Posted on

Pytia z gaju laurowego. Kapłanka, która rządziła Grecją

Kobieta wijąca się w konwulsjach wyrzuca z siebie potok niezrozumiałych słów – taki obraz wieszczących przyszłość kapłanek ze świątyni Apollina w Delfach utrwalił się w powszechnej wyobraźni. Podobno były na nieustającym, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, haju. Pytie, bo tak je nazywano, istniały naprawdę. Pisali o nich poeci i historycy, a pozostałości delfickiej świątyni przyciągają do Grecji, na zbocza góry Parnas, tłumy turystów i naukowców. Wiele pytyjskich tajemnic pozostaje jednak nieodkrytych. Kamienie milczą, a świadectwa sprzed setek lat bywają mylnie interpretowane.

Świat starożytności był przesiąknięty magią. Opowieści o wróżbach, wieszczach i przepowiedniach można znaleźć u twórców tej miary, co Platon, Cyceron i Horacy; wspominali o nich także antyczni dramatopisarze. Ze światowy scen teatralnych nadal rozbrzmiewają dramatyczne słowa Edypa spisane przez Sofoklesa. Król Teb opowiada, jak, dowiedziawszy się, że jest podrzutkiem, nie dał temu wiary, i udał się do Pytii w Delfach. A tam Apollo poraził mnie wróżbą, że z własną matką będę dzielił łoże, że spłodzę dzieci i gdzieś na rozstaju zabiję ojca. Uciekłem z Koryntu przed taką hańbą. (Król Edyp, tłum. K.Morawski). Jak wiemy, wieszczba spełniła się co do joty. Z natchnionymi przez bogów profetami nie ma bowiem żartów.

Wróżbiarstwo to nie czary
Nie znam doprawdy żadnego narodu ani tak dalece wykształconego i oświeconego, ani tak bardzo dzikiego i na tyle nieokrzesanego, iżby nie przejmował się, że przyszłość można przepowiadać i że niektórzy ludzie są w stanie widzieć ją i wieszczyć – pisał Cycero we wstępie do dialogu O wróżbiarstwie (tłum. W. Kornatowski). W starożytności wróżenie nie było uważane za sztukę magiczną – nie chodziło bowiem o zaklinanie tego, co ma nastąpić, ale o poznanie przyszłości  i odpowiednie się do niej przygotowanie. Wróżbiarstwo było sztuką oficjalną i demokratyczną – korzystali z niej zwykli ludzie, arystokraci, myśliciele, artyści i monarchowie. Nie do pomyślenia było, by wódz ruszył na wojnę, nie zapytawszy się uprzednio wieszcza lub wieszczki, co go czeka. Inna sprawa, że usłyszane słowa często interpretowano na swoją korzyść, a potem gorzko tego żałowano.
Tak było z jedną z najsłynniejszych przepowiedni, cytowaną przez Ryszarda Kapuścińskiego w Podróżach z Herodotem. Pyszny Krezus, król Lidii, wszczął w 574 r. p.n.e. wojnę z potężnym władcą Persji Cyrusem. Zanim wyruszył na front, zapytał wyrocznię delficką o powodzenie militarnego przedsięwzięcia, i usłyszał, że jeśli zaatakuje Persów, zniszczy wielkie państwo. Tak się też stało. Zniszczył… Lidię. Jak pisał Kapuściński, gdy poskarżył się na kłamliwą wróżbę, usłyszał zdanie, które stanowić będzie trzecie prawo Herodota: “Przeznaczonego losu nawet bóg nie może uniknąć”. Krezus odpokutował za grzech swojego prapradziada, który jako kopijnik Heraklidów, folgując zdradzie niewieściej, zamordował pana swego i posiadł jego godność, a wcale mu się nie należała. Aczkolwiek Apollo wysilał się, aby ciążące nad nim nieszczęście spełniło się dopiero na potomkach Krezusa, a nie na nim samym, nie zdołał jednak odwrócić przeznaczeń… To była odpowiedź Pytii dana Lidyjczykom… którzy obwieścili ją Krezusowi. On wysłuchał jej i poznał, że wina jest po jego stronie, a nie po stronie boga (Podróże z Herodotem, Czytelnik, 2016).

 

Najsłynniejszy bodaj wizerunek Pytii to zatroskana młoda dziewczyna o ładnej, delikatnej buzi. Namalował ją ponad 500 lat temu Michał Anioł na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej. Jest najpiękniejszą i najmłodszą z pięciu Sybilli, czyli jasnowidzących, które artysta umieścił w bocznych partiach fresku. Jej cztery towarzyszki to Sybille Perska, Kumańska, Erytrejska i Libijska. Żadna z nich nie jest w stanie szału. Tak je widział renesansowy mistrz.
Najsłynniejszy bodaj wizerunek Pytii to zatroskana młoda dziewczyna o ładnej, delikatnej buzi. Namalował ją ponad 500 lat temu Michał Anioł na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej. Jest najpiękniejszą i najmłodszą z pięciu Sybilli, czyli jasnowidzących, które artysta umieścił w bocznych partiach fresku. Jej cztery towarzyszki to Sybille Perska, Kumańska, Erytrejska i Libijska. Żadna z nich nie jest w stanie szału. Tak je widział renesansowy mistrz.

Wszystko przepowiada przyszłość
Antyczne wróżbiarstwo działało dwutorowo, dzieląc się na sztuczne i naturalne. Jak tłumaczył Stefan Oświecimski w książce pt. Zeus daje znak, Apollo wieszczy osobiście (Ossolineum, 1989), pierwsze posługuje się różnego rodzaju znakami, wymagającymi z reguły objaśnienia ze strony wyspecjalizowanych w tym zakresie interpretatorów; drugie zaś pochodzi bezpośrednio od samych bogów, czyli z boskiego natchnienia, bez udziału znaków zewnętrznych, a jeśli czasem takie zachodzą, to pełnią one wyłącznie uboczną rolę wieszczej podniety. Starożytni wróżyli więc m.in. z lotu ptaków (ornitomantyka); z szumu liści i gałęzi drzew (dendromantyka); z wnętrzności zwierząt (higroskopia) i z tego, jak one się paliły (empyromantyka); z wosku (keromancja); z ręki (chiromancja); z lustra (katoptromantyka), itp., itd. Wieszcze nie potrzebowali rekwizytów. Jak tłumaczy Oświecimski, starożytni wierzyli, że już w samej naturze człowieka tkwi jakaś pierwiastkowa zdolność do przeczuwania przyszłości, ale w stopniu na tyle niedoskonałym i niepełnym, że jej ujawnienie nie może się obejść bez dalszej i głębszej podniety boskiej wywołanej zazwyczaj w pewnej szczególnej sytuacji życiowej. Dusza ludzka wówczas, wchodząc w bliższy kontakt z bóstwem, wpada w stan uniesienia czy podniecenia, zwany ekstazą, a graniczący niekiedy wprost z szałem. Istniała grupa jasnowidzów, którzy wieszczyli spontanicznie, jak Terezjasz czy Kasandra. Inni, a właściwie inne, bo były to zazwyczaj kobiety – to kapłani i kapłanki związane ze świątyniami. Do tej drugiej grupy należały wszystkie Sybille, w tym te najsłynniejsze z sanktuarium w Delfach. Starogreckim bogiem wieszczącym był przede wszystkim Zeus, który zezwolił na to także Apollinowi; w jego ślady poszli Dionizos i Atena.

Wąż w pępku świata
Delfy, grecka stolica przepowiadania przyszłości, leżały w centrum hellenistycznego świata; starożytni uważali je wręcz za jego pępek. Nie bez powodu w delfickiej świątyni Apollina znajdował się stożkowaty kamień, opleciony siatką misternych płaskorzeźb, zwany omfalos, czyli pępek właśnie. Dziś możemy oglądać go w delfickim muzeum. To przy nim miały się spotkać dwa orły, wypuszczone przez Zeusa z przeciwległych krańców Ziemi, wyznaczając jej środek.

W epoce klasycznej Delfy były dobrze prosperującym, bogatym państwem-miastem. Leżą u stóp Parnasu, nieopodal Zatoki Korynckiej. Od Aten dzieli je 165 km. Mieszkańcy Delf czcili przede wszystkim Apollina i Dionizosa. Ten ostatni – dziki bóg płodności i wina przejmował władzę nad miastem podczas trzech zimowych miesięcy; pozostała część roku należała do pięknego boga światła, życia i sztuki, opiekuna muz.

 

Świątynia Apollina, gdzie wieszczyły Pytie, znajdowała się w głębokiej dolinie u stóp monumentalnego, pokrytego śniegiem Parnasu, uważanego za siedzibę tego boga i dziewięciu muz. Okolica tajemnicza i surowa, położona na terenie wulkanicznym. Ze szczelin w spękanej ziemi, według cześci antycznych pism, wydobywały się tam odurzające opary – współczesne badania wykazują, że zawierały prawdopodobnie etylen i jego pochodne. Miejsce to upodobali sobie bogowie. Apollo przejął je od bogini Gai – wg jednych wersji dostał, wg innych – odebrał siłą. Wcześniej zaś musiał pokonać węża, wieszczącego demona, zwanego Pytonem. Oto, jak o walce boga z potworem opowiadał Homer: Ta cała kompania artystów z Attyki wielbi ciebie nieopodal śnieżnoszczytej skały, synu wielkiego Zeusa, sławny [kitarzysto], który objawiasz wszystkim nieomylne i prawdziwe wróżby, gdy oto zdobyłeś wieszczy trójnóg [strzeżony przez obmierzłego węża] a [swymi strzałami] zraniłeś lśniącą i skręconą [bestię, aż potwór] z potężnym, dzikim sykiem [w końcu wyzionął ducha]. (Hymny delfickie za pantheion.pl). Według jednej z interpretacji, to właśnie od imienia bestii miało wziąć się miano kapłanek Apollina w Delfach. Niektórzy badacze szukają etymologii słowa “Pytia” w greckim czasowniku “pytać” lub w podobnie brzmiącym “gnić” – butwiejące zwłoki Pytona miały być źródłem oparów oszałamiających kapłanki.

Górska pielgrzymka
Delfy szybko stały się celem licznych pielgrzymek. Spragnieni wiedzy o przyszłości ludzie wędrowali przez malownicze i groźne tereny, pełne grot i jaskiń. Zanim dotarli do świątynnego kompleksu, obmywali się w przejrzystych, zimnych wodach źródła Kastalii. Ku Kastalii srebrzystym wodom idźcie i w czystych rosach wykąpani wchodźcie do świątyni – pisał Eurypides w tragedii Ion (cytat za książką Oświecimskiego – przyp. autorki). Potem należało złożyć ofiarę w świątyni; jeżeli wróżba z wnętrzności miała charakter pomyślny, można się było zwrócić do Pytii.

Dzisiaj Delfy to przede wszystkim hotelowe i restauracyjne zaplecze dla starogreckiego kompleksu świątynnego. Turyści jedzą tam i śpią, a w dzień tłoczą się wśród starożytnych ruin. Obejrzeć świątynię Apollina i przejść świętą drogą, która prowadzi do miejsca, gdzie siedząca na trójnogu kapłanka wygłaszała przepowiednie, można we względnym spokoju jedynie poza sezonem. Dodatkową zachętą jest fakt, że od 1 listopada do końca marca ceny biletów do muzeum i stanowiska archeologicznego spadają o połowę.

Wybranki Apollina
Cichy trans jest udziałem spowitej w pomarańczowo-czerwone szaty Pytii z obrazu prerafaelity Johna Colliera. Sportretowana przez niego kobieta siedzi na wysokim trójnogu nad szczeliną skalną, z której wydobywa się dym. W jednej ręce ma miskę z wodą, w drugiej – gałązkę wawrzynu. Trójnóg, woda ze źródła Kastalii i laurowe liście to wszak wróżebne atrybuty Pytii.
O Pytiach wiele pisał Plutarch, kapłan Apollina. Musiały być mieszkankami Delf. Początkowo wybierano je spośród córek szlachetnych rodzin, w czasach późniejszych wywodziły się także z ludu – to dlatego najstarsze wróżby wypowiadane były eleganckim heksametrem, a później pytyjskie wieszczby potrzebowały tłumaczy.

Pierwsze jasnowidzące były młodymi dziewczynami, które swoje dziewictwo składały w ofierze Apollinowi – do czasu, gdy jedna z nich została porwana i zgwałcona. Wtedy roztropni delfijczycy doszli do wniosku, że Pytiami będą kobiety dojrzałe, mniej pociągające dla młodzieńców o gorącej krwi. Boską służbę pełniły w majestatycznej świątyni Apollina, gdzie w adytonie, czyli miejscu dostępnym tylko kapłanom, w którym płonął wieczny ogień, znajdował się m.in. złoty posąg boga i symboliczny grób Dionizosa. Na nudę nie narzekały, bo do Delf nieustająco ciągnęły tłumy. Jak pisał Plutarch cytowany przez Oświecimskiego, w czasach największej popularności wyroczni petentów przyjmowały na przemian dwie Pytie, a bywało, że pracowała też trzecia, rezerwowa.

Pytia widziana oczami Jacka Malczewskiego (dziś we Lwowskiej Galerii Sztuki). Jest spokojna i uśmiechnięta. Co do wróżebnego szału i histerii wieszczek zdania są podzielone. Jak podkreśla Oświecimski: Najobszerniejszy i najbardziej szokujący obraz niesamowitego wręcz delirium Pytii dali dopiero pisarze chrześcijańscy: Klemens Aleksandryjski, Orygenes, Euzebiusz z Cezarei w Palestynie i przede wszystkim ojciec Kościoła Jan Chryzostom, arcybiskup Konstantynopola.
Pytia widziana oczami Jacka Malczewskiego (dziś we Lwowskiej Galerii Sztuki). Jest spokojna i uśmiechnięta. Co do wróżebnego szału i histerii wieszczek zdania są podzielone. Jak podkreśla Oświecimski: Najobszerniejszy i najbardziej szokujący obraz niesamowitego wręcz delirium Pytii dali dopiero pisarze chrześcijańscy: Klemens Aleksandryjski, Orygenes, Euzebiusz z Cezarei w Palestynie i przede wszystkim ojciec Kościoła Jan Chryzostom, arcybiskup Konstantynopola.


Trójnóg, wawrzyn i święta woda

Jak podają mity, z trójnogu zrzucił Pytię krewki Herakles, rozgniewany, że kazała mu iść do nielubianego kuzyna Erysteusza, który miał mu zlecić 12 pokutnych prac. Narozrabiawszy w świątyni, heros zabrał ze sobą święty stołek na trzech nogach. Apollin dogonił go jednak i odzyskał swoją i Pytii własność. Trójnóg obdarzony był mocą magiczną. W złoconej misie, która służyła Pytiom za siedzisko, przechowywano kiedyś zęby i kości pokonanego przez Apollina Pytona; nogi, na których stał trójnóg, oplecione były skórą węża. Wspomniana misa, zwana też holmosem, służyła nie tylko do siedzenia – palono w niej kadzidło i ciągnięto z niej wróżebne losy. Sygnałem wskazującym na to, że Pytia zaczynała wieszczyć, było drżenie trójnoga.

Drugim atrybutem kapłanek były aromatyczne liści laurowe, poświęcone Apollinowi. Drzewa bobkowe rosły na terenie całego kompleksu świątynnego. Pytia przed wieszczeniem przeżuwała liście – jedni twierdzą, że po to, by się oczyścić, inni, że zawarte w nich związki chemiczne pomagały wieszczce wprowadzić się w ekstazę. Potem potrząsała gałęziami lauru i tym samym wzywała Apollina. Laur pełnił też funkcję kadzidła i wypełniał aromatycznym dymem miejsce, w którym zasiadała wieszczka. Podczas seansu popijała ona świętą wodę z Kastalii – tę samą, w której obmywali się ludzie przybywający do Delf. Miała ona moc oczyszczenia i uspokajała; wzmagała też dar jasnowidzenia.

Dziś już w Delfach Pytii nie spotkamy; pozostała jednak wieczna tęsknota za poznaniem prawdy o przyszłości i liczne dzieła sztuki ukazujące delfickie kapłanki. Podróż ich śladami można rozpocząć w Polsce i ruszyć śladami cyklu obrazów Pytia, które malował Jacek Malczewski – jeden z nich zobaczyć można w Muzeum Narodowym w Kielcach, inny – w Krakowie. Potem obierzmy już kierunek “Rzym i Kaplica Sykstyńska”; dalej szlak niech wiedzie nas do Grecji, aż do Delf.

 

Zdjęcie główne: świątynia Ateny w Delfach, fot. Any Hay / Flickr, CC BY 2.0
Posted on

Kairos

Kairosa w wersji damskiej przedstawiano jako kobietę z bujnymi, długimi włosami na przodzie głowy. Tył głowy pozostawał łysy, aby przypomnieć, że kto nie skorzysta z raz danej okazji (chwytając ją za włosy), ten nie będzie miał już drugiej szansy.

 

Posted on

Najlepsze virtual reality w Rzymie

Chociaż o historii antycznego Rzymu wiem bardzo dużo, to nie zawsze potrafię zobaczyć przeszłość oczami wyobraźni. Nowe technologie okazują się w tej sytuacji bardzo przydatne. Oto, które rekonstrukcje komputerowe zrobiły na mnie największe wrażenie.

Termy Dioklecjana

Wielki kompleks publicznych łaźni wzniesiony w IV wieku n.e. (początek prac datuje się na rok 298, zakończenie zaś na rok 306) zajmował powierzchnię około 12 hektarów i obejmował liczne baseny, pomieszczenia do kąpieli zimnych i gorących, portyki, ogrody i palestrę. Popadł w ruinę w VI wieku, zaś w wieku XVI papież Pius IV przekazał większą część term zakonowi kartuzów. W centralnej części łaźni Michał Anioł zaprojektował imponującą świątynię – bazylikę Matki Bożej Anielskiej.



Dziś zwiedzać można stosunkowo niewielki fragment term. Od niedawna dostępny jest specjalny program DIOCLEZIANO 3D. Po wypożyczeniu specjalnego urządzenia przypominającego lornetkę, podziwiać możemy oryginalne konstrukcje architektoniczne kompleksu. Puste przestrzenie wypełniają się wodą i zamieniają w baseny; nagie ściany pokrywają znów barwne malowidła i sztukaterie. Aparat, z którym możemy obracać się wokół własnej osi, odtwarza dodatkowo nagranie lektora, który objaśnia to, co oberwują nasze oczy.

Więcej informacji tutaj.

 

Domus Romane di Palazzo Valentini

 Miłośnicy ekspresowej podróży przez wieki powinni koniecznie rozważyć spędzenie popołudnia w Palazzo Valentini przy via Foro Traiano 85, niedaleko Piazza Venezia. Pod budynkiem archeolodzy odkryli pozostałości antycznych rezydencji. Dzięki nowoczesnym rozwiązaniom multimedialnym spacer w ich wnętrzach będzie na pewno o wiele bardziej ekscytujący, niż zwykła wizyta w muzeum. O sekretach miejsca opowiada przez głośniki dziennikarz Piero Angela, znany z wielu telewizyjnych programów publicystycznych. Jego kojący głos pozwoli nam przenieść się w czasie bez wsiadania do specjalnego wehikułu, a projekcje w 3D i laserowe efekty przybliżą historię lepiej niż niejeden podręcznik.

Więcej informacji tutaj.

 

Dom Liwii i Dom Augusta na Palatynie

Domy pierwszej pary Rzymu pochodzą z I wieku p.n.e. i należą do najważniejszych zabytków w mieście. W budynku należącym do cesarzowej zachowała się posadzka i część fresków przedstawiających sceny mitologiczne, pejzaże oraz widoki miejskie. Największe wrażenie na zwiedzających robi bez wątpienia pięknie udekorowane tablinum.



Położony tuż obok dom imperatora Augusta zachwyca natomiast malowidłami w drugim stylu pompejańskim. Oba budynki zostały udostępnione zwiedzającym po 10 latach prac konserwatorskich, a obcowanie z antyczną sztuką staje się w nich łatwiejsze i przyjemniejsze dzięki specjalnie przygotowanym pokazom świetlnym, wydobywającym dawny blask z kunsztownych dekoracji.
Zwiedzanie możliwe jest tylko ze specjalnym biletem S.U.P.E.R., po uprzedniej rezerwacji.


Więcej informacji tutaj.

 

Ara Pacis

Do października 2019 roku podziwiać można projekt tzw. rzeczywistości rozszerzonej, dotyczący Ara Pacis –  marmurowego Ołtarza Pokoju, wzniesionego przez cesarza Oktawiana Augusta na wschodnim krańcu Pola Marsowego na pamiątkę zakończenia krwawych wojen domowych i zaprowadzenia Pax Romana. Projekt nosi on tytuł “Ara com’era /The Ara as it was”. Dzięki trójwymairowym animacjom białe płaskorzeźby na nowo stają się kolorowe, a okolicę wypełniają nie hałaśliwe auta i tłumy turystów, ale poważni Rzymianie zmierzający do ołtarza po ścieżkach Pola Marsowego.

Więcej informacji tutaj.

 

Domus Aurea

Słynny Złoty Dom Nerona otwarto niedawno dla zwiedzających po długiej renowacji, przy czym podziwianie go nadal możliwe jest tylko z przewodnikiem, po uprzedniej rezerwacji. Ukryty pod ruinami term Trajana fragment gigantycznej – 80-hektarowej! – rezydencji jednego z najbardziej kontrowersyjnych rzymskich władców kusi dziś jednak czymś więcej, niż tylko zimnymi ścianami z opus reticulatum. Dzięki inicjatywie włoskiej instytucji Coop Culture, w jednym z pomieszczeń pawilonu, zwanym Sala della Volta Dorata, zorganizowano pokaz z wykorzystaniem przyrządów przenoszących do rzeczywistości wirtualnej. Włożywszy na nos specjalne okulary, mamy możliwość podziwiania antycznych malowideł, delektowania się wysmakowaną architekturą i spacerowania po pięknym cesarskim ogrodzie. Poznajemy świat, który, w wyniku damnatio memoriae rzekomego podpalacza Rzymu, znikł przed dwoma tysiącami lat. Materiał graficzny zrealizowany na potrzeby programu jest bardzo wysokiej jakości – nie obawiajcie się więc tandetnych kolorów, szaleństwa pikseli i atmosfery niczym z gry komputerowej. Przygotujcie się raczej na kilkunastominutową podróż w czasie, po której zwiedzanie Wiecznego Miasta nie będzie już takie samo.

 Więcej informacji tutaj.

Termy Karakalli

Thermae Caracallae, jak nazywali je starożytni, to najlepiej zachowane dzisiaj rzymskie termy, znajdujące się za Porta Capena, na południowy zachód od via Appia. Ich budowę rozpoczęto w 206 roku, za panowania Septymiusza Sewera; do użytku oddano je już za jego następcy, czyli Karakalli, w roku 216. Olbrzymi kompleks zajmował ok. 12 hektarów. Prace wykopaliskowe rozpoczęto tu w XVI wieku; archeolodzy odkryli m.in. słynnego Heraklesa Farnese i Byka Farnese, które dziś znajdują się w zbiorach Narodowego Muzeum Archeologicznego w Neapolu.






Zwiedzanie Term Karakalli ze specjalną lornetką VR to niesamowite przeżycie, a o kunszcie wykonania rekonstrukcji niech świadczą powyższe fotografie.

Więcej informacji tutaj.

Virtual Reality Bus

Podróż autobusem Virtual Reality trwa pół godziny, a przenosi w czasie o 2.000 lat! Autokar wyrusza z przystanku przy Piazza Venezia, na początku Via dei Fori Imperiali. Obok nas pysznią się cesarskie fora, Koloseum, Palatyn, Circus Maximus i wreszcie teatr Marcellusa. Na ekranach zamontowanych na oknach pojazdu widzimy, jak mijane miejsca wyglądały przed wiekami. Dzięki geolokalizacji mamy możliwość porównania rekonstrukcji z dzisiejszym stanem – i to w czasie rzeczywistym. Wycieczce towarzyszy podniosła muzyka, a ze specjalnych dyfuzorów rozpylane są zapachy, jakie można było poczuć na starożytnych rzymskich ulicach.

Więcej informacji tutaj.

Zdjęcie główne: natatio w termach Dioklecjana (materiały prasowe Coop Culture)

Posted on

Tadżin z bakłażanem i ciecierzycą

Stożkowaty kształt pokrywki umożliwia specyficzną cyrkulację pary wodnej podczas gotowania. Mówiąc nieco konkretniej, postała podczas gotowania para kondensuje się na ściankach komina i spływa na dół bokami, nie osiadając na mięsie i warzywach, które gotujemy. Dzięki temu składniki się nie gotują, tylko pieką i delikatnie brązowieją.


Tradycyjnie danie przygotowuje się z dodatkiem mięsa, warzyw lub ryb. Istnieje wiele wariacji: kwaskowaty tadżin z kurczakiem, kiszonymi cytrynami i oliwkami, pikantny tadżin z jagnięcymi klopsikami i ostrym sosem pomidorowym, aromatyczna wegetariańska wersja z ciecierzycą, marchewką, miodem i cynamonem. Często łączy się mięsa i słodkie owoce: wołowinę lub jagnięcinę gotuje się z suszonymi śliwkami, a kurczaka z suszonymi morelami i szafranem. Rybne tadżiny doprawia się chermoulą – marynatą z liści kolendry, czosnku i kuminu. Na marokańskie śniadanie często podaje się berberyjski omlet: jajka gotowane w tadżinie w sosie pomidorowym, czyli rodzaj szakszuki.

Jeśli nie macie tadżina, możecie użyć dowolnego naczynia żaroodpornego z pokrywką. Nie uda się osiągnąć identycznego efektu, ale na pewno również będzie bardzo smacznie. Zgodnie z tradycją danie podgrzewa się na gorących węglach, ale w domowych warunkach możemy ograniczyć się do kuchenki lub piekarnika. Tadżin gotujemy na małym ogniu lub wkładamy do piekarnika nagrzanego do niezbyt wysokiej temperatury – długie, wolne gotowanie sprawia, że sos lekko się karmelizuje i osiąga pełniejszy smak.


Przepis: tadżin z bakłażanem i ciecierzycą

porcja dla 2 głodnych osób

350 g małych bakłażanów (lub 1 duży bakłażan), pokrojone na kawałki
szklanka ugotowanej ciecierzycy
puszka pomidorów
500 ml domowego wywaru warzywnego
1 czerwona cebula, pokrojona w pióra
2 ząbki czosnku, drobno posiekane
1 łyżeczka startego imbiru
1 łyżeczka słodkiej papryki
1 łyżeczka płatków chilli
1 łyżeczka ras el hanout
1 łyżeczka kuminu
2 łyżeczki harissy (pasta)
2 łyżki melasy z granatów
1 łyżka miodu
1/2 łyżeczki soli
1 łyżka oliwy

Do podania:
jogurt naturalny
pestki granatu
kolendra

Piekarnik rozgrzewamy do 150 stopni.

Rozgrzewamy łyżkę oliwy w tadżinie (lub innym żaroodpornym naczyniu). Dodajemy cebulę i czosnek, podsmażamy na małym ogniu. Dodajemy imbir i harissę, smażymy przez minutę. Dodajemy przyprawy: paprykę, płatki chilli, ras el hanout i kumin. Smażymy przez minutę, cały czas mieszając. Dodajemy bakłażany i ciecierzycę, smażymy przez 2-3 minuty. Dodajemy pozostałe składniki: pomidory, bulion, melasę z granatów, miód i sól.

Przykrywamy naczynie i wkładamy do piekarnika.
Dusimy w piekarniku przez 1 1/2 godziny, delikatnie mieszając co pół godziny.

Gotowe danie dekorujemy jogurtem, granatem i kolendrą.
Podajemy z kuskusem lub pitą.

Posted on

Giuseppe Tomasi di Lampedusa, Lampart

Jeśli chcemy, by wszystko zostało, jak jest, wszystko musi się zmienić – to chyba najsłynniejszy cytat z Lamparta Giuseppe Tomasiego di Lampedusy. Znamiennym jest, że powieści, uznawanej dziś za arcydzieło literatury światowej, prawie nikt nie chciał wydać, po premierze zaś odsądzono ją od artystycznej czci i wiary. Dopiero, gdy opadły polityczno-patriotyczne emocje, przyszła chwila opamiętania i zaczęto doceniać artyzm powieści.

Książę, który został pisarzem  

Autor, książę Palmy i Lampedusy, był Sycylijczykiem, poliglotą i intelektualistą, znawcą literatury, miłośnikiem Stendhala, Szekspira i Prousta. Do napisania powieści skłoniło go najprawdopodobniej poczucie straty. Amerykańskie samoloty zbombardowały w kwietniu 1943 r. jego miasto – Palermo. Zniszczeniu uległa wtedy jedna trzecia starówki; pod bombami rozpadła się też rezydencja książęcego rodu. Jak podkreślają nieliczni biografowie księcia-pisarza, strata ta, a także śmierć dominującej, surowej matki (1947 r.), wyzwoliły jego wyobraźnię i pobudziły do tworzenia.

Giuseppe Tomasi di Lampedusa
Giuseppe Tomasi di Lampedusa

Kaprysy wydawców

Tekst powstawał około dwóch lat; Lampedusa pisał go w kawiarni w Palermo. Upamiętnia to mała, mosiężna tabliczka, przytwierdzona do ściany budynku. Początkowo Lampedusa, zafascynowany Ulissesem Joyce’a, chciał opisać 24 godziny z życia księcia Fabrizia di Salina. Zamiar jednak zmienił – i napisał przewrotny, historyczny fresk.

Pierwszą wersję powieści autor ukończył w marcu 1956 r.  Potem dopisał do niej jeszcze dwa rozdziały. Książkę wysłał do włoskiego giganta – wydawnictwa Mondadori, które ją odrzuciło. Pół roku później 60-letni Lampedusa zmarł na raka płuc. Rodzina pisarza wysłała do wydawcy drugą wersję powieści, ale i tym razem do druku nie doszło. Świat poznał dzieło Lampedusy dopiero dzięki pisarzowi Giorgio Bassaniemu, który się nim zachwycił. Pojechał do Palermo, przejrzał rękopisy księcia i przygotował materiał do publikacji. Arcydzieło Lampedusy wydała oficyna Feltrinelli w listopadzie 1958 r. Natychmiast pojawiły się głosy krytyczne; autora Lamparta oskarżano o konserwatyzm, brak patriotyzmu, defetyzm.

Czas mijał, a powieść obroniła się sama. Do tej pory doczekała się setek wydań i przekładów na wiele języków. W 1963 r. premierę miała filmowa adaptacja powieści, dzieło Luchino Viscontiego. Główne role zagrali Burt Lancaster, Alain Delon i Claudia Cardinale. Film zdobył wiele nagród, m.in. Złotą Palmę na festiwalu w Cannes.

Kłopoty z tytułem

Lampart czy Gepard, jak chcą niektórzy? Jeśli chcemy pozostać wierni włoskiemu oryginałowi, musimy zdecydować się jednak na Geparda. Taki tytuł nosi też ostatnie polskie tłumaczenie Stanisława Kasprzysiaka, które ukazało się w 2009 r., oparte na nowym, krytycznym włoskim wydaniu. Zostało uzupełnione m.in. o kilka nieznanych wcześniej fragmentów, które odnaleziono w notatkach pisarza.  Pierwsze polskie wydanie książki opublikowano w 1963 r., a autorką przekładu była Zofia Ernstowa. Tłumaczenie, delikatnie mówiąc, przyjęto z rezerwą, a jedna z recenzji nosiła tytuł Lampart obuchem rażony.

Jak napisał Konstanty A. Jeleński w swoim znakomitym artykule na temat powieści Lampedusy: „Gepard” to heraldyczny gepard książąt Salina. To także, przez analogię, bohater książki, książę Fabrizio di Salina, jeden z wielkich feudałów sycylijskich. Dla Jeleńskiego niezadowalający na poziomie idei abstrakcyjnych, dopiero na poziomie konkretu — co jest warunkiem wszelkiej poezji – Gepardokazuje się rzeczywiście wielką książką.

Sycylia na drodze do zjednoczonych Włoch 

Akcja powieści rozgrywa się na Sycylii i obejmuje lata 1860-1862, w czasie Risorgimenta, gdy Giuseppe Garibaldi obala dynastię Burbonów, by wyspa mogła stać się częścią wolnych, niepodległych Włoch. Wszystko to, co dzieje się na Sycylii, widzimy z perspektywy księcia di Salina. Ten naukowiec, sceptyk i erudyta, człowiek przywiązany do tradycji, żywi mocne, niczym niezmącone przekonanie, że arystokracja jest ostoją tego, co najlepsze, i trzeba ją chronić. My byliśmy Lampartami i Lwami, zastąpią nas  szakale i hieny; i wszyscy: lamparty, szakale, hieny, będziemy się uważali w dalszym ciągu za sól ziemi– mówi Salina.

Dzieje rodu di Salina wpisane są w czas historycznej burzy. Wielkie wydarzenia rozgrywają się jednak w powieściowym tle; pobrzmiewają jak złowrogie echo. Znajdują odbicie w codzienności bohaterów, która, mimo zawirowań, płynie dość spokojnie. Warto tu przywołać początkową scenę książki, fantastycznie zrealizowaną przez Luchino Viscontiego w filmie z 1963 r. Zgromadzona w salonie rodzina książęca w skupieniu odmawia różaniec. Jest gorąco, wiatr delikatnie porusza firankami. Nagle na zewnątrz narasta gwar, słychać krzyki – w ogrodzie służba znalazła martwego żołnierza. Po chwilowym zamieszaniu, wszystko wraca do normy.  Życie w pałacu toczy się swoim rytmem.

Książę Fabrizio robi wszystko, by utrzymać status quo. Patrzy na Sycylię z arystokratycznego oddalenia. Zdaje sobie jednak sprawę, że, aby przetrwać, jego ród musi dostosować się do nowej sytuacji. Aranżuje więc zaręczyny bratanka, Tancrediego, z Angeliką, piękną córką sycylijskiego nuworysza, milionera don Calogera Sedàry, najprawdopodobniej szefa miejscowej mafii. Tancredi to ulubieniec księcia, który wynosił go ponad gromadę swoich dzieci. Są bowiem do siebie niezwykle podobni. Młodzieniec jest żywiołowy, spontaniczny i ceni uroki życia, ale jednocześnie, tak jak jego wuj, to ironista i konserwatysta, niesiony na fali szlachetnego co prawda, ale oportunizmu. Choć Tancredi przyłącza się do „czerwonych koszul” Garibaldiego i walczy o wolność Sycylii, robi to, bo taki jest wymóg czasu. To z jego ust pada słynne zdanie, przytoczone na początku artykułu: Jeśli chcemy, by wszystko zostało, jak jest, wszystko musi się zmienić.

Gepard jest kwintesencją sądów Lampedusy, sycylijskiego arystokraty, na temat wyspiarskości Sycylii i jej mieszkańców. Wyraża je dobitne książę Fabrizio w rozmowie z wysłannikiem powstającego włoskiego rządu, który proponuje mu objęcie stanowiska senatora. Sen, drogi panie Chevalley, sen jest tym, czego chcą Sycylijczycy, i będą zawsze nienawidzić ludzi, którzy zechcą ich zbudzić, choćby nawet po to, by im wręczyć najpiękniejsze dary (…). Wszystkie przejawy sycylijskiego życia mają w sobie coś ze snu, nawet te najbardziej gwałtowne: nasza zmysłowość jest pragnieniem zapomnienia, nasze strzelaniny i pchnięcia nożem są pragnieniem śmierci, pragnieniem zmysłowego letargu, a więc znowu śmierci, jest nasze lenistwo, nasze napoje ze skorzonery i cynamonu– tłumaczył ksiażę di Salina.

 

Słynna scena balu w filmie Lampart
Słynna scena balu w filmie Lampart

Książę kontra książę, czyli filmowa adaptacja  

Lampart był jedną z ulubionych powieści Luchino Viscontiego, lewicującego arystokraty, potomka książęcego mediolańskiego rodu i wybitnego reżysera. Wszyscy mówili i powtarzali, że Visconti to Lampart. Z racji swoich manier, sztuki życia oraz rodzaju wrażliwości. Z racji samych poglądów oraz krytycznego spojrzenia na Risorgimento, a zarazem wrażliwości na przemiany, jakie dokonały się we Włoszech od czasu ruchu oporu– napisał Laurence Schifano w biografii Viscontiego (PIW, 2009). Dalej Schifano przytacza słowa Viscontiego o Lamparcie: Podzielam punkt widzenia Lampedusy, a dodajemy również, i jego bohatera, księcia Fabrizio; podzielam nie tylko w tym, co się tyczy analizy faktów historycznych oraz wynikających z nich uwarunkowań psychologicznych, lecz co więcej,  zgadzam się z ich pesymistyczną interpretacją wydarzeń, rzutującą na wymowę książki. Pesymizm księcia Saliny każe mu ubolewać nad zatratą pewnego porządku, który aczkolwiek skostniały, był jednak porządkiem.

Adaptacja Viscontiego uwydatnia zmysłowość powieści, dodaje jej wigoru. Reżyser z zapałem przedstawił sceny batalistyczne. Dekadentyzm Lampedusy ustępuje pięknym, dynamicznym obrazom.  Oszałamiająca scena balu w Palermo, podczas którego powieściowy Salina miał wrażenie, że wszystko jest suche i pokryte popiołem, mieni się w filmie feerią barw, wiruje w tańcu. Visconti, znany ze swojego zamiłowania do scenograficznych szczegółów, z wielkim pietyzmem oddał świat XIX-wiecznej arystokracji.

 

 

Visconti był także zafascynowany Sycylią, dramatem włoskiego Południa. Zrealizował tam dwa swoje arcydzieła: Ziemia drży oraz Rocco i jego bracia. Lampart stał się ukoronowaniem sycylijskiego nurtu w twórczości reżysera.
Visconti był także zafascynowany Sycylią, dramatem włoskiego Południa. Zrealizował tam dwa swoje arcydzieła: Ziemia drży oraz Rocco i jego bracia. Lampart stał się ukoronowaniem sycylijskiego nurtu w twórczości reżysera. Na zdjęciu: Visconti w 1972 r.

 

Powrót do pałacu sprzed 100 lat 

Wspomnianą scenę balu kręcono w pałacu Gangi w Palermo. Reżyser zaprosił do zdjęć przedstawicieli miejscowej arystokracji – to oni wypełniali w filmie pałacowe sale. Był wśród nich m.in. Gioacchino Lanza, przybrany syn autora powieści, prawdopodobnie pierwowzór Tancrediego. Zdjęcia w Gangi trwały 48 dni. Visconti był nieugięty i wymagający. Wszystko musiało być tak, jak sobie wymyślił – oryginalna zastawa, ubiory z epoki, autentyczna biżuteria, codziennie świeże, wykwintne potrawy na stole.

 

Salinę miał zagrać najpierw Marlon Brando. Wielu twierdzi, iż dobrze się stało, że to nie on stanął przed kamerą Viscontiego. Niepokorny aktor prawdopodobnie nie zniósłby tyranii Włocha. Salinę zagrał wybornie inny amerykański gwiazdor, Burt Lancaster, który schował dumę do kieszeni i podporządkował się artystycznej dyktaturze reżysera.
Salinę miał zagrać najpierw Marlon Brando. Wielu twierdzi, iż dobrze się stało, że to nie on stanął przed kamerą Viscontiego. Niepokorny aktor prawdopodobnie nie zniósłby tyranii Włocha. Salinę zagrał wybornie inny amerykański gwiazdor, Burt Lancaster, który schował dumę do kieszeni i podporządkował się artystycznej dyktaturze reżysera. Na zdjęciu: Burt Lancaster.

 

Ponad pół wieku po publikacji Lampart żyje, jak na arcydzieło przystało, swoim życiem. Poddaje się kolejnym interpretacjom i jest jak zwierciadło, w którym odbija się współczesność.  Jest aktualny w każdym czasie. To właśnie świadczy o jego wielkości.

 

Posted on

Poza czasem. Tajemnicze miejsca w Chorwacji (1)

Istria, zielona kraina pełna malowniczych pagórków i średniowiecznych miasteczek, jest wspaniałym miejscem dla koneserów jedzenia i miłośników pięknych widoków. Od wieków związana z Italią, do tej pory zachowała liczne włoskie akcenty. Wiele tutejszych pięknych i ciut zapomnianych miasteczek turyści omijają bądź oglądają tylko zza szyby samochodu. Warto jednak zatrzymać się i poczuć klimat historii, która odcisnęła na nich tak mocne piętno.

Draguc, fot. Croq / Wikimedia
Draguc, fot. Croq / Wikimedia, CC BY-SA 3.0

Draguć

Jednym z takich miejsc jest Draguć położony w północno-zachodniej części półwyspu. Mieszka tu zaledwie kilkadziesiąt osób, a sama miejscowość wielkością przypomina wręcz pobliskie Hum – najmniejsze miasto świata, liczące mniej niż 30 mieszkańców. Draguć jest jednak mniej znany, przez co nie traci swojego niezwykłego klimatu i nadal urzeka absolutną ciszą. Nietrudno stracić tu poczucie czasu! Położony jest na wzgórzu, z którego rozpościerają się przepiękne widoki, a jego klimat doceniają filmowcy – wciągu ostatnich 40 lat nakręcono tu 9 filmów, np. Kobietę muszkietera z Nastassią Kinski i Gérardem Depardieu. W miasteczku czekają na nas wiekowe zabudowania i jedna tylko ulica oraz jeden niewielki bar, posiadający również skromne pokoje dla poszukujących noclegu. Można tu także napić się wina lub przekąsić coś skromnego.

Zamek w Momjan, fot. Gord Webster / Flickr, CC BY-SA 2.0
Zamek w Momjan, fot. Gord Webster / Flickr, CC BY-SA 2.0

Momjan

Wysokie wieże starego miasta Momjan świadczą o burzliwej historii tej okolicy. Tutejszy zamek wzniesiono w XIII wieku na klifie nad rzeką Dragonja jako fortecę. Dziś pozostały z niego tylko resztki murów, dwie wspaniałe półkolumny, portal z łukiem i wieżą. Wspaniałym pomysłem jest urządzenie pikniku w tej baśniowej scenerii. Za doliną kryją się małe jeziorka i wodospady, a okoliczne zbocza pokryte są wspaniałymi winnicami, z których słynie region. Prawdziwe cuda czekają na smakoszy: niezwykły aromat trufli, szparagów i dziczyzny z istryjskich lasów w połączeniu z cenionym lokalnym winem Muscat zapamiętacie na długo!

Opuszczony hotel
Opuszczony hotel w Kupari, fot. Robert Cutts / Flickr, CC BY-SA 2.0

Kupari

Kupari, miasto położone niedaleko Dubrownika, budzi grozę u większości turystów jako ponura pamiątka wojny domowej, która toczyła się na tych terenach jeszcze nie tak dawno temu. Nazywane jest zatoką umarłych hoteli ze względu na kompleks wypoczynkowy zbudowany za ponad miliard dolarów dla oficerów Jugosłowiańskiej Armii Ludowej, ich rodzin i najwyższych jugosłowiańskich oficjeli. Swoją prywatną rezydencję miał tu również Josip Broz Tito. W skład obiektów wchodziło siedem  hoteli: Galeb, Grand, Goričina I, Goričina II, Mladost, Pelegrin, Kupari.

Niesamowity widok całej zatoki – niegdyś pełnej turystycznych atrakcji – dziś znaczą ślady wojny. Niektórzy odważni turyści wchodzą do opuszczonych ośrodków, chcąc poczuć klimat dawnych luksusów; są też tacy, co nocują w pozostałościach budynków lub na ich dachach. Nocą miejsce przeraża, a każdy odgłos i cień pobudzają wyobraźnię. Warto wiedzieć, że obok hoteli ciągną się piękne plaże, które przyciągają odważnych śmiałków lub miejscowych, którzy chcą zaznać ciszy i spokoju.

Zdjęcie główne: zamek w Momjan, fot. Gord Webster / Flickr, CC BY-SA 2.0
Posted on

Moment, wieczność, narracja. Czas w sztuce

Czas zawsze był obecny w sztuce, nawet tej najdawniejszej; zawsze w zgodzie z aktualnym intelektualnie i obyczajowo doświadczeniem jego istnienia. To doświadczenie czasu przejawia się na przykład w sposobach jego mierzenia i nazywania. Jest czas przyrodniczy, astronomiczny, wegetatywny, historyczny. Beda Czcigodny w VII wieku dzielił czas według: „natury” (rok słoneczny), „zwyczaju” (miesiące), „władzy” (przejęty z czasów rzymskich piętnastoletni indykcjon, który wyznaczał pobór specjalnego podatku; wyznaczone dni świąteczne wolne od pracy itp.). Odróżniano czas naturalny wyznaczany przez ruch słońca oraz czas formalny, mierzony matematycznie (Nicolas D’Oresme).

Średniowiecze to czas Kościoła – wieczności i oczekiwania na zbawienie (do XIV w.) – oraz czas kupców i handlarzy, wyznaczany przez dostawy, transakcje, licytacje, targi i giełdy, zyski i podatki (od XIV w.). Był to czas naturalny, wyznaczany przez ruch słońca i księżyca, pory roku, czas zasiewów i zbiorów, polowań i uboju zwierząt hodowlanych. Czas świąt liturgicznych, lokalnych i wewnątrzkościelnych, procesji i pielgrzymek. Czas mnisi, składający się z powtarzających się każdego dnia laud, prym, sekst, non, nieszporów i komplet.

Można długo wyliczać sposoby rachuby czasu, nie ruszając się poza średniowiecze, a przecież czasy nowożytne przyniosły nowe odkrycia astronomiczne, nową myśl filozoficzną, które zmieniły również postrzeganie czasu. Nowoczesność i współczesność, wraz z teorią względności, postawiły przed ludźmi nowe wyzwania w zakresie myślenia i doświadczania czasu. Dlatego porzucimy te spekulacje i przejdziemy do oglądania czasu w obrazach i rzeźbach – próbach materialnego uchwycenia czasu, nie roszcząc sobie żadnych pretensji do odkrywczości. Postaramy się za to wspomnieć o kilku ciekawych przykładach pokazania czasu i jego działania w różnych dziełach sztuki.

Wieczność

Średniowieczne postrzeganie czasu to z jednej strony nieruchoma wieczność, z drugiej zmienny, płynny czas doczesny. Bezruch i trwanie versus zmienność i przemijanie. Jak je uwidocznić?

Ołtarz Simone Martiniego (1333 r.) wykonany dla katedry w Sienie pięknie pokazuje owo zastygnięcie w boskim bezczasie. W centrum ołtarza znajduje się obraz Zwiastowanie Marii Pannie – scena pozbawiona jakichkolwiek elementów narracji. Jest zastygniętą w pół gestu grupą, na złotym tle, z minimum akcesoriów i rekwizytów. Archanioł klęczy z uniesioną dłonią, Maria odsuwa się speszona, a każda z tych postaci znieruchomiała, jak zaklęta w kamień. Złote tło – średniowieczny symbol wieczności i niebiańskiej Jerozolimy dopełnia obrazu nieustającego Wcielenia. Gołębica Ducha świętego zawisła nad głowami Marii i archanioła, nieruchomo i trwale jak cała wieczność. Święci asystujący tej scenie również należą do wiecznego bezczasu – hieratyczne sylwetki oderwane są na zawsze od ziemskiej rzeczywistości. Patrzymy na uchwycone zawsze.

Zwiastowanie Marii Pannie
Zwiastowanie Simona Martiniego

Wertykalna oś czasu – czyli czas teologiczny, którego materialny wizerunek możemy podziwiać w dziele Martiniego, była nierozłączna od osi horyzontalnej, od czasu linearnego, historii, od następujących po sobie zdarzeń, płynnie przechodzących z przeszłości w przyszłość, z przystankiem w teraźniejszości. W jaki sposób można uchwycić linearny przebieg czasu? W sztuce dawnej opowiadanie historii opanowane zostało do perfekcji, a do tego wypracowano przynajmniej dwa sposoby na pokazywanie opowieści, w których czas płynie, zmieniając ludzi i miejsca.

Cykle narracyjne

W sztuce średniowiecza i w renesansie bardzo popularne były cykle narracyjne, opowiadające o życiu Chrystusa i Marii oraz o innych ważnych świętych postaciach. Cykle te powstawały w najróżniejszych formach plastycznych: jako malowidła ścienne, malowane i rzeźbione nastawy ołtarzowe. Mogły być mniej lub bardziej rozbudowane, ale zawsze pokazywały wydarzenia w kolejności chronologicznej, a zatem ujmowały czas historycznie. Jednocześnie, cykle narracyjne umieszczane w kwaterach retabulów ołtarzowych miały funkcję mnemotechniczną – patrząc na następujące po sobie sceny ze świętych dziejów, człowiek utrwalał w swej pamięci zarówno ową historię, jak i kolejność świąt. Średniowieczne retabula były swoistym obrazowym kalendarzem. Malowidła i rzeźby układały się w kolejności następowania świąt, np. Zwiastowania, Nawiedzenia, Bożego Narodzenia, Hołdu Trzech Króli. W bardziej rozbudowanych pojawiały się jeszcze sceny Ofiarowania w świątyni, Oczyszczenia, Zaśnięcia Marii itd.

Podobne cykle narracyjne tworzono na temat żywotów rozmaitych świętych, począwszy od Jana Chrzciciela, przez Hieronima, św. Benedykta, Franciszka, Dominika, świętych męczenników i męczennic, jak Barbara, Katarzyna. Cykle opowiadały historię życia, śmierci i świętości, w której wydarzenia następowały po sobie w czasie. Takie dzieła powstawały w całym świecie chrześcijańskim, w zależności od lokalnych upodobań dobierano skalę i formę dzieła oraz postacie świętych, którym je poświęcano. W sztuce bizantyjskiej i prawosławnej cykle narracyjne umieszczano w bordiurze ikony, w centrum zaś umieszczano scenę ukrzyżowania Chrystusa lub malowano postać świętego czy świętej, której ikona została poświęcona. Ten rodzaj ikon to prazdniki, ikony świąteczne. Cykle narracyjne pokazują czas uporządkowany, wyznaczany wydarzeniami, pieczołowicie oddzielonymi od siebie ramkami, rzeźbionymi lub malowanymi.

Kaplica Scrovegnich w Padwie – surowa budowla typowa dla lombardzkich północnych Włoch – skrywa malowidła ścienne oszałamiające swym rozmachem kompozycyjnym i kolorystycznym (patrz zdjęcie główne). Ich autor, wielki Giotto di Bondone, stworzył monumentalny, w skali i w treści, program ikonograficzny, godny miejsca, w którym rozstrzygały się eschatologiczne losy rodziny Scrovegnich.

Główny temat malowideł to życie Marii i Chrystusa. W górnym rzędzie przedstawione są sceny z życia Marii, począwszy od historii jej rodziców, Joachima i Anny. Dwa niższe rzędy scen pokazują dzieciństwo oraz działalność Chrystusa i jego Pasję. Te dwa wątki biograficzne przedstawione są w kolejno następujących po sobie scenach, z zachowaniem spójności architektury (bardzo oszczędnej), stroju i rysów twarzy postaci itp. Sceny układają się w dramatyczną historię dzieciństwa i młodości Marii, z przejściem do losów jej Syna, aż do Jego śmierci na krzyżu i złożenia do grobu. Giotto był malarzem bardzo oszczędnym w środkach, ale efekt jego pracy zdumiewa po dziś dzień. Oszczędność w kreowaniu scen wyraża się niewielką liczbą postaci, umiarkowaniem w budowaniu sztafażu, oddawania wnętrz, jednak ta surowość nie przeszkadza w wyczerpującym ukazywaniu istoty danej sceny. Oto na przykład scena zwiastowania Annie – zrozpaczona kobieta modli się żarliwie, kiedy odwiedza ją anioł i pociesza, że jej modlitwy zostały wysłuchane i zostanie matką. W tym czasie gderliwa służąca siedzi przed domem i przędzie na wrzecionie, a jednocześnie wyraźnie podsłuchuje, co się dzieje w domu. Kapitalna scena, jednocześnie dramatyczna i zwyczajna – wzniosłość sceny odwiedzin anioła zrównoważony jest postacią służącej, co tylko wzmacnia przekaz, czyni przedstawione wydarzenia bliższymi tym, którzy je podziwiają. Zwyczajność domowego otoczenia uwznioślona cudownym wydarzeniem, jakie się w nim rozgrywa.

Zwiastowanie Annie (Giotto)
Zwiastowanie Annie (Giotto)

Dzieło Giotta zawiera również pewien ciekawy zabieg kompozycyjny, którego celem było uczynienie odległej w czasie historii bliższą współczesnym mu ludziom. Ten zabieg to aktualizacja, czyli zastosowanie kostiumów, architektury, przedmiotów z epoki, w której powstało dzieło, a nie z czasów, w których rozegrały się malowane wydarzenia. Aktualizacja była bardzo popularnym zabiegiem w sztuce średniowiecznej i nie wynikała wcale z ignorancji twórców. Było to świadome podkreślenie, że wydarzenia te może historycznie miały miejsce bardzo dawno temu, ale ich sens i skutki są wieczne, trwają także dzisiaj, tu i teraz, więc równie dobrze mogłyby rozegrać się choćby w naszych czasach. Zmniejszenie dystansu czasowego wzmacniało funkcję dewocyjną dzieła.

Sen Joachima pędzla Giotta
Sen Joachima pędzla Giotta

Czternastowieczna nastawa katalońska malarza Pere Serrego (obecnie w Muzeum Diecezjalnym w Urgell) jest przykładem nastawy o mnemotechnicznym charakterze. W centrum znajduje się wizerunek Matki Boskiej z Dzieciątkiem, natomiast po obu jej stronach znajdują się namalowane sceny najważniejszych wydarzeń z historii Wcielenia i Zbawienia, będące jednocześnie przedmiotem najważniejszych świąt katolickich: Zwiastowania, Bożego Narodzenia, Hołdu Trzech Króli, Ukrzyżowania (Wielkiego Piątku), Zmartwychwstania (Anastasis, czyli Niedzieli Wielkanocnej), Zesłania Ducha Świętego i Wniebowzięcia Marii. Tego rodzaju nastawy pokazywały czas święty, mierzony i definiowany najważniejszymi świętami, a ponadto przenosiły doń patrzącego. Mógł on przeżywać te wydarzenia za każdym razem, gdy odsłaniano obrazy. Przeszłość historyczna przedstawianych wydarzeń łączyła się z teraźniejszością, ponieważ obrazy przenosiły ową przeszłość w ludzkie tu i teraz.

Pere Serra
Pere Serra i jego dzieło wystawiane dziś w Urgell w Katalonii

Narracja symultaniczna

W średniowiecznej i renesansowej sztuce wykształcił się ciekawy rodzaj narracji, można nazwać ją narracją symultaniczną. Polega ona na umieszczeniu w przestrzeni jednego obrazu dwóch i więcej wydarzeń z udziałem tych samych osób, co może wywołać wrażenie, że scena jest jedna, ale postaci są zwielokrotnione. Tego rodzaju narracja ma swoje uzasadnienie w tym, w jaki sposób postrzegano chronologię i następstwo wydarzeń w czasie.

Taki typ przedstawienia narracyjnego znajdujemy w malowidłach Agnola Gaddiego w kościele Santa Croce we Florencji. Pochodzące z lat 80-tych XIV wieku freski przedstawiają sceny z Legendy o Krzyżu Prawdziwym, o znalezieniu przez św. Helenę pozostałości krzyża Chrystusowego oraz o sprowadzeniu relikwii przez cesarza Herakliusza, a także o rozmaitych perypetiach towarzyszących temu cudownemu wydarzeniu.

Znalezienie krzyża
Znalezienie krzyża

Malowidła Gaddiego znajdują się na ścianach bocznych chóru kościoła, po cztery na każdą z nich. Każda z części cyklu otoczona jest kunsztowną bordiurą z ornamentu roślinnego oraz z portretami proroków i ewangelistów z księgami i zwojami w rękach. Narracja poprowadzona jest w interesujący sposób – na jednym obrazie przedstawione są przynajmniej dwa wydarzenia, które następowały jedno po drugim, ale pokazane są tak, jakby działy się jednocześnie. Na jednym z obrazów scena odnalezienia trzech krzyży z Golgoty namalowana została obok późniejszego cudu za sprawą prawdziwego krzyża. Co ciekawe, w tym obrazie wydarzenie późniejsze wyprzedza wcześniejsze. Pod tym względem obraz stanowi wyjątek w tym cyklu; trudno powiedzieć, skąd wziął się pomysł na ujęcie wbrew chronologii. Na obrazie tym widzimy zdublowane postaci dramatu: cesarzową Helenę, legendarnego Żyda Judasza, który wskazał miejsce spoczynku krzyży z Golgoty, podwójną liczbę krzyży, itd.

Ścięcie Chesroesa_Cesarz Herakliusz wkracza do Jerozolimy z Krzyżem Prawdziwym
Ścięcie Chesroesa. Cesarz Herakliusz wkracza do Jerozolimy z Krzyżem Prawdziwym

Jak możemy zinterpretować ten rodzaj narracji ? Mamy do czynienia zarówno z sekwencyjnym przedstawianiem kolejnych wydarzeń w oddzielnych obrazach (bardzo wyraźnie oddzielnych, niemal samodzielnych przedstawieniach), jak i z symultanicznym zestawianiem wydarzeń. Niewątpliwie malarz rozumiał linearny bieg czasu, o czym świadczy przyjęta forma cyklu narracyjnego, dobrze znanego zarówno Gaddiemu, jak i współczesnym mu malarzom (Taddeo Gaddi, Giotto). Gaddi odmalował legendę znaną m.in. z pism Jacoba de Voragine, dobrze znaną ówczesnym ludziom – pokazał ją tak, jak dzisiaj pokazują historię seriale telewizyjne. Każdy duży obraz to jeden „odcinek” i dzieją się w nim różne rzeczy: Herakliusz pozbawia Chesroesa głowy, następnie z odzyskanym krzyżem rusza konno i z bogatym orszakiem do Jerozolimy, a wreszcie korzy się przed Złotą Bramą i wchodzi przez nią boso i w samej koszuli, niosąc święte drzewo krzyża. To wszystko widzimy na jednym obrazie; jakaś część historii – wcale niemała – odbywa się w zamkniętym „odcinku” serii. Rzecz jasna Gaddiemu nie śnił się wynalazek telewizji i serialu, jednak trudno nie dostrzec pokrewieństwa w sposobie prowadzenia narracji: wyodrębnione, choć powiązane ze sobą sekwencje – odcinki, w których dzieje się kilka rzeczy kolejno, ale – co przecież wiemy z współczesnych seriali – w pewnym sensie jednocześnie. Gaddi zastosował zabieg, który dzisiaj nazwalibyśmy „serialowym”, tyle, że w nieruchomych obrazach. Zatrzymał czas, a jednocześnie pozwolił mu zagrać rolę, stworzyć iluzję ruchu i płynności, przejścia od wydarzenia do wydarzenia, od jednej przeszłości do kolejnej.

 

Posted on

Percepcja czasu we Włoszech

Nie jest chyba dla nikogo nowością, że punktualność dla Włochów to często zbędne ceregiele, a jej brak na pewno nie wiąże się ze złym wychowaniem. Standardowy spóźnialski kwadrans to ogólnie przyjęty rytuał i nikt z tego powodu się nie oburza. Jeśli dwóch znajomych umawia się na spotkanie np. o 20.00, to ŻADNEMU z nich nie przyjdzie do głowy być punktualnym. Stąd też problem w praktyce nie istnieje, bo nikomu specjalnie nie przeszkadza.

Tyle, jeśli chodzi o sytuacje mniej formalne. Jak wygląda to w życiu społecznym, publicznym, biurokracji? Otóż… jest jeszcze gorzej! Już sam brak rozkładów jazdy komunikacji miejskiej w Rzymie daje do zrozumienia, że czekanie na przystanku to nie lada przygoda. Na ogół czas oczekiwania wynosi około 30 minut, a po jego upływie autobusy nadjeżdżają parami (Włosi to w końcu bardzo towarzyski naród). Jeśli spytacie Włocha o powód takiego postępowania, odpowie Wam bez wahania: Przecież to jasne! Gdy kierowcy dojeżdżają na końcowy przystanek, muszą mieć z kim pójść na kawę!. Jeżdżąc często metrem, można zauważyć, że minuta minucie nierówna. Komunikaty odnośnie do czasu oczekiwania na kolejny pociąg mają swój własny wymiar czasowy – dwie minuty według zegarka czasem okazują się pięcioma, lub, w rzadkich wypadkach, skracają się do kilku sekund. Na tym jednak nie koniec. Lecąc samolotem z włoskiego lotniska, nie jest łatwo trafić na punktualną odprawę – stewardessa musi przecież znaleźć chwilę na obowiązkową kawę lub poprawienie nieskazitelnego makijażu.

Średniowieczna zabudowa w Orvieto; widoczna jest oczywiście wieża z zegarem
Średniowieczna zabudowa w Orvieto; widoczna jest oczywiście wieża z zegarem

Myli się jednak ten, kto wobec powyższego pomyśli, że Włosi są narodem cierpliwym. Nie dla nich stanie w korkach, czekanie na zielone światło czy przestrzeganie kolejki w zwykłym supermarkecie. Z drugiej strony jednak, gdy strata albo zyskanie na czasie zależy od ich dobrej woli, są raczej wyznawcami zasady, że „pośpiech jest złym doradcą”. Wszystkie urzędy, wiele sklepów, szkoły otwierane są z wielkim relaksem o 9.00, nie o 8.00, jak we frenetycznej Polsce. Dla ułatwienia większość szkół obowiązują zazwyczaj te same godziny zajęć (od 9.00 do 16.00). No i oczywiście, skoro już mowa o godzinach otwarcia, to prawie wszędzie obowiązkowa jest pausa pranzo, rozpoczynająca się o 13.00, a kończąca z wielką fantazją o różnych porach.

Tutaj dotykamy tematu, na którego punkcie Włosi są bardzo przewrażliwieni i faktycznie w tej jednej kwestii zawsze i niezmiennie zgadzają się co do punktualności. Mowa oczywiście o obiedzie – punkt 13.00 wjeżdża na stół dopiero co ugotowana pasta, za nią drugie danie, po niej często deser, a wszystko to uwieńczone nieodzownym espresso! Z takim menu ciężko się dziwić, że pausa pranzo kończy się często po trzech godzinach i przestrzegana jest z dokładnością szwajcarskiego, a nie włoskiego zegarka. Posiłki pozwalają także na dokonanie odpowiednich wyborów leksykalnych dotyczących powitań, choć tak naprawdę zasady te mylą się samym Włochom, zwłaszcza po dwudaniowym obiedzie. Teoretycznie Buongiorno  jest akceptowalne do godziny 13.00, potem obowiązuje już Buonasera. Z drugiej strony jednak, niejeden obcokrajowiec zapyta, dlaczego dla większości Włochów w wyrażeniu „rano o trzynastej” nie ma nic dziwnego…

Na pierwszy rzut oka ciężko jest pojąć logikę włoskiego pojmowania czasu. Może ogólnie chodzi o to, że czas to pojęcie względne? Albo po prostu nie doceniamy wyższej filozofii Carpe diem? Statystyki mówią, że Włosi to jeden z najbardziej zestresowanych narodów. Może trzeba jednak przyjąć, że stres ten jest jedynie pozorny? Nie ma bowiem wątpliwości, że la dolce vita to coś, co typowy Włoch ma po prostu we krwi. Nigdy nie pozwoli więc poddać się presji jakiegoś tykającego zegara.

 

Zdjęcie główne: Bogdan Dada / Unsplash
Posted on

Xanten

Rekonstrukcja ruin antycznej świątyni

Park w Xanten, zwany w skrócie APX (Archäologischer Park Xanten), to nie tylko niezwykły skansen, ale także największe centrum badań nad archeologią rzymską na północ od Alp. Zwiedzający zobaczą tu zrekonstruowane – i to przy użyciu tradycyjnych antycznych metod – budynki takie, jak wielki amfiteatr, mury miejskie, świątynia portowa. Wzniesiono je w miejscach, gdzie rzeczywiście znajdowały się w starożytności. Poza tym na lubiących wycieczki w czasie czekają także pawilony tematyczne, gdzie poznać można bardzo różne aspekty rzymskiego życia (np. zagrać w ulubione gry rzymskich dzieci albo poznać rozmaite rodzaje marmurów stosowanych w budownictwie). Maluchy powinny odwiedzić nietypowy plac zabaw, wzniesiony na wzór wojskowego obozu. Na zakończenie wizyty warto wybrać się do dużego miejscowego muzeum.

Posted on

Izrael, czas teraźniejszy. 5 (+1) książek, do których warto zajrzeć

Przez lata bezpośrednio od izraelskich pisarzy uczyłam się, jak wygląda życie w ich ojczyźnie. Czytając literaturę piękną, przytakiwałam Amosowi Ozowi, który twierdzi, że to właśnie powieści, a nie przekazy medialne, często zmanipulowane, ukazują prawdę. Nie ujmując jednak kunsztu wybitnym prozaikom, dobrze sięgać także po literaturę faktu, szczególnie, jeśli w planach mamy wyjazd do Jerozolimy czy Tel Awiwu.

Paweł Smoleński, Balagan. Alfabet izraelski

Naukę zacznijmy od alfabetu. Zamiast hebrajskiego, którego znajomość oczywiście się przyda, w pierwszej kolejności proponuję Balagan. Alfabet izraelski. Może on służyć za podręcznik podstawowej wiedzy o ojczyźnie Amosa Oza i Etgara Kereta. Balagan Smoleńskiego to autorskie kompendium wiedzy o kraju, który od lat odwiedza i opisuje. Znajdziemy w nim wiele osobistych opowieści, portrety zarówno Izraelczyków wybitnych, jak i tych całkiem nieznanych, egzotyczność i zwyczajność, codzienne obyczaje i niecodzienne wydarzenia. To w tej książce znalazłam ulubioną charakterystykę współczesnych Izraelczyków. Jeden z bohaterów podpowiada reporterowi, jak rozpoznać, kto jest Żydem, a kto Arabem: To proste. My, Arabowie, mamy takie smutne, żydowskie oczy.

Wydawnictwo Agora 2012

 

Guy Delisle, Kroniki jerozolimskie

Światowej sławy ilustrator i twórca komiksów stworzył wyjątkowy zapis rocznego pobytu z rodziną w Izraelu. Kroniki jerozolimskie to komiks reportażowy, dzięki któremu możemy poznać nie tylko Święte Miasto, ale cały kraj. W tomie podzielonym na dwanaście miesięcy Delisle zmieścił wszystko, co w Izraelu intrygujące, uwypuklając jego liczne kontrasty: miejsca piękne i te, które przerażają, czas pokoju i czas wojny, wspaniałą tradycję oraz jej absurdy, życie Izraelczyków i licznych obcokrajowców. Przedstawił także świat żydowski w opozycji do arabskiego. Komiksowe kroniki podkreślają ponadto osobistą perspektywę autora i jego nieustające zdumienie kulturą kraju, w którym się znalazł. To książka, do której warto wracać, szczególnie przed wyjazdem do (już nie tak bardzo tajemniczego) Izraela.

Kultura Gniewu 2014, tłumaczyła Katarzyna Koła


Amos Oz, Na ziemi Izraela

Oz, przez wielu uznawany za najwybitniejszego izraelskiego pisarza, oprócz znakomitych powieści oraz zaangażowanych politycznie esejów napisał także reportaże o podróży po kraju, którą odbył w latach osiemdziesiątych. Choć otwarcie twierdzi, że żaden zbiór rozmów czy impresji nie jest w stanie odzwierciedlić ducha i atmosfery danego okresu czy też całego narodu,  to mimo wszystko warto mu zaufać, jeśli chodzi o sposób przedstawiania izraelskiego społeczeństwa. Pisarz oddaje głos swoim bohaterom, nie wartościując ich przekonań, dzięki czemu w książce ścierają się ze sobą rozbieżne ideologie. Rozmówcy Oza krytycznie odnoszą się do jego lewicowych podglądów oraz do organizacji „Pokój Teraz”, której jest współzałożycielem, a także przekonują, dlaczego rozwiązanie dwupaństwowe wcale nie prowadziłoby do ustania konfliktu. To także podejmowana na nowo próba reinterpretacji wydarzeń tak współczesnych, jak i historycznych. Na ziemi Izraela boleśnie uświadamia, jak ciężko prowadzi się rozmowy o pokoju.

Niezależna Oficyna Wydawnicza NOWA 1996, tłumaczyła Monika Czerniewska


Ela Sidi, Izrael oswojony

Książka polskiej dziennikarki, która od początku lat dziewięćdziesiątych mieszka w Izraelu, to obszerna historia osobistego oswajania się z tym krajem, z jego licznymi zaletami, jak i wadami. Sidi opisuje, jak to jest być gojką wśród narodu żydowskiego, jak wygląda małżeństwo z Izraelczykiem oraz jak odnaleźć się w obcej kulturze. Ponadto obszernie opisuje życie polskich Żydów w Izraelu, którzy w ostatnich dekadach dokonali aliji. Autorka nie stroni ani od humoru, ani od prób wnikliwej analizy sytuacji w kraju. Co istotne, przedstawia życie bez dobrodusznego ubarwiania, gdyż jak nas przekonuje, izraelskie realia są wystarczająco barwne; jednocześnie przez wielu uważana jest za kontrowersyjną.

Muza SA 2013


Marcin Gutowski, Święta ziemia. Opowieści z Izraela i Palestyny

Gutowski dużo uwagi poświęca Jerozolimie, stolicy religijnych paradoksów.  Opisuje ją przez pryzmat trzech wielkich religii, tworząc z tego punkt wyjścia do przedstawienia izraelskiej różnorodności. W Świętej ziemi, która przypomina mozaikę ułożoną z krótkich rozmów i refleksji, znajdziemy wiele informacji na temat judaizmu i życia ortodoksyjnych Żydów, według których Izrael nie ma prawa bytu, dopóki nie nadejdzie Mesjasz. Dowiemy się także, jak wygląda życie arabskich chrześcijan i muzułmanów ze Wschodniej Jerozolimy. Książka ta z pewnością uzupełnia wiedzę o Izraelu i – podobnie jak Balagan Smoleńskiego – napisana jest w przystępnym, gawędziarskim stylu. U Gutowskiego znajdziemy też fragment, który nie może pozostawić obojętnym: – Kiedyś krzyczeli za nami: “Żydzi, wynocha do Palestyny”, a teraz krzyczą: “Żydzi, wynocha z Palestyny (…)”.

Wydawnictwo Znak 2015

 

____________________________________________________________

Od redaktor naczelnej:

Do listy książek przygotowanej przez Ulę pragnę dodać jeszcze jeden tytuł: Wszystkie winy Izraela Andrzeja Koraszewskiego.

Profesor S. Obirek napisał o tej książce i jej autorze: Obawiam się, że [Koraszewski ] ma rację, gdy pisze: “Salonowy lekko w antysyjonizm udrapowany antysemityzm udziela coraz więcej przyzwolenia temu antysemityzmowi, który nie owija już niczego w bawełnę. Tysiące drobnych wydarzeń pokazują jak wzbierające strumienie zaczynają się zlewać w potężną rzekę”. To jest również powód, by “Wszystkie winy Izraela” nie tylko przeczytać, ale i głęboko przemyśleć.


Natomiast Piotr Ibrahim Kalwas (o jego doskonałym Egipt: haram halal pisałam tutaj) podsumował publikację tak: Nienawiść. Nienawiść do Żydów – jeden z największych, najtragiczniejszych i najbrutalniejszych irracjonalizmów w historii ludzkiej. Przybierający różne formy, zakładający różne maski: antyjudaizmu, antysyjonizmu, a przede wszystkim antysemityzmu, obecnie często kryjącego się za tak zwaną “poprawnością polityczną”.
To antysemityzm o wielu obliczach: chrześcijański, polski, europejski, a także gwałtownie narastający antysemityzm muzułmański. O jego źródłach, powodach i skutkach pisze Andrzej Koraszewski w tym fascynującym zbiorze esejów, stanowiącym polemikę z polską dziennikarką i jej czytelnikami, którzy za parawanem internetowej anonimowości, często pod płaszczykiem owej politycznej poprawności i fałszywego poparcia dla Palestyńczyków, sączą odwieczny jad nienawiści do Żydów i Izraela.
Bo jest to także książka o Izraelu. O dynamice, mądrości, niesłychanej innowacyjności jego mieszkańców, którzy w ciągu kilku dekad zmienili kawałek jałowej pustyni w jeden z najnowocześniejszych krajów świata.
To książka także o islamie, o ciemnych stronach archaicznego, zacofanego islamskiego tradycjonalizmu, ale też o liberalnych, tolerancyjnych i otwartych muzułmańskich dysydentach-intelektualistach, wspaniałych ludziach którzy z narażeniem życia walczą o odnowę swej religii, walczą o humanizm, tolerancję, wolność, równość, braterstwo. O to wszystko, czego w muzułmańskim świecie ciągle nie ma.
Szczere, kontrowersyjne i „niepoprawne” poglądy Andrzeja Koraszewskiego nie spodobają się wielu, oburzą, wywołają wściekłość.
To bardzo dobrze. Może pobudzą do myślenia.

Nic dodać, nic ująć. Czytajcie!

Posted on

Rozmaryn. Na zawsze

Rozmaryn (Rosmarinum officinalis) jest typowo śródziemnomorską rośliną stanowiącą element makii, czyli wiecznie zielonych zarośli na wybrzeżach i wyspach. Znano ją i ceniono już w czasach starożytnych: w Egipcie, Grecji i Rzymie. Z antycznych śródziemnomorskich języków pochodzi zresztą nazwa tego krzewu: według niektórych badaczy, znaczy dokładnie tyle, co morska rosa (po łacinie: ros marinum), bowiem najbujniej rośnie właśnie w bezpośrednim sąsiedztwie morza; inni wywodzą ją raczej od greckiego rhops myrios (krzew wonny).

Na wieki wieków

Od wieków rozmaryn uważany jest za zioło oczyszczające, odpędzające negatywne emocje – o czym wspominał podobno już Hipokrates – i zapobiegające koszmarom sennym. Piękna legenda hiszpańska opowiada, że krzew rozmarynu dał schronienie Matce Boskiej w czasie ucieczki do Egiptu, a gdy powiesiła ona swój błękitny płaszcz na jego gałęziach, białe kwiaty rozmarynu zabarwiły się na niebiesko.

Przede wszystkim rozmaryn symbolizuje jednak miłość, lojalność, wierność i trwałość uczuć. Nic dziwnego, że chętnie wplatano go do bukietów ślubnych. Wyrazem wiecznej miłości miał być także wówczas, kiedy ozdabiano nim groby bliskich. W wielu krajach europejskich także obecnie wykorzystywany jest w czasie pogrzebów i celebracji wojskowych.

Swój drogocenny olejek z rozmarynu zamówić możesz w naszym sklepie
Swój drogocenny olejek z rozmarynu zamówić możesz w naszym sklepie


Walka z czasem

Dawni medycy stosowali rozmaryn na rozmaite dolegliwości – bezsenność, migreny, niestrawność. W rzeczy samej rozmaryn zwiększa wydzielanie soku żołądkowego, wzmaga apetyt i poprawia trawienie, a także działa żółciopędnie. Poprawia przepływ krwi, wzmacnia system immunologiczny i pozytywnie wpływa na stan skóry. Z tego względu uważa się go za roślinę odmładzającą – ma sporą zawartość antyoksydantów, które zmniejszają uszkodzenie komórek organizmu przez wolne rodniki. Co najważniejsze jednak, rozmaryn odmładza nie tylko nasze lico, a przede wszystkim mózg. Ma bowiem działanie antydepresyjne, poprawia pamięć. Coraz częściej mówi się, że pomaga zapobiegać chorobie Alzheimera. W Internecie znaleźć można sporo informacji na temat włoskiej miejscowości Acciaroli w prowincji Salerno, której mieszkańcy są wyjątkowo długowieczni. Niektóre badania sugerują, że wynika to z wysokiej konsumpcji lokalnej odmiany rozmarynu.

Ze względu na swój aromat wspaniale sprawdza się w kuchni – jako dodatek do mięs, ziemniaków, pieczywa czy oliwy. Syrop rozmarynowy stosowany jest do przygotowania deserów, a rozmarynowy miód z Prowansji jest świetnym dodatkiem do herbaty. Listki rozmarynu warto dodawać do wody lub zalewać wrzątkiem, aby sporządzić zimny lub gorący napój o właściwościach antyoksydacyjnych.

Posted on

Do czasu

Starożytni, obok brodatego Chronosa, personifikacji czasu i źródła wszechrzeczy, wymyślili sobie także Kairosa – opiekuna szczęśliwego zbiegu okoliczności i właściwego momentu. Bożek ten dał początek koncepcji, która przejęła jego imię, oznaczającej zwrotny moment życiowy, nierzadko kryzys, kiedy zmuszeni jesteśmy podjąć ważną decyzję, dokonać rozstrzygającego przyszłość wyboru. Kairos mija człowieka w mgnieniu oka. Jeśli go nie zauważymy, utracimy swą szczęśliwą szansę. Kolejnej możemy nigdy nie dostać, bo Kairos rzadko wraca w to samo miejsce. Do odwiedzenia ma przecież wielu chętnych.

Na tego pędzącego młodzieńca z rozwianą grzywą nie warto się złościć; trzeba raczej wziąć odpowiedzialność na swoje roztargnienie, niegotowość, opieszałość. Kozła ofiarnego nie róbmy też ze starego Chronosa. Czy nie za często staje się dla nas idealną wymówką, doskonałym alibi? Tak łatwo o wszystko go obwinić, o wszystko oskarżyć. A przecież zasługuje, by choć niekiedy spojrzeć nań łaskawie. Słynny komediopisarz Menander, przyjaciel Epikura, podkreślał, że czas goi wszelkie rany, ujawnia prawdę. Jest też najlepszym nauczycielem. Należy mu się nasz szacunek.

W listopadzie, kiedy coś znowu się kończy, a nowego jeszcze nie widać, warto spróbować być jak Menander. Nie winić Chronosa, przyjrzeć się sobie. Przygotować na wizytę Kairosa. Do czasu zaś, od czasu do czasu, po prostu się uśmiechnąć.

Posted on

Italska czarna magia. Oskijskie tabliczki z klątwami

Cererze Arentice wydaję jego – Pakiusa Clovatiusa, syna Valaimy – i jego żonę, i dzieci, i krewnych. Wydaję Vibii Prebie jego – syna Valaimy – by go oddała we władanie Cerery Arentiki. Gdy rozpocznie posiłek, niech nie może zaspokoić głodu, ani jeść pokarmu, jakim inni ludzie się żywią!…

Inne oskijskie zaklęcie miało obezwładnić przeciwnika w sądzie: Niech nie może mówić, niech nie zdoła wydusić słowa, niech jego język całkiem zesztywnieje! Na jeszcze innych tabliczkach z południa Italii widniały same imiona, które ktoś zaklął, „przebił” i złożył bogom podziemia.
Tabliczki z zaklęciami, niekiedy z dołączonymi włosami ofiary lub przedstawiającą ją figurką, umieszczano w ziemi, najczęściej w grobie niedawno zmarłej osoby albo w pobliżu świątyni bóstwa chtonicznego. Czasem wrzucano je do podziemnych zbiorników wodnych, zwykle do starych studni. Wszędzie tam, skąd zaklęcie mogło łatwo trafić do złych duchów podziemia. W ten sposób człowiek „przymuszał” demony i mroczne bóstwa zaświatów, zwykle te niewymieniane w oficjalnym panteonie, by związały ofiarę zaklęcia swą mocą.

Starożytna Kapua (ruiny)
Starożytna Kapua (ruiny)

Tabellae defixionum

Łacińskie słowo defixiones (l. poj. defixio), którym dzisiaj określamy magiczne teksty na ołowianych tabliczkach, ewentualnie na innych materiałach, pochodzi od używanego w rzymskich zaklęciach czasownika defigo, defigere – wbić, przybić, umocować unieruchomić. Takich właśnie efektów oczekiwano od rzucanych zaklęć – miały one „przygwoździć”, obezwładnić ofiarę, sprawić, by straciła siły, moc, zdrowie, a często – sprawność seksualną. Nie wiemy jednak, jak nazywali tabliczki zaklęć Rzymianie ani Italikowie. Nazwa defixio pojawia się podobno tylko raz w źródłach pisanych. Tacyt używa wyrażenia tabellae plumbeae – ołowiane tabliczki.

Z Grecji do Italii

Tabliczek z zaklęciami i klątwami używano w świecie śródziemnomorskim od VI wieku p.n.e. co najmniej do V wieku n.e. Do Italii zwyczaj zapisywania zaklęć trafił wraz z Grekami. Już w VI wieku p.n.e. greckie teksty magiczne pojawiły się w Selinuncie na Sycylii. Znajomość pisma szybko znajdowała zastosowanie w praktykach magicznych, co wynikało zapewne również stąd, że początkowo samo pismo uważano za coś niezwykłego, tajemnego, magicznego. To, co zostało zapisane, zyskiwało specyficzną moc.

Magiczna moc słowa

Przez wieki powszechna była wiara w ponadnaturalną, sprawczą moc słowa, przeświadczenie, że słowo – wypowiedziane, a zwłaszcza napisane – może powodować realne zmiany, prowokować zdarzenia czy wypadki, wpływać na bieg rzeczy i los człowieka. Niezwykle silny był pierwotny lęk, że wyartykułowane słowo, zwłaszcza, jeśli towarzyszy mu specjalna formuła magiczna i określony gest czy rytuał, rzeczywiście wywoła konkretne skutki. W zapisanych na tabliczce imionach widziano ucieleśnienie osób, które dotknąć miało zaklęcie. Rolując, przebijając gwoździami tabliczkę, uderzało się w ofiary zaklęcia – pisze Andrzej Wypustek w książce Magia antyczna.

Rzymska ołowiana tabliczka z zaklęciem rzuconym na kobietę o imieniu Rhodine. W tekście zaklęcia przywoływany jest bóg zaświatów Dis Pater, utożsamiany z Plutonem. Połowa I wieku p.n.e. Znaleziona w grobie w pobliżu Via Latina w okolicy Rzymu. Tabliczki zaklęć z południowej Italii różniły się od tej jedynie językiem tekstu i alfabetem, w jakim go zapisano.
Rzymska ołowiana tabliczka z zaklęciem rzuconym na kobietę o imieniu Rhodine. W tekście zaklęcia przywoływany jest bóg zaświatów Dis Pater, utożsamiany z Plutonem. Połowa I wieku p.n.e. Znaleziona w grobie w pobliżu Via Latina w okolicy Rzymu. Tabliczki zaklęć z południowej Italii różniły się od tej jedynie językiem tekstu i alfabetem, w jakim go zapisano. Fot. Marie-Lan Nguyen / Wikimedia, CC BY 2.5

Nieodłączna towarzyszka

W codziennym życiu Greków i Rzymian magia odgrywała ogromną rolę, większą niż do niedawna nam się wydawało, ponadto ściśle splatała się z religią czy nawet z prawem. U Rzymian i innych ludów italskich w kulcie religijnym – także tym oficjalnym – od zarania dziejów obecne były magiczne praktyki i czynności. Przykładem choćby tak rozpowszechnione rytuały wróżbiarskie. Pliniusz Starszy w Historii naturalnej, wielkim dziele encyklopedycznym z drugiej połowy I wieku n.e., poświęca magii sporo miejsca. Podaje, że jej kolebką była dawna Persja, a za jej twórcę uchodził Zaratustra. Ze Wschodu tajemna sztuka magów wcześnie trafiła do Grecji, gdzie szybko zyskała zwolenników. Pliniusz wyraźnie zaznacza, że do Italii przynieśli ją Grecy. Mimo to uczciwie przyznaje: Istnieją i u ludów italskich całkowicie pewne ślady wiedzy magicznej, mianowicie w naszych Prawach XII tablic i w innych przykładach (ks. XXX). Czy i w samych Prawach XII tablic nie czytamy: ‘Kto urzekł plony’ i gdzie indziej ‘Kto rzucił urok’? (…) A czy jest ktoś, kto by się nie bał zostać ‘przebitym’ przez osobę dokonującą złych czarów? (…) Także ściany zapisuje się zaklęciami, mającymi uchronić od pożaru (ks. XVIII).

Pliniusz z jednej strony potępia magów, wszechobecnych w śródziemnomorskim świecie „czarowników” oferujących ludności swe usługi (Bzdury głoszone przez magów zbijałem już nieraz w poprzednich partiach dzieła…ks. XXX), z drugiej jednak strony przytaczane przez niego informacje dotyczące religii, zwyczajów, medycyny i wielu innych tematów potwierdzają, jak przesiąknięte magią było ówczesne życie, choć często wcale sobie tego nie uświadamiano, traktując np. pewne na wpół czarodziejskie środki uzdrawiające jako zwykłe lekarstwa. Pewne elementy magii były oficjalnie i powszechnie przyjęte – stanowiły nieodłączną część rytuałów religijnych, świąt, ceremoniału wojskowego, czy nawet praktyk sądowych. Inne były nieszkodliwymi przesądami, powszednimi „zaklęciami” obronnymi lub odstraszającymi, które są znane (i często praktykowane) do dziś. Dlaczego rozpoczynając pierwszy dzień roku, w żartobliwych zaklęciach życzymy sobie wzajemnie pomyślności? – pisze Pliniusz – Dlaczego staramy się zapobiec złym urokom przez specjalne gesty? (…) Dlaczego wspominając o zmarłych zaklinamy się, że nie mamy zamiaru ubliżyć ich pamięci? Dlaczego kichającym mówimy ‘Na zdrowie!’? (ks. XXVIII).

Nie znaczy to jednak, że każdy rodzaj magii był społecznie akceptowany. Potępiana i oficjalnie zwalczana była oczywiście czarna magia, której celem było szkodzenie drugiemu człowiekowi. Do tej właśnie kategorii należą tabliczki z klątwami i zaklęciami „agresywnymi”, do których zalicza się także zaklęcia erotyczne. Nie miały one bowiem wzbudzać czyjejś miłości, lecz wywoływać u danej osoby – wbrew jej woli – nieokiełznane, iście demoniczne pożądanie, ułatwiające jedynie chorobliwie zakochanemu zaspokojenie trawiącej go żądzy. Wśród zaklęć zapisanych w języku oskijskim nie natrafiono dotąd – niestety – na teksty o takiej treści, ale możemy być pewni, że takowe istniały!

Tabliczka z Agnone, fot. Jononmac46 / Wikimedia, CC BY-SA 3.0.
Fragment Tabliczki z Agnone, jednej z najbardziej znanych inskrypcji oskijskich, datowanej na III wiek p.n.e. Nie jest to tekst magiczny, lecz religijny, dotyczący kultu bogini Kerres (Cerery) i innych bóstw czczonych w jej okręgu kultowym w północnym Samnium. Fot. Jononmac46 / Wikimedia, CC BY-SA 3.0.

Magia po oskijsku

Oskijski był ojczystą mową Samnitów, Lukanów, mieszkańców Bruttium oraz Kampanii, w tym – Pompejów. Należał do języków indoeuropejskich, do grupy osko-umbryjskiej, nazywanej dzisiaj  także sabelską, a więc do innej grupy języków niż ta, do której należała łacina (języki latyno-faliskie). Istniał alfabet oskijski, wzorowany na etruskim, używany w całej Kampanii i w Samnium, dobrze znany z pompejańskich napisów. Ale na samym południu Italii i na Sycylii teksty w języku oskijskim zapisywano zaadaptowanym alfabetem greckim. Niekiedy też używano w tym celu alfabetu łacińskiego.

Choć do początku naszej ery po oskijsku mówiła niemal cała południowa Italia, zachowało się stosunkowo niewiele teksów w tym języku (kilkaset), co utrudnia jego dogłębne poznanie. Kilkanaście odkrytych dotąd oskijskich tekstów magicznych to również mały ułamek pokaźnej liczby tabliczek z zaklęciami pochodzących z Grecji i Italii. Ale ta niewielka grupa źródeł pisanych zawiera jedne z najstarszych zabytków języka oskijskiego datowane na IV wiek p.n.e. Jednym z nich jest cytowane na początku zaklęcie tradycyjnie nazywane „Klątwą Vibii” (Maledizione di Vibia). W rzeczywistości nie jest pewne, czy Vibia była osobą domagającą się od bóstw podziemnych pomsty na Klovatiusie, czy raczej jednym z przywoływanych demonów lub bóstw-pośredników. Znaczenie oskijskiego tekstu nie jest dla nas zupełnie klarowne. Co ciekawe, zaklęcie „wysłane” zostało do tajemniczej bogini Ceres (Keres) Arentika. Dobroczynna bogini zbóż, plonów, wzrostu i odradzania się przyrody miała więc także swoje mroczne wcielenie.

Zaklęcia zapisane w języku oskijskim są starsze od znanych tego rodzaju tekstów rzymskich, z których najstarszy pochodzi z II wieku p.n.e. Być może Rzymianie przejęli zwyczaj sporządzania defixiones z Południa Italii?

Oskijskie tabliczki zaklęć w ciekawy sposób potwierdzają grecki rodowód tych praktyk magicznych. W tekstach zaklęć często pojawiają się litery greckiego alfabetu albo dziwne zapożyczenia z greki czy też pseudo-grecka odmiana oskijskich wyrazów. Grecki był ewidentnie odczuwany jako „język klątw”. Podobnie jak teksty magiczne sporządzane w innych językach, a także pochodzące z innych epok i kultur, oskijskie zaklęcia zawierały również dziwne magiczne słowa i tajemnicze symbole. Sformułowania, znaki, rytuały – wszystko to wydaje się nam dziwnie znajome. Jak widać, magia to jedna z tych dziedzin ludzkiej aktywności, które zadziwiająco mało się zmieniały przez wieki.

 

Korzystałam m.in. z książki Andrzeja Wypustka pt. Magia antyczna (Ossolineum, Wrocław – Warszawa – Kraków  2001) oraz z artykułów włoskiej badaczki Franceski Murano.
Zdjęcie główne: Bothros  – dół w ziemi – w pobliżu jednej ze świątyń w Agrigento. Służył do składania ofiar bóstwom chtonicznym,  związanym z ziemią i światem podziemnym, z płodnością natury, ale i ze śmiercią. Prawdopodobnie w pobliżu takich miejsc umieszczano tabliczki z zaklęciami.
Posted on

Tessa Capponi-Borawska i Agnieszka Drotkiewicz, Smak kwiatów pomarańczy. Rozmowy o kuchni i kulturze

Zgodnie ze swoją etymologią, słowo “dieta” nie powinno ograniczać się tylko do jedzenia. W języku starogreckim δίαιτα (diaita) oznacza przecież styl i sposób życia, wybór pewnej drogi, którą podążamy, a której smaki mogą być ważnym elementem. O tym, w dużym skrócie, zdaje się traktować najnowsza publikacja wydawnictwa Czarne, stworzona przez wspaniały tandem autorek. Capponi i Drotkiewicz dzielą się z nami zapisem rozmowy, która je połączyła i której tematem stały się kulinaria – rozumiane jako istotna i nieodłączna część kultury.

Zdjęcie z Piazza Navona w Rzymie
Zdjęcie z Piazza Navona w Rzymie

 

Rozmowa ta zachwyciła mnie swą niebanalnością – mnóstwo tu tropów historycznych, literackich, malarskich czy muzycznych, które proszą się o dalszą kwerendę. Jednocześnie autorki wielokrotnie podkreślają, że jedzenie – choć należy mu się szacunek i czułość – nie powinno stawać się celem samym w sobie, centrum wszechświata, najważniejszym punktem odniesienia. Choćby z tego powodu (a jest ich o wiele, wiele więcej!) warto sięgnąć po tę książkę: mądrą i niezwykle przyjemną w lekturze.

 

W dniu 4.11. 2018 roku o godzinie 18:00 zapraszamy serdecznie na spotkanie z Tessą Capponi-Borawską i Agnieszką Drotkiewicz w restauracji Lente-Modern Mediterranean (ul. Hoża 43/49, 00-681 Warszawa)! Szczegóły dotyczące wydarzenia dostępne są tutaj.

Co więcej, mamy dla Was dwa egzemplarze książki Smak kwiatów pomarańczy. Powędrują one do autorów najciekawszych odpowiedzi na pytanie: Czym jest dla Ciebie kuchnia? Swoje refleksje pozostawcie w komentarzu poniżej. Szczegółowy regulamin konkursu dostępny jest tutaj: Regulamin konkursu Smak kwiatów pomarańczy

 

Tessa Capponi-Borawska i Agnieszka Drotkiewicz, Smak kwiatów pomarańczy. Rozmowy o kuchni i kulturze, wydawnictwo Czarne, Warszawa 2018
Posted on

Ovidio. Amori, miti e altre storie. Wspaniała wystawa w rzymskich Scuderie del Quirinale

Zaraz po tym, jak światło dzienne ujrzała nasza długo oczekiwana antologia śródziemnomorska Metamorfozy, Scuderie del Quirinale ogłosiło piękną wystawę poświęconą Owidiuszowym przemianom. Przypadek? Zapewne. Ale i dowód na to, że transformacja i gotowość na nią są ciągle tematem, do którego warto wracać.

Publiusz Owidiusz Nazo zmarł najprawdopodobniej w 17 lub 18 roku naszej ery. W ostatnich miesiącach celebrowaliśmy więc – i nadal celebrujemy– 2000. rocznicę jego śmierci. Wystawa na Kwirynale przypomina największe dzieło poety z Sulmony, pokazując jednocześnie dziesiątki odniesień do jego tekstów, które pojawiły się w sztuce na przestrzeni 20 wieków.

Leonardo da Vinci, Leda i łabędź (kopia), 1510–1520
Leonardo da Vinci, Leda z łabędziem (kopia), 1510–1520

 

Giovan Francesco Gessi, Śmierć Adonisa, ok. 1639
Giovan Francesco Gessi, Śmierć Adonisa, ok. 1639

 

Głowa śpiącej Ariadny, kopia posągu rzymskiego, przed 1598
Głowa śpiącej Ariadny, kopia posągu rzymskiego, przed 1598

 

Wenus Kallipygos (Wenus Farnese), II w. n.e.
Wenus Kallipygos (Wenus Farnese), II w. n.e.

 

Sandro Botticelli, Wenus wstydliwa, 1485-1490
Sandro Botticelli, Wenus wstydliwa, 1485-1490

 

Ekspozycja obejmuje 250 dzieł sztuki pochodzące z przeszło 80 muzeów włoskich i zagranicznych, w tym z Luwru, National Gallery, Muzeum Archeologicznego w Neapolu i wielu innych. Mówią one rozmaitymi językami; opowiadają w bardzo różnych ujęciach o tym, co stało się inspiracją także dla nas. O zmianie, która na tym świecie jest jedyną pewną rzeczą.

Wystawa w Scuderie del Quirinale potrwa do 20 stycznia 2019 roku.

Posted on

Królowa dżinów

Jest zupełnie ciemno. Poza światłem księżyca w pełni, od czasu do czasu wyglądającego zza przepływających nisko postrzępionych chmur, nic nie oświetla wąskiej dróżki, którą mozolnie wspina się pod górę. Zakręty, jeden za drugim, nikną w spowijającym wszystko mroku. Po kolejnym dniu walk, niezliczonych godzinach bitewnego zgiełku, przed którym nie ma ucieczki, panująca wokół cisza wydaje się wprost nierealna. Słyszy jedynie trzask gałązek pod stopami, ciche szemranie drzew, łopot skrzydeł przelatującego gdzieś blisko ptaka. Cieszy ją ta chwila samotności. Nogi same niosą ją do domu, w kojące ciepło izby, w bezpieczne ramiona ukochanego. Jest już blisko. Nagle spokój zaczyna ją martwić. Nie słyszy śmiechu kobiet plotkujących przed domami,  podniesionych głosów mężczyzn omawiających ostatnie wydarzenia za mgłą haszyszowego dymu, płaczu któregoś z niemowląt. Z każdym krokiem jej serce bije coraz głośniej, jakby dźwiękiem starało się wypełnić niewytłumaczalny bezruch. Ostatnie kilkaset metrów – i oto stare drzewo oliwne strzegące wejścia do wioski. Ale wioski już nie ma. Z niedowierzaniem, z rosnącą rozpaczą, która dławi w gardle, biegnie do najbliższego domu, potyka się o wyłamane drzwi, na oślep wpada do środka i rzuca się na leżącą na ziemi nieruchomą postać. Obejmuje ją, a całe jej ciało przenika zimno. Chłód, który na zawsze zamraża serce. Nie czuje odłamków glinianych naczyń, kaleczących jej dłonie, kiedy próbuje wstać. Nie czuje zupełnie nic. Jak w transie okrąża przewrócony stół, depcze po jeszcze świeżych kwiatach, które wypadły z wazonu. Wychodzi na zewnątrz. Mija kolejne domy, roztrzaskane okna, rozbite dzbany, izby spalone na popiół, wzgardzone okruchy codziennego życia, pomiędzy którymi leżą oni – ci, z którymi od urodzenia dzieliła każdą chwilę. Już nic tu dla niej nie ma, zabrali wszystko. Odwraca się i powoli znika w ciemnościach.

Walce nie ma końca. Nie wie, który to już dzień. Zupełnie stracił rachubę. Miasta i wioski zlewają się w jedno, stosy ciał rosną. Zdaje mu się, że pożoga ogarnęła cały świat. Kolejne rozkazy, jest jak maszyna, nie myśli, nie wolno mu. Zza któregoś ze zrujnowanych domostw wyłania się odziana w biel kobieca postać. Nie, to przecież niemożliwe. Nie oszczędzili nikogo. Zabili ich. Mężczyzn, kobiety, dzieci i starców. Przeciera oczy. A jednak nadal tu jest. Nie okazuje strachu, a nawet uśmiecha się, idąc w jego kierunku. Nie może oderwać od niej oczu, nie może sięgnąć po broń. Jest jak zahipnotyzowany. Jej czarne włosy wydają się tak miękkie, postać tak wdzięczna, rozchylone usta obiecują tak wiele. Tonie w migdałowym spojrzeniu, a na szyi czuje jej gorący oddech. Jedynie kątem oka dostrzega szybki ruch, metaliczny błysk w blasku słońca. Czerwona zasłona opada mu na oczy. Osuwa się na ziemię.

Już nic tu dla niej nie ma. Zabrała ich wszystkich. Odwraca się i powoli odchodzi.

Mijają miesiące, lata, stulecia. Biała pani, ta, której imienia nie należy wymawiać, pojawia się to tu, to tam, zawsze niepodziewanie, zawsze siejąc grozę. Czaruje, otumania, wodzi na pokuszenie, by pozostawić bez życia lub na zawsze nim zawładnąć. Ci, których poślubiła, przywdziewają jej ulubione barwy: czerń oraz czerwień. Zapominają, kim niegdyś byli, powoli pogrążając się w szaleństwie.

Aȉsha Kandisha, bo o niej mowa, jest królową dżinów, nadprzyrodzonych istot obecnych w arabskich wierzeniach już od czasów preislamskich, a później pojawiających się również w Koranie jako złe lub dobre byty stworzone przez Boga na równi z aniołami i ludźmi. Antropolodzy łączą ją z boginiami płodności czczonymi w całym basenie Morza Śródziemnego. Przede wszystkim z Asztarte, której kult mógł rozpowszechnić się  w północnoafrykańskim królestwie za sprawą przybyłych w XII w p.n.e. Fenicjan, z czasem ulegając przemianie i na zawsze stapiając się z lokalnymi wierzeniami.

Według marokańskiej legendy Aisha wymordowała portugalskich żołnierzy (XV w.), mszcząc się okrutnie za śmierć ukochanego oraz pogrom mieszkańców rodzinnej wioski.  Od tamtej pory jej dusza nie znajduje ukojenia. Niektórzy widują ją pod postacią pięknej panny z nogami wielbłąda, kozy lub owcy, innym jawi się jako ponętna syrena, która upodobała sobie podziemne wody feskiej medyny, a także cicho szemrzące źródło Sidi Ali. To tam miejscowe kobiety zapalają świece. Składają ofiary w nadziei, że pomoże im znaleźć miłość życia, uczyni łono płodnym czy zapewni dobrobyt. Muzycy gnawa zatracają się w tańcu, sławiąc jej imię. Lalla Aisha śpiewają, podczas gdy zebrani pielgrzymi wpadają w szaleńczy trans. W drgawkach padają na ziemię, by za chwilę zupełnie stracić przytomność. Tak oto obłaskawiają dżina lub na stałe wypędzają go z opętanego ciała.

Może to również uczynić jedna z „shawaf”, słynnych na całym świecie marokańskich czarownic, znanych ze swych niesamowitych umiejętności. Ponieważ islam zabrania magicznych rytuałów,  jej domostwo na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jedynie wtajemniczeni odnajdą drogę. Wiedźma, „ta która wie”, posiada receptę na każdy rodzaj bolączki. Za pomocą talizmanów, tajemniczych mikstur i aromatycznych oparów kadzidła potrafi przywołać uczucie, sprowadzić lub odczynić zły urok. Jej pierwotne, związane z ziemią moce wydają się niczym nieograniczone. Stoją w opozycji do zdominowanej przez mężczyzn oficjalnej religii. Tu władzę ma kobieta, pani życia i śmierci.

Posted on

O włoskich przesądach

Włochy podzielone są w każdej kwestii: nie tylko językowo, kulinarnie czy klimatycznie, ale również jeśli chodzi o przesądy. Superstizioni, stanowiące bardzo istotną część włoskiej kultury ludowejróżnią się w danych regionach, wyrastając z miejscowych mitów i legend. Wszystkie jednak opierają się głównie na wierze w szczęśliwy i zły los. Zawody na najbardziej przesądne miasto Włoch wygrywa Neapol, ojczyzna tzw. smorfii – księgi snów i numerów. Na Północy natomiast, miastem o wielu tradycjach, mitach i przesądach, szczególnie tych związanych z konkretnymi ulicami, jest Wenecja. Wenecjanie traktują swoje lokalne opowieści i wierzenia z przymrużeniem oka, chociaż bardzo lubią wykorzystywać je na przykład podczas karnawału czy egzaminów uniwersyteckich (odrobina szczęścia zawsze się przyda!). Na placu św. Marka, w sercu Wenecji, znajduje się posąg Fortuny opartej o globus trzymany przez dwóch Atlantów, który obraca się zgodnie z kierunkiem dmuchania wiatru. Odwołuje się on do pobliskiego budynku morskiej komory celnej (Dogana di Mare) i nawigacji statków, ale ma również przypominać, że wszystkie szczęścia i nieszczęścia świata są często przypadkiem. Włosi wierzą jednak, że warto spróbować na niego wpływać…

Sklep La Smorfia w Neapolu. Fot. Julia Wollner
Sklep La Smorfia w Neapolu. Fot. Julia Wollner


AMULETY

(łac. amuletumprzedmiot lub czynność chroniąca przed czarami lub nieszczęściem)

cieszące się największą popularnością w danych regionach


ABRUZJA: czerwony rożek
APULIA: czerwony rożek
BAZYLIKATA: czerwony rożek
DOLINA AOSTY: czterolistna koniczyna
EMILIA-ROMANIA: czerwone ubranie
FRIULI-WENECJA JULIJSKA: czterolistna koniczyna
KALABRIA: podkowa
KAMPANIA: czerwony rożek
LACJUM: czerwony rożek
LIGURIA: biedronka
LOMBARDIA: czterolistna koniczyna
MARCHE: czerwony rożek
MOLISE: podkowa
PIEMONT: czerwone ubranie
SARDYNIA: podkowa
SYCYLIA: podkowa
TOSKANIA: przedmioty ze złota
TRYDENT-GÓRNA ADYGA: czterolistna koniczyna
UMBRIA: przedmioty ze złota
WENECJA EUGANEJSKA: przedmioty ze złota

Fot. Julia Wollner
Fot. Julia Wollner


GLI SCACCIAGUAI, 
czyli co przynosi szczęście?

toccare il ferro

  • Pukanie w żelazo. Według antycznych wierzeń żelazo wykształciło się z płomienia i jest magicznym elementem łączącym niebo, ziemię i ogień. Wydobywane z wnętrza ziemi, jest materiałem na tyle twardym, że może chronić przed złem tego świata. Niegdyś główną bronią były miecze, kute właśnie z żelaza – stąd odpukiwanie w żelazo” czy też chwytanie za żelazo” to protekcja przed niebezpieczeństwem. W niektórych miastach popularne jest także odpukiwanie w drewno”, co kojarzy się z Krzyżem Pańskim – a więc boską tarczą.

 

appendere il ferro di cavallo

  • Wieszanie w domu żelaznej podkowy. Podkowa to połączenie żelaza, o którym mowa wyżej, oraz formy półksiężyca, która w wielu kulturach uznawana jest za magiczną. Inna interpretacja tego przesądu wywodzi go z czasów, kiedy jedynie bogaci mogli pozwolić sobie na posiadanie konia, a podkowa była symbolem dobrobytu. Znaleziona przez biedaka – mogła być przezeń odsprzedana właścicielowi.

 

incrociare le dita

  • Krzyżowanie palców. Zwyczaj ten ma swoje korzenie w średniowiecznym katolicyzmie – ponoć diabelskie moce dostawały się do ludzkiej duszy poprzez palce, zaś krzyżowanie ich blokowało dostęp do niej. Gest ten chronił krzyżującego również podczas mówienia kłamstw…

 

pestare la cacca

  • Wdepnięcie w odchody. W przeszłości, kiedy w mieście odbywał się jakiś spektakl, ulice pokryte końskimi fekaliami świadczyły o wysokiej frekwencji widzów. Do dziś aktorom życzy się powodzenia, mówiąc: merda!. W czasie II wojny światowej tereny pokryte zwierzęcymi odchodami uważane były za bezpieczne, bo pozbawione min.

 

augurio in culo alla balena

  • Życzenie komuś in culo alla balena (‘w d… wielorybowi’). Tak, to prawdziwe powiedzenie, które przeżyło całe wieki! Odnosi się do słynnej historii biblijnej: podczas groźnego sztormu, prorok Jonasz utknął w brzuchu wieloryba i spędził tam 3 dni i 3 noce, po czym został wypluty przez ssaka na brzeg (co nawiązuje do rezurekcji Chrystusa). Nie bez kozery odpowiada się na to oryginalne życzenie równie elegancko: Speriamo che non cachi! (‘Miejmy nadzieję, że nie zrobi kupy!’).

 

fare le corna

  • Pokazywanie gestu rogów” (palec wskazujący i mały do góry, reszta schowana pod kciukiem), chroniącego przed złymi urokami. Dawniej na drzwiach domów, restauracji, sklepów itd. wieszano rogi byków i kozłów.

 

il cornetto

  • Czerwony rożek w kształcie papryczki chili (il cornetto rosso, il cornetto portafortuna) to jeden z najbardziej znanych włoskich amuletów. Według wierzeń neapolitańskich odstrasza całe zło tego świata, pod warunkiem, że został nam podarowany. Może mieć dowolny rozmiar; ważne, by był twardy, naostrzony i pusty. Swoją formą nawiązuje do wspomnianych wyżej rogów, oznaczających życie i moc twórczą, co dla odmiany wywodzi się z symboliki fallicznej. Już od czasów prehistorycznych róg taki wieszany był nad wejściem do chat. W mitologii rzymskiej Jupiter, bóg wszystkich bogów, w ramach podziękowania dla swojej karmicielki, daje jej róg o właściwościach magicznych. Czerwonymi rożkami zaczęto handlować już w średniowieczu.

 

toccarsi i genitali

  • Dotykanie miejsc intymnych (głównie mężczyźni). Znów sięgnąć należy do grecko-rzymskiej mitologii, przywołując boga Priapa, który słynął ze swojego ogromnego fallusa. Rzymscy patrycjusze stawiali jego posągi przed swoimi domami – dotknięcie penisa miało przynieść mężczyznom płodność, dorodne potomstwo i ochronę przed zawiścią, zdradą i nieszczęściem. Stąd też dzisiejsze męskie zwyczaje: kto głaszcze swoje przyrodzenie, ten nie musi martwić się o wypadki skracające życie.

appendere il mazzetto di aglio

  • Wieszanie korony z czosnku. Od dawien dawna utrzymuje się, że zapach czosnku odstrasza wampiry, czarownice i złe duchy. W Odysei Homera Ulisses ucieka przed złym zaklęciem czarownicy Kirke właśnie dzięki czosnkowi. W starożytnej Grecji wieszano czosnek również w izbie, w której odbywał się poród – na dobry początek drogi noworodka. Zwyczaj wieszania całego wieńca czosnkowego w domach przetrwał w krajach śródziemnomorskich do dzisiaj.


GLI ATTASSATORI, 
czyli co przynosi nieszczęście?

 

  • Piątek 17-stego – odpowiednik naszego 13-stego. Wynika to z rzymskiego zapisu liczby 17: litery XVII po przestawieniu tworzą słowo VIXI (łacińskie żyłem” w czasie przeszłym dokonanym, a więc „umarłem”). Przesąd zakorzeniony jest do tego stopnia, że w wielu hotelach nie ma pokoju nr 17, a kiedy francuska firma samochodowa Renault wyprodukowała model o nazwie R17, we Włoszech wprowadzono ją na rynek dopiero po dodaniu jeszcze jednej 7. W połączeniu z piątkiem – datą śmierci Jezusa – ten dzień jest trwogą wszystkich Włochów. W piątki 17-stego komitet CICAP (Comitato Italiano per il Controllo delle Affermazioni sulle Pseudoscienze), będący częścią European Council of Skeptical Organizations (ECSO), często organizuje imprezy mające na celu „odczarować” mit tej daty.
  • Ulica, którą przebiegł czarny kot. W średniowieczu, kiedy nocą ulice nie były jeszcze oświetlane, czarne koty „podcinały” nogi koniom i ludziom, wbiegały pod koła wozów. Uznane za diaboliczne pomocnice czarownic, są od tamtej pory symbolem nieszczęścia. Tymczasem usłyszeć kichnięcie kota to bardzo dobry znak!
  • Przechodzenie pod drabiną. Rozłożona na ziemi tworzy w ten sposób trójkąt, czyli symbol Trójcy Świętej. Jeśli zaburzasz porządek tej figury geometrycznej, przecinając ją, wzbudzasz gniew samego Boga…
  • Otwieranie parasola w domu. W czasach średniowiecza kapłani przychodzili do domu umierających, gdzie nad głową chorego rozkładali czarny baldachim.
  • Tłuczenie luster. W przeciwnym razie czeka nas 7 lat nieszczęścia (sic!). Według wierzeń antycznych, lustro odzwierciedlało duszę osoby, która była w nie wpatrzona. Potłuczone odbicie miało znaczyć choroby ciała i duszy. A jako że starożytni Rzymianie twierdzili, że życie regeneruje się w ciągu 7 lat – tyle czasu trzeba pocierpieć. Na dodatek w Rzymie lustra były bardzo ekskluzywnym wyposażeniem – nierzadko obramowane złotem i srebrem, więc po stłuczeniu często należało czekać 7 lat na kupienie nowego.
  • Ubieranie się na fioletowo do teatru. Nienawiść twórców teatralnych do tego koloru wywodzi się z religii katolickiej – w dawnych czasach, w okresie Wielkiego Postu, kiedy księża wdziewali fioletowe szaty, aktorzy, muzycy i inni twórcy mieli zakaz publicznych występów.
  • Wręczanie pustego portfela. Podobno taki portfel się nie zapełni, a żeby do tego nie dopuścić, wystarczy wsadzić doń symboliczną kwotę, nawet 1 eurocent. Szczęście przynosi też wczesnowiosenny spacer z portfelem w kieszeni – jeśli pierwszym ptakiem, jakiego usłyszymy, będzie kukułka, wówczas przez cały rok będą się nas trzymać pieniądze.
  • Życzenie rybakom buona pesca (‘dobrej ryby’) ani buona caccia (‘dobrego połowu’). Podobno gdy czegoś się komuś życzy – staje się dokładnie odwrotnie. Dlatego rybaków należy pozdrawiać zwykłym in bocca al lupo (‘powodzenia’). Odwołanie do tego przesądu znaleźć można w literaturze (np. Stary człowiek i morze Hemingwaya).

 


I jeszcze kilka rad, które pomogą uniknąć nieszczęścia…

  • Nie kładź kapelusza lub szalika na łóżku!
  • Nie hoduj w domu ptaka!
  • Nie zbieraj pawich piór!
  • Nie kupuj nikomu parzystej liczby kwiatów (w szczególności chryzantem, które kojarzą się z pogrzebem)!
  • Nie dawaj nikomu broszek, chusteczek do nosa i ostrych przedmiotów (przynoszą smutek i straty)!
  • Nie wracaj z pogrzebu tą samą drogą, którą przywieziono trumnę (aby zmylić zmarłego i zapobiec powrotowi jego duszy na ziemię)!

 

Oraz kilka zwyczajów przy stole…

  • Nie rozsypuj soli. Ten przesąd również bierze się z kultury antycznej: sól była wówczas bardzo cennym towarem – żołnierze dostawali wypłatę pod jej postacią (stąd słowo salario). Była też spoiwem łączącym przyjaciół – zawsze wysypana pośrodku stołu (w ten sposób mogli z niej korzystać wszyscy przybysze). Mówi się, że pewnego dnia jeden z gości przy stole wywrócił puchar z solą. Gospodarz tak się wściekł, że w szale wyciągnął szablę i zabił jegomościa. Dziś praktykuje się łagodniejsze sposoby odczarowania nieszczęścia: gdy wysypiesz sól, weź szczyptę i wyrzuć za lewe ramię – w ten sposób oślepisz czyhającego tam diabła. PS: Kiedy podajesz sól współbiesiadnikowi, połóż ją na stole tak, żeby sam mógł po nią sięgnąć – nigdy nie podawaj z ręki do ręki!
  • Lepiej nie siadać do stołu w 13 osób. Ten przesąd odwołuje się do Ostatniej Wieczerzy, do której zasiadł Jezus i 12 apostołów. Jak wiadomo, po wspólnej kolacji Jezus został zdradzony przez Judasza i ukrzyżowany. Jeśli więc siadacie do stołu w takiej konfiguracji – pamiętajcie, że śmierć czyha na tego, kto pierwszy wstanie od stołu czy też na biesiadnika nr 13. Jest jednak prosty sposób na przegonienie złego ducha: podobnie jak w Wigilię, należy dostawić nakrycie dla 14-tego gościa.
  • Nie kładź sztućców na krzyż. Przywołuje to śmierć Chrystusa, a kolejnego symbolu Męki Pańskiej i śmierci należy unikać.
  • Nie składaj serwetki w ten sam sposób, w którym ją zastałeś/zastałaś.
  • Nie graj w karty ani inne gry przy stole z obrusem.
  • Nie przysuwaj krzesła do stołu, kiedy od niego odchodzisz.
  • Zawsze nalewaj napój do pełna – bez względu na to, czy jest to sok, czy wino.

 

BIBLIOGRAFIA
  • Alberto Toso Fei, Misteri di Venezia, Edizioni LaToletta 2013.
  • Elsa Guggino, I canti e la magia. Percorsi di una ricerca.
  • Ruth Martin, Witchcraft and the Inquisition in Venice 1550-1650.
  • Ernesto De Martino, Il mondo magico. Prolegomenia a una storia del magismo; Sud e magia.
  • Elisabetta Moro, Marino Niola, Il Libro delle Superstizioni.
  • Cecilia Gatto Trocchi, Magia ed esoterismo in Italia; II Risorgimento esoterico; Nomadi spirituali. Mappe dei culti del nuovo millennio; Etnie, miti, culture.