Posted on

Etgar Keret. Historia prawdziwa

Z literackiego świata Keret już nie wyszedł. Wciągnął za to do niego czytelników, którzy chóralnie okrzyknęli go mistrzem krótkiej prozy. Do wielbicieli jego twórczości należy także holenderski reżyser Stephane Kaas. Zainspirowany opowiadaniami Kereta, stworzył nietuzinkowy dokument Etgar Keret: Based on a True Story, który szturmem zdobywa nagrody na festiwalach filmowych. Jest również nominowany do telewizyjnego Oscara, czyli amerykańskiej nagrody Emmy. Trudno się dziwić zachwytom krytyków – film perfekcyjnie łączy portret pisarza z charakterystyką jego twórczości. Na ekranie rzeczywistość miesza się z fikcją, następują surrealistyczne zwroty akcji, zaś animacje opowiadań przypominają teksty pisarza (obejrzyj „Rury”). Nie możemy być do końca pewni, co w dziele Kaasa jest prawdą, a co fikcją. Dodatkowo dowiemy się też, że opowiadanie Lieland to pochwała kłamstwa; usłyszymy, co naprawdę myślą o autorze Siedmiu dobrych lat jego najbliżsi oraz dlaczego Kobi, przyjaciel pisarza, jest najsilniejszym człowiekiem na świecie.

Fascynacja z liceum

Zamiłowanie Kaasa do opowiadań Kereta ma swój początek w szkole średniej, kiedy reżyser zobaczył książkę z “bardzo fajną okładką”. Tak fajną, że postanowił zaryzykować i przeczytać opowiadania nieznanego autora z Izraela. Czy było warto? Oczywiście, że tak. Na drugi dzień Stephane jedno z opowiadań streścił koledze, Rutgerowi Lemmowi, i, jak mówi, zaraził go wirusem Kereta. To właśnie z nim, piętnaście lat później, napisał scenariusz filmu. Pomysł na zekranizowanie życia pisarza pojawił się po tym, jak Lemm przeprowadził z nim wywiad dla holenderskiego magazynu. Doszedł do zaskakującej konkluzji: życie Kereta jest jeszcze dziwniejsze, niż jego opowiadania.

Powrót do dzieciństwa

Z filmu, poza wieloma innymi ciekawostkami, dowiadujemy się także, że i zamiłowanie Kereta do opowieści ma swój początek w dzieciństwie, kiedy rodzice opowiadali mu bajki na dobranoc. Szczególnie te wymyślane przez ojca zapadały w pamięć, jako że ich akcja często toczyła się w domach publicznych (bo prostytutki to panie, które dostają pieniądze za słuchanie o cudzych problemach), bohaterami byli pijacy (czyli ci, którzy muszą pić dużo płynów, żeby poczuć szczęście) lub mafiozi (to ludzie otrzymujący czynsze za mieszkania, których nie posiadają). Pisarz, opowiadając o bajkach, tak naprawdę mówi nam o dzieciństwie rodziców naznaczonym widmem Zagłady. Jego mama, która w czasie wojny przebywała w getcie warszawskim, najmilej wspomina wieczory, kiedy rodzice opowiadali jej bajki. W getcie brakowało książek dla dzieci, dlatego wszystkie opowieści po prostu zmyślano. Rodzice wojny nie przeżyli, a dorosła już Orna Keret postanowiła, że ona także każdego wieczoru będzie opowiadać swoim dzieciom bajki na dobranoc.

 

Keret sens pisania określa instynktownie: literatura to sposób przekazywania emocji między ludźmi.W filmie opowiada o momencie przełomowym, w którym odkrył, że będzie tworzył – na spacerze z bratem, który wyprowadzał psa.To wtedy zdał sobie sprawę z tego, że jego opowiadanie nie jest już tylko zapisaną kartką, ale swobodnie żyje w głowie czytelnika. Interpretacji jego twórczości w filmie podejmuje się m.in. Jonathan Safran Foer, autor bestsellera Wszystko jest iluminacją, który także pochodzi z rodziny polskich Żydów. Przekonuje, że Keret tworzy tak, jak żyje, to znaczy – nieustannie opowiada jakieś historie. Na ekranie występuje również dziennikarz radiowy Ira Glass (na zdjęciu z Keretem powyżej), znany z prowadzenia kultowej audycji This American Life, gdzie opowiadania Kereta często grają główną rolę (posłuchaj „Tłuścioszka”). Jedyne, czego w filmie brakuje, to wypowiedzi pisarzy z izraelskiej sceny literackiej. Być może zbyt dużo uwagi skupia się na recepcji twórczości Kereta w Stanach Zjednoczonych, pomijając świat, w którym pisarz funkcjonuje na co dzień.

Etgar Keret: Based on a True Story to nie tylko opowieść o jednym z najbardziej znanych autorów krótkiej prozy. Film Kaasa doskonale oddaje ducha narracji Kereta, łącząc w sobie nadrealizm, wrażliwość, przywiązanie do detalu, humor oraz nieco awangardowe podejście do życia. Nie trzeba przecież szukać daleko – by trafnie opisać Kereta, można posłużyć się metaforami z jego opowiadań. Weźmy na przykład Tłuścioszka. Pisarz, tak jak tytułowy bohater, łączy w sobie dwie osobowości: z jednej strony rozpoznawanego literata, który jest oklaskiwany przez setki czytelników ustawiających się w długie kolejki po wpis do książki; z drugiej – zwykłego faceta z sąsiedztwa, skromnego i uprzejmego, który wygląda zupełnie niepozornie, grając w piłkę z synem Lwem. Nieśmiało uśmiecha się do napotkanych ludzi, a poproszony o pożyczenie paru groszy, znaczka czy zapalniczki, bez wahania je wręcza. Ale opowiadanie Co mamy w kieszeniach? to już zupełnie inna historia

Etgar Keret: Based on a True Story, reż. Stephane Kaas, 2017

Obejrzyj zwiastun filmu, klikając tutaj.

 Film będzie wyświetlany w Polsce w ramach Warszawskiego Festiwalu Filmow Żydowskich (12–18 listopada 2018 r.).

Posted on

Amulety dla żywych i umarłych. Talizmany starożytnego Egiptu

Fale piasku niczym morskie bałwany przewalają się przez Afrykę i zasypują wszystko, co stanie im na drodze, skrywając bogactwo minionych wieków. Jednak Sahara bywa łaskawa i czasem odsłania skrawek skarbów z czasów faraonów, niedosięgnięty przez szabrowników. Wśród ciemnych korytarzy, za zaplombowanymi wrotami grobowców przetrwały wierzenia i wytwory rąk mieszkańców starożytnego Egiptu. Wśród nich zaszczytne miejsce zajmują talizmany, dowodzące wiary w życie pozagrobowe i mające za zadanie ochraniać żywych i wspomagać umarłych w odrodzeniu.

Pektorał z uskrzydlonym skarabeuszem, Museum of Fine Arts of Boston
Pektorał z uskrzydlonym skarabeuszem, Museum of Fine Arts of Boston

Od pradziejów człowiek przypisywał przedmiotom nadprzyrodzone moce. Zęby lub pazury dzikiego zwierza miały dodać myśliwemu siły, muszelki pomagały w połowach, a koralowiec zabezpieczał dzieci przed chorobą. Kultura staroegipska aż kipi od symbolicznych znaków i przedmiotów o działaniu ochronnym, a klejnoty odkryte w tej części Śródziemnomorza mają nieskończenie wiele form; powstały też z bardzo różnych materiałów. Ich wygląd, znaczenie i sposób użycia zostało opisane w różnych tekstach, z których najistotniejsza jest Księga umarłych. W tym starożytnym zbiorze papirusów umieszczono magiczne zwroty, formuły i instrukcje, mające na celu wspomóc zmarłego w przejściu do raju.

Magiczną biżuterię nosili przed wiekami wszyscy. Kobiety i mężczyźni, dorośli i dzieci, ludzie i bogowie, żywi i umarli. Oprócz funkcji dekoracyjnych oferowała noszącemu ochronę, dawała siłę, by przeciwstawić się złu i, przede wszystkim, pomagała dostać się do świata pozagrobowego. Szczególnie rozwinięto rytuał pośmiertny, o czym świadczą zachowane obiekty. Wykonywano je ze złota cieńszego, niż ozdoby przeznaczone do noszenia za życia. Nawet biednych obywateli chowano z amuletami, choć, naturalnie, miały one dużo prostsze formy. Nieraz trudno odróżnić talizmany od zwykłych przedmiotów, gdyż potrafiły służyć za nie najzwyklejsze przedmioty, choćby kawałek sznurka. Początkowo biżuteria pogrzebowa zawsze była amuletyczna, a do niezwykle popularnych należały przedstawienia zwierząt. Sokół i byk dawały moc, skorpiona i żółwia jako zwierząt śmierci i ciemności należało unikać, za to żaby i koty wiązano z płodnością.

8.Pektorał z oczami Horusa, Museum of Fine Arts of Boston
8. Pektorał z oczami Horusa, Museum of Fine Arts of Boston

Prawie każdy element egipskiej biżuterii miał swoje znaczenie. W naszyjniku z grobowca Sheikh Farag w Górnym Egipcie, składającym się z rzędów kamieni ze złotymi przekładkami, możemy odnaleźć przedstawienie sfinksa, sokoła, stylizowane Oko Horusa i wizerunek boga Huh. Wszystkie te elementy miały zapewnić właścicielowi dobrobyt. Oko Wadjet (inaczej Oko Uadżet lub Oko Horusa) to jeden z najpowszechniej występujących egipskich amuletów, któremu przypisywano moc uzdrawiania i regeneracji. Bóg Huh odpowiadał za życie wieczne. Sfinks i sokół symbolizowali kosmiczną moc boga słońca i faraona. Nawet materiał, z którego wykonywano ozdoby, niósł w sobie głębsze znaczenie.  Złoto, ze względu na swe niekorozyjne właściwości, miało zapewniać posiadaczowi długowieczność.

 

Naszyjnik z amuletami, Średnie Państwo, Dynastia 11–13, 2061–1640 p.n.e., Museum of Fine Arts of Boston
Naszyjnik z amuletami, Średnie Państwo, Dynastia 11–13, 2061–1640 p.n.e., Museum of Fine Arts of Boston

W starożytnym Egipcie niezwykle popularne były pektorały, czyli rodzaj rozbudowanych naszyjników noszonych na piersi. Najczęściej miały one formę dwustronnie zdobionego prostokąta z wizerunkami różnych bogów i symbolami apotropaicznymi (ochronnymi). Zadaniem wszystkich zawartych na nich detali była pomoc w odrodzeniu zmarłego. Poczynając od czasów Nowego Państwa (lata 1550–1070 p.n.e.) kładziono je na piersi mumii. Pektorał pogrzebowy przedstawiał bóstwa śmierci i łódź słoneczną ze skarabeuszem symbolizującym rezurekcję boga słońca. Po jego bokach umieszczano wizerunki bogiń Izydy i Neftydy. Często powtarzanym motywem był tzw. „Skarabeusz serca” – wtedy od spodu pektorału znajdowała się inskrypcja z trzydziestego rozdziału Księgi umarłych. Przypuszczalnie miała ona chronić zmarłego przed przekazaniem przez jego serce negatywnego świadectwa przeciw niemu i, tym samym, zapewnić mu wieczne szczęście w innym świecie.

Pektorał ze Skarabeuszem serca, Museum of Fine Arts of Boston
Pektorał ze Skarabeuszem serca, Museum of Fine Arts of Boston

Zupełnie inny wygląd i przekaz zawarto w pektorale z Teb, przedstawiającym sępa z rozpostartymi skrzydłami. Prócz ładunku magiczno-ochronnego niesie on ze sobą odrobinę historii. Sęp był symbolem bogini Nechbet czczonej w Górnym Egipcie. W jego szponach widnieją dwa znaki symbolizujące uniwersalną władzę króla. Kobra jest oznaczeniem Wadjet (Uadżet), bóstwa Dolnego Egiptu. Po połączeniu miały chronić faraona i głosić jego dominację nad północą i południem kraju, jednakże do tej królewskiej symboliki nie przystają użyte materiały. Całość wykonano ze złoconego srebra oraz ponad 400 kawałków karneolu i szklanych wypełnień. Gdyby rzeczywiście był to talizman władcy zostałby stworzony ze złota, a obok karneolu pojawiłby się turkus i lapis lazuli. Takie połączenie kamieni i barw nie było przypadkowe, określamy je mianem trylogii kolorów i nieraz odnajdujemy w staroegipskiej biżuterii. Czerwień w tym zestawieniu oznaczała krew, siłę i energię życiową. Odcienie niebiesko-zielone to wegetacja roślin, natomiast ciemnoniebieska barwa lapis lazuli symbolizowała odnowę i odradzanie się Nilu. Skąd zatem ten dysonans między treścią a „ubogą” oprawą pektorału z Teb? Otóż w trakcie trwania Średniego Państwa (ok. 2133–ok. 1786 p.n.e.) grupa Kanaanitów z Azji Zachodniej rozszerzyła swoje panowanie na tereny Delty Nilu, tym samym zmuszając Egipcjan do przeniesienia siedziby władz do Teb. W tym czasie niżsi rangą urzędnicy byli w stanie przyjąć symbole wcześniej zarezerwowane dla rodu królewskiego i dołączyć je do swego osprzętu pogrzebowego. Ten pektorał mógł należeć do lokalnego władcy lub prowincjonalnego gubernatora.

3.Pektorał Sęp, Dynastia 3–17, 1783–1550 p.n.e., Museum of Fine Arts of Boston
Pektorał Sęp, Dynastia 3–17, 1783–1550 p.n.e., Museum of Fine Arts of Boston

Inaczej rzecz miała się z wisiorem przedstawiającym narodziny boga słońca wykonanym ze złota. Wedle mitu z Hermopolis, niebieski lotos wyłonił się z Nun, czyli chaotycznych pierwotnych wód pierwszego poranka, a płatki kwiatu rozchyliły się i ukazały młodego boga słońca. Otwierający się co rano lotos był symbolem zmartwychwstania i wiecznego odradzania się zarówno bogów, jak i ludzi. Kobra na czole postaci identyfikuje go jako władcę, a kosmyk włosów sugeruje młody wiek. Naszyjnik zdobiący jego szyję pierwotnie posiadał wcześniej wymienioną potrójną kolorystykę. Dwustronnie wypukła forma miała wzmocnić moc amuletu, a wytrzymałość elementów wskazuje, że nie był to tylko pogrzebowy artefakt – najprawdopodobniej służył faraonowi także za życia.

Naszyjnik z narodzinami boga słońca, Museum of Fine Arts of Boston
Naszyjnik z narodzinami boga słońca, Museum of Fine Arts of Boston

 

Jak już wcześniej wspomniałam, biżuterię nosiły w Egipcie obie płci, co możemy zaobserwować na wielu płaskorzeźbach i papirusach. Zdarzały się jednak motywy zarezerwowane tylko dla kobiet, tak jak wizerunek bogini Hathor. Uwielbiano ją w całym Egipcie i przypisywano moc pielęgnacji miłości, piękna i muzyki; bogini miała też za zadanie ochraniać kobiety w trakcie ich dorosłego życia. Amulety z jej przedstawieniem, przekazywane z matki na córkę, noszono w celu wzmocnienia płodności. Niezwykły egzemplarz wisiora z Hathor znajduje się w zbiorach Museum of Fine Arts w Bostonie. Cylindrycznie wierconą kulę z kryształu górskiego, który uosabia boga słońca Amona, wieńczy pełnoplastyczna głowa bogini. Całość służyła również jako pojemnik, w którego wnętrzu prawdopodobnie przechowywano papirus z zapisanym zaklęciem. Praktyka zapisywania zaklęć na papirusach lub rycia ich na blaszkach była rozpowszechniona również na innych terenach wokół Morza Śródziemnego. Zapisane zwoje, z łaciny zwane lamallae, umieszczano w sekretnikach o formie walca, poziomo zawieszonego na szyi. Przedstawienia takiego amuletu możemy odnaleźć na niektórych portretach z Fajum.

 

Naszyjnik z boginią Hathor, Museum of Fine Arts of Boston
Naszyjnik z boginią Hathor, Museum of Fine Arts of Boston

 

Amuletyczna biżuteria Egiptu nie ograniczała się bynajmniej tylko do naszyjników. Odkryto także pierścienie ze skarabeuszami i wizerunkami bogów oraz bogato zdobione bransolety, noszone również na przedramionach. Mimo wszystko jednak, wśród odnalezionych wytworów staroegipskiego złotnictwa to ozdoby dekoltu zawierały w sobie największy zbiór magicznych elementów. Skarabeusz na szczęście, Oko Horusa przeciw chorobie, zwój z wyrytym zaklęciem na codzienne bolączki… ciekawe, co jeszcze kryją przed nami piaski pustyni?

 

 

NAJPOPULARNIEJSZE FORMY SYMBOLICZNE W BIŻUTERII STAROŻYTNEGO EGIPTU

  • Skarabeusze, czyli personifikacja boga wschodzącego słońca Chepri, utożsamianego z nieśmiertelnością, słońcem i kreacją oraz przynoszącego szczęście i powodzenie.
  • Oko Horusa, czyli oko, które bóg nieba stracił w trakcie walk z Setem. Przy pomocy bogini Hathor odzyskał wzrok, a oko ofiarował ojcu Ozyrysowi, panującemu w Krainie Umarłych, przywracając mu w ten sposób zdolność widzenia. Wedle legendy Set porąbał lewe oko Horusa, a ono mimo wszystko się zrosło, dzięki temu jego przedstawienie stało się potężnym amuletem odpowiedzialnym za odrodzenie i powracanie do zdrowia oraz ochronę przed złem. Samą nazwę wedjat stosowaną zamiennie z Okiem Horusa tłumaczymy, jako ten, który jest zdrowy.
  • Oddzielne znaczenie niosła para oczu Horusa. Prawe oko to Słońce odpowiedzialne za aktywność i przyszłość, lewe zaś – Księżyc odpowiadający za pasywność i przeszłość. Wspólnie symbolizowały wszechwiedzę i uzmysławiały ludziom, że ich szczęście nie jest darem z nieba, ale zależy od ich własnych działań.
  • Święty Ureusz, czyli zestawienie sępa trzymającego symbole Anch (znak boga Ra) i kobry – symbole władzy boga i faraona. Wizerunek Ureusza zdobił korony i diademy, a czasem i dekoracyjne fryzy architektoniczne oraz ubiory.

 

Zdjęcie główne: Oko Horusa, Victoria & Albert Museum w Londynie
Posted on

Promocja! Wyśmienita kawa Roma do każdego egzemplarza Metamorfoz

Złota jesień dobiegła już chyba końca, a świat zaczyna pogrążać się w szarości i chłodzie. Aby dodać Ci energii w tym czasie, do każdego zakupionego egzemplarza naszej antologii Metamorfozy dodamy paczuszkę mielonej kawy Roma przygotowanej przez Cophi.


Zapraszamy do zakupów pod tym linkiem.

Promocja trwa do 11 listopada 2018 r.

Posted on

Magiczna Barcelona

Dziś chciałabym zabrać Was na spacer po mojej ukochanej Barcelonie i pokazać Wam te miejsca, które mnie oczarowały i zachwyciły. To mój osobisty przewodnik magiczny po stolicy Katalonii.


Torre Bellesguard

Czyli, z katalońskiego, Wieża Pięknego Widoku, znana też jako Casa Figueres, w dzielnicy Sarrià-Sant Gervasi. Nie wiedzieć czemu, jedna z mniej popularnych kreacji Gaudiego, a przecież nie mniej zachwycająca niż Casa Mila’ czy Casa Batllò. Wygląda trochę jak pałacyk z bajki, urzekając detalami takimi jak dach w kształcie głowy węża, okalające budynek ogrody czy wieża, która dała budowli nazwę. W środku podziwiać można zarówno wpływy gotyku, jak i stylu mudéjar i modernizmu. Co ciekawe, tak charakterystyczne barwne mozaiki, nieodmiennie kojarzące nam się z Gaudim właśnie, stworzył inny artysta, Domenèc Sugrañes i Gras. Torre Bellesguard jest dziełem sztuki samym w sobie, jednak prawdziwą magię poczuć można, uczestnicząc w jednym z licznych odbywających tu koncertów. To jakby przenieść się na chwilę do jakiejś baśniowej krainy. Ja wręcz wypatrywałam pojawienia się w każdej chwili elfów bądź wróżek…

c/Bellesguard, 20

 

Torre Bellesguard, fot. Catalan Art & Architecture Gallery (Josep Bracons) Barcelona / CC BY-SA 2.0
Torre Bellesguard, fot. Catalan Art & Architecture Gallery (Josep Bracons) Barcelona / CC BY-SA 2.0


El Bosc de les Fades

A skoro o elfach i wróżkach mowa… Jest w Barcelonie, w samym centrum, choć nieco na uboczu względem znanych turystycznych szlaków, miejsce, które przenosi gości wprost do świata tych niezwykłych postaci. To zwykła-niezwykła kawiarnia o wiele mówiącej nazwie Las Wróżek – Bosc de les Fades. Lokal składa się z kilku sal, w których można napić się dobrej kawy, zjeść śniadanie, lunch, tapas, czy wypić wieczornego drinka. A wszystko to w niesamowitym otoczeniu drzew i dzikiej roślinności, strumyków i wodospadów, w świetle migoczących gwiazd i lampionów, w towarzystwie baśniowych stworzeń, przy dźwiękach muzyki świerszczy i pohukiwania sów. Baśniowa kraina w samym centrum metropolii!

Passatge de la Banca, 7

 

Carrer de Aiguafreda

Czasem magia może kryć się w czymś zupełnie zwyczajnym, a stworzenie bajecznej atmosfery niekoniecznie musi wymagać ogromnego nakładu pracy i kreatywności. Znakomitym przykładem jest uliczka Aiguafreda w dzielnicy Horta. Do dziś jedna z bardziej zielonych i mniej „wielkomiejskich”, kiedyś Horta składała się głównie z lasów, pól i ogrodów. Mogła też poszczycić się nieoczywistym dobrem w ówczesnej Barcelonie – czystą, świeżą, zimną wodą. Stąd właśnie pochodzi nazwa uliczki: Aiguafreda (zimna woda). Okolicę zamieszkiwały kiedyś praczki. W każdy poniedziałek zbierały od zamożniejszych mieszkańców brudne ubrania, a w sobotę oddawały wyprane. Dziś praczek już nie ma, choć starsze kobiety mieszkające w okolicy wspominają jeszcze, jak jako małe dziewczynki pomagały mamom i babciom w robieniu prania. Obecnie przy uliczce stoi osiem niewielkich domków, każdy ma małe patio lub ogródek oraz… starą, ale dobrze utrzymaną pralnię do prania ręcznego, wraz ze studnią i wiadrami. Mieszkańcy nie należą do zamożnych, ale bardzo dbają o swoje domki i ich otoczenie: zarówno uliczka, jak i obejścia utrzymane są zawsze w czystości i przyozdobione starannie pielęgnowaną roślinnością.

c/Aiguafreda, dzielnica Horta

Carrer de Aiguafreda, fot. Pere López Brosa, CC BY-SA 3.0
Carrer de Aiguafreda, fot. Pere López Brosa, CC BY-SA 3.0


Muzeum Iluzji

W dzielnicy Raval swoje podwoje otworzyło, sprowadzone tu z Rosji, Muzeum Iluzji (Museu dels Il·lusions). Na ponad 600 metrach kwadratowych prezentuje ono najróżniejsze interaktywne iluzje optyczne i zabawy wizualne, które zachwycą zarówno małych, jak i dużych. Możemy tu stać się bohaterami takich scen jak inwazja zombie, walka z Darthem Vaderem z Gwiezdnych wojen, ucieczka przed rekinem rodem ze Szczękczy spotkanie ze smokiem. Nie brakuje też odniesień typowych dla gospodarza miejsca, takich jak Dalí, flamenco, jamón serrano czy sangría. Jako że wiele atrakcji oferowanych przez muzeum wymaga patrzenia na obiekty pod odpowiednim kątem, amatorom utrwalania wspomnień na fotografiach postanowiono to ułatwić: na podłodze znajdziemy oznakowanie, które pozwoli zrobić zdjęcie z idealnej perspektywy. Jeśli zaś boimy się, że nie uchwycimy sceny odpowiednio, nie mamy kogo poprosić o zrobienie nam zdjęcia lub po prostu nie chcemy zawracać sobie tym głowy, przesympatyczna obsługa oferuje swoją pomoc również i w tym zakresie. Ja osobiście lubię trochę wierzyć w magię, ale doceniam również dobrą iluzję!

c/ Pintor Fortuny, 17


Muzeum-teatr „El Rei de la M
àgia”

 Nie mogło go zabraknąć na liście magicznych miejsc: muzeum magii, oferujące zarazem spektakle i pokazy iluzjonistyczne. U początków jego powstania, w 1881 roku, leżał znajdujący się obecnie nieopodal, przy ulicy Princesa 11, sklep z rekwizytami magicznymi, który w 1984 roku przekształcony został przez obecnego właściciela w muzeum-teatr. W części muzealnej znajdziemy tu najróżniejsze artefakty i rekwizyty, z których korzystają iluzjoniści (lub, jak niektórzy z nich wolą, by ich nazywano: magowie). Wprawdzie brakuje opisów poszczególnych przedmiotów, ale na miejscu jest miła obsługa, która z chęcią wszystko objaśni. Pokazy iluzjonistyczne odbywają się w części teatralnej i nierzadko łączą w sobie elementy magii i komedii. Siedzenia w części teatralnej są nienumerowane, więc na pokaz warto przyjść nieco wcześniej, by zająć sobie upatrzone miejsce.

c/Jonqueres, 15

 

fot. Enfo / Wikimedia, CC BY-SA 3.0
El Rei de la Màgia, fot. Enfo / Wikimedia, CC BY-SA 3.0

 

Patio de Paradís

Wydawać by się mogło, że dzielnica gotycka nie kryje już w sobie żadnych sekretów. A jednak potrafi zaskoczyć. Oto gdy spacerujemy sobie jej uliczkami, skręcamy w ulicę Paradís, numer 10 i oto na dziedzińcu możemy podziwiać… cztery rzymskie kolumny, pozostałość po Świątyni Augusta. Mają ponad 2000 lat i mierzą 9 metrów wysokości. Ot, taka niespodzianka od Rzymu w samym sercu gotyckiej dzielnicy Barcelony.

c/Paradís, 10, dziedziniec wewnętrzny

 

Laberint del’Horta

Labirynt w parku Horta cieszy się ogromną popularnością zarówno wśród dzieci, jak i dorosłych. Położony w przepięknych ogrodach Vall d’Hebron, u stóp wzgórza Collserola, to jeden z najstarszych i najlepiej zachowanych parków w Barcelonie, wart odwiedzenia sam w sobie ze względu na zarówno pieczołowicie pielęgnowaną roślinność, stawy i oczka wodne czy rzeźby, jak i odrestaurowane budynki, będące częścią dziedzictwa markiza de Llupià, de Poal y de Alfarràs. Sam labirynt to 750 metrów starannie przyciętych krzewów cyprysowych wytyczających plączące się ścieżki. W jego środku stoi posąg rzymskiego boga Erosa. Przemierzanie labiryntu w poszukiwaniu wyjścia to znakomita zabawa, pozwalająca nam poczuć się przez chwilę jak Alicja w Krainie Czarów.

Passeig dels Castanyers, 1

 

dconvertini Follow Parc del Laberint d'Horta, Barcelona, Spain
Parc del Laberint d’Horta, fot. dconvertini / Flickr, CC BY-SA 2.0

Pantà de Santa Fe

Kiedy już zmęczy nas wielkomiejski zgiełk, można odpocząć wybierając się na wycieczkę za miasto. Celem takiego wypadu mógłby być, na przykład, park Montseny z nadzwyczaj urokliwym zakątkiem zwanym Moczarami Santa Fe. To przepiękne miejsce z mnóstwem roślinności, dróżek piaszczystych i kamienistych, oczek wodnych i strumyków, idealne zarówno na letni piknik (latem jest tam przyjemnie chłodno), jak i jesienny spacer (wówczas zachwyca feerią barw). Pośrodku rezerwatu znajduje się jezioro (uwaga! obowiązuje zakaz pływania!), a spacerując można odwiedzić stary erem. Jeśli nie macie akurat ochoty na posiłek na łonie natury, to znajdziecie tu również restauracje z pysznym menu! Warto też zostać tu do wieczora, kiedy niebo nad moczarami rozjaśnia się mnóstwem gwiazd, odbijających się w lustrze wody… Ten widok zapada w pamięć i w serce! Park Montseny to miejsce o tyle niezwykłe, że zupełnie nie przypomina krajobrazem tego, do czego przyzwyczaił nas region śródziemnomorski – bliżej mu do… naszych mazurskich lasów. Jeśli więc macie ochotę wypocząć w pięknych okolicznościach przyrody i jak za dotknięciem magicznej różdżki przenieść się z krainy Morza Śródziemnego do Krainy Tysiąca Jezior – koniecznie odwiedźcie Pantà de Santa Fe.

Parc de Montseny, pod Barceloną

 

Tak wygląda moja, absolutnie subiektywna lista magicznych barcelońskich miejsc. Być może czytelników oczaruje całkiem inny zakątek miasta i z zupełnie innych powodów… Ale czyż nie to właśnie jest w magii najpiękniejsze, że pozwala się odkrywać każdemu w inny sposób?

 

Zdjęcie główne: witraż w Casa Figueres, fot. Catalan Art & Architecture Gallery (Josep Bracons) Barcelona / CC BY-SA 2.0
Posted on

Kabała w 5 punktach

Wbrew spontanicznym skojarzeniom większości z nas, kabała niewiele ma wspólnego z magią. Zarówno badacze akademiccy – historycy, filozofowie i religioznawcy, jak i uznani w świecie nauczyciele kabały odżegnują się od magicznych rytuałów mylnie z nią wiązanych, a wspomnienie amuletów, czerwonych nitek, zaklęć i przepowiedni wywołuje u nich uśmiech politowania.

  1. Jeśli nie magia, to co?

Zdecydowanie bliżej kabale do filozofii i religii, jednak z nimi także nie jest tożsama. Dla większości badaczy termin ten odnosi się do mistycznych systemów religijnych powstałych w obrębie judaizmu po XII w. n.e.; są też tacy, którzy jej początków upatrują w ustnych tradycjach sięgających czasów starożytnych, co potwierdzać miałyby elementy łączące ją z filozofią neoplatońską i pitagorejską. Jednak aktywni kabaliści, postulujący praktykę kabały bez względu na pochodzenie i wyznanie, twierdzą, że różni się się ona znacząco od filozofii: jest bowiem nauką zainteresowaną rzeczywistym działaniem człowieka, nie zaś rozważaniami na poziomie abstrakcyjnym. Odcinają się też stanowczo od ezoteryki: kabała jest według nich nauką dostępną dla wszystkich, podczas gdy ezoteryka oznacza przecież utajnianie części wierzeń danej doktryny lub kultu przed ogółem.

Doskonała lektura o historii i przyszłości kabały
Doskonała lektura o historii i przyszłości kabały

 

 

  1. Według rabinów

Dla wyznawców judaizmu kabała jest składową ich religii; formą żydowskiej mistyki, objaśniającą, w jaki sposób Bóg obecny jest w świecie i uznającą możliwość pozazmysłowego, bezpośredniego kontaktu z Nim. Rabini widzą w kabale interpretację Tory i mistyczne tłumaczenie przykazań, zaś kabalistyczne księgi – w tym powstałą w XIII w.słynną  Sefer ha-Zohar (Księgę Blasku) – uznają po prostu za część żydowskiej tradycji. Podstawą kabały jest słowo – każdy wyraz w Pięcioksięgu (Torze) ma bowiem ukryte znaczenie symboliczne. Litery hebrajskiego alfabetu mogą zać mieć przypisane wartości liczbowe, co otwiera wrota szerokim interpretacjom każdego tekstu.

Kabała pozwala zbliżyć się do Boga, nazywanego En Sof (Nieskończonego), a więc niepojętego i niewysłowionego. Oddzieleni jesteśmy od niego czymś na kształt przepaści, wypełnionej dziesięcioma pośrednimi światami (sefirot), przez które Bóg  objawia się niczym przez swoiste kanały mediacyjne. Istotnym elementem tego rozumowania jest sprawcza rola człowieka. Kabalista może wpływać na sefirot (przedstawione na rysunku poniżej) i doprowadzać do określonych skutków w sferze boskiej – czyni to w celach odkupicielskich, bowiem nadrzęnym celem kabały pozostaje dobro świata i zbawienie. Tym właśnie różni się od magii, która opiera się przecież o pobudki egoistyczne.

Sefirot
 

  1. Otrzymaliśmy, by dawać

Hebrajskie słowo kabbalah znaczy dokładnie tyle, co “recepcja”, czyli otrzymywanie, przyjmowanie. Kabalista wierzy, że każdy człowiek może otworzyć się na mądrość, którą ludzkość otrzymała od Stwórcy. Od Boga, a także znawców pism, płyną do nas wskazówki na temat tego, jak dobrze żyć. Naszym celem powinno być zgłębienie tych nauk i przekazanie ich dalej. Znany izraelski myśliciel białoruskiego pochodzenia, Michael Laitman, założyciel Bnei Baruch – ogólnoświatowej organizacji non-profit rozpowszechniającą naukę kabały – definiuje ją kilkoma słowami: jako naukę o rzeczywistości i metodzie jej właściwego postrzegania przez człowieka. Podkreśla, że głównym celem kabały jest wzniesienie się człowieka ponad własne ego i uciszenie miłości własnej, aby móc uczynić świat piękniejszym i lepszym. Kiedy w wywiadzie do magazynu psychologicznego “Sens” proszę go o streszczenie nauki kabały w jednym zdaniu, odpowiada bez wahania: – Kochaj bliźniego swego jak siebie samego.

 

4. Sposób na biznes

Dla wielu z nas kabała pozostaje jednak zjawiskiem związanym z okultyzmem. Dzieje się tak głównie ze względu na treści publikowane w tabloidach i popularne wydawnictwa poradnikowe, upraszczające kabałę i przesycające ją treściami ezoterycznymi w połączeniu z obietnicami rozwiązania wszystkich życiowych problemów. W tej właśnie pop-kabale, jak zwykło się ją nazywać, w latach ’80 ubiegłego wieku zakochały się zachodnie gwiazdy kina i muzyki, noszące czerwone bransoletki i szukające uduchowienia pod przewodnictwem nauczycieli o niewiadomej proweniencji. Wśród nich szczególną sławą cieszył się zmarły przed 5 laty Philip Berg, założyciel i kierownik Kabbalah Centre International – Centrum Nauczania Kabały w Los Angeles. Zaprzyjaźniony z Madonną i wieloma innymi celebrytami guru głosił chwytliwe hasła, według których kabała stanowiła duchowe bogactwo dostępne dla wszystkich ludzi; w międzyczasie zaś, od wybranych, odbierał przelewy na gigantyczne sumy. W zamian oferował dostęp do tajemnej wiedzy i luksusowych dóbr, takich jak święcona woda do kaloryferów, mająca uzdrowić energię w hollywoodzkich apartamentach gwiazd.

 

  1. Daleko od rytuałów

W rzeczywistości jednak zarówno kabale widzianej z perspektywy religijnej, jak i tej stanowiącej sposób życia oparty na porzuceniu miłości własnej obce są rytuały właściwe wierzeniom magicznym. Magia zakłada zasadność praktyk – zaklęć, czyności – które, dzięki zapanowaniu nad siłami nadprzyrodzonymi, mają wpływać na kształt rzeczywistości. Kabaliści przeciwni są zaś wszelkim zewnętrznym manifestacjom przekonań; skupiają się zamiast tego na skomplikowanym, trwającym całe życie procesie samodoskonalenia się. Zaskakująco wiele elementów, które zauważyć można w wypowiedziach osób praktykujących kabałę, zgodna jest nie tylko z naukami największych religii, ale także z postulatami współczesnych psychoterapeutów. Pojęcia takie, jak uważność (skupienie na “tu i teraz”) i wdzięczność (docenienie piękna istnienia) stanowią dla nich warunek osiągnięcia szczęścia przez ogół ludzkości. Fundamentalna jest również holistyczna koncepcja wszechświata – wiara, że “wszystko wpływa na wszystko”. Każdy zły uczynek ma swe negatywne skutki w wyższych światach, zaś każdy uczynek dobry przynosi pożytek całemu uniwersum. Uświadomiwszy sobie ten fakt, człowiek może podejmować właściwe decyzje. Głównym ich celem powinno być udoskonalanie rzeczywistości, nazywane po hebrajsku tikkun olam (naprawianie świata). Każdy z nas odpowiedzialny jest nie tylko za siebie i swoje intencje, ale także za innych, dlatego nasza uwaga powinna być w większym stopniu skierowana na zewnątrz, niż do wewnątrz. Postęp powinien oznaczać coraz lepsze i pełniejsze obdarzanie bliźnich.

W rzeczy samej, dla niektórych może brzmieć to badziej zagadkowo i magicznie, niż niejedno skomplikowane zaklęcie.

 

Zdjęcie główne: fragment zwoju Tory pochodzący prawdopodobnie z XIII wieku i zawierający tekst z Księgi Rodzaju

 

Posted on

O greckich czarodziejkach

W mniemaniu Greków  nic dobrego nie mogło od kobiety pochodzić; panie były też bardziej podatne na ingerencje wszelakich sił nieczystych, które mogłyby je opętać i natchnąć złą mocą. Czarownice lub czarodziejki – język grecki rozróżnia oba te słowa, a w poematach bywają one używane zamiennie – zamieszkiwały przede wszystkim Helladę. Wraz z kolonizacją niektóre z nich udały się do Wielkiej Grecji, na Trinakrię oraz do Kolchidy (czyli, odpowiednio, na południe Włoch, na Sycylię i Krym).

Do grona czarownic zaliczyć można też istoty nie należące do rasy ludzkiej, aczkolwiek przybierające kobiecą postać, takie jak wszelkiego rodzaju strzygi i lamie – wśród nich najstraszliwszą Mormolyke. Był to bardzo użyteczny wynalazek greckiej fantazji, służący między innymi do straszenia dzieci, odpowiednik naszej Baby Jagi. Trudno jednoznacznie stwierdzić, skąd w Helladzie wzięły się strzygi; dość powiedzieć, że były one znane również na Bliskim Wschodzie, a za pośrednictwem Greków przemieściły się w północne rejony Bałkanów, gdzie zadomowiły się i miały dobrze nawet po upadku antycznego świata.

Kult Hekate pochodził z Tracji lub z wybrzeży Karii. Było to przedindoeuropejskie bóstwo chtoniczne. Najstarsza świątynia tej bogini znajdowała się w mieście Lagina w dzisiejszej południowo wschodniej Turcji. Przedstawiana była w trzech postaciach, a w rękach trzymała głowy węża lub psa, ale także pochodnię, miecz i sznur. Jej posągi stawiano na rozstajach dróg. W późniejszym okresie wizerunek bogini zmienił się z budzącego grozę na łagodny, stała się ulubienicą Zeusa, patronką żołnierzy, a nawet piastunką dzieci. Dawała bogactwo, siłę i sławę. Na zdjęciu: Hekate z Pałacu Kinskich w Pradze, fot. Zde / Wikimedia, CC BY-SA 3.0
Hekate przedstawiana była w trzech postaciach; w rękach trzymała głowy węża lub psa, ale także pochodnię, miecz i sznur. Jej posągi stawiano na rozstajach dróg. W późniejszym okresie wizerunek bogini zmienił się z budzącego grozę na łagodny – stała się ulubienicą Zeusa, patronką żołnierzy, a nawet piastunką dzieci. Dawała bogactwo, siłę i sławę. Na zdjęciu: Hekate z Pałacu Kinskich w Pradze, fot. Zde / Wikimedia, CC BY-SA 3.0

Hekate

Czarownice greckie nie bez powodu budziły strach i przerażenie. Wierzono, że czuwa nad nimi straszliwa Hekate, członkini rodziny bogów piekielnych, którym przewodził Hades i jego małżonka Persefona. Bogini Hekate przedstawiana była w trzech postaciach, jako że symbolizowała pierwiastek ziemski, morski i powietrzny. Jej posągi stały najczęściej na rozstajach dróg, stąd Rzymianie, którzy zawładnęli w końcu Grecją, nadali jej miano Hekate Trivia. Ciekawe jest jej pochodzenie: nie jest to bóstwo indoeuropejskie, ale jedno z chtonicznych bóstw kultury kreteńskiej, a wcześniej anatolijskiej. Grecy dokonujący trzykrotnego najazdu na krainę, którą nazwano później Helladą, musieli ją odziedziczyć po ludności podbitej. Przypisywano jej straszliwą i potężną moc, której udzielała swoim podopiecznym. W słynnym Malleus maleficarum czytamy, że Hekate czciły czarownice także po upadku świata antycznego. I rzeczywiście – to do niej zwracają się trzy czarownice w pierwszej scenie szekspirowskiego dramatu Makbet. Mówi się też, że poeta, tworząc postać Lady Makbet, kierował się wizerunkiem Hekate.

Medea widziana oczami Artemisii Gentileschi
Medea widziana oczami Artemisii Gentileschi. Dziś imię czarodziejki, poza kontekstem literatury i sztuk pięknych, używane jest w psychologii. Kompleks Medei to podświadoma wrogość matki wobec swych dzieci, połączona z mimowolnym pragnieniem ich śmierci, a uwarunkowana potrzebą zemsty na ojcu.

 

Medea

 

Pewnej księżycowej nocy młoda czarodziejka wyszła z domu w nieprzepasanej szacie, bosa, z rozpuszczonymi włosami, jak bachantka lub błagalnica. Z sierpem w dłoni szła przez tesalskie doliny i wąwozy w poszukiwaniu magicznych ziół. Były jej one potrzebne, aby przywrócić życie ojcu męża, Azjonowi, niegdysiejszemu władcy Jolkos, podstępnie zdetronizowanemu przez niegodziwego brata Peliasa. Przez dziewięć nocy zrywała czarodziejka magiczne trawy. Później zbudowała na równinie dwa ołtarze, jeden dla bogini Hekate, drugi dla bogini Hebe, po czym dokonała ofiary z czarnej owcy, której krew wlała do dołu dla bóstw podziemi. Następnie uczyniła potrójną obiatę dla bóstw śmierci, kazała przynieść ciało Azjona i ułożyć przy ołtarzach. Spiżowym sierpem poderżnęła gardło starcowi i wlała w ranę uwarzoną zawczasu boską mieszankę ziół, po której Azjon wstał rześki i młody.

Czarodziejką ową była Medea, księżniczka kolchidzka, małżonka Jazona, przywódcy wyprawy po Złote Runo. Czyn, którego dokonała, stanowił jeden z wielu dobrodziejstw wyświadczonych Jazonowi podczas jego wyprawy, a zarazem był dowodem straszliwej mocy posiadanej przez Medeę, którą obdarzyła ją bez wątpienia Hekate. Wcześniej uratowała Jazona od niechybnej śmierci i pomogła mu wykonać zadanie, które nałożył na niego jej ojciec Ajetes. W zamian za Złote Runo kazał mu on zaorać pole spiżowymi bykami, które ziały ogniem, następnie obsiać je zębami smoka i pokonać wojsko, które z nich wyrośnie. Medea, będąca pod urokiem młodego człowieka, ofiarowała mu maść nasączoną ziołami, która ocaliła go przed ogniem spiżowych byków; pouczyła, w jaki sposób ma pokonać wojsko, a na koniec, za pomocą czarów, pomogła mu uśpić smoka strzegącego Złotego Runa.

Postać Medei była doskonale znana całemu greckiemu światu. Jej skomplikowana osobowość fascynowała kolejnych twórców takich jak Apollonios z Rodos, Pindar, a także Eurypides, który poświęcił jej cały dramat. Bez wątpienia autorzy starożytni uważali ją za najpotężniejszą spośród cór Hekate. Co istotne, w żadnym z poematów czy dramatów, które zachowały się do naszych czasów, nie pada w odniesieniu do niej słowo „czarownica”. Zamiast tego Medea określana jest mianem „czarodziejki”, hμάγισσα, co nie powinno jednak nikogo zmylić – pod tą nazwą kryje się osoba władająca najstraszliwszymi ciemnymi mocami. Medea umiała zawracać strumienie do źródła, burzyć spokojne morza, wstrzymywać biegi rzek, rozpędzać i gromadzić chmury. Panowała nad przyrodą, której Grecy obawiali się, doszukując się w jej zjawiskach boskiej ingerencji. Co więcej, służyły jej duchy powietrza, ziemi i morza – posiadała zatem tę samą moc, którą obdarzona była troista Hekate. Jedną z jej umiejętności było też przywoływanie zmarłych do życia, co uczyniła ze swym teściem Ajetesem.

Medea przeszła do historii nie tylko jako czarodziejka, ale, przede wszystkim, jako morderczyni i trucicielka. Gdy Jazon po wielu latach małżeństwa zdecydował się opuścić ją dla pięknej Kreuzy, córki króla Koryntu, Medea nasączyła magiczną miksturą przeznaczony dla niej płaszcz. Księżniczka, założywszy go, spaliła się żywcem. Lista ofiar jest znacznie dłuższa; na jej końcu zaś znajdują się własne dzieci Medei, które zabiła w akcie zemsty po odejściu Jazona. Jednak, zamiast straszliwej czarodziejki, nie trudno ujrzeć w niej w tym momencie udręczoną, samotną kobietę, cierpiącą po zdradzie mężczyzny, dla którego porzuciła ojczyznę i dokonywała okrutnych czynów za pomocą potężnej sztuki magicznej.

Widok na Monte Circeo
Widok na Monte Circeo

Kirke

 

Więc u wyspy Ajai stałem. Mieszka na niej

Kirka, pięknokędziorna , gadająca pani.

Homer, Odyseja, X, 135-6, tłum. Lucjan Siemieński, wyd. Zakład Narodowy imienia Ossolińskich, Wrocław 1992

 

Tymi słowy opisuje Odyseusz Feakom swoje pierwsze spotkanie z piękną czarownicą Kirke. Pewne jest, że była córką Heliosa, boga słońca, rozbieżne są natomiast informacje na temat jej matki. Według jednych podań pochodziła od nimfy Perseis, inne znów przekazy dopatrują się jej matki w samej Hekate. Mieszkała samotnie w zamku z ciosanego kamienia na wyspie Ajaji, a że brakowało jej najwidoczniej rozrywek, lubiła od czasu do czasu zabawić się, zamieniając przypadkowych gości w zwierzęta za pomocą swoich ziół. Odysowych marynarzy, którzy przed swym wodzem zeszli na ląd, zamieniła ich w świnie i umieściła w chlewiku. Gdy nadszedł Odyseusz, chciała i jego podobnie urządzić, jednak ten zdołał wcześniej dowiedzieć się, co mu grozi z rąk pięknej czarodziejki, i zawczasu nasmarował się maścią zawierającą antidotum. Nieproszonego, ale przystojnego gościa postanowiła więc zatrzymać u siebie w inny sposób. Dzielny wódz spod Troi gościnynie odmówił, pozostając pod dachem czarodziejki przez rok. Kirke urodziła mu syna Telegonosa. Tyle na temat Kirke mówi nam Homer. Co istotne, autor Odysei nie określa Kirke mianem czarodziejki, ale straszliwej bogini, która zamienia ludzi w zwierzęta.

Kirke pojawia się w literaturze i kulturze greckiej znacznie wcześniej niż Medea (dla której zresztą była ciotką); jej osobie nie zostało jednak poświęconych tak wiele utworów. Zaliczano ją raczej w poczet bogów; jako czarownica przetrwała jedynie w kulturze Wielkiej Grecji. Jej siedziby upatrywano w wiekach późniejszych na przylądku Monte Circeo, który malowniczo wcina się w Morze Tyrreńskie. Co ciekawe, postać Kirke żyła długo w legendach neapolitańskich, nawet wówczas, gdy kultura antyczna była już tylko dalekim wspomnieniem.

 

Mitologia grecka jest przebogata i niewykluczone, że czarodziejek helleńskich było dużo więcej. Do naszych czasów zachowały się jednak informacje niezwykle skąpe. Co ciekawe, Rzymianie, którzy zafascynowani byli tradycją i kulturą podbitej przez siebie Hellady, nie pokusili się o powołanie do literackiego życia podobnych postaci. Osobowości Medei i Kirke okazały się zbyt silne, aby je można było zromanizować. Obie na zawsze pozostały na wskroś greckie i nie przeniknęły do kultury rzymskiej. Być może spowodowane to było etruskim dziedzictwem mieszkańców Romy, które w miejsce czarodziejek dopuszczało jedynie wróżbitki i wyrocznie. A może Rzymianie zbyt mocno stąpali po ziemi, w przeciwieństwie do obdarzonych bujną wyobraźnią i szerokimi horyzontami Greków? Tak czy owak, tematu czarów i czarodziejek nie podejmowano w mieście nad Tybrem. Jednak w wietrze nad Monte Circeo słychać czasem głos czarodziejki nucącej pieśni służącym jej zwierzętom…

 

 

Zdjęcie główne: John William Waterhouse Jazon i Medea
Posted on

La Smorfia czyli magia skatalogowana

Tak powstała słynna Smorfia napoletana, czyli opasły sennik dopasowujący wyśnione sytuacje do określonych liczb, które należy wykorzystać w grach losowych. Można oczywiście spotkać liczne wydania po włosku, jednak oryginalna Smorfia napisana jest w dialekcie neapolitańskim. Wśród starszych wydań dominują te ilustrowane– w końcu jeszcze kilkadziesiąt lat temu większość graczy stanowili analfabeci.

Trzeba dodać, że wielbicieli lotto pod Wezuwiuszem nie brakuje. Nie przypadkiem gra została zalegalizowana po raz pierwszy właśnie w Neapolu. Był rok 1743 i pół Europy oddawało się już w najlepsze loteryjnym hazardom. Ówczesny król Neapolu, Karol III z dynastii Burbonów, wpadł na pomysł rozsądny i przełomowy zarazem: by ogromne wpływy z gier zaczęły trafiać do kasy państwa. Jak można się łatwo domyślić, idei sprzeciwił się natychmiast Kościół, piętnujący hazard w każdej postaci. Spór zakończył się uznaniem gier liczbowych za legalne poza dniem świętym, na co zaradni neapolitańczycy znaleźli rozwiązanie, w niedzielę i święta przenosząc loterię do domów. Stąd choćby świąteczna tradycja bożonarodzeniowej Tomboli.

Gra w Neapolu, koniecznie w oparciu o Smorfię, wygląda tak: po przypomnieniu sobie snu z poprzedniej nocy, udajemy się do maleńkiego, obskurnego kantorku, najlepiej w najstarszej części miasta. Spowiadamy się z wyśnionej historii właścicielowi tegoż obiektu, a on, korzystając z własnego doświadczenia i, naturalnie, sfatygowanego sennika, pomaga nam wybrać numery do gry (uwaga: bardzo ważne jest, by po obudzeniu, aż do południa, absolutnie nie zwierzać się ze snu żadnemu z domowników – inaczej możemy sprowadzić na własną rodzinę nieszczęście!). Dajmy na to, że śniło nam się powabne, półnagie dziewczę biegnące w deszczu po warszawskim zoo. Smorfia podpowiada numery: 80 (kobieta), 28 (piersi), 83 (brzydka pogoda) i 46 (zoo – co przy okazji oznacza, że otrzymamy ważny list).  Blankiecik możemy dopełnić cyframi występującymi w głównych numerach bądź ich wielokrotnościami. Albo przypomnieć sobie jak najwięcej onirycznych szczegółów…

Neapolitański kantor lotto. Fot. Julia Wollner
Neapolitański kantor lotto. Fot. Julia Wollner

Nie trzeba być italianistą, by wiedzieć, jak zręcznie południowcy potrafią wrzucać do jednego kotła zabobony, bezpretensjonalną przyziemność i chrześcijańską dewocję. Smorfia jest wspaniałym ucieleśnieniem tej wybuchowej mieszanki. Znajdzie się w niej, pod numerem 6, chella ca guarda ‘nterra (‘ta, która patrzy w ziemię’, czyli wagina), pod ósemką –a’ Maronna (Matka Boska), a pod 30.–e’ ppalle d”o Tenente (‘jądra porucznika’ – doprawdy dziwne sny mają ci neapolitańczycy…).

Jako że nocne umysłu podróże są materią niezwykle złożoną, sprzedający kupony muszą wykazać się sporą wiedzą na temat numerologii i doświadczeniem w interpretacji. Stąd też wizyta w kantorku rzadko trwa chwilę, zamieniając się zazwyczaj w (para)psychologiczną pogadankę. W przekładaniu snu na liczby lotto ogromne znaczenie ma sytuacja życiowa grającego, to, jakie stosunki łączą go z postaciami i miejscami ze snu, czy on sam się w nim pojawia itd. Do historii kinematografii przeszła słynna scena z filmu Così parlò Bellavista, gdzie dwie siostry, kupując los, opowiadają sen jednej z nich (Ja gram w lotto, ale nigdy nic mi się nie śni, więc wieczorem idę do mojej siostry i mówię: Carmelli’, wyśnij coś, to jutro zagram o pięć tysięcy lirów). Sprzedawca losów długo dopytuje, czy wyśnieni dwaj policjanci byli pieszo czy na koniach, w Afryce czy z trąbką. Wspomagając się Smorfią, naturalnie.

Fenomen neapolitańskiej Smorfii zafascynował również Annę Bucchetti, reżyserkę filmu Liczby i marzenia. Dokument opowiada o dwóch siostrach (znowu! Czyżby prześladowała nas liczba 66 – dwie stare panny?), właścicielkach stuletniego punktu lotto, i ich klientach. W filmie nie usłyszymy historii wielkich wygranych, ale, jak mówi jeden z bohaterów, wcale nie o wygraną tu chodzi. Do kantorku najczęściej przychodzą ci najbiedniejsi, bo los w kieszeni daje nadzieję na lepsze jutro, pozwala im spać spokojnie i, ku uciesze Smorfii, intensywnie śnić.

 

***********

 

Smorfia dzisiaj

 

Mimoże od powstania Smorfii minęło już wiele dekad, a świat uparcie prze w kierunku technologizacji, młodzi neapolitańczycy ani myślą porzucać tradycji. Przenieśli ją natomiast do internetu. Na oficjalnej stronie lotto (www.lottomaticaitalia.it) znajduje się zakładka „Skonsultuj się ze Smorfią”. Wystarczy wpisać w specjalną wyszukiwarkę elementy, które pamiętamy ze snu. Dla bardziej wymagających istnieje również wiele forów, gdzie wykwalifikowani doradcy pomogą w interpretacji tego, co nam się przyśniło. Zerknijmy na przykładowy wątek (ze strony www.lottoitalia.com).

Niejaka Stefania pisze:

Ciao a tutti, vi racconto il sogno che ho fatto stanotte… Ho sognato praticamente che dormivo a casa di mia nonna materna (che ormai non c’e’ piu’ essendo morta parecchi anni fa) e improvvisamente sul soffitto della camera vedo un’ombra che piano piano si materializza ed e’ un angelo che vola pero’ piccolo (per farvi capire tipo la grandezza di Trilly nel film Peter Pan) che si avvicina al mio orecchio e mi dice ” Nonna ti vuole bene!” Ho ancora i brividi… perche’ mia nonna stravedeva per me! Che numeri dovrei giocare e cosa può significare questo sogno secondo voi?
“Cześć wszystkim, opowiem wam mój dzisiejszy sen… Śniło mi się, że śpię w domu mojej babci od strony mamy (która już od kilku lat nie żyje) i nagle na suficie w pokoju widzę cień, który powoli zamienia się w lecącego anioła (malutkiego jak Dzwoneczek w filmie Piotruś Pan), który zbliża się do mojego ucha i szepcze: „Babcia cię kocha”! Do tej pory mam dreszcze… Moja babcia mnie uwielbiała! Jakimi liczbami powinnam zagrać i co, według was, może oznaczać ten sen?

 

A oto odpowiedź jednego z forumowych „wróży”:

 

Ci provo.
Deduco che tu ti sia vista dormire, ti riconosci pigra = 16.
La nonna che non c’è più, ti porta longevità = 45.
L’angelo che tu vedi in volo, denota purezza = 39.
L’angelo per i sani, buone notizie in arrivo = 67.
Spero di averti aiutato e che questi numeri ti portino buono. Ciao e buona fortuna!
“Spróbuję pomóc.
Jeśli we śnie widziałaś siebie śpiącą, uważasz się za osobę leniwą = 16.
Babcia, która już nie żyje –przynosi długowieczność = 45.
Lecący anioł –symbolizuje czystość = 39.
Anioł opiekujący się zdrowymi –nadchodzą dobre wieści = 67.
Mam nadzieję, że pomogłem i że te numery przyniosą ci szczęście. Cześć, powodzenia!”

 

Posted on

Hokus pokus Turyn. Ezoteryczna stolica Europy

Wysłuchaj audycji o magicznym Turynie emitowanej w radiowej Czwórce (nagranie z 2012 r.). O niezwykłym mieście opowiada tam Julia Wollner, redaktor naczelna “Lente”: 
Miasto magii. Ezoteryczna stolica Europy

Mole Antonelliana, Alessio Maffeis / Flickr, CC BY 2.0
Mole Antonelliana, fot.Alessio Maffeis / Flickr, CC BY 2.0

 

Dla wielbicieli magicznych historii ważnym miejscem w Turynie jest bez wątpienia Piazza Statuto. Na placu tym znajduje się obelisk znaczący czterdziesty piąty równoleżnik, na którym znajduje się miasto, układając się doń w sposób idealnie paralelny. Jest to dla interesujących się ezoteryką miejsce szczególne, także ze względu na fakt, że w pobliżu mieszkał słynny jasnowidz – Nostradamus! Plac, tak jak okolice Mole Antonelliana, jest podobno swego rodzaju centrum, w którym krzyżują się magiczne energie, zarówno te złe, jak i dobre, chociaż starożytni uważali to miejsce za jednoznacznie przeklęte, jako że skierowane było na zachód, czyli tam, gdzie usypia życiodajne słońce. Pod placem znajduje się podobno wielka nekropolia, zaś na jego obszarze nieraz wykonywano wyroki śmierci. Trudno nie poczuć dreszczy na plecach… Wspominając o podziemnym Turynie, słowo powiedzieć należy także o tajemnych korytarzach pod miastem. Tak zwane Grotte Alchemiche położone są między Palazzo Madama a Piazza Castello, a wejść można było do nich przez kryptę w kościele Santissima Annunziata oraz przez podziemia samego Palazzo Madama. Te podziemne zaułki widziały już wszystko – walki o władzę, ucieczki zdrajców, ale także tajemne spotkania adeptów sztuki magicznej.

Piazza Statuto, fot. Luca Galli / Flickr, CC BY 2.0
Piazza Statuto, fot. Luca Galli / Flickr, CC BY 2.0

 

Warto pamiętać również o „białej” stronie magicznego miasta. Przeciwwagą dla Piazza Statuto jest wydaje się wspomniany już  Piazza Castello. Tutaj rzekomo skupia się dobra energia, szczególnie silna w okolicach Palazzo Reale, skąd już tylko kilka kroków dzieli zwiedzających od Duomo, w którym czeka na nich ciesząca się szczególną sławą turyńska woda święcona. Niesamowite właściwości ma ponoć zresztą także woda pochodząca z Fontana Angelica, usytuowanej między via Cernaia a via Pietro Micca. Do ważnych ośrodków dobrej energii należy także kościół Gran Madre. Podobno jedna z figur znajdujących się u wejścia do świątyni strzeże klucza stanowiącego rozwiązanie zagadki świętego Graala…

Skąd wzięła się magia w Turynie? Tego nigdy się nie dowiemy, choć być może jej początków szukać należałoby w czasach o wiele dalszych niż rzymskie, do których zwykle sięgamy, analizując historię Włoch. Niektórzy twierdzą przecież, że Turyn założył faraon Pheton, syn samej bogini Isis, który tutaj wzniósł wspaniałą świątynię na cześć boga Apisa. Boga-byka, dodajmy, czyli po włosku – dio-Toro.

 

Zdjęcie główne: pomnik na Piazza Statuto

 

Posted on

W historii Kirke było już wszystko. Rozmowa z pisarką Madeline Miller

Ukończyłaś studia z zakresu filologii klasycznej, a obie Twoje książki wydane w Polsce poświęcone są greckiej mitologii. Nietrudno zgadnąć, że Twój świat to właśnie śródziemnomorska starożytność. W jaki sposób się nią zainteresowałaś? Mnie moi znajomi zwykle nie chcą uwierzyć, że zaczytywałam się mitologią jako małe dziecko.

Cóż, u mnie tak właśnie było. Zaczęło się od mojej mamy, która czytała mi greckie mity na dobranoc. Bardziej nawet niż w samych bogach i herosach zakochałam się w pasji, jaka wypełniała te historie. Mama zabierała mnie też do Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku, gdzie zgromadzona jest wspaniała kolekcja sztuki starożytnej. W antyczne rzeźby mogłam wpatrywać się godzinami. Kiedy poszłam do liceum, moja nauczycielka łaciny zauważyła zainteresowanie, jakim darzyłam antyk, i zaoferowała, że nauczy mnie starożytnej greki. Dzięki temu mogłam zacząć czytać starożytną poezję w oryginale… i znowu się zakochałam. Byłam pełna determinacji i przekonania, że chcę kształcić się w tym kierunku dalej.

Czy fakt, że studiowałaś filologię klasyczną, nie stanowi pewnego obciążenia w pracy pisarskiej? Ciekawa jestem, czy wiedza może jakoś ograniczać kreatywność.

Obciążeniem nie jest nigdy, ale czasem muszę odstawić ją na bok. Trudniej pisało mi się Achillesa (wydanie polskie: Pieśń o Achillesie, 2021), który był moim debiutem. Niektóre historie z Iliady po prostu nie pasowały do tej powieści. Potrafiłam naszkicować scenę 20 razy, aby w końcu stwierdzić, że czytałoby się ją lepiej, gdybym pominęła elementy znane z Homera. Poczucie, że takie decyzje są w porządku, że moja własna wizja jest dobra, nie pojawiło się od razu – dojście to niego zabrało mi wiele czasu. Podobnie było z językiem. Czasem znałam na pamięć całe kwestie w grece i trudno było mi odnaleźć własny głos, którym mogłabym obdarzyć bohaterów. Musiałam odrzucić słowa spisane przez Homera, żeby pozwolić mojemu Patroklesowi przemówić na nowo. Generalnie rzecz biorąc, moje zaplecze traktuję jednak jako wielki dar. Za każdym razem, gdy czuję, że utknęłam, wracam do oryginału i znajduję inspirację.

Madeline Miller w obiektywie Niny Subin
Madeline Miller w obiektywie Niny Subin

Pracujesz jako nauczycielka w liceum, masz codzienny kontakt z młodzieżą. Czy dzisiejsze nastolatki są jakkolwiek zainteresowane mitologią? Jakoś trudno mi to sobie wyobrazić.

Myślę, że na pewno warto jej uczyć. Starożytne historie zwycięsko wyszły z próby czasu; odnajdywały się w nich setki pokoleń. Są jak okna na ponadczasowe ludzkie doświadczenia – frustrację, namiętność, radość, miłość, smutek i nadzieję. Są wspaniałym tematem do rozmowy, szczególnie jako punkt wyjścia. Ludzie często pytają mnie, czy musiałam dużo zmienić w historii Kirke, aby dopasować ją do współczesnych realiów. Odpowiadam, że w ogóle. W tej historii było już wszystko: kobiety, które się ucisza, odsuwa od władzy, źle traktuje. To zagadnienia, o których w klasie wspaniale się dyskutuje.

Poza tym, uważam, że młodzież powinna po prostu dużo czytać, i to różnych tekstów, z i spoza kanonu. Zachęcam do lektury innych książek, ale nie mam też wątpliwości, że to między innymi właśnie w historiach, które wpływały na zachodnią kulturę przez blisko 3 tysiące lat, kryje się największa wartość. Trzeba tylko sięgać po dobre przekłady. Jest wiele wspaniałych tłumaczeń Iliady, Odysei i licznych tragedii. Najlepiej czytać je na głos albo z pomocą nauczyciela.

Mówisz o pewnych niezmiennych wartościach, a mnie przychodzi na myśl temat naszej ostatniej publikacji – metamorfozy. Czy przemiany są dla Ciebie inspirującym zagadnieniem?

Tak, choć nie wyrażałam tego zainteresowania przez lata. Starożytni bogowie się nie zmieniają. Jeśli ogarnia ich gniew, to jest to gniew wieczny – chyba, że trafi im się coś ciekawszego do roboty. Są figurami statycznymi. Nie dorastają, nie uczą się. Jednak zdolność do zmiany, otwartość na dojrzewanie, jest jedną z najważniejszych składowych egzystencji. Cieszę się, że nie trzymam się kurczowo tego, czym i kim byłam 5 lat temu, czy 10, czy 20. Jeśli się nie zmieniamy, to znaczy, że niczego się nie nauczyliśmy; znaczy też, że jesteśmy zamknięci na świat, jak hermetyczne naczynie, do którego nic się nie dostaje. To nie brzmi dla mnie jak prawdziwe życie! Dlatego też jednym z powodów, dla którego zafascynowała mnie postać Kirke, był fakt, że jest ona boginią transformacji. Doprowadza do przemian w innych, przemienia też samą siebie.

Powieść Kirke ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Albatros.
Powieść Kirke ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Albatros. Więcej o książce przeczytasz tutaj


Kirke uważana jest za pierwszą czarownicę w historii literatury zachodniej. Tak się składa, że w tym miesiącu na stronie Lente rozprawiamy o magii. Czy wątek magiczny w jej historii był dla Ciebie szczególnie inspirujący? A może stanowił tylko dodatek do czysto ludzkiej historii, jaką tak naprawdę jest jej biografia?

Ujęłabym to inaczej. Jedną z rzeczy, które mnie zafascynowały, to to, jak Kirke doszła do swojej władzy. Urodziła się jako nic nie znacząca nimfa, pozbawiona jakiejkolwiek kontroli nad swoim własnym losem; postanawia więc wymyślić sobie jakąś niezwykłą moc. Wybiera czarnoksięstwo. Nie jest to umiejętność, z którą przyszła na świat – opiera się więc na zdobytej wiedzy i ciężkiej pracy. To bardzo ludzka historia o znajdowaniu swojej pasji i podążaniu za nią. Bogowie nie muszą pracować, ludzie owszem…

Wnioskuję, że należysz do osób, które są przekonane, że świat nie zmienił się szczególnie od czasów, gdy po ziemi chodzili bogowie i herosi. Oczywiście pewne idee przechodzą transformację – weźmy chociażby heroizm, który w czasach Homera znaczył coś zupełnie innego, niż dzisiaj – jednak ludzka natura pozostaje niezmienna.

Oczywiście. Dziś heroizm oznacza bohaterstwo moralne – na pewno nie tyczyło się to Odyseusza czy Achillesa. Ich wady były równie wielkie, jak zalety; często też siali wokół siebie zniszczenie. Z drugiej strony – my też przecież nadal chodzimy na wojny. Nadal się zakochujemy. Pogrzeby wyglądają inaczej, ale żałoba i rozpacz po utracie bliskich jest identyczna, ponadczasowa.

Czymś, za co jestem wdzięczna, jest fakt, że świat współczesny jest bardziej inkluzywny. Staramy się prawnie chronić tych, którzy z jakiegoś powodu znajdują się na marginesie albo są krzywdzeni przez innych. Mamy opiekę społeczną i zdrowotną. Władza nadal skupiona jest głównie w rękach najbogatszych, tak jak w przeszłości, ale nie żyjemy już według ideału oligarchii. Pamiętajmy, że demokracja, gdzie każdy ma głos, została wymyślona przez Greków, jednak w ich czasach odnosiła się do bardzo wąskiego grona.

amalfi
Wśród miejsc, które okazały się inspirujące w pracy nad Kirke, Madeline Miller wymienia okolice Amalfi, wyspy greckie oraz zachodnią część Turcji. Wykorzystałam też pewne obrazy zapamiętane z Wysp Kanaryjskich. Chciałam, by Ajaja była piękna i pełna bujnej przyrody, ale pozostała miejscem stworzonym w wyobraźni.

 

Są jednak zjawiska, które pozostały niepokojące. Niedawno ukazała się u nas książka Kobiety i władza. Manifest brytyjskiej filolożki klasycznej Mary Beard. Wspomina ona o pozycji kobiet w świecie Odysei; wygląda na to, że nie zmieniło się od tych czasów tak znowu wiele. Ty też piszesz o tym wiele w Kirke.

Niestety kobiety nadal – i od tysiącleci – traktowane są jak obiekty seksualne, a jednocześnie strażniczki czystości. W starożytności, dodatkowo, kobieta zgwałcona pozostawała splamiona przez całe życie. W ostatnich czasach na szczęście zaczęło się to zmieniać.

Trzeba jednak przyznać, że miały również miejsce pewne wielkie zmiany – na przykład to, że nie istnieje już niewolnictwo. Kobiety w świecie antycznym miały słabą pozycję, ale życie kobiet-niewolnic musiało być dosłownie nie do zniesienia. Odyseusz zabił 12 niewolnic, bo pretendenci do ręki Penelopy spędzili z nimi noc!  W jego oczach był to dowód zdrady kobiet, które stanowiły jego własność. Oczywiście jako niewolnice odmówić nie mogły – społeczeństwo pozbawiło je tego przywileju.

Kobiety w czasach starożytnej Grecji definiowane były przez swoje związki z mężczyznami. Władzę nad nimi sprawował najpierw ojciec, potem mąż, wreszcie, po śmierci męża, synowie. Nigdy nie były niezależne, nigdy nie wolno im było samodzielnie decydować o swoim losie. Dzięki Bogu to się zmieniło. Nadal jednak często określamy kobietę poprzez pryzmat jej związku z mężczyzną. Na przyjęciu rzadko kiedy przedstawia się kogoś po prostu jako męża danej kobiety, zaś imię żony często zostaje pominięte – wystarczy, że jest “małżonką pana X”. Jednym z powodów, dla których chciałam zająć się historią czarodziejki Kirke, jest to, że zależało mi, by opowiedzieć całe jej życie. Odyseja czyni z niej zaledwie epizodyczną postać. W Kirke to ona jest bohaterką, a Odyseusz epizodem.


W ramach cyklu „Ludzie Śródziemnomorza” zwykle staram się prosić moich rozmówców o swobodne dokończenie kilku zaproponowanych przeze mnie zdań. Oto kilka fraz dla Ciebie…

Jestem Greczynką… w głębi duszy. I Rzymianką też.
Morze Śródziemne jest dla mnie… piękne, uspokajające i ekscytujące.
Starożytność i dzień dzisiejszy… dzielą 3 tysiąclecia, a zarazem zupełnie nic.
Być człowiekiem Śródziemnomorza oznacza… chciałabym to wiedzieć! Jeszcze bardziej zaś chciałabym spędzić wiele lat na odkrywaniu odpowiedzi na to pytanie.

Zdjęcie główne: obraz Circe pędzla Wrigh Barkera (1889)
Posted on

Kabees El Lift: libańska kiszonka z rzepy

W książce Magia gotowania. Naturalna historia transformacji Michael Pollan rysuje związki między fermentacją a rozkładem i śmiercią. Sam dowcipnie zauważa, że nie jest to szczególnie apetyczna wizja, która, być może, nie powinna znaleźć się w książce na temat jedzenia. Nie zmienia to jednak faktu, że fermentacja od wieków była otoczona aurą tajemniczości i uważana za magiczne zjawisko. W końcu czym, jeśli nie magią, jest zmienienie owocowego soku w napój tak potężny, jak wino?

Ludwik Pasteur opisał proces fermentacji nieco ponad 150 lat temu. Określił go “życiem bez powietrza” (la vie sans air), bowiem fermentacja zachodzi w warunkach beztlenowych. Ludzkość wykorzystuje to zjawisko do przechowywania żywności od czasów dużo dawniejszych – wiemy, że stosowano ją już 7 000 lat przed naszą erą. Od tego czasu za jej sprawą zmieniano winogrona w wino, kapustę w kimchi, mleko w jogurt, ryż w sake, jęczmień w piwo, a warzywa w pikle.

Kiszone warzywa są popularne na Bliskim Wschodzie. Kabees el lift to libańska kiszonka z rzepy: świeża, ostra i szokująco różowa. Często podaje się ją jako lekki dodatek do mięsnych dań, np. popularnej szawarmy. Świetnie sprawdza się jako część zestawu bliskowschodnich przekąsek, w towarzystwie hummusu, pity i sałatek. Charakterystyczny, wściekle różowy kolor zawdzięcza dodanym do słoika na czas fermentacji kawałkom buraków.

 


Kabees El Lift

 porcja na 3 słoiki 250 ml

 

5 małych rzep, obranych i pokrojonych w słupki

1 średni burak, obrany i pokrojony w słupki

4 ząbki czosnku, pokrojone w plastry

3 liście laurowe

1 łyżeczka ziaren czarnego pieprzu

zalewa:

250 ml octu

500 ml wody

3 łyżeczki soli

Składniki zalewy mieszamy w dużej misce.

W wyparzonych słoikach układamy kawałki rzepy, buraków i czosnku oraz przyprawy.

Kawałki buraka dzielimy mniej więcej równo pomiędzy słoiki, gdyż to on odpowiada za różowy kolor kiszonki. Zalewamy zalewą i zakręcamy.

Słoiki trzymamy w chłodnym i ciemnym miejscu przez około tygodnia.

Po tym czasie rzepa jest gotowa do spożycia.

Słoiki przekładamy do lodówki i zjadamy w ciągu około miesiąca.

UWAGA!

Na pyszne kiszonki – do spałaszowania na miejscu lub z możliwością zakupu do domu – zapraszamy do restauracji Lente przy ul. Hożej 43/49 w Warszawie!

 

Posted on

Maria Immacolata Macioti, Mity i magie ziół

Drzewa, krzewy, kwiaty i trawy od zarania dziejów dostarczały ludziom energii jako pożywienie, a także stanowiły niewyczerpane źródło inspiracji, karmiąc tym samym duszę. Tradycja grecko-rzymska, leżąca u podstaw całej kultury śródziemnomorskiej, nie była tu wyjątkiem, a legendy związane z roślinami są w niej doprawdy niezliczone. W tysiącach poświęconych im historii drzewa stanowiły rezultat niezwykłej przemiany, poszczególne krzewy ukochały sobie różnorodne bóstwa, a kwiaty symbolizowały najważniejsze życiowe wartości. W wiekach średnich i późniejszych powstawały na ich temat kolejne mity, a rośliny łączono z liczbami czy znakami zodiaku.

Wszystkie te fascynujące zagadnienia – aspekt symboliczny roślin, związany z nimi folklor, a nawet elementy fitoterapii – opisuje w swojej książce włoska socjolożka Maria Immacolata Macioti, badająca na co dzień wierzenia religijne i magiczno-sakralne i wykładająca na rzymskiej La Sapienzy. Jej opracowanie jest barwne, momentami wspaniale poruszające wyobraźnię; w zamyśle być może również poetyckie. W moim odczuciu, niestety, także dosyć chaotyczne – mam tu na myśli nie tyle bogactwo interpretacji wybranych treści, ile bardziej samą konstrukcję książki. Trudno przeczytać ją jako esej, ale nie uda nam się również korzystać z niej jako kompendium. Co więcej, nie znajdziemy w niej solidnej próby odpowiedzi na pytanie stanowiące podtytuł pracy (Czy kwiaty i liście, zapachy i znaki zodiaku wpływają na stosunki między ludźmi?), a drobne, ale dosyć częste błędy redakcyjne w tekście odwracają naszą uwagę od przedmiotu rozważań.

 

 

Kilka lat temu, analizując wspaniałą mediolańską wystawę poświęconą związkom między mitem a przyrodą, napisałam, że dla dawnych mieszkańców Śródziemnomorza natura była swego rodzaju teatrem, sceną, na której toczyło się życie; jak mówił Humboldt, pełniła funkcję malarskiego tła, na którym poruszają się figury ludzkie. Dla nas, dzisiaj, natura jest odległą kategorią, światem istniejącym tam, gdzie nie ma człowieka. Chociażby z tego powodu każdej książce jej poświęconej winni jesteśmy uwagę i docenienie. Tekst autorstwa Macioti zajmuje się wieloma fascynującymi aspektami wielowiekowej relacji, jaka łączy nas z roślinami. Nie spełnił może wszystkich moich oczekiwań, jednak pozostaje bogatym źródłem wiedzy i niebanalną, inspirującą lekturą. Lekturą, dzięki której – by znów sparafrazować słowa, które wybrałam do opisania mediolańskiej wystawy – natura ma szansę przestać zamieniać się w daleką i coraz mniej obecną przeszłość, a pozostanie wielowymiarową, wieloznaczeniową, magiczną teraźniejszością.

Maria Immacolata Macioti, Mity i magie ziół, tłumaczył Ireneusz Kania, Universitas,  Kraków 1998
Mój tekst o niezapomnianej wystawie w Palazzo Reale w Mediolanie, zatytułowanej Mit i Natura. Od Grecji do Pompejów, znajdziesz tutaj.
Posted on

Abrakadabra – zaklęcie z Grecji, Rzymu czy Izraela?

Słowem “abrakadabra” jako formułą magiczną ludzie posługują się od schyłku starożytności. Pierwszym dokumentem, w którym znajdujemy to zaklęcie, jest rzymski traktat medyczny (pisany, co ciekawe, wierszem) Liber Medicilanis, znany także jako De Medicina Praecepta Saluberrima. Nie mamy pewności, kto jest autorem dzieła; większość badaczy łączy je jednak z postacią Kwintusa Serenusa Sammonicusa, uczonego, który służył na dworze cesarzy Septymiusza Sewera i Karakalli (III w. n.e.). W jednym z rozdziałów księgi autor zaleca, by cierpiący na malarię nosili amulet z wygrawerowanym słowem abrakadabra zapisanym w formie trójkąta, a więc:

A – B – R – A – C – A – D – A – B – R – A
A – B – R – A – C – A – D – A – B – R
A – B – R – A – C – A – D – A – B
A – B – R – A – C – A – D – A
A – B – R – A – C – A – D
A – B – R – A – C – A
A – B – R – A – C
A – B – R – A
A – B – R
A – B
A

lub

A – B – R – A – C – A – D – A – B – R – A
B – R – A – C – A – D – A – B – R
R – A – C – A – D – A – B
A – C – A – D – A
C – A – D
A

 

Pochodzenie zaklęcia pozostaje do dzisiaj niejasne. Niektórzy twierdzą, że przywędrowało z terenów dzisiejszego Izraela i wywodzi się z języka aramejskiego, gdzie he-ivra ke-dvaray oznacza “niech Pan stworzy, gdy ja mówię”, a podobnie brzmiące avda ke-davra – “stracona, zaginiona niczym słowo”. Inni proponują, by łączyć je raczej z językiem hebrajskim i wyrażeniem  “błogosławieństwo przemówiło” (habracha dibra) lub…  “Ojciec, Syn i Duch Święty” (Av, Ben ve Ruach haKodesh). Pojawiają się też głosy, że abrakadabra to niepoprawnie wypowiedziane zdanie “Abraham przemówił” (Abraham diber).

Być może jednak naszą uwagę skierować powinniśmy raczej do antycznej Grecji i tamtejszego wyrazu abraxas, którego litery w systemach numerologicznych dają 365, a więc liczbę kojarzoną z dniami roku. Rzeczywiście abraxas pojawia się w hellenistycznych papirusach magicznych oraz, oczywiście, na późniejszych amuletach. Najmniej popularna jest propozycja wywodząca zaklęcie od pierwszych liter łacińskiego alfabetu (aa bra ca dabra), która miałaby świadczyć o rzymskim rodowodzie wyrazu.

 

Zdjęcie główne: srebrny talizman z VI lub VII w. n.e., fot. Cangadoba / Wikimedia, CC BY-SA 4.0
Posted on

Fortuna Fortuny

Fortuny, tak jak Serenissima, miał wiele twarzy. Był fotografem, inżynierem, wynalazcą, malarzem. Zafascynowany strojami starożytnej Grecji, wyzwolił kobietę od gorsetu, w zamian przyoblekając w cienkie, połprzezroczyste suknie z ręcznie robionych tkanin. Najsłynniejsza, nazwana delficką, powstała w 1907 roku: była plisowana, w kolorze lila i świetnie podkreślała kobiecą sylwetkę. Kreacje Fortuny nosiły największe gwiazdy tamtych lat: Eleonora Duse czy Isadora Duncan. Jedna została nawet uwieczniona w literaturze – Marcel Proust w suknię hiszpańskiego artysty ubrał swoją Albertynę w Poszukiwaniu straconego czasui pisał, że  wyglądała jak kusząca zjawa niewidzialnej Wenecji.

 

Portret M. Fortuny (Goupil & Cie, Paryż 1875, Hiszpańska Biblioteka Narodowa)
Portret M. Fortuny (Goupil & Cie, Paryż 1875, Hiszpańska Biblioteka Narodowa)


Zakochany w operach Wagnera Mariano związał się z teatrem, dla którego projektował nie tylko stroje, ale również scenografię i oświetlenie. Fortuny zrewolucjonizował myślenie o scenicznych lampach. Przez wiele lat szukał takiego rozwiązania, które nie oślepiałoby sceny, ale, rozpraszając światło, delikatnie przyoblekało ją w magiczną, zwiewną mgiełkę iluzji. Wiele jego lamp inspirowanych było Orientem, przypominały chińskie pagody czy papierowe lampiony, to znów szły w kierunku bardziej modernistycznym, jak lampa stołowa z 1952 roku z mahoniową podstawą, nawiązująca stylem do art deco. Najsłynniejsza to Moda Floor z 1903 roku, stworzona na potrzeby La Scali, która wygląda jak ogromny reflektor na trójnogu (produkowana dzisiaj przez markę Pallucco, zdobi wiele wnętrzarskich stylizacji). Moda Floor całkowicie przeorała teatralny system oświetlania: ruchome noga i klosz pozwoliły kierować światło w dowolnym kierunku, a jednocześnie decydować o jego natężeniu. Światło zaczęło odgrywać pełnoprawną rolę w kształtowaniu teatralnej iluzji, otaczając opowiadaną na scenie historię nimbem tajemniczości.

 

Lampa Moda Floor (Zdjęcie via Pinterest)
Lampa Moda Floor (Zdjęcie via Pinterest)

W 1956 roku wdowa po Mariano pałac na Campo San Benedetto podarowała miastu, a to otworzyło muzeum poświęcone artyście. Wnętrza wyglądają tak, jak za życia Fortuny: zdobią je zaprojektowane przez artystę żyrandole, na przykład ten z kości słoniowej i jedwabnej gazy, zdobiony ręcznie drukowanymi orientalnymi motywami. W pałacu zobaczymy pracownię z biurkiem zawalonym narzędziami, szkicami i farbami (to tutaj Mariano malował obrazy, tkał i farbował materiały); zbiór 150 płócien autorstwa Fortuny (w tym liczne portrety jego żony Henrietty, doskonałej krawcowej, która pomagała tworzyć suknie), kolekcję ubrań i ręcznie robione tkaniny (welwety, jedwabie, satyny).

Biurko artysty
Biurko artysty

Komu spodobają się dzieła Fortuny, może udać się vaporettem na pobliską wyspę Giudecca, gdzie od lat 20. działała fabryka produkująca to, co Mariano wymyślił. Dziś znajdziemy tu showroom, a w nim tkaniny do domu, porcelanę z podobnym motywem jak na materiałach, żyrandole Garbo inspirowane szkłem z Murano, a nawet mozaiki. Po zakupach konieczna będzie siesta – na drugim krańcu wyspy, z widokiem na Plac Św. Marka prowadzi swój hotel i restaurację inny oryginał początku wieku – Cipriani, ten od carpaccio i koktajlu Bellini.

 

 Zdjęcia: Jean-Pierre Dalbéra/Flickr, CC BY 2.0
Posted on

Magia izraelskiego kina. 10 filmów, które musisz obejrzeć

Z zaciekawieniem oglądam izraelskie produkcje, próbując znaleźć w nich cechy wspólne. Na potrzeby tego zestawienia wybrałam jednak dziesięć tytułów, które – przewrotnie – ukazują to, jak bardzo zróżnicowanym krajem jest Izrael i jak trudno go jednoznacznie zdefiniować oraz ułożyć w logiczną całość. Sztuka filmowa doskonale radzi sobie z mozaikowością izraelskiej rzeczywistości, do której poznania niezmiennie zachęcam.

 

 Żal (2017), reż. Savi Gabizon

Obraz Gabizona to bez wątpienia najlepszy izraelski film w moim prywatnym rankingu. Żal jest ujmującą opowieścią o mężczyźnie, który dowiaduje się, że jego dziecko, o którego istnieniu nie wiedział, zginęło w wypadku samochodowym. W rolę ojca nastolatka wcielił się Shai Avivi, który brawurowo pokazuje, jak może wyglądać – w nieco krzywym zwierciadle – żałoba po stracie dziecka. Znakomity scenariusz pełen absurdalnego humoru oraz przemyślane kadry tworzą bez wątpienia godny polecenia film.

Obejrzyj zapowiedź:

 

Opowieść o miłości i mroku (2015), reż. Natalie Portman

Cieszę się, że ekranizacji jednej z ważniejszych izraelskich powieści podjęła się właśnie Portman. Jej wrażliwość wspaniale współgra z wrażliwością Amosa Oza. Fabuła przedstawia rodzinną tragedię na tle burzliwej historii pierwszej połowy XX wieku – dzieciństwo autora książki, który dorastał w cieniu nie potrafiących poradzić sobie z dojmującą rzeczywistością rodziców. Nie ulega wątpliwości, że film wywrze ogromne wrażenie tak na wielbicielach hebrajskiej prozy, jak i izraelskiego kina.

Obejrzyj zapowiedź:

 

Droga Aszera (2017), reż. Matan Yair

Aszer jest typowym zbuntowanym uczniem liceum, który potrafi dobitnie wyrazić własne zdanie. To bohater który urzeka szczerością, nonszalancją, irytuje, rozśmiesza i uczy bezkompromisowości. W tę rolę wcielił się znakomity Asher Lax, którego osobowość zdecydowanie góruje nad innymi aktorami w obrazie Yaira. Historia dorastania, dokonywania pierwszych ważnych życiowych wyborów, ale także mierzenia się ze stratą, przypomina o tym, jak trudne jest wkraczanie w dorosłość.

Obejrzyj zapowiedź:

 

Walc z Baszirem (2008), reż. Ari Folman

Głośna animowana produkcja Folmana to jeden z najbardziej rozpoznawalnych izraelskich filmów. Opowiada o pamięci i traumie, o życiu w cieniu wojny i próbie radzenia sobie z tragicznymi wydarzeniami z przeszłości. Odniesienia do wojny libańskiej są przedstawione bardzo realistycznie i ciężko nie współczuć żołnierzom biorącym udział w walce o swoje państwo. Nie mam wątpliwości, że antywojenne przesłanie i krytyczne spojrzenie na militaryzację przyczyniły się do sukcesu filmu.

Obejrzyj zapowiedź:

 

 Tikkun (2015), reż. Avishai Sivan

Czarno-biały świat ultraortodoksyjnych Żydów przedstawiony przez Sivana to znakomite i pełne symboli dzieło filmowe. Opowiada o wewnętrznej walce głównego bohatera, który zatraca się w religijnej gorliwości. Jego poświęcenie miesza się z szaleństwem, przez co zwykła codzienność w istocie ociera się o mistyczne duchowe doświadczenia. Tajemniczy, głęboki, skłaniający do myślenia obraz z wyjątkowo pięknymi kadrami to pozycja obowiązkowa dla każdego wielbiciela kina artystycznego.

Obejrzyj zapowiedź:

 

 

Tańczący Arabowie (2014), reż. Eran Riklis

Ekranizacja powieści Sayeda Kashui (autora serialu Arab Labor, który w Izraelu cieszył się ogromną popularnością) przedstawia życie izraelskich Arabów w Jerozolimie. Stosunki między światem żydowskim a arabskim są oczywiście pełne napięć, szczególnie wtedy, gdy w grę wchodzi miłość. Pełne humoru i ironii spojrzenie sprawia, że konflikt między narodami nie jest traktowany śmiertelnie poważnie, a losy bohaterów, zwyczajnych i zagubionych, wydają się być bardzo zbliżone do naszych.

Obejrzyj zapowiedź:

 

 Oczy szeroko otwarte (2009), reż. Haim Tabakman

To nie tylko ważny głos w dyskusji o związkach homoseksualnych w środowisku ultraortodoksyjnych Żydów. Oczy szeroko otwarte to przede wszystkim pełen melancholii obraz ukazujący hermetyczność żydowskiego świata. Współczesna historia opowiadająca o niespełnionej miłości i tabu została przedstawiona przez Tabakmana przez pryzmat subtelności niedomówień. Piękny i poruszający film przedstawia tragizm bohaterów, którzy, cokolwiek nie zrobią, sprzeniewierzą się sobie bądź prawu.

Obejrzyj zapowiedź:

 

 Przyjeżdża orkiestra (2007), reż. Eran Kolirin

Komediodramat Kolirina to opowieść o omyłkowej wizycie egipskiej orkiestry policyjnej w miasteczku, w którym nikt na nią nie czeka. To punkt wyjścia do opowiedzenia historii o przypadkach, które rządzą naszym życiem. Dzięki niespodziewanej wizycie dyrygent orkiestry pozna Dinę, która zaoferuje im swoją pomoc (w tej roli doskonała Ronit Elkabetz, znana m.in. z dramatu Vivianne chce się rozwieść). Spotkanie nieznajomych pokazuje, jak wiele może łączyć obcych ludzi, nawet jeśli pochodzą z wrogich sobie krajów.

Obejrzyj zapowiedź:

 

Wypełnić pustkę (2012), reż. Rama Burshtein

Debiut reżyserski Burshtein wprawił widzów w zachwyt. Jej pełna smutku podróż w głąb żydowskiego prawa, które reguluje codzienne życie, bez wątpienia zdumiewa. Wypełnić pustkę to opowieść o młodej kobiecie, której siostra umiera, osieracając niemowlę. Kobieta staje przed dylematem, czy chce i może poślubić wdowca – swojego szwagra – by pomóc w wychowaniu dziecka i stworzyć nową rodzinę. Film podkreśla nie tylko to, jak ważna dla Żydów jest litera prawa, lecz ukazuje także interesujące portrety psychologiczne bohaterów.

Obejrzyj zapowiedź:

 

Meduzy (2007), reż. Shira Geffen, Etgar Keret

Wspaniale się składa, że jeden z ulubionych izraelskich prozaików zajmuje się także kinematografią. Film na podstawie scenariusza Geffen, żony Kereta, szturmem zdobył uznanie widzów i krytyków na całym świecie, wygrywając m.in. Złotą Palmę na festiwalu w Cannes. Eteryczny i melancholijny obraz zanurzony bardziej w symbolach, niż w rzeczywistości, opowiada historie współczesnych mieszkanek Tel Awiwu. To wnikliwe, lecz nie nazbyt dosłowne spojrzenie na człowieka, jego wątpliwości i marzenia.

Obejrzyj zapowiedź:

Posted on

Apulejusz z Madaury, Złoty osioł (Metamorfozy)

Pewien młodzieniec z dostojnego rodu, imieniem Lucjusz, przybył w interesach do Tesalii, do miasteczka Hypate, gdzie gościnę znalazł u bogacza Milona i jego żony Pamfili. Szybko dokonał tam podboju miłosnego, zdobywając serce i ciało pięknej służki Fotis. Beztrosko spędzał dnie i noce, zwłaszcza te ostatnie, na wszelkiego rodzaju rozkoszach, nie mając pojęcia, że gospodyni jego, Pamfila, to nie kto inny, jak czarownica straszliwa, co maści i napary różne w swych komnatach trzyma. Rychło jednak Fotis zdradziła mu sekret swej pani, pozwalając ujrzeć, jak się ona w ptaka przemienia, by nocą się do zalotnika wymknąć.
Lucjusz wiedziony ciekawością i przygód niesyty, prosi wtedy Fotis, by mu przyniosła pudełeczko z maścią ową cudowną, bo chce i on, na chwilę chociaż, w ptaka się zamienić i pod postacią puchacza nocne loty odbyć. Fotis jednak, w pośpiechu i strachu przed swą panią, przynosi mu maść zgoła inną, po której nałożeniu nasz Lucjusz nieszczęsny odkrywa z rozpaczą, że, miast w puchacza, zamienił się w osła. Lekarstwem jedynym na tę przypadłość, mianowicie oślą skórę, jest pęk róż, które nieszczęśnik zjeść musi jak najszybciej i które Fotis rychło obiecuje mu dostarczyć, na razie kwaterując go w stajni między inne bydlęta. Los jednak chce, aby Lucjusz w oślim przebraniu nieco dłużej pochodził, bowiem tejże nocy na dom Milona napada banda zbójców i, dobytek mu zrabowawszy, ładuje go na wszelakie zwierzęta napotkane w stajni.
Taki oto jest początek niezwykłej przygody Lucjusza – wędrówki przez Tesalię pod postacią osła. Podróż ta zakończy się dopiero w Koryncie, podczas wielkiego święta ku czci Izydy.

 

Holenderskie wydanie z 1650 roku
Holenderskie wydanie z 1650 roku

Nasz osiołek Lucjusz jest bohaterem jednego z najniezwyklejszych dzieł starożytności. Mowa tu, rzecz jasna, o Metamorfozach Apulejusza z Madaury, które bez wątpienia stanowią perełkę literatury antycznej, a których egzemplarz obowiązkowo zdobi półki każdego helleno- i romanofila. Dzieje tej awanturniczej powieści są typowe dla starożytnych dzieł. Jakkolwiek Metamorfozy stanowiły poczytą lekturę i były doskonale znane wielkim osobistościom późnego antyku, w tym chociażby świętemu Augustynowi, to jednak mroki średniowiecza przyćmiły ich blask. Jeden jedyny egzemplarz Złotego osła cudem zachował się w klasztorze w Monte Cassino, a na światło dnia wydobył go dopiero sam Giovanni Boccaccio. Wzorem innych twórców epoki, dokonał on – jeśli nie całkowitego, to przynajmniej częściowego – plagiatu dzieła, wykorzystując co lepsze motywy i formy w swoim Dekameronie. Awanturniczy charakter Metamorfoz przeniesiony został kilka stuleci później, bardziej lub mniej świadomie, do hiszpańskiej novela picaresca (powieści łotrzykowskiej), której elementy, za wyjątkiem, rzecz jasna, samej przemiany bohatera w osła, zawierają echo pomysłów Apulejuszowych. Rozkoszując się lekturą perypetii Łazarza w Żywocie Łazika z Tormesu, nie sposób chwilami nie odnieść się do szalonych przygód Lucjusza z Metamorfoz.

Apulejusz z Madaury na rycinie z XIX w.
Apulejusz z Madaury na rycinie z XIX w.

 

Co wyróżnia Złotego osła na tle innych antycznych opowieści? Po pierwsze: jego niezaprzeczalna barokowość. Niczym są nasz Pasek i Sobieski razem wzięci wobec soczystości i rozmaitości języka, jakim z upodobaniem posługuje się Apulejusz. Z gramatycznego punktu widzenia Metamorfozy stanowią cud sam w sobie. Z punktu widzenia tłumacza – jest to momentami gąszcz nie do przebycia, którego pokonanie daje jednak niezwykłą satysfakcję. Z punktu widzenia filologa, tak klasycznego, jak i hiszpańskiego, dzieło stanowi wspaniały grunt do badań nad powtarzalnością motywów literackich. Dodajmy do tego bogactwo języka, kompozycję stanowiącą najwspanialszy przykład powieści szkatułkowej, mnogość opisów przyrody i krajobrazów, różnobarwnych bohaterów oraz lekko wplecione motywy mitologiczne. Wisienkę na torcie stanowi zachwycająca opowieść o Amorze i Psyche, opowiedziana przez staruchę w jaskini zbójców, jawiąca się niczym jedna z pełnych grozy baśni braci Grimm. Czytając ją, nietrudno zapomnieć, że dzieło dotyczy czegoś zupełnie innego, i ze zdumieniem wraca się do jaskini, do zbójów i do Lucjusza przeżuwającego siano w swoim kącie.

O wiele ważniejsze jest jednak przesłanie dzieła. W awanturniczej powieści pełnej historyjek, anegdot i bajeczek, naszpikowanej zbrodniami, niegodziwościami i wszelkimi sprośnościami (aż dziw, że tak wychwalał ją w swych traktatach sam św. Augustyn), autor ukrył dużo głębsze znaczenie, które pozostaje niewidoczne niemal do końca lektury. Metamorfozy są bowiem powieścią o karze i odkupieniu. Lucjusz ściąga na siebie nieszczęście na swoją własną prośbę, a jest to kara za jego lubieżność i ciekawość. Nie bez znaczenia jest tu sama postać osła – zwierzę to stanowi symbol pożądliwości, ale również pogardy. Stając się osłem, bohater doznaje największego i najbardziej bolesnego upadku, wręcz upodlenia, które prowadzi jednak do ekspiacji. Cierpiącemu Lucjuszowi we śnie ukazuje się Izyda, która przepowiada mu rychłą przemianę w człowieka, zastrzegając przy tym, że od tej chwili życie nieszczęśnika należeć będzie tylko do niej. Oznacza to, że Lucjusz z rozpustnika ma stać się kapłanem. Jedynie krocząc ścieżką cnoty i pobożności można stać się człowiekiem wartościowym i szlachetnym. Oto właśnie ukryte przesłanie Metamorfoz. Nie bez powodu święty z Hippony, w swoim traktacie De Civitate Dei, określił Apulejuszowego osła przymiotnikiem aureus.

 

O ośle wspomina się często w Biblii. Dziki osioł jest tam wprawdzie symbolem zniszczenia, ale udomowiony odpowiednik cieszy się sporym szacunkiem. W skład wspaniałych stad Hioba miało wchodzić między innymi 500 oślic. Jakub natomiast, chcąc załagodzić gniew swojego brata Ezawa, ofiarował mu 20 oślic i 10 oślątek. Samson zaś walczył przeciw Filistynom przy użyciu... oślej żuchwy.
O ośle wspomina się często w Biblii. Dziki osioł jest tam wprawdzie symbolem zniszczenia, ale udomowiony odpowiednik cieszy się sporym szacunkiem. W skład wspaniałych stad Hioba miało wchodzić między innymi 500 oślic. Jakub natomiast, chcąc załagodzić gniew swojego brata Ezawa, ofiarował mu 20 oślic i 10 oślątek. Samson zaś walczył przeciw Filistynom przy użyciu… oślej żuchwy. Fot. Faiyaz Hawawala / CC BY-SA 3.0

 

Apulejusz z Madaury urodził się około 125 r. n.e, a życie jego przypadło na okres zwany “złotym wiekiem” ze względu na rozkwit cesarstwa pod panowaniem dynastii Antoninów (96–192). Nie znamy jego imienia, bywa jednak utożsamiany z bohaterem swej powieści, Lucjuszem. Osierocony przez rodziców w dzieciństwie, pobierał nauki w Kartaginie, następnie w Atenach. Odbywał liczne podróże do Rzymu, na Wschód i do Grecji. W Rzymie piastował stanowisko adwokata, a przez jakiś czas był także kapłanem Izydy i Ozyrysa, czemu dał wyraz w Metamorfozach, opisując, nie do końca oczywiście, rytuały wtajemniczenia, którym został poddany. W wieku lat trzydziestu zdecydował się powrócić do rodzinnej Madaury, gdzie uporządkował sprawy rodzinne i spadkowe, po czym udał się do Aleksandrii. Nie dotarł tam wszakże, gdyż zatrzymał się w mieście Oea, gdzie po jakimś czasie ożenił się z bogatą wdową, Pudentillą, sporo od niego starszą.
Autor księgi o magicznych przemianach człowieka w osła został w roku 158 oskarżony o czary. Proces wytoczyli mu krewni jego żony po śmierci jej syna, przekonani, że Apulejusz ożenił się z nią dla majątku, a do małżeństwa nakłonił sztuką czarnoksięską. Apulejusz wystąpił na procesie w mieście Sabratha z mową znaną do dzisiaj pod tytułem Apologia, sive pro se ipso de magia liber, czyli Apologia lub w obronie własnej księga o magii. W mowie tej, spisanej później w formie księgi, w genialny sposób oczyścił się z irracjonalnych zarzutów i doprowadził do swego uniewinnienia. Jako zadośćuczynienie powierzono mu w Kartaginie stanowisko sacerdotis provinciae, czyli naczelnego kapłana kultu cesarza w Prowincji Afryce.

 

Nie we wszystkich zakątkach antycznego świata osioł stanowił przedmiot pogardy i drwin. W starożytnym Egipcie na przykład, osła uważano za święte zwierzę Seta (boga ciemności, pustyni i chaosu), którego przedstawiano niekiedy pod postacią tego zwierzęcia. Według innych przekazów Set posiadał ośle uszy.
Nie we wszystkich zakątkach antycznego świata osioł stanowił przedmiot pogardy i drwin. W starożytnym Egipcie na przykład, osła uważano za święte zwierzę Seta (boga ciemności, pustyni i chaosu), którego przedstawiano niekiedy pod postacią tego zwierzęcia. Według innych przekazów Set posiadał ośle uszy. Fot. CARLOS TEIXIDOR CADENAS / CC BY-SA 4.0

 

Apulejusz, Metamorfozy albo Złoty osioł. Apologia, czyli W obronie własnej księga o magii, tłumaczyli Jan Sękowski, Edwin Jędrkiewicz, Prószyński i Spółka, 1999
Zdjęcie główne: www.metmuseum.org
Posted on

Czary mary

W pierwszą samodzielną śródziemnomorską podróż wybrałam się po drugiej klasie liceum. Spędzałam kilka tygodni w Rzymie, gdzie uczęszczałam na kurs włoskiego. Rodzice, celem zapewnienia mi jak najbliższego kontaktu z żywym językiem, wykupili mi nocleg u pewnej nobliwej damy, która zajmowała wielkie mieszkanie w starej kamienicy niedaleko stacji Termini. Nosiła podwójne, hrabiowskie nazwisko, a w ramionach tuliła zawsze czarnego kota. Poza tym fantastycznie gotowała. Nie wiem, jakie mikstury dolewała mi do zupy, ale przy niej pokochałam nawet znienawidzoną dotąd jarzynową. Może dlatego, że w Rzymie nazywała się ona zdecydowanie bardziej elegancko: minestrone.

Nie byłoby w tej historii niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że pani Ersilia miała w domu szklaną kulę, a wieczorami stawiała koleżankom karty. Przed moją niedzielną wyprawą do Watykanu przekazała mi torebkę z kanapkami i malutki czerwony rożek, mówiąc: „Attenta, cara Julia, szóstka i czwórka nie bardzo cię dziś lubią. Na szczęście czuwa nad tobą dwójka”. Spojrzałam na nią spode łba. Chyba starsza pani źle znosi wysokie temperatury…

Godzinę później stałam zapłakana na Placu Świętego Piotra. W autobusie numer 64 skradziono mi całą zawartość torebki, w tym portfel i dokumenty. Na szczęście w tłumie zgromadzonym przed bazyliką znalazła się dobra dusza, która pożyczyła mi kilka lirów na telefon do rodziców i polskiej ambasady. Dusza ta, ukryta w ciele sympatycznego amerykańskiego chłopaka, miała na sobie koszulkę z wielgachną, błękitną cyfrą 2.

Jaki jest morał z tej historii? Są takie rzeczy na tym świecie, o których nie śniło się filozofom. W październiku dokonamy małego ich przeglądu, w śródziemnomorskim kontekście. Mam nadzieję, że chwile spędzone z naszymi tekstami okażą się dla Was pełne czaru.

 

Zdjęcie główne: © Jorge Royan / http://www.royan.com.ar / CC BY-SA 3.0
Posted on

Plaża

Obok restauracji z drewnianym tarasem jakimś cudem znalazłem wolne miejsce na samochód. Od plaży dzielił mnie jeszcze solidny kawałek drogi. Odległość od morza nie jest jednak dla Włochów żadną przeszkodą. Potrafią zastawić szpalerem aut każdą ulicę w promieniu nawet kilku kilometrów od wybrzeża. Konieczność pokonania sporego dystansu w rozdeptanych klapkach, uginając się pod ciężarem plażowych parasolek i wypełnionych po brzegi lodówek w żadnym stopniu ich nie zniechęca. Godzą się na trud, świecąc czołami zroszonymi potem, jakby ku morzu ciągnęła ich wyższa konieczność. Gdy już docierają na piach, spędzają na nim długie godziny, nie ruszając się niemal z miejsca, poza kilkoma wypadami do wody.

Była dziesiąta rano i oddalonej od brzegu ulicy plażowicze nie zdążyli jeszcze zastawić. Wysiadając, zderzyłem się ze wzrokiem przejeżdżającej obok Włoszki, uczepionej nadziei, że być może właśnie odjeżdżam i zwolnię miejsce, którego ubywało w zastraszającym tempie. Nic z tego. Oddaliła się powoli ku jednemu z samozwańczych parkingów, prywatnym ubitym placom ziemi, które co sprytniejsi właściciele wykorzystują, by zaoferować kilka merów na ustawienie samochodu. Włosi płacą za to bez szemrania, wiedzeni instynktem dotarcia do wody, zdając sobie sprawę, że jeżeli nie przyjadą na plażę rano, mogą zapomnieć o postawieniu auta na darmowych miejscach wzdłuż ulicy. Te zapełniają się szybko, wyłączając zazwyczaj pół jezdni z ruchu. Policja ma to w nosie. Prawdopodobnie większość z zaparkowanych aut zasługuje na wlepienie mandatu, równie dobrze można by jednak próbować wypisać kwitki od razu całej Italii.

Kraina gadżetów

Włoskie plaże. Im bardziej na południe kraju się przesuwałem, tym ten nadmorski świat zyskiwał na odrębności. Stawał się krainą samą w sobie, rządzoną według własnych zasad, samowystarczalną, coraz bardziej odseparowaną od otaczającej ją rzeczywistości. Gdy dotarłem na kraniec włoskiego szlaku – do Sycylii – plażowe szaleństwo przybrało skalę niebotyczną. Od porannych godzin do niezliczonej ilości miasteczek ciągnęły auta wypakowane Włochami spragnionymi złotych plaż. Złaknionych godzin spędzonych na piachu, oddawaniu się pantomimie gestykulacji i ciągłemu gadaniu. Podjadaniu kupionych po drodze lub przygotowanych we własnej kuchni specjałów. Wszyscy mieli opanowaną plażową logistykę do perfekcji, wyposażeni w dziesiątki gadżetów, bez których by zginęli – plastikowe haczyki do podwieszenia na plażowej parasolce toreb, jakieś zadziwiające osłony na japonki, chroniące gumę butów przed nagrzaniem się, terkoczące wentylatorki na baterie, torby chłodnicze lub kompaktowe lodóweczki, cały arsenał urządzeń ułatwiających wkręcenie trzonka parasolki w piach. Patrzyłem na to zafascynowany. Miałem wrażenie, że całe Włochy przeniosły się nad wodę, a wszystko wokół przestało istnieć.

Tłum gęstniał. Rozgadany, gotowy do wślizgnięcia się na cały dzień w przestrzeń zredukowaną do rzeczy podstawowych: złotego piachu, cienia parasolki, zapasów jedzenia, hipnotycznego ruchu fal. Bogactwo codzienności zostało skompresowane do kilku elementów dających nieustanną radość. Reszta na te kilka godzin pozostawała gdzieś poza granicami wytyczonymi pasem piachu, linią wody i wydmami. Jej istnienie zostawało chwilowo zawieszone. Plaża, jako typowe „nie-miejsce” – przestrzeń oparta na tymczasowości – pozwalała zostawić wszystko, co utrudnia codzienność, gdzieś na zewnątrz. Nie dawało się na niej zadomowić, plaża mogła cię najwyżej ugościć. A w gościnie nie zamartwiasz się zwykłym życiem, odsuwasz to na później.

Spotkania plażowe

Wkręciłem parasolkę, bez której w sycylijskim upale nie sposób przetrwać, otworzyłem książkę. Fabuła nie wciągała, wokół rozgrywał się dużo ciekawszy spektakl. Dwie starsze kobiety tuż za mną rozprawiały o rodzinie. Z ich ust płynął potok plotek, wyłaniał się obraz ludzi, którzy byli częścią ich życia, a których ja nigdy nie spotkam. Bezczelnie podsłuchując, gubiłem się w plątaninie imion i zawiłych korelacjach, wyłapywałem jednak cały wachlarz emocji, który się z nimi wiązał: radość, dumę, zaniepokojenie, rozczarowanie, długo chowane urazy. Pomiędzy opowieściami o tych efemerycznych postaciach pojawiały się jakieś mgliste plany i dużo konkretniejsze obrazy dotyczące minionych i nadchodzących posiłków. Włosi nie potrafią nie rozmawiać o jedzeniu. Słuchałem tego z fascynacją, patrząc równocześnie na trójkę młodych ludzi – dwóch chłopaków i dziewczynę – którzy popalali papierosy i ekscytowali się przyniesionymi kanapkami. Zaglądali sobie nawzajem w chleb trzymany w dłoniach, żywo zainteresowani komu trafiła się szynka, komu mortadela, a kto ma tylko ser. Wymieniali się jedzeniem, a te kromki pieczywa stawały się w ich dłoniach centrum wszechświata. Próbowałem wyłuskać z ich gestów, ułożenia młodych ciał, kto komu jest tu najbliższy, czy łączy ich jedynie młodzieńcza przyjaźń, czy rodzą się tam jakieś uczucia, nadzieje, szybsze bicie serca. Zanim coś wymyśliłem, młodzi mężczyźni wstali i śmiejąc się poszli objęci popływać. Ich towarzyszka odprowadziła ich wzrokiem i obróciła się na brzuch, by opalić smagłe już plecy. Niedaleko, po prawej, matka z cierpliwością spełniała wszelkie zachcianki córki, obie czekały aż przyjedzie jej dziadek, który rzeczywiście pojawił się po godzinie, niosąc kolejne plażowe gadżety. Pomyślałem o ojcu dziecka, mężu kobiety. Jego brak pozostał nierozstrzygnięty: tkwił właśnie w pracy, czy wiódł już inne, odrębne życie?

Największy lęk

Był czas, gdy tłok na włoskich plażach działał mi na nerwy. Bliskość plażowiczów i ich nieustanne gadanie irytowały. Nie dawały możliwości zaczerpnięcia oddechu, zmuszały do zgadzania się na kompromisy i znoszenie czyichś nóg leżących na twoim ręczniku. Nie pomagało nawet cudowne śródziemnomorskie światło, zmieniające wszystko wokół w złotą mgiełkę.

– Zawsze tu taki tłok na plaży? – spytałem kiedyś barmana, gdy spełzłem na chwilę z piachu w poszukiwaniu kawy.

Podniósł wzrok, odrywając go na chwilę od strużki naparu spływającej z ekspresu.

– Włosi się tłoczą, bo się boją samotności – powiedział po chwili milczenia. – To nasz największy lęk. Obawa, że moglibyśmy zostać sami.

Gwar tysięcy wypowiadanych słów, ręcznik ułożony w ręcznik, lodówka stojąca przy lodówce, ciało przy ciele. Od tej rozmowy nigdy się już na to nie boczyłem. Gdy dzień się kończył, Włosi powoli rozjeżdżali się do domów. Zadowoleni i spokojni, znaleźli bowiem swój Złoty Róg, sposób odpędzenie tego, co najgorsze – oblepiającego poczucia samotności.

Posted on

Złoto, namiętność i czary. Kilka słów o Celestynie Fernanda de Rojas

Wiek XVII to jeden z najważniejszych okresów w historii hiszpańskiej kultury – czas niezwykłego rozkwitu sztuki i literatury hiszpańskojęzycznej, nie tylko na Półwyspie Iberyjskim, ale także w Ameryce Łacińskiej. Nie bez powodu nazywany jest on Złotym Wiekiem. Panujący wówczas w Hiszpanii Habsburgowie, rozmiłowani w sztuce, nie szczędzili środków na jej promocję. Dwór królewski w Madrycie często gościł uznanych artystów z całej Europy, a ówczesny wkład Hiszpanii w rozwój takich dziedzin jak malarstwo, literatura, teatr i muzyka jest nie do przecenienia. Złoty Wiek dał nam tak wybitnych twórców jak nadworny malarz króla Filipa IV, Diego Velázquez i, rzecz jasna, Domenikos Theotokopoulos, znany jako El Greco, dzięki któremu włoskie malarstwo renesansowe, przeniesione na hiszpański grunt, nabrało wyjątkowego, unikatowego charakteru. Najważniejszym muzycznym dziedzictwem tego okresu jest renesansowa polifonia oraz wprowadzenie na salony hiszpańskiej gitary, uważanej dotąd za instrument dla ludu. Jeśli chodzi o literaturę, wśród jej najwybitniejszych dzieł bez wątpienia wymienimy Przemyślnego szlachcica Don Kichote z Manczy Miguela de Cervantesa. Reasumując – hiszpański Złoty Wiek to prawdziwa kopalnia klejnotów.

Domniemany autoportret El Greca, Metropolitan Museum of Art
Domniemany autoportret El Greca, Metropolitan Museum of Art

 

W szlachetne kamienie – by pozostać przy nawiązaniach do drogocennych kruszców – szczególnie obfituje właśnie literatura tego okresu. W tym samym czasie tworzą przecież Cervantes, Lope de Vega, Francisco de Quevedo, św. Jan od Krzyża czy św. Teresa z Ávili. Warto zatrzymać się też na chwilę nad jednym z ważniejszych utworów hiszpańskiego Złotego Wieku: Tragikomedią o Kalikście i Melibei, znaną również jako Celestyna. Złoto stanowi tu istotny wątek i motyw działań bohaterów.

Tytuł Celestyna, który zdobył znacznie większą popularność niż pierwotna wersja hiszpańska, zawdzięczamy przekładowi na język włoski z 1519 roku, którego dokonał Cesare Arrivabene. Zaliczana do gatunku komedii humanistycznej, jest jednak Celestyna utworem jedynym w swoim rodzaju.

Dość nieskomplikowana fabuła i schemat akcji oraz dydaktyczny charakter komedii humanistycznej wywodzą się z komedii rzymskiej (w szczególności z twórczości Plauta i Terencjusza), jednak pozwala ona sobie na odejście od zasady pisania wierszem i z zachowaniem odpowiedniego metrum; nie respektuje też reguły czystości gatunkowej, mieszając motywy komiczne z tragicznymi. Przede wszystkim zaś skupia się na tym, co współczesne, zwłaszcza jeśli chodzi o stosunki społeczne i klasowe, hołdując maksymie Cycerona: Comoedia est imitatio vitae, speculum consuetudinis, imago veritatis (“Komedia jest naśladowaniem życia, zwierciadłem obyczaju, odbiciem prawdy”). Celestyna, wydana w 1499 r. w Burgos pod tytułem Tragikomedia o Kalikście i Melibei, posiada wiele cech typowej komedii humanistycznej, jednak wielu literaturoznawców uważa ją za hybrydę dramatu i powieści, tzw. nowelę dialogowaną lub powieść dramatyczną – co czyni ją pierwszą powieścią nowożytną. Często też mówi się wręcz o podgatunku celestinesca.

Głównym wątkiem opowieści jest historia zakochanego w pięknej Melibei młodego łowczego Kaliksta, który, odrzucony przez wybrankę, ucieka się do pomocy swatki o imieniu Celestyna. Starucha jest także prostytutką, właścicielką burdelu oraz wiedźmą, która wykorzystuje zarówno swoje naturalne, jak i magiczne możliwości, by połączyć Kaliksta i Melibeę – bynajmniej jednak nie z dobrego serca, lecz z chęci wzbogacenia się: młodzieniec bowiem obiecuje jej w nagrodę naszyjnik ze złota. Z pomocą przychodzą jej służący Kaliksta, jednak chciwa wiedźma próbuje ich oszukać, co prowadzi do tragicznego rozwiązania konfliktu, a pośrednio także do dramatycznego finału całej historii. Niezbyt skomplikowana w swoim schemacie fabuła jest jednak zaledwie punktem wyjścia dla o wiele bardziej złożonego w warstwie tematycznej komentarza społecznego. Wśród poruszanych w niej wątków znajdziemy przede wszystkim krytykę ludzkich przywar: łatwość, z jaką miłość mylona jest z namiętnością; uleganie żądzy (tej cielesnej, ale także pazerności na bogactwa materialne); nielojalność i nieuczciwość sług względem swojego pana oraz wspólników wobec siebie nawzajem; żerowanie na słabościach innych. Pojawia się też wątek magii i wiary w moce nadprzyrodzone oraz paktowania z diabłem dla osiągnięcia własnych celów. Wszystko to podane jest w tonie szyderczym, prześmiewczym, jednakże konsekwencje, jakie za sobą w nieunikniony sposób pociągają wszystkie te złe wybory, są tragiczne.

 

La Celestina y los enamorados pędzla rokokowego malarza hiszpańskiego Luisa Paret y Alcázar
La Celestina y los enamorados pędzla rokokowego malarza hiszpańskiego Luisa Paret y Alcázar

 

Niewątpliwie najciekawszą postacią w tej historii – a zarazem tą, która odcisnęła największe piętno w literaturze – jest Celestyna. Sama figura starej swatki wywodzi się (jak i wiele innych elementów) z komedii rzymskiej, a w szczególny sposób z XII-wiecznej komedii Pamphilus de Amore. Tu jednak wysuwa się na pierwszy plan: to postać barwna, pełnokrwista, interesująca w swojej nikczemności. Jej motywacją są chciwość, żądza i pragnienie władzy – zwłaszcza tej psychologicznej, pozwalającej jej manipulować innymi podług własnego kaprysu. Jej działanie ma wpływ na losy wszystkich wokół: jako właścicielka burdelu i prostytutka stanowi element wywrotowy we współczesnym sobie społeczeństwie; jako swatka zmienia kierunki życiowych ścieżek; jako wiedźma podporządkowuje sobie moce nadprzyrodzone. Jest diaboliczna, niezwykle inteligentna, choć chciwość przysłania jej trzeźwość myślenia. I właśnie to uleganie najniższym instynktom stanie się jej zgubą.

Literackie dziedzictwo Celestyny pozwoliłoby zapełnić bibliotekę. Z jednej strony na przestrzeni stuleci pojawiły się kolejne wersje utworu, zarówno prozą, jak i wierszem, by wspomnieć chociażby takie tytuły jak Segunda Celestina (Druga Celestyna), znana również pod tytułem Resurreción de Celestina (Zmartwychwstanie Celestyny) Feliciano de Silvy, Tercera parte de la tragicomedia de Celestina (Trzecia część tragikomedii o Celestynie) Gaspara Gómeza de Toledo, La tercera Celestina (Trzecia Celestyna) Sancho de Muñona. Także sam Pedro Calderón de la Barca napisał komedię zatytułowaną Celestina, jednak tekst ten się nie zachował. Z drugiej strony na ślady Celestyny natknąć się można w twórczości Lope de Vegi (La Dorotea), Agustina de Salazara (La segunda Celestina), w Don Kichocie z Manczy Cervantesa czy nawet w Romeo i Julii Szekspira (postać mamki). Nie sposób też nie wspomnieć licznych scenicznych, filmowych, telewizyjnych, i radiowych adaptacji dzieła, których do dziś zrealizowano ponad 30 (!). Twórcy innych dziedzin sztuki także chętnie sięgają po tę opowieść: w muzyce znajdziemy utwory inspirowane Celestyną, a nawet opery, przedstawienia baletowe i flamenco. W 1904 roku sam mistrz Pablo Picasso namalował portret swatki (patrz tutaj).

Warto nadmienić, iż w języku hiszpańskim na dobre zadomowił się termin „celestina”, oznaczający stręczycielkę czy też rajfurkę, ale także osobę mieszającą w relacjach między dwojgiem ludzi.

Tragikomedii o Kalikście i Melibei nie udało się uchronić przed kontrowersjami, z których największa bodaj dotyczy samego autorstwa. Przypisywane jest ono Fernando de Rojasowi, ale nie wszyscy literaturoznawcy są co do tego zgodni. Są tacy, którzy twierdzą, że autorów było kilku; w polemice na ten temat padają takie nazwiska jak Rodrigo Cota czy Juan de Mena. Co ciekawe, pierwsze wydania utworu są anonimowe. Nazwisko Rojasa po raz pierwszy pojawia się dopiero w 1632 roku. Nie wszystkim też podobała się poruszana w opowieści tematyka – w 1792 roku książka padała w Hiszpanii ofiarą cenzury i trafiła na indeks ksiąg zakazanych Świętej Inkwizycji.

W Polsce Celestyna ukazała się w przekładzie Kazimierza Zawanowskiego nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego.