W poniedziałek poprosiliśmy Was o dokończenie zdania: Lente znaczy dla mnie… Było nam ogromnie miło przeczytać wszystkie pomysły! Zgodnie z zasadami konkursu, nagrodziliśmy pierwsze dwadzieścia komentarzy, które pojawiły się na naszej stronie internetowej.
Poniżej znajdziecie zwycięskie komentarze – ich autorów prosimy o przesłanie swoich danych korespondencyjnych na adres mailowy info@lente-magazyn.com. W przyszłym tygodniu wyślemy Wam obiecane książki Diega Galdina: 10 egzemplarzy najnowszej Żeby miłość miała Twoje oczy z podpisem autora oraz 10 egzemplarzy debiutanckiej powieści Diega pt. Pierwsza kawa o poranku.
Książkę Anny Wieczorkiewicz pochłonęłam podczas ostatniego wakacyjnego wyjazdu w zeszłym roku. W trakcie lektury nieustannie zadawałam sobie pytanie: jak to możliwe, że podróżowałam przez ostatnie trzydzieści – albo i więcej! – lat, nie uświadamiając sobie pewnych kwestii?! Odpowiedzi nie znalazłam; co więcej, poszukuję jej nadal, razem z odpowiedziami na całą masę innych pytań, które pojawiają się w tej publikacji. I na tym właśnie polega jej wartość.
Autorka analizuje zagadnienia związane z turystyką z punktu widzenia antropologa. Czym jest poszukiwana przez podróżujących autentyczność przeżyć? Dlaczego zbieramy pamiątki z wojaży? Jakim językiem przemawiają do nas reklamy rozmaitych agencji, a jakim magazyny i blogi o podróżach? Te proste z pozoru kwestie prowadzą do wielu zaskakujących odkryć. Fascynującą przygodą jest przejrzenie się w opisywanych przez Wieczorkiewicz wzorach zachowań, porównanie własnych reakcji do tych, które w materiale badawczym przewijały się najczęściej. Uświadomienie sobie trywialnej w gruncie rzeczy prawdy, że czynność, którą uważamy za jedną z najpiękniejszych w życiu, może być zarówno poezją, jak i produktem, objawieniem i schematem.
Przeczytajcie, choć samego Śródziemnomorza tu niewiele. W zamian dostaniecie jednak niezwykle rozwijającą lekturę, obowiązkową dla wszystkich, którzy lubią pakować walizki.
Anna Wieczorkiewicz, Apetyt turysty. O doświadczaniu świata w podróży, Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2012
W minioną sobotę miałyśmy przyjemność spędzić odrobinę czasu z pewną nietuzinkową osobą. W Warszawie zawitał bowiem Diego Galdino, rzymski pisarz-barista, z którym nasza ekipa spotkała się, by porozmawiać, ale także po to, by razem pocieszyć się dobrą, poranną kawą. Z tego też względu umówiłyśmy się z Diegiem w Cophi na Hożej – lokalu prowadzonym w centrum Warszawy przez Uri Wollnera, męża Julii.
Diego Galdino jest autorem popularnych powieści, w tym wydanych w Polsce przez Dom Wydawniczy Rebis Pierwszej kawy o poranku oraz Zadbam o to, żeby cię nie stracić, a także najnowszej: Żeby miłość miała Twoje oczy. Są to lekkie, romantyczne historie, których akcja rozgrywa się w malowniczej scenerii włoskich miast i miasteczek. I choć książki te czyta się z przyjemnością, to sam autor jest dla nas chyba jeszcze ciekawszy…
Ten niezwykle skromny i serdeczny rzymianin mógłby powiem stanowić ilustrację do hasła “lente”. Jest uroczą, bezpretensjonalną osobą, łączącą ciężką pracę dnia codziennego – prowadzenie baru przy ruchliwej i głośnej ulicy – z dążeniem do realizacji marzeń i pasji, jaką jest pisanie. Daleko mu do zmanierowanej gwiazdy, na jakie kreują się często popularni autorzy bestsellerów; blisko natomiast do prawdziwego życia, tego, na które składają się kłopoty i zmartwienia, ale także radosna celebracja codzienności.
O tym wszystkim gawędziłyśmy z Diego przy filiżance kawy, a zapis naszej rozmowy ukaże się drukiem w jesiennym wydaniu magazynu-albumu “Lente”.
Już teraz zapraszamy Was jednak do udziału w konkursie z nagrodami, które ufundował Dom Wydawniczy Rebis. Mamy dla Was aż 10 egzemplarzy najnowszej książki Diega Żeby miłość miała Twoje oczy z podpisem autora oraz 10 egzemplarzy jego debiutanckiej powieści pt. Pierwsza kawa o poranku.
Jak dać sobie szansę na wygraną? Wystarczy polubić niniejszy wpis, a następnie zostawić w komentarzu pod nim rozwinięcie myśli Lente znaczy dla mnie… Nagrodzimy pierwsze 20 komentarzy spełniających ten warunek.
Na początku jest zachwyt: złociste piaski Zatoki Biskajskiej, turkusowe wody Morza Kantabryjskiego, a pośrodku – tajemnicza, zielona wyspa. Subtelna, wyrafinowana belle époque kontrastuje z awangardową, nowoczesną architekturą, a miejski szyk nadmorskiego kurortu konkuruje z surferskim luzem. Lokalne restauracje prześcigają się w zdobywaniu gwiazdek Michelina, a miniaturowe pintxos (baskijskie tapas) przyciągają smakoszy ze wszystkich stron świata. Beztroska atmosfera, swobodna elegancja, szyk i umiar: takie jest San Sebastian. Nie do końca dające się zdefiniować, konsekwentnie lojalne wobec lokalnej tradycji, a zarazem stale podlegające falom transformacji.
W tym roku Donostia – bo tak brzmi baskijska nazwa miasta – ma szansę zaprezentować się z jak najlepszej strony: jako Europejska Stolica Kultury. Zachęcając Was do podróży w tamte strony, przedstawiamy garść naszych wypróbowanych – i w pełni ZAAPROBOWANYCH – adresów.
fot. Eliza Kiljanek
Gdzie się zatrzymać?
San Sebastian leży w północnej Hiszpanii, w Kraju Basków, tuż przy granicy z Francją. Najbliższe lotniska to Bilbao (Hiszpania) i Biarritz (Francja). Zdecydowanie większa część bazy noclegowej San Sebastian znajduje się w centrum miasta. Naprawdę jest w czym wybierać! Rezerwując nocleg, trzeba jednak wziąć pod uwagę odbywające się w danym terminie festiwale, kongresy i inne uroczystości. Do najważniejszych należą: Jazz Festiwal Jazzaldia w lipcu, Semana Grande (lokalne uroczystości San Sebastian) w sierpniu oraz San Sebastian Film Festival we wrześniu – to one przyciągają największą publiczność, a podczas ich trwania miasto wypełnia radość i uroczysta atmosfera. Po skwerach, ulicach i plażach niosą się dźwięki muzyki; na chodnikach rozwijają się czerwone dywany, a sale kinowe wypełniają się po brzegi: do miasta przybywają bowem gwiazdy światowej sławy.
Hotel Astoria7Hotel (Amara, Familia Santua Kalea 1, www.astoria7hotel.com) to awangardowe miejsce stworzone z myślą o kinomanach, oferujące klimat jak z planu filmowego, szykowny design i świetną kuchnię. Biorąc sobie do serca słowa Woody Allena (Kto nie chciałby spędzić nocy z osobą, którą kocha?), hotel oferuje szansę na “pomieszkanie” sobie z wymarzoną gwiazdą kina, na przykład z Alfredem Hitchcockiem lub Seanem Pennem.
Donosti Chill, fot. Eliza Kiljanek
Jeśli lubicie wypoczywać aktywnie, warto skorzystać z propozycji lokalnej surferki i fotografki Ale Romo. Stworzyła ona swoją autorską wersję “domu daleko od domu”, za to tuż przy surferskiej plaży Zurriola (www.donostichillretreathouse.com). Razem z pokojem warto zarezerwować dodatkowe dobrodziejstwa: pożywne i zdrowe śniadanie czy lekcje yogi i surfingu.
A Room in the City (Easo Kalea 20, www.aroominthecity.eu) to dla odmiany atrakcyjna cenowo opcja dla lubiących być w samym centrum. Charakteryzuje ją idealna lokalizacja, przystępne ceny i wygodne łóżko. Rezerwacji trzeba jednak dokonywać z dużym wyprzedzeniem, bo miejsce szybko się zapełnia.
Na powitanie: kawa
Kiedy już wyśpimy się w wybranym hotelu, poranek – a potem kolejne pory dnia! – warto przywitać kawą w odpowiednim lokalu. Moje ulubione miejsce na kawę i dulce (coś słodkiego) w ciągu dnia to Gogoku Goxua (Centrum, Plaza Gipuzcoa 2), usytuowane w samym sercu miasta, pełno gwaru i inspiracji. Właśnie tutaj najlepiej zregenerujecie siły po długich i wyczerpujących spacerach po mieście. Do pysznej kawy zamówcie ciasto z czekoladą i orzechami nasączone rumem, a pałaszując je – podglądajcie przechodniów.
Wspaniałym miejscem jest także kawiarnia Terzi mieszcząca się w Międzynarodowym Centrum Sztuki Współczesnej Tabakalera (Egia, Plaza de las Cigarreras 1, www.tabakalera.eu/en). Zabytkowy budynek po zakładach tytoniowych został przemieniony w tętniące życiem centrum kulturalne miasta; surowa atmosfera wnętrza sprzyja powstawaniu twórczych pomysłów. Zajrzyjcie więc na jedną z wystaw lub poprzeglądajcie przewodniki w bibliotece Centrum. Na ostatnim piętrze mieści się patio, które oferuje wspaniałe widoki na miasto i Zatokę, zaś po drugiej stronie ulicy znajduje się historyczny park Cristina Enea, do którego możecie wybrać się na chwilę odpoczynku wśród śpiewu ptaków i egzotycznej roślinności. Raz w miesiącu odbywają się tam koncerty; sprawdźcie, być może akurat traficie na jeden z nich! Jeśli zaś, spacerując, znajdziecie się w zabytkowej dzielnicy Gros, koniecznie wstąpcie do alternatywnej piekarni LOAF (Gros, Zurríola Hiribidea, 18, www.theloaf.es). Można tu liczyć nie tylko na aromatyczną, mocną kawę, ale także na przepyszne brownie prosto z pieca. Spróbujcie też świeżo wypieczonego chleba z kurkumą i kolendrą lub zamówcie pizzę na wynos. Najlepiej smakuje ona skonsumowana na plaży po drugiej stronie ulicy, gdzie podziwiać można fale rozbijające się o brzeg i ślizgających się na nich surferów.
Loaf, fot. Eliza Kiljanek
Spacery, restauracje i relaks w San Sebastian – część druga: KLIK.
Do Prowansji wracam tego lata po blisko 20-letniej nieobecności, przerwanej tylko krótką, bo kilkugodzinną wyprawą do Menton podczas zeszłorocznej podróży do Ligurii. Kraina, w której, w dzieciństwie, spędzałam z rodzicami większość wakacji, już lada dzień zderzy się przed moimi oczami z ogromem wspomnień, z jednej strony wyraźnych, bo zachowanych w sercu, z drugiej zaś – niejako zamkniętych za szklaną taflą, rozmytych przez czas.
Przygotowania do tej sentymentalnej niewątpliwie wycieczki wymagały chwili z wyjątkową książką, która przypomni wyblakłe barwy, wzmocni brzmienie na wpół zapomnianych melodii, przywoła dawne zapachy i smaki. Zadaniu nie podołał lubiany skądinąd przeze mnie Durrell, którego brytyjskiej mentalności okazało się nie po drodze z obrazami z mojego dzieciństwa. Na szczęście gdzieś, najpewniej w “Zeszytach literackich”, którym ufam ślepo i bezkrytycznie, natknęłam się na wzmiankę o książce krakowskiego profesora, Adama Wodnickiego.
Tryptyk oksytański to pokaźny tom, w którym zebrano aż trzy książki autora: Notatki z Prowansji, Obrazki z krainy d’Oc i Arelate. Obrazki z niemiejsca. Wydawca – krakowska Austeria – zachęca do lektury, twierdząc, że, złączone w jednym tomie, zyskują nową tożsamość. Opisy, obrazy ukazują w nim pełniejszy obraz kraju, który – choć zbudowany z mitów i marzeń – jest bardziej rzeczywisty niż rzeczywistość. Trochę jak moje wspomnienia, rzeczywiste i nie.
I w rzeczy samej jest Tryptyk książką w pełni zasługującą na czas, który jej się poświęci; książką zbudowaną na zachwycającym mnie niezmiennie kontraście między historią a dniem dzisiejszym, legendą a twardymi faktami. Van Gogh jeszcze ciągle, niepostrzeżenie, przebiega uliczkami Arles, ale Wodnicki zatrzymuje się w jego zaułkach, by pogawędzić z miejscową studwudziestolatką, celebrującą kolejne urodziny. Z dalekiego Rzymu galopują rumaki Juliusza Cezara, ale przy bulwarach des Lices i Clemenceau kupcy, jak co tydzień, szykują się do sobotniego targu; w kawiarniach dyskutuje się o literaturze, ale najspieszniej biegnie się do lektury pliku listów pisanych przez żonę przyjaciela. Zatopiony w prowansalskiej ciszy Petrarka kreśli swoje wzniosłe wiersze, a my wsłuchujemy się w huk silników dawnych samolotów, z których jeden zabrał do nieba Antoine De Saint- Exupéry’ego.
Erudycyjny esej i swojska opowieść współistnieją w Tryptyku, zapraszając zarówno do medytacji, jak i do prędkiego zawiązania rzemyków w wygodnych sandałach, gotowych do marszu.
Nie diamenty, ale obcasy są najlepszym przyjacielem kobiety – powiedział amerykański pisarz William Rossi. Zgrabnej łydce na szpilce nie oprze się żaden mężczyzna. Co ciekawe, sami panowie ukręcili na siebie bata. Smukły obcas wzmocniony metalowym prętem wymyślili ci, którzy uchodzą za największych podrywaczy – Włosi.
Vigevano jest pięknym, ale sennym miasteczkiem położonym niedaleko Pawii. Kryje w sobie jednak dwie niespodzianki, które szybko podnoszą ciśnienie. Historyków zainteresuje fakt, że urodziła się tutaj królowa Bona. Z kolei miłośniczki mody ucieszy informacja o Muzeum Butów, które znajduje się na zamku Sforzów.
Wśród ponad 400 modeli (wystawione są tutaj m.in. buty Mussoliniego, sandały żony króla Włoch Umberta II czy papieskie pantofle produkowane przez firmę Moreschi) poczesne miejsce zajmują oczywiście szpilki. Obok takich marek, jak Manolo Blahnik, Jimmy Choo, czy Louboutin, znajdziemy nazwiska rodem z Vigevano. Wspomina się o nich rzadziej, ale to właśnie Andrei Pfisterowi czy Armando Polliniemu kobiety zawdzięczają największe narzędzie uwodzenia. To oni w latach 40. i 50. XX wieku wyznaczali nowe trendy i standardy. Wkrótce lombardzkie miasteczko, w którym otworzyli swoje sklepy, stało się stolicą przemysłu obuwniczego, a produkowane tu szpilki zaczął nosić cały świat.
Szopeny i sztylety
Z początku nic nie zapowiadało spektakularnej kariery szpilek. A na pewno nie tego, że staną się męskim fetyszem. Pierwsze buty na obcasie stworzono bowiem dla egipskich rzeźników, by nie musieli brodzić w kałużach krwi. „Kothorni”, czyli dzisiejsze koturny, nosili też greccy aktorzy – dodając sobie kilka centymetrów wzrostu, lepiej prezentowali się na scenie. Potem buty z cholewami i na obcasach chętnie zaadaptowali wojownicy Czyngis-chana, bo ułatwiały im trzymać stopy w strzemionach.
Kobiety zaczęły nosić wysokie buty w XV wieku. I jako pierwsze uczyniły to wenecjanki. Krzykiem ówczesnej mody były tzw. chopine – lekkie pantofelki przymocowane do grubej zdobionej zelówki z korka lub drewna, która mogła mieć nawet 75 cm wysokości (swoją drogą, moda ta doprowadziła do spustoszenia europejskich plantacji drzewa korkowego). Chopine miały ratować przed błotem pokrywającym weneckie calli, szybko jednak stały się wyznacznikiem społecznego statusu. A dla zazdrosnych mężów – narzędziem kontroli. W tak wysokich butach trudno było się poruszać, więc podczas spacerów damy wspierały się na ramionach dwóch służących. W tej sytuacji o potajemnych schadzkach z kochankami nie było mowy.
Dopiero wiek później powstał prototyp buta przypominającego współczesną szpilkę. I znów jako pierwsza założyła go Włoszka. Pojawił się na stopie niezbyt urodziwej i mierzącej zaledwie 155 cm wzrostu 14-letniej Katarzyny Medycejskiej. Właśnie brała ślub z królem Francji Henrykiem II, postanowiła więc zatuszować niektóre mankamenty swojej urody i olśnić gości zgromadzonych na ceremonii. Przez całe stulecia krążyła legenda, że buty dla przyszłej królowej Francji zrobił sam Leonardo da Vinci. Nie jest to jednak prawdą, bo artysta zmarł 24 lata wcześniej. Faktem jest natomiast, że obuwie jakiego świat jeszcze nie widział stworzyli jego rodacy, florenccy rzemieślnicy. Buty na kilkunastocentymetrowych czerwonych obcasach (czerwień była najtrudniejszym do uzyskania i tym samym najdroższym barwnikiem w tamtych czasach) szybko zdobyły popularność na francuskim dworze. Z tym, że kobiety ukrywały je pod sukniami, a eksponowali… panowie. Król Słońce miał aż 120 par takich pantofelków.
Włoskie buty damskie z jedwabiu, lata ’70 XVIII wieku (kolekcja Los Angeles County Museum of Art)
Kariera butów na obcasie załamała się wraz z wybuchem Rewolucji Francuskiej, która w imię równości odrzuciła wszystko, co kojarzyło się z arystokracją. Na damskiej nodze szpilki pojawiły się ponownie w XX wieku, kiedy przyszła moda na krótkie spódnice. I znowu najbardziej efektownymi butami na obcasie mogli pochwalić się Włosi. W latach 20. André Perugia stworzył ekstrawaganckie wieczorowe sandały z zamszu i skóry węża, zaś w 1937 roku Salvatore Ferragamo zaprezentował tzw. zeppa di sughero, czyli buty na grubej podeszwie w kształcie trójkąta i prostokątnym obcasie, zrobione z kilku warstw korka pokrytego kolorowym welurem. Buty Ferragamo, szewca gwiazd, założyły wkrótce najsłynniejsze aktorki tamtych lat: Marylin Monroe, Audrey Hepburn, Sophia Loren, Lana Turner; on sam w latach 50. pretendował do tytułu wynalazcy współczesnej szpilki. Konkurentem był Francuz Roger Vivier, słynący z obcasów w kształcie graniastosłupów o przekroju trójkąta. Kto wygrał? Do dziś toczy się spór o palmę pierwszeństwa. Zwolennicy Ferragamo przekonują, że o włoskim rodowodzie szpilek świadczy pochodzące z Italii słowo stiletto, czyli mały sztylet. I że to mistrzowie z Vigevano po raz pierwszy wzmocnili wąski obcas stalowym prętem, by nie uginał się pod ciężarem ciała.
Jego wysokość muzeum
Jakby nie było, to właśnie we Włoszech znajduje się Muzeum Butów. Kilkanaście lat temu, gdy na zamku Sforzów przeprowadzano remont, robotnicy odnaleźli zabytkowe pantofle na grubym drewnianym koturnie. Prawdopodobnie należały do Beatrycze d’Este, żony Ludovica Marii Sforzy. Można je dziś podziwiać w jednej z pierwszych sal muzeum w Vigevano. Oprócz tego znajdziemy modele Andrei Pfistera, które pokochały Julia Roberts i Madonna (jego najsłynniejsze buty mają obcasy z koralików lub w kształcie… ananasa), Cesarego Paciottiego, słynącego z mocnego, agresywnego stylu, czy Armando Polliniego, wynalazcy zatteroni, butów na platformie, które w połączeniu z szerokimi spodniami triumfowały na wybiegach lat 70. Uwagę zwrócą też na pewno szpilki Alberta Dal Co’, który ubierał gwiazdy Cinecittà, Brigitte Bardot i Ginę Lollobrigidę, i który zasłynął modelem Paparazzo (w obcas wmontowana jest zębatka, na odstraszenie natrętnych fotografów) oraz zdobione kosztownymi kamieniami buty Rene Caovilli uwielbiane przez Jennifer Lopez i Beyoncé.
Obuwie damskie z początku XVIII wieku, Wenecja (z kolekcji Muzeum Rossimoda)
A jeśli nadal będziecie czuć niedosyt, wybierzcie się do Villi Foscarini Rossi pod Wenecją, gdzie w muzeum poświęconym marce Rossimoda wystawionych jest ok. 1500 luksusowych szpilek. I nie przejmujcie się kąśliwymi uwagami, że kobiety włożyły szpilki, by mogły być całowane przez mężczyzn nie tylko w czoło. Słowa te wypowiedział mężczyzna. Ale to przecież mężczyzna szpilki wymyślił.
Jest taki punkt, gdzie Barcelona rozlewa się poza średniowieczne mury, a nieregularna zabudowa ustępuje miejsca starannie poukładanym kwartałom L’Eixample. W tym miejscu, przy Passatge Sert 12, Katalończycy odkrywają zupełnie nowe spojrzenie na kawę.
Nowe, bo zgodne z tak zwaną trzecią falą. Za falę pierwszą uważa się kawę czarną jak śmierć i słodką jak miłość – aby zacytować sformułowanie, którego używał francuski dyplomata i rewolucjonista, Charles Maurice de Talleyrand-Périgord. Drugą, świeższą, ale już tradycją, jest traktowanie kawy jako dobra wysokiej jakości, jak wino, a nie tylko sposobu na porannego kopa. Trzecia fala kawy ma swoje korzenie na początku lat dziewięćdziesiątych i rozwijała się równolegle w USA, Australii, Nowej Zelandii, krajach skandynawskich. Chodzi o ziarna najwyższej jakości, pochodzące z pojedynczych plantacji, bezpośrednio skupowane, palone tak, aby w naparze wydobyć z nich więcej niż zwęglony posmak i oleistą konsystencję.
Mimo że Sztokholm, Londyn i Berlin serwują kawę trzeciej fali już od lat, przyzwyczajeni do cortado Hiszpanie do niedawna nie mieli gdzie jej smakować. Zmienił to Jordi Mestre, dwukrotny zwycięzca mistrzostw hiszpańskich baristów. Swoje doświadczenie zdobywał w Londynie w Nude Espresso; w 2013 roku wrócił do Hiszpanii. Założony przez niego lokal Nømad Coffee jest pierwszym miejscem w Barcelonie, które wyciągnęło picie kawy z narożnego baru oraz towarzystwa croissantów i jamón serrano.
Najłatwiej dotrzeć do Nømad Coffee, wysiadając z metra na Arc de Triomf i kierując się w stronę Carrer del Trafalgar (uwaga, łatwo pomylić z Ronda de Sant Pere, są równoległe). Na centralnej ścianie lokalu wisi wielki plakat Coffee Taster’s Flavor Wheel – koła smaków i aromatów kawowych SCAA (Amerykańskiego Stowarzyszenia Kawy Specialty).
W lokalu bariści serwują wyłącznie kawę. Goście siadają przy długim stole po jednej stronie; po drugiej, przy tym samym blacie, pracuje barista. O ile dla północnych kawoszy (tak, Polska dla Hiszpanów leży na północy, dopiero potem na wschodzie) V60, Chemex lub Aeropress to nic nowego, nowe będzie doświadczenie degustacji. Jordi mówi, że Nømad Coffee to przede wszystkim przestrzeń do zabawy i eksperymentów. Barista jest przewodnikiem po sensorycznej przygodzie.
Nømad Coffee to także palarnia i centrum kawowej edukacji: dla wszystkich na cotygodniowych cuppingach, czyli degustacjach kawy, dla wybranych i chętnych na szkoleniach baristycznych.
Wbrew przekonaniom francuskiego dyplomaty Hiszpania powoli zaczyna odkrywać, że kawie do słodyczy wcale nie potrzeba cukru, że odcieni czerni ma bardzo wiele, a temperatura najlepiej jak jest odpowiednia, wcale nie piekielna. Wtedy cieszymy się wszystkimi 110 zmysłowymi atrybutami, które można kawie przypisać.
Według ateńskiego filozofa i felietonisty, Nikosa Dimou, szczęście to rzadko spotykany, tymczasowy stan, w którym rzeczywistość zbiega się z naszymi oczekiwaniami. Analogicznie rzecz biorąc, nieszczęście oznacza brak zbieżności między ludzkimi pragnieniami a faktami. Tyle gwoli wprowadzenia.
Przetłumaczona niedawno na polski, głośna i lapidarna książka Dimou ma w założeniu udowadniać tezę, wedle której Grecy, mający z przyczyn historycznych problem z samookreśleniem i tożsamością, dźwigający ciężar wielowiekowej spuścizny, są nacją szczególnie predestynowaną do odczuwania nieszczęścia. Dzieje się tak zarówno z racji ich olbrzymiego kulturowego dziedzictwa, jak i charakteru – ze względu na nie mieszkańcy Hellady doświadczają większego dystansu między pragnieniem a rzeczywistością niż średnia przewidziana dla reszty ludzkości. Brzmi przekonywająco, nieprawdaż? Co więcej, brzmi także dowcipnie, zgrabnie, ironicznie. Właśnie w oparciu o te trzy przysłówki skonstruowałam swoje oczekiwania wobec najnowszej propozycji wydawniczej Książkowych Klimatów, spodziewając się książeczki lekkiej, łatwej i zabawnej.
A jednak i mnie, choć nie posiadam grama helleńskiej krwi, oczekiwania rozjechały się z rzeczywistością.
W swej króciutkiej publikacji, składającej się ze 193 aforyzmów tłumaczących mentalność Greków obcokrajowcom, ale także i swoim krajanom, autor lawiruje między komedią a dramatem, żartem i goryczą. Trudno określić, kiedy porzuca ton satyryczny, aby przemawiać z pełną powagą – lekka złośliwość miesza się tu ze współczuciem wobec własnej nacji, a surowa krytyka z bez mała czułym pobłażaniem. Jednak, przewracając ostatnią stronę Nieszczęścia bycia Grekiem, ma się nieodparte wrażenie, że książka ta w swej ostatecznej wymowie humorystyczna nie jest.
Znając z bardzo bliska dwa inne śródziemnomorskie narody i jednocześnie będąc Słowianką z krwi i kości, nie mogłam przy tym powstrzymać się od konkluzji, że Grekom jesteśmy podobni i my, Polacy, jak również nasi przyjaciele z Mazurka Dąbrowskiego; wiele cech opisywanych przez Dimou odnajduję też w postawie innych obcokrajowców. Czyżby, po raz kolejny, okazywało się, że, bez względu na pochodzenie, więcej między nami podobieństw niż różnic, bo pewne zachowania tożsame są po prostu z ludzką kondycją w ogóle?
Odpowiedzi na to pytanie warto poszukać samemu. Jedno jest pewne – kontrast między tym, czego oczekiwałam po książce Dimou, a refleksjami, którym oddałam się po jej przeczytaniu, wbrew tezie autora nie uczynił mnie nieszczęśliwą. Dlatego także Wam polecam jej całkiem przyjemną, a na pewno pouczającą i inspirującą lekturę.
Nadejście każdej wiosny celebruję od jakiegoś czasu wprowadzaniem nowych rytuałów do mojej wciąż zabieganej codzienności. To taka bardzo osobista forma corocznego odradzania się. W zgodzie z rytmem świata, który znów budzi się do pełni życia.
Wszystko zaczęło się któregoś roku od zmiany diety: „jedzenie czegoś tam” zastąpiłam „odżywianiem mojego organizmu”. A stąd, jak się okazało, był już tylko mały krok do poznania znakomitej ilości wcześniej ukrytych dla moich oczu smakołyków.
Mieszkanie we Włoszech, przyznaję, sprzyja znacznie poszerzaniu moich kulinarnych horyzontów i wzmaga chęć kosztowania wszelkiego rodzaju nowinek; jednocześnie tym, co fascynuje mnie najbardziej we włoskiej tradycyjnej kuchni, jest jej niebywała prostota. To ona przychodzi z pomocą w sytuacjach, gdy wybór jest trudny! Czasami jest to również przypadek. Dokładnie w ten sposób odkryłam niedawno książkę autorstwa Rity Monastero, poświęconą podróżom po Włoszech szlakiem chleba. Jednocześnie zaczęła się moja tegoroczna przygoda z nowym wiosennym rytuałem – sobotnim wyrabianiem pieczywa, pochodzącego za każdym razem z innego włoskiego regionu.
Zajęcie to pochłania mnie co weekend całkowicie, dostarczając przy tym wiele radości i satysfakcji, dlatego też chętnie dzielę się wrażeniami na temat tej bardzo interesującej pozycji czytelniczej. Osadzonej, oczywiście, mocno w nurcie „slow”, bo, jak wiadomo, wyrabianie pieczywa rządzi się swoimi prawami, zdecydowanie nie akceptującymi pośpiechu.
“Zapomniane chleby” (I pani dimenticati), bo taki jest tytuł książki, odkrywa przed czytelnikiem różne przepisy i tradycje wypiekania chleba w każdym z włoskich regionów. Przede wszystkim te stare, poniekąd już zapomniane, przechowywane skrzętnie w pamięci przez najstarsze mieszkanki odwiedzanych przez Ritę Monastero miejscowości. Ale to nie wszystko.
Oprócz opisów smaków i konsystencji najróżniejszego pieczywa, autorka raczy też czytającego opowieściami i ciekawostkami. I tak, wertując kartki publikacji, dowiadujemy się np., że w regionie Friuli Wenecja Julijska kultura wyrobu chleba objęta jest szczególną ochroną regulowaną prawnie. To dlatego w Trieście przy Via del Pane Bianco (czyli, nomen omen, ulicy Białego Chleba) jest muzeum poświęcone pieczywu, zaś w miejscowości Gemona organizowane są co roku Targi Chleba.
Ciekawostek nie brakuje też w Toskanii, gdzie, jak pisze Rita Monastero, nadaje się pieczywu najbardziej fantazyjne nazwy. Możemy tu np. zakosztować chlebka św. Stefana (pagnottella di Santo Stefano) czy chleba Maroko (pane marocco); ten ostatni wypiekany był już zresztą przez toskańskie gospodynie domowe w XVII stuleciu. W tym samym regionie natrafimy również na szlak chleba (Via del Pane), kuszący podróżników wraz z innymi słynnymi toskańskimi szlakami turystycznymi: winnymi czy oliwnymi. Serwowany tam chleb może zadziwić swoją wyjątkowością, jak chociażby faktem, że wypiekany jest z mąki kasztanowej czy też z… ziemniaków (przepis już za chwilę!). Wyjątkowe receptury znajdziemy też w regionach włoskiego Południa. I tak na przykład, w Kampanii warto zakupić tzw. chleb rybaka (pane del pescatore) faszerowany sardelą, zaś na spalonej słońcem Sardynii zdecydować się na pane di ricotta, czyli chleb z miejscowym owczym serem ricotta.
Zapiski Rity Monastero to nie tylko zachwycający swoim bogactwem i różnorodnością zbiór stu niezwykłych przepisów. To również fascynująca podróż w rytmie lente po wszystkich regionach Włoch, przy okazji której poznajemy rozmaite sposoby wypieku chleba. Każdy z opisanych bochenków jest przy tym pewnym kandydatem do pierwszoplanowej roli: wywoła spektakularny sukces wśród przyjaciół i znajomych podczas najbliższej kolacji all’italiana.
Toskański chleb z ziemniaków – idealny na sobotę!
Składniki:
500 g mąki
150 g gotowanych ziemniaków
100 g zakwasu chlebowego
1 łyżka oliwy z oliwek
12 g soli
Ugotowane ziemniaki zmielić w maszynce i wymieszać z mąką. Dodać zakwas i trochę wody – tak, by dało się swobodnie wyrabiać ciasto, jednak uważając, by nie stało się zbyt wilgotne. Na koniec dodać oliwy i posolić. Uformować bochenek i odstawić go na całą noc w foremce wyłożonej wcześniej mąką. Piec w temperaturze 200 stopni przez 30 minut.
Najlepiej smakuje podany z toskańskimi wędlinami.
Julia Wollner(redaktor naczelna “Lente”) od wielu lat pośredniczy w sprzedaży kursów językowych renomowanej włoskiej szkoły językowej Scudit w Rzymie – dziś robi to przy wsparciu ekipy naszego magazynu. Pakiety rezerwowane za jej pośrednictwem objęte są rabatami niedostępnymi przy zakupie bezpośrednio w placówce.
Julia zna szkołę znanego metodyka Roberta Tartaglione od podszewki. – Jako licealistka, a następnie studentka warszawskiej italianistyki prawie każde lato spędzałam na kursach języka włoskiego w Italii. Szlifowałam akcent, poszerzałam znajomość słownictwa i poznawałam przyjaciół z całego świata. Przez tych ładnych kilka lat odwiedziłam naprawdę wiele instytucji; dziś współpracuję już tylko z tą. Jest to bowiem miejsce szczególne.
Dlaczego? Cóż, jeśli zachwala je dzisiejsza doktor italianistyki, wypada jej uwierzyć na słowo, ale warto także przeczytać rozmowę Julii z Robertem Tartaglione!
Scudit (www.scudit.net), czyli po prostu Scuola d’Italiano, jest miejscem, do którego jako ucząca się włoskiego wracałam kilkakrotnie; dziś, często więcej, niż raz, odwiedzają ją moi klienci. Dlaczego? Czy jest to zasługa zrelaksowanej atmosfery? Położenia w sercu Rzymu? Zaangażowania personelu? Wszystkiego po trochu? A może rzeczywiście wszyscy członkowie zespołu Scudit mają jakieś specjalne DNA, jak wspomina w rozmowie ze mną dyrektor szkoły, znany metodyk Roberto Tartaglione?
Posłuchajcie sami, jak z przymrużeniem oka i uroczym włoskim humorem przybliża on działalność Scudit.
– Roberto, jak i kiedy narodził się Scudit? Obudziłeś się pewnego poranka, mówiąc „może otworzę sobie szkołę”? 🙂
Hmm, nie jest to bardzo dalekie od prawdy. Proces ten trwał jednak kilka dziesięcioleci, ze szczególnym uwzględnieniem lat zakończonych cyfrą 2:
1962: w drugiej klasie szkoły podstawowej nauczycielka zadaje mi wypracowanie na temat “Gdybym to ja był nauczycielem”. Napisałem w nim: „Gdybym był nauczycielem, zmieniłbym godziny lekcji i inaczej zorganizowałbym to, co dzieje się w klasie. Poza tym, gdybym to ja był nauczycielem, naturalnie zostałbym natychmiast dyrektorem i zmieniłbym całą szkołę”.
1972: Podczas hippisowskiej podróży do Niemiec poznaję wspaniałego, wręcz genialnego profesora języka włoskiego, który zaprasza mnie na swoje zajęcia, abym grał na gitarze i śpiewał dla jego studentów – używa mnie więc jako swoisty “materiał audiowizualny”. Fakt, że prowadzi zajęcia w liceum żeńskim, zdecydowanie pomaga mi uznać pracę nauczyciela za atrakcyjną.
1982: Po skończeniu studiów wracam do tegoż genialnego profesora i uczę się od niego paru metod dydaktycznych. Następnie jadę uczyć do Iranu, gdzie w czasach między wojną z Irakiem a rewolucją Chomeiniego nie ma zbyt wielu nauczycieli włoskiego. Nie mam konkurencji, więc odkrywam, że jestem „najlepszy” i bardzo się w tym rozsmakowuję. Jeszcze kilka innych doświadczeń za granicą i w latach 1986-1992 staję się jednym z założycieli rzymskiej szkoły Mondo Italiano.
1992: Doświadczenie w Mondo Italiano, wspaniałe pod względem organizacji i kreatywności, ale katastrofalne filnansowo, dobiega końca. Przez kolejne dziesięć lat robię wszystko sam w mikro-szkole, która nazywa się Scuola d’Italiano. Prowadzę ją z zaledwie kilkoma współpracownikami, działamy tylko w niektórych okresach, rezultaty mamy dobre, zarobki zdecydowanie małe, a czasu wolnego cudownie dużo. Piszę więc książki, wygłaszam wykłady, uczę na całym świecie i czuję się usatysfakcjonowany.
2002: Wśród moich współpracowników pojawia się Helena Kovacs, która uświadamia mi, że jestem już chyba wystarczająco duży, aby otworzyć szkołę o bardziej usystematyzowanej strukturze. We dwójkę można to zrobić. Zmieniamy nazwę ze Scuola d’Italiano na Scudit (skrót lepiej brzmiący w adresie strony internetowej) i szkoła przybiera kształty, które ma i dzisiaj.
2012: Zaczyna się nowe dziesięciolecie, o którym opowiem ci chętnie w 2022 roku.
– Powiedz nam parę słów o waszej historii. Jak zmienialiście się przez te wszystkie lata?
U podstaw naszego systemu nauczania leży związek między językiem a kulturą: szkoła musi więc koniecznie zmieniać się każdego dnia, tak, jak zmieniają się Włochy i ich „antropologia”, tak, jak każdego dnia inaczej wygląda społeczeństwo, kultura, sztuka i tak dalej. Jeśli natomiast mówimy tylko o tym, jak szkoła zmienia się pod względem organizacyjnym – oczywiście cały czas staramy się poprawić jakość usług dodatkowych (zakwaterowanie, wykłady o kulturze, niezwykle wyrafinowana oferta zajęć o sztuce i archeologii…).
– Co znajdziemy w waszej szkole? Co odróżnia ją od innych placówek tego typu?
Mógłbym opowiedzieć ci o systemie dydaktycznym (i o tym, że nie używamy podręczników czy książek, nawet moich!); mógłbym napisać wiele wersów o sensie „podejścia kulturowego” do języka, które inspiruje wszystkich naszych nauczycieli; mógłbym powiedzieć, że nie wydaje mi się, aby było jakoś bardzo wiele szkół, które od kilkunastu lat umieszczają w internecie na stronie Matdid setki bezpłatnych materiałów dydaktycznych, używanych na całym świecie; mógłbym także wymieniać prestiżowe instytuty i przedsiębiorstwa zagraniczne, dla których jesteśmy jedynym punktem odniesienia, jeśli chodzi o naukę włoskiego we Włoszech. Ale to byłoby zbyt proste.
Powiem więc tylko, że znam osobiście wszystkich studentów, którzy zapisują się na nasze zajęcia; że jestem zawsze do dyspozycji wszystkich tych, którzy chcą o coś zapytać; że jesteśmy tak pewni rezultatów, że oferujemy naszym studentom możliwość zapłaty za kurs po kilku dniach – jeśli nie są zadowoleni, mogą zrezygnować z nauki bez ponoszenia żadnych kosztów. Myślisz, że to wystarczy?
– A kim są ci wasi studenci?
Podstawowa cecha charakterystyczna: są to osoby naprawdę zmotywowane do nauczenia się języka.
Przedział wiekowy: od 18 lat do… – tak naprawdę nie ma tu żadnej granicy, bowiem mieliśmy uczniów osiemdziesięcioletnich, którym szło równie świetnie, jak młodzieży (a nawet lepiej).
Poziom kulturowy: średni i wysoki, a czasem niezwykle wysoki.
Narodowość: naprawdę chcesz, abym wymienił wszystkie 136?
– Kto uczy w Scudit?
Wszyscy nasi nauczyciele, którzy mają oczywiście solidne podstawy do wykonywania zawodu i liczne tytuły, przeszli szkołę nauczania właśnie w Scudit. Nie łączy ich „metoda dydaktyczna” (każdy bowiem ma własny styl, technikę, swoją bardzo “osobistą osobowość” i nawet ulubione materiały). Mają jednak wspólne scudit-dna, które mogę opisać w przynajmniej czterech punktach:
– wiedzą, że każdy może nauczyć się języka: moja (nauczyciela) obecność ma sens tylko wtedy, jeśli pomagam studentom nauczyć się szybciej i lepiej
– jeśli student nauczył się czegoś, jest to moja zasługa; jeśli nie – jest to moja wina
– to nie student musi przystosować się do mojego sposobu nauczania; to ja muszę dostosować się do jego stylu uczenia się
– moim celem nie jest sprawić, aby student powiedział po włosku to, co potrafi powiedzieć w swoim języku, ale raczej sprawić, aby powiedział po włosku coś, czego w swoim języku może nawet nigdy by nie pomyślał.
Jeśli mamy taką bazę, możemy razem pracować, rozmawiać o strategiach nauczania, metodach, podejściu itp.
– Zapewne przy tak dużej liczbie nauczycieli i studentów w szkole zdarzają się nieoczekiwane wydarzenia… możesz nam opowiedzieć jakąś anegdotę?
Tak, mam ich parę tysięcy, ale jeśli wymienię je tutaj, to co napiszę w moich wspomnieniach, które planuję zacząć spisywać w 2032 roku? Tak więc na razie musi ci wystarczyć moja deklaracja, że już nigdy nie zezwolę nauczycielkom pracującym w Scudit na prowadzenie zajęć indywidualnych z Francuzami. Już trzy z nich poślubiły swoich francuskich uczniów i wyjechały do Francji! Nie powtórzę już tego błędu. 🙂
Dziękuję za rozmowę.
Jeśli odpowiada Wam klimat panujący w Scudit, jeśli chcecie przeżyć wspaniałe dni w Wiecznym Mieście, poznając tajniki najpiękniejszego języka świata i przyjaciół z całego globu – koniecznie wybierzcie się do szkoły Roberta Tartaglione. Zapisując się na kurs za naszym pośrednictwem, uzyskacie atrakcyjne rabaty, niedostępne nigdzie indziej! Co więcej, każda osoba kupująca kurs przy naszej pomocy otrzyma ciekawy prezent. I, oczywiście, wszelką pomoc i dawkę dobrej energii!
Zapraszamy do kontaktu pod adresem mailowym naszej redakcji!
– Uuorrrrrrraaggghhh! – zaryczał ogromny ogr, który wyskoczył ku nim z nader groźną miną.
– Cofnij się, mamo! – rycerz postąpił naprzód i dobył miecza. – Zabiję go!
– Jak to „zabijesz”? – odparła, ciągnąc go za ramię. – Kto cię tego nauczył?
– Mamo, to jest ogr!
– Niech no zerknę – rzekła mama i stanęła twarzą w twarz z ogrem, który aż zamilkł ze zdumienia, nie bardzo wiedząc, co ma począć.
– Co z tobą, u licha?
– Bo… jestem głodny.
– I nie masz mamy, która by ci robiła kanapki?
– Miałem, ale… zabił ją jakiś rycerz! Moja biedna mamusia…! – i ogr zalał się rzewnymi łzami.
Świat dziecięcych fantazji pełen jest smoków, dziwacznych stworów, pięknych księżniczek i walecznych rycerzy, niesamowitych przygód i bohaterskich czynów. Wie to dobrze każda mama (a i niejeden tata), spędziwszy wiele wieczorów przy dziecięcych łóżkach, czytając bajki, baśnie, legendy i opowieści. W tej historii również znajdziemy znajomych bohaterów i często wykorzystywane motywy: króla w opałach, śmiałego rycerza, do którego zwróci się o pomoc, a także ogry, elfy i dużo magii.
Na tym jednak kończy się zwyczajność opowieści autorstwa popularnego w Hiszpanii duetu autorów książek dla dzieci – Roberta Malo i Franscisca Javiera Mateosa. Znani są oni bowiem z tego, że lubią „wziąć na warsztat” dobrze znany koncept, a następnie całkowicie go zmienić, w efekcie dając nam coś zupełnie nowego, świeżego i oryginalnego – to pod względem języka, to sposobu narracji, to wreszcie samej fabuły i jej bohaterów.
Nie inaczej jest z Mamą bohatera – książką cieszącą się w Hiszpanii niesłabnącą popularnością od czasu jej wydania w 2011 roku. Szybko przekonujemy się nie tylko o tym, że średniowieczna opowieść o rycerzach i zamieszkujących baśniowe krainy stworach pełna jest odniesień do współczesności, ale również, że – wbrew naszym oczekiwaniom – to nie król jest jej głównym bohaterem. Nie jest nim też bohaterski szermierz o wdzięcznym imieniu Dick van Dyke, wykonujący zlecone przez władcę zadanie. Bohaterem tej opowieści jest bowiem… mama rycerza.
Postać ta może nam, rodzicom, wydawać się irytująca w swojej nadopiekuńczości wobec syna – dziś pewnie określilibyśmy ją jako mamę-helikopter, krążącą nieustannie nad swoim dzieckiem, nieustannie czujną i w pogotowiu, mającą odpowiedź na wszystko i zawsze gotową wkroczyć do akcji. Na szczęście, nie brakuje jej jednak też odwagi, śmiałości i charakteru, a kierują nią same szlachetne pobudki. Jednym słowem, posiada wszelkie przymioty baśniowego bohatera, jednocześnie będąc zaprzeczeniem klasycznej baśniowej postaci kobiecej: cichej, biernej, czekającej na to, aż ktoś rozwiąże za nią wszystkie problemy i za rękę poprowadzi ku szczęśliwemu zakończeniu.
W tradycyjnych baśniach siłą popychającą bohaterów do działania jest zazwyczaj uczucie, najczęściej miłość rycerza ku nadobnej białogłowej, którą ratuje z opałów. Także w tej historii siłą napędową jest miłość, jednak – jako że mówimy o baśni duetu Malo-Mateos – będzie to miłość w innym wydaniu: więź matki i dziecka. Nie tylko pomaga ona rycerzowi wykonać zadania, ale również sprawia, że czytelnik wybaczy głównej postaci jej nadopiekuńczość, wścibstwo, a czasem nawet – mówiąc kolokwialnie – obciachowość.
Pisząc o Mamie bohatera, nie można nie wspomnieć o doskonałych ilustracjach autorstwa Marjorie Pourchet, stanowiących wspaniałe dopełnienie nowatorskiego dzieła pisarzy. Młoda, ale uznana ilustratorka również lubi bawić się techniką i koncepcją, wzbogacając tradycyjne obrazy absurdalnymi bądź anachronicznymi detalami i nadając portretowanym postaciom groteskowy, prześmiewczy rys, doskonale komponujący się z żartobliwym, przekornym tonem narracji.
Mama bohatera nie jest baśnią klasyczną, ale, łamiąc konwencje, gwarantuje małym czytelnikom świetną zabawę, niosąc jednocześnie bardzo tradycyjne i pełne ciepła przesłanie. Przesłanie o mocy matczynej miłości, która daje dziecku tak bardzo potrzebną w dorosłym życiu siłę i pozwala dokonywać prawdziwie bohaterskich czynów.
___________________________________ Wydanie polskie:
Mama bohatera (La madre del héroe)
tekst: Roberto Malo i Francisco Javier Mateos
ilustracje: Marjorie Pourchet
przekład: Filip Łobodziński
wydawnictwo: Tako
Nie często daję się uwieść nowym modom i trendom; zwykle reaguję na nie dosyć sceptycznie. W wypadku pewnej nowej tendencji kulinarnej, która święci triumfy w Tel Awiwie, czuję jednak, że moje serce zostało zdobyte.
Nic w tym pewnie dziwnego, skoro nazwa lokalu, który w rzeczoną tendencję wpisuje się idealnie, to Hakovshim czyli Zdobywcy. Znajduje się on tuż przy słynnym targu Shuk haKarmel, pod adresem Hakovshim st. 48, i w menu ma tylko potrawy przygotowane na bazie świeżych produktów z pobliskich straganów. Jest to jeden z wielu tego typu lokali, jakie wyrastają ostatnio jak grzyby po deszczu w Izraelu. “Hakovshim jako jeden z niewielu nie ma słowa shuk w nazwie” – tłumaczy mi Guy, jeden z bywalców.
“Większość pozostałych nazywa się podobnie: Le Shuk, Be Shuk itp.” (shuk to po hebrajsku targ, bazar). Mówiąc już zupełnie poważnie, nie wiem, czy Hakovshim przypadł mi do gustu ze względu na nazwę, czy raczej dogodne położenie, przyjemny wystrój i naprawdę świetną kuchnię, ale jedno jest pewne – lubię to miejsce wyjątkowo i bardzo Wam polecam. Marzę przy tym, by i przy polskich bazarkach można było w miłych warunkach zjeść sezonowe pyszności, bezpretensjonalne, a zarazem bezsprzecznie wyrafinowane, bo oryginalne, barwne i naprawdę wyśmienite.
XVI-wieczny cesarz Karol V miał powiedzieć, że po łacinie rozmawia z Bogiem, po włosku z muzykami, po hiszpańsku z żołnierzami, po niemiecku ze służbą, po francusku z kobietami, a po angielsku ze swoim koniem. Słowa te różnie interpretowano, używając ich jako argumentu w wielu dyskusjach, a nawet naukowych debatach. Przez ostatnie pół tysiąca lat nie znaleziono jednak odpowiedzi na pytanie, czy rzeczywiście francuski najlepiej nadaje się do romantycznych uniesień, niemiecki do rozmów o sprawach przyziemnych, a włoski do rozprawiania o sztuce. Nic też nie wskazuje na to, aby coś się w tym temacie zmieniło… Mimo to nikt z nas nie wątpi chyba, że, poznając inne języki, otwieramy się na świat, a jednocześnie – co chyba najważniejsze – odkrywamy nowe strony siebie samych.
Od struktury do percepcji
Jak nauka i używanie nowego języka wpływa na naszą postawę życiową? Znany filozof Hans-Georg Gadamer twierdził, że tradycja językowa, w której wzrastamy, kształtuje naszą wizję świata. Przez język przekazywane są bowiem normy społeczne, a także kwestie moralne i estetyczne. Czy porozumiewając się w innym języku, stajemy się inną osobą? Choć odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna, to trudno jednak zaprzeczyć, że wybór kodu, w którym będziemy się wypowiadać, może mieć wpływ zarówno na nasze zachowanie, jak i samopoczucie.
Właśnie na tych zagadnieniach skupia się teoria relatywizmu językowego, a szczególnie tak zwana hipoteza Sapira-Whorfa (od nazwisk badaczy Edwarda Sapira i Benjamina Lee Whorfa), która opiera się na refleksji nad związkami między językiem i myśleniem. Nasz obraz świata, a jeszcze wcześniej – percepcja rzeczywistości – zależą w dużej mierze od struktury języka, w których ten obraz, także w myślach, werbalizujemy. Już w XIX wieku Humboldt powiadał przecież, że myślimy tak, jak mówimy, ale jednocześnie mówimy tak, jak myślimy…
Być jak Archimedes
Lingwiści mówią zatem o tzw. funkcji heurystycznej języka. Termin ten pochodzi od greckiego czasownika εὑρίσκω (heuriskō) – „znajduję” i odnosi się do umiejętności wykrywania nowych faktów, do znajdowania związków między faktami oraz do aktywnej roli języka w procesie poznania. Organizując ludzkie postrzeganie rzeczywistości, ma on, mówiąc krótko, wpływ na nasze doświadczenie. Jak Archimedes, który wykrzyknął εὕρηκα (heurēka), czyli „znalazłem”, w wannie pełnej wody, tak i każdy z nas może zaobserwować i nazwać inne elementy rzeczywistości w zależności od języka, który wybierzemy w danym momencie.
Sapir zauważał, że język warunkuje nasze refleksje nad światem; Whorf posuwał się jeszcze dalej, twierdząc, że segmentacji natury dokonujemy zgodnie z wytycznymi, jakie kreśli nam język. Wyodrębniamy pewne elementy rzeczywistości nie dlatego, że rzucają się one w oczy każdemu, ale dlatego, że strumieniowi wrażeń, który nieustannie nam towarzyszy, strukturę nadaje system językowy. Fakt ten ma niesłychaną wagę we współczesnej nauce – pisze Whorf – oznacza bowiem, że nikt nie potrafi opisać rzeczywistości całkowicie bezstronnie. (…) Postrzegający nie utworzą sobie tego samego obrazu świata na podstawie tych samych faktów fizycznych, jeśli ich zaplecza językowe nie są podobne lub przynajmniej porównywalne (B. L.Whorf, Język, myśl, rzeczywistość).
Poznaj siebie, ćwicz uważność
Porzucając naukowy dyskurs na rzecz prostego przedstawienia sprawy, możemy powiedzieć, że choć świat wokół nas jest jeden, to istnieje nieskończenie wiele możliwości jego interpretacji. Skoro zaś język nierozerwalnie łączy się z kulturą, to naturalnym jest, że decydując się na jego używanie, zaczynamy włączać do swojego zachowania jej elementy, jak również zwracać uwagę na inne składowe otaczającej nas rzeczywistości.
Ileż razy słyszeliśmy od miłośników Hiszpanii, że, mówiąc w drugim najpopularniejszym języku naszego globu, czują się bardziej otwarci i spontaniczni? Jak wielu studentów włoskiego upierało się, że, porozumiewając się w języku Dantego, człowiek staje się radośniejszy i pełny życia? I czy większość z nas nie uważa, że nawet banalna kwestia omówiona w języku francuskim wydaje się nagle bardziej elegancka i wysublimowana? Podczas procesu nauki poznawanie tych prawidłowości może być zaskakujące i stanowić prawdziwie pasjonującą przygodę z odkrywaniem… samego siebie. Stąd już tylko krok do ćwiczenia uważności, jakże ważnej w promowanym przez nas powolnym stylu życia właściwym dla Śródziemnomorza.
Czuć więcej, widzieć więcej
Jednak używany język może uczynić nas nie tylko szczęśliwszymi, bardziej namiętnymi czy eleganckimi. Badania jednoznacznie pokazują, że osoby znające kilka języków są bardziej empatyczne i łatwiej przychodzi im przyjmowanie perspektywy innych. W świetle ostatnich odkryć, ludzie wielojęzyczni nie mają wprawdzie znaczącej przewagi intelektualnej, której doszukiwano się u nich w poprzednich dekadach, ale wykazują zdecydowaną wyższość uczuciową – znajomość języków pozwala bowiem poszerzyć gamę odczuwanych emocji.
Im więcej czujemy, tym więcej mamy do zaoferowania; im więcej zauważamy, tym więcej możemy przekazać. Przyswoiwszy różne języki, możemy pozytywnie wpływać nie tylko na swoje odczuwanie świata, ale także być bardziej pomocnym i życzliwym wobec otoczenia, potrafiąc wczuć się w stan wewnętrzny drugiej osoby. Naukowcy są na przykład zgodni, że dzieci, które słyszą w domu więcej niż jeden język, potrafią lepiej zrozumieć relacje społeczne i zinterpretować zachowania innych. Nie ma żadnych przesłanek, by sądzić, że inaczej sprawa ma się z językiem wyuczonym w stopniu bardzo dobrym w późniejszym wieku. Poznając nowy język, stajemy się bardziej przychylni i wyrozumiali. Czy przesadą będzie więc powiedzieć – lepsi?
Ucz się języków, zrób coś dla innych
Także i na to pytanie odpowiadało już wielu badaczy. Mnie najbliższe są dobitne słowa profesor Claire Kramsch z Berkeley University, która podkreśla, że nauka języków obcych nie ma na celu osiągnięcia przewagi politycznej ani usprawnienia funkcjonowania mózgu u niemowląt, jak chcieliby niektórzy. Ma służyć czemuś zupełnie innemu, o wiele ważniejszemu: pozwalać na prawdziwe zrozumienie drugiego człowieka; na komunikację tam, gdzie jeden język doszedł już do granic swoich możliwości i zawiódł.
Może, jak i w wielu innych kwestiach, także w tym przypadku warto porzucić egocentryczne myślenie i zastanowić się na kwestią postawioną inaczej: co ja mogę dać światu i drugiemu człowiekowi, mówiąc w różnych językach?
Materiał powstał we współpracy z Education First – liderem na rynku edukacyjnym, łączącym naukę języków obcych z wymianą kulturową i oferującym, w rejonie basenu Morza Śródziemnego, kursy językowe we Francji, Hiszpanii, na Malcie i we Włoszech.
Lu sule, lu mare, lu ientu – słońce, morze i wiatr – to trzy pierwsze słowa, które poznałam w dialekcie włoskiego południowego regionu Apulia. Chociaż, by nie wywołać przypadkiem rewolucji (a jak wiadomo, im bardziej na południe, tym krew burzy się łatwiej), powinnam raczej napisać: w dialekcie najbardziej znanej jego części, Salento. Jak się szybko okazało, były to tylko pierwsze z wielu słówek, które z czasem przyswoiłam, zarówno w celu lepszej adaptacji, jak i po prostu przetrwania. Ileż można bowiem kupować w wiejskim sklepiku ten sam ser, którego nazwę podsłuchało się przypadkiem… Albo wskazywać palcem co raz to inną zieleninę, o której istnieniu wcześniej nawet się nie śniło. W Apulii po prostu trzeba obcować z lokalną mową. W innym przypadku nie zrozumiemy, że, określając nas lu cristianu, nikt nie odnosi się do naszej religijności, a jedynie zwraca się per „człowieku” (ot, taka fantazja!). Ważne to także dlatego, że tym chwilami zupełnie niezrozumiałym dialektem posługuje się wciąż duża część mieszkańców regionu. Należy do nich chociażby Antonio, ogrodnik moich znajomych, który pozdrawiał mnie każdego poranka donośnie wypowiedzianym bonzòrni, zastępującym słyszane codziennie w Rzymiebuongiorno. Następnie kładł na werandzie dorodne pummitori – pomidory, zapewniał o kontynuacji beddu tiempu – ładnej pogody – i wracał a fatia – do pracy, co według moich wcześniejszych informacji brzmiało zawsze al lavoro. Cóż, człowiek uczy się przez całe życie.
Winne zauroczenia
Jakkolwiek duże byłyby trudności w porozumieniu się z rdzennymi mieszkańcami Apulii, zdecydowanie warto się pomęczyć. Ten wciśnięty w wąziutki obcas włoskiego buta, dosyć senny zakątek kraju ma wiele do zaoferowania. Najtrafniej opisują go zresztą wspomniane wyżej trzy słowa: słońce, morze i wiatr. Do tej dźwięcznej wyliczanki dodać należy również kulinarne specjały, z których słynie region, od wieków uważany za krainę płynącą oliwą i winem. To ostatnie, szczególnie czerwone, przybiera tu kilka postaci, którym nie jest daleko do doskonałości. W Salento prym wiodą etykietki Negroamaro i Primitivo di Manduria. Wina te charakteryzują się głęboką rubinową barwą (wpadajacą momentami w fiolet), a także intensywnym bukietem i ciekawym, dojrzałym smakiem. Lampka któregokolwiek z nich, szczególnie gdy sączymy ją w cieniu wiekowego gaju oliwnego pod rozgwiażdżonym niebem, może zawrócić w głowie znacznie bardziej niż wskazywałoby na to sygnalizowane stężenie alkoholu.
Ostuni – zwana tutaj città bianca
W cieniu figowców
Ja po raz pierwszy zawitałam do Apulii w sierpniu 2003 roku, gdzieś w okolicy nocy św. Wawrzyńca, kiedy, widząc spadającą gwiazdę, należy wypowiedzieć życzenie. Nie pamiętam już, o czym pomyślałam, patrząc w migoczące niebo; do dziś jednak nie zapomniałam widoku, który ukazał się moim oczom, gdy wysiadłam z wysłużonej już, ale wciąż jeszcze trzymającej fason granatowej Lancii Delty. Miało to miejsce na jakimś zaimprowizowanym parkingu, gdzieś pomiędzy lazurową taflą Morza Jońskiego, a wznoszącą się w oddali sylwetką città bianca, białego miasta, jak zwie się zwykle zjawiskowe Ostuni. Dokładnie od tej chwili, niezmiennie, Apulia kojarzy mi się ze spaloną słońcem ziemią w kolorze brudnej czerwieni, z rosnącymi zupełnie dziko przy autostradzie drzewkami oliwnymi i migdałowcami oraz z dopełniającymi krajobrazu leciwymi figowcami, z których zrywa się latem dojrzałe owoce. To wszystko zaś okraszone jest produkowanymi w zaciszu jakiegoś małego apulijskiego folwarku ekologicznymi powidłami z opuncji figowej, których smak jest jak powiew lata w moje rzymskie jesienne i zimowe poranki.
Malownicza droga do jednej z masserii
Folwarki, śluby i caciocavallo
A skoro już jesteśmy przy folwarkach, zwanych w tym regionie masserie, to i im należy się osobna wzmianka. Te pamiętające odległe wieki zabudowania gospodarczo-mieszkalne doskonale sprawdzają się dzisiaj jako wyrafinowana sceneria eleganckich przyjęć weselnych, które odbywają się z reguły na pieczołowicie odnowionych dziedzińcach albo przy oświetlonych płomieniami świec basenach, zimą zaś w przytulnych wnętrzach sal kominkowych. To również swego rodzaju muzea na wolnym powietrzu, w których można zwiedzać salony pierwszych właścicieli, wiekowe kaplice z szesnastego, siedemnastego i osiemnastego stulecia lub przyjrzeć się dawnym narzędziom do tłoczenia oliwy. Odwiedzając niektóre masserie we wczesnych godzinach przedpołudniowych (później obsługa oddaje się długiej sjeście, a po południu folwarki są z reguły zamknięte), można również zaopatrzyć się w lokalne specjały: delikatny w smaku, mniej lub bardziej dojrzały ser caciocavallo, rozpływającą się w ustach kozią lub owczą ricottę o zdecydowanym zapachu, czy też maślaną burratę, będącą rozkoszą dla podniebienia i zmorą dla talii (na szczęście pamięć o tej uczcie pozostaje żywa znacznie dłużej, niż trwają poranne ćwiczenia, konieczne, by wrócić do wyjściowej wagi).
Jeden z tutejszych specjałów: delikatny ser caciocavallo
Strączkowy raj
Dotkąwszy drażliwego tematu diety, trzeba od razu uczciwie podkreślić: w Apulii raczej się nie schudnie, chyba, że postawimy na urlop pełen szczerych wyrzeczeń lub dietę witariańską opartą na przykład na granatach. Owoce te mieszkańcy Apulii od wieków uznają za przynoszące szczęście. Możemy także raczyć się mniej zabobonnymi, a zwyczajnie pysznymi winogronami i figami. I choć we włoskich warunkach zachwalanie lokalnych kulinariów nie jest raczej ewenementem, to południowy region kraju, oblany z trzech stron morzem, zyskał w tym względzie specjalne uznanie także u Włochów. Kuchnia apulijska ma bowiem charakter i fantazję, choć bazuje generalnie na prostych i raczej biednych składnikach: warzywach, roślinach strączkowych oraz zbożach. Szczególnie popularne w regionie są fave, czyli dobrze nam znany bób. Miejscowe gospodynie przyrządzają z niego wyśmienite puree, zwane w tutejszych dialektach fae e fogghie lub fai e fogghie (czyli po prostu: bób i liście). Potrawę podaje się con cicoria – z cykorią (to właśnie owe liście), a w chłodniejsze wieczory z drobnymi grzankami lub podsmażonymi małymi zielonymi papryczkami (conpipaluri). Latem oczarować może też wersja con uva – z winogronami. Jak to mówią Włosi: èuna favola! Po prostu bajka. Jak i zazwyczaj każdy pobyt w tym regionie.
To, co w tej książce uderza przede wszystkim, to jej konstrukcja, styl i mieszanka gatunków. Pierwsze wrażenie: nienaturalnie zagrana sztuka teatralna. A przecież autor podkreślał wielokrotnie, że skupiał się jedynie na poszukiwaniu prawdy… – Faktycznie jest tu dużo – dobrze, jak sądzę, zaplanowanej – sztuczności i stylizacji, która była zresztą ciekawym wyzwaniem translatorskim. – przyznaje Natalia Mętrak-Ruda, autorka doskonałego polskiego przekładu La figlia del Papa. – Nie wiem jednak, czy to się wyklucza: czasami wyeksponowanie formy i stylu właśnie pozwala dotrzeć do prawdy. Czytelnicy z całą pewnością nie powinni spodziewać się po prostu kolejnej konwencjonalnej powieści o znanej bohaterce. To sam autor, jego – czasem zamierzenie sztuczny, czasem współczesny – język, teatralność stylu, bezpośrednie zwroty do czytelnika, jest tutaj pierwszoplanowym bohaterem.
Nowoczesna historia
W zanurzeniu się w świat szesnastowiecznej Italii jednym przeszkodzi, a innym pomoże nie tylko osobliwy styl, ale także oprawa graficzna tekstu. Opowieść Fo urozmaicają bowiem rysunki i grafiki stworzone przez samego noblistę we współpracy z Jessicą Borroni i Michelą Casiere. Nowoczesna, ostra kreska kontrastuje z historycznymi kostiumami, których szelest słychać na stronach książki. – Nie wszyscy wiedzą, że Dario Fo jest również malarzem i strona graficzna jest dla niego dopełnieniem literatury. Na uwagę zasługuje chyba już sam fakt, że powieść dla dorosłych jest ilustrowana – to przecież nieczęsto się zdarza. – tłumaczy nam po raz kolejny autorka przekładu. – W tym roku zresztą ukazała się we Włoszech następna książka Fo, opowiadająca o Johannie Trollmannie, cygańskim bokserze w nazistowskich Niemczech, również ilustrowana przez Borroni i Casiere.
Inaczej niż wszyscy
Dario Fo postanowił, jak widać, zaproponować czytelnikowi książkę zupełnie różną od tego, co znajdziemy na większości sklepowych półek. Z jakim rezultatem? Po raz kolejny zadaję to pytanie tłumaczce. – Uważam, że autor przekładu jest współtwórcą dzieła literackiego, stąd trudno mi zachować bezstronność. Mówi się jednak również, że jest najbardziej uważnym czytelnikiem, a jako uważna czytelniczka “Córki papieża” mogę powiedzieć, że praca z tym tekstem była dla mnie wyzwaniem, ale i przyjemnością. Wydaje mi się, że także dla pozostałych czytelników może być jednocześnie jednym i drugim. Jeśli więc lubicie książki historyczne, jeśli interesują Was Borgiowie, jeśli jesteście zwolennikami ‘herstory’ – tak, myślę, że warto przeczytać tę książkę.
Co mówią inni? Zdania są podzielone. Wielu krytyków i czytelników jest zachwyconych: podkreślają, że wybrane przez autora środki wyrazu pozwalają stworzyć pełen obraz tragizmu tej historycznej, a na wskroś współczesnej postaci. Inni określają książkę jako nieudaną próbę sprzedania fragmentów historii Kościoła niewiele wymagającemu odbiorcy. Jak jest naprawdę? Oceńcie sami. Jedno jest pewne: zabawa słowem, której podjął się noblista i którą wspaniale przeniosła na polski grunt Mętrak-Ruda, zasługuje na to, by przyjrzeć jej się osobiście.
Dario Fo, Córka papieża, Znak Horyzont, Kraków 2015
W sobotę 14 maja inaugurowano we Włoszech niezwykłą wystawę. Rzeźby naszego wielkiego artysty, Igora Mitoraja, zagościły między pompejańskimi ruinami.
Fot. Instagram
Wśród śladów starożytności, pod gorącym, neapolitańskim słońcem, odsłonięto 28 kolosów, które wyszły spod dłuta wielkiego miłośnika Italii. Sugestywne połączenie antyku z niedoskonałym często pięknem ludzkiego ciała – w takim ujęciu portretował bowiem człowieka Mitoraj – zachwyciło zwiedzających z całego świata. Włoskie media już od kilku tygodni – tyle bowiem trwało przygotowanie ekspozycji – rozpisują się o długich kolejkach wijących się po pompejańskich placach. Chętnych do zrobienia zdjęć rzeźbom ustawionym na ulicach miasteczka, które przed wieki pochłonęła lawa, jest naprawdę bez liku.
Fot. Instagram
Dla nas, miłośników twórczości rzeźbiarza, jest to chwila ważna i wzruszająca. Mitoraj bardzo pragnął pokazać swoje dzieła w Pompejach; mówił o tym już przez laty, kiedy miała miejsce podobna wystawa umiejscowiona wśród sycylijskich światyń w Agrigento (2011). Niestety mistrz nie doczekał spełnienia swoich artystycznych marzeń. Dziś cieszymy się z ich realizacji my, pozostając pod wielkim wrażeniem Mitorajowego spojrzenia na świat, o którym Julia Wollner, redaktor naczelna “Lente”, powiedziała dla serwisu tvp.info:
Fot. Instagram
Amerykański krytyk sztuki Donald Kuspit napisał kiedyś o Mitoraju (czy raczej o Maestro Mitoraju, bo tak właśnie lubią nazywać go Włosi), że dawał nam niepełne figury i zachęcał do ich intuicyjnego uzupełnienia na wzór boskiego ideału. Czyż nie tak samo jest z Pompejami? To miasto, które zarazem jest i go nie ma, umarło i żyje. Jest puste, a jednak wypełnione naszymi wyobrażeniami o antyku; większość z tych wyobrażeń zbliża się do wyidealizowanej wizji starożytności, zapewne nie do końca zgodnej z rzeczywistością, ale za to romantycznej i poetyckiej. Niekompletność Pompejów – miasta pozbawionego mieszkańców – jest jakże podobna do niekompletności rzeźb Mitoraja: stanowi zaproszenie do poruszenia wyobraźni. Zaproszenie niezwykle przekonywające.
Obszerny materiał o Maestro Mitoraju, pochodzący z 16. numeru naszego poprzedniego magazynu, “La Rivista”, dostępny jest tutaj (plik pdf): LaRivista16-Mitoraj
Jestem przekonana, że po zeszłotygodniowym spacerze po Barcelonie Wasz apetyt na relaks w tamtejszej scenerii tylko się pogłębił… Spieszę więc z kolejnymi adresami!
– mini-miasteczko w sercu Barcelony, wybudowane z okazji Targów Międzynarodowych w 1929 r. Jego uliczki, place i zabudowania odzwierciedlają styl i architekturę najpiękniejszych zakątków całej Hiszpanii. Oprócz budynków typowych dla poszczególnych regionów i miejsc – kościołów, sądów czy starostw, znajdziemy tu również mnóstwo małych sklepików i warsztatów rzemieślniczych. Można w nich podejrzeć produkcję najróżniejszych przedmiotów, które następnie wystawiane są na sprzedaż. Poble Espanyol zaprojektowano jako budowlę tymczasową, scenerię dla stoisk i pawilonów wystawowych – wyburzenie jej miało nastąpić pół roku po zakończeniu targów. Okazała się ona jednak tak wielkim sukcesem, że pozostawiono ją i uczyniono z niej atrakcję turystyczną. Jeśli macie chęć poczuć klimat małego hiszpańskiego miasteczka… a raczej, miasteczek, koniecznie wybierzcie się na spacer uliczkami Poble Espanyol.
Poble Espanyol, Carrer Francesc Ferrer i Guàrdia, 13, dojazd czerwoną linią metra L1 lub zieloną linią L3 na stację Espanya
De Tapa Madre
Bary tapas to charakterystyczny element kulinarnego krajobrazu Hiszpanii; nie brakuje ich również w Barcelonie. Odwiedziliśmy wiele z nich, mamy też swoje ulubione. Należy do nich bez wątpienia De Tapa Madre – nierzucający się zupełnie w oczy bar serwujący przepyszne małe przekąski, na ogół z lokalnych specjałów, a także dania z karty. Lokal cechuje nie tylko przemiła obsługa i bardzo smaczne jedzenie, ale też elegancki wystrój, co nie jest elementem obowiązkowym w tego typu przybytkach. Jeśli traficie w to cudowne miejsce, koniecznie spróbujcie calamars a la romana!
De Tapa Madre, Carrer de Mallorca, 301, dojazd liniami: żółtą L4 lub niebieską L5 do stacji Verdaguer
– tenna wskroś kataloński dystrykt jest zarazem najbardziej urokliwym miejscem w centralnej części miasta. Do końca XIX wieku ówczesna Vila de Gràcia stanowiła odrębne miasteczko, w 1897 r. została jednak włączona do miejskiego organizmu stolicy regionu. Do dziś pozostała katalońską enklawą – tętniącą życiem i kultywującą wszystkie regionalne zwyczaje. Oczywiście, jej najbardziej znanym punktem jest arcydzieło Gaudiego, słynny Park Güell, ja jednak chciałam zachęcić Was do spaceru po uliczkach dzielnicy będącej sercem tej okolicy, Vila de Gràcia. Szczególnego i jedynego w swoim rodzaju uroku nabiera ona podczas swojego najważniejszego święta, Festa Major de Gràcia, obchodzonego co roku w drugiej połowie sierpnia i stanowiącego największy barceloński festiwal uliczny. Wielu uważa, jest to również najpiękniejsza tego typu impreza w mieście. Mieszkańcy przyozdabiają balkony i ulice tematycznymi dekoracjami, a następnie wybierane spośród nich jury nagradza najbardziej pomysłowo i najpiękniej przystrojoną ulicę. Oprócz tego odbywają się różnego rodzaju degustacje, prezentacje i występy. Festa Major jest świętem mieszkańców Gràcii, jednak serdecznie witają oni również gości, pod warunkiem, że ci dostosują się do panujących wówczas zasad i nie będą w żaden sposób zakłócać świętowania.
Vila de Gràcia, dystrykt Gràcia, dojazd zieloną linią metra L4 do stacji Fontana lub Lesseps.
Na zakończenie spaceru po Barcelonie polecam Wam odprężający tajski masaż w Silom Spa. Elena, szefowa salonu, i cała jej ekipa dbają o każdy szczegół: od dekoracji, poprzez zapach i muzykę, aż po szeroką ofertę zabiegów, w tym propozycji dla par czy dla ciężarnych. W eleganckich wnętrzach, wśród pięknych zapachów, warto oddać się w ręce profesjonalnej obsługi tego miejsca i pozwolić sobie zapomnieć na godzinę o całym świecie.
Silom Spa, Carrer de Valencia, 304, dojazd żółtą linią metra L4 do stacji Girona.
Moja lista godnych polecenia, cieszących zmysły punktów w Barcelonie jest oczywiście znacznie dłuższa. Zachęcam Was jednak, byście sami odwiedzili to niezwykłe miasto i stworzyli własną barcelońską mapę ulubionych miejsc, w których doskonale ładuje się baterie. Życzę Wam wspaniałych wrażeń i przyjemnego wypoczynku!
Zdjęcie główne: Monasterio Poble Espanyol, Pep Herrero
Zanim przeczytałam choćby tytuł, choćby nazwisko autorki, zanim uświadomiłam sobie, że Bez daty wydało jedno z moich ulubionych wydawnictw, już wiedziałam, że to książka, którą chcę mieć w swojej biblioteczce. Wiem, wiem, książek nie ocenia się po okładce… A jednak mnogość sygnałów, wystosowanych jakby specjalnie w moim kierunku, zrobiła swoje. W ciągu sekundy, zaraz po pierwszym spojrzeniu, wiedziałam, że mam przed sobą opowieść kobiecą, pełną uczuć, z jednym z moich ukochanych krajów w tle. Pozostawało tylko znaleźć wolny wieczór i rozpocząć lekturę. Nadchodziła majówka. Cóż za wspaniały splot okoliczności.
Życie zostało nam dane, żebyśmy z nim coś zrobili. A nie po to, żebyśmy je zmarnowali jak papieros, który wypala się zapomniany na popielniczce. Zrób więc coś, cokolwiek, ale zrób. Nawet coś nieudanego będzie lepsze niż nic. (…) Żyj, na litość boską! – pisze Pappa i jest to jeden z fragmentów Kartek z dziennika, który każdy z nas powinien przeczytać i przemyśleć. Fragmentów tych jest znacznie więcej; niektóre poetyckie, niektóre do bólu pragmatyczne; jedne oryginalne, pełne inwencji, inne może ciut banalne, ocierające się nawet o szablonowość. Wszystkie jednak pisane są szczerą, płynącą z serca prozą – taką, która budować może tylko jeden gatunek literacki. Pamiętnik.
Lena Pappa, autorka nowej propozycji Książkowych Klimatów, nie jest narratorką tej osadzonej w powojennych Atenach opowieści. Jest nią rzekomo pewna jej przyjaciółka, która na kilkuset stronach swoich zapisków, powstałych na różnych etapach jej życia, dzieli się swoimi przemyśleniami i emocjami. Większa ich część dotyczy miłości i często bolesnych jej poszukiwań; druga, pisana już w wieku dojrzałym, opowiada o lęku przed śmiercią, o strachu, jaki budzi nieubłagany upływ czasu. Jest w tym potoku słów ciągłe pragnienie intensywnego doświadczania świata; jest niezwykła wprost żywotność. Jest też nieprzeciętna wrażliwość, momentami granicząca z egzaltacją; jest pewna powtarzalność czy nawet brak oryginalności. Czy mimo tej niewątpliwej ułomności warto sięgnąć po Bez daty?
Otóż warto, chociażby po to, żeby, przeczytawszy tę wcale niedoskonałą książkę, przypomnieć sobie swoje własne myśli. Myśli, które przychodzą nam do główy każdego dnia, spychane gdzieś na jej daleki tył, zagłuszane szumem obowiązków, hałasem codzienności, a nade wszystko – bezsensownym czekaniem na szczęście, na wielkie chwile, na Coś przez wielkie “c”. Myśli, które zapisane naszą własną ręką brzmiałyby równie nieoryginalnie, egzaltowanie, czasami nawet niedorzecznie.
A jednak byłyby najprawdziwsze i szczere. Nasze.
Zdjęcie główne: widok z sąsiedniego względem Akropolu wzgórza Filopapposa, gdzie narratorka, wzorem innych młodych ateńczyków, często umawiała się na romantyczne spacery (“Filopappos Hill”, fot. Nikos Patsiouris)
Strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych, zgodnie z Polityką prywatności.