Posted on

Już jest! E-book Julii Wollner: “Wakacje przez cały rok”

mockupebook

Koniec wakacji nie kojarzy się z niczym przyjemnym – dla większości z nas oznacza powrót do monotonii i nieciekawych codziennych obowiązków. A przecież tylko od naszego podejścia zależy, czy wakacje będą jedynie przerywnikiem szarej codzienności, czy może raczej inspiracją do zmian. Na 30 stronach e-booka Julia Wollner, redaktor naczelna kwartalnika „Lente”, dzieli się szeregiem pomysłów na to, jak czuć się dobrze tu i teraz, oraz jak przenieść śródziemnomorską radość życia do własnego domu. Tekst opatrzony został obszernym komentarzem psycholożki Joanny Tarasiewicz–Krajewskiej.

Zamów swój ebook tutaj.

Obejrzyj wideo, w którym Julia Wollner opowiada o e-booku:

Kiedy mowa jest o podróżowaniu, wakacjach i zwiedzaniu świata, przed oczami stają nam zwykle te same obrazy: pakowanie walizek, składanie map, opracowywanie tras i rosnąca ekscytacja. Rzadko, nie wiedzieć czemu, nasze myśli skupiają się na powrotach z wojaży, a przecież są one nieodłączną częścią tego samego procesu. Z różnych względów może nawet ważniejszą, bo, jako moment porządkujący doświadczenie, budują pomost między podróżą odbytą a tymi, które jeszcze przed nami. Powrót jest też tym etapem podróżowania, który charakteryzuje się zdecydowanie wyższym poziomem kontroli: o ile nie mamy pełnego wpływu na to, co zdarzy nam się podczas odwiedzania nowych zakątków świata, o tyle możemy samodzielnie zdecydować, jak na nabyte wspomnienia, wiedzę i emocje spoglądać będziemy z perspektywy czasu.
W notatkach, które trzymasz właśnie przed oczami, postanowiłam podzielić się swoimi obserwacjami na temat wakacyjnych powrotów. Znajdziesz tu garść refleksji, ale przede wszystkim praktycznych porad i podpowiedzi. Spisałam je nie dlatego, że uważam się za specjalistę w temacie, choć podróżuję bardzo dużo i często, wiele czytam i analizuję, ale raczej po to, aby zainicjować wymianę pomysłów na to, jak moment – który dla większości z nas jest niestety trudny i mało przyjemny – zamienić w coś pozytywnego i radosnego. Mam nadzieję, że wspólnymi siłami sprawimy, że koniec wakacji będzie od dzisiaj chwilą wzbogacającą i na swój sposób wyczekiwaną, bo oznaczającą możliwość odbycia kolejnej, fascynującej podróży: do uważniejszego życia.
 (ze wstępu)

Posted on

Gary Paul Nabhan, Kumin, kakao i karawana

Kiedy europejskie kraje Śródziemnomorza spowijała jeszcze przedhistoryczna mgła, na Bliskim Wschodzie rodziła się już kultura. Pachnąca korzennymi przyprawami, oparta na podróżach wzdłuż coraz to nowych handlowych szlaków, które po kilku tysiącleciach doprowadziły nas do wypowiedzenia hasła “globalizacja”. Kultura, w której ekonomia przenikała się i nadal przenika z polityką, chemią i alchemią. Kultura, w której Turcy spotykają się z Persami, Żydzi z Nabatejczykami, Fenicjanie z Arabami, a każda z tych grup etnicznych wnosi swój wielki wkład w jej rozwój i nieustanne trwanie.

Dzięki książce Gary’egoPaula Nabhana opublikowanej przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego dołączamy do karawan, które za cel obierają sobie odległe krańce ziemi; poznajemy świat egzotyczny, a jednocześnie leżący u podstaw tego, czym jest nasza dzisiejsza rzeczywistość. Przyglądamy się procesom, czynnikom, częściom składowym wielkich zmian, które zachodziły na ziemi, odkąd człowiek poznał moc smaków i aromatów.

Kumin, kakao i karawana

Smaki i aromaty stanowią zresztą nie tylko punkt wyjścia dla tej znakomitej publikacji; są także jej treścią, wręcz esencją, bo każda stronica przesiąknięta jest egzotycznymi zapachami. Opisywane zarówno między wierszami, jak i w gromadzących najważniejsze informacje ramkach, zawierają się w opiniach historyków i botaników, a także unoszą znad licznych i niezwykle ciekawych przepisów kulinarnych. Ich historia sięga nieraz czasów dawno zapomnianych, a litanie nazw, jakie nadawano im przez tysiąclecia, przypominają o drodze bezustannie przemierzanej przez śródziemnomorskiego człowieka, tak w czasie, jak i przestrzeni.

Kumin, kakao i karawana stanowi doskonałe połączenie publicystyki, rozprawy naukowej, książki kucharskiej i eseju. Wśród daktylowych palm, orientalnych bazarów, wśród piasku pustyni i nad brzegiem morza przypomina, że to, co jemy, karmi nie tylko nasze ciało, ale i umysł. Smaki Śródziemnomorza w każdym kęsie skrywają bowiem długą i fascynującą historię.

Gary Paul Nabhan, Kumin, kakao i karawana – odyseja aromatyczna, tłum. Barbara Gutowska-Nowak, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2016

________________________

Obszerny artykuł na temat śródziemnomorskich aromatów znajdą Państwo w Lente#02 (do zamówienia tutaj: klik).

Posted on

Trzęsienie ziemi w centralnej Italii – dowiedz się, jak możesz pomóc!

24 sierpnia 2016 roku trzęsienie ziemi o sile 6,2 stopni w skali Richtera niemal zrównało z ziemią miasto Pescara del Tronto i zniszczyło dużą część miast Amatrice i Accumoli. W ciągu 3 godzin po nim doszło do ponad 40 wstrząsów wtórnych, w tym wielu powyżej 5 stopni. Według naukowców wstrząsy będą występowały nadal – nie wykluczają oni także kolejnego bardzo silnego, o sile dochodzącej do 6 stopni w skali Richtera.

Amatrice położone jest w północnej części regionu Lacjum. Nazywa się je miastem 100 kościołów; dopiero co zostało wpisane na listę najpiękniejszych włoskich miasteczek. Pobliskie Accumoli leży w sercu Gran Sasso i Parku Narodowego Monti della Laga i … było piękne. Pescara del Tronto natomiast to maleńka miejscowość w regionie Marche, którą przecina La Salaria – starożytna droga łącząca Rzym z Morzem Adriatyckim. Miasteczko położone jest między dwoma obszarami chronionymi: Parkiem Narodowym Gór Sybillińskich oraz Parkiem Narodowym Gran Sasso i Monti della Laga.

Miasteczek, które ucierpiały w trzęsieniu ziemi, jest znacznie więcej – te jednak stały symbolem sierpniowej tragedii. Jako miłośnicy Włoch czujemy się zobowiązani choć w minimalnym stopniu wspomóc poszkodowanych, jak również zachęcić Was – Czytelników – do aktywnego włączenia się do tej pomocy. Razem z nami czyni to grupa blogerów, dziennikarzy i organizacji italofilskich z całej Polski.

 

Akcja-blogerzy-Włochom

 

Jak to zrobić?

WSPIERAMY AKCJĘ CARITASU

Caritas zorganizował akcję zbiórki pieniędzy dla ofiar trzęsienia ziemi we Włoszech. Można wpłacać nawet najdrobniejsze sumy lub wysłać SMS-a.

SMS z hasłem POMAGAM numer 72052 (koszt 2,46 z VAT)

wpłaty na konto Caritas Polska PL 77 1160 2202 0000 0000 3436 4384  z dopiskiem WŁOCHY

O szczegółach akcji Caritasu można przeczytać tu: http://www.caritas.pl/caritas-dla-ofiar-trzesienia-ziemi-we-wloszech/

INNE AKCJE, KTÓRE WARTO WESPRZEĆ

Można także wpłacać pieniądze na konto włoskiego Czerwonego Krzyża, CROCE ROSSA ITALIANA (Servizio donazioni).

Tytuł przelewu: “Terremoto Centro Italia”

IBAN: IT40F0623003204000030631681

BIC/SWIFT: CRPPIT2P086

Wszelkie informacje dotyczące tej akcji dostępne są tu: http://www.cri.it/flex/cm/pages/ServeBLOB.php/L/IT/IDPagina/31390

Datki można wpłacać także na specjalnie utworzone konta miast, które ucierpiały w trzęsieniu ziemi. Szczegółowe informacje znajdziecie pod linkiem: http://www.comune.amatrice.rieti.it/

 

APEL DO RESTAUTARÓW W POLSCE: SERWUJCIE PASTA ALL’AMATRICIANA W WASZYCH LOKALACH!

Razem z włoskim szefem kuchni Marco Ghia apelujemy do restauratorów w Polsce: serwujcie w swoich lokalach makaron all’Amatriciana i, wzorem Włochów, przekażcie 2 zł od każdego zamówienia potrzebującym. Aby nagłośnić akcję, w Waszych wpisach w mediach społecznościowych używajcie hashtagów #AMAtriciana #polishbloggersforitaly. Dzięki temu dotrze do nas wiadomość o Waszym udziale, a informację tę przekażemy dalej, aby wszyscy wiedzieli, że stołując się u Was można pomóc potrzebującym.

UWAGA:

Jeśli jesteś restauratorem i przyłączasz się do akcji pomocy ofiarom trzęsienia ziemi, poinformuj o tym cały świat! Strona https://www.facebook.com/AMAtricianaAiuti/ tworzy mapę lokali, które biorą udział w tym przedsięwzięciu. Poprzez profil ten można zgłosić swoją restaurację. W swoim lokalu natomiast umieść informację, że przyłączyłeś się do akcji – plakat dostępny jest na stronie https://www.facebook.com/AMAtricianaAiuti. Wiemy, że zamieszczona zostanie także polska wersja językowa.

Mapa lokali jest dostępna tutaj: https://www.google.com/maps/d/u/0/viewer?mid=1vqLY9VlCBnX-WupbnzqDr6KZ79A. Na razie Polska to biała plama, ale wierzymy, że wkrótce będzie pełna czerwonych punktów, gdzie można będzie zjeść Pasta all’Amatriciana.

A teraz czas na przepis!

amatricianamale2

Pasta all’Amatriciana

Znana na całym świecie pasta all’Amatriciana bierze swoją nazwę od miasteczka Amatriciana leżącego w Lacjum. To właśnie ten region ze stolicą w Rzymie najbardziej ucierpiał w czasie zeszłotygodniowego trzęsienia ziemi. Sama potrawa to wersja istniejącej już wcześniej pasta alla gricia – makaronu pochodzącego z położonej niedaleko Amatrice miejscowości Grisciano i podawanego z wędzonym podgardlem wieprzowym (guanciale), serem pecorino, oliwą i pieprzem. Pod koniec XVIII wieku dodano doń pomidory, tworząc w ten sposób Amatricianę. Potrawa została opisana po raz pierwszy w końcu XVIII wieku przez papieskiego kucharza Francesca Leonardiego w książce L’Apicio Moderno (1790 r.). Ten sam kucharz w 1816 roku odważnie podał Amatricianę – wówczas danie chłopskie! – na papieskim dworze podczas przyjęcia wyprawionego na cześć cesarza Franciszka I. Amatriciana szybko podbijała serca kolejnych Włochów, stając się jedną z ulubionych potraw mieszkańców stolicy. Dziś uważana jest za jedną z klasycznych potraw kuchni rzymskiej, choć przecież wcale z Rzymu nie pochodzi.

Przepis (dla 4 osób):

500 g spaghetti

125 g guanciale di Amatrice (wędzone wieprzowe podgardle)

100 g startego sera pecorino di Amatrice

łyżka oliwy z oliwek extra vergine

odrobina wytrawnego białego wina

6-7 pomidorów lub 400 g obranych pomidorów w puszce

peperoncino

sól

Przygotowanie:

Na rozgrzaną patelnię (najlepiej żeliwną) wlewamy oliwę i wrzucamy peperoncino oraz guanciale pokrojone uprzednio na kawałki. Podsmażamy na dużym ogniu i dodajemy wino. Zdejmujemy guanciale z patelni, dobrze je odsączamy i odkładamy – najlepiej przetrzymując je w ciepłym miejscu tak, aby zbytnio nie wyschło i aby pozostało miękkie i pełne smaku.

Na patelnię wrzucamy pomidory – obrane ze skórki, pozbawione szypułek i pokrojone wzdłuż . Doprawiamy solą, mieszamy i smażymy przez kilka minut.

Zdejmujemy z patelni papryczkę i wrzucamy wyjęte wcześniej guanciale. Chwilę gotujemy i całość mieszamy.

W międzyczasie gotujemy makaron al dente w dużej ilości lekko osolonej wody. Dobrze go odcedzamy i przekładamy do miski, dodając starty ser pecorino. Po kilku sekundach wlewamy sos. Mieszamy i dodajemy jeszcze trochę sera pecorino.

W razie potrzeby guanciale może zostać zastąpione wędzonym boczkiem, a ser pecorino di Amatrice innym rodzajem pecorino, na przykład pecorino romano.

_______________________________________________

Listę stron internetowych i organizacji uczestniczących w akcji znajdziecie tutaj: Pomoc dla Lacjum.

 

 

Posted on

Capri w stylu lente

Obszerny artykuł na temat innych wyjątkowych miejsc na Capri znajdą Państwo w Lente#02 (do zamówienia tutaj: klik, teraz także w specjalnej promocji razem z Lente#03 tutaj: klik).

Francuski Vogue zaliczył tę maleńką śródziemnomorską wysepkę do grona dziesięciu najpiękniejszych wysp świata, uznając panującą tam atmosferę za kwintesencję włoskiego dolce vita. Capri nabrała rozgłosu za sprawą gwiazd, które wybrały jej zabytkowe posiadłości na swoje letnie rezydencje, przyklejając wyspie etykietkę „ekskluzywnego klubu dla wybrańców”.

Nie dajmy się jednak zwieść pozorom – Capri wcale nie musi onieśmielać! Najlepszym dowodem niech będą miejsca, których po „wyspie luksusu” trudno by się spodziewać – ciche i sprzyjające refleksji, zaskakujące i inspirujące. Oto Capri w stylu lente!

 

Zakonne perfumy George’a Clooney’a

To, że Capri jest jak ogromna „kwiaciarnia”, widać jak na dłoni, jednak paradoksalnie jej zapachowy potencjał został odkryty w XIV wieku przez zakonników. A wszystko przez kobietę – królową z Neapolu, którą mnisi obdarowali bukietem złożonym z najpiękniejszych kwiatów na wyspie. Aromat unoszący się z wody po kwiatach był tak niezwykły, że postanowili go wiernie odtworzyć i zamknąć we flakonie. W XX wieku, po akceptacji samego papieża, na Capri powstała najmniejsza „fabryka” perfum na świecie – nadal wyrabianych ręcznie, według aptekarskiej receptury średniowiecznych mnichów, których można podglądać przy pracy. Ich zapachowe dzieła bardzo ceni sobie podobno George Clooney.

Fot. Elliott Brown
Fot. Elliott Brown

 

Klasztor wtajemniczony w alchemię

Kartuzja San Giacomo, w której stworzono pierwsze śródziemnomorskie perfumy, w niczym nie przypomina mrocznego średniowiecznego opactwa: jasna i lekka budowla z fikuśnie pofalowanym dachem w otoczeniu ogrodów przepełniona jest słońcem i radością. Jej wnętrze może wydawać się znajome – motyw ten wykorzystywany jest chętnie przez architektów wnętrz w celu nadania małej przestrzeni wrażenia głębi. Koi nerwy i pobudza wyobraźnię o tajemnicach nietuzinkowych zakonników-alchemików.

Certosa di San Giacomo na Capri, fot. Cezar Suceveanu
Certosa di San Giacomo na Capri, fot. Cezar Suceveanu

 

Park filozoficzny

Od antycznych czasów możnowładcy i potentaci składali wyspie hołd w postaci okazałych budowli. Co jednak zrobić, gdy nie jest się ani cesarzem, ani milionerem? Wystarczy trochę funduszy, oryginalny pomysł i autentyczna pasja. Szwedzki ekonomista Gunnar Adler-Karlsson wykupił na Capri 11 tysięcy metrów dziewiczego lasu i poumieszczał w nim ponad 60 ręcznie malowanych tabliczek z sentencjami znanych filozofów: od Sokratesa po Darwina. Świetna zabawa, ruch na świeżym powietrzu i wyśmienite pole do ciekawej rozmowy, również z dziećmi – mistrzami w zadawaniu trudnych filozoficznych pytań – oto, co czeka na nas w tym miejscu.

 

Park filozoficzny – zrzut ekranu ze strony www.philosophicalpark.com
Parco filosofico – zrzut ekranu ze strony www.philosophicalpark.com

 

 

Kontrowersyjne dzieło nowoczesnej architektury

Capri konsekwentnie opiera się presji współczesnej cywilizacji – jak najmniej hałasu i spalin, żadnych wieżowców, monumentalnych hoteli i szpecącej krajobraz architektury. Jedynym obiektem, który do dziś budzi kontrowersje, jest dwudziestowieczna Villa Malaparte, rozsławiona przez film Pogarda Jean-Luca Godarda z Brigitte Bardot w roli głównej. Położony na krańcu wysokiego, groźnego klifu czerwony dom w kształcie odwróconej piramidy idealnie oddaje intencje swojego właściciela, pisarza Curzia Malaparte. Jego posiadłość miała stanowić odizolowane od świata miejsce konteplacji, dostępne tylko łodzią lub po pokonaniu serpentyny stromych schodów. Niektórym przypomina czerwony bunkier na skraju przepaści, dla innych stanowi futurystyczne arcydzieło wyprzedzające swoją epokę, zaś dla architektów z całego świata – niedościgniony wzór i obiekt kultu, przykład „ciekawej dyskusji z otoczeniem”.

 

Villa Malaparte, fot. Arnaud 25
Villa Malaparte, fot. Arnaud 25

 

Belvedere Cannone – poczuj się jak król świata!

Nie obawiajmy się: choć cannone znaczy po włosku „działo”, nie czeka nas tutaj niz złego. Armatę w miejscu idealnym do obrony wyspy umieścili w XIX wieku Francuzi, jednak przez długi czas miejsce to funkcjonowało jako „Plac malarzy”, ponieważ malowali tu liczni europejscy artyści. Taras niełatwo jest znaleźć – w prześlicznym, ale zwykle zatłoczonym miasteczku Capri trzeba się odrobinę zagubić, a przy okazji zgubić za sobą turystów, a następnie wspinać przez kwadrans wysoko w górę. Nagroda jest tego warta – rozkoszować będziemy się nie tylko spektakularnym widokiem na świat u dołu i wyłaniające się z morza skały Faraglioni. Dodatkowym bonusem będzie wartość nie do przecenienia: nadspodziewanie dogłębna cisza.

 

Skały Faraglioni, fot. Sneakerdog
Skały Faraglioni, fot. Sneakerdog

 
Zdjęcie główne: Capri, widok na Punta Tragara, fot. Blok 70/Flickr

Posted on

Neapol w negatywie. Napoli Sotterranea

Pobierz artykuł w formie pliku pdf (publikacja w magazynie “La Rivista” z maja 2015 r.): LaRivista17-NeapolWNegatywie

Pod jednym z najbardziej fascynujących miejsc na świecie, Neapolem, rozciągają się setki kilometrów podziemnych korytarzy, tuneli i jaskiń. Swoiste miasto pod miastem, przez niektórych uważane za lustrzane odbicie stolicy Kampanii, przez innych – za jej prawdziwe serce.
Najwcześniejsze korytarze wydrążone w podziemnym mieście pochodzą z czasów greckich. Ówcześni mieszkańcy Neapolis, pragnąc otoczyć swoje miasto murami obronnymi, zdecydowali się użyć do tego celu wulkanicznego tufu pozyskiwanego z podziemi. Ich następcy, Rzymianie, chowali tutaj zmarłych, a także stworzyli sieć podziemnych akweduktów, wykorzystując ukryte pod miastem strumienie, z których zaopatrywano mieszkańców w wodę. Podziemne szyby, pasaże i jaskinie szczególne znaczenie odegrały w czasie II wojny światowej, kiedy miejscowa ludność masowo chroniła się w nich przed bombardowaniami.

O tym niezwykłym miejscu opowiada nam Ala Paczyńska – przewodniczka po Napoli Sotterranea.

napolisotterraneajuliawollner

Alu, Neapol jest miastem prawdziwie wiekowym. Ciekawa jestem, czy Twoim zdaniem w Neapolu czuć antyczną – grecką i rzymską – przeszłość w sposób porównywalny do Rzymu?

Zdecydowanie nie. Rzym jest dla mnie miejscem, w którym na każdym kroku celebruje się historię i ma to ogromny wpływ na ducha tego miasta. Wydaje się, że wszechobecna przeszłość, odpowiednio dofinansowana i właśnie celebrowana, buduje u mieszkańców specyficzny dystans do wszystkiego, co dzieje się teraz. Ja w Rzymie przechodzę trudną emocjonalnie drogę: zaczyna się od egzaltacji, później jest głębszy zachwyt i respekt, a kończy się z reguły na poczuciu bycia kimś małym, śmiesznym i nieistotnym. Właśnie dlatego pytanie o „czucie” antycznej przeszłości jest tak bardzo trafne.
Nic podobnego nie dzieje się ze mną w Neapolu, a jest to miasto bardzo, bardzo antyczne. Grecy zaczęli wznosić tu pierwsze budowle ok. 470 roku p.n.e. (!), ale tylko bardziej dociekliwi turyści mogą to nawet nie tyle poczuć, co przyjąć do wiadomości. Najbardziej oczywistym znakiem przeszłości są tu ruiny greckich murów na Piazza Bellini. Ich los jest specyficzny. W ciągu dnia przystają przy nich turyści, w nocy obrzucane są butelkami Peroni przez wszystkich, którzy spędzają wieczór na tym zatłoczonym, imprezowym placu. Nad ranem z imponującą sprawnością czyszczone są przez ekipy porządkowe. Najczęściej jednak pozostają niezauważone.
Antyczna przeszłość Neapolu jest ukryta pod ziemią. Na powierzchni są barokowe kościoły i renesansowe kamienice, ale trudno znaleźć pozostałości z czasów greckich czy rzymskich. Ze względów bezpieczeństwa miasto przez wieki nie mogło rozrastać się poza granice wyznaczone przez greckie mury obronne. W tych klaustrofobicznych warunkach neapolitańczycy stosowali swoisty urbanistyczny „recykling”, używając ruin antycznych budynków jedynie jako fundamentów do kolejnych. Miasto wzrosło wertykalnie, jak kamień osadowy. Warstwę grecką pokrywa rzymska, a rzymską – średniowieczna. Nie jest to oczywiście wyłącznie neapolitański fenomen, ale tutaj to zjawisko wydaje się ekstremalne. Może bliskość Wezuwiusza i niepewność jutra rozbudziła w neapolitańczykach miłość do prowizorycznych rozwiązań? Wyjaśniałoby to współczesne neapolitańskie fenomeny inżynierskie: skutery oblepione taśmą, czy, na przykład, tę resztkę barokowej kaplicy, oklejoną z kolei dwoma piętrami mieszkań, mój absolutnie ulubiony budynek w mieście. Neapol jest piękny i brzydki, olśniewający i pokraczny, jest absurdem, żartem i arcydziełem, jest po prostu wszystkim jednocześnie, tylko nie tym, czym jest Rzym.

O podziemnym Neapolu mówi się, że to „Neapol w negatywie”, „serce Neapolu” albo „wnętrzności miasta”. Jak rozumiesz te słowa i które określenie jest Ci najbliższe?

Na samym początku, zanim podziemne jaskinie i tunele zaadoptowano na akwedukt, pozyskiwano tu po prostu materiał budowlany: tuf. Powstał on z wulkanicznego pyłu i miał wszystkie idealne cechy: lekki i plastyczny, ale wciąż trwały. Fakt, że był zgromadzony tak głęboko pod ziemią, okazał się jedynie zaletą: Grecy wydobywali skałę bezpośrednio w miejscu budowy, przez szyby drążone w ziemi. Rozwiązało to problem niemożliwego wręcz transportowania materiału budowlanego na górzystej powierzchni miasta. Poszczególne jamy tego podziemnego kamieniołomu stały się jakby lustrzanym odbiciem tego, co budowano na powierzchni. Im większa jaskinia, tym większy budynek nad nią. Dlatego najbardziej podoba mi się określenie „Neapol w negatywie”. Można też oczywiście powiedzieć, że podziemie jest „sercem Neapolu”, bo niejako powołało go do życia. Oczywiście dziś nie ma już mowy o takiej zależności: większość jaskiń została wydrążona przez Rzymian, którzy powiększali akwedukt w I wieku n.e., a antyczne budynki, jeśli się zachowały, są pokryte współczesnymi. Obecnie „wnętrzności miasta” są źródłem dochodów dla kilku muzeów i stowarzyszeń, a także wielkim problemem przy budowie metra.

…a także Twoim miejscem pracy. Od jak dawna i w jakim wymiarze godzin pracujesz jako przewodnik? Czy nadal pokonanie 140 stopni w dół, zejście 40 m pod ziemię, sprawia, że przenosisz się w inny wymiar?

Powiedzmy, że pracuję tu 7 miesięcy i przeważnie prowadzę 3 wycieczki dziennie, kilka razy w tygodniu. Zauważyłam u siebie poważną poprawę kondycji, przez te schody! Tak częste schodzenie do podziemnego akweduktu na pewno jest czymś wyjątkowym, ale robię to w konkretnym celu – prowadzenia wycieczki. Muszę skupiać się na wielu rzeczach: na tym, jak skutecznie wyminąć grupę włoską, żebyśmy sobie nie przeszkadzali, czy na przykład na chińskich turystach, rekompensujących sobie nierozumienie angielskiego chodzeniem po tunelach na własną rękę. Te wszystkie techniczne szczegóły utrudniają mi przenoszenie się w inny wymiar. Oczywiście jednak i mnie po części udziela się nastrój turystów. Gdy są zainteresowani i cieszą się z przeżywanego doświadczenia, mnie też jest miło. Lubię tę pracę, tak po prostu.

napoli

Zupełnie się nie dziwię, zważywszy na przebogatą historię tego miejsca! W neapolitańskich podziemiach miesza się 14 tysięcy (!) greckich i rzymskich cystern, akwedukty, prehistoryczne groby sprzed 7000 lat, korytarze z czasów burbońskich, schrony z okresu II wojny światowej, w których w roku 1942 ludność chroniła się przed bombardowaniami… Który fragment uważasz za najbardziej fascynujący i dlaczego?

Rzeczywiście historia podziemia jest bardzo złożona. Stowarzyszenie, w którym pracuję, skupia się na funkcji akweduktu i schronu lotniczego. Otwartych jest jednak wiele innych fragmentów, o które dbają różne organizacje. Dla mnie ciekawy jest także cmentarz zwany Cimitero delle Fontanelle – miejsce tzw. anime pezzentelle, które po polsku nazywa się „adopcją czaszek”. Znajdują się tu tysiące szczątków ofiar epidemii cholery z 1836 roku, które zostały pochowane w zbiorowym grobie na terenie dawnej pogańskiej nekropolii. Neapolitańczycy dokonywali obrzędu, w którym czaszki anonimowych ofiar, po wcześniejszym oczyszczeniu, obcałowaniu i przyozdobieniu, stawały się symbolem „adoptowanej” przez nich duszy, swego rodzaju „trofeum”. Dusza ta obejmowała opiekę nad „adoptującym”. Pamiętajmy, że w Neapolu na każdym kroku dewocyjny, południowowłoski katolicyzm miesza się z przesądnością, wiarą w nadprzyrodzone istoty, dziwacznymi obrzędami. Czczenie św. Januarego i św. Patrycji nie przeszkadza neapolitańczykom we wspominaniu duszka Munaciello, a w niezliczonych kapliczkach, obok figurek Maryi, powtykane są zdjęcia Maradony. Cimitero delle Fontanelle to dla mnie bardzo efektowny wyraz tego duchowego „dziwactwa” neapolitańczyków.

Cieszę się, że wspomniałaś o duszku, bowiem opowiadając o podziemiach Neapolu, nie można nie poświęcić choć kilku słów tej właśnie postaci…

Munaciello (od piccolo monaco – mały zakonnik) jest gnomowatym neapolitańskim duszkiem. Przedstawiany jest jako mała, zniekształcona, zakapturzona postać. Według legendy, w zależności od osobistych sympatii do rodzin, kradnie i niszczy przedmioty w domach, pozostawia prezenty lub kontempluje kobiece wdzięki, dotykając po omacku panie domu. Oczywiście, jak to z legendami bywa, nie do końca wiadomo, skąd wzięła się idea Munaciella. Jego niejasne korzenie stara się ustalić Matilde Serano w swoim zbiorze neapolitańskich legend (Leggende nepoletane). Jedna z teorii jest rzeczywiście ściśle związana z podziemnym akweduktem. Realnym pierwowzorem fikcyjnego Munaciella miałby być tzw. Pozzaro – starożytny „studzienkarz” czyszczący podziemne kanały. Do tej ciężkiej pracy wybierano niewolników niskiego wzrostu, którzy łatwo przedostawali się przez studzienki, a ich roboczym strojem był długi płaszcz z kapturem, który chronił przed wilgocią i chłodem podziemnych cystern. Pozzari zasłynęli z kradzieży w domach bogatych neapolitańskich rodzin, które stać było na opłacanie prywatnych studni. Jeśli to prawda, miasto nie przestaje zaskakiwać tym, jak bogaty w historyczny kontekst jest każdy, najdrobniejszy element neapolitańskiej codzienności. Mgliste wspomnienia o starożytnym Pozzaro zostały zapewne zniekształcone w średniowieczu, kiedy zakapturzonego złodzieja nazwano „małym zakonnikiem”. W efekcie pani w pizzerii na mojej ulicy do dziś przywołuje Munaciella za każdym razem, gdy jej niepokorny współpracownik – pizzaiolo weźmie sobie napój z lodówki dla klientów (autentyk, pizzeria Al Punto Giusto, via Carbonara).

Skoro przedstawiłyśmy już Munaciella, to trzeba chyba rozszyfrować jeszcze jedno hasło związane z podziemiami: Le quattro giornate di Napoli. Co to takiego i jaki ma związek z Napoli Sotterranea?

Cztery dni Neapolu były partyzanckim wyzwoleniem miasta spod okupacji niemieckiej. Mimo oficjalnej przynależności politycznej, neapolitańczycy nigdy nie pałali entuzjazmem do reżimu Mussoliniego. Neapolitański ruch antyfaszystowski (antifascismo partenopeo) podczas wojny stopniowo nawiązywał kontakty z Aliantami. Po kapitulacji Włoch 8 września 1943 roku miasto było brutalnie okupowane przez Niemców. Bunt wobec tej okupacji wzrastał oczywiście stopniowo, ale do ostatecznego starcia doszło w dniach 27-30 września. Alianci utknęli na Ischii i w Sorrento, a miasto wyzwoliło się bez żadnej pomocy militarnej. O tych wydarzeniach opowiada fenomenalny film Nanniego Loya z 1962 roku (Le quattro giornate di Napoli).
Niedawno odkryto, że na małym fragmencie starożytnego akweduktu, przy via Broggia, magazynowano broń wykorzystywaną w powstaniu. Podziemie miało więc spore znaczenie w jego organizacji.

Mali zakonnicy, adoptowane dusze, magazyny broni… Dla mnie jednak jednym z najbardziej zaskakujących momentów wycieczki było wejście do podziemnego ogrodu. Czy mogłabyś coś nam o nim opowiedzieć?

Stowarzyszenie Napoli Sotterranea swoją działalnością nawiązuje do różnych epizodów z historii tego miejsca. Wspominając pewien projekt z 1988 roku, sześć lat temu rozpoczęto tutaj eksperyment roślinny. W roku 1988 władze miasta ogłosiły bowiem konkurs na najciekawszy plan ponownego zagospodarowania podziemi, skierowany do architektów z całego kraju. Wygrał go Marco Zanuso – słynny mediolański architekt, który zaproponował założenie ogromnego, podziemnego ogrodu. Projekt niestety nigdy nie został zrealizowany ze względu na problemy budżetowe. Największą trudność stanowiło oczywiście sprowadzenie pod ziemię naturalnego światła, możliwe przez ponowne otwarcie studni zaklejonych podczas II wojny światowej i przy pomocy drogiego systemu luster. Brzmi kuriozalnie, ale pomysł nie był pozbawiony sensu: do podziemi nie przedostają się insekty i szkodniki, a wilgotność powietrza, dzięki obecności tufu, prawie zawsze przekracza 90%. Odpowiednio dobrane rośliny nie wymagałyby nawet podlewania. Obecnie projekt realizowany jest na mikroskalę, a światło zapewniane jest roślinom przez lampy ultrafioletowe. Jak dotąd mają się świetnie.

Rośliny w podziemiach kwitną, i to dosłownie, ale z ludźmi, szczególnie tymi, którzy mają bujną wyobraźnię, bywa różnie. Zwiedzając stanowisko, usłyszałam komentarz pewnego turysty, który głośno zastanawiał się, czy zejście pod ziemię w mieście, które de facto żyje na wulkanie i które mogą w każdej chwili nawiedzić wstrząsy tektoniczne, jest w pełni bezpieczne. Ja mam wrażenie, że chroni nas elastyczność tufu… Jak to jest naprawdę?

Rzeczywiście, miękki, „gąbkowaty” tuf absorbuje wstrząsy, ale prawdziwym gwarantem bezpieczeństwa jest kształt, jaki nadali mu Grecy i Rzymianie. Jaskinie są wysokie, bardzo wąskie przy suficie i stopniowo rozszerzają się ku dołowi. Ta trapezowa konstrukcja przez tysiące lat zapewniła cysternom idealne podparcie i zapobiegała ich zapadaniu się. Poza tym, ze względów bezpieczeństwa, stowarzyszenie założyło stację sejsmiczną „Arianna”, która na bieżąco mierzy sygnał sejsmiczny w okolicy i pozwala unikać zagrożenia.

Poza tym chroni nas tu wielu świętych patronów! Pod koniec wycieczki odwiedza się część zwaną Convento di Santa Patrizia. Z tą świętą łączy się legenda zbliżona do tej, która dotyczy krwi św. Januarego…

Faktycznie, św. Patrycja jest drugą patronką Neapolu i wiąże się z nią cud podobny do cudu św. Januarego – jej krew, zgromadzona w ampułce, wzburza się i skrapla, ale nie trzy razy w roku, tylko co wtorek, w kościele San Gregorio Armeno. Opiekujące się relikwiami siostry benedyktynki przez lata produkowały wino Tufello, które powszechnie zaczęło być kojarzone z krwią św. Patrycji. Przypisywano mu niezwykłe właściwości w walce z kobiecą bezpłodnością. Jedna z podziemnych cystern, którą opiekuje się stowarzyszenie, znajduje się dokładnie pod klasztorem sióstr benedyktynek. Jest oddzielona od reszty podziemnych jaskiń grubą ścianą, a wokół poprzedniej studni zbudowano wielką, spiralną klatkę schodową, prowadzącą z podziemi aż do wieży klasztornej. Siostry chroniły się tutaj przed bombardowaniami aliantów podczas II wojny światowej, nie naruszając klasztornej zasady izolacji. Po wojnie ten podziemny schron stał się ich spiżarnią i przechowywano tu także cudowne Tufello.

Po tym etapie zwiedzania przychodzi czas na ostatnią atrakcję: wizytę w rzymskim amfiteatrze. Jest to zaskakujące doświadczenie, bowiem nie oglądamy go w całości – fragmenty amfiteatru ukryte są pod dziesiątkami budynków, z których każdy zazdrośnie strzeże swojej części. Co jest dla Ciebie najbardziej fascynujące w tej części wycieczki i jakie są reakcje turystów na niesztampowe widoki? Czytelnikom, którzy dopiero zdecydują się na tę przygodę, zdradzimy tylko, że do najlepiej zachowanej części teatru wchodzi się… pod łóżkiem.

Ta część wycieczki jest dla mnie, i dla większości turystów, najciekawsza. Tak, jak mówisz, rzymski teatr Nerona, pochodzący z I wieku, dzisiaj pokryty jest zwyczajnymi budynkami, pełnymi neapolitańskich basso. Basso to biedne mieszkania, z wejściem na poziomie ulicy, które neapolitańczycy uparcie otwierają na oścież, pokazując przechodniom wszystkie szczegóły swojej codzienności i dając wyraz śródziemnomorskiemu upodobaniu do dzielenia przestrzeni z innymi zamiast wydzielania jej każdemu z osobna. Obecnie wejście do dostępnej części teatru prowadzi właśnie przez neapolitańskie basso, w którego piwnicy, zaledwie 25 lat temu, odkopano wschodnią część teatru i garderobę aktorów. Mijając ten budynek, trudno podejrzewać, co mieści się pod nim, ale fakt, że cała okolica jest zbudowana na rzymskim amfiteatrze, dla mieszkańców jest oczywisty. Bardziej czujni spacerowicze zauważą w tej części starówki charakterystyczne zakrzywienie via Anticaglia, która wyznacza granicę widowni, czy dwa idealnie zachowane łuki, które, dziś oklejone kamienicami, pełniły kiedyś ważną funkcję konstrukcyjną. Półkolisty kształt, charakterystyczne zakrzywienie budynków, których fundamentami jest antyczny amfiteatr, widoczne jest oczywiście na Google Maps.

teatrogreco

To, co stało się 25 lat temu, nie było więc wielkim odkryciem, ale wyeksponowaniem czegoś, co zasługuje na uwagę. Podczas wycieczki, obok – jak byśmy to dziś nazwali – backstage’u i wschodniego wejścia do teatru, zwiedza się także summa cavea – niegdyś najwyższy i najbardziej oddalony od sceny punkt widowni. Wiele zachowanych fragmentów teatru domaga się renowacji. Miejmy nadzieję, że nastąpi ona w niedalekiej przyszłości, abyśmy jeszcze lepiej mogli poznawać „neapolitańskie serce”.

Całość podziemnego labiryntu pozostaje do dziś nie odkryta. Jednak dzięki staraniom organizacji Associazione Napoli Sotterranea można zwiedzać około kilometrowy odcinek, ciągnący się wzdłuż jednego z akweduktów tuż pod historycznym centrum miasta. Z Piazza San Gaetano 68 schodzimy blisko 40 metrów pod ziemię, rozpoczynając niezwykłą, trwającą około dwóch godzin podróż w czasie. Czuwać będzie nad nami wielojęzyczny przewodnik, który pokaże nam tunele starożytnych Greków, akwedukty, schrony i podziemne ogrody, a następnie zabierze na zaskakującą wycieczkę do grecko-rzymskiego teatru, w którym występował sam cesarz Neron.
Krypty, kościoły i budowle umieszczone pod chodnikami i ulicami Neapolu można oglądać od poniedziałku do niedzieli, o każdej pełnej godzinie od 10 do 18.

Posted on

Lektury neapolitańskie: 9 książek, które warto znać

1. Montedidio Erriego de Luca

 

montedidio
Opowieść o dorastaniu w tytułowej Montedidio, ubogiej części Neapolu. De Luca w subtelny, ale daleki od ckliwości sposób buduje portret dzielnicy – samowystarczalnego mikroświatka, w którym walka o przetrwanie przysłania ciekawość Innego, a język włoski wydaje się być zbytkiem. Inaczej myśli główny bohater książki, 13-letni chłopiec uczący się zawodu stolarza, piszący pamiętnik po włosku – języku „wolnym od zgiełku dialektu”. To on poprowadzi nas przez duszne uliczki Montedidio, gdzie pozna smak pierwszej miłości i gorycz straty, a przestrzeń na puszczenie bumerangu – prezentu od ojca – znajdzie dopiero ponad dachami jedynego, znanego sobie świata.

Wydanie polskie: Wydawnictwo W.A.B. 2009, tłumaczył Marcin Wyrembelski

2. Neapol 44’. Pamiętnik oficera wywiadu z okupowanych Włoch Normana Lewisa

 

neapol_44
 

Książka jest opowieścią o wojennym chaosie, ludzkim głodzie i wycieńczeniu, ale również świadectwem żywiołowości i obrotności neapolitańczyków. Zamiast opisów walk, czytelnik znajdzie tu sugestywny opis życia codziennego: rosnącego w siłę czarnego rynku, gastronomicznej fantazji z przymusu (obejmującej m.in. konsumpcję tropikalnych ryb z miejskiego akwarium), rozluźnionej obyczajowości na miejskim cmentarzu czy obsesji cudów, zdarzających się rzekomo niemal każdej świętej figurze. Dla wielbicieli literatury non-fiction pozycja obowiązkowa.

Wydanie polskie: Wydawnictwo Czarne 2014, tłumaczył Janusz Ruszkowski

3. Solfatara Macieja Hena

 

solfatara-b-iext43463865
 

Wymagająca lektura do smakowania przez długie 800 stron. Powieść przenosi czytelnika do Neapolu w czasie rebelii, zapoczątkowanej w XVII wieku przez niepiśmiennego rybaka Masaniella i skierowanej przeciwko hiszpańskim władzom. W książce wydarzenia historyczne zyskują bardziej uniwersalny charakter, a bunt neapolitańskiego ludu staje się opowieścią o anarchii i zarazem portretem świata, w którym przestają obowiązywać jakiekolwiek reguły. Równolegle poznajemy historię dziennikarza Fortunata Petrellego, który przemyka po spływających krwią ulicach, obawiając się o własne życie. Uważny czytelnik dojrzy w Solfatarze inspiracje powieścią spod znaku płaszcza i szpady, ale również powieści szkatułkowej czy powieści grozy. Barokowy majstersztyk.

Wydanie polskie: Wydawnictwo W.A.B. 2015

4. cykl powieści neapolitańskich Eleny Ferrante

8663868-ksiazki-eleny-ferrante-900-459

 

Nominowana do prestiżowej nagrody literackiej Premio Strega, Elena Ferrante nazywana jest najlepszą powieściopisarką współczesnych Włoch. Złośliwi twierdzą, że szum wokół pisarki powodowany jest jej anonimowością – Ferrante jest jedynie peudonimem, a stojąca za nim autorka nie zgadza się na ujawnienie twarzy. Dywagacje na temat jej tożsamości bledną jednak w obliczu samej prozy: surowej, eleganckiej, ale pełnokrwistej i przejmującej. Tetralogia neapolitańska jest zapisem przyjaźni dwóch kobiet na przestrzeni całego życia; historią rywalizacji, dążenia do niezależności, uwięzienia w ograniczeniach własnej płci i pozycji społecznej. Koniecznie.

Wydanie polskie: Sonia Draga 2014 (i później), tłumaczyły Alina Pawłowska-Zampino, Lucyna Rodziewicz-Doktór

5. Gomorra Roberta Saviano

Zrzut ekranu 2016-08-23 o 13.05.46

Bestsellerowy reportaż o kamorrze
, neapolitańskiej organizacji przestępczej, kontrolującej najróżniejsze sektory włoskiej gospodarki – od rynku budownictwa, odpadów, mody, aż po czarny rynek. Obowiązkowa lektura dla miłośników Południa, która ułatwia zrozumienie mechanizmów współczesnej kamorry, jej zasad i specyficznego kodeksu moralnego. Na podstawie książki powstał we Włoszech serial o tym samym tytule.

Wydanie polskie: Czytelnik 2008, tłumaczyła Alina Pawłowska-Zampino

6. Podzwonne dla dzwonnika Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

podzwonne dla dzwonnika_6599915

Ostatnie opowiadanie polskiego pisarza, który w 1955 roku wybrał Neapol na swój dom. Tytułowy dzwonnik z kościoła Świętej Klary to maleńki zasuszony franciszkanin, w za szerokim habicie, z trupią główką przechyloną na ramię, uśmiechnięty smętnie i jak zawsze wylękniony. Pisarz opowiada tragiczną historię dzwonnika, człowieka schorowanego i napiętnowanego okrucieństwem wojny, czyniąc z niego symbol przemijania, w którym, wcześniej czy później, każdy zobaczy samego siebie.

Wydanie polskie: Czytelnik 2000

Jeśli macie swoje ulubione neapolitańskie lektury, koniecznie podzielcie się ich tytułami w komentarzach – chętnie poszerzę swoją listę!

Posted on

Wróg, którego się kocha: Wezuwiusz

Nie przez przypadek jedną z pierwszych scen w filmie Johna Turturro Passione jest przejmujące wykonanie pieśni o Wezuwiuszu. W muzycznej opowieści o Neapolu nie mogło zabraknąć wulkanu, który organizuje życie mieszkańców, wpływa na ich ognisty temperament, prowokuje, pobudza do walki. W filmie silny kobiecy głos niemal wykrzykuje wszystkie emocje związane z wulkanem; skarży się na ciężki los ludzi żyjących w cieniu wielkiej, groźnej góry, która trzyma ich życie w swoich rękach. Jest dla nich jak dom i jak więzienie, jak czyściec. Samo jej wspomnienie napełnia trwogą. Mieszkańcy powinni uciekać, ale zostają. Opętani górą, rzucają jej wyzwanie. Pewnie stąd bierze się ta neapolitańska pasja, ogniste uczucia, miłość, która uskrzydla, nienawiść, która zabija. Wszystko jest tu silne, płomienne, gwałtowne. Jak ta góra zrobiona z lawy, która piętrzy się nad miastem i zatoką.

Wezuwiusz nigdy nie przestał być groźny. W 79 r. zniszczył Pompeje i Herkulanum, po czym przycichł tylko na dłuższą chwilę. W czasach nowożytnych odzywał się po wielokroć, szczególnie aktywny był w wiekach XVII-XIX, na szczęście z mniej tragicznym skutkiem. Po raz ostatni przypomniał o sobie na poważnie w 1944 r. Wciąż żyje i zagraża; nie wiadomo, kiedy się obudzi, by znów uderzyć.

Erupcja w 1944 roku.
Erupcja Wezuwiusza w 1944 roku

Od stuleci pobudza wyobraźnię, skupia na sobie uwagę mieszkańców i turystów. Kiedy w XVIII wieku do Włoch zaczęli tłumnie przyjeżdżać zamożni podróżniszcy, na trasie ich Grand Tour coraz częściej pojawiała się też wybuchająca góra. Organizowano niebezpieczne wycieczki na szczyt, często po zmroku, by zwiększyć poczucie zagrożenia. Cienkie strumyki lawy, żarzące się w szczelinach, rozjaśniały ciemność i podnosiły ciśnienie wędrującym. Czasami dochodziło do kuriozalnych wypraw, gdy bogate damy były wnoszone na szczyt na specjalnych krzesłach, by nie zniszczyły sobie trzewików. Co więcej, bywały rozczarowane i rozżalone, gdy podczas wizyty na Wezuwiuszu nic nie błyskało, nie dymiło, nie było wstrząsów i strachu przed gwałtownością natury. Pewna arystokratka, żyjąca w XIX wieku, skarżyła się we wspomnieniach z podróży, że nie po to szła na wulkan, by zobaczyć zwykłą górę. Wezuwiusz miał niejako w obowiązku dbać o atrakcje, niczym wielki kuglarz wybuchać na życzenie publiczności. Na szczęście nic sobie z tego nie robił, w przeciwnym razie neapolitańczycy musieliby pożegnać swoje domy na zawsze.

Wezuwiusz na osiemnastowiecznym obrazie
Wezuwiusz na osiemnastowiecznym obrazie

Tam, gdzie pojawiają się niewyjaśnione zjawiska przyrody, człowiek zawsze próbuje znaleźć jakieś mniej lub bardziej wiarygodne wytłumaczenie, a jeśli nie udaje mu się na poziomie faktów, tworzy magiczne podania, snuje mityczne bajania. O Wezuwiuszu także opowiadano wiele. Neapolitańczykom nie wystarczał rzymski mit o bogu ognia, który zamieszkuje w wulkanie i pracuje tam, wykuwając w ogniu kowalskie cuda, a jego działalność wywołuje drżenia ziemi i ogniste wybuchy. Potrzebowali własnych historii, nie poświęconych wszystkim wulkanom, lecz temu jedynemu, Wezuwiuszowi. Zawsze wiedzieli bowiem, że ich wulkan jest wyjątkowy. Mówiono więc, że we wnętrzu góry żyje zakuty w kajdany gigant, którego próby wyrwania się z niewoli prowadzą do wybuchów i wstrząsów. W innej wersji noga giganta miała zostać uwięziona w skale, a próby wyrwania kończyny wstrząsały ziemią. Kiedy w końcu mu się udało, w miejscu wyrwanej nogi powstała straszliwa otchłań, z której ulatnia się siarka, żarzą się kamienie i wypływa lawa.

Obraz Roberta Duncansona przedstawiający Wezuwiusz i Pompeje, ok. 1870 roku
Obraz Roberta Duncansona przedstawiający Wezuwiusz i Pompeje, ok. 1870 roku

Opowiadano też o bogatym młodzieńcu imieniem Vesuvio, który zakochał się w pięknej dziewczynie (lub pięknej nimfie wedle innej legendy), jednak ich miłość nie mogła się zrealizować, skazana była na klęskę. Bogowie zamienili nieszczęśliwą dziewczynę w cudowną, lazurowo-zieloną wyspę Capri, a naprzeciw niej postawili zamienionego w górę chłopca. Jego niespełnione pragnienie wstrząsa nim od czasu do czasu, wyrywa z jego górzystej piersi szloch i rozpacz, cały drży od niespełnionej miłości. Większa aktywność Wezuwiusza oznacza, że wzrasta tęsknota i namiętność młodzieńca do ukochanej. Romantyczna opowieść pozwala na chwilę zapomnieć o okrucieństwie natury, o skutkach wulkanicznych „westchnień”.

Wśród legend pojawiają się jednak i takie, które nie pogrążają się w romantycznym nastroju i nie zapominają o tym, co czyni wulkan tak fascynującym: o jego gwałtowności i nieprzewidywalności. Stąd wiele opowieści o ognistym wcieleniu Wezuwiusza. Nazywano go „bramą piekieł”; mówiono, że w jego czeluściach kryje się Lucyfer. Do dziś niektórzy określają go „diabelską górą”, a pewien fragment Wezuwiusza, między dwoma wzgórzami wulkanicznymi, zwany jest „piekielną doliną”. Do tej grupy podań należy też to o łzach Chrystusa, które przetrwały w nazwie popularnego miejscowego wina. Otóż podobno po ucieczce Lucyfera z nieba Chrystus zapłakał wielce nad jego utratą, bo był to anioł najpiękniejszy i najlepszy. Chrystusowa łza spadła do Zatoki Neapolitańskiej i przerodziła się w kawałeczek Raju, gdzie życie jest cudowne, a wino smakuje niczym boski nektar. Inni opowiadają, że to diabeł ukradł kawałek Raju, a łza Chrystusa użyźniła go i pozwoliła narodzić się winorośli, z której powstaje niezwykłe wino. Są też i tacy, którym obecność diabła w smaku wina nie pasuje, więc twierdzą, że Chrystus zapłakał z żalu nad ziemią piękną, lecz jałową. Jego łzy wyżłobiły w skorupie lawy bruzdy, w których zakiełkowała winorośl. Jakąkolwiek wersję przyjmiemy, musimy się zgodzić na boską interwencję. Smak wina z Wezuwiusza ma być dowodem na to, że bez pomocy z nieba nie mogło się tu obejść.

Wezuwiusz i miejscowość Torre del Greco, ok. 1890 roku
Wezuwiusz i miejscowość Torre del Greco, ok. 1890 roku

Dziś neapolitański wulkan stał się atrakcją turystyczną. Autokary wjeżdżają na wysoko położony parking, a turyści wyruszają na spokojny spacer łagodnym szlakiem w górę. Zaglądają wulkanowi prosto w oczy, śmieją się z niewidzialnego zagrożenia, robią sobie zdjęcia z milczącą górą. Jednak neapolitańczycy wiedzą, że to tylko złudzenie. Wezuwiusz drzemie, w każdej chwili gotowy obudzić się i pokazać światu swą gwałtowną naturę. Dlatego piosenkarka w filmie Passione śpiewa, że doprawdy szalonymi są ci, którzy nie uciekają. Tylko dokąd uciekać, skoro to Wezuwiusz jest ich domem? Zresztą czy ucieka się od kochanka, nawet najgwałtowniejszego?

______________________

Zdjęcie główne: fresk z pompejańskiej willi Casa del Centenario – najwcześniejsze znane przedstawienie Wezuwiusza

Posted on

Neapol, jakiego nie znasz. 8 ciekawostek, o których wiedzą tylko miejscowi

Przed nami 8 ciekawostek o tym niezwykłym mieście, które zna niemal każdy neapolitańczyk i rzadko który przyjezdny.

1. Przechadzając się krętymi uliczkami starej części Neapolu, można stać się świadkiem dziwnego spektaklu. Oto z okien kamienicy, na sznurze, ktoś spuszcza koszyk, przechwytywany na dole przez urzędujących na parterze budynku sklepikarzy. Ten stary obyczaj nazywa się o’ panar i jest sprytną metodą załatwienia sprawunków stosowaną przez tych, którzy nie mogą bądź nie chcą wychodzić z domu. Koszyk, spuszczany z listą zakupów i drobnymi, jest zapełniany przez zaufanych sprzedawców i wciągany z powrotem na górę przez zadowolonego nabywcę.

Fot. Alessia Pignetti www.500px.com/alessiapignetti

 

2. W kościele zabytkowej i nieszczególnie bezpiecznej dzielnicy Forcella stoi figura Madonny. Opiekują się nią stareńkie siostry zakonne – czeszą jej prawdziwe włosy, układają szaty. Co jakiś czas zmieniają też Matce Boskiej buciki – chociaż figura nie jest nigdy przenoszona, podeszwa butów w tajemniczy sposób ściera się i niszczy. Madonna nazywana jest opiekunką opuszczonych dzieci, które odwiedza, kiedy nikt nie patrzy – to wtedy właśnie zużywa obuwie.

Fot. “Il Mattino”

3. Jeden z najsłynniejszych neapolitańskich wypieków cukierniczych, babà, prawidłowo budzi wśród Polaków skojarzenie z rodzimą, wielkanocną babką. Sami neapolitańczycy potwierdzają tę genezę ciasta w ludowej przyśpiewce:

O babà nasce polacco,
nuje l’avimme migliorate.

(‘babà narodził się polski, my go ulepszyliśmy’).

Na czym to ulepszenie polega? Włosi nasączają ciasto drożdżowe rumem i nierzadko zdobią kleksem bitej śmietany. W Neapolu utarł się nawet komplement: Si nu babbà.

xl_10499_baba-finedininglovers-TP
Ciastom babà trudno się oprzeć.

4. Wokół dialektu neapolitańskiego krąży wiele mitów, choćby ten, że kilka lat temu został on wpisany na listę dziedzictwa UNESCO. Prawdą jednak jest, że neapolitański należy bezsprzecznie do najpopularniejszych dialektów Południa, również w piśmie – od XV wieku powstała w nim niezliczona ilość dzieł literackich. W odróżnieniu od innych dialektów Półwyspu, neapolitańskim władają równie ochoczo starsze i młodsze generacje. Dziś, w XXI wieku, łatwiej jest znaleźć neapolitańczyka mówiącego bezbłędnie dialektem, niż elegancką włoszczyzną.

429746
“Uwaga na psa!” – napis w dialekcie umieszczony na neapolitańskiej bramie.

5. Dla Południa Włoch charakterystyczne jest mieszanie sacrum i profanum, symboli katolickich i ludowych przesądów. Dobrym przykładem jest choćby dawny sposób neapolitańskich panien na wymodlenie sobie męża. Rytuał składał się z trzech części. Przez pierwsze dziewięć dni należało odmawiać modlitwę do świętego Jana, stojąc na balkonie; ostatniego wieczoru na niebie powinno pojawić się widmo tańczącej Salome, wypowiadającej imię naszego wybranka. Patronem drugiej części modlitw był święty Paschalis. Należało prosić go o zesłanie męża poprzez zastosowanie komplementu: „daj mi męża urodziwego, jak ty, święty!”. Podczas ostatnich kilku nocy dziewczęta wypraszały sobie  posag u świętego Pantaleona: określoną liczbą błyskawic i grzmotów zsyłanych nad miasto miał on przekazywać im szczęśliwe numery do lotto. Jeśli sposób nie działał, tłumaczono to… zbyt małą wiarą dziewczyny.

Naples_Maria_Shrine
Jedna z licznych wotywnych kapliczek.

6. Czas na ciekawostkę z pogranicza horroru i medycyny. W kaplicy Sansevero, funkcjonującej dziś jako muzeum, obejrzeć można tajemnicze figury, znane jako maszyny anatomiczne (macchine anatomiche). To w istocie dwa naturalnej wielkości szkielety ze szczegółowym układ krwionośnym: dzieło XVIII-wiecznego eksperymentu anatomisty Giuseppe Salerna oraz księcia Raimonda di Sangro, ezoteryka i alchemika, właściciela kaplicy. Przez lata wokół makabrycznych figur krążyły legendy, choćby ta, że książę poświęcił dwoje swych służących do eksperymentu, wpuszczając im w żyły wymyśloną przez siebie substancję na bazie rtęci, która zakonserwowała żyły nieszczęśników. Współczesna badania wykazały jednak, że, choć szkielety są prawdziwe, system żył wykonano z żelaznych drutów pokrytych pszczelim woskiem. Tajemnicą pozostaje trzecia postać – skulonego u stóp kobiety płodu, zachowanego jeszcze w łożysku. Tego, czy był autentyczny, zapewne nigdy się nie dowiemy: kilkadziesiąt lat temu makabryczny eksponat został skradziony…

“Maszyny anatomiczne” z kaplicy Sansevero.

7.  Przykładem neapolitańskiego mirażu nowoczesności i historii jest linia metra, zwana nie bez przyczyny metro dell’arte, której stacje – szczególnie stacja Toledo, wymieniana w rankingach jako najpiękniejsza na świecie, powinny być obowiązkowym punktem odwiedzin miasta.

Stacja metra Toledo zachwyca. Fot. Maritè Toledo , flickr.com CC 2.0

8. Jedną z ciekawszych postaci dawnego Neapolu był Pazzariello – uliczny kuglarz, przebrany w staroświecki mundur, zabawiający gawiedź śpiewem przy akompaniamencie tradycyjnych instrumentów. Przedstawienie było w istocie formą reklamy – właściciele nowo otwartych sklepików najmowali Pazzariella, by zachęcał przechodniów do zakupu ich towarów. Pierwsi przedstawiciele tego zawodu pojawili się na ulicach Neapolu w XVIII wieku. Choć dziś już trudno spotkać prawdziwego Pazzariella, można wciąż zobaczyć go na ekranie. Genialny neapolitański komik Totò wcielił się w jego rolę w filmie Złoto Neapolu, trafnie ukazując słodko-gorzki los ulicznego grajka.

 

Czy któryś z punktów Cię zaskoczył? Jeśli nie, gratulacje – Si nu babbà!

Posted on

Sprawdzone adresy: Wieża Sztuk – Naksos, Cyklady, Grecja

Jeśli jesteś zawitasz tego lato na Naksos, a świątynia Demeter i porzucone w starożytnych kamieniołomach rzeźby kurosów zaspokoiły twoją potrzebę oglądania zabytków, poszukaj schowanej skromnie wśród pól Wieży Bazeosa.

Nie jest to główny punkt zwiedzania Naksos. W Grecji przy drogach jest więcej oznaczeń kierujących do pobliskich zabytków niż zwykłych znaków drogowych, a skromna kamienna wieża z XVII wieku na pierwszy rzut oka nie zachęca do wizyty. Jednak odbywający się tu Festiwal Naxos reklamuje się w Chorze, głównej miejscowości wyspy, wymalowanymi tu i ówdzie wizerunkami oczu. Po jakimś czasie wszędzie widzi się już tylko oczy, więc nawet mało zorientowany turysta ma szansę poczuć się zaintrygowanym, dopytać i znaleźć tę małą oazę współczesnej sztuki w starej obronnej budowli.

naxos
Fot. anaadi+/Flickr

Nieliczne, wąskie okna wieży mrugają tymi samymi oczyma, które zwracają uwagę w Chorze. Wewnątrz kamienny labirynt stromych schodków, korytarzy i izb – szerszych i tych całkiem maleńkich – gości wystawę prac artystów pochodzących z Grecji (Dimitris Dimitriadis, Klaus Pfeiffer), Islandii (Kristjana Samper, Mireya Samper), Japonii (Hiroshi Egami) i Litwy (Diana Radaviciute, Saulius Valius). Zebrano je pod wspólnym hasłem New Mythologies. Twórcy przez dwa tygodnie mieszkali na wyspie, szukając inspiracji, a następnie, wyłącznie z materiałów na niej znalezionych, stworzyli dzieła w linii nowych mitologicznych ścieżek, nie stroniąc też jednak od form takich jak wideo.

Z pewnością znawcy sztuki mogliby dokonać tu głębszej interpretacji, ale do mnie jako amatorki przemówiło połączenie lokalnych materiałów, uniwersalnych, choć w swoim źródle greckich, idei – mamy tu mit o lataniu czy mit artysty – z nowymi środkami wyrazu i historycznymi wnętrzami. Artyści wyszli jednak także poza nie: w jednej z izb stoi teleskop nakierowany na element ekspozycji znajdujący się na zewnątrz, w innej ażurowe skrzydło podwieszone pod drewnianym sufitem wydaje się gotowe wylecieć za otwarte okna wieży. Ciepłe faktury i kolory kamienia kontrastują chłodem wydruków i echem instalacji wideo.

Fot. K. Rowińska
Fot. K. Rowińska

Co ciekawe, celowo wybrano twórców z krajów na swój sposób peryferyjnych, aby przełamać mit wielkich miast jako artystycznych centrów, a także pokazać, że wszędzie jest miejsce dla sztuki, która popycha nas do poszukiwań. Lokalizacja Wieży Bazeosa na wyspie, dwanaście kilometrów od portu, przy niemal nieistniejących oznaczeniach, podkreśla owo przesłanie wystawy. Jednocześnie wydaje się ona wystarczająco dostępna, aby dotrzeć z ideą do swoich odbiorców. Ekspozycja jest bowiem częścią Festiwalu odbywającego się co roku na Wieży Bazeosa już od piętnastu lat i obejmującego taniec, muzykę, teatr, film, a także wykłady, seminaria i warsztaty. W tym roku trwa on od 18 czerwca do 25 września, więc jeszcze w te wakacje w ciepłe wieczory można cieszyć się koncertami greckich artystów oraz pokazami filmów francuskich i oper Mozarta i Debussy’ego przybyłych gościnnie z festiwalu w Aix-en-Provence. Na początku września przewidziane są kilkudniowe warsztaty dramatoterapii z wykorzystaniem elementów komedii dell’arte. Wszystko w tej niepozornej budowli, jakich wiele w tym rejonie, wzniesionej kilkaset lat temu zapewne dla ochrony przez korsarzami, a potem służącej za monastyr.

Całego przedsięwzięcia pogratulować należy pomysłodawcy i kuratorowi, którym jest Marios Vazaios, ostatni dziedzic wieży, wywodzący się z wenecko-triesteńskiego rodu Basseggio (Basegio/Bazeos/Vazeos). Rodzina w XIX wieku zakupiła budowlę od świeżo utworzonego państwa greckiego, nawiązując tym samym do tradycji weneckiej obecności na wyspach greckich. Przez dłuższy czas korzystała z niej, przechowując wewnątrz zapasy zboża. W XXI wieku, w porozumieniu z muzeum Benaki w Atenach i innymi międzynarodowymi instytucjami, właściciel znalazł dla tego oddalonego od świata miejsca nowe, inspirujące przeznaczenie, a przestrzeni ekspozycyjnej towarzyszy mała księgarnia (z wąskim, ale świetnym wyborem książek głównie o tematyce artystycznej) oraz kącik z kawą, której można napić się na dziedzińcu pod gałęziami oliwki.

 

Bazeos Tower/ Pyrgos Bazaiou

Naxos Festival/ Festival Naksou 2016

18.06 – 25.09.2016, otwarte codziennie 10:00 – 17:00

www.bazeostower.gr

Posted on

Sándor Márai, Pokój na Itace

Jakże ja bym chciała tak pisać! Gromadzić rozproszone po świecie głoski, wyrazy, zdania, by tworzyć z nich prozę, która przypomina śpiew.

Márai w posłowiu do tego niezwykłej urody tekstu – bo trudno jest mi go nazwać powieścią – dziękuje Homerowi. Gdyby żył, powiedziałabym mu, że i Homer powinien dziękować jemu – za kontynuację jego opowieści, za intrygującą z nią grę, za imponującą wiedzę o starożytności.

pokój na itace

 

Pokój na Itace to opowieść trzech bohaterów greckiego eposu: Penelopy, jej syna Telemacha i zabójcy Odysa, Telegonosa. Historia bezowocnego oczekiwania na pokój, który nie nadchodzi – ani na wyspie, ani tym bardziej w sercach. Najmniej jest go w sercu samego Ulissesa, boskiego, a jednak jakże ułomnego: gwałtownego, żądnego krwi, wiecznie niezaspokojonego oszusta, złodzieja, niewiernego męża i kochanka.

Na blisko 400 stronach swojej podzielonej na głosy pieśni, Márai zgłębia ludzką naturę, która przez tysiąclecia pozostaje niezmienna; przypomina, że naszą drogą jest podróż, która nigdy się nie kończy. Czyni to poprzez piękne, poetyckie epitety i zdania, które warto zapisać dla samej ich eufonii.

Przeczytajcie koniecznie.

Sándor Márai, Pokój na Itace, przełożyła (rewelacyjnie!) Irena Makarewicz, Czytelnik, Warszawa 2009

_________________________________________

Zdjęcie główne: Ithaca Island in the early morning mist, HettieKEF

Posted on

Czas powrotu. Rusza przedsprzedaż Lente#03

O powrocie najpiękniej pisał Kawafis, życząc nam, by był długi, pełen przygód i nauk. Wiedział, że powrót sam w sobie jest podróżą; że w tym odcinku drogi, bardziej niż gdziekolwiek indziej, zawiera się mnogość znaczeń i pełnia doświadczenia.

W jesiennym wydaniu “Lente” nawiązujemy do dzieła aleksandryjskiego mistrza. Jak w jego wierszach, wracamy do antyku, do historii, do przeszłości, ale także do prostoty, subtelności, natury i skromności.

Wspólny rejs rozpoczynamy od surowej ilustracji na okładce, stworzonej przez mieszkającą na Korfu artystkę Paulinę R. Vårregn. Kryją się za nią artykuły bogate i różnorodne, połączone wspólnym mianownikiem: inspiracji do twórczego powrotu. Po drodze zawitamy w dzikiej Czarnogórze, przypominającej o stylu życia, który zdaje się być zapomniany. Udamy się na Maltę, aby podziwiać cuda natury, do których powrót niebawem możliwy będzie tylko we wspomnieniach. Poznamy miasta wykute w śródziemnomorskich skałach, po raz kolejny usłyszymy brawa wśród trybun greckich teatrów i stadionów, a następnie posłuchamy opowieści tych, którzy, wbrew wszystkiemu i wszystkim, wracają ciągle do Ziemi zwanej Świętą. Spędzimy czas z tymi, dla których powrót stał się najważniejszym przyczynkiem do tworzenia: z Małgorzatą Bogdańską, dzięki której poznamy lepiej wybitną włoską aktorkę Giuliettę Masinę; z pewnym hiszpańskim markizem i jego następcami, którzy postanowili odtworzyć w Sewilli dom prefekta Judei; wreszcie z licznymi miłośnikami włoskiego stylu życia, którzy zdecydowali się przenieść swój świat do kamiennych toskańskich murów.

coverlente03

Wśród stacji, które wybraliśmy na naszej wspólnej trasie, będzie także gorąca syryjska pustynia, gdzie wsłuchamy się w losy Zenobii, królowej Palmyry; będzie Półwysep Apeniński, gdzie zrodziły się najsłynniejsze projekty dwudziestowiecznego designu, oraz śródziemnomorskie gaje oliwne, z których pochodzi jeden z najwspanialszych południowych wynalazków: mydło. Jak zwykle, śródziemnomorskim bogactwem będziemy cieszyć się także we własnej kuchni, między innymi przyrządzając doskonałe i oryginalne jesienne przetwory (więcej o tej edycji albumu: tutaj).

Także tym razem pragniemy zapewnić Wam możliwość doświadczenia Śródziemnomorza nie tylko poprzez lekturę. Proponujemy więc zakup trzeciego wydania naszego albumu wraz z towarzyszącą mu Paczką Lente. Zawarte w niej produkty-niespodzianki nie tylko doskonale zilustrują wybrane artykuły, ale także sprawią, że powrót z wakacji będzie momentem przyjemnym i ważnym; etapem porządkującym doświadczenie, budującym pomost między podróżą odbytą a tymi, które jeszcze przed nami.

Box 03

Czego możecie się w nim spodziewać? Poniżej kilka wskazówek…

  1. Nie mamy pełnego i bezpośredniego wpływu na to, co wydarzy się podczas naszych podróży, jednak po powrocie do domu możemy samodzielnie decydować, jakimi emocjami obdarzyć nabyte wspomnienia, jak wykorzystać zdobytą wiedzę i jak spojrzeć na swoje przeżycia z perspektywy czasu. Pomoże w tym na pewno niespodzianka z Paczki Lente, która zapewni także wiele radości podczas wrześniowych weekendów!

2. Niczym bliskowschodni czarodzieje starałyśmy się zamknąć dla Was odrobinę lata pod metalowym wieczkiem, wierząc, że zmysł smaku najprzyjemniej pozwala wrócić myślą do dobrych, wakacyjnych chwil. Ten element Paczki z całą pewnością ucieszy miłośników południowej kuchni!

3. Po raz kolejny mamy dla Was aromatyczne cudeńko do pielęgnacji urody. Podkreślamy przy tym, że nie chcemy wcale przekonywać Was do nadmiernej koncentracji na własnym wyglądzie – aż nadto skutecznie czynią to kolorowe magazyny, reklamy i wygimnastykowane trenerki! Namawiamy jednak do tego, aby o ciele nie zapominać tak, jak nie zapomina się o dobrym i lojalnym przyjacielu. Szczególnie przyjemne będzie to w towarzystwie produktu, który przygotowała dla nas pewna grecka firma, oferująca naturalne specyfiki niedostępne w Polsce.

4. Szczególnym sentymentem darzymy przedmiot nawiązujący do tematyki, której w wypadku POWROTÓW zabraknąć nie mogło: świata ptaków. Żurawie, bociany, kormorany i czaple opuszczają jesienią polskie niebo, uciekając zimie, wracając do śródziemnomorskiego ciepła i światła. Mamy nadzieję, że wybrana przez nas pamiątka pozwoli Wam pamiętać o południowym słońcu także w chłodne, jesienne wieczory. Wtedy zresztą najbardziej się przyda!

Zgodnie z naszą Lente-tradycją, mamy też dla Was papierowy drobiazg, który tym razem pozwoli choć na chwilę przenieść się do jednego z krajów opisywanych w tym numerze, później zaś będzie pięknie prezentować się oprawiony w ramki.

Czy jesteście gotowi na powrót? My… nie możemy się go już po prostu doczekać! 🙂

Zarówno magazyn, jak i Paczkę Lente zakupić można w naszym sklepie; wystarczy kliknąć tutaj.
UWAGA: Paczka Lente ma charakter limitowany; jej sprzedaż potrwa tylko do 16.09.2016 r.

Posted on

Co kryła druga edycja naszej Paczki? Zobacz film z rozpakowywania

 

Jak wiecie, staramy się, by zawartość naszych śródziemnomorskich paczek pozostawała przynajmniej po części tajemnicą. Dlatego właśnie powyższy film powstał już po zakończeniu sprzedaży drugiej edycji Lente – mamy nadzieję, że zaspokoi ciekawość tych, którzy nie zdążyli sami rozpakować paczki!

Posted on

Sprawdzone adresy: manufaktura czekolady Duplanteur Chocolaterie, Grasse

Typowe rodzinne wakacje oznaczają zwykle wspólne zwiedzanie, pozowanie do zdjęć, pałaszowanie lodów, plażowanie i inne podobne zajęcia. Moją rodzinę trudno jednak uznać za typową – chociażby ze względu na kulturowe różnice między mną a moją drugą połową. Poza tym, w wypadku tego akurat rodzinnego wyjazdu mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że moja żona nie widziała dalej, niż czubek jej własnego nosa. Cóż, moja osobista pani redaktor, której talenty literackie pewnie już znacie, od kilku lat ma, obok pisania, jeszcze jedną pasję: zapachy. Prędzej czy później musieliśmy więc zawitać do śródziemnomorskiej stolicy aromatów: prowansalskiego Grasse.

Problem w tym, że choć mój izraelski nos ma bardzo pokaźne rozmiary, to wąchanie perfum niezbyt mnie interesuje. Lubię natomiast wąchać kawę. Niestety ta serwowana w Grasse niespecjalnie mnie zachwyciła.

Kiedy moja żona oddawała się szkoleniom w Galimard, ja wraz z córkami postanowiłem oddać się temu, co poza kawą lubię najbardziej – krążeniu po mieście. Bez celu, gdzie mnie oczy i nogi poniosą. Na każdym kroku czekał na mnie albo sklep z perfumami, albo bar z mało aromatyczną kawą. Na szczęście w pewnym momencie natknąłem się na….

czekoladziarnia


Sklep z czekoladą.
Podejrzewam, że już się ekscytujecie, ale poczekajcie – mamy kolejny problem. Ja, w odróżnieniu od większości ludzi, wcale czekolady nie lubię! Zainteresowało mnie jednak coś innego. Lokal ukryty pod czerwonym szyldem to tak naprawdę małe czekoladowe królestwo. Manufaktura. Palarnia ziaren. Zupełnie jak w wypadku kawy: miejsce, w którym się je ogląda, wącha, pieczołowicie selekcjonuje, przerabia, wreszcie oddaje z miłością tym, którzy do lokalu przychodzą.

grasse
Duplanteur Chocolaterie (www.maisonduplanteur.com) to także, a może przede wszystkim, miejsce prowadzone przez człowieka z pasją. Mój nos wyczuwa takich na kilometr! Celian Mathis ma nieskończone pokłady cierpliwości; potrafi godzinami opowiadać o kakaowych ziarnach i wyrobie czekolady, a także znieść skaczące na około dzieci (sprawdziłem empirycznie). Dzieli się wiedzą i entuzjazmem: rozprawia o uprawie kakaowców w różnych zakątkach świata, o ochronie środowiska i godności każdego pracownika zaangażowanego w uprawę; informuje o sezonowości, metodach przechowywania, rodzajach palenia, upodobaniach klientów. Tak, jak w biznesie kawowym mówi się: od ziarna do filiżanki, tak Celian pokazał mi czekoladę od ziarna do tabliczki. A w zasadzie tabliczek. Zakupiłem ich dla moich bliskich całkiem sporo. Największe emocje wśród obdarowanych wzbudziła czekolada z ziarnami fasolki tonka – pięknie, ciepło pachnąca specjalność zakładu.

czekoladziarnia
Nieczęsto zdarza się, aby ktoś z tak wielką otwartością wpuścił cię do swojego życia, przekazał tyle energii, wiedzy i miłości do tego, czym zajmują się codziennie jego ręce. Dwie godziny spędzone w towarzystwie Celiana sprawiły, że wyjazd do Grasse na długo będzie mi się kojarzyć z zapachem nie perfum, ale czekolady. Jeśli zawitacie kiedyś w tamte strony, koniecznie odwiedźcie Duplanteur Chocolaterie. Kto powiedział, że Grasse, zamiast lawendy i jaśminu, nie może łączyć się w pamięci z aromatem tonki?

Duplanteur Chocolaterie, 22 Rue Marcel Journet, 06130 Grasse, France

Sklep internetowy (opcja anglojęzyczna): www.maisonduplanteur.com/uk-en/
Blog w języku angielskim (warto zajrzeć!): www.maisonduplanteur.com/blog-en/

Posted on

Ece Temelkuran, Odgłosy rosnących bananów

Książka Ece Temelkuran Odgłosy rosnących bananów zawstydza. Nas czytelników, nas Europejczyków zapatrzonych w siebie i lokalne problemy, nas wszystkich, którzy nie widzą świata poza własnym podwórkiem. Nie ma nic złego w tym, że przeżywamy własne historie, ale wiele jest złego w tym, że nie mamy pojęcia o  historiach cudzych. Kiedy wybucha bomba we Francji, płaczemy z rodzinami ofiar, jednoczymy się z tymi, którzy opłakują jakiegoś François, André czy Marie Louis. Kiedy wybucha bomba w Syrii, Libanie, Palestynie lub Izraelu, widzimy tylko informację w wieczornych wiadomościach. Żaden Ahmed, Naser czy Aisza nie przychodzą nam do głowy. A przecież ich też ktoś opłakuje; oni też mieli nadzieje i marzenia, planowali studia, zatracali się w ramionach ukochanych, kupowali wyprawkę dla dziecka. Za każdym atakiem na świecie stoją ludzie – nie tylko ci, którzy dopuścili się tego barbarzyństwa, ale też ci, którzy stali się ofiarami. Nie trzeba interesować się polityką, ani opowiadać po żadnej ze stron, ale trzeba widzieć człowieka, tego, który cierpi, tego, którego marzenia nigdy nie zostaną zrealizowane, tego, którego historia kończy się w pół zdania. O tym wszystkim właśnie opowiada ta książka. O drobnych historiach, o bombach, które kończą zbyt wiele, o pamięci i niepamięci świata. O ludziach.

odgłosy
 

Ta książka zachwyca – historiami, które opowiada, bohaterami, których losy splatają się tak pięknie, choć zaskakująco. Oto bowiem rozwija się przed czytelnikiem świat nieznany, pełen tajemnic i niedopowiedzeń. Odkrywamy go dyskretnie, nie po kolei, z pozoru przypadkowo. Historie odsłaniają się powoli, czasami z niespodziewanej strony. Losy jednych ujawniają się w tej opowieści dzięki innym. Tak jak w życiu, nikt nie jest tu samotną wyspą, a w Bejrucie, uwikłanym w konflikty i przemoc, inni ludzie są szczególnie ważni. Jest więc służąca Filipina, kurczowo trzymająca się wspomnienia o ojcu, znanym tylko z listów, napisanych zresztą w języku, którego dziewczyna nie rozumie. Filipina pracuje u pani Zeynab. W tym samym bloku mieszka też dozorca Marwan, jego życie splecie się z życiem Filipiny w najbardziej dramatycznym momencie opowieści. W sąsiednich mieszkaniach żyją też taksówkarz Naser i Aisza, która zasłania twarz po to, by być nikim, pan Hadi, starzec z pamięcią zatrzymaną podczas minionej wojny, skrywający tajemnicę Jan, Ormianka Setanik. Wszyscy w jakiś sposób splątani ze sobą, choć żyjący w swoich własnych historiach. Jest jeszcze Deniz i pisarz Ziad. Bez nich nie byłoby tej opowieści, choć nie mieszkają w tym samym bloku, nie ma ich w ogóle w Bejrucie.

 

Ta książka zaskakuje – formą, sposobem opowiadania o mieście i o ludziach. Przybliża się i oddala, jest bezosobowa, by po chwili wtrącać się i komentować to, co opisuje. Dystansuje się i przybliża. Jest w niej historia ludzi i historia pisania o historiach ludzi. Nic nie jest tu oczywiste, a całość świetnie się czyta – czterysta stron upływa niezauważenie, hipnotycznie wciągając nas w swój świat.

 

Ta książka wzrusza – nie wszystkie historie są równie przejmujące, ale nie brak chwil, gdy uśmiech zamiera, a oddech przyspiesza. Fantastyczna jest historia doktora Hamzy, ojca Filipiny, który opowiada o sobie w listach pisanych krótko przed śmiercią. Mogłaby z tego powstać osobna książka, mądra i poruszająca, niezwykle intensywna emocjonalnie. Wzruszają odgłosy rosnących bananów, symbol wszystkiego, co normalne, a w strasznych czasach nieosiągalne: ciszy i skupienia na zwyczajności, dotrzymanej obietnicy, chwili, która nie umyka, nadziei. Wzrusza wszystko to, co nie zostało wypowiedziane do końca, a staje się przeczuciem spełnienia.

 

Odgłosy rosnących bananów przeczytałam dwa razy. Za pierwszym razem podążyłam za historiami bohaterów. Potem nadrobiłam zaległości: dowiedziałam się, czym była wojna domowa, dwie wojny libańskie, masakra w obozie Szatila i bombardowanie lotniska w Bejrucie. To wszystko odnalazłam w książce, gdy do niej wróciłam; podążałam już nie tylko za historiami bohaterów, lecz także za historią świata. I przyznaję, że ta druga lektura była znacznie bardziej poruszająca.

Ece Temelkuran, Odgłosy rosnących bananów, Książkowe Klimaty, Wrocław 2016

Posted on

Najciekawsze wystawy drugiej połowy 2016 roku

Przed Wami druga część subiektywnej listy wystaw, których, będąc na południu Europy, nie można przegapić.

WŁOCHY

GENUA
Genova nel MedioevoŚredniowieczna Genua w czasach Embriacich. Ponad 200 dzieł opowiadających historię miasta.
Museo di Sant’Agostino, do 9.10.2016

banner per Visit
MEDIOLAN
Escher. Prace holenderskiego grafika związanego z Włochami.
Palazzo Reale, do 22.01.2017

Escher
TREVISO
Storie dell’impressionismo
impresjonistyczne historie. Dzieła Maneta, Renoira, Gauguina i Van Gogha.
Treviso, Museo di Santa Caterina, 29.10.2016 – 17.04.2017

impressionismo

Tiziano, Rubens, Rembrandt. L’immagine femminile tra Cinquecento e Seicento.  Tycjan, Rubens, Rembrandt. Kobiecy wizerunek w XVI i XVII wieku.
Treviso, Museo di Santa Caterina, 29.10.2016 – 17.04.2017


WENECJA
La Biennale di Venezia
– Międzynarodowa Wystawa Architektury.
Giardini della Biennale (Ogrody Biennale), do 27.11.2016.

la biennale

RZYM
L’Orlando furioso e le arti
– Orland Szalony w sztuce. Zbiór prac poświęconych bohaterowi eposu rycerskiego spisanego w XVI wieku przez Ludovica Ariosta.
Tivoli, Villa d’Este, do 30.10.2016

Furioso

Artemisia Gentileschi – obrazy najsłynniejszej włoskiej malarki okresu baroku.
Palazzo Braschi, 30.11.2016 – 8.05.2017.

Artemisia Gentileschi

HISZPANIA

MADRYT
Bosch. Wystawa upamiętniająca pięćsetlecie śmierci artysty.
Museo del Prado, do 11.09.2016.
Na stronie wystawy można pięknie obejrzeć krótkie, pięknie zrealizowane filmy poświęcone twórczości malarza.

BoschRenoir y la intimidad – ponad 70 prac Augusta Renoira.
El Museo Thyssen-Bornemisza, 18.10.2016 – 22.01.2017

Renoir
BILBAO

Francis Bacon. Od Picassa po Velázqueza: europejskie inspiracje amerykańskiego abstrakcjonisty.
Guggenheim Bilbao, 30.09.2016 – 8.01.2017

Bacon
FRANCJA

MONTPELLIER
Frédéric Bazille – wystawa poświęcona francuskiemu impresjoniście.
Musée Fabre. Do 16.10.2016.

Bazille

Miłego zwiedzania!

Na koniec akcent z Polski: przypominamy o pięknej wystawie Brescia. Renesans na północy Włoch, którą można oglądać w warszawskim Muzeum Narodowym do 28 sierpnia 2016 roku. Naszą relację z wystawy możecie przeczytać tutaj.

Posted on

Traktuj życie jak przygodę, nie obowiązek – rozmowa z Joanną Glogazą

O tym, jak żyć we własnym tempie i czerpać przyjemność z codzienności, opowiada autorka książki „Slow life. Zwolnij i zacznij żyć” i bloga Styledigger Joanna Glogaza.

slow-life-mini-1-1024x683
fot. Styledigger

W „Lente” termin slow life interpretujemy przez pryzmat świadomego, południowego dolce vita. Czym slow life jest dla Ciebie? A może masz pomysł na jego polski odpowiednik?

Właśnie zupełnie nie, niestety! Gdybym miała, użyłabym go w tytule książki. Główkowałam z dziewczynami z wydawnictwa – i nic! Mało zgrabna fraza, która dobrze oddaje istotę rzeczy, to “świadome życie w zgodzie ze sobą”. Bo wbrew temu, co sądzi wiele osób, nie chodzi o to, żeby robić rzeczy wolno, obijać się albo rzucić wszystko i wyjechać na wieś. Sednem slow life jest zatrzymanie się na moment w pędzie codzienności, w którym często funkcjonujemy jak chomiki galopujące w drucianym kółku.
A jak już się zatrzymamy i złapiemy oddech, możemy zastanowić się, czy to, na co poświęcamy czas, na pewno jest dla nas ważne, czy na pewno wystarczająco często robimy rzeczy, które lubimy robić (i co to właściwie są za rzeczy?), jak możemy usprawnić obowiązki, z czego zrezygnować, żeby mieć więcej czasu dla siebie. To nauka uczciwej pracy w skupieniu i odpoczynku bez wyrzutów sumienia – przez wszechobecne powiadomienia i rozpraszacze często utykamy w dziwnym “rozmemłaniu” gdzieś pomiędzy. I traktowania życia jak przygody, nie ponurego obowiązku.

Niedawno czytałam o ciekawym badaniu, które analizowało listy z wakacji pod względem ich zawartości. Okazało się, że od 50 lat coraz rzadziej piszemy o odpoczynku, przyjemnościach i pogodzie, skupiając się na informacjach o zmęczeniu, nadmiarze pracy i obowiązków domowych. Dowodzi to nie tylko, że mamy więcej na głowie niż nasi rodzice czy dziadkowie, ale przede wszystkim, że bycie zmęczonym i wiecznie zajętym świadczy o wysokim statusie społecznym. Studiowałaś socjologię i prognozowanie trendów – czy myślisz, że ta tendencja bycia wiecznie zapracowanym szybko przeminie, czy, wręcz przeciwnie, przyjmie się tak, jak wprowadzony w XIX w. ośmiogodzinny dzień pracy?

Ciekawa sprawa. Zdziwiło mnie zwłaszcza narzekanie na obowiązki domowe podczas wakacji!  Jestem pewna, że napisał to ktoś, kto, jak mój chłopak, nie pójdzie spać, dopóki nie zetrze każdego najmniejszego pyłku skąd tylko się da.
Mogę Ci powiedzieć jedynie, co mi się wydaje – nie mam na poparcie tej tezy żadnych badań. Ewidentnie widać, że zwalniamy, i to w przeróżnych dziedzinach. Skandynawia coraz bardziej dba o pracowników, w Stanach popularnością cieszą się ośrodki wypoczynkowe “pośrodku niczego”, bez dostępu do internetu czy bez zasięgu telefonicznego. Nawet Facebook wypluwa mi ostatnio posty z weekendów dalszych i bliższych znajomych, które spędzili nad rzeką, na wyprawie rowerowej szlakami Podlasia, pod namiotem. To teraz modniejsze, niż zdjęcie z przymierzalni w Zarze.
Na pewno jest więc to mocny trend; liczę, że sporo się z niego nauczymy, a dobre nawyki nam zostaną. Zresztą tak naprawdę nie mamy wyjścia: nie możemy podkręcać tempa w nieskończoność, to fizycznie niemożliwe.

fot. Instagram @joannaglogaza
Slow life to dbanie o małe przyjemności. Fot. Instagram @joannaglogaza

Książka opiera się na Twoich doświadczeniach; sama często podkreślasz, że kierujesz ją przede wszystkim do młodych kobiet. Czy jednak zawarłaś w niej jakąś uniwersalna poradę na życie w stylu slow, która mogłaby być pomocna dla zarówno dla mnie, jak i mojej babci i prezydenta RP?

Myślę, że sporo treści w książce jest uniwersalnych. Dostaję sporo skarg od panów, że porady im się przydały, ale trudno im się czytało tekst, w którym zwracam się do czytelnika w rodzaju żeńskim – zawsze się wtedy śmieję, że choć raz zobaczyli, jak przez całe czytelnicze życie czują się dziewczyny!
Gdybym miała wybrać jedną sugestię, to chyba postawiłabym na celebrację codzienności. Zamiast czekać na ważne wydarzenia typu ślub, święta czy urodziny, których wcale nie mamy w życiu tak znowu dużo, rozpieszczajmy się w zwykłe wtorki czy czwartki ulubionymi małymi przyjemnościami. To rada, którą fajnie się czyta, ale trudno o niej na co dzień pamiętać, dlatego dobrze jest przyjemności zautomatyzować – kupować bilety na kilka miesięcy do przodu, ustalić poniedziałek dniem wieczorów filmowych z pysznymi przekąskami i tak dalej.

Większość z nas sposób organizacji, o którym mówisz, kojarzy głównie z obowiązkami. Dlaczego powinniśmy planować również przyjemności?

Po pierwsze, mamy na co czekać, poprawia nam się humor. Podobno oczekiwanie na wakacje może cieszyć bardziej, niż same wakacje. Po drugie, jeśli kupimy bilet, zarezerwujemy domek czy umówimy się z koleżanką na rolki, to nie będziemy się mieli jak wymigać. Ułożymy wszystko tak, żeby zdążyć i nie uda nam się zepchnąć zaplanowanej przyjemności na niesprecyzowane “kiedyś”.

Brzmi świetnie, ale rzeczywistość często weryfikuje nasze plany. Wiele osób uważa, że na przyjemności ich nie stać – mają na głowie kredyt, utrzymują rodzinę, itd. Co byś im poradziła?

Ściągnąć którąś z finansowych aplikacji albo założyć starą, dobrą tabelkę w Excelu i zacząć spisywać wydatki. Może okaże się, że planując tygodniowe zakupy, zamiast codziennego wyskakiwania do osiedlowego spożywczaka, zaoszczędzimy dobre kilkadziesiąt złotych, za które możemy na przykład wybrać się do kina.

No i pamiętajmy, że jest mnóstwo przyjemności, które nie kosztują ani grosza. Spacery, przytulanie, rodzinna gra w państwa miasta. Z mniej oczywistych – ostatnio odkryłam ASMR, czyli totalny relaks dla mózgu. Włączasz film na Youtubie, a pani albo pan przeprowadza Cię cichym, niesamowicie przyjemnym głosem przez kolejne etapy wizyty w salonie fryzjerskim czy w kawiarni. Ale fabuła jest tylko przykrywką dla wyjątkowo kojących dla naszych uszu dźwięków. Na niektórych działa stukanie ołówkiem o blat, na innych komputerowa klawiatura, jeszcze inni mają dreszcze przy dźwięku, jaki wydaje szczotka do włosów. Wiem, że to brzmi strasznie dziwacznie, ale naprawdę warto włożyć słuchawki, usiąść wygodnie, zamknąć oczy.

Często podróżujesz, również na nasze ukochane południe Europy. Czy przed podróżą przygotowujesz się, poznając kulturę miejsca, do którego jedziesz?

Tak, sprawdzam co warto zobaczyć, zawsze przygotowuję też listę potraw, których chciałabym spróbować. Zawsze wybieram rzeczy, które mnie (mnie to słowo klucz!) ekscytują w podróży. Wychodzę z założenia, że nie ma punktów obowiązkowych i jak najbardziej jestem sobie w stanie wyobrazić podróż do Paryża bez odwiedzin w zatłoczonym Luwrze. Nie cierpię tłumów, uwielbiam za to dzikie plaże, dziwaczne miejsca (w Paryżu zamiast Luwru odwiedziłam ostatnio największy w Europie cmentarz zwierząt), ciekawe miejscowe inicjatywy.

Skoro możemy podróżować po całym świecie i doświadczać innego życia na własnej skórze, dlaczego warto czytać?

Bo dobra książka potrafi teleportować nas do swojego świata w całości. Nie czujemy się tam jak turysta, ale pełnoprawny uczestnik wydarzeń. No i to dwa zupełnie różne sposoby poznawania świata!

***

Wszystkie zdjęcia autorstwa Styledigger

Posted on

Warszawa? Nie, Barcelona. Zapraszamy do stolicy Polski!

Ewa Wysocka od wielu lat jest korespondentką Polskiego Radia w Hiszpanii, na stałe mieszkającą w Barcelonie. Niedawno nakładem wydawnictwa Marginesy ukazała się jej książka Barcelona – stolica Polski.

– Dla mnie Barcelona to organizm żywy, który się zmienia. W dodatku na pewno to jest kobieta, bo ma niesamowite kaprysy; ma również problemy hormonalne – stwierdziła niedawno żartobliwie w audycji “Do południa”, prowadzonej przez Michała Nogasia. Nie ma wątpliwości, że dziennikarka oddała stolicy Katalonii nie tylko wiele lat życia, ale i spory kawałek serca; słychać to w wywiadach, w których opowiada o mieście Gaudiego i Miró. Czuje się to również podczas lektury jej książki. Zabiera nas ona w niezwykłą podróż przez historię, zwyczaje, kulturę i geografię Barcelony – niezwykłą, bo prowadzącą śladami Polaków i związków, jakie łączą Katalonię z naszym krajem.

barcelona

 

Katalończyków nazywa się w Hiszpanii “Polakami”. Miano to nie zostało im nadane z konkretnego powodu, ale jest wypadkową wielu wydarzeń, do których doszło na przestrzeni co najmniej dwustu lat. W zależności od miejsca i daty, el polaco brzmiało bohatersko, przyjaźnie albo pogardliwie – pisze Wysocka. – Dla Katalończyków byliśmy i jesteśmy daleką rodziną, z której są bardzo dumni – dodaje. Brzmi intrygująco, nieprawdaż? Barcelonę corocznie odwiedzają tysiące Polaków, by wygrzewać się na jej plażach, delektować się lokalnymi przysmakami i podziwiać dzieła sztuki, wielu rodaków kibicuje FC Barcelonie, mało kto jednak wie, że jednym z najbardziej cenionych pisarzy jest tu Sławomir Mrożek, najpopularniejszy kataloński program satyryczny to “Polònia” (po którym zawsze ukazuje się plansza z polskim napisem “koniec”), pierwowzorem słynnych “Murów” Jacka Kaczmarskiego była “L’estaca” katalońskiego barda Lluísa Llacha, a Matka Boska Częstochowska ma tu swoją kapliczkę. To tylko kilka przykładów licznych “polskich śladów” w stolicy Katalonii, o których w barwny i jednocześnie bardzo ciepły sposób opowiada Ewa Wysocka. Te i inne ciekawostki wplecione są w historie konkretnych ludzi, którzy w jakimś momencie swojego życia związani byli z Barceloną. Wśród nich znajdziemy wiele słynnych postaci, takich  jak Fryderyk Chopin, Jan Paweł II czy Ryszard Kapuściński, oraz osoby mniej znane, ale zasłużone (nie tylko dla stosunków polsko-katalońskich). Do tych ostatnich należą chociażby sekretarz Konsulatu Honorowego RP w Barcelonie podczas II wojny światowej Wanda Morbitzer Tozer, polski piłkarz grający dla FC Barcelony Walter Rozitsky, czy też pewna polska para, której udało się przekonać kierownictwo klubu, by zgodziło się na ich sesję ślubną na stadionie Camp Nou.

Książkę Wysockiej dodatkowo ubarwiają anegdoty z jej własnego życia w stolicy Katalonii. Do moich ulubionych należy z pewnością zabawna historia o tym, jak, w rozmowie z autorką, katalońscy dziennikarze pomylili  Polskę z Węgrami, a Bałtyk z Balatonem. Dla osób znających Barcelonę szczególnym smaczkiem będą także “spacery” ulicami miasta, z przystankami pod konkretnymi adresami. Między wierszami poznajemy zaś katalońską kulturę i zwyczaje oraz charakter mieszkańców. Nie pytajmy Katalończyka, czy smakuje mu polska kuchnia – radzi w książce Ewa Wysocka. Powie, że smakuje. Skłamie. A potem, kiedy będziemy chcieli ugościć go po polsku, zje i będzie cierpiał. W innym miejscu pisze: […] na początku którejś jesieni, w mglisty poranek, starsza pani w wałkach na głowie i długim, zielonym szlafroku spokojnie przechodziła przez Diagonal, szeroką arterię, która przecina miasto. Nie wyglądała na osobę, która czuje, że jest niestosownie ubrana. No bo czy była? Miała przecież na sobie wyjściowy szlafrok. Te i podobne fragmenty czynią lekturę Barcelony – stolicy Polski nie tylko ciekawą i intrygującą, ale także pełną uroku – tego niezwykłego, osobliwego uroku, który sprawia, że ludzie – jak ja – zakochują się w tym mieście, a który udało się Ewie Wysockiej doskonale uchwycić na kartach książki.

Posted on

W winie… przyjemność. Sommelierski wybór południowych trunków na lato

Krewki toskańczyk

Bacia, lecca, morde, picca, punge (‘całuje, liże, gryzie, szczypie, kłuje’) – tak pisał Michał Anioł Buonarroti o winach z wapiennych wzgórz średniowiecznego San Gimignano. To idylliczne miejsce w sercu Toskanii, kryjące się w cieniu szesnastu wież, słynie z produkcji białych win ze szczepu Vernaccia.

Vernaccia di San Gimignano to pierwsza apelacja we Włoszech, która w 1966 roku otrzymała odznaczenie DOC, a w 1993 roku jej status zmieniono na DOCG przyznawany wyłącznie winom z najbardziej tradycyjnych siedlisk we Włoszech. Ciekawostką jest, że w okolicy, oprócz wina, od XIII wieku sadzony jest krokus uprawny, używany do produkcji znanego afrodyzjaku – szafranu.

Vernaccia
Vernaccia w San Gimignano. Fot. Emanuele Russo, licencja CC2.0

Kolacja ze śniadaniem

Hiszpańska cava, wino produkowane metodą tradycyjną głównie w okolicach Penedes w niewielkiej odległości od Barcelony, to nie tylko wspaniałe antidotum na upały, ale także trunek, który doda seksapilu każdej kulinarnej uczcie. Zaczynając od aperitifu w połączeniu z hiszpańskimi oliwkami bądź też tapas, poprzez popularną w Hiszpanii smażoną rybę, aż do połączeń z serami, np. cabrales, czy z szynką serrano lub potrawami z grilla. Przede wszystkim jednak cavę można podać do… śniadania. Doskonałą kombinacją, uważaną powszechnie za afrodyzjak, jest cava i jaja przepiórcze. Warto wiedzieć, że cava produkowana głównie z autochtonicznych hiszpańskich szczepów występuje w wydaniu zarówno białym, jak i różowym; miłośnicy wyrafinowanego stylu powinni pamiętać, że dziś w modzie jest szczególnie wersja różowa.

Cava
Dumnie prezentująca się Cava. Fot. Wikipedia

Różowo mi

Wina różowe, niegdyś niechciane i wręcz odrzucone za sprawą amerykańskiego White Zinfandela, dziś stały się wyjątkowo cenione. Są niesłychanie zmysłowe i wspaniale komponują się z wieloma daniami.

Ojczyzną win różowych wytrawnych jest Prowansja. Słynni winiarze w ostatnich latach zaczęli mocno inwestować w tym regionie. Świetnym tego przykładem jest Sacha Alexis Lichine – syn sławnego winiarskiego pisarza Alexisa Lichine, który wsławił się w rozwoju winiarstwa w Bordeaux i jako pierwszy organizował degustacje wina otwarte dla szerokiej publiczności. Mottem Sachy jest: Life should be easy to drink (‘Życie powinno być łatwe do picia’). W swojej posiadłości Château d’Eslans zatrudnił Patricka Leona – znanego konsultanta-enologa, który przez 20 lat pracował jako dyrektor zarządzający dla barona Phillppe’a de Rothschilda, m.in. w Château Mouton Rothschild. Tak też powstały wybitne terroirystyczne* wina, które Jancis Robinson opisuje jako jedne z najbardziej wyróżniających się do co jakości win różowych.

wino różowe
Prowansalskie wino różowe. fot. Pixabay

 

Uwodziciel w przebraniu
W gorącej Grecji wino powstawało już 6500 lat temu, stanowiąc integralną część kultury i stylu życia. Tutaj też rozwinął się, a później opanował basen Morza Śródziemnego kult Dionizosa – boga wina. Warto wiedzieć, że popularne dziś słowo „sympozjum”, używane jako synonim konferencji naukowej, oznaczało w starożytnej Grecji nic innego jak… wspólne picie, stanowiąc po prostu część zebrania towarzyskiego (nota bene dostępnego wyłącznie dla mężczyzn). Za jedno z najbardziej uwodzicielskich greckich win uważany jest porywający biały trunek z wyspy Santorini, produkowany ze szczepu Assyrtiko. Jego mineralna charakterystyka wywodzi się z wulkanicznych gleb wyspy; charakteryzuje je wysoka kwasowość, pomimo gorącego klimatu. Nie bez powodu mówi się więc, że jest to „biały szczep w ubraniu czerwonego” – ze względu na ciężką, przypominającą czerwone wino strukturę i średnią zawartość alkoholu 13,5%.

 

Greckie Assyrtiko. Fot: Monica, licencja CC2.0

 

______________
* Wina terroirystyczne ( od francuskiego terroir – siedlisko) to wina ukazujące w smaku i aromacie cechy związane z ich miejscem pochodzenia. Terroir to idealne połączenie warunków klimatycznych, glebowych i rodzaju szczepu, który jest sadzony w danym miejscu.