja fado spowoduje w latach 60. zwrot młodego słuchacza ku zaangażowanej muzyce, wykonywanej przez Jose Afonsa, Luisa Goesa, Adriano Correia de Oliveirę, a później Sergia Godina i Jose Marię Branco. W przededniu Rewolucji Goździków domy fado, pomimo wysokiego kunsztu artystycznego i dbałości o jakość koncertów, zbyt silnie bronią tradycji gatunkowej, co prowadzi do wtórności i rutyny, zarówno na planie repertuarowym, jak i interpretacyjnym. Wedle słów Antonia Osoria, autora książki A Mitologia Fadista, fado oddaje się rezygnacji, delektując się własnym bólem, szczycąc się posępnym cierpiętnictwem. Agonia zadowolona sama z siebie, konformizm doprowadzony do ekstremum, apatia i poddanie totalne – oto dominujące cechy „morału” wypływającego z fado. Wyraża on, ogólnie rzecz ujmując, przerażającą frustrację. Fadowy fatalizm, choć odbierał odwagę, miał zasadniczą zaletę – niczego nie wymagał. Jednym słowem – opierał się na „destrukcji rozumu”, na nicości woli, na zbędności działania. Jego konformizm był rezultatem postawy rezygnacji, która upowszechniła się we wszystkich klasach społecznych. Jednak Rewolucja Goździków spowoduje przekształcenie całego kontekstu muzycznego, podobnie jak przewartościuje zasady funkcjonowania portugalskiego społeczeństwa.

Street Art w Lizbonie, fot. Oren Rozen / Wikimedia
Rodrigues często używała stwierdzenia: “fado to nie coś, co ma być wyśpiewane; fado po prostu się przytrafia, jest czymś spontanicznym.” Mówiąc krótko: tudo isto é fado. Na zdjęciu: Street Art w Lizbonie, fot. Oren Rozen / Wikimedia, CC BY-SA 4.0

Rewolucja Goździków

W rewolucyjnym okresie fado zostanie niemal całkowicie wyrzucone z upaństwowionego radia i telewizji. Jedynym twórcą, który nie straci w tym czasie na popularności, jest Carlos do Carmo, charyzmatyczny lider grupy fadistów ideologicznie zbliżonych do Partii Komunistycznej. Wszyscy oni stawiają na odnowienie i ożywienie gatunku, polegające m.in. na włączeniu do repertuaru tekstów politycznych uznanych poetów, takich jak Ary dos Santos czy Joaquin Pessoa. Na szczęście, po ustanowieniu nowej konstytucji i po ustabilizowaniu się systemu demokratycznego w 1976 roku, fado, w sposób emblematyczny, powraca do portugalskiej przestrzeni kulturalnej. Amalia, po dwuletniej nieobecności, pojawia się znów w życiu publicznym, wznawiając swoje najpopularniejsze płyty i wydając w 1980 roku album z tekstami swojego autorstwa, Gostava de Ser Quem Era (Chciałabym być tym, kim byłam). Carlos Do Carmo tworzy w 1977 roku jeden z najbardziej przełomowych albumów fado: Um homem na Cidade (Mężczyzna w mieście), całkowicie poświęcony wierszom Ary dos Santosa.

Ostatnie trzydzieści lat historii fado nacechowane jest olbrzymią energią twórczą, wyzwalaną przez rzesze oryginalnych, nietuzinkowych artystów, wśród których szczególnie wyróżniają się Misia, Mariza, Camane, Ana Moura, Joana Amendoeira i wielu, wielu innych. Potwierdzają tezę, że od fado w Portugalii nie ma ucieczki. Namiętne i pełne pasji, wnika we wszystkie zakamarki duszy, nie pozwalając na chwilę odpoczynku czy obojętności. Jest stworzone do wielkich czynów, drążąc tunele pytań, ale zostawiając też otwartą furtkę z odpowiedziami. Idealna muzyka dla wrażliwej duszy – także tej słowiańskiej.

Klub Fado w Lizbonie, fot. Paul Arps / Wikimedia, CC BY 2.0
Kluby z muzyką fado popularne są w całej Portugalii, jednak uważa się, że najlepsze lokale znajdują się w Lizbonie, w dzielnicy Alfama i Bairro Alto, jak np. słynny Clube de Fado. Warto pamiętać, że w czasie koncertu fado nie należy rozmawiać ani oklaskiwać artystów – owację zgotujmy im dopiero po zakończonym występie. Fot. Paul Arps / Wikimedia, CC BY 2.0


Bibliografia:

1. Rui Viera Nery, Historia fado, Wydawnictwo Replika 2015
2. Richard Elliott, Fado and the place of longing. Loss, memory and the City, Routledge 2016
3. Marcin Kydryński, Lizbona. Muzyka moich ulic, National Geographic 2013

Zdjęcie główne: Lizbona, fot. Just Booked A Trip / Flickr, CC BY 2.0
Posted on

Sirmione. W miasteczku poetów

Kiedy dotrze się na kraniec półwyspu, widok dosłownie zapiera dech w piersi. Wcięte w skałę mury mają co najmniej 5 m wysokości – kiedyś musiał tu być taras. Oczami wyobraźni widzę Katullusa wpatrzonego w taflę jeziora i myślę, że w takich okolicznościach przyrody każdy poczułby wenę.

Stoję na ruinach antycznej letniej posiadłości w Sirmione nad jeziorem Garda. Należała podobno do rodu Waleriuszy – przynajmniej tak chce legenda. Na to, że zachowane fundamenty rzeczywiście należały do rodziny rzymskiego poety Gajusza Waleriusza Katulla, dowodów w zasadzie brak. Na półwyspie mieściło się jeszcze kilka innych rezydencji i trudno ustalić, czy Waleriusze mieszkali akurat w tej najwspanialszej, największej i najlepiej zachowanej. Ale cóż, atmosfera tego miejsca sprzyja snuciu pięknych hipotez.

 

Willa Katulla w Sirmione – widok na jezioro, fot. Julia Wollner
Najsłynniejszym dziełem Katulla są bodajże jego wiersze do ukochanej Lesbii, w tym słynna strofa ze słowami “Daj mi tysiąc pocałunków, sto potem, tysiąc i sto znowu” (Da mihi basia mille…). Na zdjęciu: willa Katulla w Sirmione, widok na jezioro, fot. Julia Wollner

 

Wróble i cykady

Willa zbudowana została ok. I w. p.n.e. na planie prostokąta. Teren wokół niej liczy ponad 2 hektary. Po prawej stronie przy wejściu znajduje się muzeum, w którym zgromadzono starodruki, szkice dokumentujące kolejne etapy wykopalisk, makietę willi, mozaiki, fragmenty fresków, ceramikę, przedmioty z brązu i portret poety z I w. p.n.e. Jedną z lepiej zachowanych części starożytnego kompleksu jest Aula Gigantów, nazwana tak z uwagi na ogromne fragmenty wolut i łuków. Kiedyś znajdował się nad nią taras, bo w murach znaleziono otwory do mocowania masztów, na których rozciągano zasłony przeciwsłoneczne. Rozglądam się za wróblami, które były częstymi bohaterami wierszy Katullusa, ale nie nadlatują. Za to od brzęczenia cykad schowanych w pobliskim gaju oliwnym można ogłuchnąć.

Katullus nazywał Sirmione klejnotem wszystkich wysp i półwyspów (Pieśń 31). Dziwi jednak, że mimo tak pięknego entourage, w którym tworzył i które doceniał, tyle w jego poezji sarkazmu, frustracji, kąśliwych uwag i inwektyw. A przecież los potraktował go lekko. Jako jedyny spośród kolegów po fachu wiódł beztroskie życie bon-vivanta. Pozostali członkowie towarzystwa neoteryków (dosłownie “młodszych poetów”, którzy zerwali z tradycją rzymskich eposów, wzorowali się na poezji aleksandryjskiej i sięgali po utwory niewielkich rozmiarów), oprócz zajmowania się literaturą prowadzili też działalność publiczną: Alfenus Warus był prawnikiem, Licyniusz Kalwus retorem, Manliusz Torkwatus oficerem, nieco starszy Gajusz Memmiusz mozolnie pnącym się po szczeblach kariery urzędnikiem państwowym. Tylko Katullus pozostał niebieskim ptakiem, spędzając idylliczne chwile w rodowej posiadłości nad alpejskim jeziorem. Miało to przynajmniej ten dobry skutek, że, na tle twórczości kolegów, jego poezja wybitnie się wyróżniała. W dużej części przetrwała też do naszych czasów.

Popiersie Katulla w Sirmione (rzeźba współczesna), fot. Schorle / Wikimedia Commons
Na zdjęciu: popiersie Katulla w Sirmione (rzeźba współczesna), fot. Schorle / Wikimedia Commons

 

Wróćmy jednak do inwektyw wobec wielkich ówczesnego świata. Jednym z bohaterów złośliwych poezji Katullusa był sam Juliusz Cezar. Autor, którego ojciec gościł kiedyś dyktatora w Sirmio, szczerze go nienawidził, dając temu wyraz niejednokrotnie i w sposób mało wybredny – zniesławiał go, robiąc aluzje do rzekomego monstrualnego obżarstwa, opilstwa, rozrzutności i niemoralnego prowadzenia się. Co ciekawe, przygoda dwóch panów skończyła się polubownie: Cezar wyciągnął rękę do Katullusa, a ten poszedł na ugodę, przeprosił polityka i odtąd traktował go z szacunkiem. Gorzej miała się sytuacja z niejakim Mamurrą, szefem oddziałów inżynieryjnych w armii Cezara podczas wojny galijskiej. Katullus atakował Mamurrę, chcąc pośrednio dotknąć samego wodza. Przede wszystkim jednak, jak się zdaje, przeszkadzał poecie wielomilionowy majątek żołnierza, pochodzący rzecz jasna z łupów zdobytych przez Rzymian w trzech kampaniach wojennych, oraz jego wystawny tryb życia. Czyżby zdolny, dobrze wykształcony, całkiem zamożny i nieco pyszałkowaty poeta-inteligent o ziemiańskich korzeniach czuł się gorszy w porównaniu z niezbyt okrzesanym, ale obrotnym i bajecznie bogatym Mamurrą? Na to wygląda; stąd też frustracja i ataki pełne nienawiści. Cóż, nawet idylla nad Gardą nie jest w stanie stłumić odwiecznych ludzkich ułomności: zazdrości i nieumiejętności cieszenia się tym, co podarował los.

 
Zielone Sirmio

A jednak zjawiali się w Sirmione poeci, którym szczęście obcowania z tutejszym krajobrazem rekompensowało wszystko. Z grot Katullusa (tak nazywano w czasach renesansu starożytne ruiny obrośnięte bujną zielenią) wracam cichą via Caio Valerio Catullo (jakże mogłaby się nazywać inaczej?!) do centrum miasteczka; z zapomnianych ruin do tętniącego życiem portu i głównego placu Flaminia, wypełnionego gwarem restauracji. Niedaleko stąd znajduje się malutki skwer nazwany na cześć jednego z włoskich noblistów:  Piazza Carducci. Wieszcz zjednoczonych Włoch spędził tu jedne z najpiękniejszych chwil życia, dzielone z kochanką Liną, nazywaną też Lidią (a naprawdę Caroliną Cristoforo Pivą). On, profesor bolońskiego uniwersytetu, żonaty, z dwójką córek; ona, 26-letnia matka Gina, żona byłego garibaldczyka Domenica Pivy i aspirująca poetka mieszkająca w Mediolanie. Do tego wielka miłość, bardziej platoniczna niż fizyczna. W ciągu sześciu lat, od roku 1871, zakochani widzą się ledwie dwanaście razy. Kwitnie natomiast ich korespondencja: wymieniają między sobą ponad 600 listów pełnych westchnień, łez i wspomnień krótkich, ale jakże intensywnych spotkań. Jedno z tych rendez-vous odbywa się właśnie w Sirmione, a poezja włoska zawdzięcza mu romantyczny wiersz z 1876 roku, włączony potem do tomiku Odi barbare. Carducci nazywa Sirmione kwiatem wszystkich półwyspów i dodaje:
Zielone Sirmio do błyszczącego jeziora się uśmiecha,
a Słońce patrzy na nie i je rozpieszcza
.
Wraz z pojawieniem się Liny-Lidii, krytycy dostrzegają w twórczości poety zwrot ku ideałom klasycznym. Miłość jest porównywana do piękna absolutnego i nieśmiertelnego niczym greckie świątynie. W wersach Carducciego rodzi się niemal pogański kult słońca, sen o pogodnej Helladzie wypełnionej wiosną i światłem.

 

Gaj oliwny Katulla, fot. Julia Wollner
Co rok we wrześniu w Sirmione odbywa się konkurs literacki “Premio letterario Sirmione Catullo”, w którego jury zasiadali kiedyś najwięksi włoscy pisarze, m.in. Alberto Moravia i Carlo Levi. Dziś stracił swoją uprzywilejowaną pozycję, ale nadal przyciąga turystów i miłośników poezji – nie tylko Katullusa. Na zdjęciu: gaj oliwny w willi Katulla, fot. Julia Wollner


Dryfować przez raj

Sirmione gościło artystów różnego kalibru, ale na wszystkich działało podobnie: onieśmielało swym pięknem.

Młody amerykański poeta Ezra Pound we Włoszech czuł się jak w domu. W 1908 roku, mając zaledwie 80 dolarów w kieszeni, wsiadł na statek do Europy i wylądował w Wenecji. Nie miał za co kupować jedzenia, żywił się więc pieczonymi ziemniakami dawanymi mu przez litościwe straganiarki. To tutaj wydał swój pierwszy tomik poezji. Jego tytuł, A Lume Spento, nawiązywał do twórczości niedoścignionego mistrza Dantego.

Choć potem osiadł w Londynie, a nawet na chwilę w Paryżu, wielkie europejskie stolice nie dostarczały mu wystarczającej dawki inspiracji. W 1924 roku wrócił do Włoch i zamieszkał w Rapallo. Od dekady pracował już nad Pieśniami, zbiorem wierszy wzorowanych na Homerowej Odyseii Boskiej komedii Dantego. A w międzyczasie prowadził obszerną korespondencję z przyjacielem Jamesem Joycem. W jednym z listów napisał: Dear James, I feel at home here. I don’t know what your engagements may be or if you are in good health to travel, but I would like you to stay here with me for a week at my expenses. Mowa była o Sirmione, prawdziwym raju, wherein the sun/ Lets drift in on us through the olive leaves/ A liquid glory. Wkrótce Joyce przyjął zaproszenie Pounda. Przyjaciele zatrzymali się w hotelu Eden, który zajmował budynek dawnej instytucji kościelnej Santa Corona, pomagającej dzieciom z problemami serca. Obaj byli zachwyceni atmosferą miejsca.

W czasie wojny Pound zniechęcił do siebie świat antysemickimi poglądami i aprobatą dla faszyzmu, jednak jego poezję nadal ceniono wysoko. Kolega po fachu, John Berryman, pisał w wierszu Herosi (1972): Pomimo całej porywczości i hydraulicznych poglądów/ Pound był jak kot, kiedy namierzał uczucia. A uczucia te krystalizowały się między innymi w Sirmione.

 

 Zdjęcie główne: Julia Wollner

 

Posted on

Dom Poety Tragicznego (Dom Dramaturga) w Pompejach

W północno-zachodniej części Pompejów, między Bramą Herkulańską a Forum, w 1824 roku archeolodzy odkryli przepysznie udekorowaną willę. Choć nie miała imponujących rozmiarów, to zachwycała kunsztem malowideł i mozaik, które zdobiły jej wnętrza.

Jedno z malowideł, dziś w Muzeum Archeologicznym w Neapolu. Przedstawia ofiarowanie Ifigenii
Jedno z malowideł, dziś w Muzeum Archeologicznym w Neapolu. Przedstawia ofiarowanie Ifigenii

 

Pochodzenie nazwy miejsca rozmaicie tłumaczą różne źródła. Według jednych, wzięła ona swój początek od fresku, który błędnie uznano za przedstawienie poety recytującego swój utwór – dziś uważa się, że ukazuje on raczej mitycznego króla Tesalii Akmeta i jego żonę Alkestis, opisanych choćby w dramacie Eurypidesa. Inni twierdzą, że włoskie określenie “Casa del Poeta Tragico” odnosi się do mozaiki podłogowej w tablinum, na której widnieje scena próby teatralnej. W tym wypadku dużo bardziej adekwatna zdaje się polska nazwa willi, Dom Dramaturga, której jednak próżno szukać w innych językach.

 

 

Rezydencję wzniesiono najprawdopodobniej w II w.p.n.e., natomiast przepiękne dekoracje wykonano około 10 lat przed erupcją Wezuwiusza. Dziś znajdują się one w Muzeum Archeologicznym w Neapolu, zaś wnętrze willi jawi się zwiedzającym jako dosyć ponure – a na pewno ogołocone z żywych barw, które mu, z troski przecież, odebrano. Na odkopujących ją w XIX wieku badaczach musiała zrobić jednak wielkie wrażenie, zasługując w pełni na opisy w podręcznikach historii sztuki i wszystkich najważniejszych bedekerach świata.

 

Turyści odwiedzający Pompeje często pytają, czy dom należał do miejscowego wieszcza, pisarza, erudyty. Nie wiemy tego na pewno, ale odpowiedź brzmi najprawdopodobniej: nie. Wystarczy jednak niespieszny spacer po opustoszałych przed wiekami wnętrzach, by stwierdzić, że, mimo wszystko, znajdziemy tu wiele poezji, tej najprostszej i chyba najpiękniejszej. Poezji codzienniego życia.

Atrium w Domu Dramaturga, fot. MatthiasKabel / Wikimedia Commons, GFDL
Atrium w Domu Dramaturga, fot. MatthiasKabel / Wikimedia Commons, GFDL

Spotykamy ją już przy samym progu. Dom Poety Tragicznego słynie z doskonale zachowanej mozaiki u wejścia: “Cave canem”, uwaga na psa. Był tu więc jakiś pies, może faktycznie groźny, a może zupełnie nie. Był jakiś pan, obdarzony chyba poczuciem humoru, bo ostrzeżenie widnieje już za drzwiami – jakby o moment za późno dla gościa, któremu czworonóg zdążył już uszczypnąć łydkę. Były odwiedziny, klienci, znajomi. Poranne i wieczorne kroki w korytarzu, powitania i pożegnania, odźwierny, którego małą izdebkę odkryto tuż przy schodach. Może szuranie po posadzce, może kroki rytmiczne i pewne.

Gdy dochodzimy do atrium, serca domu, znajdujemy kolejne wersy jego przebrzmiałego pod lawą wiersza. Głębokie rowki na studzience w atrium, wyżłobione linami, którymi wciągano na górę wiadra z wodą. Opowiadają o ulewnych deszczach, o pragnieniu w upalny dzień, o porannej toalecie i syzyfowym myciu wiecznie zakurzonych podłóg.

Perystyl Domu Poety Tragicznego, fot. Carlo Pelagalli / Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0
Perystyl Domu Poety Tragicznego, fot. Carlo Pelagalli / Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0

Trafiamy do perystylu. Na kolumnie widnieje wyryte imię “Aniniusz” – może nosił je ukochany mieszkającej tu panienki, może właściciel domu, a może robotnik, który miał nałożyć gips na spękaną powierzchnię filaru. Bo przecież były tu i remonty, i miłostki, i wszystko to, co wypełnia dzień po dniu od czasów najdawniejszych.

Za ścianą ogrodu czeka nas puenta – zakład foluszniczy i antyczna pralnia. Nieprzebrane sterty prania; togi, płaszcze, koce i narzuty. Synonim codzienności, symbol cieszącego się nią Południa, rozwieszony na niekończących się sznurkach, które przecinają dzisiejszy Neapol, Rzym, Marsylię. W antycznych Pompejach, jak w wierszu pełnym oksymoronów, czystość uzyskiwano za pomocą cuchnącej uryny – do wybielania tkanin wykorzystywano ludzki mocz. Najcodzienniejszy z codziennych, ten, od którego każdy, bez względu na status, zaczyna poranek.

Tragiczny Poeta z Pompejów był nim nawet, jeśli w życiu nie spisał jednej strofy – tak jak jesteśmy poetami my wszyscy. W ogrodzie willi archeolodzy odkopali niedawno skorupę żółwia – symbolu liryki. Najpewniej karmionego sałatą domowego ulubieńca, ale może też ostatnią kropkę wiersza, którego właściciel domu nigdy nie planował stworzyć.

 

Zdjęcie główne: Mitch Barrie / Flickr,  CC BY-SA 2.0
Posted on

Festiwal Tańców i Kultury Izraelskiej Polin Rokedet

Razem z moją siostrą Miriam od dawna marzyłam o zorganizowaniu projektu, poprzez który mogłybyśmy podzielić się z Polakami swoją miłością do Izraela i izraelskich tańców. Po kilku latach planowania zaczęło się ono spełniać – w 2013 roku, przy wsparciu rodziny i przyjaciół, po raz pierwszy zorganizowałyśmy Festiwal Tańców i Kultury Izraelskiej “Polin Rokedet” (hebr. “Roztańczona Polska”). Dziś chciałybyśmy zaprosić Was na szóstą edycję tej imprezy.

Wspólne tańce podczas edycji w roku 2016
Wspólne tańce podczas edycji w roku 2016

 

Odbędzie się ona w dniach 15–17 czerwca br. w Ośrodku Wypoczynkowym “Gołoborze” w Górach Świętokrzyskich. Jak zwykle udowadnimy Wam, że – parafrazując słowa znanej piosenki – “tańczyć każdy może”! Uczestników nie ograniczają bowiem ani wiek, ani umiejętności taneczne, a różnorodność muzyczna sprawia, że w tańcach izraelskich każdy znajdzie coś dla siebie. Warunki rodem z gorącego Izraela zapewni nie tylko czerwcowe słońce, lecz przede wszystkim izraelscy choreografowie, którzy poprowadzą zajęcia taneczne: Oren Ashkenazi, Michael Barzelai oraz Ilai Szpiezak. Co ciekawe, przodkowie całej tej trójki pochodzili z Polski.

 

Podczas zajęć tanecznych uczestnicy krok po kroku poznają tańce dawniejsze i współczesne. Z każdym kolejnym układem odkryją Izrael, jakiego jeszcze nie znali, ucząc się wzajemnego zaufania i akceptacji. Dodatkowo, sesje taneczne będą przeplatane innymi warsztatami artystycznymi, edukacyjnymi i integracyjnymi. Ma to na celu zapewnienie uczestnikom różnorodnych aktywności i czasu na regenerację sił pomiędzy tańcami. Za przykład niech posłuży choćby warsztat malowania na koszulkach, gdzie każdy uczestnik festiwalu będzie miał możliwość zapisania swojego imienia po hebrajsku.

Malowanie na koszulkach to zajęcia, które stały się już tradycją
Malowanie na koszulkach to zajęcia, które stały się już tradycją. Fot. Julian Zakrzewski

Dzięki specyfice tańców izraelskich i oryginalnej formule festiwalu, uczestnicy nie tylko poznają lepiej bogatą kulturę Izraela, ale także będą mieli okazję podzielić się z innymi cząstką własnej kultury. Jest to niepowtarzalne doświadczenie dla wszystkich – nawet tych, którzy wielokrotnie uczestniczyli w podobnych wydarzeniach.

Festiwal jest organizowany przez rodzinę Hakenberg przy współpracy z Fundacją Strefa Dialogu, Fundacją Żywy Most i Stowarzyszeniem SportPlus oraz przy wsparciu finansowym Fundacji Dutch Jewish Humanitarian Fund. Wydarzenie zostało również objęte Patronatem Honorowym Ambasady Izraela w Polsce.

Więcej informacji o festiwalu można znaleźć na naszej stronie internetowej: www.polin-rokedet.pl

Zachęcamy również do polubienia naszego fanpage’a na Facebooku: www.facebook.com/PolinRokedet

Posted on

Safona. O kobiecym zachwycie

Budda głosił naukę swoją bez nadziei,
Ezechiel z Jeremiaszem ciskali gromami
Na żądze ludzkie, hienom podobne i wilkom,
Wielki Sokrates myślał, wojował Psammetyk
Z Asyrii lwem, o śmiercią zionącej gardzieli,
Gdyś ty, blada i w loków ozdobna ametyst,
Śpiewała, ku Plejadom, o miłości tylko.

Żywot Safony, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Słynne malowidło z okolic Wezuwiusza nie ma nic wspólnego z Safoną
Słynne malowidło z okolic Wezuwiusza nie ma nic wspólnego z Safoną

Safona urodziła się w VII wieku na wyspie Lesbos, w mieście Mitylena lub, według innych przekazów w Erezos, w arystokratycznej rodzinie. Zgodnie z  bizantyjskim leksykonem z X wieku, zwanym Księgą Suda, wyszła za mąż za Cercylosa, o którym niemal nic nie wiemy, a niestety inne źródła nie potwierdzają jej małżeństwa. Sama poetka często wspominała w swoich poezjach córkę, Kleis, ale nie pisała o mężu.

Mam córkę piękną jak złocisty kwiat.
Nie oddałabym ukochanej Kleis
nawet za całą krainę Lidii.

Wiemy, że z powodu zamieszek politycznych na Lesbos Safona przez jakiś czas przebywała na Sycylii; później wróciła na rodzinną wyspę, gdzie jej salon, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, gromadził młode kobiety oddane kultowi Afrodyty. Dziewczęta składały jej ofiary, modliły się do niej i pisały poezje liryczne.

Teraz księżyc ukazał się w pełni,
a one stanęły przy ołtarzu.

Według źródłowych przekazów, kobiety w Grecji mogły się zbliżyć do ołtarza tylko po to, by śpiewać i tańczyć. Wiadomo jednak, że większość pieśni Safony była śpiewana w mniejszym gronie i w bardziej kameralnych warunkach. Strofy na cześć Afrodyty i kierowane do młodych dziewcząt, wychowanek Safony, były tworzone stosownie do okoliczności, tak, jak to się działo w całej Grecji. Oznacza to, że każda pieśń miała określony kontekst: śpiewano ją np. podczas uczty. Warto bowiem pamiętać, że poezja antyczna była śpiewana, podczas gdy nowożytna jest tylko odczytywana.

Szesnastowieczna mapa Lesbos autorstwa Giacomo Franca
Szesnastowieczna mapa Lesbos autorstwa Giacomo Franca. To na tej wyspie urodziła się Safona, którą Platon nazywał dziesiątą Muzą: Dziewięć jest Muz, powiadają niektórzy. Jakże się mylą! Oto przed wami Safo / z Lesbos, Muza dziesiąta.


Salon kulturalny dla młodych kobiet

Safona była z pewnością wykształconą kobietą. Świadczą o tym nie tylko wzniosłe strofy jej poezji, ale także działalność, którą prowadziła w swoim domu. Stworzyła rodzaj związku kulturowego poświęconego Muzom i bogini Afrodycie; patronowała młodym, niezamężnym kobietom z artystokratycznych domów i wielbiła je tak, jak wielbiła boginię miłości. Kształciła dziewczęta w poezji, muzyce, tańcu, grze na lirze. Wychowanki pozostawały pod jej opieką do czasu zamążpójścia. O tym, jak Safona ceniła sobie te spotkania i jaką czułością darzyła swoje podopieczne, świadczą bez wątpienia jej wiersze. Są czułe, liryczne, opisują radosny czas spędzony wspólnie i tchną smutkiem, kiedy któraś z jej podopiecznych opuszcza wspólnotę.

Szczęśliwy oblubieńcze, masz wszystko,
tak jak chciałeś:
i ślub, i dziewczę upragnione.

 

Lawrence Alma-Tadema, Safo i Alceus, 1881
Lawrence Alma-Tadema, Safo i Alkajos z Mityleny, 1881


Akmè 
Safony

Wyspa Safony, Lesbos, leży na Morzu Egejskim, niedaleko wybrzeża Azji Mniejszej.  Znajdowała się pod różnymi wpływami; przez pewien czas była na przykład pod władaniem Troi, o czym wspomina Homer w Iliadzie. Na przełomie VII i VI wieku p.n.e. na Lesbos rozgrywały się walki polityczne, o których wspominają różni historycy i filozofowie (Strabon, Arystoteles, Diodor Sycylijski). To czas, kiedy Safona osiągnęła swoje akmè, czyli szczytowy okres pełnego rozwoju człowieka. Uważano, że mężczyźni osiągają go między 40. a 44. rokiem życia – o kobietach, w kontekście rozwoju intelektualnego, nie było wówczas mowy. Jednak Strabon umieścił Safonę w jednym rzędzie z dwoma mężczyznami, opisując całą trójkę jako najsławniejszych ludzi, jakich wydała wyspa: wraz z nimi [Alkajosem i Pittakosem] osiągnęła ‘akmè’ Safona, jakieś cudowne zjawisko, nie znamy bowiem za pamięci ludzkiej innej kobiety, której wdzięk poezji zbliżał się choć trochędo Safony.
Tak poetka zajęła trwałe miejsce w historii wyspy i kultury greckiej.

Simeon Solomon, Safona i Erinna w ogrodzie w Mitylenie, 1864
Simeon Solomon, Safona i Erinna w ogrodzie w Mitylenie, 1864


Lesbijskie skłonności Safony

Kult Afrodyty, tematyka zachowanych poematów Safony i towarzystwo młodych dziewcząt stały się przyczynkiem do plotek, które utrzymywały się przez stulecia. Safona miała wielką umiejętność wyrażania nieuchwytnych stanów duchowych, intymnych uczuć i bardzo osobistych przeżyć; jako że wiele jej erotyków było adresowanych do dziewcząt, którym patronowała, wkrótce zaczęto ją pomawiać o homoseksualne skłonności. Spójrzmy jednak – czy, na przykład, strofy skierowane do Dike, jednej z dziewcząt będących pod opieką Safony, rzeczywiście powinny kojarzyć się z lesbijską miłością?

Spleć Dike, wiotkie gałązki
Delikatnymi rękami
i przystrój bujne kędziory
zielonym pachnącym wieńcem!
Z radością patrzą Charyty
Na strojne w kwiaty dziewczęta,
lecz nie obdarzą spojrzeniem
tych, które wieńców nie noszą.

Cyprydo, piękny Adonis umiera! Co czynić?
Bijcie się w piersi, dziewczęta, i rozerwijcie szaty.

Wiemy na pewno, że Safona żyła w świecie kobiet, subtelnych uczuć, pieśni ku czci bogów, świętowania w kameralnym gronie. W  pieśniach weselnych podkreślała, że traktowała swoje podopieczne niczym własne córki. Miłość sprawiała, że świat był piękniejszy, lepszy, łatwiejszy do życia, a (…) kobiety łatwo ogarnia uczucie, / gdy myślą o tym, co w nich zachwyt budzi. (…).

Nas nieodmiennie zachwyca Safona.

 

Zdjęcie główne: John William Godward, In the days of Sappho, 1904

 

Posted on

Kawafisowi

Urodził się w rodzinie greckiego kupca w egipskiej Aleksandrii. Tam, gdzie żeglującym po Morzu Śródziemnym kierunek wskazywała kiedyś majestatyczna latarnia wznosząca się na wyspie Faros. Tam, gdzie do Kleopatry wracał stęskniony Antoniusz, gdzie cesarze przybywali raz po raz, chcąc nakarmić egipskim zbożem głodny rzymski lud, i gdzie do dziś powraca duch wielkiego Aleksandra. Nic dziwnego, że wybitny grecki poeta Konstandinos Kawafis sam był mistrzem powrotów. Do antyku, do tajemnicy, do przeszłości; do prostoty, do subtelności, do oszczędności słowa.

 

 

I choć najpiękniej pisał o powrocie do Itaki – życząc nam, by był on długi, pełen przygód i nauk – to warto wspomnieć także jego zachętę do innego powrotu:

Jeżeli nie potrafisz zbudować swego życia, / jak sobie tego życzysz, spróbuj przynajmniej, jak możesz, / aby go nie roztrwonić – nazbyt narzucając się w świecie, / w nieustannej gonitwie, w nieważkiej gadaninie.

Zapraszał nas Kawafis do powrotu do prawdziwych znaczeń, do tego, co ważne, naturalne, niewymuszone.

Do uważnego, świadomego wyboru.

 

Tekst ukazał się drukiem jako edytorial w Lente#03.

Na zdjęciu: Konstandinos Kawafis (tu: Kavafis), Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1979
Posted on

O lirze, żółwiach i delfinach

Instrument strunowy zwany lirą był w starożytności jednym z atrybutów Apollina; według wybranych mitów, za jego wynalazcę uznać należy jednak boga Hermesa, brata opiekuna poetów i artystów. Jeden z hymnów do Hermesa opowiada, że jako niemowlę ukradł on Apollinowi stado krów, sprytnie myląc ślady. Aby złagodzić gniew Apollina po tym występku, Hermes podarował mu lirę z jelit cielęcych i skorupy żółwia.

Bez wątpienia – i bez względu na pochodzenie, łączone przez badaczy także ze starożytną Mezopotamią – lira należy do najsłynniejszych instrumentów muzycznych starożytnej Grecji. Składa się z wąskiego, czworobocznego rezonatora, z którego wychodzą dwa łukowate ramiona połączone poprzeczką. Przed wiekami, zgodnie ze wspomnianą legendą, za rezonator służyły skorupy żółwi – zwierzęcia powszechnie występującego na terenie Hellady. Tak oto żółwie i poezja zaczęły być ze sobą łączone.

 

Apollo z lirą, Anglesey Abbey, fot. Tony Smith / Flickr
Apollo z lirą, Anglesey Abbey w Wielkiej Brytanii, fot. Tony Smith / Flickr, CC BY 2.0

 

Jednym z przykładów ich szczególnego związku jest historia wyspy Lesbos, mniej więcej od VII w. p.n.e. uważanej za kolebkę poetów, na którą wybrali ją bogowie. Wierzono, że znajdował się na niej grób, w którym pochowano głowę  najstarszego mitycznego poety greckiego, Orfeusza, na nim zaś ułożono lirę, którą Zeus zamienił w gwiazdozbiór i umieścił na niebie. Orfeusz pochodził z Tracji, a po śmierci Eurydyki przestał kochać kobiety. Niestety jego homoseksualizm sprowadził nań nieszczęście: trackie kobiety zabiły go, obcięły mu głowę, przybiły ją do liry sporządzonej ze skorupy żółwia i wrzuciły do morza. Tak głowa Orfeusza trafiła na Lesbos, razem z żółwią skorupą stanowiąc znak, że wyspa ma według bogów specjalne przeznaczenie.

Lira łączy się także z uroczą legendą o poecie z Lesbos, Arionie z Metymny, w której występuje inne śródziemnomorskie zwierzę.

Lesbos, fot. Ronald Saunders / Flickr, CC BY-SA 2.0
Lesbos, fot. Ronald Saunders / Flickr, CC BY-SA 2.0

Według Herodota, Arion występował na dworze w Koryncie i jako pierwszy z ludzi skomponował, nazwał i zaaranżował dytyramb (badacze niekoniecznie zgadzają się z tym cytatem, wskazując, że najprawdopodobniej tylko rozwinął i rozpowszechnił istniejący już gatunek). Podróżował do Italii, gdzie zdobył duży majątek, i, powracając statkiem do Koryntu, został zaatakowany przez piratów. Ubłagał ich, by pozwolili mu ostatni raz zaśpiewać przy akompaniamencie liry.

William Adolphe Bouguereau, Arion, 1855
William Adolphe Bouguereau, Arion, 1855

 

Gdy ci przystali na jego prośbę, Arion wystąpił jako pieśniarz, a następnie rzucił się do morza, licząc na szybką śmierć. Uratował go jednak delfin – a według niektórych morski koń – urzeczony jego śpiewem. Wziął go na swój grzbiet i zabrał na przylądek Tajnaron w Grecji. Stamtąd Arion bezpiecznie wrócił do Koryntu. Na pamiątkę tego wydarzenia przez wiele wieków na plaży w Tajnaron stał podobno pomnik delfina.

 

Zdjęcie główne fot. Jim the Photographer / Flickr, CC BY 2.0
Posted on

Predrag Matvejević, Brewiarz śródziemnomorski

Rewelacyjna książka chorwackiego profesora, eseisty i krytyka literackiego ukazała się po raz pierwszy w Zagrzebiu w 1987 roku; kilka miesięcy później entuzjastycznie przyjęto jej publikację we Włoszech. Pełen uznania wstęp napisał do niej sam Claudio Magris. Czytelników i krytykę zachwyciła eseistyczna narracja, różnorodność swobodnych dygresji i poetycko-filozoficzny ton, które nie przestają urzekać dziś, niemal 40 lat później.

Rozważając sięgnięcie po tekst Matvejevicia, warto przypomnieć sobie znaczenie terminu użytego w tytule. Brewiarz (od łac. breviarium – skrót) to księga liturgiczna zawierająca codzienne modlitwy, uświęcająca czas przez sprawowanie jej w określonych porach dnia i nocy. Brewiarz śródziemnomorski ma zaś w sobie wiele i z modlitwy, i z codzienności. Modlitwę przypomina jego forma – poetycka opowieść, śpiewnie zataczająca kręgi wśród rozmaitych wątków i zagadnień, recytowana niejako na jednym oddechu, paragrafami, które zazębiają się i plotą niczym wersy w litanii. Codzienna jest tematyka, choć przecież wielokrotnie nie pozbawiona otwartości na kwestie wysokie; celebrująca codzienność, od kształtu fal po sposób wiązania okrętowych lin, od pras rozgniatających oliwki po kontury żeglarskich map.

Tym, którym marzy się literacki rejs, łączący wprowadzenie do przestrzeni historyczno-kulturowej z lirycznym leksykonem zawsze dostępnym pod ręką, nie powinni wahać się ani chwili. Poczytajcie Matvejevicia. I to niekoniecznie na skróty.

Predrag Matvejević, Brewiarz śródziemnomorski, tłumaczyła Danuta Cirlić-Straszyńska, Pogranicze 2003
Posted on

Federico García Lorca, Romancero gitano. Dusza na uwięzi

Słowa te słynny hiszpański poeta, Federico García Lorca, wygłosił podczas konferencji poprzedzającej publikację jego bodaj najbardziej znanego tomu poezji, wydanego w 1928 roku pod tytułem Romancero cygańskie. Tomu, który jest hymnem na cześć Andaluzji i który wynosi na piedestał godność cygańskiej ludności – żyjącej na marginesie, znoszącej prześladowania i oswojonej ze śmiercią. Lorca opiewa jej cierpienie. Cierpienie, które płynie we krwi andaluzyjskiego Cygana, unosi się w powietrzu, którym oddycha, znajduje się w wodzie, którą pije, jest nieodłącznym elementem jego życia. Jednak intencją autora nie było odmalowanie portretu społeczności; to tylko punkt wyjścia, który pozwala czytelnikowi zanurzyć się w targanym niepokojem i frustracją wewnętrznym świecie poety, żyjącego w poczuciu niezrozumienia, odrzucenia i zniewolenia.

Na zbiór składa się 18 romanc (romanca jest niezwykle popularną w Hiszpanii formą liryczną, po którą poeci sięgają od XV wieku). Ich motywem przewodnim jest ból, tragizm przeznaczenia i śmierć. Przewija się on w kolejnych utworach na różnych płaszczyznach. Znajdziemy go zatem w portrecie andaluzyjskiej społeczności, a szczególnie archetypicznego andaluzyjskiego Cygana, żyjącego na marginesie prawa, nade wszystko miłującego wolność, kochającego przygodę, idącego za głosem serca, walecznego, gotowego stawić czoła całemu światu, a jednak skazanego na porażkę, nie mogącego uciec od swego tragicznego przeznaczenia. Ten sam motyw pojawia się w poematach o miłości, która – nieodłącznie związana z erotyką i zmysłowością – zawsze jest miłością nieszczęśliwą: nieodwzajemnioną, przerwaną przez śmierć, niespełnioną, tragiczną. A kiedy nawet osiągnie spełnienie (jak w poemacie La casada infiel), to ma ono charakter czysto fizyczny, przykryty cieniem dramatu niewierności.

 

 

Życie Cygana naznaczone jest przemocą i śmiercią, co w sposób szczególny oddają utwory otwierające i zamykające książkę. Oto w poemacie Romance de la luna, luna księżyc staje na czele pochodu śmierci, która dosięgnie zarówno niewinne dziecko, jak i cygańskiego gwałciciela (w zamykającym utworze Thamar y Amnón). W całym tomie przewijają się elementy przemocy, która według Lorki charakteryzuje tę społeczność; mamy więc bójki, awantury, samobójstwo, gwałtowną śmierć, zbiorowe zabójstwo… Cygan nigdy nie będzie „żył długo i szczęśliwie”. Jego egzystencja będzie krótka, burzliwa, pełna poczucia samotności i frustracji, także w skazanej na porażkę walce o własną tożsamość i wolność. Jak i ze wszystkiego, co posiada, zostanie z nich bezwzględnie odarty przez opresyjne instytucje: żandarmów i sąd. I choć Romancero cygańskie nie jest książką o tematyce społecznej, to jednak Lorca przed nią nie ucieka, a motyw aresztowania Cygana Antoñito el Camborio czykonfrontacji z przedstawicielami Guardia Civil bardzo dobitnie dają temu wyraz. Utwór Muerto de amor to głos sprzeciwu wobec nierówności społecznej, zaś w San Rafael znajdziemy skargę na samotność i odrzucenie, których źródłem jest homoseksualizm.

Lorca w 1914 roku
Lorca w 1914 roku

 

Wszystkim tym poetyckim obrazom towarzyszy poczucie nieuchronności przeznaczenia, okrutny fatalizm, który od najmłodszych lat odciska piętno na życiu andaluzyjskiego Cygana, odrzuconego, zmarginalizowanego, wrogo traktowanego przez świat, w którym przyszło mu funkcjonować; Cygana, który marzy o miłości i wolności, ale wie, że czekają go jedynie samotność, cierpienie i okrutna śmierć.
Oto Lorki portret Andaluzji. A tak naprawdę – oto Lorki portret własny. Bo kimże jest ów odrzucony, niezrozumiany, niespełniony w miłości, zniewolony przez opresyjną kulturę i prześladowany przez władze Cygan, jeśli nie samym poetą właśnie? Jemu samemu trudno było zdefiniować swoją tożsamość: zapytany o swoje poglądy polityczno-socjalne, odparł pół żartem, że czuje się katolikiem, anarchistą, komunistą, libertarianinem i monarchistą. Pragnął kochać i być kochanym, ale jego homoseksualizm nie był akceptowany społecznie, a w oczach władzy był przestępstwem karanym śmiercią. Jego poezja przez współczesnych mu artystów (w tym przyjaciół, jak Salvador Dalí) była krytykowana jako „zbyt tradycyjna” i niewystarczająco awangardowa. On sam, w listach do pisarza Jorge Guillena, skarżył się, że padł ofiarą sukcesu swojego najpopularniejszego dzieła, Romancero cygańskiego, zaszufladkowany jako poeta cygański, związany nierozłącznie z andaluzyjskim folklorem. Czuję, jak gdyby zakładano mi kajdany, pisał.
Marzył o wolności. O świecie, w którym mógłby być sobą, bez konieczności przynależności do żadnej konkretnej grupy. W którym mógłby tworzyć: poezję, sztuki teatralne, obrazy, muzykę. W którym mógłby kochać i nie bać się, że miłość może kosztować go życie. W którym mógłby ofiarowywać swoją przyjaźń, bez lęku, że zostanie zdradzony.
Jednak Cyganowi nie jest dane żyć długo i szczęśliwie. Lorca, który w poemat o cygańskiej Andaluzji, naznaczonej cierpieniem i zniewolonej nieuchronnym przeznaczeniem, przelał swoją duszę, został wydany żandarmom, oskarżony o szpiegostwo, republikanizm i homoseksualizm, i rozstrzelany bez sądu dwa dni później, 18 sierpnia 1936 roku.
Najzieleńszej chcę zieleni.
Wiatr zielony i gałęzie.
Statek na dalekim morzu
i koń u górskiej przełęczy.

(…)

Spełniłbym ja twe pragnienia,
już byś ze mną targu dobił,

ale ja — już dzisiaj nie ja
i mój dom już nie jest moim.

(…)

Pozwólże mi chociaż wspiąć się
na wysokie twe balkony.
Na balkony księżycowe,
skąd się z szumem sączą wody.

(…)

Wtem pijani policjanci
zaczęli we drzwi łomotać.
Najzieleńszej chcę zieleni.
Wiatr zielony i gałęzie.
Statek na dalekim morzu
i koń u górskiej przełęczy.

 

Fragmenty poematu Romanca somnambuliczna z tomu Romancero cygańskie F.G. Lorki w przekładzie Jerzego Ficowskiego.
Zdjęcie główne: Alfred Dehodencq, A Gypsy Dance in the Gardens of the Alcázar
Posted on

Il Golfo dei Poeti czyli Zatoka Poetów

Zatoki Poetów trudno nie uwielbiać – pokochało ją wiele niezwykłych postaci, więc zachwyceni będą też zwykli śmiertelnicy. Odcinek Morza Liguryjskiego między La Spezią a San Terenzo jest piękny jak cały region, a do tego jeszcze ciągle mało uczęszczany przez turystów. Z bliżej nieokreślonego powodu od Lerici, stanowiącego najważniejszy ośrodek miejski zatoki, wolą oni osławione – i zatłoczone – Cinque Terre. Lerici czaruje jednak podobnymi wdziękami: labiryntem uliczek wypełnionych kolorowymi budynkami, romantycznymi plażami i malowniczymi skalistymi klifami nad taflą lśniącej wody, poprzez które prowadzą długie kilometry pieszych szlaków. Nad miastem góruje średniowieczny zamek, do nadmorskich spacerów zachęca wspaniała promenada, a łódki kołyszące się na wodzie zatoki tylko czekają, aż je sfotografujemy.

 

Lerici, fot. trolvag / Wikimedia, CC BY-SA 3.0
Lerici, fot. trolvag / Wikimedia, CC BY-SA 3.0

Miejsce to od dawna pociągało włoskich pisarzy i artystów – pięknem Lerici zachwycał się już sam Dante – także dlatego, że znajdowali tu ciszę i skupienie. Na początku XIX stulecia zaczęli dołączać do nich twórcy z innych krajów Europy – do najznamienitszych należą bez wątpienia George Byron, Percy Shelley oraz David Herbert Lawrence. Bywali tu także George Sand, Gabriele D’Annunzio i Filippo Tommaso Marinetti. Nazwę “Zatoki Poetów” nadał zaś okolicy komediopisarz Sem Benelli.

 

Porto Venere, fot. Gabriele Geraci / Flickr
Porto Venere, fot. Gabriele Geraci / Flickr, CC BY-SA 2.0

Uroki Golfo dei Poeti bliskie były także sercu wielu malarzy, w tym angielskiego pejsażysty Williama Turnera (1775–1851) oraz, być może, samego Sandra Botticellego. W pobliskim Fezzano swą willę miała bowiem Simonetta Vespucci, muza i ukochana artysty, której rysy nadał on bogini miłości na obrazie Narodziny Wenus. Według niektórych badaczy, to właśnie Zatoka Poetów sportretowana została w arcydziele, które dziś podziwiać możemy w Galerii Uffizich.

 

Zdjęcie główne: Grotta di Byron, Portovenere, Liguria Andrea / Wikimedia, CC BY 2.0. Byron podobno zwykł przeprawiać się przez zatokę wpław, aby odwiedzać Percy’ego Shelleya.
Posted on

Poesie Tycjana

Poema pictura loquens, pictura poema silens – poezja jest mówionym obrazem, obraz – milczącą poezją. Myśl Simonidesa z Keos, który kontynuował rozważania nad horacjańską frazą ut pictura poesis, wywołała wielowiekową dyskusję nad tym, czy rzeczywiście poezja – sztuka czysto intelektualna, wspierana przez najszlachetniejszą z możliwych, czyli przez muzykę, może być przyrównywana do malarstwa, na korzyść tego ostatniego. Renesans, zwłaszcza w wydaniu włoskim, przyniósł wiele pism i dyskusji na ten temat, pro i contra; niezależne od rezultatu tych dywagacji, poezja i obraz pozostały nierozerwalne, zarówno na gruncie intelektualnego odbioru dzieła sztuki, jak i praktycznego poszukiwania tematów i inspiracji twórczych. Nieprzypadkowo jeden z największych malarzy włoskiego Cinquecenta i sztuki światowej w ogóle, Tycjan, nazwał cykl swoich obrazów o tematyce mitologicznej Poesie, czasem tylko zastępując go tytułem Favole. Historia zapamiętała ten pierwszy, nie tylko ze względu na jego wdzięk, ale też na zdumiewającą zgodność z treścią obrazów i ich metaforyczną wymową.

Pracownik fizyczny

Tycjan (Tiziano Vecellio, ur. między 1488 a 1490 r., zm. 27 sierpnia 1576 r.) w swym długim i pracowitym życiu stworzył wiele obrazów o tematyce religijnej i mitologicznej, a także wielką liczbę portretów, do których pozowały najznakomitsze postaci XVI-wiecznej Europy: papieże, cesarze, królowie i królowe, książęta i księżne, poeci, kupcy i podróżnicy. Tycjan prowadził duży warsztat, co w jego czasach było praktyką codzienną i konieczną. W XVI wieku wciąż jeszcze nie funkcjonowała romantyczna wizja sztuki i pojęcie artysty w dzisiejszym rozumieniu, odziedziczone w dużej mierze po wieku XIX. Czasy Tycjana przyniosły wprawdzie nowe otwarcie w dyskusji o sztuce – sto lat wcześniej Leon Battista Alberti w swoich traktatach teoretycznych podniósł kwestię intelektualnego wymiaru twórczości malarza, rzeźbiarza, czy architekta, tym samym osłabiając nieco odium fizycznej pracy, niezbędnej dla tego rodzaju działalności. Jednak kwestie takie jak natchnienie, wena i duchowy wymiar twórczego wysiłku wciąż pozostawały domeną poezji, literatury czy wreszcie muzyki. Malarstwo i rzeźba uważano za dziedziny warsztatowe, gdzie mistrz pracował nad wybranymi dziełami, a kilku czy kilkunastu pracowników malowało pomniejsze dzieła, wykańczało je, przygotowywało płótna, rozcierało barwniki i pigmenty, mieszało farby itd. Cała ta utrwalona przez wieki praktyka dotyczyła również Tycjana, który objął w swe „władanie” osieroconą przez klan Bellinich Wenecję. Jego warsztat dostarczał estetycznych wrażeń bogatym patrycjuszom, miastu oraz władcom Europy. Znakomita większość znanych dzisiaj obrazów Tycjana wyszła jednak spod jego własnej ręki i nie jest trudno określić, czym różnią się one od prac warsztatu. Maniera Tycjana jest trudna do dosłownego podrobienia, ponieważ – jak każdy naprawdę wielki artysta – potrafił pozostawić po sobie nieuchwytny ślad w obrazie; stosował też specyficzną technikę, inną niż jego współpracownicy i uczniowie. Kompozycje i końcowy efekt prac warsztatu były „tycjanowskie”, ale po dłuższej obserwacji nie trudno jest zauważyć, które są dziełem Mistrza, a które jego współpracowników. Wszelkie wątpliwości rozwiewają badania konserwatorskie, gdzie światło podczerwone, RTG i inne zabiegi bezlitośnie ujawniają, czyje ręce stworzyły obraz.

Wenus i Adonis
Wenus i Adonis

Portrecista

Imię Tycjana kojarzy się dość powszechnie z portretami – zupełnie słusznie, ponieważ w sztuce włoskiej Tycjan wprowadził nową jakość portretu, a do tego eksportował ją za Alpy. Dzięki swoim talentom w tej dziedzinie malarstwa nawiązał wieloletnią współpracę z Karolem V Habsburgiem, cesarzem i jednocześnie królem Hiszpanii oraz władcą wielu ziem należących do imperium habsburskiego. Współpraca ta została nawiązana w 1548 roku, zaraz po wielkim zwycięstwie Karola V nad Ligą Protestancką pod Mühlbergiem. Cesarz był człowiekiem wykształconym i do tego poliglotą, zatem nie pojawiały się problemy komunikacyjne. Tycjan namalował jego wspaniały portret konny oraz znakomite studium psychologiczne cesarza siedzącego w fotelu – człowieka już chorego, zmęczonego, o przenikliwym spojrzeniu prawdziwego władcy.Oprócz portretów cesarza, na jego zamówienie Tycjan  stworzył też scenę mitologiczną Wenus z organistą i Kupidynem (1548, Museo del Prado) – dzieło, które następnie wiele razy replikowano w warsztacie Tycjana.

 

Karol V w fotelu
Karol V w fotelu

 

Kronikarz bosko-ludzkich romansów

W latach 50-tych król Filip (być może jeszcze jako książę infant) zamówił u Tycjana cykl obrazów mitologicznych, którego tematem były miłosne perypetie bogów olimpijskich i śmiertelników – przyszłe Poesie. Tematy poszczególnych obrazów zaczerpnięte zostały z głównie z Metamorfoz Owidiusza, który bardzo szczegółowo opisywał miłostki bogów i ludzi. Biorąc pod uwagę surowość wychowania i religijną gorliwość młodego króla, temat należy uznać za dość osobliwy.

Jako pierwsze powstały Wenus i Adonis oraz Danae z opiekunką (1553 r. i 1554 r., dziś obydwa znajdują się w Prado). Danae była powtórzeniem kompozycji wykonanej dziesięć lat wcześniej dla rodziny Farnese, choć z pewnymi wariacjami – w wersji hiszpańskiej Danae towarzyszy opiekunka, która łapie złoty deszcz w fartuch, podczas gdy w wersji Farnese w miejscu opiekunki znajduje się Amor. Pendant do Danae stanowił obraz Wenus i Adonis, na którym widzimy boginię próbującą powstrzymać kochanka od odejścia na polowanie. W pierwszej chwili można pomyśleć, że zaborcza kobieta nie chce wypuścić młodzieńca ze swych ramion, jednak kiedy przyjrzymy się uważnie, dostrzeżemy oślepiające światło w prawym górnym rogu. Na kochanków spogląda bóg Mars, który za moment wcieli się w ogromnego odyńca i zabije rywala. Wenus przeczuwa niebezpieczeństwo, chce ocalić ukochanego, jak wiemy jednak – na próżno. Para obrazów pełna jest jeszcze weneckiego światła i koloru; w scenie z Wenus i Adonisem zachwyca błękit nieba, czerwień szat, świetlistość skóry; w Danae – karnacja dziewczyny i złoty deszcz spadający z góry.

Danae z opiekunką
Danae z opiekunką

Kolejne obrazy z serii to Perseusz i Andromeda (1554-1556), Diana i Akteon oraz Diana i Kallisto (obydwa 1556-1559). Pendant do Perseusza i Andromedy stanowić miał obraz przedstawiający Jazona i Medeę, ale wszystko wskazuje na to, że nigdy nie powstał. W roku 1562 Tycjan ukończył i wysłał do Madrytu Porwanie Europy, natomiast obraz Śmierć Akteona nigdy nie opuścił pracowni artysty.

Perseusz i Andromeda
Perseusz i Andromeda

Cykl Poesii zamyka Tarkwiniusz i Lukrecja, rozpoczęty w 1568 r. i wysłany do Madrytu trzy lata później. Historię Lukrecji trudno uznać za „miłostkę” – obraz przedstawia gwałt popełniony przez Tarkwiniusza na cnotliwej Lukrecji, która, poprosiwszy męża i ojca o pomszczenie swego nieszczęścia, popełniła samobójstwo, nie mogąc znieść bólu i upokorzenia.

Tarkwiniusz i Lukrecja
Tarkwiniusz i Lukrecja

Obrazy z serii Poesia układają się w pary – lub być może badacze twórczości Tycjana chcieliby je tak widzieć, w każdym razie układ parami wygląda na logiczny i uzasadniony. Problematyczny pozostaje brak obrazu z Jazonem i Medeą oraz fakt, że Śmierć Akteona, trudna do powiązania w parę z innym obrazem. nie opuściła nigdy pracowni Tycjana. Dziś nadal możemy próbować sobie wyobrazić, jaki mógł być pierwotny zamiar ewentualnego zestawienia obrazów w pary, jaka mogła być ich zamierzona wymowa. Podobnie jak niejednoznaczna jest poezja, której każda lektura przynosić może nowe odkrycie, podobnie rzecz ma się z obrazami Tycjana. Oglądamy serię scen mitologicznych, których wspólnym tematem jest miłość. Część z nich ma charakter wyraźnie erotyczny; czy jest to jjednak edyny wymiar, jedyna możliwa droga interpretacji?

Śmierć Akteona
Śmierć Akteona


Obserwator okrucieństw

Dostrzegam w tej serii jeszcze jeden wspólny mianownik – okrucieństwo bogów i ludzi. Historia Danae nie kończy się tragicznie, chociaż nie brakuje w niej dramatycznych zwrotów akcji – zostaje zamknięta w beczce razem z niemowlęciem i wrzucona do morza, a z opresji wychodzi cudem. Adonis zostaje pokonany przez Marsa, Kallisto przypłaca życiem złamanie ślubów czystości, choć to przecież ona została uwiedziona przez Jowisza, stając się tak naprawdę jego ofiarą. Akteon niechcący podejrzał Dianę w kąpieli i został okrutnie ukarany – zamieniony w jelenia i rozszarpany przez własne psy. Europę porwał (i w domyśle zgwałcił) Jowisz; równie podle postąpił Tarkwiniusz z Lukrecją. Trudno te historie nazwać po prostu „miłostkami”. Obrazy Tycjana nie pokazują tylko wycinka opowieści; można powiedzieć, że z obrazu na obraz wymowa dzieł staje się coraz bardziej mroczna i niepokojąca. Mogłoby się wydawać, że mitologiczne sceny stanowią pretekst, by pokazać nagie ciało kobiece (wszak mężczyźni są zawsze nieco lepiej wyposażeni w tekstylia), cały czas pobrzmiewa jednak echo finału, atmosfera jest napięta, wiemy, że cały ten erotyczny rozgardiasz musi się źle skończyć. Tragiczny akord w postaci sceny z Tarkwiniuszem i Lukrecją zdaje się to potwierdzać.

Apollo i Marsjasz
Apollo i Marsjasz


Skarga na nieczułość

Jest jeszcze jeden obraz, którego temat zaczerpnięty jest z Metamorfoz, ale który nie dotyczy spraw około miłosnych – chyba, że miłości własnej. Nie wiadomo kiedy i na czyje zamówienie powstał; wątpliwe też, by obraz należał do serii Poesie. Wiadomo tylko, że znajdował się w pracowni po śmierci malarza i, sądząc ze sposobu malowania, musiał powstać w ostatnich latach życia artysty. Obraz ten, Apollo i Marsjasz (obecnie w Muzeum-Pałacu Arcybiskupim w Kromeřyžu), wywraca nasze powszechne wyobrażenie o malarstwie Tycjana. Ciemne barwy, gęsta kompozycja, wreszcie straszliwe okrucieństwo ukazane jako pierwszoplanowe wydarzenie mają więcej wspólnego ze scenami męczeństwa chrześcijańskich świętych niż z mitologicznymi scenkami. Obraz ten to skarga na nieczułość bogów, pudrowaną przez wymyślną formę poezji, która o nich opowiadała. Jej bóg Apollo obdziera ze skóry Marsjasza, fauna, którego miłością była muzyka. W tym sensie Apollo i Marsjasz tworzyłby parę ze Śmiercią Akteona – tutaj siostra Apolla, Diana, przeszywa niewidoczną strzałą nieszczęsnego podglądacza, zamieniając go w jelenia i patrząc, jak rozszarpują go psy. Jedynym jasnym akcentem jest brudno-różowa szata bogini i jej jaśniejąca karnacja. Boskie rodzeństwo nie po raz pierwszy popisało się okrucieństwem – pamiętamy przecież zbolałą Niobe, której dziewięcioro dzieci zginęło od strzał olimpijskich bliźniąt.

Ut pictura poesis – obraz, jak poezja, przedstawia raz z bliska, raz z daleka jakąś prawdę, myśl, refleksję. My, słuchając, patrzymy i, patrząc, wsłuchujemy się w skandowane głoski, które opiewają to, czego nie da się pojąć.

 

Zdjęcie główne: Diana i Akteon Tycjana