Posted on

Erbario Toscano Fico d’Elba

Artykuł z serii: Perfumy pachnące Śródziemnomorzem

Zapachy, podobnie jak książki, opowiadają historie i odkrywają tajemnice. Czynią to językiem innym od powieści, a jednak równie przekonującym, trwale zapadającym w pamięć, grającym na emocjach, a zarazem przekazującym wiele konkretnych informacji. W niniejszej serii przedstawiać będę wybrane przeze mnie perfumy, które zamknięto we flakonach razem z opowiadanymi przez nie sekretami Śródziemnomorza.

śśródziemnomorskie perfumy

Erbario Toscano Fico d’Elba

 

Drzewne, zielone, słodkie, soczyste, świeże. Takie są moje ulubione perfumy marki Erbario Toscano: Fico d’Elba. Darzę je wyjątkową sympatią, bo w zapachach cenię niejednoznaczność i wieloaspektowość. Taki właśnie jest ten aromat, pozostając przy tym nieskomplikowanym i cudownie bezpretensjonalnym.

Nuty zapachowe

Na początku spotkania witają nas, zgodnie z oczekiwaniami, figowy liść i nieśmiały, ale wytrwały bluszcz; później do głosu dochodzi olejek eteryczny z galbanum, przywodzący na myśl gorzką żywicę, a także zieleń i świeżo skoszoną trawę. W tle słodko pyszni się figa i kokos, do których dołącza w końcu ciepłe drzewo sandałowe i wytrawny migdał. Tony przytulne i miękkie przeplatają się z rześkimi i ożywczymi, słodycz idzie ramię w ramię z lekką kwaskowatością, a całość każe mi myśleć o wiosennym spacerze tuż po ulewnym deszczu, kiedy drzewa, krzewy i kwiaty oddają światu swój wzmożony aromat, a ich intensywna zieleń kontrastuje z szarością nieba. Nic dziwnego – przywołana w nazwie perfum włoska wyspa Elba, uważana za jeden z najpiękniejszych zakątków Toskanii, to prawdziwe królestwo śródziemnomorskiej flory, a zarazem skrawek lądu, na którym mieszały się od wieków bardzo różne kultury i języki. Z tego punktu widzenia różnorodność i kontrasty wydają się być z nią tożsame.

fico d'elba

Jednoznacznie?…

Bez względu na swoje kulturowe i przyrodnicze bogactwo, Elba kojarzona jednak na świecie przede wszystkim jako wyspa zesłania Napoleona oraz wspaniała meta dla miłośników malowniczych plaż. Podobnie jest z Fico D’Elba. Zapach ten, choć złożony, jest w gruncie rzeczy kompozycją mającą na celu jedno: odtworzenie zapachu figowego gaju. Pozwala nam otulić się aromatem jednego z najstarszych drzew na ziemi – figowiec jest bowiem śródziemnomorskim ogrodowym weteranem, a wielu badaczy uważa, że figi były pierwszymi owocami, jakie spożywali ludzie. Figowce obdarzały ich zresztą wyjątkowo obficie – drzewo to potrafi owocować nawet 3 razy w roku. Za najcenniejsze uważane są przy tym owoce z pierwszego zbioru, które w języku biblijnych proroków często identyfikowane były z bogactwem i ogólnym dobrobytem.

… czy wielowymiarowo?

Niezwykła płodność figowca idzie w parze z mnogością symboliki tego drzewa – a więc od złożoności, koniec końców, jednak nie uciekniemy! Z jednej strony figowiec kojarzono w starożytności z ponadprzeciętnym dostatkiem i bezpieczeństwem; wraz z winoroślą odnosił się do pomyślności i pokoju, a jego zniszczenie – podczas wojny czy przez szkodniki – uważano za jedno z najgorszych nieszczęść. Figowiec był drzewem świętym i niezwykle poważanym na Bliskim Wschodzie – Talmud Babiloński przewidywał za ścięcie figowca najsurowszy wymiar kary: śmierć! Z podobną rewerencją traktowali je także Grecy. W VI w. p.n.e. ateński prawodawca Solon wprowadził nawet zakaz eksportu fig poza Attykę, zaś w polis urzędował niejaki sykofant – donosiciel zawiadamiający urzędników o kradzieży owoców lub ich nielegalnym wywozie. O figi walczono, figi chroniono, figi hołubiono.

Z drugiej strony, drzewo, owoce i liście figowca często odnoszą się do czegoś niewiele wartego i bardzo skromnego – do znaczeń tych odnosi się chociażby popularny gest “figi”. W Genesis, gdzie opisano zachowanie pierwszych ludzi po skosztowaniu owocu z Drzewa Poznania Dobra i Zła, liście i gałązki figowe stają się tożsame z prowizoryczną próbą ukrycia czegoś wstydliwego, mało chwalebnego i jako takie stają się czymś bardzo zwyczajnym, wręcz pospolitym.

Jaki z tego morał? Cóż, antynomie są chyba z figą, figowcami i piękną toskańską wyspą Elbą równoważne. Najważniejsze jest jednak to, że bez względu na to, jak będziemy je postrzegać, naprawdę przepięknie pachną.

 

Perfumy Erbario Toscano zakupić można w sklepie internetowym Aromaty Toskanii.

Więcej o śródziemnomorskich zapachach przeczytać można w Lente#02.

 

Posted on

5 wielkich mitów starożytności: przykłady nie do końca słusznie postrzeganej historii

Wiedzę o tym, jak wyglądał świat starożytny, czerpiemy dziś nie tylko z naukowych źródeł: każdy nie raz zetknął się z nim w filmach kostiumowych i serialach, powieściach przygodowych czy komiksach. Niestety – mimo że wielomilionowe produkcje historyczne wydają się być dopracowane w najmniejszym szczególe, a postaci z książek powtarzają greckie czy łacińskie kwestie znane nam z lekcji historii – popkultura wciąż bazuje w dużej mierze na obrazach, które niewiele mają wspólnego z prawdziwym biegiem historii; jeszcze częściej zaś opiera się o hipotezy, które nie zostały nigdy potwierdzone. Poniżej znajdziecie pięć wybranych mitów dotyczących starożytności, które wciąż funkcjonują w świadomości wielu z nas. W każdym z nich znajdzie się zapewne ziarnko prawdy, jednak większość naukowców poda je z całą pewnością w wątpliwość.

  1. Egipskie piramidy zostały wybudowane przez niewolników.

    asterix21
    kadr z komiksu “Asteriks i Kleopatra”

Kto czytał komiks o przygodach dzielnego Gala Asteriksa, ten z pewnością pamięta wychudzone postaci niewolników, ciągnące po piachu kamienne płyty, które posłużyć miały do wznoszenia piramid. Co ciekawe, mit ten funkcjonuje w zbiorowej świadomości już od długich stuleci, bo od V wieku przed Chrystusem, gdy opisał je grecki historyk Herodot. Teorię obalono po odkryciu grobowców budowniczych piramid  w Gizie: zaszczyt spoczęcia blisko faraonów nie mógł przypaść w udziale niewolnikom. Wniosek? Najprawdopodobniej piramidy zbudowali wysoko wykwalifikowani egipscy rzemieślnicy.

Więcej na ten temat przeczytać można np. w “Harvard Magazine” (Who built the pyramids?).

2. Kciuk odwrócony ku górze decydował o ratunku dla pokonanego gladiatora.

W finałowym momencie walki rzymskich gladiatorów tłumy widzów krzyczały Mitte! („Puść go!”) lub Iugula! („Zabij!”), wyrażając tym samym swoją wolę ocalenia bądź stracenia pokonanego wojownika. Ostateczną decyzję podejmował obecny podczas walki wysoko postawiony polityk, wykonując znany wszystkim gest z kciukiem w roli głównej. Jednak wbrew temu, co zapamiętaliśmy z filmów kostiumowych, kciuk w górę lub w bok oznaczał zapewne raczej nie wybawienie, a rozkaz „zabij go” – przypomina przecież miecz gotowy do zadania ciosu. Dla odmiany kciuk skierowany do dołu bądź złączony z palcem wskazującym znaczył „odłóż broń” i stanowił ratunek dla przegranego wojownika.

pollice
“Pollice verso” Jean-Léon Gérôme (fragm.)

Oczywiście, w obu przypadkach są to jedynie hipotezy. Reżyserzy z Hollywood, podobnie jak liczni pisarze czy ilustratorzy, opierają się na dziele XIX-wiecznego malarza Jeana-Léona Gérôme zatytułowanym Pollice verso. Słynął on ze skrupulatności, więc uznano, że przed stworzeniem obrazu dokładnie zapoznał się z badaniami na temat znaczenia antycznych gestów. Te jednak nie były nigdy zgodne i jednomyślne; co więcej, nie wiemy nawet, czy sam Gérôme, utrwalając gest z kciukiem skierowanym w dół, miał rzeczywiście na myśli zachętę do zgładzenia gladiatora.

3. Ostatnie słowa Juliusza Cezara brzmiały “I ty, Brutusie, przeciwko mnie?”.

“Śmierć Cezara”, Karl Theodor von Piloty (fragm.)

Zamordowanemu w 44 r. p.n.e. Juliuszowi Cezarowi często przypisuje się słowa skierowane do jednego ze spiskowców: Et tu, Brute, contra me? – I ty, Brutusie, przeciwko mnie? Miały podkreślać one niezwykle bliską relację, jaka łączyła dyktatora i najważniejszego zabójcę. W rzeczywistości to nie Brutus był imperatorowi najbliższym przyjacielem, a współdowodzący spiskiem Decymus. To on spożył z Cezarem ostatni posiłek, a rano skłonił go do opuszczenia domu, w którym chciała zatrzymać męża targana niepokojem Kalpurnia. Zachowany w naszej świadomości, powtarzany w filmach i powieściach cytat nie wyszedł jednak z ust słynnego polityka, a spod pióra Williama Szekspira w dramacie Juliusz Cezar. Angielski pisarz czerpał wiedzę głównie z pism Plutarcha, który uważał, że Decymus odegrał niewielką rolę w zabójstwie, choć w większości innych źródeł to właśnie on przedstawiany jest jako najważniejszy spiskowiec i jednocześnie bliski przyjaciel Cezara.
Co więcej, jak podkreśla Julia Wollner, która poświęciła swój doktorat największym postaciom antycznego Rzymu, ostatnie słowa dyktatora wypowiedziane zostały prawdopodobnie po grecku. Możliwe, że, jak chce tradycja, brzmiały one – I ty, moje dziecko lub – I ty, mój synu i rzeczywiście skierowane były do Brutusa. – Tak czy owak, także tutaj mamy do czynienia z mitem – tłumaczy Wollner. – Skłonniśmy bowiem wnioskować, że Brutus mógł być synem Cezara, który rzeczywiście przez lata związany był z jego matką, Serwilią. Jest to raczej nieprawda, bowiem w roku urodzin Brutusa Cezar miał jedynie 15 lat i nie utrzymywał jeszcze relacji ze swoją późniejszą kochanką. Ostatnie wypowiedziane przez niego zdanie wyrażało po prostu ogromne zdziwienie z faktu, że nawet młodsi politycy ulegli propagandzie niechętnych mu senatorów.

4. Ateńska demokracja była ustrojem zbliżonym do demokracji współczesnych.

Chociaż starożytne Ateny były miejscem narodzin demokracji, czasem zapomina się, jak bardzo grecka koncepcja różniła się od współczesnej idei tego ustroju. Przede wszystkim, w Atenach prawo głosu miała jedynie niewielka część społeczności: pełnoprawni obywatele, a więc wolni, urodzeni w Atenach i stosunkowo dobrze sytuowani mężczyźni.

Wizja starożytnej Grecji z hollywoodzkiej produkcji “300: Początek imperium”.

Kobiety, niewolnicy, obcy i ciężko pracujący mieszkańcy miasta nie mieli prawa głosu. Nie będzie przesadą stwierdzić, że ateńska demokracja, chroniąca przed rządami tyranów, była zaledwie zalążkiem współczesnej idei, uznającej zdanie większości całej społeczności.

 

5. Kleopatra była piękna.

Elizabeth Taylor jako Kleopatra w słynnym filmie J. L. Mankiewicza

Kleopatra VII, ostatnia królowa hellenistycznego Egiptu, od wieków uważana jest za symbol kobiecego piękna. Jako niezwykle urodziwą opisywał ją Szekspir; twórcy hollywoodzkich produkcji kazali wcielać się w nią najbardziej powabnym aktorkom. Jednocześnie Kleopatra – wielka przegrana historii, pokonana przez Oktawiana Augusta, który na nowo opowiedział jej dzieje – napiętnowana została przez rzymską tradycję jako ladacznica, uwodzicielka i kusicielka najgorszego gatunku. Pomijając fakt, że motywacja jej działań była w większości wypadków inna od tej, którą przedstawił zwycięski Rzymianin, także jej uroda jest zapewne wytworem propagandy i bujnej wyobraźni. Antyczne monety z wizerunkiem Kleopatry ukazują profil o bardzo wydatnym nosie, wąskich wargach i wystającym podbródku; mało atrakcyjna jest także Kleopatra utrwalona przez starożytnych rzeźbiarzy. Najwyraźniej piękno królowej tkwiło głębiej – w jej charyzmie i uroku osobistym, co zresztą zauważyli już antyczni historycy.

Fascynującą propozycję rekonstrukcji wizerunku Kleopatry obejrzeć można na Youtube: Return of The Face of Cleopatra.

Posted on

Ze światła i cienia. Kilka słów o malarstwie Caravaggia

Caravaggio, a właściwie Michelangelo Merisi, przychodzi na świat 29 września 1571 roku w Mediolanie, w rodzinie byłego zarządcy i dekoratora domu Francesca Sforzy, a więc księcia Mediolanu, osoby bardzo majętnej i wpływowej. Młody Caravaggio kształci się u boku Simona Peterzana, ucznia słynnego Tycjana. Malarz bardzo szybko poznaje świat sztuki: ogląda chociażby dzieła Giorgionego w Wenecji i przygląda się Ostatniej Wieczerzy Leonarda da Vinci (podkreślmy, że widzi ją na świeżo, a nie opłakanym stanie, w którym znajduje się ona obecnie).

Portret Caravaggia stworzony przez Ottavia Leoniego, ok. 1621, Biblioteca Marucelliana we Florencji
Portret Caravaggia stworzony przez Ottavia Leoniego, ok. 1621, Biblioteca Marucelliana we Florencji

Przełomowym momentem w jego życiu jest wyjazd do Rzymu, do którego dochodzi w 1592 roku. Z uwagi na fakt, że malarz nie cierpi na nadmiar pieniędzy, a wręcz klepie biedę, po kilku miesiącach zatrudnia się jako rzemieślnik przy pracowni Giuseppe Cesariego, działającego dla papieża Klemensa VIII. Już wtedy wczesne jeszcze przecież prace Caravaggia, skupione wokół tematyki owoców i kwiatów, odznaczają się wyjątkową dbałością o szczegóły i niezwykłym realizmem – do tego stopnia, że dzisiejsi badacze botaniki są w stanie bez problemu rozpoznać zarówno przedstawione rośliny, jak i choroby, które im doskwierały.

Caravaggio odchodzi z pracowni Cesariego po dwóch latach, aby oddawać się na przemian tworzeniu oraz… wszczynaniu bójek w okolicznych tawernach. Temperamentny, żywiołowy, porywczy – oto określające go przymiotniki, o czym w dużej mierze informuje gruby plik kartotek policyjnych.

Chłopiec ugryziony przez jaszczurkę, 1593–1594, National Gallery w Londynie
Chłopiec ugryziony przez jaszczurkę, 1593–1594, National Gallery w Londynie

Malarz kontrastów, człowiek kontrastów

Znamienne jest, że ów człowiek, posiadający tak awanturnicze skłonności i, jak mawiał jego protektor kardynał del Monte, dziko kapryśny umysł, oddaje się także malarstwu religijnemu, czyniąc to z wielką mocą i siłą, porywającą zarówno wierzących, jak i stroniących od Kościoła. Tworzy Chłopca ugryzionego przez jaszczurkę, Bachusa czy słynną Judytę odcinającą głowę Holofernesowi, jednak prawdziwą sławę przynosi mu dopiero zlecenie na dekorację kaplicy Contarellich, w ramach którego powstają dzieła Męczeństwo św. Mateusza oraz Powołanie św. Mateusza. Obrazy te, zaprezentowane w 1600 roku, wywołują ogromną sensacje i poruszenie. Postacie wyłaniające się z mroku zostały tu bowiem potraktowane w niezwykle dramatyczny i jednocześnie realistyczny sposób, czego nikt wcześniej w malarstwie jeszcze nie dokonał. Caravaggio uczłowiecza świętych, zrzucając ich z piedestału wyjątkowości i traktując na równi z innymi – nie tylko pod względem fizyczności, ale także nadając im ludzkie uczucia i emocje, również te od świętości odległe. Sukces, jaki odniosła dekoracja kaplicy, szybko przekłada się na wiele nowych zleceń o tematyce religijnej, włączając w to także tematy brutalne, takie jak tortury czy śmierć. Oczywiście rewolucyjne rozwiązania, szczególnie, jeśli stosowane w przypadku treści wysokich, nie spotykają się z uznaniem każdego. Bogobojni zarzucają malarzowi, że mroki jego duszy przekładają się na światłocieniową twórczość, a fakt, że nie stroni od brudu i skrajnego realizmu, mówi bardzo wiele o brudach jego grzesznego wnętrza.

Męczeństwo św. Mateusza, 1599–1600, kościół św. Ludwika Króla Francji w Rzymie
Męczeństwo św. Mateusza, 1599–1600, kościół św. Ludwika Króla Francji w Rzymie

Ciężkie czasy wygnania i tułaczki

Choć liczne wybryki Caravaggia uchodzą mu często bezkarnie dzięki wstawiennictwu wpływowych mecenasów i opiekunów, w 1606 roku dochodzi do wydarzenia, które na zawsze odmieni jego dalsze losy. W nocy 29 maja, podczas bójki,  artysta zabija, prawdopodobnie nieumyślnie, pewnego sutenera, niejakiego Ranuccia Tomassoniego, przez co zmuszony jest uciekać przed wymiarem sprawiedliwości. Udaje się do Neapolu, gdzie przez krótki czas będzie tworzyć pod ochroną rodziny Colonnów. Po kilku miesiącach malarz-zbieg wyrusza na Maltę, by już do końca życia tułać się z miejsca na miejsce. W międzyczasie po raz kolejny kogoś pobije, trafi do więzienia, przeżyje atak na swoje życie i wreszcie, zupełnie zdziwaczawszy, umrze w niewyjaśnionych okolicznościach w 1610 roku, tuż przed ułaskawieniem, które ma otrzymać.

Mistrz światła i cienia

Ten bardzo okrojony zarys biografii Caravaggia pokazuje, jak dzieło potrafi kontrastować z osobowością oraz życiem prywatnym twórcy. Czy nie jest bowiem tak, że, patrząc na dzieła o religijnej treści, zwłaszcza o tak silnym oddziaływaniu, momentalnie myśli się także o ich autorze, zakładając jego gorliwą wiarę? A może obrazom Caravaggia wcale nie jest daleko do charakteru artysty? Może w stosowanych przez niego rewolucyjnych rozwiązaniach – pełnych kontrastów, realizmu i światłocienia – najlepiej ukryła się sylwetka malarza?

Jedno jest pewne: nowatorstwo Caravaggia polegało w głównej mierze właśnie na kontrastowym i ostrym światłocieniu, którym teatralnie modelował sylwetki i kompozycję, oświetlając i eksponując to, co najważniejsze, jednocześnie wiele ukrywając w mroku. Takie postrzeganie światła, w połączeniu z szybkim nakładaniem farby (bez poprzedzającego, skrupulatnego rysunku) było dla niektórych współczesnych mu malarzy zupełnie nie do przyjęcia. Dla kolejnego pokolenia artystów stanowiło jednak wzór do naśladowania – kontynuatorzy stylu Caravaggia pojawili się jeszcze za jego życia, około roku 1600. Nikt jednak nie potrafił w ten sam sposób połączyć przedstawianych scen i odczucia głębokiej duchowości.

Posted on

P.L. Fermor, Mani

Leigh Fermor to najbardziej uroczy wariat, jakiego w życiu spotkałem. – mówił o Patricku Lawrence Durrell, a ja, choć nie poznałam w życiu ani jednego, ani drugiego, wierzę mu na słowo i podejrzewam, że miał świętą rację. Fermor jest bowiem jedną z tych postaci, która budzi we mnie bardzo żywe, ale jeszcze nie nazwane, uczucia – choć tylko przez słowa, które zostawił na papierze.

Nie ulega żadnej wątpliwości, że w podbiciu mojego serca, dosyć wrażliwego na pisarskie wdzięki, pomogła Fermorowi legenda powstała przed laty wokół jego osoby. Legenda, dzięki której, jak pisała Katarzyna Rowińska w poświęconym mu tekście w Lente#02, postrzega się go jako erudytę, podróżnika, tłumacza, pisarza, oficera wywiadu, miłośnika literatury, kobiet, używek i Grecji. Legendy, która mówi, że potrafił smakować życie jak nikt inny. Więcej chyba wyjaśniać nie trzeba!

Mani – wędrówki po Peloponezie

Urodzony w Londynie Paddy zjeździł pół świata, jednak jego miejscem na ziemi była Grecja, a konkretnie przylądek Mani, któremu w latach ’50 ubiegłego wieku poświęcił obszerną książkę, wydaną w 2013 roku przez Zeszyty Literackie. Obwołana antyprzewodnikiem, przepełniona szczerą miłością do greckiego ludu, jego mitologii i egzotyki, przeplata cechy erudycyjnego eseju z awanturniczą przygodową opowieścią. Trudno nie zauważyć tu analogii do słynnej uwagi, jaką na temat młodego Fermora umieszczono kiedyś w szkolnej dokumentacji. Określono go tam jako niebezpieczną mieszankę wyrafinowania z zuchwałością. I choć jego tekst momentami może wydawać się naiwny – przez wiarę, którą autor okazuje każdej napotkanej legendzie, czy przez swoistą chłopomanię, która każe mu z uwielbieniem przyglądać się miejscowemu folklorowi – jest przy tym tak autentyczny, że trudno nie wpaść nad nim w zachwyt.

 

Opowieści Fermora powstawały w czasie, kiedy do Hellady wkraczała masowa turystyka. Pisarz uchwycił jeszcze migotanie świata, który odchodził w zapomnienie. Zdając sobie doskonale sprawę z tego procesu, tym uważniej spisywał swoje obserwacje, skrupulatnie dzielił się każdym okruchem zdobytej wiedzy, a jednocześnie dawał wyraz smutkowi, jaki wzbudzało w nim zarzucanie pewnych miejscowych obyczajów. Szukał potwierdzenia ciągłości antycznego dziedzictwa, a swoje dywagacje przyprawiał brytyjskim poczuciem humoru. Jego opowieść uwodzi, oczarowuje, ale także rozczula. Mnie pozostawiła z nieodpartym wrażeniem posiadania w brzuchu stada motyli. Tak chyba objawia się zakochanie.

 

Patrick Leigh Fermor, Mani. Wędrówki po Peloponezie, Zeszyty Literackie, Warszawa 2013

Posted on

Człowiek, który chciał wszystko wiedzieć – rozwiązanie konkursu

Kochani!
Na miły początek tygodnia ogłaszamy zwyciężczynie naszego kryminalnego konkursu. Książki Człowiek, który chciał wszystko wiedzieć Drora A. Mishaniego otrzymują Agnieszka Borzecka i Renia Respondek.

czlowiek__ktory_chcial_wszystko_wiedziec

Paniom gratulujemy i prosimy o przesłanie
danych korespondencyjnych na adres:
info@lente-magazyn.com, a wszystkim,
którzy wzięli udział w naszej zabawie, dziękujemy i życzymy wielu pasjonujących lektur w nowym roku!

Posted on

Rok dobrych lektur

Chciałabym, by rok 2017 był dla Was rokiem wypełnionym wartościową lekturą, pięknym słowem, inspirującymi treściami. By był rokiem, w którym będziecie delektować się chwilą, oddawać refleksji, potrafić zatrzymać.

W naszym lentkowym gronie mamy wiele ekscytujących planów – szykujemy dla Was szereg niespodzianek, zmian i ulepszeń. Pragnąc pozostać w zgodzie z filozofią lente, wprowadzimy je jednak dopiero wtedy, gdy będziemy do tego w pełni gotowe – bez zbędnego pośpiechu, bez naginania się do kalendarza, który niekoniecznie zgadza się z tym, który nosimy w sercu.

Także dziś, w pierwszy poniedziałek roku, kiedy Internet zapełnia się szybko tworzonymi treściami, mającymi zaskoczyć, zadziwić, a nade wszystko napędzać machinę kliknięć i polubień, ja chciałabym zaprosić Was do lektury tekstów, które były dla mnie znaczące w roku minionym. Czy to, że link do nich pojawił się w sieci, udostępniony na Facebooku czy Instagramie, oznacza, że nie są już warte uwagi? Jestem pewna, że nie. Oto moje prywatne zestawienie najistotniejszych tekstów wybranych spośród 166 wpisów opublikowanych na stronie Lente w 2016 roku.

Starałam się, by nasze teksty pomagały Wam zatrzymać się i oddać chwili refleksji.
Starałam się, by nasze teksty pomagały Wam zatrzymać się i oddać chwili refleksji.

Teksty, które były najważniejsze dla mnie

Czasem słyszę, że powinnam serwować Wam tylko treści lekkie, nie wymagające zastanowienia. Cóż, na razie nie dam się namówić! 🙂 Jestem przekonana, że możliwe jest zachowanie równowagi między tekstami łatwymi i przyjemnymi, a tymi, które zachęcą do odrobiny refleksji; jestem też bardzo wdzięczna, że czytacie je, dzieląc ze mną ważne emocje i przemyślenia. Pisałam o nich wiele, przekonana, że śródziemnomorski krajobraz jest doskonałym tłem dla poważniejszych rozważań. Należą do nich chociażby:

– tekst, w którym przypominam, że wykrochmalona kokarda sukcesu nie jest ważniejsza od ciut pogniecionej codzienności (w tle Rzym i powiewające na wietrze wilgotne pranie): Mniej

– garść wspomnień z pewnej andaluzyjskiej ławki, na której uświadomiłam sobie, że czasem dobrze poczuć jest prawdziwy wyrzut sumienia – świadectwo szczerego życia (Przeczytaj to, kiedy będzie ci wstyd za samego siebie)

– zapis porannych grudniowych rozmów z moją córką, toczonych za pokrytymi szronem samochodowymi szybami, ale rozgrzewających serducho (Od nowa).

Z wielką radością napisałam też dla Was tekst, nad którym patronat objęła firma EF, ogranizująca wyjazdy językowe do krajów śródziemnomorskich i który zatytułowałam Między językiem a sercem. Myślę, że udało mi się pokazać Wam, że, dbając o swoją edukację językową, mamy szansę… dać więcej siebie innym.

"Mniej" to tekst, który napisałam po spotkaniu ze znajomą. Jestem jej wdzięczna za inspirację. :)
“Mniej” to tekst, który napisałam po spotkaniu ze znajomą. Jestem jej wdzięczna za inspirację. 🙂

Teksty, które najchętniej czytaliście Wy

 Przeglądając archiwum wpisów i ich statystyki, nie brałam pod uwagę tekstów o charakterze sezonowym – takich, jak Lente-Inspiracje, Chanuka czy andaluzyjskie historie o Mikołaju. Z radością stwierdziłam przy tym, że artykuły, które czytaliście najchętniej, były bardzo różnorodne i traktowały o rozmaitych rejonach Śródziemnomorza.

Wielką popularnością cieszył się na przykład wpis Marysi Bulikowskiej na temat czechosłowackich marzeń o dostępie do Adriatyku (Adriaport. Historia wyspy, która nigdy nie istniała)– może dlatego, że w głębi duszy każdy z nas tęskni do jego ciepłych fal? Podobał Wam się także  turecki tekst tej samej autorki, wypełniony ciekawostkami na temat tamtejszej herbaty (Mała czarna… herbata. 7 ciekawostek o ulubionym napoju Turków), jak również Marysiowe zestawienia rodem z naszego ukochanego Neapolu – Lektury neapolitańskie: 9 książek, które warto znać oraz Neapol, jakiego nie znasz. 8 ciekawostek, o których wiedzą tylko miejscowi.

Miłośnicy Stambułu powinni koniecznie przeczytać artykuł Marysi o sekretach tureckiej herbaty.
Miłośnicy Stambułu powinni koniecznie przeczytać artykuł Marysi o sekretach tureckiej herbaty.

Ze mną najchętniej podróżowaliście do pachnącej Prowansji, gdzie zwiedzaliśmy wspólnie najciekawsze zakątki Grasse (Sprawdzone adresy: Grasse), do Rzymu, w którym pokazałam Wam kilka moich ulubionych miejsc (Pięć miejsc w Rzymie, w których odrodzenie nie jest hasłem z książek) oraz do Izraela, który przedstawiłam krótko w tym oto wpisie: 5 rzeczy, które uwielbiam w Izraelu. Z moim mężem Urim, właścicielem kawiarni Cophi, raczyliście się śródziemnomorskimi kawami (Jak Feniks z fusów); biesiadowaliśmy też razem we włoskim stylu (Tylko spokój może nas uratować. Kilka słów o włoskim celebrowaniu jedzenia), popijając wszystko znakomitymi trunkami wybranymi przez sommelierkę Monikę Vescovi (W winie… przyjemność. Sommelierski wybór południowych trunków na lato). Chętnie czytaliście nasze rekomendacje książkowe (chociażby te:  W podróżyWszyscy jesteśmy Grekami) a także zaglądaliście za lentkowe kulisy we wpisie Na pokładzie: 5 Lente-nawyków naszej redakcji.

Z wielką przyjemnością dzieliłam się z Wami swoimi wspomnieniami z miasta perfum i lawendy – Grasse.
Z wielką przyjemnością dzieliłam się z Wami swoimi wspomnieniami z miasta perfum i lawendy – Grasse.

Teksty, których zdecydowanie nie przeczytało wystarczająco dużo osób

Jak w każdym innym magazynie i na każdym innym portalu, także wśród naszych publikacji znalazły się wpisy, które, z różnych względów, nie znalazły szerokiego grona odbiorców. W wolnej chwili zajrzyjcie proszę do nich – jestem przekonana, że warto! Szczególnie zasługują na to:

– wycieczka po Capri w stylu lente

– opowieść o pewnym fascynującym neapolitańskim fotomontażu (Jak stworzyć bestseller, jeśli jesteś neapolitańskim fotografem z XIX wieku)

– recenzja doskonałej książki Zwierciadło Śródziemnomorza

– ciekawostki o śródziemnomorskich roślinach, wykraczające daleko poza anegdoty o charakterze czysto botanicznym (Jego wysokość Dąb, Historia pewnej oliwki, Rosa rosae rosae czy Sekrety wisterii).

Poczytajcie o śródziemnomorskich roślinach... Mają tyle niezwykłych tajemnic!
Poczytajcie o śródziemnomorskich roślinach… Mają tyle niezwykłych tajemnic!

Zostawiam Wam teraz samych z klawiaturą, ekranem i Lente. Rozgośćcie się – jesteście w naprawdę przyjemnym i przyjaznym miejscu, w którym nigdzie nie trzeba się spieszyć… Chyba że do marzeń i pięknych podróży!

Miłej lektury i wspaniałego roku!

Posted on

5 powodów, dla których Sylwestra warto spędzać w Izraelu

Przyznaję się bez bicia – nie lubię Sylwestra. Nie pasjonują mnie rozmowy o najmodniejszych karnawałowych kreacjach, nie cierpię tłumów w supermarketach, które zachowują się, jakby nazajutrz miała eksplodować bomba atomowa. Denerwują mnie wszechobecne stoiska z fajerwerkami, bo żal mi zwierząt, które boją się ich wybuchów. Nie cierpię pierwszostyczniowego bólu głowy, spowodowanego nadmiarem bąbelków u znajomych, a prozaicznym niewyspaniem u mnie samej. Od lat zastanawiam się, dlaczego hasło kolejnej sylwestrowej nocy sprawia, że dorośli i na co dzień całkiem rozsądni ludzie zachowują się, jakby postradali zmysły.

Z radością powitałam więc możliwość, która pojawiła się w moim życiu wraz z zagranicznym narzeczonym, a potem mężem. Po świętach Bożego Narodzenia, spędzonych w domowych pieleszach z moimi rodzicami i rodzeństwem, pakuję walizkę i uciekam spędzić ostatnie dni roku w miejscu, w którym społeczeństwo nie cierpi na chorobę zwaną Sylwestrem. Jeśli w tym krótkim wstępie odnajdujecie znane sobie wątki, być może powinniście pójść moim śladem. Oto 5 powodów, dla których spędzanie Nowego Roku w Izraelu może być naprawdę świetnym pomysłem!

W ostatnie dni roku wolę patrzeć na szalejące fale niż na tłumy szalejące w supermarkecie.
W ostatnie dni roku wolę patrzeć na szalejące fale niż na tłumy szalejące w supermarkecie. Na zdjęciu: plaża w Jaffo (styczeń 2016 r.).


1 – Nie muszę, ale mogę

W Izraelu obowiązuje kalendarz żydowski, według którego nowy rok rozpoczyna się na jesieni (święto Rosz haSzana, mające zwykle miejsce we wrześniu). I choć większość izraelskiego społeczeństwa żyje bardzo podobnie do Europejczyków i stosuje taką samą numerację lat, jak kraje zachodnie, to pierwszy stycznia nie jest tu dniem świątecznym. Sporo młodych ludzi spędza poprzedzający go wieczór w klubach czy pubach, jednak przynajmniej tyle samo z nich po prostu udaje się na nocny spoczynek przed czekającym ich nazajutrz dniem pracy. Dla przyjezdnych oznacza to w praktyce tyle, że, jeśli będą mieli ochotę na imprezowe szaleństwa, z całą pewnością znajdą ku nim okazję. Jednak równie bezpiecznie będzie rozgościć się na kanapie, nastawić film i zadzwonić po pizzę – a ta ostatnia dojedzie do nas bez większych problemów.

Wizyta w klubie? To tylko jedna z opcji.
Wizyta w klubie? To tylko jedna z opcji. Na zdjęciu: bar w jednym z klubów nocnych w Tel Awiwie (grudzień 2016 r.).


2 – Na bal w klapkach

Izraelski klimat, a jeszcze bardziej panująca w tym kraju swoboda w doborze stroju, sprawiają, że i w kwestii garderoby Sylwester nie staje się bynajmniej momentem stresującym – chyba, że rozboli nas głowa od przysłowiowego przybytku. W grudniu, choć uważanym za miesiąc chłodny, temperatura rzadko kiedy spada poniżej 15 stopni, zaś poza Jerozolimą śnieg jest praktycznie niespotykany. Bez względu na sposób spędzenia pierwszej nocy w roku, doskonałym wyborem będzie zarówno elegancka suknia i płaszcz ze szpilkami, jak i bluza w duecie z plażowymi klapkami. Ewentualny miks sukni z klapkami lub bluzy ze szpilkami również nie powinien wyróżniać nas zbytnio od reszty izraelskiej ulicy.

Pierwszy dzień roku spędzony na plaży z kubkiem kawy. Lubię! Na zdjęciu: plaża Blue Bird Beach w Tel Awiwie.
Pierwszy dzień roku spędzony na plaży z kubkiem kawy. Lubię! Na zdjęciu: plaża Blue Bird Beach w Tel Awiwie (grudzień 2016 r.).


3 – Niekoniecznie Boeuf Stroganow

Choć i w Polsce sylwestrowe menu bywa coraz częściej interesujące i niesztampowe, to na większości imprez nadal króluje nieśmiertelny koktajl z krewetek i polędwica w grzybowym sosie. Oba te dania uwielbiam; ponad wszystko cenię sobie jednak możliwość wyboru. W Izraelu potrzeba ta zostaje w pełni zaspokojona – nie tylko dlatego, że mnogość obecnych tu kultur znajduje odbicie w niezwykle różnorodnej kuchni. Jest jeszcze inny, bardzo prozaiczny powód: znakomita większość restauracji, barów, jadłodajni i zwyczajnych kawiarni jest w sylwestrowy wieczór otwarta jak zwykle – nie ma więc kłopotu ze zjedzeniem na mieście ulubionej sałatki, świeżej kanapki czy porcji klusek.

Pizza w sylwestrową noc, a na noworoczne śniadanie – izraelskie przysmaki w jednej z kawiarni. Rewelacja!
Pizza w sylwestrową noc, a na noworoczne śniadanie – izraelskie przysmaki w jednej z kawiarni. Rewelacja!


4 – Niech inni pobruszą, ja poczywam

Bez względu na to, czy do Izraela przyjeżdżamy na urlop, czy w celach zawodowych, jako obywatele polscy, przestrzegający kalendarza gregoriańskiego, 1 stycznia obchodzimy święto. Dla Izraelczyków jest to natomiast zwyczajny dzień pracy – czynne są sklepy, targowiska, urzędy. Możemy więc spokojnie cieszyć się wolnym dniem spędzonym daleko od telefonu czy komputera, a jednocześnie korzystać z wybranych usług i wygód – udać się na śniadanie do kawiarni, pobuszować w sklepach, wymienić pieniądze w banku. Albo, jeśli trzeba, zakupić porcję aspiryny w dobrze zaopatrzonej aptece.

Noworoczne perspektywy bez stresu – to jest to! Na zdjęciu: plaża Blue Bird Beach w Tel Awiwie.
Noworoczne perspektywy bez stresu – to jest to! Na zdjęciu: plaża Blue Bird Beach w Tel Awiwie (grudzień 2016 r.).


5 – Bez list, choć na liściu (sałaty)

To, co osobiście w izraelskim Sylwestrze cenię najbardziej, to fakt, że wieczór ten nie jest tu automatycznie kojarzony z podsumowaniami i planami na przyszłość – a przynajmniej nie bardziej, niż koniec każdego innego miesiąca. Omijają mnie więc wszechobecne w Polsce listy najsmutniejszych pożegnań, największych wpadek czy niewykorzystanych okazji. Oczywiście, bez związku z wybraną na Sylwestra szerokością geograficzną, na dzień pierwszego stycznia planuję przejście na dietę. Chociaż pewnie i tak przekładać ją będę co najmniej do Rosz haSzana.

 

Posted on

Dziesięć włoskich książek (nie tylko) dla dzieci

Pytani o znajomość włoskich książek dla dzieci wskazujemy zazwyczaj – i to nie bez wahania – na Pinokia i Serce. Zupełnie jakby literatura dziecięca we Włoszech wyczerpywała się w tych dwóch dziełach XIX-wiecznych klasyków, Carla Collodiego i Edmunda De Amicisa, których nazwisk też nota bene często nie pamiętamy…

włoskie książki dla dzieci
Pajacyk znany – nieznany

Ale czy naprawdę znamy Pinokia? Doświadczenie pokazuje, że nasze wyobrażenie o przygodach drewnianego pajacyka ukształtowały liczne adaptacje książkowe oraz – może przede wszystkim – ekranizacja Disneya z 1940 roku. To za jej sprawą w naszej świadomości na dobre zadomowili się wieloryb, kotek Figaro i złota rybka Cleo; to ona pozbawiła Pinokia włoskiego, czy raczej toskańskiego kontekstu. A przecież przygody pajaca – obecne w Polsce od 1912 roku – miały szczęście do wielu znamienitych tłumaczy (Jachimecka, Kabatcowie). Dziś szczególnie godny polecenia wydaje się barwny i poetycki przekład Jarosława Mikołajewskiego. Pinokio. Historia pajacyka to książka wyjątkowa nie tylko ze względu na warstwę słowną, w której pobrzmiewają echa twórczości trzech wielkich Toskańczyków, Dantego, Petrarki i Boccaccia, ale też z uwagi na wspaniałe ilustracje Roberta Innocentiego, które na nowo osadzają historię pajaca w toskańskiej rzeczywistości. To one bowiem przenoszą nas w realia typowego toskańskiego borgo, wnętrza urokliwej trattorii wypełnionej miejscowymi specjałami, czy łagodnych wzgórz porośniętych cyprysami. Ten Pinokio to zatem lektura obowiązkowa i właśnie od tej niej warto zacząć przygodę z włoską literaturą dla dzieci. Młodszym czytelnikom, spragnionym kolorowych rysunków oraz rytmicznych wierszyków, należy natomiast polecić Pinokia rymowanego – książeczkę napisaną przez najwybitniejszego pisarza włoskiej literatury dziecięcej XX wieku, Gianniego Rodariego, i dowcipnie spolszczoną przez Mikołajewskiego.

pinokio-historia-pajacyka

Włoski Mikołajek

Wytrwali poszukiwacze perełek (większość z omawianych tu pozycji jest dziś dostępna wyłącznie w bibliotekach, antykwariatach i na platformach handlowych) powinni sięgnąć po prawdziwy bestseller, Pamiętnik szalonego Jasia, autorstwa innego Toskańczyka – Vamby. Ta przezabawna i ciesząca się niesłabnącym powodzeniem książka z początku XX wieku, na której wychowały się całe pokolenia Włochów, ukazała się w Polsce dopiero w 2005 roku, opatrzona w dodatku – delikatnie rzecz ujmując – nieciekawą okładką. Bohaterem powieści jest niesforny dziewięciolatek, Gianni Stoppani, który w wyniku nieporozumień z dorosłymi, przeżywa wiele nieprawdopodobnych przygód. Tekstowi towarzyszą oryginalne humorystyczne rysunki autora. Całość przywodzi natychmiast na myśl perypetie innego małego bohatera stworzonego pół wieku później przez Sempégo i Goscinnego. Uwaga: Pamiętnik szalonego Jasia to książka napisana z myślą o wychowaniu dorosłych, a nie dzieci.

pamietnik-szalonego-jasia_

Pan od wyobraźni

Wspomniany już Gianni Rodari – niezmiennie bliski wrażliwości i potrzebom młodego odbiorcy – to bez wątpienia jeden z najchętniej tłumaczonych włoskich klasyków dla dzieci – od początku lat 50. w Polsce ukazało się aż osiemnaście jego tekstów, głównie prozą. To też jedyny Włoch uhonorowany Małym Noblem, czyli Nagrodą im. Andersena. Rodari inspiracje do pisania czerpie z pracy z dziećmi i dlatego chętnie odwołuje się do zabawy jako naturalnego żywiołu dzieciństwa. Jego nietracące na aktualności i rozbudzające wyobraźnię utwory, pełne osobliwych postaci, ożywionych zwierząt oraz przedmiotów, obfitują w zaskakujące tematy, skojarzenia, gry językowe, elementy absurdu i nonsensu, przypominając pod wieloma względami twórczość Brzechwy. Każda z książek Rodariego jest na swój sposób wyjątkowa, ale ze względu na zbliżające się święto Trzech Króli może warto sięgnąć po zapomnianą już trochę Podróż błękitnej strzały. Jej bohaterami są zabawki ze sklepu Befany, które w nocy z piątego na szóstego stycznia postanawiają uciec właścicielce i – wbrew ustalonym zasadom – odwiedzić biedne dzieci. Tak rozpoczyna się wielka, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji przygoda w uśpionym, spowitym śniegiem mieście.

chlorofilka
Bianca i Roberto

Spośród żyjących włoskich autorów dla dzieci należy wymienić Biankę Pitzorno oraz Roberta Piuminiego – literackich spadkobierców Rodariego. Ich bogata i wielowymiarowa twórczość, w większości niestety niedostępna polskiemu czytelnikowi, cieszy się niesłabnącą popularnością we Włoszech i poza ich granicami. Bohaterami pełnych magii i przygód książek Pitzorno są zazwyczaj zaradne, mądre i przedsiębiorcze dziewczynki, i to nie zawsze… mieszkanki Ziemi, o czym świadczy urokliwa Chlorofilka z błękitnego nieba w pięknym przekładzie Kabatców. Książka, która doczekała się we Włoszech także wersji animowanej, opowiada o małej przybyszce z innej planety, pół-dziewczynce, pół-roślinie, która zjawia się niespodziewanie w mieszkaniu pewnego profesora botaniki, zaciekłego wroga dzieci i zwierząt. Chlorofilka, która trafia na Ziemię w wyniku awarii latającego talerza, cierpi z powodu zanieczyszczenia powietrza (jakże aktualny temat!), a z opresji wybawi ją dopiero tajemnicza mikstura, która w krótkim czasie przemieni spowity smogiem Mediolan w malowniczą puszczę.

macius-i-dziadek
Dużą dawką fantazji, sprawnością narracyjną, a jednocześnie głęboką prostotą nacechowane są także książki Piuminiego, zwanego we Włoszech „czarodziejem słów”. Pisarz chętnie sięga po trudne i często pomijane w literaturze dziecięcej tematy: smutek, strach, choroba, śmierć. I taka jest właśnie jedna z dwóch przetłumaczonych na język polski książek tego autora, Maciuś i dziadek – refleksyjna, ale i pełna humoru opowieść o nieuchronnym żegnaniu się z bliskimi. Jej bohaterami są siedmioletni Maciuś i jego ukochany dziadek, który – mimo że właśnie umiera – w magiczny sposób bierze chłopca za rękę i zaprasza na jeden z ich ulubionych spacerów.

zlota-klatka
Pisane obrazem

Na zakończenie warto wspomnieć o cieszących się coraz większą popularnością we Włoszech i w Polsce picture bookach, czyli książkach obrazkowych. To właśnie one – małe dzieła sztuki, którym towarzyszy zazwyczaj piękne przesłanie zamknięte w syntetycznej treści – są dziś u nas najchętniej tłumaczone i wydawane (czy to przyszłość literatury dziecięcej XXI wieku?). Wśród tych ostatnio opublikowanych uwaga należy się dwóm pozycjom przygotowanym przez Dwie Siostry: Pięciu Nieudanym – traktującej z humorem o tym, że w życiu wcale nie trzeba być idealnym, oraz Złotej klatce – opowiadającej o konsekwencjach zaborczych pragnień. Prawdziwy rarytas stanowi również Bruno. Chłopiec, który nauczył się latać w urokliwym przekładzie Joanny Wajs – poetycka, subtelna i niestroniąca od trudnych tematów opowieść o Brunonie Schulzu. Jest wreszcie, last but not least, poruszająca – przetłumaczona, co prawda, z angielskiego – Podróż Franceski Sanny: opowiedziana z perspektywy dziecka i oparta na autentycznych przeżyciach historia o konieczności ucieczki i poszukiwaniach nowego domu. Dzisiaj to lektura obowiązkowa nie tylko dla wielbicieli włoskiej literatury dla dzieci.

 

Lista omawianych książek:

C. Collodi, R. Innocenti, Pinokio. Historia pajacyka, tłum. J. Mikołajewski, Media Rodzina 2012
G. Rodari, R. Verdini, Pinokio rymowany, tłum. J. Mikołajewski, Muchomor 2002
Vamba, Pamiętnik szalonego Jasia, tłum. M. Mastrangelo, Skrzat 2004
G. Rodari, Podróż błękitnej strzały, tłum. Z. Ernstowa, Nasza Księgarnia 1955
B. Pitzorno, Chlorofilka z błękitnego nieba, tłum. K. i E. Kabatcowie, Nasza Księgarnia 1981
R. Piumini, Maciuś i dziadek, tłum. E. Nicewicz-Staszowska, Bona 2013
B. Alemagna, Pięciu Nieudanych, tłum. E. Nicewicz-Staszowska, Dwie Siostry 2015
A. Castagnoli, C. Cneut, Złota klatka, tłum. W. Gołębiewska, Dwie Siostry 2016
N. Terranova, O. Amit, Bruno. Chłopiec, który nauczył się latać, tłum. J. Wajs, Format 2016
F. Sanna, Podróż, tłum. A. Napiórska, Kultura Gniewu 2016.

Posted on

Świąteczne światła Salerno: festiwal Luci d’Artista

Pierwszy raz Festiwal Luci d’Artista odbył się w Turynie w 1998 roku. Od roku 2006 organizowany jest także Salerno, gdzie świąteczne dekoracje pięknie kontrastują z południowym klimatem miasta. Każda uliczka, plac czy skwer odkrywa przed nami nowe świetlne instalacje. Tegorocznym motywem przewodnim festiwalu są “Baśnie tysiąca i jednej nocy”.

glowneglowne2

Salerno znajduje się zaledwie 40 min. drogi od Neapolu. Jest miejscowością atrakcyjną turystycznie o każdej porze roku, jednak od 10 lat, w sezonie zimowym, przyciąga zwiedzających przede wszystkim niezwykłymi świetlnymi dekoracjami, którymi przystrojone jest od początku listopada do połowy stycznia.

img_0994-2

Prawie każde europejskie miasto w Boże Narodzenie ubierane jest w migoczące światełka, jednak to właśnie w dwóch włoskich miastach, Turynie i Salerno, świąteczne iluminacje zyskały miano dzieł sztuki. Na południu Włoch efekt wzmocniony jest dodatkowo przez kontrast zimowych dekoracji z wąskimi uliczkami pełnymi rozwieszonego prania i egzotycznych palm.

img_1027

img_1039

W tym roku największą atrakcję w Salerno stanowi instalacja zwana Zaczarowanym Ogrodem (Giardino Incantato), który wypełniony jest postaciami z bajek. Czekają tu na nas chociażby Alicja z Krainy Czarów, Pinokio czy Piotruś Pan.

img_1072

img_1076

Po spotkaniu z nimi warto zobaczyć zjawiskowo oświetloną Katedrę św. Marii od Aniołów, a także przejść się nadmorską promenadą – tuż przy plaży także nie brakuje świetlnych atrakcji! Na kamiennej wysepce nieznacznie oddalonej od brzegu poumieszczano jaśniejące w ciemności… pingwiny.

img_1009-2katedra

pingwiny

Do najpiękniej przystrojonych zakątków miasta należy też Piazza Flavio Gioia, nad którym stworzono drugie, usiane gwiazdami niebo. Gwiezdna instalacja stanowi nawiązanie do motywu przewodniego tej edycji festiwalu.

img_1094-3

 

img_1102-2

img_1103

Szacuje się, że w zeszłym roku inicjatywa przyciągnęła do Salerno około 2 i pół miliona turystów. W związku z ogromnym zainteresowaniem, władze miasta zdecydowały się na utworzenie aplikacji mobilnej z mapką wszystkich iluminacji i narracją towarzyszącą zwiedzającym podczas spaceru.

Wszystkie zdjęcia: Urszula Krajewska

Posted on

Świąteczne cudeńko. Szopka Arnolfa Di Cambio

Tego dnia w Rzymie lało jak z cebra. Deszcz nie dawał spokoju, zalewał metro, wciskał się do butów, zacinał pod parasole i przenikał pod kurtki. Brrr. Okropna sprawa. Ani człowiek nie pocieszy się świąteczną atmosferą miasta, ani nie zrobi spokojnie prezentowych zakupów. Mała Tullia ciągnie mnie za rękaw, marudząc, że chce zobaczyć „coś ładnego i świątecznego”. Daleko od Panettonu – dodaje, mieszając bożonarodzeniowe ciasto drożdżowe z antyczną nazwą świątyni wszystkich bogów. Chodzi jej oczywiście o Panteon, moje ukochane miejsce, w którego okolice każę jej dreptać każdego wieczoru – a to na lody, a to na pizzę, a to na występy ulicznych grajków.

Strapiona robię w myśli szybki przegląd bożonarodzeniowych rzymskich atrakcji. Choinki w centrum dopiero się szykują (ich wielkie odsłonięcie nastąpi 8 grudnia, a mamy dopiero szósty dzień miesiąca), sezonowa karuzela na Piazza Navona tonie w deszczu. Postanawiam zaproponować córce wyprawę do kościoła. Zwiedziłyśmy ich już dziesiątki i moje skądinąd dosyć uduchowione dziecko nie zareaguje pewnie entuzjastycznie. A meno che…, jak to mówią Włosi, chyba że…

Panteon

… okraszę naszą wycieczkę ciekawą opowieścią, najlepiej o cudach. Mała, namówiona przez Diega Galdina, naszego zaprzyjaźnionego pisarza-baristę, wypiła dzień wcześniej słynną Zuccherinę – wodę z fontanny przy Piazza Venezia. Po jej spożyciu należy podobno oczekiwać niezwykłych zdarzeń. Razem szukamy więc magii na każdym kroku. Teraz skierujemy je na wzgórze zwane Eskwilinem, do kościoła znanego z cudów…

Wspaniała bazylika, znana dziś wszystkim jako Santa Maria Maggiore, z cudu zresztą powstała. W upalną, sierpniową noc 352 roku, ówczesny papież Liberiusz ujrzał ponoć we śnie Matkę Boską. Nakazała mu ona wznieść kościół w miejscu, w którym w środku lata pojawi się śnieg. Ku zdziwieniu ojca świętego i wszystkich mieszkańców miasta, jeszcze tej samej nocy okolicę dzisiejszej bazyliki pokryła najprawdziwsza śnieżna szata. Papież zakreślił zarys fundamentów przyszłej budowli, pociągając butem po bielutkim puchu, a zdarzenie to do dziś upamiętnia druga nazwa świątyni – Santa Maria della Neve.

Santa Maria Maggiore
Tullia słucha urzeczona. Zna okrucieństwo letnich włoskich upałów. Wie, jak wielką rzadkością musi być sierpniowy śnieg, którego w Rzymie brakuje nawet teraz, w grudniu, gdy słupek rtęci wskazuje prawie dwadzieścia stopni Celsjusza. Pyta, czy na tym kończą się eskwilińskie niesamowitości, a ja cieszę się, że mam ich w zanadrzu jeszcze kilka. Podchodzimy pod ołtarz główny, osłoniony pysznym baldachimem, którego dekorację stworzył w dziewiętnastym wieku architekt Virgninio Vespignani. W krypcie u naszych stóp znajdują się relikwie betlejemskiego żłóbka, przywiezione do Wiecznego Miasta w siódmym wieku naszej ery. Pięć fragmentów świętej kołyski (Sacra Culla), jak nazywają zabytek rzymianie, skrywa bogato zdobiona szkatuła.

Tulce trudno jednak zrozumieć, dlaczego nie możemy zobaczyć z bliska pozostałości jezusowego łóżeczka; wydaje się rozczarowana i zmęczona wszechobecnym blaskiem złota i marmuru. Prowadzę ją więc do miejsca, o którym wie niewielu turystów, a którego skarby uradują jej dziecięce serduszko spragnione bożonarodzeniowych cudów.

W podziemiach bazyliki, za przysłowiony uśmiech, obejrzeć można najstarszą szopkę świata. Szopkę jakże inną od tych, które znamy z wystaw rzymskich czy neapolitańskich sklepów; szopkę pozbawioną ornamentów, prostą, skromną, a przez to jakże wymowną. Stworzył ją Arnolfo di Cambio – artysta żyjący w trzynastym wieku. Chcąc ukazać wzruszającą scenę Bożych Narodzin, wyrzeźbił swym dłutem osiem figurek. Znajdziemy tu więc Marię, Jezusa i Józefa, mężczyzn oddających pokłon i stajenne zwierzęta. Znawcy sztuki i uczeni w historii wiedzą, że nie wszystkie tutejsze statuetki są oryginalne. Co więcej, spod ręki Arnolfa nie wyszły bodaj te najważniejsze, czyli Maryja z Dzieciątkiem. Całość jednak spowija ciepło kontrastujące z chłodem kamienia, spokój bijący od skalistej bryły. Wobec nich pochodzenie rzeźb schodzi na dalszy plan. Wół i osiołek zdają się wyciągać łby do Dzieciątka, które w wersji pierwotnej leżało podobno na swym skromnym posłaniu; Tullia wpatruje się w scenę jak zaczarowana, a nad kaplicą monotonnie szumi deszcz. Tak wyglądają cuda.

arnolfo-di-cambio

Rzymska szopka Arnolfa di Cambio, wbrew rozsądkowi i chronologii, przywodzi mi na myśl niedokończoną Pietę Rondanini Michała Anioła, wystawioną na drugim końcu Półwyspu i przedstawiającą przeciwległy kraniec ziemskiej wędrówki Jezusa. Łączy je doskonałość tkwiąca w ułomności, cisza wyłaniająca się z kamienia, pobożność prostoty. Świętość.

Na dworze przestało padać. Po czterech dniach ulewnego deszczu niebo pozbawione chmur wydaje się darem wyższej siły. Tullia z uśmiechem proponuje spacer w kierunku karuzeli na placu Navona.

Cuda, cuda ogłaszają.

Zdjęcia są mojego autorstwa, z wyjątkiem fotografii głównej (nad tekstem).

Posted on

Od nowa

Kilka dni do świąt. Pakuję dzieci do auta, by zawieźć je do szkoły. Jest tak zimno, że zanim wrzucę jedynkę, siedzimy przez dobry kwadrans z ogrzewaniem włączonym na full, czekając, aż roztopi się biała warstwa szronu pokrywająca przednią szybę – zima jak zwykle zaskoczyła drogowca we mnie, a skrobaczka jak zawsze gdzieś się zawieruszyła.

Moja starsza córka ma jeszcze powieki sklejone snem, co nie przeszkadza jej zadawać pytań o czysto egzystencjalnym charakterze. Mamo, co to jest przebaczenie? – rzuca, wtulając się w siedzenie i chowając dłonie pod własnymi udami, ja zaś mam nadzieję, że mój mózg, nie wspomożony jeszcze kofeiną, wymyśli jakieś dźwięczne synonimy i klarowne definicje, które będą zrozumiałe dla rezolutnej sześciolatki.

Wiesz, to jest tak – zaczynam niepewnie – że jeśli ktoś zrobi ci jakąś przykrość, krzywdę, coś niedobrego, to zawsze masz wybór, co z tą sytuacją zrobić. Możesz, odcierpiawszy swoje, zdecydować, by cierpieć dalej, rozmyślać, złościć się, smucić. Możesz też wyrzucić z serduszka złe emocje, dać tej osobie nową szansę i po prostu zacząć od początku.

– Aha! – wykrzykuje Tullia – To tak jak urodzić się na nowo. Jak dzidziuś. Bo jak dzidziuś się rodzi, to ze wszystkimi zaczyna od zera, prawda? Nie zna ani swojej mamy, ani taty, ani rodzeństwa. Ale ma dobrze taki bobas! Żadnych ciężarów w sercu. Wiesz co? To ja dzisiaj wybaczę chłopakom z II c, którzy bezustannie ciągną mnie za włosy, i zacznę z nimi od początku. Będę jak dzidziuś! – Nagle milknie; widzę, że analizuje coś intensywnie w swojej małej główce, a za chwilę jej oczy rozbłyskują, pozbawione ostatnich resztek snu. – Mamo, będę dzidziusiem wtedy, kiedy jest nim Jezusek!

niemowlę
Szron na szybie roztopił się, a wycieraczki suną płynnie po śliskiej powierzchni. Odpalam silnik. Czy kiedyś przyszło nam, dorosłym, do głowy, żeby zamienić się w niemowlę? Żeby nie szukać wzoru tylko wśród mędrców, ale by upodobnić się do maleństwa, które ufnym wzrokiem spogląda w stronę każdego, kto pochyla się nad jego kołyską? Wybaczyć, co złe, i zacząć od nowa – tak, jak zaczyna ten, który widzi świat po raz pierwszy? Może właśnie tego powinniśmy życzyć sobie na święta… Ja w każdym razie chyba właśnie to czynię.

 

Posted on

Człowiek, który chciał wszystko wiedzieć – recenzja i konkurs

Wielu kojarzy kryminały z mało chlubną lekturą „pociągową”– lekką rozrywką dla zabicia czasu. To błąd! Wśród naszych rodzimych twórców z powieścią kryminalną eksperymentowali choćby Bator, Witkowski i Tokarczuk, obudowując znany szkielet detektywistycznej zagadki w szlachetne, literackie „mięso”. W dobrej książce nie chodzi przecież jedynie o odpowiedź na słynne „kto zabił?”, a o tło zbrodni. To właśnie ono sprawia, że Człowiek, który wiedział wszystko Drora A. Mishaniego jest lekturą, która intryguje od pierwszej strony.

A zaczyna się, jak to bywa w kryminałach, od morderstwa. Starsza kobieta zostaje znaleziona martwa we własnym mieszkaniu. Sprawą zajmie się Awi Awraham, świeżo upieczony szef wydziału śledczego i bohater dwóch poprzednich powieści Mishaniego. Komisarz rozpoznaje w kobiecie ofiarę gwałtu sprzed kilku lat, i, choć wiele wskazywałoby na zemstę rodziny gwałciciela, to, jak można się domyślić – intryga okazuje się o wiele bardziej skomplikowana…

Dlaczego warto sięgnąć właśnie po tę powieść, rezygnując na chwilę z kryminałów skandynawskich – lektur uznanych za niezawodne na długie zimowe wieczory? Po pierwsze, rzecz dzieje się w Izraelu, kraju niekoniecznie kojarzącym się z powieścią kryminalną – i to jej wielka zaleta. Przeniesienie akcji na południe wiąże bowiem z egzotycznymi dla czytelników Mankella czy Larssona szczegółami: bohaterowie, wracając z pracy, kupują pitę, pranie wieszają na dachach, spotykają się w szabat. Co istotniejsze, jednocześnie zmagają się z problemami obecnymi w każdej szerokości geograficznej: międzyludzkich relacji i samotności. To właśnie portret psychologiczny bohaterów tka Mishani misternie, wyłaniając z opisanych wątków nie jedynie obraz zbrodni, a raczej symboliczny portret ludzkiej kondycji w początku XXI wieku.

Opisany w książce związek Awiego i jego partnerki Marianki to punkt wyjścia do pytań o możliwość porozumienia mimo różnic kulturowych, o umiejętność zbudowania trwałej relacji wbrew wyczerpującej psychicznie i fizycznie pracy komisarza. Równolegle czytelnik obserwuje rodzinę, w której małżeństwo Mali i Kobiego zaczyna powoli gnić, zmierzając ku – wydawałoby się, nieuchronnemu – rozstaniu. Jak faktycznie potoczą się losy bohaterów, zdradzać jednak nie będę; nietrudno jednak domyślić się, że w pewnym momencie powieści ich drogi się przetną.

Choć Człowiek, który wiedział wszystko jest trzecią z kolei powieścią o komisarzu Awim Awrahamie, każdą z części można czytać niezależnie. Jeśli więc nie chcecie robić dłuższej przerwy od Mankella… zastanówcie się dobrze. Mishani wciąga.

Na zdjęciu głównym: Tel Awiw.

Książka “Człowiek, który chciał wszystko wiedzieć” została opublikowana przez wydawnictwo W.A.B.

Uwaga!

Chcesz zostać posiadaczem kryminału Drora A. Mishaniego? Polub niniejszy artykuł, a w komentarzu poniżej umieść dokończenie zdania “W kryminałach szukam…”. Na Twój wpis czekamy przez tydzień – w dniu 28 grudnia 2016 r. ogłosimy, do kogo powędrują książki ufundowane przez wydawnictwo W.A.B.. Szczegółowy regulamin konkursu dostępny jest tutaj: regulamin-konkursu-pt-czlowiek-ktory-chcial-wszystko-wiedziec.
Miłej zabawy!

 

Posted on

A po pączkach – latkes

Wszystko zaczęło się właśnie tutaj, na Bliskim Wschodzie. Narodziny Boga upamiętnia do dziś wczesnochrześcijańska bazylika w Betlejem (terytorium Autonomii Palestyńskiej). Osiemnastowieczna srebna gwiazda w Grocie Narodzenia przypomina o miejscu, w którym Słowo stało się Ciałem; wśród zdobień i obrazów nie znajdziemy jednak skromności i chichości stajenki. Tak zwana Sacra Culla, czyli Żłobek, znajduje się dziś w rzymskiej bazylice Santa Maria Maggiore, zaś prostotę życia, która stała się udziałem małego Zbawiciela, dokładniej poznamy raczej nie w Betlejem, a w parku archeologicznym w izraelskim Nazarecie. Nazareth Village, bo taką nazwę nosi to ciekawe miejsce, stanowi próbę wiernego odtworzenia scenerii codziennego życia w Ziemi Świętej w czasach Chrystusa.

Krajobraz Galilei
Krajobraz Galilei.

Żydzi, co oczywiste, nie obchodzą Bożego Narodzenia. Także oni mają jednak swoje grudniowe Święto Światła. Jest nim Chanuka (więcej o tym święcie tutaj). Upamiętnia ona niezwykłe wydarzenie, jakie miało miejsce podczas powstania Machabeuszów w II w p.n.e., w czasach brutalnych represji ze strony hellenistycznej dynastii Seleucydów, którzy zabraniali żydowskich obrządków i zwyczajów. Po odbiciu świątyni w Jerozolimie przez powstańców odbyło się jej ponowne konsekrowanie, po którym nastąpił cud: niewielka ilość oliwy, jaką dysponowali wierni, paliła się aż przez 8 dni. Dziś najważniejszym chanukowym rytuałem jest więc zapalanie świateł. Codzienne, przez osiem dni, zapala się jedną świeczkę; na koniec święta pali się już cały świecznik, zwany chanukiją. Liczy on dziewięć ramion, z których jedno spełnia rolę pomocniczą (od niego w kolejności od prawej do lewej zapala się pozostałe świece).

Jerozolima, grudzień 2014 roku. Fo.: Julia Wollner.
Jerozolima, grudzień 2014 roku. Fot.: Uri Wollner.

Podczas Chanuki Izraelczycy delektują się słodyczami smażonymi w oliwie, np. plackami zwanymi w jidysz latkes, a po hebrajsku levivot, zwykle z dodatkiem warzyw lub owoców: startych jabłek, marchwi lub ziemniaków. Nowoczesni mistrzowie kuchni proponują coraz częściej nietypową wersję z serem, którą możesz wypróbować dzięki naszemu przepisowi. Na zimowe chłody – wbrew pozorom w Ziemi Świętej bywa bardzo zimno, szczególnie w Jerozolimie! – doskonały jest też orientalny przysmak zwany sachleb (dosłownie ‘orchidea’), przyrządzany ze sproszkowanych bulw storczyka. Szykuje się go jak budyń, gotując porcję proszku wymieszaną ze szklanką mleka; gdy zgęstnieje, posypuje cynamonem lub kokosowymi wiórkami.

Chag Chanukah sameach! חג חנוכה שמח!

latkes


Latkes / levivot
(לביבות) z serem

składniki na ok. 25 sztuk:

250 g białego serka typu Philadelphia
1 jajko
3 łyżki mąki
1/4 szklanki cukru
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 szklanki oleju słonecznikowego
Można dodać także skórkę pomarańczową lub cytrynową.
Składniki (z wyjątkiem oleju) mieszamy w dużej misce i wyrabiamy na gładką masę. Na głębokiej patelni rozgrzewamy olej. Dużą łyżką wylewamy masę na olej i smażymy placki po ok. 40 sekund z każdej strony (aż osiągną złotobrązowy kolor). Podawać z cukrem pudrem, miodem lub marmoladą.

Posted on

Chanuka. Z czym to się je?

Niemal wszystkie święta żydowskie związane są z jedzeniem – i to najczęściej tym kalorycznym. Podczas zbliżającego się święta Chanuka, które w tym roku przypadnie między 24 grudnia a 1 stycznia, Izraelczycy znowu “przejdą samych siebie” w porcji zjadanych pączków i innych tłustych przysmaków. Statystki mówią, że w samym Izraelu w okresie Chanuki zjada się rokrocznie ponad 25 milionów pączków. To ponad 3 razy więcej, niż wynosi populacja tego kraju! Jednak nie samymi pączkami Chanuka stoi. Oto 5 faktów, które przybliżą Wam znaczenie tego święta, a może nawet zainspirują do wypieczenia prawdziwej sufganiji (hebr. pączka), która umili celebracje chanukowego cudu.

Na zdjęciu: Tullia Wollner w czwarty dzień Chanuki. Fot.: Julia Wollner.
Na zdjęciu: Tullia Wollner w czwarty dzień Chanuki. Fot.: Julia Wollner.


Chanuka to jedyne święto żydowskie niewywodzące się bezpośrednio z Tory
, choć upamiętnia historię Narodu Żydowskiego, który w 167 r p. n. e., po wielu latach “przyjaznej innym religiom” okupacji Aleksandra Macedońskiego, znalazł się nagle pod berłem greckiego władcy Antiocha. Nowemu rządzącemu Judeą wyraźnie nie spodobała się odmienność kulturowa i religijna Żydów. Za obrzezanie dziecka (tzw. Brit Mila) groziła rodzicom egzekucja przez powieszenie. Czarę goryczy przelało zbezczeszczenie Świątyni Jerozolimskiej, w której umieszczono posąg Zeusa. To wydarzenie rozwścieczyło społeczność żydowską i zmusiło do podjęcia akcji odwetowej. Rozpoczęło się powstanie, które ostatecznie trwało aż 7 lat, i zakończyło się triumfem Machabeuszy (Żydów).

Prawdziwy cud chanukowy wydarzył się nieco później. Zaraz po odzyskaniu kontroli nad Świątynią Jerozolimską, kapłani zabrali się do rytuału oczyszczenia. Aby Świątynia mogła pełnić swoją rolę, powinien znajdować się tam stale palący się płomień. Kapłani ze smutkiem zauważyli jednak, że zgromadzona oliwa starczy zaledwie na jeden dzień, a nie zrobiono wcześniej zapasów. Stało się jednak coś nieoczekiwanego: w niewytłumaczalny sposób świeca paliła się nie przez jeden, a osiem pełnych dni! Dzięki temu można było, w międzyczasie, zgromadzić zapas na przyszłość. Chanuka jest więc pamiątką cudu światła oraz odzyskania przez Żydów niepodległości w Judei.

Jeśli chcesz świętować Chanukę, musisz zaopatrzyć się w tzw. Chanukiję, czyli świecznik z 9 ramionami (zwykła szabatowa Menora ma ich 7) oraz w aż 44 świeczki. Jak to policzyć? Podczas 8-dniowego święta, codziennie wieczorem, po zmierzchu, zapal świecę główną zwaną szamaszem (z hebr. pomocnicza, użytkowa) oraz zacznij zapalać kolejno, poczynając od lewej, świece przypadające na kolejne dni. Przykładowo, pierwszego wieczoru zapal świecę główną i święcę pierwszą, drugiego dnia zapal znowu świecę główną i pierwszą oraz drugą itd. Uwierz mi na słowo. W sumie, do 8 dnia, naliczysz ich dokładnie 44! (Na zdjęciu głównym ilustrującym tekst pali się osiem świec, nie widać jednak szamasza).

Zapalenie świec to tylko preludium do prawdziwych przyjemności, bowiem kulinarna tradycja nakazuje, by w Chanukę cieszyć się kalorycznymi przysmakami. Wśród nich najpopularniejsze są pączki, ale też placki ziemniaczane, a w przeszłości także tłuste dania z gęsi. Wszystkie te potrawy mają ze sobą coś wspólnego. Rujnują naszą talię? – spytacie. Tak, ale są też pamiątką cudownie rozmnożonej oliwy. Stąd tradycyjne potrawy wprost ociekają tłuszczem.

Chanuka jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych żydowskich świąt. Ciekawostką jest to, że zapalanie chanukowych świec ma swoją długą praktykę w Ameryce, w samym Białym Domu. Tradycję tę zainaugurował Ben Gurion, który w 1951 roku, trzy lata po utworzeniu państwa Izrael, wręczył prezydentowi Trumanowi Chanukiję. Później inicjatywę tę podchwycili m.in. prezydenci: Jimmy Carter, Ronald Reagan, Bill Clinton czy Barack Obama. Także w Pałacu Prezydenckim w Polsce z okazji Chanuki odbywa się coroczne świąteczne spotkanie z przedstawicielami społeczności żydowskiej.

Na koniec “wisienka na chanukowym torcie”, czyli przepis na chanukową sufganiję – prosto z Izraela, gdzie nie sposób opędzić się od tych smakołyków już od połowy listopada.

Izraelczycy w czasie Chanuki spożywają podobno ponad 25 milionów pączków.
Izraelczycy w czasie Chanuki spożywają podobno ponad 25 milionów pączków.


Do przygotowania potrzebne Ci będą:

  • izraelska muzyka*
  • szklanka letniej wody
  • 25 g drożdży
  • 500 g mąki pszennej
  • 10 g cukru
  • łyżka aromatu waniliowego
  • szczypta soli
  • cynamon
  • 4 żółtka
  • 25 g masła
  • olej do smażenia
  • konfitura z malin, wiśni lub róży

*…właściwie każda muzyka, która wprowadza Cię w dobry nastrój, będzie OK!

 

Sposób przygotowania:

Nieważne, jakie są Twoje kulinarne talenty – wszystko będzie dobrze! Nawet, jeśli coś nie wyjdzie tak, jak trzeba, nikt tego nie zauważy. Podejście takie to część izraelskiej mentalności (ihije beseder, czyli ‘będzie dobrze’). A więc – do pracy!

Włącz muzykę (szczególnie polecam coś z repertuaru Idana Raichela). Tańcząc po kuchni, nie zapomnij o poniższych czynnościach, bez których pączki nie powstaną:

  1. Pół szklanki wody zmieszaj z drożdżami i zostaw na 5 minut pod przykryciem.
  2. Przesianą mąkę zmieszaj kolejno z cukrem, solą, cynamonem, przygotowanymi wcześniej drożdżami, ekstraktem waniliowym i 4 żółtkami. Pomyliłaś kolejność? Nic nie szkodzi.
  3. Wyrabiaj ciasto, aż powstanie jednolita masa, dodając co jakiś czas porcje nieroztopionego masła – do momentu, w którym ciasto nie będzie się lepić do dłoni. Powinno to potrwać ok. 7–10 minut.
  4. Tak przygotowane ciasto przykryj ścierką i pozostaw do wyrośnięcia na godzinę w pokojowej temperaturze.
  5. Podskakując w rytm egzotycznej muzyki, ciesz się, gdyż robisz miejsce na zbliżające się pączkowe kalorie.
  6. Wyciągnij ciasto i rozwałkuj na stolnicy na grubość mniej więcej 2 cm.
  7. Powycinaj szklanką kółeczka i znowu poczekaj ok. 15 minut, żeby ciasto znowu mogło przyrosnąć.
  8. Kiedy uznasz, że ciasto jest już wystarczająco spulchnione, wciśnij do środka swoją ulubioną konfiturę i przystąp do smażenia oleju na głębokiej patelni w temperaturze ok. 175 °C (tłuszcz powinien skwierczeć).
  9. Pączki są gotowe, gdy zarumienią się z obu stron i wyraźnie się do Ciebie uśmiechają. Na koniec posyp je cukrem pudrem i bez wyrzutów sumienia przystąp do świętowania chanukowego cudu.

Wesołej Chanuki, kochani!

 

Posted on

Lente-Inspiracje: POMAGAMY!

Kiedy pomagasz, nie trąb przed sobą. Kiedy pomagasz, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa. Tak, w dużym skrócie i jak najbardziej słusznie, nauczono nas podchodzić do dzielenia się z tymi, którzy są w potrzebie. Jednak dziś, gdy po czubek głowy zanurzeni jesteśmy w informacyjnym szumie, może okazać się przydatne zebranie kilku rad i pomysłów na mądre pomaganie w jednym miejscu. Dziś, w ostatni przedświąteczny weekend, pragniemy zainspirować Was do wyciągnięcia pomocnej dłoni do potrzebujących. Oto organizacje charytatywne, które wspierają twórcy “Lente”.

 

Julia Wollner

Staram się wpłacać regularnie choćby drobne sumy na konta kilku instytucji. Jedną z nich jest Hospicjum Płomyczek (www.hospicjumpromyczek.pl) w podwarszawskim Otwocku. Jestem mamą dwóch córeczek i  leży mi na sercu los maluchów, których dzieciństwo wypełnione jest cierpieniem. Bardzo chciałabym choć odrobinę pomóc im i ich rodzinom.

help

Moje dziewczynki zainspirowały mnie także do ustawienia regularnego polecenia płatności na konto WWF (www.wwf.pl). Zamiast kupienia kolejnej porcji lodów, próbujemy przyczynić się do aktywnej ochrony polskich rysiów – pięknych, dzikich zwierząt, których coraz mniej jest w naszych lasach.

Co roku decyduję się również wspierać kilka nowych organizacji, w zależności od tego, jaki problem przykuje moją uwagę. Od kilku dni są to działające w Syrii “Białe Hełmy” (www.whitehelmets.org), o których wspomną jeszcze moje redakcyjne koleżanki. W najbliższych dniach ja i mój mąż, właściciel kawiarni Cophi, zamierzamy przekazać jednodniowy utarg ze sprzedaży kawy w naszym lokalu na konto tej właśnie organizacji. Już teraz zapraszamy Was serdecznie na naszą “pomagającą” kawę! O szczegółach będziemy informować niebawem.

Natalia Olbińska

Wszystkie ptaki są cudem, a ludzie wiedzą to od tysiącleci. Ptaki były wyroczniami. Nasze serca wznoszą się do góry na ich skrzydłach, w ich pieśni. Nawet najmniejszy ptak może nauczyć nas, że życie jest ważniejsze, niż cały ludzki gatunek. – Oto słowa słynnej przyrodniczki Sy Montgomery. Właśnie dlatego wspieram organizację Ptaki Polskie (www.ptakipolskie.pl).

Czytaj także: “Jak pomagam zwierzętom” Filipa Łobodzińskiego (klik).

Maria Bulikowska

Wpłacam pieniądze na konto Fundacji ZEA (www.fundacjazea.mmknet.pl), dzięki której trafił do mnie mój pies Paputek. Zajmuje się ona organizowaniem adopcji dla bezdomnych zwierząt. To działanie obejmuje nie tylko zwierzaki znalezione na ulicy, ale również te osadzone w schroniskach we wschodniej Polsce, gdzie, niestety, często panują bardzo trudne warunki. Fundacja zbiera środki na konkretnego zwierzaka, zapewniając mu tymczasowy pobyt w hoteliku dla zwierząt. W tym czasie podpopieczny przechodzi badania lekarskie, jeśli trzeba – wizytę u fryzjera, a fundacja szuka dla niego nowego domu. Dlaczego wybrałam ZEĘ? Prowadzą ją ciepli, mądrzy ludzie, którzy potrafią długo opowiadać o swych podopiecznych, co znacznie ułatwia przebieg adopcji. Nie mogę zaadoptować teraz więcej zwierząt, ale drobną kwotą mogę wesprzeć kolejne psy i koty, które szukają domu.

11988241_10153560636278864_378949987079651738_n

Beata Zatońska

„Daj chwilę” – oto hasło kampanii informacyjnej Hospicjum Onkologicznego św. Krzysztofa w Warszawie (www.facebook.com/dajchwile). W tych dwóch prostych słowach zawarta jest kwintesencja wszelkiej pomocy. Trzeba właśnie „dać chwile” – pomyśleć, zrobić coś niewielkiego, czasem po prostu porozmawiać, potrzymać za rękę. Z małych cegiełek można zbudować duży dom. Staram się przyczynić właśnie do tego.

Michał Głombiowski

Im mniejszy rozmach, tym lepiej. Im bardziej kameralne działanie, tym większe budzi moje uznanie. Andrzej Kuziomski zaczął ratować osierocone i ranne jeże na długo przed tym, jak założył fundację Igliwiak (www.jeze.com.pl), Ośrodek Rehabilitacji Jeży i pierwsze w Polsce Pogotowie Jeżowe. Pomagał zwierzętom, bo tak ułożyło się jego życie, i uważał, że po prostu nie może zostawić ich na pastwę losu. Gdy usłyszałem o jego historii, pomyślałem, że los jeży jest nie mniej istotny od losu chorych dzieci, bezdomnych czy biednych ludzi. W większości przypadków to my – nasza ekspansywnością – doprowadziliśmy naturę na skraj zagłady. Co roku przeznaczam więc jeden procent podatku na Igliwiaka, a co jakiś czas dosyłam na jego konto dodatkowe sumy. Nie mam pewności, czy to coś pomoże – ta mała, niemal nikomu nieznana fundacja wciąż balansuje na granicy przetrwania. Każda złotówka ma więc znaczenie. A gdy akurat nie mam wolnych funduszy, idę do najbliższego schroniska dla psów i proponuję, że wyprowadzę na spacer paru podopiecznych. Zamkniętym na co dzień psom brakuje ruchu, a pracownicy schroniska nie są w stanie wyprowadzić ich wszystkich. Pomoc się więc przydaje.

Anka Florczak

Od pewnego czasu mam wrażenie,  że ogarnęło nas jakieś zbiorowe szaleństwo, jakiś pęd do zagłady, że świat postanowił sam siebie unicestwić. Czuję potworny smutek, jednak, na szczęście, zawsze jest coś, co można zrobić, by pomóc. W tym roku zaczęłam od wsparcia polskich greenpeace’owców, walczących o jeden z naszych największych skarbów, Puszczę Białowieską (www.greenpeace.org). Kolejny krok to wsparcie dla działających w Syrii “Białych Hełmów”, ratowników nominowanych do tegorocznej  Pokojowej Nagrody Nobla (www.whitehelmets.org). Pisać o tym, gdzie potrzeba naszej pomocy, mogłabym jeszcze długo. Jedno jest pewne: świat to my. Nie zamykajmy serc na siebie nawzajem.

bialowieza

Kasia Rowińska

Odkąd na studiach odkryłam Pajacyka, który otwierał mi się automatycznie w przeglądarce, wspieram akcje Polskiej Akcji Humanitarnej (www.pah.org.pl). Pajacyk, tak jak WOŚP, były zawsze wyjątkowo bliskie memu sercu przez to, że celem ich działań jest poprawa, choćby minimalna, losu dzieciaków, które nie miały szczęścia mieć tak idyllicznego dzieciństwa, jak ja, jak większość z nas. Poza potrzebami tak podstawowymi, jak żywność, leki i pomoc humanitarna, warto pamiętać o dostępie do edukacji – dla nas zbyt oczywistym. Edukacja najbliższych pokoleń to przecież być albo nie być dla środowiska i świata.

Od lat jestem też przeciwna polityce Chin wobec mniejszości etnicznych oraz temu, jak w imię interesu świat przymyka na to oko. Kultura i religia Tybetu są niszczone starannie i systematycznie, a skoro na istotną pomoc międzynarodową nie można liczyć, tym ważniejszy jest tu wkład zwykłych ludzi. Więcej informacji o wsparciu można znaleźć na przykład na stronach: ratujtybet.org, freetibet.org.

Anna Wityńska

W tym roku wzięłam udział w XV Finale Szlachetnej Paczki (www.szlachetnapaczka.pl), zarówno jako wolontariusz, jak i darczyńca. Na czym to polega? Co roku przed Świętami Bożego Narodzenia wolontariusze odnajdują biednych ludzi, którzy często nie potrafią prosić o wsparcie. Pomoc materialna, którą otrzymują rodziny czy osoby samotne, ma być światełkiem w szarości dnia codziennego, impulsem do zmiany, inspiracją do stawania się kimś więcej, do wygrywania swojego życia. Paczkę dostosowaną do konkretnych potrzeb rodziny przygotowuje darczyńca. Bycie wolontariuszem nie jest łatwe – potrzeba wiele wysiłku i odwagi, by poznać problemy innych. Nic jednak nie motywuje do działania tak, jak wdzięczność i łzy wzruszenia osób potrzebujących.Do roli darczyńcy namówiła mnie koleżanka wolontariuszka. Naprawdę nie trzeba być bogaczem, by przygotować Paczkę. Liczy się każda złotówka, a jeszcze bardziej – chęci. Dawanie innym jest bezcenne. Kolejny finał Szlachetnej Paczki dopiero za rok, ale już dziś gorąco zachęcam, by włączyć się w następną edycję.

oldcouple

Aleksandra Seghi

Od samego początku istnienia, tak jak większość Polaków, wspieram Fundację WOŚP (www.wosp.org.pl); od kiedy w księgarniach pojawiły się moje książki, zaczełam również brać udział w aukcjach tejże Fundacji. Oprócz innych wspaniałych działań, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zakupiła i przekazała szpitalom ponad 1200 inkubatorów. Moja córka, która była wcześniakiem, leżała w inkubatorze miesiąc – dobrze więc wiem, że za pomocą tego specjalistycznego sprzętu zwyczajnie ratuje się życie. Dzięki WOŚP-owi polskie szpitale są coraz lepiej wyposażone – kliniki we Włoszech mogą tylko pozazdrościć. Oprócz WOŚP-u, wspieram również Fundację Viva (www.viva.org.pl), która walczy o los koni i zajmuje się schroniskami dla bezdomnych zwierząt. 

Julia Mafalda Blaisdell

Działam w Fundacji Kossakowskiego (www.fundacjakossakowskiego.org), której patronem jest Jan Kossakowski, twórca polskiej kardiochirurgii dziecięcej i jednocześnie wspaniały artysta. Główną misją organizacji jest arterapia w szpitalach dziecięcych. Fundacja Kossakowskiego zajmuje się także dziedzictwem historycznym Wielkiego Księstwa Litewskiego. Poprzez swoje działania chce zbliżać braterskie narody po obu stronach 61-kilometrowej granicy.

Małgosia Villatoro

Na przestrzeni lat wspieraliśmy z mężem różne fundacje i organizacje: zajmujące się edukacją i wyrównywaniem szans dzieci z małych miejscowości i ośrodków wiejskich, pomocą ubogim (Caritas), opieką nad zwierzętami (Dom Tymczasowy dla Szczeniaków „Judyta”, Schronisko „Na Paluchu”, WWF), pomagające dzieciom opuszczonym (SOS Wioski Dziecięce) czy zapewniające opiekę ciężko chorym (Warszawskie Hospicjum Dziecięce).

kredki

Ostatni rok upłynął nam w cieniu dramatu rozgrywającego się w Syrii. Wojna, zniszczenie, kolejne fale uchodźców – to rzeczywistość, na którą nie sposób zamykać oczu, nie sposób ignorować. Nam tym bliższa, że mój mąż spędził dzieciństwo w kraju dotkniętym wojną domową – urodził się i pierwsze lata życia spędził w środkowoamerykańskim Salwadorze. Ja miałam to szczęście, że wojennej rzeczywistości nie doświadczyłam na własnej skórze, jednak doświadczyli jej moi dziadkowie. Wychowali mnie oni w przekonaniu, że nie można być obojętnym wobec losów kraju ogarniętego wojną i wobec losu człowieka, który przed nią ucieka. Dlatego też w tym roku postanowiliśmy wesprzeć organizację „Białych Hełmów” (www.whitehelmets.org) – nieuzbrojonych, ochotniczych ekip ratunkowych działających w Syrii, w miejscach, do których nie dociera nikt inny, nawet pomoc humanitarna. Przekopują się przez gruzy w poszukiwaniu rannych, ratują życie innym, nieustannie ryzykując swoje. Pomagają potrzebującym bez względu na wyznawaną religię czy stronę sporu, po której się opowiadają. Kiedy kolejne bomby spadają na domy, szkoły i szpitale, Białe Hełmy spieszą na ratunek przysypanym gruzami, mając pełną świadomość tego, że kolejne bomby mogą za chwilę spaść w to samo miejsce. Do dziś ocalili już niemal 74 tys. istnień. 141 z nich zginęło, niosąc pomoc. Wesprzeć tych codziennych bohaterów można poprzez stronę internetową. Wpłacane pieniądze przekazywane są na pomoc rannym ochotnikom, wsparcie rodzin tych, którzy zginęli, oraz na ratujący życie sprzęt. Jak głosi hasło Białych Hełmów: „Daj tyle, ile możesz. Białe Hełmy oddają wszystko”.

syrian

 

A Ty? Komu pomożesz – teraz, jeszcze dzisiaj, za chwilę?

Posted on

Jak pomagam zwierzętom

Żeby czynić dobro, pomagać wykluczonym lub działać na rzecz dobra wspólnego – wcale nie trzeba należeć do fundacji, działać w zorganizowanym wolontariacie, pełnić ściśle wyznaczonych dyżurów. Wystarczą spostrzegawczość i myślenie.

Zadań stojących przed potencjalnym dobroczyńcą jest naprawdę mnóstwo. Niejedno z nich może się nam objawić dosłownie za progiem własnego domu. Tak jest ze zwierzętami na tzw. swobodzie, którym regularnie pomagam ja. Nie muszę jeździć do schroniska czy stowarzyszenia, by realnie pomagać bezdomnym kotom albo ptakom.

karmienie ptaków

Ptaki to jeden z najbardziej podstawowych składników naszej ekosfery. Te, które mieszkają w miastach, są wyjątkowo już uzależnione od naszego wsparcia. Zimą zatem sypię im w stałym miejscu ziarno, które pobieram każdej jesieni w dużych worach z gminnego Wydziału Ochrony Środowiska. Pszenica, słonecznik plus kukurydza – i naprawdę wyżera jest znakomita. A na krzakach czy niskich gałązkach drzew – dodatkowo słonina dla tych, które nie siadają na ziemi. Latem w foremce po jakimś produkcie spożywczym codziennie lub co dwa dni zmieniam wodę. Żeby foremka nie wywróciła się, gdy na jej krawędzi siądzie kilka ptaków – obciążam jej dno kilkoma kamykami. Przy każdej zmianie wody nieco przepłukuję dno, bo stojąca woda pozostawia śliski nalot.

Koty wolnożyjące – to poważniejsza sprawa. Wspieram karmicieli (najczęściej karmicielki), dostarczając im pojemniki i karmę. Jestem zarejestrowany w WOŚ jako karmiciel i też dostaję co jakiś czas deputat karmy. Na zimę otwieramy im specjalnie zbudowane budki ze strzępkami polaru, żeby mogły się tam schronić przed śniegiem, wiatrem i mrozem. Ale najistotniejsze to sterylizacja. Bezdomniaków jest stanowczo zbyt wiele. Znacznie więcej, niż wymaga tego konieczność trzymania szczurów z dala od posesji naszych domów. Dlatego, gdy w okolicy pojawi się nowy kot, stawiam klatkę-łapkę z przynętą. Jeśli złapie się do niej kot nie wykastrowany (dowolnej płci), transportuję go do lecznicy, która ma podpisaną umowę z WOŚ na sterylizację bezdomniaków, i wręczam uzyskany wcześniej w WOŚ talon. Zwierzę jest poddane zabiegowi, po czym, po kilkudniowej kwarantannie, odbieram je i wypuszczam w tym samym rejonie, w którym się złapało. Teraz jest już wolne od rui, przymusu rozmnażania, wolne od pewnej liczby chorób.

kot

Aktywna pomoc zwierzętom to tylko element – najważniejszy, ale nie jedyny. Bo trzeba też wykazać czujność: gdy gdzieś trwają roboty wyburzeniowe albo podziemne, zwracam uwagę kierownictwu tych robót, by zorientowali się, czy gdzieś w zakamarkach nie ma zwierząt – kotek z kociętami, psów bezdomnych, ptaków. Śmierć pod gruzami albo zwałami ziemi jest straszna.

I ostatnia rzecz, choć też bardzo ważna – wspieram inne osoby pomagające. Staram się, by wizerunek publiczny osoby pomagającej zwierzętom był jak najbardziej pozytywny. I żeby osoby te czuły, że nie są same.

Posted on

Boże Narodzenie po włosku

Adwent i Boże Narodzenie to chyba najpiękniejszy czas w roku. U nas nierzadko biały i mroźny, nad Morzem Śródziemnym – cieplejszy i łagodny. Bez wzgledu na szerokość geograficzną i temperaturę za oknem, pozostaje jednak okresem oczekiwania, celebracji, nadziei na Nowe. Okresem radości z nadchodzącej Dobrej Nowiny. Od wieków jest także, a może przede wszystkim, świętem Światła. Światła symbolizującego Prawdę i Dobro, które wspólne są wszystkim ludziom, niezależnie od pochodzenia.  

Przed wiekami obchodzono w grudniu święto Sol Invictus – niezwyciężonego słońca. Tak, jak ono, powędrujmy i my: brzegiem Morza Śródziemnego, z kraju do kraju, przyglądając się bożonarodzeniowym zwyczajom różnych państw. 

Dziś zapraszamy Was do Włoch.

rzym-portiere
Wigilia (czyli vigilia) nie jest dla Włochów aż tak doniosłym wydarzeniem, jak dla Polaków. Jednak i oni spędzają ją raczej w gronie rodzinnym, zgodnie z popularnym powiedzeniem Natale con i tuoi, Pasqua con chi vuoi (‘Boże Narodzenie z rodzicami, Wielkanoc – z kim chcesz’).

rzym-koloseum

O północy wierzący udają się na tzw. messa di mezzanotte, czyli pasterkę. Ta najbardziej uroczysta odbywa się oczywiście w Watykanie, gdzie zobaczyć można również tradycyjną szopkę.

rzym-watykan

Najpiękniejsze presepi (szopki) pochodzą z Neapolu. Tradycja ich budowy sięga XIII wieku; rozkwit tej niewątpliwej sztuki przypada zaś na wiek XVIII, kiedy wykonywano je zarówno na neapolitańskich dworach, jak i w mieszczańskich domach oraz chatach biedoty.

Święta Bożego Narodzenia łączą się oczywiście we Włoszech z rozmaitymi tradycjami kulinarnymi, choć każdy region pochwalić się może innymi potrawami typowymi dla tych dni. Nieodłącznym kulinarnym elementem okresu świątecznego jest dla Włochów soczewica (lenticchie) – symbol dobrobytu; wszystkich Włochów łączy też umiłowanie do świątecznej babki drożdżowej panettone, pochodzącej z Mediolanu. Jej historia liczy kilka stuleci. Podobno po raz pierwszy podano ją na jednej ze świątecznych uczt organizowanej przez Ludovica il Moro w roku 1495. Wielbiciele ciast powinni także spróbować werońskiego wypieku pandoro, czyli dosłownie „chlebu ze złota”. Kto zaś woli smaki pachnące słońcem, może skosztować proponowanych przez nas neapolitańskich struffoli, czyli smażonych kuleczek ze skórką pomarańczową, w Kalabrii nazywanych scalilli. Według niektórych historyków włoskiej kuchni pochodzą one z czasów antycznych, kiedy to przyrządzano je podczas Bachanaliów. Uważa się, że opisywał je już grecki poeta Archestratus, tworzący na Sycylii w IV w. p.n.e. Dziś zajada się je przez cały okres Bożego Narodzenia, który w Italii trwa do 6 stycznia. Tego dnia do małych i dużych przybywa czarownica Befana. Niegrzecznym dzieciom zostawia ona carbone, czyli węgiel, tym zaś, którzy zachowywali się poprawnie, przynosi prezenty, w tym słodycze.

rzym-via-frattina

Nadmiar kalorii spalić można podczas świątecznych przechadzek. Włosi niezwykle chętnie spacerują po pięknie przystrojonych ulicach swoich miast, tym bardziej, że włoska zima jest zwykle stosunkowo ciepła.

rzym-via-frattina-2

Rzadko pojawiający się w Rzymie śnieg witany jest z wielkimi emocjami – wystarczy kilka godzin opadów, by w mediach tygodniami krążyły zdjęcia Wiecznego Miasta pod cienką pierzynką. O białych świętach mogą rzymianie zwykle tylko pomarzyć…

Buon Natale!
struffoli

Struffoli

składniki dla ok. 3 osób

250 g mąki (najlepiej typ 00)
2 jajka
3 łyżki cukru pudru
3 łyżki oleju (lub 1,5 łyżki masła)
1-2 łyżki wina marsala, ewentualnie brandy lub rumu
szczypta soli
starta skórka z 1 pomarańczy
100-150 g miodu
1 łyżka cukru
sok z 1/2 pomarańczy

Jajka mieszamy z cukrem i dodajemy startą skórkę pomarańczową. Mąkę przesiewamy do miski, dodajemy jajka, łyżkę wina, olej i szczyptę soli. Zagniatamy ciasto (konstystencja powinna być gładka) i przykrywamy ściereczką na około pół godziny. Po tym czasie dzielimy je na kilka części. Na stolnicę posypanej odrobiną mąki rolujemy kawałki ciasta w cienkie wałeczki grubości palca i kroimy na małe kawałki.
W głębokim rondelku rozgrzewamy olej i partiami smażymy na nim kuleczki ciasta do chwili, aż się zarumienią. Upieczone kulki przekładamy na papierowy ręcznik i lekko podsuszamy.
Miód mieszamy w rondelku z sokiem pomarańczowym i cukrem, a następnie podgrzewamy. Do gorącego syropu wkładamy usmażone struffoli. Po wyjęciu układamy na talerzu na kształt piramidy i dekorujemy kolorową posypką.

Posted on

Adwentowy Wergiliusz

Jeden z najsłynniejszych starożytnych poetów, Wergiliusz, twórca Eneidy, w 41 lub 40 roku przed naszą erą, gdzieś między Rzymem a Neapolem, napisał tekst znany dziś jako IV Ekloga lub Pieśń sybillińska. Wieszczy on nadejście złotego wieku, który w opinii Rzymian miał nastąpić po bitwie pod Akcjum. Wybawcą od wszelkiego zła miał być dla świata cesarz August. Jednak w III wieku n.e. tekst ten zaczęto interpretować inaczej; w roku 325 Konstantyn Wielki zadekretował, że przepowiednia odnosi się do narodzin Jezusa, a poetę zaczęto uważać za pogańskiego proroka i tzw. “duszę z natury chrześcijańską” (anima naturaliter christiana).

Ekloga
Dzisiejsi zwolennicy interpretacji mesjańskiej uważają, że Wergiliusz, interesujący się wszelkiego rodzaju przepowiedniami i proroctwami, mógł stworzyć swój poemat, inspirując się tekstami księgi proroka Izajasza, bowiem już za życia artysty sprowadzano do Italii fragmenty Septuaginty (greckiego przekładu Starego Testamentu powstałego w Aleksandrii). Zdecydował się on przy tym na nową konwencję literacką – powołując się na Sybillę z Kume, wypowiadał przepowiednię we własnym imieniu. Wcześniej poeci zwykle kazali przemawiać tworzonym przez siebie postaciom literackim. W inwokacji do Muz Wergiliusz podkreśla, że jego pieśń traktować będzie o sprawach wyższych niż zwykle (paulo maiora), kilka wersów później zaś prorokuje narodziny dziecięcia, które zgładzi ludzkie winy i rozpocznie nowy etap w dziejach ludzkości.

Czy Wergiliusz pisał o małym Jezusie, czy może jednak o Oktawianie Auguście, a może o którymś z jego spadkobierców? Może odnosił się do narodzin potomka Kleopatry i Marka Antoniusza? Jak było naprawdę, zapewne już się nie dowiemy – odpowiedź zasypały piaski historii. W ostatnie dni Adwentu warto jednak sięgnąć po poezję Wergilego i po raz kolejny uświadomić sobie, jak nieustannie i pięknie krzyżują się śródziemnomorskie ścieżki – tak w czasie, falującym między antykiem a dniem dzisiejszym, jak i w przestrzeni – między Rzymem a lichym Betlejem.

Mój ulubiony przekład IV Eklogi znajduje się w książce Zygmunta Kubiaka pt. Literatura Greków i Rzymian, Bertelsmann Media 1999.</em