Posted on

Nikozja Emiliosa Solomou

W Lente#02 zachęcamy Was do rodzinnej wyprawy na Cypr, jak również rozmawiamy z cypryjskim pisarzem Emiliosem Solomou, autorem książki Dziennik zdrady opublikowanej przez Książkowe Klimaty. Emilios mieszka w stolicy wyspy, Nikozji. Specjalnie dla Was poprosiłam go dzisiaj, by przedstawił nam swoje ulubione adresy.

Wszystkie moje ulubione punkty znajdują się na Starym Mieście – mówi Emilios. – Otaczają je wiekowe weneckie mury, a odległość między nimi nie zakłada nigdy więcej niż 10-minutowego spaceru.

W pierwszej kolejności Emilios poleca wizytę na Placu Faneromeni. – Spotykają się tu historia i teraźniejszość, a także… wielu mieszkańców i turystów – żartuje. – To jedno z najbardziej zatłoczonych miejsc w mieście. Dominuje nad nim kościół Panagia Faneromeni, obok którego znajduje się marmurowe mauzoleum upamiętniające śmierć arcybiskupa, trzech biskupów i 470 innych Cypryjczyków zamordowanych przez Turków 9 lica 1821 roku. Kilka kroków dalej uwagę zwraca bryła Faneromenis Gymnasium – dawnej szkoły żeńskiej, otwartej w 1859 roku. We wschodniej części placu koniecznie zobaczyć trzeba malutki kościół Świętego Krzyża Misirikou, który w okresie panowania Ottomanów zamieniono na meczet. Cały plac otaczają budynki w różnych stylach architektonicznych, wzniesione jednak z tego samego surowca – lokalnego żółtego kamienia. Wiele tu kawiarni, restauracji i barów, także na sąsiednich uliczkach. Wiele z nich ma urocze ogródki i patia, gdzie miło jest przesiadywać wieczorami. Co ciekawe, miejsce to stało się popularną metą wieczornych spotkań dopiero niedawno, podczas… kryzysu gospodarczego.

Jeden z lokali przy Placu Faneromeni
Jeden z lokali przy Placu Faneromeni

 

Mój ulubiony bar znajduje się właśnie na jednym z takich wąskich zaułków, na ulicy Mouson – zdradza Solomou. – Nazywa się Vini Platea. Jest to elegancki lokal, w którym można napić się wybornego miejscowego lub greckiego wina, jak również spróbować licznych trunków z innych krajów. Do wina podaje się tu doskonałe sery i wędliny. Właściciele często organizują  koncerty jazzowe na żywo oraz degustacje.

Vini Platea
Wnętrze lokalu Vini Platea

 

Pięć minut drogi od Vini Platea znajduje się inny ciekawy plac, a na nim – restauracja i kawiarnia Erodos (Patriarhou Gregoriou 1). Cieszy się ona dobrą reputacją i lojalną klientelą – wszystko dlatego, że podają smakowite greckie specjały, mają dobrą kawę, a lokal połączony jest z przyjemnym ogródkiem. Tuż obok obejrzeć można Omeriye (Meczet Omara) – średniowieczny kościół pod wezwaniem Matki Bożej, który podczas inwazji osmańskiej w 1570 roku zamieniono na świątynię muzułmańską – oraz Omeriye Hamam. Budynek ten odnowiono całkiem niedawno, a w 2005 roku wyróżniono nagrodą Europa Nostra w dziedzinie konserwacji dziedzictwa architektonicznego. Gości on łaźnię hamam, którą warto odwiedzić. Na jej stronie internetowej czytamy m.in., że skorzystać tu można z relaksu przy kieliszku wina lub filiżance herbaty, w otoczeniu wyjątkowych zapachów drogocennych olejków, jak również z masażu przy odprężającej muzyce.

Gimnazjum Pancypryjskie/fot. Молли
Gimnazjum Pancypryjskie/fot. Молли

Po chwilach poświęconych urodzie i odpoczynkowi, Emilios poleca udanie się do jego ulubionego nikozyjskiego muzeum: Gimnazjum Pancypryjskiego (ul. Agiou Ioannou Thisseos). – To dla mnie ważne miejsce także ze względów emocjonalnych – tłumaczy pisarz. – Muzeum znajduje się przy najstarszej szkole na Cyprze, a może także i w Grecji. Utworzył ją w 1812 roku arcybiskup Cyprianos, który został później stracony przez Turków. Przez ponad 8 lat uczyłem tutaj historii, greckiego i literatury. Wcześniej, podczas brytyjskiej okupacji, wykładał tu także Lawrence Durrell! – śmieje się Solomou. – Byłem świadkiem, jak muzeum powstawało. Jego kurator, Michalis Fantaros, jest Cypryjczykiem polskiego pochodzenia; ukończył studia w Krakowie. Niedawno, w maju 2016 roku, w muzeum wyświetlono film Młyn i krzyż Lecha Majewskiego; zorganizowano także wystawę polskich plakatów filmowych (przedsięwzięcie współorganizowała Ambasada Republiki Polskiej w Nikozji). W 12 pomieszczeniach muzeum wystawia się zresztą wiele ekspozycji; niektóre związane są ze szkołą i dwoma wiekami jej istnienia. Unikatowa jest tutejsza kolekcja monet, znalezisk archeologicznych, a także zbiory map, broni, skamienielin, dawnych strojów i organów muzycznych, jak również przedmiotów pochodzących z dawnych szkolnych pracowni. Ogromnie ważne są dokumenty dotyczące powstania z lat 1955-59 oraz uczniów i nauczycieli, którzy wzięli w nim udział. To miejsce trzeba koniecznie odwiedzić, szczególnie, jeśli chce się poznać historię wyspy, od starożytności po czasy współczesne – zachęca mnie mój przewodnik, dzięki któremu wiem już, że na Cyprze można spędzić naprawdę rodzinne wakacje, bo i dorośli mają tu wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia.

_________________________

Zdjęcie główne: ulice starej Nikozji, Sergey Galyonkin/Flickr

Posted on

Między niebem a morzem. Rozmowa z Ewą Cichocką

Opublikowana niedawno przez wydawnictwo Bernardinum książka Sycylia. Między niebem a morzem Ewy Cichockiej jest zbiorem esejów i reportaży powstałych po jej wielu podróżach na włoską wyspę. Autorka konfrontuje własne wrażenia z obrazami Sycylii, stworzonymi na przestrzeni wieków przez polskich artystów, poetów i muzyków. Dzięki temu, przebywanie na Sycylii pozwala doświadczyć swoistej magii trwania, ale także przybliża niekończący się, fascynujący polsko-sycylijski dialog. Tekst uzupełniony barwnymi fotografiami i ilustracjami skłania do przemyśleń na temat ciągłości tradycji oraz nieprzemijalności sztuki.

Sycylia_okladka_300

 

Ewa Cichocka jest dziennikarką, organizatorką wypraw, spotkań podróżniczych i wykładów dotyczących polsko-sycylijskich związków artystyczno-literackich, a także autorką książki dla dzieci zatytułowanej RYMOWANKI SYCYLIANKI, czyli mity z Wyspy Słońca. Podczas Warszawskich Targów Książki, które obywały się w Warszawie w maju br., opowiedziała mi o swoich podróżach, fascynacji sycylijską tradycją, a także o pracy nad najnowszą publikacją.

Sycylia3


Dorota Bazylczyk: Pierwsze Pani spotkanie z Sycylią nastąpiło podczas rejsu na pokładzie Zawiszy Czarnego, a więc z perspektywy morza.

Ewa Cichocka: Na skautowy jacht Zawisza Czarny trafiłam dzięki programowi edukacyjnemu „Obserwator Wybrzeża Europy” [akcja umożliwiająca zbiór informacji o stopniu zagrożenia ekologicznego europejskich wybrzeży, z których korzysta m.in. Europejska Komisja Środowiska Naturalnego w Brukseli, a także mająca bardzo istotny cel dydaktyczny: kształtowanie wrażliwości ekologicznej – przyp.red.]. Kiedy okazało się, że jest jeszcze jedno miejsce na pokładzie, zdecydowałam się dołączyć do programu i popłynąć. Wiedziałam, że ta podróż dostarczy mi wielu wrażeń, ale nie przypuszczałam, że aż tak silnych! Gdy płynęliśmy obok Stromboli, dymiącego stożka wulkanu, wyłaniającego się z morza u wybrzeży Sycylii, pomyślałam: Czy to dzieje się naprawdę? Jakie to musi być niezwykłe miejsce! To było moje pierwsze spotkanie z Sycylią – którą widziałam jako dziką, groźną i pierwotną. Skłoniło mnie ono do powrotów i odkrywania jej tajemnic. Przygotowując się do kolejnej podróży, zaczęłam przeglądać dostępne teksty o Sycylii, sięgnęłam do opisów wyspy w literaturze europejskiej, w tym chociażby do Podróży włoskiej Goethego, mając jednak pełną świadomość, że moja wrażliwość jest zupełnie inna. Rozpoczęłam więc poszukiwania sycylijskich wątków w naszej literaturze i sztuce. Próbowałam dociec – z jakich powodów polscy twórcy jeździli na Sycylię? Dlaczego wyspa ta wywierała na nich tak wielkie wrażenie? Proszę wziąć pod uwagę, że Iwaszkiewicz odwiedził Sycylię aż trzynastokrotnie! W trakcie moich wypraw mogłam spojrzeć na Sycylię także oczami literatów i artystów, których historie poznałam. Zestawienie tych obserwacji z własnymi odczuciami stało się swego rodzaju dwutorową podróżą, łączącą historię z teraźniejszością.

Sycylia2


DB: Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem wysiłku włożonego w te poszukiwania. Myślę, że większość z nas chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielu znanych i wybitnych Polaków pisało o Sycylii.

EC: Ja także czuję ogromną satysfakcję z tego, że jako entuzjastka tematu, a nie specjalistka w dziedzinie, potrafiłam tak bardzo zagłębić się w tę kwestię. Jak widać, wystarczy oddać się czemuś z pasją! Jeżeli chodzi o ilość sycylijskich wątków w polskiej kulturze, to ma Pani rację – Krasiński, Iwaszkiewicz, Szymanowski, Herbert, Brandstaetter… Jest ich bardzo wielu. Ba, Sycylia pojawiła się nawet w Panu Tadeuszu! Wyspa stanowiła dla nich nie tylko miejsce wypoczynku, ale także pracy, a przede wszystkim źródło twórczych inspiracji. Greckie korzenie, mityczne pamiątki, epoka Normanów – te elementy były niezwykle istotne szczególnie w twórczości Iwaszkiewicza i Szymanowskiego. Dotarłam także do wspomnień artystów tworzących współcześnie – w książce można znaleźć relacje z rozmów teatralno-filmowych z Jerzym Stuhrem i Krzysztofem Zanussim.

Moja podróż trwa nadal. Ciągle trafiam na kolejne wątki, na wspomnienia naszych artystów i podróżników. Chciałabym, aby nigdy się nie skończyła… Mam zresztą w tym względzie wiele wsparcia – choć książka została już wydana, znajomi nadal przysyłają mi informacje związane z moją sycylijską pasją.

Sycylia

 

DB: O czym, według Pani, świadczy ta mnogość wątków sycylijskich w polskiej tradycji?

EC: Uzmysławia ona, że jesteśmy silnie związani z kulturą śródziemnomorską. Związek ten trwa od bardzo dawna, i, co najważniejsze, podlega dalszej kontynuacji. O istnieniu tej ciągłości przekonałam się na przykład w Agrigento, podczas ekspozycji rzeźb Igora Mitoraja. Jego prace, wyrosłe przecież z antyku, wyjątkowo komponowały się z otoczeniem ruin greckich świątyń; wydawały się wręcz stworzone do istnienia w tej właśnie przestrzeni. Polska literatura i sztuka pełne są odniesień do antycznej mitologii, na różne sposoby przeszczepianej na nasz własny grunt. Warto być świadomym, że wiele mitologicznych historii – jak chociażby ta o królu Eolu czy o Skylli i Charybdzie – rozgrywało się właśnie na Sycylii. To tu resztę życia spędził Dedal po stracie Ikara… Mitologiczny przekaz jest na wyspie obecny po dziś dzień, a ja nie mam więc wątpliwości, że polski dialog z Sycylią będzie trwał dalej. I oby tak było: Sycylia jest przecież naszym osobistym niebem.

 

 

Posted on

Renato Amoroso: Spojrzenie, uwodzenie i dojrzewanie

Malena Giuseppe Tornatorego to film rozgrywający się za pomocą spojrzeń, obserwacji oraz wyobraźni. W sycylijskim Castelcutò, miejscowości malowniczej i pełnej uroku, dzieje się widowisko, którego centrum stanowi tajemnicza i piękna Malena. Pośród tych licznych aktów widzenia, czyniących ją raczej przedmiotem niż podmiotem zainteresowania, szczególną rolę odgrywa spojrzenie Renato Amorosa – głównego bohatera filmu. Za jego sprawą zostają opowiedziane dwie historie. Z jednej strony, rzecz jasna, jest to opowieść o tytułowej bohaterce widzianej przez Renato. Z drugiej zaś, co zdaje się bardziej interesujące: historia Renato i jego dorastania do roli mężczyzny, co dzieje się właśnie poprzez spojrzenie na Malenę.

Spojrzenie

Na początku filmu Renato, który właśnie dostał od ojca rower (czemu towarzyszą słowa: teraz już jesteś mężczyzną), spotyka się z kolegami, którzy pokazują mu Malenę. W ten sposób bohater dołącza do wspólnoty dojrzewających chłopców, skupionej wokół Maleny. Rozmawiają zasadniczo tylko o niej, wpatrują się w nią w bezczelny sposób, a co więcej – jest ona jedynym obiektem ich fantazji. Malena staje się dla chłopców figurą młodzieńczego pożądania. Zresztą, nie tylko dla nich. Podobnie postrzegają ją dorośli w Castelcutò. Mężczyźni widzą w niej tylko przedmiot, którym można posłużyć się do tworzenia erotycznych pragnień, a nawet nikczemnie wykorzystać. Kobiety zaś traktują ją jako obiekt zazdrości.

Z czasem wizerunek Maleny zaczyna istnieć poza nią, a jej rzeczywista obecność w miasteczku ma mniejsze znaczenie niż wyobrażenie o niej. Wszyscy oczywiście plotkują, co komplikuje i niszczy życie Maleny oraz jej bliskich. Można powiedzieć, że mieszkańcy Castelcutò oskarżają bohaterkę o uwodzenie, choć tak naprawdę to oni uwodzą się i mamią swoim wyobrażeniem na jej temat.

malena

Uwodzenie

Przypadek Renato jest jednak inny. Oczywiście, on także daje się ponieść fantazjom na temat Maleny, zupełnie jak inni mężczyźni. Posługuje się wyobrażeniem kobiety do niezbyt chlubnych, choć w jego wieku chyba wybaczalnych, praktyk. Co więcej, staje się kimś w rodzaju podglądacza, czy też, jak dzisiaj byśmy powiedzieli, stalkera, dopuszczając się nawet kradzieży jej bielizny. Chłopiec jednak obserwuje ją bardzo dokładnie, zupełnie inaczej niż pozostali, którym wystarczył tylko własny konstrukt składający się z pożądania, kilku zapamiętanych obrazów oraz dużej dawki fantazji. Renato nie poprzestaje na swoich wyobrażeniach Maleny, ale idzie kilka kroków dalej, dzięki czemu poznaje prawdę o niej. Choć, podobnie jak inni, wykorzystuje ją do własnych celów, to jednak Malena w jego oczach jest osobą, a nie jedynie przedmiotem pożądania. Tymczasem dla niej Renato, ni to dziecko, ni dorosły, jest niezauważalny. Bohaterka nie zwraca na niego uwagi, bo jest przecież tylko chłopcem z tej samej miejscowości; chłopcem, jakich wielu. Dzięki temu Renato może ją z łatwością śledzić i podglądać, a to, ostatecznie, pomaga też Malenie i jej mężowi zacząć życie na nowo.

 

Dojrzewanie

Renato obserwuje Malenę, przestrzeń jej życia, i w pewien sposób jej towarzyszy. Wprowadza to chłopca w świat dorosłych, a zwłaszcza w jego uczuciowe i erotyczne aspekty. Dzięki temu Renato przechodzi coś w rodzaju kursu dorosłości i z chłopca staje się mężczyzną. Choć zupełnie ze sobą nie rozmawiają, to więź pomiędzy nimi, zbudowana tylko na jego spojrzeniu, okazuje się bardzo silna.

 

Opozycje

Osią filmu jest komplementarna opozycja „dystans/zbliżenie”. Widać ją przede wszystkim w kreacji świata bohaterów oraz w relacjach pomiędzy nimi. Są one oparte na (pozornie) nieprzekraczalnym dystansie oraz (fałszywych) próbach zbliżenia się. Malena ma dom na uboczu, właściwie poza miejscowością. W symboliczny sposób podkreśla to jej status – z jednej strony przynależy do wspólnoty, ale znajduje się poza nią. Kiedy widzimy Malenę po raz pierwszy, spacerującą w centrum Castelcutò, jedna z kobiet ironicznie mówi do swojego męża: już przeszła, koniec przedstawienia. Niczym w soczewce, sytuacja ta dobitnie pokazuje, jak Malena jest traktowana. Jej zwykła wizyta w mieście dla jego mieszkańców staje się widowiskiem, w którym tak naprawdę główna bohaterka nie bierze udziału. Ilekroć pojawia się w Castelcutò, stara się unikać spojrzeń, nie wchodzić w interakcje. Trzyma dystans, choćby wzrokowy, gdyż wie, że dla większości mieszkańców jest tylko obiektem pożądliwych lub zazdrosnych spojrzeń. Nawet na sali sądowej, gdzie wszyscy zebrali się jedynie dla niej, patrzy wyłącznie w stronę sędziego.

Jednocześnie to przemieszczanie się Maleny z peryferii do centrum pokazuje, jak bardzo mieszkańcy Castelcutò spragnieni są kogoś do obserwowania. Chcą też tworzyć czyjś obraz za pomocą własnych spojrzeń, bazujących na fałszywych zbliżeniach do obserwowanego obiektu. Właściwie każde pojawienie się bohaterki w tej przestrzeni to kolejny epizod, który kształtuje jej wizerunek w oczach mieszkańców. Dla Renato jej zaistnienie na jego terytorium ma zupełnie inne znaczenie. Wkraczając w jego życie, zostaje w nim na stałe. Chłopak obserwuje ją zarówno z bliska, jak i z dystansu. Oglądanie jej stanie się treścią jego życia, a przy okazji pokaże mu, jak wygląda świat dorosłych.

Warto podkreślić, że poszczególne ujęcia pokazują sam akt patrzenia, począwszy od szerokich kadrów, w których kamera podąża za Maleną na tle włoskiego krajobrazu, aż po zbliżenia płaczącego oka Renato. Większość ujęć to jednak próba przedstawienia sposobu, w który mieszkańcy Castelcutò i Renato patrzą na główną bohaterkę. Kamera naśladuje ich spojrzenia; za jej pomocą widzimy, do jakiego stopnia kobieta stała się jedynie obiektem do oglądania. Z jednej strony patrzymy oczami Renato – czy też z jego perspektywy; z drugiej, na przykład w scenie przyjścia bohaterki po pomoc do adwokata, oglądamy całą sytuację zza okna kancelarii, jakby bliscy świadkowie tej sceny byli zupełnie zbędni.

lente malena
Od spojrzeń do słów

Odchodząc nieco od spojrzeń i obrazów, zwróćmy uwagę na słowa z początku i końca filmu. Jak się okazuje, Malena jest wspomnieniem starszego już mężczyzny. W świetle jego wypowiedzi, Malena okazuje się szczególną osobą; osobą, która uformowała jego sposób postrzegania kobiet. Wyjaśnia się też, dlaczego cała historia opowiedziana jest w sposób nostalgiczny, czasami żartobliwy, a nawet momentami naiwny. Z jednej strony swego rodzaju dobrotliwy dystans właściwy jest przecież dla wszelkiego rodzaju wspomnień na temat własnego życia; z drugiej – patrzymy na nie przez pryzmat szczególnie istotnych scen, które najmocniej zapadły nam w pamięć.

Malena to dzieło, które możemy określić jako Bildungsroman, czyli (o)powieść o społecznym i kulturowym formowaniu się młodego bohatera. Renato daje uwieść się własnemu wyobrażeniu Maleny; przy okazji zaś poznaje świat dorosłych poprzez obserwowanie ich problemów. Czyni to trochę – powiedzielibyśmy – nieładnie, niegrzecznie, a nawet nielegalnie, bo przecież łamiąc granice czyjejś prywatności. Mamy jednak podstawy przypuszczać, że Malena – gdyby zobaczyła, jaką rolę odegrała w życiu młodzieńca – zapewne puściłaby do niego oko w geście przebaczenia.

Ilustracje: Stanisław Gajewski

Posted on

Włochy dla wybrednych: 5 miejsc do odwiedzenia poza szlakiem

1. Bergamo w Lombardii

Alternatywa dla: Mediolanu

Bergamo
Choć wielu podróżującym nazwa miasteczka kojarzy się głównie z portem lotniczym nieopodal Mediolanu, w istocie Bergamo to prawdziwa perełka na mapie Lombardii, której warto poświęcić osobny dzień na zwiedzanie. Punktem obowiązkowym są główne place miasta (Piazza Vecchia i Piazza del Duomo); każdego italofila zachwyci też moment zagubienia w plątaninie wąskich średniowiecznych uliczek. Wysokie położenie miasta gwarantuje piękne widoki, a męczące pokonywanie schodów zastąpi podróż jedną z miejskich kolejek (funicolari).

2. Portovenere w Ligurii
Alternatywa dla: Cinque Terre

Portovenere

Jeszcze dwa wieki temu wydawała się niemal odcięta od świata; dziś Riwiera Liguryjska jest jedną najpopularniejszych turystycznych destynacji. Tym, którzy pragną poczuć atmosferę regionu, polecamy zboczenie z obleganego szlaku i wizytę w Portovenere. Kolorowe budynki zawieszone nad morzem, XII-wieczny zamek rodu Doria i malowniczo położony kościół św. Piotra to tylko niektóre z atrakcji tej niewielkiej miejscowości. Jest tylko jeden haczyk: do Portovenere należy wybrać się samochodem bądź autobusem – do miasteczka nie docierają pociągi!

3. Cefalù i Ragusa na Sycylii 
Alternatywa dla: Taorminy

Cefalu
Jeśli nie nęcą Was drogie, turystyczne kurorty, zboczcie nieco z trasy. Cefalù (na zdjęciu) to rybacka miejscowość o charakterystycznych, białych budynkach, zadbanej, piaszczystej plaży i wielu ciekawych adresach. Przykład? W sercu starej części miasta znajdziecie niezwykłe miejsce: średniowieczną pralnię publiczną. Ragusę z kolei polecamy wielbicielom komisarza Montalbano, bohatera serii kryminałów pióra Andrei Camillerego. W filmowej adaptacji zagrała ona Vigatę – fikcyjne miasteczko, w którym rozgrywa się akcja powieści.

4. Cortona w Toskanii
Alternatywa dla:
Sieny i Pizy

Cortona
Tym razem nasz wybór uznać można za odrobinę przekorny: niewielka Cortona nie narzeka bowiem na brak turystów, głównie za sprawą bestsellerowej książki i filmu Pod słońcem Toskanii, których akcja rozgrywa się właśnie w tej okolicy.
Mimo, że angielski można tu usłyszeć na każdym kroku – spora część mieszkańców to obcokrajowcy, którzy, wzorem bohaterki książki, porzucili swoje ojczyzny i rozpoczęli tutaj nowe życie – warto dać miasteczku szansę, szczególnie poza sezonem. Zwiedzając Cortonę, można bowiem wciąż jeszcze cieszyć się jej oryginalnym, średniowiecznym charakterem: urokiem wąskich uliczek niedostępnych dla ruchu samochodowego, XII-wieczną zabudową i pamiętającą czasy Etrusków, imponującą Fortezza del Girifalco.

5. Oplontis (Torre Annunziata)
Alternatywa dla: Pompejów

AAAAA
Oplontis, czyli dzisiejsza Torre Annunziata, zalicza się do antycznych miast zniszczonych podczas wybuchu Wezuwiusza w 79 roku naszej ery. Choć turyści koncentrują się zazwyczaj na obejrzeniu Pompejów i Herkulanum, to, przebywając w  okolicy, nie można pominąć tego zachwycającego miejsca! Na zwiedzających czeka elegancka i doskonale zachowana rzymska willa, która  należała być może do samej Poppei Sabiny, żony cesarza Nerona. Zakonserwowane przez popiół freski nadal mienią się żywymi kolorami, roślinność bujnie zdobi ogród, a za kolumną wydaje się przemykać, otulona pallą, postać Sabiny…

zdjęcie wnętrza willi: Tierceron, licencja Creative Commons.

Posted on

Mediterranean i sekrety wisterii

Artykuł z serii: Perfumy pachnące Śródziemnomorzem

Zapachy, podobnie jak książki, opowiadają historie i odkrywają tajemnice. Czynią to językiem innym od powieści, a jednak równie przekonującym, trwale zapadającym w pamięć, grającym na emocjach, a zarazem przekazującym wiele konkretnych informacji. W niniejszej serii przedstawiać będę wybrane przeze mnie perfumy, które zamknięto we flakonach razem z opowiadanymi przez nie sekretami Śródziemnomorza.

śśródziemnomorskie perfumy

Elisabeth Arden Mediterranean 

Błękitna butelka amerykańskiej marki Elisabeth Arden wypełniona jest – przynajmniej pozornie – Morzem Śródziemnym w wersji mocno turystycznej; można powiedzieć – wakacyjnej i all inclusive. Jak to z all inclusive bywa, niekoniecznie znajdziemy tu to, co dla danego miejsca najbardziej reprezentatywne, ale raczej komercyjne odwzorowanie powszechnych oczekiwań, oparte na koniecznych uproszczeniach i schematach. W Mediterranean na próżno szukać bogactwa śródziemnomorskich ziół, aromatycznych traw czy soczystych cytrusów. Zamiast tego znajdziemy zapach basenu i  kremu do opalania, lekko podbity nie bardzo śródziemnomorską śliwką zmieszaną z aromatem glicynii, która łagodnie zwiesza się z hotelowej pergoli. Do tego zmysłowe piżmo przywodzące na myśl wieczorne dyskoteki, trochę orchidei z ogrodu w centrum kurortu i dalekie echo sandałowego drzewa. Jest lekko, turkusowo, słodko-słono, wypoczynkowo i słonecznie. Zdecydowanie nie odkrywczo, poetycko czy namiętnie, ale, jak na zorganizowane wakacje przystało, miło, trochę nijako, za to bezpiecznie i przewidywalnie.
Mediterranean Elisabeth Arden

Jednak i ten modry flakon może stać się przyczynkiem do poznania pewnej tajemnicy bujnej śródziemnomorskiej przyrody.

Mediterranean warto zwrócić uwagę na jedną, wspomnianą już powyżej, nutę zapachową. To glicynia, znana też jako wisteria, której zapach dosyć wiernie tutaj odwzorowano. Jest to roślina rzeczywiście typowa dla regionu śródziemnomorskiego, popularna chociażby w Ligurii i Toskanii, jednak tak naprawdę pochodząca z zachodniego Pacyfiku. Fakt ten oddają pełne formy jej polskiej nazwy: glicynia japońska, wisteria japońska, słodlin japoński. Ma ona formę kwitnących, podłużnych, zwisających gron, a jej pnącza – zwykle liliowe, liliowoniebieskie lub białe – pięknie ubarwiają ogrodowe mury, pergole i tarasy. Na nasz kontynent przybyła na początku XIX wieku, przywieziona przez angielskich podróżników z Ameryki, gdzie trafiła już wcześniej; we Włoszech uprawiana jest z całą pewnością przynajmniej od 1840 roku. Na Półwyspie Apenińskim, a także we Francji i Hiszpanii, znana jest przede wszystkim pod nazwą pochodzącą z języka greckiego i znaczącą tyle, co “delikatna roślina”, podczas gdy określenie “wisteria” nawiązuje do nazwiska osiemnastowiecznego badacza Kaspara Wistara, który zresztą nie miał z kwiatem nic wspólnego.

Nie to jest jednak w tej pachnącej roślinie najciekawsze.

Jak już powiedzieliśmy, glicynia pochodzi z Azji. Poza odmianą japońską uprawia się także wisterię chińską. Różni je kierunek, w którym wiją się ich pnącza. Wisteria sinensis oplata pergole od lewej do prawej, zaś odmiana japońska (Wisteria floribunda) od prawej do lewej.

Ze względu na ruch kuli ziemskiej rośliny pnące pochodzące z półkuli północnej rosną zawsze w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara. Zastanawia jednak, dlaczego odmiana japońska, pochodząca z kraju znajdującego się między 30° a 45° równoleżnikiem północnym, zachowuje się inaczej niż inne rośliny z tej części świata, chociażby glicynia chińska właśnie… Odpowiedź jest zaskakująca: dzieje się tak dlatego, że przed milionami lat dzisiejsza Japonia znajdowała się w południowej części globu. Na skutek ruchów tektonicznych, niczym wielka tratwa, żeglowała ku Północy z prędkością kilku centrymetrów rocznie. Stanowiło to proces tak powolny, że rośliny zachowały po dziś dzień swoje dawne cechy charakterystyczne, utrzymując w DNA pamięć minionych tysiącleci i przekazując je w darze ogrodom Śródziemnomorza.

Taka oto ciekawostka kryje się w wytwornych kielichach glicynii, których aromat odnajdziecie w niebieskim Mediterranean.

 

Więcej o śródziemnomorskich zapachach przeczytać można w Lente#02.

Posted on

Przeczytaj to, kiedy będzie Ci wstyd za samego siebie

Mam słabość do ławek. Jakkolwiek mocno bym się nie starała, nie zawsze żyję lente; często biegnę na oślep – szybko i bez refleksji. Czasem jednak, jeśli w odpowiednim momencie dojrzę gdzieś jedną z nich, przysiadam, żeby zadać sobie samej kilka pytań.

Na barwnych andaluzyjskich ławach, rzecz jasna, także – ich wybitna uroda skusi nawet najbardziej zapamiętałego biegacza. Pamiętam dobrze ten pierwszy raz: uprawiałam poranny jogging po uliczkach Marbelli, która budzi się do życia bardzo późno, bo i późno wstaje tutaj słońce. Była może siódma, może ósma, ale światło dopiero wyłaniało się zza horyzontu. Usiadłam wśród malowanych ciemnoniebieskich szlaczków i czułam, że jest mi wstyd. Mało co w moim życiu układało się tak, jak bym chciała, a ja, szamocząc się z rzeczywistością, pogrążałam się jeszcze bardziej, popełniając błąd za błędem. Fałszywe kroki mnożyły się jak szalone i nie wiedziałam już, czy lepiej tchórzliwie uciekać, czy brnąć przed siebie, a jednak w nieodpowiednim kierunku. Jakimś cudem znalazłam w sobie siłę, by wstać i biec dalej – dosłownie i w przenośni. Pamiętam jednak nadal to uczucie: nieznośnego wstydu za nieodpowiednie słowa, gesty, złe decyzje i nietrafne wybory; wrażenie, że coraz częściej nie lubię patrzeć sobie samej w oczy. Pomyślałam wtedy, że chyba najgorsze, co mi się w życiu przytrafiło, to właśnie ten wstyd za samą siebie – palący wyrzut sumienia.

Marbella ławka
“Moja” ławka w Marbelli

Od tamtej chwili minęło już kilka lat. Nadal czasem, gdy biegnę – czy to przez codzienność, czy dla zdrowia, po parku – lubię przysiąść i pomyśleć; ciągle też zdarza mi się czuć wstyd za rzeczy, o których wolałabym nie pamiętać. Jednak kilka dni temu, zupełnie przypadkiem, nowy punkt widzenia podarowała mi właśnie ławka, na której postanowiłam odpocząć. Ktoś, tuż koło niej, zapisał kredą na chodniku lekko zmienioną wersję aforyzmu Williama Faulknera: Nie odczuwasz czasem wstydu przed samym sobą? Znaczy, że nie dojrzewasz.

Pisarz-noblista mawiał, że jeśli choć raz na jakiś czas nie żałujemy własnego postępowania, to jest to dowód, że nie żyjemy szczerze. Co do swojej szczerości nie miałam nigdy zastrzeżeń, do rozwoju czy wyboru właściwej drogi – owszem. Jakiś anonimowy osiedlowy myśliciel, bogaty w kawałek miękkiej pomarańczowej cegły, pokazał mi jednak, że można spojrzeć na to inaczej.

Tego lata jadę do Hiszpanii spokojniejsza. Wstydzę się różnych rzeczy – niejednego gestu, decyzji czy słowa – ale tym razem usiądę na mojej ulubionej ławce, aby się ze swojego wstydu dyskretnie pocieszyć. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia… Zapraszam Cię, abyś usiadł koło mnie.

Posted on

Profumificio del Castello w Genui – miejsce, dzięki któremu powstała książka Cristiny Caboni

Zeszłego lata wymyśliłam sobie wycieczkę do Genui. Powodów miałam wiele: szukałam śladów pradziada mojej sąsiadki, który w dziewiętnastym wieku wyprawił się do Włoch i walczył w szeregach Garibaldiego; moja starsza córka marzyła o zwiedzeniu słynnego genueńskiego akwarium, ponoć największego w Europie, a mąż, miłośnik dobrej kuchni, chciał spróbować prawdziwego liguryjskiego pesto.

Ja, organizatorka wyprawy, miałam jeszcze jedną motywację. Motywację silną, ale nie wspominaną głośno – kto to słyszał, by jechać na drugi kraniec Europy, do tego w zaawansowanej ciąży, tylko po to, aby powąchać i zakupić perfumy?! Odpowiedzialnością za ten nieszablonowy pomysł obarczyć należy jednak nie mnie, ale doskonale Wam już znaną Cristinę Caboni i jej książkę Sentiero dei profumi (tytuł polski: Zapach perfum, wyd. Sonia Draga 2016).

Do napisania powieści zainspirował pisarkę pewien genueński adres, który wymienia na końcu książki: niewielkie, acz profesjonalne studio zapachu, otwarte przy tradycyjnej aptece i noszące nazwę Profumificio del Castello. Nazwa ta sprawiła zresztą, że, udając się do Genui, oczekiwałam scenerii rodem z bajki o księżniczkach. Zamiast tego, dźwigając swój wielki brzuch, musiałam odbyć długi spacer ruchliwą viale Francesco Gambaro, na domiar złego pnącą się wysoko pod górę, aby dotrzeć do niewielkiego lokalu, który w niczym nie przypominał zamku ani pałacu. To jednak właśnie on stał się przyczynkiem do stworzenia bardzo lubianej przeze mnie książkowej historii.

zapachy

Profumificio del Castello, dziś – zaledwie rok później! – operuje już pod kilkoma innymi adresami, choć zaczęło się skromnie: od założonej ponad 50 lat temu apteki. Marką zarządza dzisiaj Caterina Roncati, wnuczka pierwszych właścicieli. Było dla mnie bardzo istotne, aby kontynuować pracę moich dziadków i ojca – opowiada. – Wychowałam się tu, w tej aptece, otoczona ziołami, kosmetykami i specyfikami na różne dolegliwości. Bardzo wierzę w tradycję – jest to dla mnie synonim profesjonalizmu i wysokich kompetencji – podkreśla, poproszona o wspomnienie swojego dzieciństwa i początków kariery zawodowej.

Kariery, której wielu z nas bardzo jej pozazdrości: Caterina komponuje zapachy, tworzy receptury pachnideł i aromatycznych kosmetyków, prowadzi szkolenia olfaktoryczne. Mam wielkie szczęście – podkreśla z uśmiechem. – Ja nie tyle wykonuję mój zawód, co po prostu nim jestem. Rzeczywiście, o osobach takich, jak Caterina, mówi się, że są tak zwanymi nosami. – Świat zapachów uwiódł mnie do tego stopnia, że poświęciłam mu całe życie. Zachwyca mnie ich cicha perswazja, to, że tworzą w nas obrazy i wspomnienia, które są wieczne – nigdy nie da się ich usunąć. 

Wielką inspiracją jest dla Cateriny nie tylko jej rodzinna Liguria, ale cały basen Morza ŚródziemnegoWeźmy chociażby kalabryjskie i sycylijskie cytrusy, tureckie i marokańskie róże, zioła włoskiego wybrzeża, jaśmin i tuberozę z Grasse – wymienia z entuzjazmem. – Oczywiście nie jest tak, że moja praca polega tylko na zachwycaniu się aromatami; trochę czasu muszę także poświęcać sprawom praktycznym i pracy za biurkiem. Jednak skupiam się na tym, co w tym zawodzie najpiękniejsze. Codziennie wącham, smakuję, próbuję; w niektóre dni tworzę nowe kompozycje, w inne – oddaję się myśleniu o nich. Układam je w mojej głowie, rozkładam na czynniki pierwsze i ponownie składam w całość, aż pojawi się klarowna wizja tego, czym mają być, co odzwierciedlać, o czym opowiadać. Bardzo dużo czytam, szukam inspiracji w zasadzie wszędzie – w przyrodzie, w Internecie, w książkach… Przede wszystkim jednak bardzo dużo rozmawiam z moimi klientami.

kwiaty

Caterina, podobnie do głównej bohaterki powieści Cristiny Caboni, tworzy tzw. zapachy na miarę. – Staram się wyrazić perfumami emocje zamknięte w sercu danej osoby. Klienci przychodzą do mnie, chcąc stworzyć swój olfaktoryczny podpis, zapach, który będzie należał tylko i wyłącznie do nich. Jednak każdy z nas inaczej przeżywa, a także opisuje uczucia; podobnie jest z zapachami. Największym wyzwaniem jest więc dostrojenie się do języka używanego przez klienta, co nastąpić może tylko po naprawdę długich rozmowach. Formuły rozpisuję już sama: to bardzo intymny moment, podczas którego muszę pozostać w ciszy i odosobnieniu. Później zaczyna się mierzenie, odlewanie, mieszanie; następnie czekanie i… wąchanie.

Wszystkie te zabiegi – w mniemaniu wielu z nas niezwykle romantyczne – wymagają solidnej wiedzy i jeszcze większe praktyki. – Nos trzeba nieustannie szkolić – tłumaczy Caterina. – Sam talent nie wystarczy, konieczna jest dyscyplina. Poznawanie tysięcy nut zapachowych, porównywanie, wyszukiwanie podobieństw i różnic między kompozycjami to pracochłonne, czasami żmudne zajęcie.

logoprofumificio

Obserwując Caterinę przy pracy – podczas naszego spotkania przed kontuarem co i rusz pojawiają się kolejni chętni do zapachowych zakupów i konsultacji – nie mam wątpliwości, że wybrała profesję nie tylko odpowiednią, ale także po ludzku piękną. Jest skupiona na emocjach drugiego człowieka, słucha, a później tworzy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w swej działalności jest zarówno artystką, jak i terapeutką. Na zakończenie postanawiam jednak zadać jej pytanie bardzo konkretne: jakie nuty zapachowe najbardziej lubią klienci Profumificio del Castello? Które tworzone przez nią perfumy sprzedają się najlepiej? – Nasze laboratorium słynie z ciepłych, otulających zapachów pudrowych; bardzo ceniona jest też woda kolońska o zapachu morskiej soli, pełna świeżości, kojarząca się z wakacjami i skórą rozgrzaną promieniami słońca. Klientki chętnie pytają również o piżmo i nuty owocowe, które przypominają im wczesną młodość pełną beztroski. Lubiana jest także tuberoza – jedyny w swoim rodzaju, kusicielski biały kwiat. 

 Ta ostatnia wzmianka sprawia, że nie mogę powstrzymać się od nawiązania do drugiego numeru kwartalnika “Lente”. – Caterino, jaki zapach jest według ciebie najbardziej uwodzicielski? – pytam, pakując do torby moją nowo nabytą butelkę wody toaletowej o aromacie kwiatu gorzkiej pomarańczy. Moja rozmówczyni nie ma wątpliwości.

– Ten, który sprawia, że jesteś gotowa podbijać świat.

________________________________________

Perfumy, kosmetyki i mieszanki ziołowe tworzone przez Caterinę Roncati dostępne są w salonach Profumificio del Castello w Genui: przy viale Francesco Gambaro 2, przy via Pisa 3 i w nowych punktach, o których informacje znaleźć można na Facebooku.

Więcej o śródziemnomorskich zapachach przeczytać można w Lente#02.

Posted on

Szlakiem zapachu – rozwiązanie konkursu

Jakże pięknie pachną Wasze konkursowe komentarze! Nasze redakcyjne nosy są po prostu zachwycone!

Serdecznie dziękujemy Wam za udział w naszej aromatycznej zabawie, mając nadzieję, że powrót do zapachowych wspomnień sprawił Wam przynajmniej tyle samo radości, ile nam dostarczyło czytanie Waszych opowieści.

caboni

 

Nagrody – powieść Cristiny Caboni Zapach perfum – postanowiłyśmy przyznać osobom, które podpisały się następująco:

1) Bożena Krakowska

2) Magda Lena Lena

3) Joanna Kozłowska

4) Elżbieta Adamczyk.

Laureatki prosimy o przesłanie swoich adresów korespondencyjnych na info@lente-magazyn.com.

Dziękujemy!

Posted on

Twoje zdjęcie w Ambasadzie Chorwacji – wygraj rejs po Adriatyku!

Drodzy Czytelnicy,

z wielką radością pragniemy zaprosić Was do udziału w konkursie fotograficznym organizowanym przez portal Cromania.pl przy wsparciu Ambasady Republiki Chorwacji w Warszawie. Jako miłośnicy tego pięknego kraju, z dumą i niekłamaną przyjemnością zdecydowaliśmy się zostać partnerami przedsięwzięcia, a także przekazać nagrody dla osób, których prace zostaną wyróżnione w zabawie.

 

Cromania.pl Plakat 1

Główną nagrodą jest dwuosobowy rejs jachtem po Adriatyku, który ufundował Narodowy Ośrodek Informacji Turystycznej Republiki Chorwacji. Laureat II miejsca otrzyma voucher na pobyt w obiekcie wakacyjnym w Chorwacji od firmy Novasol. Pięć najlepszych najlepszych fotografii zawiśnie w siedzibie Ambasady Republiki Chorwacji w Warszawie, zaś ich autorzy otrzymają nagrody od sponsorów: naszej redakcji czyli magazynu Lente, Gran Turismo Polonia, Podravki i Tuloko.

Cromaniapl Plakat 2

 

Serdecznie zachęcamy Was do udziału w zabawie!

Szczegółowy regulamin konkursu dostępny jest tutaj.

Życzymy powodzenia i wielu wspaniałych podróży do Chorwacji!

Posted on

Mała czarna… herbata. 7 ciekawostek o ulubionym napoju Turków


Z rozkoszy tego świata ilości niepomiernej zostanie nam po latach herbaty szklanka wiernej – śpiewali niegdyś Starsi Panowie. Wiele w tej piosence prawdy: statystyczny Polak pije herbatę nawet 3-4 razy dziennie. Co więc zrobić, gdy, podczas wędrówek nad Morzem Śródziemnym, przestaje na wystarczać słodycz hiszpańskiej café bombón, a we włoskim barze, zamiast imbryczka intensywnej, czarnej herbaty, podają nam mdłe ziółka na ból brzucha? Odpowiedź jest prosta – najwyższy czas pojechać do Turcji!  W tym śródziemnomorskim kraju jest lepiej niż w Polsce – po szklaneczkę herbaty sięga się nawet kilkanaście razy dziennie! Specjalnie dla herbaciarzy serwujemy dziś garść ciekawostek na temat tego aromatycznego rytuału.

1. Turecki çay to najczęściej czarna, mocna herbata, podawana w charakterystycznych, tulipanowych szklaneczkach. Czasami można spotkać również herbaty aromatyzowane, jak herbata jabłkowa czy różana. Napój przygotowuje się w dwupoziomowym czajniczku zwanym demli; podczas gdy w dolnej części naczynia gotuje się woda, w górnej, z prażonych liści herbaty, powstaje aromatyczna esencja. Oba płyny miesza się w ulubionej proporcji już w szklance. Proces parzenia herbaty doskonale wpisuje się w turecki, niespieszny styl życia: zajmuje bowiem około 15-20 minut.

 

czaj
 

2. Polacy należą, zaraz po Wyspach Brytyjskich, do głównych konsumentów herbaty w Europie. Turcja natomiast jest krajem, gdzie herbaty pije się najwięcej na świecie. Szacuje się, że na jedną osobę przypada tutaj od 2,5 do 3 kg herbaty rocznie! Dla porównania, statystyczny Polak w tym samym okresie spożywa jej niewiele ponad 1 kg.

3. Tradycyjny çay przypomina nieco ulepek – pije się go bowiem z dwoma kostkami cukru. Niesłodzący mogą poprosić o sade çay (herbatę gorzką) bądź orta çay – napój z jedną kostką cukru. We wschodnich rejonach kraju nierzadko praktykuje się Kitlama Çay, czyli picie gorzkiej herbaty z kostką cukru wsadzoną pod język.

4. Nieodzownym elementem herbacianego rytuału są wspomniane wcześniej małe szklaneczki, nawiązujące swym kształtem do motywu tulipana, popularnego już we wzornictwie Imperium Ottomańskiego. Nie oznacza to, że nikt w Turcji nie pija herbaty z kubków. Jednak, cytując wymowne słowa mojego przyjaciela z Ankary – to naprawdę nie jest to samo…

 

czaj
Leniwe popołudnie przy herbatce w Stambule.

 

5. Niezależnie od pory roku, tradycyjny çay musi być bardzo gorący. Podobnie jak mieszkańcy krajów arabskich, Turcy wiedzą, że lodowate napoje pite w upały przynoszą ulgę tylko pozornie, w istocie uruchamiając zaś w organizmie procesy mające na celu jego natychmiastowe ogrzanie od środka. Mocny, gorący çay ma również właściwości zdrowotne – według wielu, chroni organizm przed chorobami krążenia, serca, niewydolnością mózgu, kłopotami z zapaleniem śluzówki, a nawet grypą.

6.  Chociaż w kraju Ottomanów herbatą częstuje się wszędzie – od kolejki w aptece, przez spotkanie biznesowe, po komisariat policji – warto wybrać się do tradycyjnej herbaciarni. Dzielą się one na dwie grupy. Lokale, w których przebywają głównie mężczyźni, grając w tavlę lub tryktraka, bądź po prostu paląc papierosy przy plotkach – noszą nazwę çayhane albo kıraathane. Z kolei aile çay bahçeleri, czyli rodzinne ogródki herbaciane, ulokowane zazwyczaj nieopodal placów zabaw czy parków, goszczą głównie kobiety z dziećmi.

7. Podróżując, warto przygotować się na to, że Turcy, z natury bardzo życzliwi i gościnni, będą częstować szklaneczką herbaty przy każdej sprzyjającej okazji. Cieszmy się więc głębokim smakiem wywaru, pamiętając, że rytuał picia herbaty jest nie tylko gaszącą pragnienie przyjemnością, ale również elementem towarzyskiej etykiety. 

Wiele ciekawych i smakowitych przepisów na śródziemnomorskie napoje znajdziecie w Lente#02.

Posted on

Między dwoma językami: hiszpański i euskera w Kraju Basków

Są takie miejsca w Europie, w których łączą się dwie różne kultury i tradycje. Społeczności, które je zamieszkują, mogą, z jednej strony, korzystać z bogatych doświadczeń obydwu kręgów kulturowych, z drugiej jednak, stoją przed niełatwym wyzwaniem zintegrowania odmiennych zwyczajów, chociażby tych językowych. To tego typu regionów należy malowniczy Kraj Basków – kraina położona po hiszpańskiej stronie Zatoki Biskajskiej, u stóp północnych Pirenejów.

Oprócz przepięknych krajobrazów, Kraj Basków (Euskal Herria po baskijsku, País Vasco po hiszpańsku) kojarzony jest z zaciętą walką o uznanie swojej odrębności od reszty Hiszpanii. Silne przywiązanie do określonej połaci ziemi, a co za tym idzie, nieidentyfikowanie się z Królestwem, ale z konkretną prowincją, jest na Półwyspie Iberyjskim zjawiskiem dość powszechnym. Pamiętajmy jednak, że oprócz niezliczonych różnic, istnieją pewne elementy, które łączą mieszkańców całej Hiszpanii. Należy do nich język – choć obfitujący w wielorakie odmiany dialektalne, to jednak wspólny dla całego kraju.

Baskijska enigma

W Kraju Basków obowiązują dwa języki oficjalne – hiszpański (nazywany też kastylijskim), należący do rodziny języków romańskich, oraz baskijski, tzw. euskera. Historia euskera oraz społeczności baskijskiej pozostaje dla nas tajemnicą. Przede wszystkim nie potrafimy jednoznacznie stwierdzić, skąd pochodzi lud baskijski i jak znalazł się na terytorium Hiszpanii. Wszelkie próby przyporządkowania baskijskiego do jakiejkolwiek rodziny języków kończą się niepowodzeniem – okazuje się, że całkowicie różni się on od wszystkich innych znanych nam języków europejskich. Co do jednego możemy być pewni: Baskowie w nieznanych nam okolicznościach znaleźli się na Półwyspie Iberyjskim, a następnie oparli się postępującej latynizacji kontynentu, skutecznie chroniąc swój język przed łacińskimi wpływami. Dzięki temu do dziś możemy podziwiać go w niezmienionym kształcie.

Powstaje oczywiście pytanie, jak długo będzie jeszcze w stanie oprzeć się silnemu naporowi coraz bardziej popularnego języka hiszpańskiego. Jak wskazują liczne badania, wśród społeczności baskijskiej możemy wyróżnić trzy podstawowe grupy. Do pierwszej zaliczamy osoby posługujące się tylko językiem hiszpańskim, do drugiej znające tylko język baskijski, a do trzeciej osoby dwujęzyczne. Ta ostatnia, z racji wielu działań propagujących użycie baskijskiego (np. w szkole, czy różnego rodzaju instytucjach), wydaje się być najliczniejsza. Okazuje się jednak, że wiele osób dwujęzycznych nie wykorzystuje w pełni znajomości obu języków – choć biegle włada baskijskim, na co dzień korzysta głównie z kastylijskiego.

zatoka biskajska

Adiós czy agur?

Kraj Basków to nie tylko przeplatające się języki, ale również dwie odmienne kultury. Z jednej strony, nie sposób odmówić Baskom hiszpańskości. W swojej nieustającej walce o uznanie ich odrębności zapominają, że dla stojącego z boku obserwatora pod wieloma względami nie różnią się od mieszkańców innych regionów Hiszpanii. Dzień rozpoczynają od słodkiego ciastka, które popijają przepyszną kawą z mlekiem. Turysta zwróci uwagę na proste elementy codziennego życia: uwielbiają wychodzić wieczorem do miasta, spotykać się z rodziną i przyjaciółmi, a jak bawić się, to całą noc, aż do świtu. Są otwarci, pomocni i towarzyscy. Co najważniejsze jednak, w dużej mierze posługują się językiem hiszpańskim! Na ulicy, w barach, sklepach, czy urzędach – wszędzie tam bez ustanku rozbrzmiewa kastylijski. Choć przez lata dzielnie bronili swojej niezależności i, mimo postępującej hispanizacji, udało im się zachować swój język i obyczaje, nie sposób nie zauważyć, że językowe obyczaje w dużej mierze dzielą z resztą kraju. Z drugiej strony, na każdym kroku zauważymy tu także obecność języka baskijskiego. Wszelkie napisy w przestrzeni miejskiej widnieją najpierw w esukera, a dopiero w drugiej kolejności w hiszpańskim. Na pożegnanie, obok standardowego ¡Adiós!, rozbrzmiewa ¡Agur! – jego baskijski odpowiednik. Baskowie każdego dnia lawirują pomiędzy dwiema rzeczywistościami językowymi, nierzadko poddając się urokowi języka hiszpańskiego przy jednoczesnym poszanowaniu dla swoich baskijskich korzeni.

Gdy na jednym terytorium współistnieją dwa różne języki, nieuniknione staje się ich przemieszanie. Bardzo często baskijskie słowa przeplatają się z hiszpańskimi, tworząc zabawny konglomerat w pełni zrozumiały tylko dla mieszkańców regionu. W języku hiszpańskim, na przykład, wiele słów pełni funkcję fatyczną – nie służy do przekazania konkretnej informacji, ale do podtrzymania kontaktu z rozmówcą. Stwierdzenia takie jak pues, a ver, o sea, czy entonces, często stawiane na początku zdania, odpowiadają naszemu „a więc”. Baskowie, rozmawiając w euskera, uciekają się do tego typu zwrotów, dzięki czemu każda wypowiedź nabiera hiszpańskiej melodii – niby większość słów ma swoje specyficzne, baskijskie brzmienie, jednak układ i rytm wypowiedzi nadają jej hiszpańskości.

Społeczność baskijska w jednym zdaniu potrafi łączyć dwie różne kultury, dwie tradycje, dwa całkowicie odmienne doświadczenia. Baskijska odmienność w naturalny sposób przeplata się z hiszpańską tożsamością, tworząc niespotykaną w innych zakątkach kontynentu mieszankę. Tak jak specyficzny jest Kraj Basków, tak osobliwe są językowe rozwiązania stosowane każdego dnia przez jego mieszkańców.

 

Zdjęcie główne: San Sebastian/Wikipedia; zdjęcie w tekście: Zatoka Biskajska/Commons

Posted on

Szlakiem zapachu: powieść Cristiny Caboni i konkurs

Powieść Cristiny Caboni Il sentiero dei profumi kupiłam dwa lata temu w Neapolu, w którym spędzałam kilka dni urlopu tuż przed dłuższym pobytem w Toskanii. Szukałam lekkiej, wakacyjnej, a przy tym niegłupiej lektury na sierpniowe wieczory. Trudno o większe wyzwanie dla księgarza! Jako osoba czytająca zawodowo, w ogromnych ilościach, jestem wymagająca i wybredna; rzadko też sięgam po tzw. literaturę popularną. A jednak propozycja wydawnictwa Garzanti przyciągnęła moją uwagę. Nic w sumie dziwnego – jako nieuleczalny zapachowiec zwyczajnie nie mogłam oprzeć się zaproszeniu do lektury poświęconej pięknym woniom.

 

Cristina Caboni

 

Z pobytu w Toskanii pamiętam niewiele: żyłam tym, co czytałam. A czytałam aromaty. Do tych opisanych w książce dołączał zapach pola, wysokiej trawy i kwitnących wszędzie szlachetnych irysów, wśród których rozstawiałam swój leżak, by spędzać z książką leniwe poranki. A potem, po zmierzchu, zapach parującej herbaty z bergamotką, oddających pokłon wieczorowi czerwonych róż hodowanych przez gospodynię i zmęczony oddech kamiennych murów, gdy przewracałam kartki przy akompaniamencie wytrwale brzęczących cykad. Wakacje zlały mi się w jedną wielką plamę zapachu, w której zanurzona była ja i historia opowiedziana przez Caboni.

Dziś ta naprawdę dobra i bardzo kobieca powieść wkracza do polskich księgarni dzięki katowickiemu wydawnictwu Sonia Draga. I choć książek do recenzji i przedstawienia Wam mam na swojej redakcyjnej półce co niemiara, z tą spieszyłam się szczególnie i z niekłamaną radością. Obok dwóch głównych cech wymaganych standardowo od wakacyjnej lektury – wartkiej narracji i romantycznej historii – znajdziecie tu bowiem także prawdziwą wartość dodaną: lekcję o świecie, którego, jak pisałam w niedawnym artykule o prowansalskim Grasse, wielu z nas zupełnie nie zauważa. Świecie zapachu i malowanych przez niego emocji. Świecie wypełnionym przez historie, które aromaty opowiadają równie przekonywająco, jak słowa, zapadając jednak w serce głębiej i trwalej, bo odwołując się do najbardziej pradawnego ze zmysłów.

Wkroczcie na pachnący szlak prowadzący przez 400 intrygujących stron. Przeczytajcie koniecznie.

 

Cristina Caboni. Zapach perfum (oryginalna wersja tytułu znaczy raczej tyle, co “szlak”, “droga zapachów”), Sonia Draga, Katowice 2016

 

Cristina Caboni

 

UWAGA! KONKURS!

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Sonia Draga mamy dla Was cztery egzemplarze książki Zapach perfum. Podarujemy je  autorom najciekawszych komentarzy zostawionych pod tym postem. Prosimy, by zawierały one odpowiedź na pytanie: “Jakie jest Twoje najważniejsze zapachowe wspomnienie?”

Szczegółowy regulamin zabawy, która potrwa przez najbliższy tydzień, dostępny jest tutaj: Regulamin konkursu SZLAKIEM ZAPACHU

Posted on

Dlaczego nie piszemy o polityce

Rejon świata, który najbardziej sobie ukochałyśmy, jest – tak dzisiaj, jak i w przeszłości – świadkiem błądzenia, łez, bólu i nienawiści. Jak nasza tytułowa soczewka, skupia w sobie zarówno całe piękno ludzkiego istnienia, jak i wszystko to, o czym wolałybyśmy zapomnieć: konflikty, wojny, terroryzm i strach.

A jednak nie zapominamy.

W naszej redakcji, drżącymi rękami, chwytamy za telefon, by zadzwonić do tureckich przyjaciół, gdy media podają informacje o zamachu w Stambule. Płaczemy z bezsilności, gdy świat obiega wiadomość o morderstwie w kompleksie Sarona w Tel Awiwie, który odwiedzamy często i chętnie, by cieszyć się smakami Południa, i gdy, jak to miało miejsce kilka dni temu, bezbronna, kilkunastoletnia dziewczynka zostaje zamordowana podczas snu w swoim domu. Na nasz fejsbukowy profil raz po raz wstawiamy zdjęcie drzewa oliwnego – niemego, wiekowego symbolu pokoju, który tyle już widział, tyle zniósł. Nie mogłybyśmy zapomnieć.

Nie zapominamy także, pracując nad tekstami dla Was. Na naszych stronach łączymy opowieści o Serbii, Bośni i Hercegowinie; o Syrii i Izraelu; o Grecji, Turcji i Cyprze. Wierzymy, że pokój przyniesie szukanie podobieństw, a nie podkreślanie różnic.

pokój

Nie znajdziecie u nas jednak dyskusji politycznych, jednostronnych opinii, oceniania. Nie szukamy prawdy po jednej lub drugiej stronie barykady, bo wiemy, że leży ona zawsze gdzieś po środku. Nie, nie uciekamy od tematów trudnych. Nie chcemy pokazywać Śródziemnomorza jako nieprawdziwej, wyidealizowanej krainy. Wierzymy jednak, że potrzebna jest światu przestrzeń wolna od polityki, a skupiona na tym, co w życiu piękne, dobre, przynoszące nadzieję.

Powyższe oświadczenie, jeśli takowym można go nazwać, publikujemy ze względu na liczne zapytania od Was, dotyczące kierunku, jaki obrał publikowany przez nas kwartalnik. Swój wpływ wywarły też na nas coraz powszechniejsze i coraz trudniejsze sytuacje, przydarzające się w redakcji: nie każdy współpracujący z nami autor akceptuje fakt, że na naszych stronicach decydujemy się nie poruszać pewnych kwestii.

Tych z Was, którzy chcieliby poznać bliżej motywy naszych działań, odsyłamy do fejsbukowego wpisu naszej redaktor naczelnej, który pojawił się na jej profilu w miniony weekend. Wpisu, który powstał w emocjach, ale który dobitnie pokazuje, że “Lente” dokonuje pewnego koniecznego, w swoich oczach, wyboru. Mamy nadzieję, że wybór ten spotka się z Waszym zrozumieniem i akceptacją. Już teraz serdecznie Wam za nie dziękujemy.

Posted on

Sprawdzone adresy: Grasse

Grasse jest miejscem, do którego zawitać powinien każdy miłośnik pięknych aromatów. A że mnie osobiście ciężko wyobrazić sobie Śródziemnomorze bez zapachu, myślę, że do tego prowansalskiego miasteczka wybrać musi się po prostu każdy, kto nosi w sobie choć odrobinę miłości do słonecznego Południa.

O ile na odkrywanie cudów Prowansji potrzeba lat, dekad, może nawet jeszcze więcej, o tyle Grasse jest miejscowością, która będzie idealną metą na krótki weekendowy wypad. Aby odwiedzić najważniejsze miejsca, starczy nam jeden dzień. Co trzeba mieć ze sobą? Trochę pieniędzy w portfelu oraz świadomość, że będzie to wycieczka pełna zakupowych pokus. Czego zdecydowanie nie brać? Infekcji, katarów, uczuleń – zwiedzanie Grasse z zapchanym nosem mija się z celem. W domu pozostawcie też wypchane kosmetyczki – Prowansja oferuje taką ilość naturalnych i pięknie wyglądających specyfików do pielęgnacji urody, że podróżowanie z zapasem kremów czy pachnideł będzie, mówiąc kolokwialnie, wożeniem drewna do lasu.

Grasse, typowe francuskie miasteczko regionu zwanego Alpami Nadmorskimi, na pierwszy rzu oka nie wydaje się miejscem szczególnie interesującym – ot, ładny plac główny, gdzie w sobotę odbywa się malowniczy targ; kilka wąskich uliczek, barów, sklepów z pamiątkami. I bardzo dobrze – więcej atrakcji niepotrzebnie odwracałoby naszą uwagę od trzech najważniejszych adresów… Zresztą nie oko ma tu przecież odgrywać największą rolę. Zdecydowanie ważniejsza będzie zupełnie inna część ciała!

 

ulica Grasse
Widok na typowej ulicy w Grasse.

 

Adres 1) Perfumeria Galimard
Galimard,  73 Route de Cannes, 06131 Grasse

Pachnący dzień warto zacząć od porannej wizyty w perfumerii Galimard, usytuowanej przy wylocie z miasteczka. Przed południem nasz nos jest wypoczęty, więc wszelkie zabawy olfaktoryczne będą zwyczajnie najprzyjemniejsze. Sama perfumeria Galimard, choć oczywiście elegancka i świetnie zaopatrzona, nie wyróżnia się niczym bardzo szczególnym… z wyjątkiem najlepszych, zdaniem wielu, zajęć z kompozycji perfum. Miejsce na około dwugodzinnych warsztatach należy zarezerwować wcześniej przez Internet. Szczęśliwi posiadacze biletu wstępu wprowadzeni zostają do sali, w której ustawione są biurka stanowiące miniatury tzw. organów perfumiarskich. Blaty wypełnione są trzema rzędami buteleczek stosowanych do tworzenia kompozycji: nutami głębi (zwanymi także nutami bazy), serca i głowy. Mieszamy je pod czujnym okiem pracowników zakładu, tworząc 50 mililitrów własnej kreacji zapachowej, której koszt wliczony jest w cenę warsztatów (ok. 50 euro). Za dodatkową opłatą można później zamówić także krem do ciała oraz żel pod prysznic z tej samej linii; jej składniki i proporcje przechowywane będą w komputerach Galimarda przez kilka lat.

MOJE STANOWISKO PRACY NA WARSZTATACH GALIMARD. STWORZYŁAM TU AMBROWO–RÓŻANE PERFUMY, NAD KTÓRYCH NOSZENIEM… JESZCZE SIĘ ZASTANOWIĘ. ?

 

Po warsztatach należy spodziewać się przede wszystkim dobrej zabawy – niekoniecznie zaś tego, że stworzymy na nich pachnidło swojego życia. Warto pamiętać, że najznakomitsi artyści poświęcają długie miesiące, a nawet lata, na dobranie odpowiednich proporcji perfum, które potem dostępne są w sklepach. Poza tym nasz nos, nieprzyzwyczajony do intensywnego wąchania, zastrajkuje zapewne po kilku buteleczkach. Przydatne będzie wówczas wtulenie go we własny rękaw oraz krótkie spacery na świeżym powietrzu.

Adres 2) Perfumeria i fabryka Fragonard
Fragonard, 7 Route de Cannes, 06130 Grasse

Siedziba domu Fragonard znajduje się dosłownie po drugiej stronie szosy; warto wybrać się tam więc zaraz po zabawie z nutami zapachowymi, także po to, aby zobaczyć, w jakich warunkach pracują profesjonaliści. Na miejscu odbyć możemy spacer po pięknie utrzymanych ogrodach, a następnie – około półgodzinną wycieczkę z przewodnikiem, który opowie nam o tradycyjnych metodach utrwalania zapachu, takich jak legendarny enfleurage, bazujący na zasadzie pochłaniania aromatów przez tłuszcze.

 

enfleurage
Oto, jak powstają tzw. absoluty uzyskiwane metodą enfleurage.

 

Będziemy też mogli zajrzeć przez szklaną ścianę do laboratorium chemików, poprzyglądać się czynnościom wykonywanym przez osoby pilnujące rozlewania i pakowania, a wreszcie trafić do rozległej przestrzeni sklepowej, gdzie sprzedawane są legendarne perfumy Fragonard, a także luksusowe kosmetyki tej samej firmy. Ja skusiłam się na kultową wodę Grain de Soleil (franc. “Ziarenko słońca”): orientalne cudo, które doskonale sprawdzi się po wakacjach dzięki pięknie zmieszanym nutom drzewa sandałowego, cynamonu, ambry, paczuli, irysu, kwiatu pomarańczy, róży i jaśminu.

 

perfumeria Fragonard
Zakupy w perfumerii Fragonard mogą być niebezpieczne dla portfela.

 

Adres 3) Międzynarodowe Muzeum Perfumiarstwa
Le Musée International de la Parfumerie, 2 Boulevard Jeu de Ballon06130 Grasse

Po przerwie, którą spędzić możemy na kosztowaniu specjałów południowofrancuskiej kuchni (w Grasse często tworzonych z użyciem jadalnych kwiatów), kontynuujemy zapachowe przygody w samym sercu miasteczka. Odwiedzić możemy tam trzeci z historycznych domów perfumeryjnych – Molinard, mieszczący się w pięknej, zabytkowej willi. Niecierpliwi powinni jednak od razu skierować się do Musée International de la Parfumerie. Na jego zwiedzanie warto zarezerwować przynajmniej dwie godziny.

 

Muzeum Grasse
Oto prawdziwa świątynia perfumiarstwa – najważniejsze muzeum w Grasse.

 

Ekspozycja w pierwszej kolejności pozwoli nam poznać podstawowe informacje związane z perfumiarstwem: do dyspozycji są liczne nagrania audio i video, sale projekcyjne, w których wyświetlane są filmy, a także ogród. Obok aromatycznych roślin, znajdują się w nim specjalne stanowiska, przy których powąchać możemy silniej skoncentrowane nuty.

 

Grasse
Te metalowe konstrukcje to stanowiska, przy których poznać można wiele ważnych nut zapachowych.

 

Następnie przechodzimy do działu historycznego: tu przyjrzymy się zapachowym preferencjom naszych przodków. W każdej sali nie tylko obejrzymy wielowiekowe flakony, ale również powąchamy nuty najbardziej typowe dla danego okresu historycznego, a także poznamy współczesne perfumy inspirowane daną epoką z przeszłości.

 

Grasse
Ekspozycja w muzeum zachwyci miłośników historii starożytnej.

 

Końcowa część tej swoistej świątyni zapachu poświęcona jest ostatnim dwóm wiekom perfumiarstwa. Tysiące flakonów i etykiet, rozważania na temat marketingu i promocji – wszystko to sprawia, że z muzeum wychodzimy z ogromem zarówno zmysłowych wrażeń, jak również przemyśleń i refleksji.

 

rzeźba Grasse
Rzeźba XVII-wiecznego perfumiarza, żegnająca zwiedzających przy wyjściu z muzeum, wykonana została w brązie przez polskiego artystę Tomka Kawiaka.

 

Grasse jest dzisiaj prawdziwym ewenementem. Produkowane tu naturalne aromaty dużo taniej pozyskuje się w innych krajach; dla przykładu, kilogram różanych płatków z tej okolicy kosztuje nawet kilkanaście razy więcej, niż ten sam surowiec pochodzący ze wschodu Europy. A jednak to Grasse pozostaje światową stolicą perfumiarstwa. Przyczyniła się do tego tradycja, która liczy sobie już blisko 200 lat; nie do przecenienia jest wiedza tutejszych specjalistów. Wielu z nich urodziło się w Grasse i wychowało (za przykład niech posłuży nam chociażby nos marki Hermès, słynny Jean-Claude Ellena); inni przyjeżdżają tu kształcić się i szukać inspiracji. Mnie w Grasse najbardziej zachwyciło nabożne wręcz skupienie na zmyśle, który wielu z nas zupełnie zaniedbuje. Nagle odkrywamy, że poza oczami, poza dłońmi, poza ustami mamy także nos, którym możemy poznawać świat, jego historie i tajemnice. Dodajcie do tego pola lawendy, uprawy róż i jaśminu, liczne tarasy widokowe (szczególnie polecam ten przy Place du 24 Août) i zapach morskiej bryzy. To właśnie, proszę Państwa, jest Grasse.

________________________________________

Więcej o Grasse i śródziemnomorskich zapachach przeczytać można w Lente#02.

Posted on

Twarz chmur. La faccia delle nuvole Erriego De Luki

Cieniutka La faccia delle nuvole (włos. ‘Twarz chmur’) ucieszyła mnie jak dziecko, bo jest to kontynuacja mojej ukochanej książki W imię matki (o której pisałam tutaj). Kontynuacja zupełnie inna od części pierwszej, mniej poetycka, rozpisana na głosy, ale nie mniej zachwycająca. Tym razem przyglądamy się życiu Świętej Rodziny głównie z perspektywy Józefa. Pastuszkowie w żłobie przemawiają do Maleńkiego po neapolitańsku, a mąż Marii denerwuje się na ludzi, którzy na siłę szukają podobieństw między nim a Synem…

zrzut

Tytuł opowieści Erriego de Luki odnosi się właśnie do tej złości, jakże mądrej, jakże usprawiedliwionej. Po co szukać w dzieciach podobieństw do tych, którzy byli przed nimi? W oczach każdego z nich jest przecież nowe piękno, nowy blask. I odbicie chmur szybujących po błękitnym niebie.

Warto, by po książkę sięgnęli wszyscy znający włoski rodzice. Nie tylko ci religijni… Choć religijności neapolitańskiego mistrza słowa, na szczęście, daleko do tej, którą znamy z niejednej świątyni.
Erri De Luca, La faccia delle nuvole, Feltrinelli 2016

Posted on

Brescia w Warszawie

Lubimy włoską sztukę. Jesteśmy dumni z tego, że odwiedziliśmy wielkie galerie malarskie w Rzymie, Florencji, Mediolanie czy Wenecji. Możemy godzinami opowiadać o Michale Aniele i Leonardzie da Vinci; erudycyjnie wtrącamy jakieś uwagi na temat Piera della Francesca czy Donatella. Włoski renesans nie ma przed nami tajemnic. I nagle ten tytuł na plakacie: „Brescia. Renesans na północy Włoch. Moretto – Savoldo – Moroni. Rafael – Tycjan – Lotto”. Pojawiają się wątpliwości. Gdzie dokładnie leży Brescia? I kim są Moretto, Savoldo czy Moroni?

Błogosławiący Chrystus
Błogosławiący Chrystus, Rafael Sanzio, ok. 1505-1506 r.

Bez wątpienia nowa wystawa w warszawskim Muzeum Narodowym nie należy do najłatwiejszych. Wymaga przygotowania lub przynajmniej gotowości, by zanurzyć się we włoskie malarstwo nieco głębiej niż zazwyczaj. Można, rzecz jasna, skupić się na kilku dziełach znanych artystów: jest Rafael i jego Błogosławiący Chrystus, są Tycjan, Tintoretto i Lorenzo Lotto. Ale to zaledwie okruch i to nie ich dzieła tworzą tak naprawdę klimat tej wystawy. Warto więc oddać się we władanie prowincji i dopuścić do głosu nazwiska mniej oczywiste.

Na wystawie znajdują się dzieła z Pinacoteki Tosio Martinengo w Brescii, z Accademii Carrara w Bergamo i z włoskich kolekcji prywatnych, a także kilkanaście płócien ze zbiorów polskich. Sztuka północnych Włoch, rozpięta między wpływami Mediolanu i Wenecji, sięgająca po zdobycze malarstwa włoskiego i niderlandzkiego, jest oryginalna i ujmująca. Zachwyca w niej dążenie do realizmu i detalu, staranność i dopracowanie. Na uwagę zasługują szczególnie portrety, pełne powagi i harmonii. Mistrzowskie wykonanie podkreśla charakter postaci. Warto przyjrzeć się fakturze materiałów, załamywaniu się światła, półtonom i półcieniom, precyzji i drobiazgowości w tworzeniu portretowej rzeczywistości.

Dosso Dossi
Jowisz malujący motyle, Merkury i Cnota, Dosso Dossi, ok. 1524 r.

Na wystawie każdy zwiedzający podąży zapewne swoją własną ścieżką, zgodnie z tym, co mu w duszy zagra. Mnie zaintrygował Dosso Dosi i jego płótno Jowisz malujący motyle, Merkury i Cnota; zatrzymałam się dłużej przy Madonnie z dzieciątkiem Giovanniego Belliniego. Wrócę jeszcze, by zanurzyć się w przedziwną rzeczywistość na obrazie Luki Mombella Immacolata i Bóg Ojciec; przy ponownej wizycie nie pominę też na pewno czułego Pokłonu Pasterzy pędzla Lorenza Lotta. Z całą pewnością nie zapomnę także o starodrukach, interesująco wyeksponowanych przez Borisa Kudličkę – zawsze wywołują one u mnie dreszcz wzruszenia, a wraz z ceramiką, skrzyniami i innymi przedmiotami użyteczności codziennej stanowią doskonałe dopełnienie wystawy.

Pokłon pasterzy
Pokłon pasterzy, Lorenzo Lotto, 1530 r.

Warto zobaczyć warszawską wystawę na własne oczy. Warto osobiście zachwycić się lub wzruszyć, niekoniecznie zresztą najważniejszymi dziełami. Piękno sztuki polega na tym, że inspiruje, a nie zmusza. Wystawa w stołecznym Muzeum Narodowym na pewno zaprasza do własnej wędrówki. Którędy pójdziemy, zależy wyłącznie od nas, ale wyruszyć w tę podróż trzeba.

Wystawa potrwa do 28 sierpnia 2016 roku.

 

Posted on

Sprawdzone adresy: San Sebastian – Donostia (część 2)

Zachęcając Was do bliższego poznania San Sebastian, przez Basków zwanego Donostią, prezentujemy dziś drugą część sprawdzonych adresów w tym mieście. Tym razem zapraszamy na spacer, posiłek i chwilę relaksu!

Spacerowym krokiem

 Donostiarras, czyli mieszkańcy San Sebastian, do perfekcji opanowali sztukę spacerowania, które bezsprzecznie stanowi jeden z najważniejszych miejscowych rytuałów. Codziennie, bez względu na pogodę i porę dnia, samotnie lub w towarzystwie, dan una vuelta (przechadzają się) po plażach, promenadach i ulicach miasta. Często bez konkretnego celu. Tak naprawdę jest nim sam spacer: cieszenie oczu widokiem ukochanego miasta, odkrywanie na nowo dobrze znanych zakątków. Przechadzka stwarza też często idealną okazję do pochwalenia się dobrą nowiną napotkanym znajomym lub do niezobowiązującego ponarzekania sobie na to i owo.

fot. Eliza Kiljanek

Biorąc przykład z tubylców, po śniadaniu w jednej z licznych kawiarni w dzielnicy Gros, warto wyruszyć promenadą z plaży Zurriola. Zwróćcie uwagę na dyskretny urok kamienic w stylu racjonalistycznym i kontrastujące z nimi nowoczesne centrum kongresowe Kursaal, znajdujące się tuż przy ujściu rzeki Urumea do morza. To tam odbywają się najważniejsze festiwale, a latem koncerty. Przejdźcie przez zabytkowy most Zurriola; zerknijcie na Teatr Victoria Eugenia oraz luksusowy hotel Maria Cristina – oba obiekty w stylu Belle Époque usytuowane są tuż nad brzegiem rzeki. Spacerując promenadą Paseo Nuevo, trudno nie zachwycić się otwartą przestrzenią i falami dramatycznie rozbijającymi się o klify. Przy jednej z bocznych uliczek dostrzec można intrygującą architektoniczną mieszankę: odrestaurowany klasztor dominikanów z XVI-tego wieku, do którego dobudowano nowoczesny budynek. Jest to muzeum San Telmo (Stare Miasto, Plac Zuloaga) – prawdziwa świątynia wiedzy na temat historii Basków. Po drodze napotkamy także kolejny interesujący twór, jakim jest Construccion vacia (Pusta struktura) – rzeźba baskijskiego artysty Jorge Oteiza.

Latem, zszedłszy do portu, trzeba koniecznie skorzystać ze sposobności popłynięcia statkiem na wyspę Santa Clara, pamiętając o zabraniu ze sobą stroju kąpielowego i prowiantu, a także… dużej ilości wolnego czasu, szczególnie wieczorem, aby móc napawać się widokiem tamtejszego zachodu słońca. Warto także kontynuować spacer wzdłuż zapierającej dech Zatoki La Concha. Minąwszy El Pico de Loro – niewielkie skały dzielące plaże Concha i Ondarreta – dotrzemy do el Antiguo. Jest to tętniąca życiem, uniwersytecka część miasta, pełna wszelkiego rodzaju sklepów, barów i restauracji. Jeśli nie męczy nas lęk wysokości, można wjechać zabytkową kolejką Funicular na pobliskie wzgórze Igeldo i podziwiać miasto z niezwykłej perspektywy. W drodze powrotnej nie wolno przegapić rzeźby Eduarda Chillidy El peine del viento (Grzebień wiatru). Szczególnie pięknie prezentuje się ona przy dużych falach.

grzebień wiatru
Grzebień wiatru, rzeźba Eduarda Chillidy, fot. Eliza Kiljanek

Do zjedzenia

Apetyt po długim spacerze na pewno znacząco wzrośnie. Jeśli zaś chodzi o doznania kulinarne, w San Sebastian rada jest jedna: mapę trzeba schować do kieszeni i zaufać zmysłom! Kulinarna stolica Kraju Basków słynie z pintxos (wym. pinczos), czyli baskijskich tapas. Nie brakuje tu także ekskluzywnych restauracji nagradzanych gwiazdkami Michelina. Idealnym miejscem na posmakowanie lokalnych specjałów w towarzystwie szklaneczki cydru jest La Parte Vieja (Stare Miasto). Szczególnie warte polecenia są serwowane wszędzie przekąski gorące: brocheta de gambas (szaszłyk z grillowanych krewetek), chipirones a la plancha (grillowana sepia z czosnkiem i przyprawami), solomillo a la plancha (grillowana polędwiczka). Dodatkowo można zamówić calamares fritos (smażone kalmary), patatas bravas (smażone ziemniaczki w ostrym sosie pomidorowym) czy pimientos de padron (zielone grillowane papryczki). Lokalna tradycja nakazuje napić się i zjeść pintxo w jednym barze, a następnie zmienić miejsce i… powtórzyć.

Bar Gandarias (Stare Miasto), fot. Eliza Kiljanek

Kto ma ochotę na ostrygi i lokalne białe wino txakoli, niech wybierze się koniecznie do Kata 4 (Centrum, Santa Katalina kalea 4, http://www.kata4.com). Nie wolno pominąć także nowego lokalu w Antiguo, zwanego Drinka (Matia Kalea, 50, http://drinkadonosti.com). Wyróżnia go nowoczesny, minimalistyczny wystrój, przyjazna obsługa i, przede wszystkim, przepyszne francuskie małże w sosie z białego wina, z czosnkiem i pietruszką. Koniecznie spróbujcie także burgera z tuńczyka z guacamole i Papas Caseras – smażonych ziemniaczków podawanych z trzema różnymi sosami. Na wyśmienite tosty wybierzcie się natomiast do baru Pepe (Avenida de Zumalaccaregui 3), usytuowanego w pobliżu plaży Ondarreta. Szczególnie godne polecenia są te z foie, grillowaną zieloną papryką, dojrzewającą szynką i serem. Na kolację wypróbujcie później do Chin-Chin (Centrum, Garibai Kalea 5, http://chinchindonosti.com), które słynie z międzynarodowej kuchni, ostrych smaków, koktajlów i awangardowego wnętrza.

Relaks w dobrym stylu

Miłośnikom życia nocnego San Sebastian oferuje niezliczoną ilość możliwości. Szczególnie popularne są spotkania na drinka w porcie lub na Starym Mieście. Do najbardziej lubianych lokali należy Atari (Stare Miasto, Mayor Kalea 18, http://gastroleku.com): tętniący życiem bar, który sąsiaduje z majestatyczną, barokową bazyliką Santa Maria del Coro. Aby posłuchać muzyki na żywo i wypić lokalne piwo (na przykład MalaGisona), odszukajcie natomiast ukrytą w starej kamienicy klubokawiarnię DabaDaba (Egia, Mundaitz Kalea, 8, http://dabadabass.com). Po zachodzie słońca warto wyjść tam na klimatyczne, oświetlone lampkami patio. Może zakręcić się w głowie!

Mieszcząca się w pobliżu oryginalna przestrzeń Casa del Vacio (Egia, Mundaitz Kalea, 14) to loft na dachu starej kamienicy, w stylu bauhaus, połączony z ogrodem i patio. Odwiedźcie ją, by podziwiać widok na miasto, a także zapoznać się z bogatym programem wystaw, koncertów i innych atrakcji. Podobnie uczynić warto z lokalem Undermount (Igeldo, Paseo Aita Orkolaga 46, sprawdźcie na Facebooku), gdzie organizowane są m.in. warsztaty i spotkania literackie. Lokal mieści się na szczycie wzgórza Igeldo w… starym kurniku, tuż obok renomowanej restauracji Akelarre (www.akelarre.net – trzy gwiazdki Michelina).

Undermount
Undermount, fot. Eliza Kiljanek
Posted on

Noc świętojańska we Włoszech

Noc świętojańska Polakom kojarzy się głównie z rozmaitymi obrzędami pochodzącymi z tradycji słowiańskiej, akcentującymi współistnienie wody i ognia, Słońca i Księżyca. Jednak nad Morzem Śródziemnym, a w szczególności na Półwyspie Apenińskim, jest to równie istotny moment w kalendarzu. Doczekał się licznych nazw: oprócz najbardziej oczywistej – Notte di San Giovanni – określa się go także mianem Giorno del Mago Beato oraz La Notte delle Streghe, bowiem podobno to właśnie wtedy czarownice najintensywniej rzucają czary.

Przepis na urodę
Czaruje także, albo przede wszystkim, natura. W Italii od wieków właśnie w ostatniej dekadzie czerwca najchętniej zbiera się zioła. Dzisiejszej nocy mają one podobno zwiększyć swoje moce terapeutyczne (i magiczne, bo jedno, jak to w prastarych wierzeniach, nieodłącznie miesza się z drugim). I tak na przykład, szałwia stanie się dziś potężnym antidotum na działania złych duchów; werbena zapewni pokój i dobrobyt; rozmaryn, zawieszony nad wejściem do domu, odgoni rozmaite diabły i wiedźmy. Warto także zaopatrzyć się w czosnek (uważany za silny talizman – wiadomo, dlaczego) i lawendę. Można zmieszać te wszystkie ingrediencje, dodać jeszcze kilka innych (np. mandragorę), zalać wodą i wystawić na noc na podwórze w przepastnej balii. Rano będziemy delektować się cudownymi właściwościami świętojańskiej mikstury. Zalicza się do nich nie tylko ochrona przed wszelkimi możliwymi chorobami i czarami, ale także zbawienny wpływ na kobiecą urodę. Ten weekend może należeć do Was, drogie panie!

Dla ambitnych
Czosnek i lawenda to jednak opcja dla leniwych. Najlepiej byłoby zdobyć cud natury – kwiat paproci, nazywany po włosku fiore della felce. Szczęśliwiec, któremu uda go się zerwać (kwiat otwiera się tylko tej jednej, jedynej nocy, na bardzo krótką chwilę), po uprzednim stoczeniu walki z Szatanem, obdarzony zostanie mocami nadprzyrodzonymi i nieograniczoną wiedzą. Oczywiście, wybór należy do nas. Możemy ograniczyć się do bycia pięknymi – kto powiedział, że musimy należeć także do najmądrzejszych?

 

rosa

 

La guaza ‘d San Zvàn la guarès ogni malàn
Wiadomo, że sprzymierzeńcem urody jest sen, dlatego dobrą wiadomością jest to, że włoskozorientowane czarodziejki wcale nie muszą dzisiaj zarywać nocy. Wystarczy w miarę wczesna pobudka w piątkowy poranek, przynajmniej według mieszkańców regionu Romania (to oni ukuli zacytowanie wyżej powiedzenie: Rosa św. Jana leczy każdą dolegliwość). Rosa (włos.: rugiada, w dialekcie: guaza) iskrząca się w jutrzejszym porannym słońcu, według pradawnych wierzeń, będzie doskonałym lekiem na wszelkie choroby. I to nie tylko te cielesne (szczególnie dolegliwości skórne), ale i duchowe! Podobno przejście po niej bosymi stopami ma chronić od wszelkiego zepsucia lub, innymi słowy, korupcji. Na łąki i pola dobrze więc byłoby wysłać jutro wszelkiej maści polityków…

Jajko z niespodzianką
Noc świętego Jana to moment szczególny dla zakochanych, a także dla panien na wydaniu. Po uprzednim udekorowaniu sieni kwiatami, które przyciągną miłość i łaskawe spojrzenie upragnionego kochanka, dziś właśnie powinny oddać się wróżbom i patrzeniu w przyszłość. Najsłynniejszą włoską wróżbą świętojańską jest zaś czytanie z… jajka. A dokładnie z białka, które wlewa się wieczorem do butelki z wodą i zostawia na noc na parapecie. Rano powie nam, co nas czeka. Jeśli białko rozleje się na kształt kwiatu, przed nami same pozytywne wydarzenia. Krzyż symbolizuje śmierć, wieża – konieczność przeprowadzki, dwie wieże – ślub. Można także odgadnąć profesję przyszłego małżonka – białko w kształcie owcy to oczywiście pasterz; podkowa oznacza kowala. Trudno powiedzieć, jak z prawnikiem, informatykiem albo handlowcem, ale zapewne i na nich jest jakiś sposób!

Życzymy Wam niezapomnianych wrażeń tej nocy; jutro zaś koniecznie dajcie znać, jak było.

Tekst opublikowano kilka lat temu na stronie magazynu o Włoszech “La Rivista”, prowadzonego przez nas zespół.