Posted on

Płynne złoto Maroka

Jest potwornie gorąco, a w małej taksówce, poza kierowcą mieszczącej sześć innych osób, upał naprawdę daje się we znaki. Przyciśnięta do drzwi przez jednego ze współpasażerów, próbuję powstrzymać ogarniającą mnie senność. Zakurzona droga z Taroudantu do Tiznitu zdaje się wić bez końca. Spod wpółprzymkniętych powiek obserwuję przesuwający się za szybą krajobraz – płaski, wysuszony teren w kolorze złota, tu i ówdzie porośnięty kępkami rachitycznych roślin, którym nie straszny brak wody. Są też drzewa. Dziwacznie poskręcane, powyginane przez wiatr we wszystkie możliwe strony, o zadziwiająco bujnych zielonych koronach. Wyglądają jak pradawne stwory od zawsze wrośnięte w tę niegościnną ziemię, jakimś cudem czerpiące z niej energię, by z mozołem piąć się ku słońcu. Jest ich wiele. W nieregularnych, zupełnie przypadkowych odstępach ich sylwetki ciągną się aż po horyzont. Żar lejący się z nieba zupełnie obezwładnia. Bezmyślnie błądzę spojrzeniem, gdy niespodziewanie coś przykuwa mój wzrok. Niezliczone ciemne plamy poruszające się wśród konarów w oddali. Fatamorgana? Mrużę oczy, by widzieć lepiej, a i tak cały czas nie jestem pewna, co właściwie dostrzegłam. A jednak! Bez wątpienia są to… kozy. Mimo mych usilnych perswazji kierowca za żadne skarby nie chce się zatrzymać. Pędzimy więc dalej. Kiedy docieramy na miejsce, półprzytomna wytaczam się z samochodu i natychmiast postanawiam zawrócić tą samą trasą, którą przyjechaliśmy.

Droga pokonywana pieszo dłuży się niemiłosiernie. Za każdym kolejnym zakrętem mam nadzieję, że to już, że nareszcie je zobaczę. Po czterdziestu minutach spaceru w pełnym słońcu dosłownie spływam potem. Tuż nad ziemią faluje rozgrzane powietrze. I nagle zupełną ciszę przerywa charakterystyczny dźwięk. Są! W odległości kilkuset metrów dostrzegam całkiem spore stado. Kilkanaście zwierząt próbuje wdrapać się na rozłożyste konary, które obserwowałam wcześniej z samochodu. Inne, wyraźnie zadowolone, siedzą już pomiędzy liśćmi, z ukontentowaniem konsumując zielone owoce. Nie wierzę własnym oczom. Widok jest tyleż przezabawny, co niecodzienny.

Płynne złoto Maroka

Drzewa arganowe, czyli Argania spinosa, bo właśnie na nich żerują kozy, pojawiły się na ziemi miliony lat temu. Są gatunkiem endemicznym dla marokańskiej doliny Sus ciągnącej się od gór Atlasu na wschodzie po wybrzeże Oceanu Atlantyckiego na zachodzie. Te przybierające baśniowe kształty „żelazne” rośliny o kolczastych gałęziach i sękatych pniach mogą żyć aż 200 lat, zasypiając w okresach suszy. Są niezwykle wytrzymałe, a ich korzenie, sięgające nawet do 30 metrów wgłąb ziemi, przeciwdziałają erozji gleby, jednocześnie chroniąc naturalne zasoby wodne i powstrzymując ekspansję żarłocznej Sahary. Owoce i liście są pożywieniem dla zwierząt, a rzucające życiodajny cień korony idealnym miejscem na uprawy. Właśnie dlatego w 1998 roku marokański las arganowy został wpisany na listę rezerwatów biosferycznych Unesco.

Dla berberyjskich rodzin zamieszkujących ten teren drzewa arganowe od zawsze były kluczowym źródłem utrzymania, a wytłaczany z ich nasion olej, zwany marokańskim złotem, podstawowym składnikiem większości tradycyjnych dań, w tym Amlou, niezwykle popularnej słodkiej pasty z migdałów oraz miodu akacjowego. Powszechnie stosowany w medycynie ludowej miał zwalczać reumatyzm, choroby serca czy problemy ze skórą. Był również nieodłączną częścią wszelkich pielęgnacyjnych rytuałów. Czynił prawdziwe cuda. Nakładany na skórę wyrównywał jej koloryt oraz zapobiegał powstawaniu zmarszczek. Włosom dodawał objętości i wspaniałego połysku. Krótko mówiąc, odmładzał.

Dziś jest równie ważny, a jego pozyskanie tak samo skomplikowane, jak przed wiekami. Raz do roku Argania spinosa pokrywa się drobnymi żółtymi kwiatkami, z których zawiązują się małe jajowate owoce o żółtozielonej barwie, dojrzewające w przeciągu jednego roku. Na przełomie lipca i czerwca te, które nie zostały wcześniej zjedzone przez zwierzęta, spadają na ziemię. Wtedy to właśnie rozpoczyna się cały żmudny proces. Dojrzałe owoce suszy się na słońcu do momentu, kiedy ich skórka stanie się brązowa i pomarszczona, a dzięki temu stosunkowo łatwa do usunięcia. Ukryty pod nią migdałowy orzech zazdrośnie strzeże prawdziwego skarbu – trzech niepozornych nasionek.

Aby je wydobyć, należy otworzyć niezwykle twardą łupinę. Co więcej, trzeba zrobić to umiejętnie, gdyż drzewo i jego owoce wytworzyły swoisty mechanizm obronny: wstrząśnięte, wytwarzają kwas. W produkcji tradycyjnej Marokanki wydostają nasiona przy pomocy dwóch kamieni. Następnie przesypują je do moździerza  i mielą na gęstą masę, z której w procesie tłoczenia uzyskuje się olej kosmetyczny lub spożywczy, o silnym orzechowym aromacie. By nic się nie zmarnowało, zmielone resztki orzechów służą jako surowiec w produkcji ceramiki i kosmetycznych eksfoliantów, zaś z wyschniętej skorupy owoców powstaje pasza dla zwierząt.

W ostatnich latach zainteresowanie marokańskim złotem znacznie wzrosło. Najwięksi producenci oleju zatrudniają lokalnych pracowników, którym zapewniają komfortowe warunki pracy, posiłki, a nawet opiekę nad dziećmi. Powstały również kobiece kooperatywy, skupujące suszone owoce od rolników i zajmujące się tylko i wyłącznie obróbką arganowych orzechów. Dla kobiet, które wcześniej nie miały żadnych szans zarobienia własnych pieniędzy, ani tym bardziej uniezależnienia się od mężczyzn, jest to prawdziwa szansa. Wreszcie wyszły z domu. Razem stworzyły siostrzaną wspólnotę, dającą nieporównywalną z niczym innym siłę płynącą z poczucia przynależności. Dla nich arganowy olej to prawdziwe złoto – źródło utrzymania i przyszłość ich dzieci.

 

Posted on

Facet na wagę złota. 10 cech izraelskiego męża, na które warto się przygotować

Mojego męża poznałam w 2007 roku przez Internet. Nie były to jeszcze czasy Tindera; królował za to portal Sympatia. W Polsce stanowił on zupełne novum, jednak mój dzisiejszy mąż czuł się w wirtualnym świecie jak ryba w wodzie. Nic dziwnego – Izraelczycy są z wynalazkami za pan brat. W ich kraju działa przecież największe zagłębie technologiczne na świecie, ustępujące jedynie kalifornijskiej Dolinie Krzemowej; z maleńkiego kraju na Bliskim Wschodzie przywędrowało też do Europy wiele komputerowych wynalazków. To Izraelczycy wymyślili USB; to oni stworzyli tysiące niezwykle popularnych aplikacji na telefon i komputer, jak chociażby przydatna w samochodzie Waze czy popularny komunikator Viber. Dziś, po latach, nie dziwi mnie specjalnie, że mój ślubny, jak większość swoich krajan, wykazuje nałogowe przywiązanie do Internetu (1)… Nie powinnam chyba jednak narzekać. Komputerowi zawdzięczam przecież założenie rodziny.

1. IZRAELSKI NAŁÓG NR 1? INTERNET!
Izraelski nałóg – Internet – miewa swoje dobre strony

Nawet jeśli zbyt dużo pracuje przy komputerze lub, częściej, na telefonie, izraelski mężczyzna, za którego przykład weźmy dziś mojego męża, ma także bardziej przydatne zainteresowania. Należy do nich zdecydowanie tzw. shopping, czyli, jak mawiały nasze babcie, chodzenie na zakupy. Izraelski mężczyzna z radością pójdzie z tobą do galerii handlowej (wiele polskich centrów handlowych należy zresztą do firm izraelskich), na targ czy do supermarketu. Nie będzie nerwowo patrzył na zegarek, gdy mierzyć będziesz piętnastą spódnicę – szczególnie, jeśli wytropi na nią jakąś promocję. Nie mów mu, że nie potrzebujesz do spódnicy skarpetek w kropeczki ani czterdziestej kosmetyczki – przecież tylko głupi by z promocji nie skorzystał (2)! Co więcej, nawet w eleganckim butiku będzie targował się jak nakręcony. Efekt? Sprzedawca jeszcze ci do tej spódnicy dopłaci.

 

Ulice Tel Awiwu rzadko są tak puste. Zwykle wypełniają je tłumy Izraelczyków, którzy baaardzo chętnie robią zakupy
Ta ulica handlowa w Tel Awiwie zaraz wypełni się tłumem Izraelczyków, którzy baaardzo chętnie robią zakupy. Jeszcze chętniej, jeśli czekają na nich promocje. Przecież nie są frajerami!

 

Izraelski mężczyzna zna się nie tylko na Internecie i zakupach, o nie! Ma oryginalne hobby, rozległą wiedzę (według rozmaitych zestawień statystycznych, Izraelczycy należą do najlepiej wykształconych nacji na świecie) oraz przekonanie, że zna się najlepiej na wszystkim (3). Sądy wygłasza ze stanowczością kaznodziei, a gdy podajesz jego opinie w wątpliwość, podkreśla, że nahon lo nahon, tomar be bitahon – prawda to czy nieprawda, trzeba mówić z przekonaniem. Od początku znajomości będzie ci zresztą tym przekonaniem imponował – nazywając cię “miłością”, “życiem”, “duszą”. Poczujesz się ważna, w centrum zainteresowania. Nawet, jeśli znacie się tylko godzinę.

Na czym izraelski mężczyzna zna się najlepiej? Oczywiście – na kobietach! Cóż, nie przeczę, do mnie mój Izraelczyk ma podejście wyjątkowe. Na początku randkowania z delikwentem zdziwiona byłam tylko, jak często jego ziomkowie opowiadają dowcipy o Polkach (4). Są ich dwa główne typy: o zaborczych polskich matkach (chodzi oczywiście o matki tychże Izraelczyków, często pochodzące z Łodzi czy Krakowa) oraz zimnych i nieczułych polskich kochankach. Na szczęście zaraz po nich pojawiają się dowcipy o nieznośnych Izraelkach i konkluzja, że dobrą polską żonę każdy chętnie by sobie wziął.

Klasyczny Izraelczyk zna się na wszystkim. Jego przodkowie wznieśli przecież miasta na pustyni
Klasyczny Izraelczyk zna się na wszystkim – jego przodkowie wznieśli przecież miasta na pustyni

Jak już wspomnieliśmy, na zakupach ze swoim izraelskim absztyfikantem dowiesz się, polska kobieto, że nie można być w życiu frajerem. Rezultatem tego przekonania nie jest tylko nagminne korzystanie z promocji i obniżek, ale także obsesyjne sprawdzanie wiadomości (5) – w telewizji, radiu, Internecie i gazetach. Większość Izraelczyków tłumaczy swoje uzależnienie od newsów troską o polityczną sytuację kraju, nad którym wiecznie ciąży widmo wojny. Niepokojąco często przekonuję się jednak, że izraelski mężczyzna, strapiony perspektywą zbrojnych konfliktów, tak naprawdę zapoznaje się z wynikami ostatnio rozegranych zawodów w koszykówce albo cenami tanich lotów do Honolulu. Zapytany, dlaczego to robi, powie ci, że celebruje życie, chwyta chwilę. W tym Izraelczycy są rzeczywiście wybitni.

Każde miejsce i czas jest dobre do śledzenia najświeższych wiadomości. Fot. Government Press Office (GPO)
Każde miejsce i czas jest dobre do śledzenia najświeższych wiadomości. Fot. Israel Government Press Office (GPO)

 

Oczywiście śledzenie bieżących wydarzeń może być stresogenne, a nic tak nie relaksuje człowieka, jak smakowity kąsek na podniebieniu i wypoczynek na łonie natury. Na tymże łonie Izraelczyk spotyka się zaś wreszcie z wyrozumiałością Polaka, bo nagle okazuje się, że łączy ich wspólna i cudowna pasja: grillowanie. W Izraelu grilluje się nie tylko na kempingu i w wakacje (6), ale także w każdą prawie sobotę i święto. Pachnący mangal, jak określają grill Izraelczycy, jednoczy, buduje wspólnotę, zachęca do rozmowy i wzmaga apetyt. Przy okazji grupowego opiekania mięsa rodzą się przyjaźnie, kończą spory, nawiązują kontakty biznesowe i umacniają rodziny. Które, ma się rozumieć, mogą później rozpaść się przy zmywaniu.

 

Miłość do grilla łączy Polaków i Izraelczyków
Miłość do grilla łączy Polaków i Izraelczyków


Rodzina, nawet ta nadwątlona, jest w Izraelu rzeczą świętą (7).
Wynika to między innymi z faktu, że Izraelczyk należy do stworzeń wybitnie stadnych. Wolny czas najchętniej spędza w dużym gronie, z rodzicami i rodzeństwem spotyka się co piątek na szabatową kolację, a telefony do bliskich wykonuje pięćdziesiąt razy dziennie. I choć stary lokalny dowcip mówi, że izraelska matka tym tylko różni się od rottweilera, że rottweiler puści kiedyś wreszcie swoje dziecko, przywiązanie to działa także w drugą stronę: synowie dzwonią do matek i ojców przy każdej okazji, a jeszcze częściej – bez. Izraelskiemu mężczyźnie nie zarzucisz nigdy, że nie interesuje go własna rodzina.

Oddanie najbliższych wyraża się u izraelskiego mężczyzny także w inny sposób – przez uwielbienie dzieci. Na turystach przybywających do Ziemi Świętej samolotem wielkie wrażenie robi zwykle wizyta w lotniskowej męskiej toalecie – wyposażonej, tak samo jak damska, w przewijak dla maluchów. Izraelski tata jest zaangażowany w opiekę nad dzieckiem w równym stopniu, jak jego partnerka (8). Jako że żydowskie rodziny są zwykle wielodzietne, wynosi już z domu umiejętność zmieniania pieluch, ćwiczoną na młodszym bracie, czy składania wózka (pomagał kuzynce). To jedno z przyjemniejszych odkryć, których dokonać może polska żona!

 

Uwielbia dzieci
Typowy Izraelczyk uwielbia dzieci – a dzieci uwielbiają jego. Mój w każdym razie całkiem lubi swoje (na zdjęciu – z naszą starszą latoroślą)

 

Rozważając randkowanie z przystojnym Izraelczykiem, polska kobieta obawia się często różnic kulturowych, szczególnie tych wynikających z odmiennych religii i tradycji. Sprawę znacznie ułatwia jednak fakt, że znakomita część izraelskiego społeczeństwa jest zupełnie zlaicyzowana, nie przestrzega koszeru, a w synagodze ostatni raz była w podstawówce. Jest jednak na świecie coś, do czego każdy Izraelczyk podchodzi z prawdziwym nabożeństwem: hummus (8). Słonawy lub słodkawy, gęsty lub ciut rzadszy, z jajkiem, sumakiem, bobem czy burakiem – każdy Izraelczyk ma tu swoje własne wyznanie i preferencje, a dyskusje o odpowiedniej zawartości thiny (pasty tahini) w tym boskim wynalazku przeciągać mogą się przy stole głęboko w izraelską noc.

 

Religią Izraelczyka jest hummus
Religią Izraelczyka jest hummus – na zdjęciu ten z oferty restauracji Lente, nad którego recepturą Uri pracował długie miesiące

 

Hummus jest zresztą jedną z tych rzeczy, na które Izraelczyk zawsze narzeka na obczyźnie. Nikt bowiem nie umie przyrządzać go tak, jak mama czy właściciel ulubionego baru tuż przy domu. Nie byłoby w tym większego dramatu, gdyby nie fakt, że izraelski mężczyzna uwielbia podróżować, a każdą wolną chwilę najchętniej poświęciłby na wojaże (10). Wychowany w maleńkim państewku, marzy o wielkim świecie. Zaraz po ukończeniu służby wojskowej, wyjeżdża na rok, a czasem nawet na dłużej, kierując się do Azji, Ameryki czy Afryki, zwiedzając ją z plecakiem. Czasem, jakimś dziwnym trafem, zawędruje do Polski. I wtedy zaczyna się zupełnie inna historia…

 

Posted on

Zapisane na złocie. Etrusko-fenickie inskrypcje z Pyrgi

Zapisane na złocie. Etrusko-fenickie inskrypcje z Pyrgi

Położone nad Morzem Tyrreńskim Pyrgi było portem miasta Caere, dzisiejszego Cerveteri. Etruskiej nazwy tej miejscowości nie znamy, zachowała się tylko jej zlatynizowana nazwa grecka, którą przejęli Rzymianie (gr. Pyrgoi, lat. Pyrgi). Do połowy XX wieku o istnieniu tam miejsca kultu wiadomo było tylko z tekstów starożytnych autorów. W ich przekazach pojawia się wzmianka o splądrowaniu i zniszczeniu bogatego sanktuarium na początku IV wieku p.n.e. przez Greków z Syrakuz, walczących z „etruskimi piratami”. W którym dokładnie miejscu znajdował się ów okręg kultowy – przez wieki pozostawało zagadką. Udało się go jednak zlokalizować archeologom z Uniwersytetu w Rzymie podczas kampanii wykopaliskowych rozpoczętych w 1957 roku. Badaniami kierował wybitny znawca cywilizacji etruskiej – Massimo Pallottino.

W Pyrgi natrafiono na fundamenty dwóch monumentalnych świątyń: młodszej, określonej konwencjonalnie literą A, datowanej na lata 470-460 p.n.e., i starszej świątyni B, datowanej na lata 510-500 p.n.e. Świątynia B – jako chyba jedyna w Etrurii – przypominała grecki peripteros – miała jedną cellę (główne pomieszczenie świątynne) otoczoną ze wszystkich stron kolumnadą, co świadczy o wyraźnych wpływach greckich we wczesnym okresie. Młodsza świątynia była już typową świątynią etruską, nazywaną przez Witruwiusza templum tuscanicum, z szeroką, trójdzielną cellą i z kilkoma rzędami kolumn jedynie od frontu. Po obu budowlach pozostały tylko fundamenty oraz fragmenty dekoracji architektonicznych z polichromowanej terakoty, w tym rzeźbiarskiego zdobienia frontonów w stylu archaicznym i wczesnoklasycznym. Jednak nawet te szczątkowe pozostałości okazały się prawdziwymi dziełami sztuki, świadczącymi o kunszcie i wyrafinowaniu etruskich artystów i rzemieślników.

Głównym bóstwem czczonym w sanktuarium była bogini Uni (Junona), wraz z którą czczono boga Tinia, etruskiego Jowisza, i boginię Thesan – Jutrzenkę, identyfikowaną ze staroitalską i rzymską Matuta (Mater Matuta), boginią poranka i narodzin.

Museo di Villa Giulia
Rzeźby zdobiące świątynie z Pyrgi, dziś w Museo di Villa Giulia w Rzymie, fot. Giuseppe Savo / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

 

Złote blaszki z inskrypcjami

Najbardziej sensacyjnym znaleziskiem z Pyrgi stały się trzy złote blaszki – dwie z tekstami etruskimi i jedna z tekstem fenicko-punickim, pochodzące z końca VI wieku p.n.e. Znaleziono je zwinięte i niezniszczone, co oznacza, że były złożone w jakimś schowku. Pierwotnie były prawdopodobnie przybite do drzwi świątyni. Jest to bardzo wczesny zabytek pisma etruskiego, a także jeden z zaledwie kilku dłuższych zachowanych tekstów, zawierający 36 lub 37 słów (najdłuższy znany tekst etruski, liczący 1200 słów, zapisany jest na pasach tkaniny, które wykorzystano wtórnie do owinięcia tzw. Mumii z Zagrzebia). Mimo odkrycia kilkunastu tysięcy etruskich inskrypcji język ten wciąż nie został dobrze poznany. Nigdy nie natrafiono na tekst dwujęzyczny o identycznej treści zapisanej po etrusku i w jakimś innym, dobrze nam znanym języku. Przez chwilę łudzono się, że tekstem takim są lamine di Pyrgi. Niestety uczeni szybko się zorientowali, że nie jest to drugi „kamień z Rosetty” (owa słynna inskrypcja, która na początku XIX wieku umożliwiła Champollionowi odczytanie egipskich hieroglifów).

Oba teksty, etruski i fenicko-punicki, dotyczą tego samego faktu, poświęcenia jakichś obiektów – być może świątyni lub kaplicy – oraz przedmiotów bogini Uni-Astarte. Ale dość istotnie się różnią, a wersja fenicka, która służy za podstawę tłumaczenia, także nie jest całkiem jasna – mimo że odczytywanie fenickiego teoretycznie nie powinno nastręczać badaczom trudności. Tekst etruski pozostaje więc nie do końca rozszyfrowany – jego treść znamy tylko w ogólnych zarysach. Z lingwistycznego punktu widzenia inskrypcje z Pyrgi wniosły na razie niewiele nowego do wiedzy o mowie Etrusków.

 MM / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Fot. MM / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0


Zagadka Etrusków – wciąż intrygująca

Do dziś wśród naukowców trwają zapoczątkowane jeszcze w starożytności dyskusje na temat pochodzenia tego ludu. Większość starożytnych autorów uważała ich za przybyszów z Azji Mniejszej, potomków grupy Lidów, których powiódł na zachód mityczny Tyrrenos. W XIX wieku wysunięto często negowaną dziś hipotezę, że pra-Etruskowie przywędrowali z północy. Ale niewykluczone, że antenaci Etrusków należeli do ludów „miejscowych”, „starszych” od tych, które „za ludzkiej pamięci” osiedliły się na sąsiednich terenach. Co ciekawe, w źródłach starożytnych zachowały się echa takiej tradycji. Dionizjusz z Halikarnasu, grecki uczony z I wieku p.n.e., uważał Etrusków za autochtoniczny lud Italii. Zauważył też, że „ten najstarszy lud nie jest podobny do żadnego innego ani językiem, ani sposobem życia czy zwyczajami”. Przodkowie Etrusków mogli więc zamieszkiwać środkową Italię zanim jeszcze napłynęły tam fale indoeuropejskich ludów italskich (co miało miejsce w II tysiącleciu p.n.e.), a ich język należał być może do języków „dawniejszych”, których używali przed-indoeuropejscy mieszkańcy naszego kontynentu.

Obecnie kwestię pochodzenia Etrusków rozpatruje się pod nieco innym kątem. Uczeni skupiają się na procesie rozwoju cywilizacji etruskiej, który można prześledzić głównie dzięki badaniom archeologicznym. Niezależnie od tego, skąd i kiedy mogli przywędrować praprzodkowie Etrusków lub też zlepkiem jakich grup ludności byli, nie ma wątpliwości co do tego, że znany w okresie historycznym lud Etrusków wyodrębnił się i ukształtował w Italii i że tam rozwinęła się jego silnie naznaczona wpływami helleńskimi cywilizacja.

Na zdjęciu: etruskie malowidło z jednego z grobów w Tarkwinii.
Tajemniczość Etrusków wynika przede wszystkim stąd, że mówili językiem niepodobnym do innych języków starożytnej Europy. Na zdjęciu: etruskie malowidło z jednego z grobów w Tarkwinii.

Znane pismo, nieznany język        

Umiemy odczytywać znaki etruskiego alfabetu, czytać całe słowa i zdania, znamy reguły fonetyczne i pewne zasady gramatyki, lecz wciąż dobrze nie znamy samego języka, jego struktury, pochodzenia, a przede wszystkim słownictwa, którego zachował się zaledwie mały wycinek, bowiem większość zabytków pisma to krótkie inskrypcje. Nie zachowały się żadne fragmenty etruskiej literatury czy tekstów historycznych. Tłumaczenie dłuższych tekstów czy nawet zdań w tym języku jest wciąż tylko przybliżone. Lepsze poznanie etruskiego bardzo utrudnia fakt, że jest to język nieindoeuropejski, niepodobny prawie do żadnego języka używanego w przeszłości ani obecnie w Europie (pewne podobieństwa zaobserwowano tylko do równie mało znanego języka retyckiego i zagadkowego języka z wyspy Lemnos). W dodatku uczeni mogą się opierać tylko na krótkich i stosunkowo mało zróżnicowanych tekstach. Większość inskrypcji to bardzo krótkie napisy np. na wazach czy lustrach, a także nieco dłuższe, ale powielane według pewnego schematu napisy nagrobne. Najobszerniejsze są teksty religijne, związane z odprawianiem kultu, siłą rzeczy także dość do siebie podobne.

Na szczęście Etruskowie zapożyczyli znaki pisma z dobrze nam znanego archaicznego alfabetu greckiego, przyniesionego do Italii przez pierwszych helleńskich kolonizatorów z Eubei w VIII wieku p.n.e. Dostosowali greckie litery do brzmienia swojej mowy, ale w większości zachowali ich przyporządkowanie do poszczególnych głosek, dzięki czemu możemy czytać ich pismo. Alfabet etruski – jak grecki – był fonetyczny: każdej literze odpowiadała pojedyncza głoska. Pisano od prawej do lewej strony. Używane przez nas pismo łacińskie ma po części etruskie korzenie, bowiem – jak wiadomo – alfabet Rzymian, który przejęliśmy, oparty był na etruskim.

Zdaniem językoznawców był to język przykry dla ucha. Miał tylko cztery samogłoski – a, e, i oraz u; istniejące w alfabecie O nie było w praktyce używane; widniejący na niektórych inskrypcjach znak O to inny zapis litery Θ = th. Nie istniały dźwięczne spółgłoski b, d, g, zamiast których używano bezdźwięcznych p, t, k (np. mityczny Dedal – Daidalos, to po etrusku Taitle). Literę Z wymawiano jak polskie c, a oprócz zwykłego s było też ś. Sporo było spółgłosek aspirowanych –ph, th, kh– wymawianych dosłownie tak, jak zostały tu zapisane – z dodatkiem „h” (ph = Φ to nie było f! F oznaczone było innym znakiem, podobnym do 8). Niektórzy badacze sądzą, że specyficzna aspirowana wymowa w dzisiejszej Toskanii – słynne „hoha hola” (Coca Cola) – to relikt mowy etruskiej. Silny akcent na pierwszą sylabę powodował synkopowanie kolejnej sylaby lub sylab, co tłumaczy między innymi istnienie dwóch wersji nazwy, jaką określali siebie sami Etruskowie – Rasenna i „zredukowane” Rasna.

„Etruskowie żyli w środkowej Italii, na terenie ograniczonym przez rzeki Arno i Tyber, począwszy co najmniej od siódmego wieku przed Chrystusem (a zapewne i wcześniej), aż do pierwszego stulecia po Chrystusie. Grecy nazywali ich Tyrrenami i tę nazwę nadali położonemu na zachód od Półwyspu Apenińskiego morzu, zdominowanemu przez Etrusków (…). Wśród Rzymian znani byli jako Tusci bądź Etrusci, zaś oni sami nazywali siebie Rasna lub – jak pisze Dionizjusz z Halikarnasu (I wiek przed Chr.) – Rasenna” (L. Bonfante, Język etruski, przeł. W. Dobrowolski).
„Etruskowie żyli w środkowej Italii, na terenie ograniczonym przez rzeki Arno i Tyber, począwszy co najmniej od siódmego wieku przed Chrystusem (a zapewne i wcześniej), aż do pierwszego stulecia po Chrystusie. Grecy nazywali ich Tyrrenami i tę nazwę nadali położonemu na zachód od Półwyspu Apenińskiego morzu, zdominowanemu przez Etrusków (…). Wśród Rzymian znani byli jako Tusci bądź Etrusci, zaś oni sami nazywali siebie Rasna lub – jak pisze Dionizjusz z Halikarnasu (I wiek przed Chr.) – Rasenna” (L. Bonfante, Język etruski, przeł. W. Dobrowolski).

Blaszki z Pyrgi – świadectwo historyczne

Choć złote blaszki z dwujęzycznym tekstem nie stały się – jak dotąd – kluczem do lepszego poznania języka etruskiego, mają ogromną wartość jako źródło historyczne. Mówią o poświęceniu świątyni lub innego obiektu kultowego oraz być może posągu bogini Uni, identyfikowanej w obu wersjach językowych z bliskowschodnią Astarte, przez Etruska Thefarie Velianasa (lub Veliunasa), króla albo najwyższego urzędnika pobliskiego Caere. Mamy więc do czynienia z najwcześniej odnotowaną w źródle pisanym postacią z dziejów Etrurii. O innych dawnych Etruskach – na wpół legendarnych braciach Vibenna, Mastarnie, Larsie Porsennie czy dwóch Tarkwiniuszach – mówią znacznie późniejsze dzieła historyczne. Warto dodać, że imię Thefarie to odpowiednik rzymskiego Tiberius, a oba imiona mają związek z Tybrem.

Zapis aktu dziękczynnego Etruska wobec bogini Uni-Astarte jest też ważnym świadectwem epoki, w której toczyła się ostra i krwawa rywalizacja o dominację na Morzu Śródziemnym między Grekami, Kartagińczykami i Etruskami. Utożsamienie etruskiej bogini z Astarte mogło być nie tylko zwyczajową praktyką asymilowania obcych kultów w miastach portowych, otwartych na cudzoziemców. Wprowadzenie do Pyrgi fenicko-punickiego kultu przez władcę Caere było dowodem bliskich kontaktów z Kartagińczykami, z którymi nie tylko handlowano, lecz także sprzymierzano się w razie potrzeby. Pod koniec VI lub na początku V wieku p.n.e. Caere prawdopodobnie zawarło z nimi przymierze skierowane przeciw sycylijskim Grekom. Na ten sam okres przypada pierwsze przymierze Rzymian z Kartaginą (509 r.).

Etrusko-punickie układy nie powstrzymały jednak sukcesów Greków z Sycylii, którzy wkrótce potem, w 480 r. p.n.e., pokonali flotę kartagińską pod Himerą, a w 474 r. – zwyciężyli Etrusków w bitwie morskiej pod Kume. Etruska dominacja na Morzu Tyrreńskim została złamana.

 

Korzystałam m.in. z książki Larissy Bonfante, Język etruski, w przekładzie Witolda Dobrowolskiego, Warszawa 1998
Zdjęcie główne: Sailko / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Posted on

Mary Beard Kobiety i władza. Manifest

Pierwsze z nich cofa mnie do czasów stypendium naukowego w Rzymie. Jestem w stołówce Biblioteki Narodowej; razem ze mną przy stoliku siedzi mój włoski profesor, który dzień wcześniej zaproponował mi spotkanie “w bardzo ważnej sprawie”. Pochłaniając makaron, spogląda mi głęboko w oczy i oznajmia, że na studia doktoranckie przyjęto mnie raczej w podziwie dla mojej pupy niż pracy magisterskiej (w Polsce, nota bene, ocenionej na najwyższą notę). Moje kompetencje akademickie ocenia wprost jako zerowe, ale obiecuje pomóc, jeśli tylko zaproponuję mu kolację ze śniadaniem. Oczywiście – nic nikomu nie mówiąc. I rzeczywiście, piszę o tym tak otwarcie po raz pierwszy, przeszło 11 lat po spotkaniu w rzymskiej bibliotece. Zamarłam wtedy i zdębiałam, a później trwałam w tym stanie przez ponad dekadę.

 


Drugie wspomnienie przenosi mnie na początek dziennikarskiej drogi, gdy zaczynam prowadzić magazyn o kulturze włoskiej. Grupa Włochów promujących swój kraj w Polsce postanawia uświadomić mi wprost, że nie powinnam się na temat Italii w ogóle wypowiadać. Blisko dwumetrowy redaktor z konkurencyjnego pisma pręży przede mną muskuły i wymachuje przed nosem legitymacją dziennikarską, plując jednocześnie jadem. Jesteś Polką, podkreśla, a do tego kobietą. Nikt nie potraktuje cię poważnie. Daruj sobie. Zostaw to nam. Dziś, czytając rozważania Mary Beard, zastanawiam się, czy podobnie do mnie czuła się upokorzona Penelopa, którą uciszał własny syn, Telemach, rugając ją na kartach Odysei?

To właśnie ta mitologiczna historia pojawia się w manifeście Brytyjki; to właśnie przypomina mi bolesną prawdę. Umniejszanie kobiecych osiągnięć, negowanie intelektu, zamykanie damskich ust mają długą tradycję nie tylko w świecie Wschodu. “Wspaniała, światła tradycja” wywodząca się z drugiej części basenu Morza Śródziemnego także ma za sobą tysiące lat uprzedzeń wobec płci, którą przyszło mi reprezentować. Doświadczyłam ich na własnej skórze, nie uświadamiając sobie dotąd, że nie mówi o nich na lekcjach greki i łaciny, nie wymienia na lekcjach historii. Mary Beard, po raz pierwszy od dawna, nie zaskoczyła mnie erudycją, fascynującymi ciekawostkami czy dosadnym językiem. Sprawiła natomiast, że zaskoczyło mnie moje własne zadowolenie z tego, kim jest dziś kobieta w świecie zachodnim. Bo zadowolenia żadna z nas czuć nie powinna. Jeszcze nie. Jeszcze ciągle za wielu mamy bezczelnych Telemachów, za wiele pokornych Penelop, a za mało błyskotliwych manifestantek, które nam to odpowiednio uzmysłowią.

Mary Beard, Kobiety i władza. Manifest, tłumaczyła Ewa Hornowska, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2018
Posted on

Na głowie złoty ma wianek… O starożytnej biżuterii greckiej

Wężowa bransoleta z węzłem Heraklesa, Muzeum Biżuterii w Pforzheim

Ciekawe, czy młode dziewczęta pamiętają jeszcze, że pochodzi on z północnych wybrzeży Afryki, a symbolizował zjednoczenie Górnego i Dolnego Egiptu? Od tego czasu upłynęło tyle setek lat, że nikt już takich niuansów nie roztrząsa. Za to ów węzeł będzie lśnił blaskiem złota i granatów, już słońca w tym zasługa. Jeszcze tylko wąż oplecie jej przedramię i będzie mogła udać się do świątyni, aby ofiarować Zeusowi dębowy wieniec z płatków złota cieniutkich niczym prawdziwe liście.

Być może w dalekiej przeszłości taka scenka miała rzeczywiście miejsce. Niewykluczone, że owa Greczynka wiedziała, że bogactwo i różnorodność biżuterii zawdzięcza Aleksandrowi Wielkiemu i jego podbojom. Moment śmierci króla Macedonii w 323 r. p.n.e. uznajemy za początek okresu hellenistycznego. To wówczas ma miejesce prawdziwy rozkwit sztuki złotniczej z jej misternymi deseniami, orientalnymi wzorami i kunsztownymi połączeniami.

Przenieśmy się jednak do wieków wcześniejszych okresu klasycznego (V i IV stulecie p.n.e.). W owym czasie również lubowano się w złotym kruszcu – niezwykłym metalu, który nie ulega korozji, nie utlenia się i nie ciemnieje, zachowując swój blask. Do tego wszystkiego z 1 uncji złota (28.35 g) można uzyskać 30 m² blachy lub cieniutki drut o długości… 80.5 km!

Kolczyki amorki, okres hellenistyczny ok 200 – 100 r. p.n.e. | Victoria & Albert Museum Londyn
Kolczyki amorki, okres hellenistyczny ok 200 – 100 r. p.n.e., Victoria & Albert Museum w Londynie

W okresie archaicznym i klasycznym zasoby złota na terenie Grecji były ograniczone, więc Grecy nie mogli sobie pozwolić na przepych. Mimo to, już w VII w. p.n.e. Zaleukos, władca jednej z greckich kolonii, wprowadził restrykcyjne przepisy dotyczące ilości biżuterii zakładanej przez wolne Greczynki. W zasadzie zakazywały one noszenia złotej biżuterii oraz ubiorów zdobionych purpurą, czyli niesłychanie drogim barwnikiem uzyskiwanym z mięczaków żyjących w Morzu Śródziemnym. Ze względu na trudność i koszt jego uzyskania zaczęto stosować go tylko w strojach przeznaczonych dla władców i dostojników. Na zbytek biżuterii i purpury mogły sobie pozwolić także kurtyzany, których zakaz nie obowiązywał. I pomyśleć, że wiele wieków później w odległej Japonii bogaty strój miał odróżnić panie lekkich obyczajów od gejsz…

Pogląd, że w okresie klasycznym biżuteria nie była tak popularna, jak w następnej epoce, może wynikać także z niewielu zachowanych przykładów sztuki złotniczej. Taki stan rzeczy jest poniekąd konsekwencją zwyczajów ówczesnych Greków, którzy prawie nie praktykowali umieszczania biżuterii w pochówku. W związku z tym niewiele klejnotów przetrwało do naszych czasów – po prostu pokonały je wymogi zmieniającej się mody. Kolczyki o kształcie łodzi, zawieszki przedstawiające ludzkie głowy czy granulowane diademy zostały przetopione, by dać początek biżuterii hellenistycznej.

Kolczyk w kształcie łódki, okres klasyczny 400-325 p.n.e. | Museum of Fine Arts Boston
Kolczyk w kształcie łódki, okres klasyczny 400-325 p.n.e., Museum of Fine Arts w Bostonie

Hellenizm olśniewa nas bogactwem złota, kamieni i emalii. Na przekór ostrym przepisom, które nadal obowiązywały w poszczególnych miastach-państwach, a od V w. p.n.e. wyrażały również sprzeciw wobec zbytkownego wyposażenia grobowców, Grecy i Greczynki przemycali do swego życia blask złota. Najchętniej przyodziewali się w biżuterię w trakcie uczt i ceremonii religijnych. Niezwykle popularne były pierścienie ze skarabeuszem, motywem przywiezionym wprost ze Starożytnego Egiptu, lub zdobione wklęsłym reliefem. Taki ornament określamy mianem intaglio – w powierzchni złota lub kamieni wykonywano wgłębny wzór, który mógł służyć również jako pieczęć.

Greczynki lubowały się w bransoletach przedstawiających węża oplatającego przedramię – symbol dostatku i urodzaju. Wierzono w jego oddziaływanie magiczne i siłę odpędzania złych mocy. Noszono także pierścienie i bransolety o formie uroborosa, czyli staroegipskiego węża pożerającego własny ogon, który uosabiał wieczne odradzanie się ducha i materii. Bardzo ceniona była wcześniej wspomniana forma węzła Heraklesa, któremu przypisywano moce uzdrawiające. Motyw ten pojawiał się także w trakcie ślubów – stawał się wtedy symbolem męskiej siły i zyskiwał moc wiążącą małżeństwo. Strój panny młodej zabezpieczano owymwęzłem, a rozwiązać mógł go tylko pan młody.

Podwiązka o kształcie węzła Heraklesa z Benaki Museum w Atenach.
Podwiązka o kształcie węzła Heraklesa, Benaki Museum w Atenach

Niezwykłym przykładem kunsztu hellenistycznych złotników są wieńce ze złotych liściastych gałązek, kwiatów, żołędzi i okazjonalnie insektów. Bez problemu możemy rozpoznać przedstawione gatunki roślin: liście dębu, drzewa oliwnego czy laurowe. W delikatnych płatkach złota wytłaczano wzór i wycinano wzdłuż brzegów. Następnie łączono je z cieniutkimi drutami służącymi do montażu liści na miedzianej lub złotej obręczy zapinanej na guzik z pętelką. Takie wieńce były symbolem statusu posiadacza; ofiarowywano je także za rozmaite zasługi. Ze względu na delikatność wieńców, badacze przypuszczają, że nie były stworzone do noszenia. Częściej stawały się darem wotywnym i ozdobą rzeźb przedstawiających bóstwa oraz wyposażeniem składanym w grobach możnych mieszkańców miast Grecji. Wyjątkowo rozpowszechniony był motyw liści dębu łączonyz symbolami świata podziemnego oraz kultu Zeusa. Inwentarze świątynne nieraz wymieniają wieńce i gałązki prawdziwego dębu jako ofiarę składaną na cześć bogów.

6. Wieniec z liście dębu i żołędzi, późny okres klasyczny lub wczesnohellenistyczny IV w p.n.e. | Museum of Fine Arts Boston
Wieniec z liście dębu i żołędzi, późny okres klasyczny lub wczesnohellenistyczny IV w p.n.e., Museum of Fine Arts w Bostonie

Oddzielny rozdział stanowią kolczyki o niezwykle finezyjnych i figuralnych formach. Przykładem niech będzie kolczyk znajdujący się w Museum of Fine Arts w Bostonie, przedstawiający postać Nike powożącej dwukonnym rydwanem. Cały kolczyk ma zaledwie 5.0 cm wysokości, a rzemieślnikowi udało się przedstawić ruch postaci, nadać bogini indywidualne rysy twarzy, a nawet odziać ją w biżuterię! Całą kompozycję wymodelował z ponad stu kawałeczków złota – i nie jest to odosobniona realizacja.

Kolczyk przedstawiający Nike powożącą dwukonnym rydwanem, późny okres klasyczny lub wczesnohellenistyczny około 350-325 r. p.n.e. | Museum of Fine Arts Boston
Kolczyk przedstawiający Nike powożącą dwukonnym rydwanem, późny okres klasyczny lub wczesnohellenistyczny około 350-325 r. p.n.e., Museum of Fine Arts w Bostonie

Miniaturowe amorki, zdobne rozety, głowy zwierząt – baranów, lwów czy delfinów – miały za zadanie upiększyć postać ludzką i wynieść ją ponad inne. Filigrany i granulacja; tematy zaczerpnięte z Azji Mniejszej przemieszane z klasycznymi wzorami; granaty, ametysty i karneole połączone z barwną emalią i egipskim fajansem, czyli imitacją kamieni szlachetnych, to wszystko odnajdujemy w pozostałościach złotego blichtru dawnej Grecji. Najbardziej luksusowa sztuka świata antycznego skryła się w tych złocistych formach. Fantazja i pomysłowość twórcy splotła się z odwagą klientów, a niedawne podboje pozwoliły na import kruszcu z odległych krain oraz wprowadziły oddech rozmaitości i zaskoczenia, który czeka nawet współczesnego widza.

Jednym z najlepszych miejsc do kontemplacji antycznej greckiej biżuterii będą chłodne mury ateńskiej willi, gdzie swą siedzibę ma Benaki Museum. W wyściełanych granatową materią gablotach pysznią się skarby minionych stuleci, przyciągając swym ciepłym blaskiem. Jeśli daleko Wam do Grecji, a planujecie wizytę na włoskim bucie, to wybierzcie się na jego południowy kraniec, czyli do dawnej Wielkiej Grecji. Ta bogata kolonia słynęła ze złotniczego majstersztyku, który łączyła z doświadczeniami Etrusków i Rzymian. Szczególnie warte polecenia jest Narodowe Muzeum Archeologiczne w Tarencie, zwanym zresztą Paryżem starożytności. Po dziś dzień słynie ono z kunsztownych wytworów antycznych mistrzów.

 

Benaki Museum, Koumpari 1, Ateny 106 74, Grecja
Narodowe Muzeum Archeologiczne, Via Cavour 10, 74123 Tarent, Włochy

 

Zdjęcie główne: wężowa bransoleta z węzłem Heraklesa, Muzeum Biżuterii w Pforzheim, fot. Marta Norenberg
Posted on

W dobrej cenie. O białym i czerwonym złocie

O tym, jak ważną rolę odgrywała w życiu gospodarczym i społecznym Europy, świadczy choćby to, że wyznaczała drogi handlu. Słynna starożytna via Salaria wzięła nazwę właśnie od soli (sale), którą Sabinowie transportowali znad Adriatyku. Dziś tym samym szlakiem biegnie włoska droga krajowa SS 4.

Ślady tego, jak bardzo sól była dawniej doceniana, ukryte są też w nazewnictwie. Przedrostki Hall- (język celtycki), Sel- (łacina) czy Saltz- (niemiecki) występujące w nazwach takich miast, jak Hallstatt, Salzburg czy Saale przypominają o tym, że były to ośrodki, które wyrosły na halurgii – produkcji soli.

Białe złoto – sól

Włoskie terminy salsa i salumi (sos i wędliny) także pochodzą od soli. Białe kryształki są nadal nieodzownym składnikiem wielu śródziemnomorskich potraw: dorszy, sardeli (patrz intensywne w smaku anchois), śledzi w beczkach czy pikantnych marynat.
Odbicie tego, czym była sól, znajdziemy wreszcie w słowach salario (po włosku), salaire (po francusky) czy salary (po angielsku) oznaczających pensję – w starożytnym Rzymie legionistom często płacono bowiem solą.

Już w VII w. p.n.e. Rzymianie założyli własne saliny w Ostii, u ujścia Tybru. Wykopywali płytki staw, który napełniali wodą morską. Gdy pod wpływem słońca woda wyparowywała, na dnie osadzała się sól. Gdziekolwiek docierali Rzymianie, zakładali kolejne saliny. To oni odkryli też, że solą można konserwować mięso. W późniejszych wiekach biała przyprawa stawała się często źródłem konfliktów w obszarze Morza Śródziemnego. O prawo monopolu i wykorzystywanie warzelnie soli na Sardynii czy w Afryce Północnej toczyły boje Wenecja, Genua i Piza. Nie mniejsze pretensje do soli rościł sobie Watykan: znane jest oburzenie papieża Juliusza II, gdy dowiedział się, że książę Ferrary Alfonso d’Este sprzedaje sól Lombardii i Piemontowi po niższych cenach, za nic mając to, że to właśnie papież miał z nimi umowę. Znawcy historii francuskiej utrzymują, że sól stała się również po części przyczyną Rewolucji Francuskiej. Słynny podatek od soli, gabelle, był zmorą francuskiej ludności. Na przestrzeni lat malał i rósł, ale zawsze znacząco podnosił koszt żywności, do której konserwacji sól była wykorzystywana. Za nieuiszczanie podatku ludzie byli często skazywani na galery czy śmierć. Dlatego w pierwszych dnaich rewolucji to przeciwko poborcom solnego podatku zwrócił się podobno największy gniew gawiedzi. Co ciekawe, podatek został zniesiony dopiero w 1945 roku, ale – uwaga – dziś niektórzy posłowie postulują, by do niego powrócić, ponieważ według najnowszych badań Francuzi jedzą ponad dwa razy więcej soli niż sugeruje to Światowa Organizacja Zdrowia. Przedawkowana, z białego złota staje się białą śmiercią. Czyżby wprowadzenie podatku miało ukrócić jej spożywanie? Co więcej, państwo francuskie idzie dalej w solnych zapędach, uznając, że woda z basenu Morza Śródziemnego ma konkretną cenę handlową. Teoretycznie bez odpowiedniego zezwolenia nie można zaczęrpnąć z morza nawet wiadra wody. W ślad za Francją podążają w tym temacie również Włochy. Hanno sale in zucca – można by skomplementować handlowy dryg obu nacji…

Więcej o tajemnicach soli przeczytać można tutaj. Fot. Max Pixel
Więcej o tajemnicach soli przeczytać można tutaj. Fot. Max Pixel


Czerwone złoto – szafran

Narodził się w Persji, potem zawitał do Egiptu, handlowała nim Wenecja. Dziś największe uprawy znajdują się m.in. w Hiszpanii. Jedna z najdroższych odmian szafranu pochodzi z hiszpańskiego regionu La Mancha.
W renesansie cena szafranu przewyższała wartość złota, a i dziś kilogram tej przyprawy może kosztować nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Wszystko dlatego, że jej uprawa jest nader skomplikowana i pracochłonna, a zbiory odbywają się ręcznie. Ciekawe jest to, że kwiaty, z których otrzymuje się charakterystyczne czerwone nitki, rzadko komu kojarzą się z luksusem. To krokusy uprawne z gatunku Sativus. Nie kwitną one wiosną, jak większość krokusów, ale na jesieni. Zbiory zaczynają się w październiku i trwają zaledwie dwa tygodnie. Kwiaty należy zrywać tuż po zakwitnięciu, zanim zwiędną. Delikatnym ruchem wyrywa się z nich znamiona słupków, które po wysuszeniu stają się cenną przyprawą. Jak dotąd nie wymyślono jeszcze takiej maszyny, która umiałaby to zrobić równie finezyjnie, jak kobieca dłoń. Ze stu kwiatów otrzymuje się zaledwie 1 gram suszonego szafranu.
Wysoka wartość szafranu bierze się również stąd, że krokusom, zakwitającym w ciągu jednej nocy, przypisywano od wieków właściwości magiczne. Jak głosi plotka, Kleopatra dodawała szafran do kąpieli, ufając, że dzięki przyprawie jej doznania erotyczne będą silniejsze. Starożytni Grecy używali go jako barwnika, mieszając z wodą potasową. Aleksander Wielki z kolei, popijając herbatę z szfaranem, wierzył, że przyprawa wyleczy rany, jakie zostału mu zadane w licznych bitwach. Prawda jest jednak taka, że szafran faktycznie potrafi wynieść potrawę pod niebiosa, ale przedawkowany równie spektakularnie umie ją zniszczyć. No cóż, taka już chyba uroda złota pod różnymi postaciami – jest dobre, ale w niewielkich ilościach.

 

Posted on

Złote kamyki

Jak Rzym, to barok i starożytne ruiny – skojarzenie jest tak natychmiastowe i jasne, że trudno z nim polemizować. A jednak można się sprzeczać. I nawet trzeba. Bo Rzym epatuje nie tylko formą i wielkością, ale migocze też tysiącami złotych kamyków.

Tuż przed moim ostatnim wyjazdem do włoskiej stolicy trafiłam na książkę Ewy Bieńkowskiej Spacery po Rzymie – publikację, z której niezwłocznie uczyniłam swój przewodnik, wytyczając sobie nowy szlak rzymskich wędrówek. Szlak prowadzący śladem wczesnośredniowiecznych mozaik.
Lateran, Santa Maria Maggiore, Santa Cecilia in Trastevere, Santa Maria in Trastevere, Santa Prassede, Santa Prudenziana – po czterodniowym intensywnym zwiedzaniu mozaiki zlewają mi się w jedną całość o złotej poświacie. Wybieram dwa kościoły, znajdujące się najbliżej mojego hotelu, i wracam do nich wieczorami, by jak najmocniej wyryć sobie w pamięci historie, które opowiedziane są w ich apsydach.

W Santa Maria Maggiore niełatwo jest oglądać mozaikę z nawy głównej, przesłania ją bowiem wysoki baldachim nad ołtarzem. Trzeba podejść bliżej, by nareszcie ukazała się w pełnej krasie para tronująca, Matka Boska i Jezus. Chrystus w jednej ręce trzyma księgę, drugą wkłada koronę na głowę Maryi. Parę otacza granatowe koło z gwiazdami, słońcem i księżycem (symbolizujące kosmos), które podtrzymują anioły. Ujęcie jest typowe dla sztuki biznatyjskiej: układ głównych bohaterów nawiązuje do podobnych przedstawień par władców; spojrzenie oczu jest zamyślone, jakby nieobecne – znak, że postaci przebywają w innym, duchowym świecie. Zachwyca mnie tradycyjne empireum nad parą (wachlarz w kolorach różowym, granatowym i turkusowym), mieniące się kolorami skrzydła aniołów, które do sztywnej sceny wprowadzją nieco życia, oraz niebieskie pawie wśród skręconych spiralnie gałęzi winogradu. Ze złotem mozaiki współgra złocony kasetonowy sufit bazyliki – kruszec, którym został pokryty, przywiózł podobno Kolumb z pierwszej wyprawy do Nowego Świata. To normalne w rzymskich kościołach, że wyraźnie widać, jak następowały po sobie kolejne epoki, nakładały się na siebie i zazębiały, tworząc nową całość. Ciekawe, że mimo różnicy wieków i stylów, poszczególne elementy nawet całkiem nieźle się uzupełniają. Jednak ani ufundowany przez papieża Aleksandra VI Borgię sufit, ani starożytne kolumny wyrwane ruinom świątyni Junony nie są w stanie przyćmić złota mieniącego się w apsydzie.

Santa Maria Maggiore
Santa Maria Maggiore

Tuż obok bazyliki maryjnej stoi moja ulubienica, Santa Prassede, z wielobarwnym mozaikowym tłumem postaci i scen. Patrząc z dołu łuk apsydy i łuk triumfalny nakładają się na siebie, potęgując wrażenie, że wszystkiego jest aż nadto. Na chmurze w centrum mozaiki stoi błogosławiący Chrustus, towarzyszą mu św. Piotr i Paweł oraz papież Paschalis I, który ufundował kościół – wszyscy ujęci lekko pod kątem, ale tradycyjnie jeszcze patrzący nieobecnym wzrokiem na wprost. Dalej chóry anielskie oraz święci i apostołowie ściśnięci mocno, jak chce bizantyjska maniera, w jedną zwartą grupę. Zostawiam ich na chwilę i przechodzę do kaplicy św. Zenona usytuowanej w bocznej nawie. Wyobraźmy sobie, że zamknięto nas w celi wybitej złotem i na tym tle ułożono figury o barwach esencjalnych, zaczerpniętych z pieca alchemicznego, gdzie wytwarzają się prakolory wszystkich rzeczy – pisze Ewa Bieńkowska. Cztery anioły w czterech rogach kaplicy podtrzymują popiersie Chrystusa w centrum sklepienia. Małe, ciasne pomieszczenie sprawia, że jeszcze intensywniej czujemy niemą obecność Boga, jeszcze dobitniej przemawiają do nas głęboki granat, czerwień, ciemna zieleń i złoto. W kościele odbywa się msza dla niewielkiej grupki wiernych, ale dźwięki modlitwy dziwnie nie dochodzą do kaplicy. Jestem tu sama, śledzona przez kilka par oczu obserwujących mnie z sufitu – w takie wieczory najmocniej odczuwa się wiek murów. Kiedy wychodzę z kaplicy do nawy głównej, oślepia mnie jasna przestrzeń i strzelające pod sufit starożytne kolumny z granitu.

 

Santa Prassede, fot. Luciano Tronati / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Santa Prassede, fot. Luciano Tronati / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

Mozaiki z Santa Maria Maggiore i Santa Pressede tkwią jeszcze głęboko w epoce bizantyjskiej. Ale są w Rzymie złote dzieła, które zdają się już mówić innym językiem. To mozaiki w bazylice Santa Maria in Trastevere. Chodzi jednak nie o te główne w apsydzie, lecz o ciąg niewielkich scen z życia Maryji stworzonych ręką Cavalliniego. Malarz i mozaikarz późnego średniowiecza, dekadę starszy od Giotta, nieśmiało jeszcze, ale z pełnym przekonaniem zaczyna przepracowywać maniery bizantyjskie, kładąc podwaliny pod nową epokę. Doszukiwanie się w jego sztuce pierwszych zapowiedzi renesansu sprawia mi autentyczną frajdę. Z zaangażowaniem dziecka śledzę więc wzrokiem po scenach Narodzin Maryi, Zwiastowania, Zaśnięcia i w końcu odnajduję w nich kilka znamiennych cech. Na przykład to, że w postaciach Cavalliniego jest zdecydowanie więcej życia, ich ruchy i gesty są bardziej elastyczne, naturalne. Do tego w tle pojawiają się skrótowe, ale finezyjnie naszkicowane krajobrazy i architektura z ładnie wyprowadzoną perspektywą. Styl narracji przerasta wszystkie mozaiki, które do tej pory widziałam w Rzymie. I choć Cavallini gęsto kładzie złoto, czerpiąc z kultury Bizancjum, sposób, w jaki przedstawia treść, zapowiada już nowożytne czasy.

Dzieło Pietra Cavalliniego w Santa Maria in Trastevere
Dzieło Pietra Cavalliniego w Santa Maria in Trastevere

 

Książkę Ewy Bieńkowskiej Spacery po Rzymie wydały Zeszyty Literackie w 2010 r.
Posted on

Spaghetti Aglio e Olio

spaghetti aglio olio peperoncino

Nazwana przez Homera “płynnym złotem”, oliwa stanowiła jeden z najcenniejszych towarów starożytności. Za sprawą sadzonki drzewa oliwnego Atenie udało się wygrać spór z Posejdonem, z którym rywalizowała o władanie nad Atenami, właśnie zjednoczonymi przez króla Kekropsa Atenami. Jej dar został uznany przez mieszkańców miasta za cenniejszy niż słone źródło Posejdona, a na pamiątkę tego wydarzenia w pobliżu pierwszego drzewa oliwnego na zboczach Akropolu stanął Partenon.

Podarek Ateny słusznie uznano za bardziej przydatny w życiu codziennym. Na przestrzeni wieków drzewo oliwne było wykorzystywane na wiele sposobów. Oliwki i oliwa znalazły zastosowanie nie tylko w kuchni. Złocistozieloną oliwę ucierano z kwiatami i ziołami, tworząc maści i kosmetyki. Stosowano ją jako paliwo w lampach oliwnych. Przed zawodami spartańscy atleci nacierali muskularne ciała oliwą, a zwycięzców olimpiad dekorowano wieńcami z oliwnych witek. Gaje oliwne uważano za miejsca święte, a ścinanie za ścięcie drzew groziły surowe kary. W starożytnym Rzymie podatki płacono czasami w formie danin z oliwy, wtedy też zaczęto dzielić oliwę według jakości. Olei floris, czyli “kwiat oliwy”, stanowił odpowiednik dzisiejszej oliwy extra vergine.

spaghetti aglio olio peperoncino

Spaghetti Aglio, Olio e Peperoncino

porcja dla 2 osób

200 g spaghetti
2 ząbki czosnku, pokrojone w cienkie plasterki
1 papryczka chili, posiekana
6 łyżek oliwy
garść posiekanej natki pietruszki
opcjonalnie: sól i pieprz
starty parmezan

spaghetti aglio olio peperoncino

Spaghetti gotujemy al dente (około 10 minut).
W międzyczasie podgrzewamy oliwę w głębokiej patelni.
Na średnim ogniu delikatnie podsmażamy czosnek i chili.
Dodajemy ugotowany makaron, mieszamy i podgrzewamy razem przez 1-2 minuty.
Posypujemy pietruszką i podajemy.
Doprawiamy solą i pieprzem, możemy też posypać makaron z parmezanem.

Posted on

Oliwa. Tajemnice płynnego złota

Historia oliwy i oliwek sięga bardzo daleko w czasie. Prasy oliwne były znane już około pięciu tysięcy lat temu. Jak napisała Maguelonne Toussaint-Samat w Historii naturalnej i moralnej jedzenia, w pewnym momencie historii do chleba i wina, dwóch filarów pożywienia w cywilizacji zachodniej, doszła oliwa, która jest jej światłem. Objawienie tej trójcy, fundamentalnej dla zdrowia ludzie i dobrobytu państw, przypisuje się życzliwym i pokojowym bogom, nie tym, których ludzie najbardziej się boją, lecz tym, których najbardziej miłują: Demeter, Dionizosowi i Atenie. Jak podkreśla autorka, choć oliwa była znana na długo przed starożytnymi Grekami, to nikt inny nie potrafił o niej tak pięknie mówić. Rzeczywiście, to Homer jako pierwszy nazwał oliwę „płynnym złotem”.

W cieniu starego drzewa

Drzewa oliwne, o wąskich, eleganckich liściach, zielonych z wierzchu, a srebrzystych pod spodem, są długowieczne – dożywają nawet tysiąca lat. Jest jednak na świecie kilkanaście drzew, które pretendują do miana oliwkowych rekordzistów. Wśród nich godny uwagi jest gaj oliwny w libańskich górach, w miejscowości Bechealeh. Rośnie tam 16 drzew, które nazywane są siostrami Noego, a ich wiek szacowany jest na sześć tysięcy lat. Miejscowi twierdzą, że z jednego z nich pochodziła gałązka oliwna, którą gołębica przyniosła starotestamentowemu patriarsze na znak, że skończył się potop.

Inne sędziwe drzewo oliwkowe rośnie na zachód od miasta Chania na Krecie. Może mieć nawet cztery tysiące lat – choć część naukowców upiera się, że liczy ich „zaledwie” trzy tysiące – i nadal owocuje. Średnica jego pnia to ok. 4,6 metra, obwód zaś – 12,5 metra. Jak napisano na stronie Muzeum Drzewa Oliwnego, które mieści się nieopodal oliwki-seniorki, drzewo oliwne jest częścią naszej codzienności, daje nam pożywienie, radość, symbolizuje siłę i zwycięstwo. Mówiąc po prostu, jest ono symbolem piękna, pokoju, przyjaźni i cywilizacji.  Rzeczywiście, w starożytności gałązka z drzewa oliwnego przyniesiona na spotkanie z wrogiem oznaczała dążenie do pokoju. Symbol ten przetrwał do naszych czasów. Słynny gołąbek pokoju, naszkicowany przez Pabla Picassa na ścianie mieszkania na Kole, warszawskim osiedlu, miał w dziobie gałązkę oliwną.

Za najpiękniejsze i największe na świecie uchodzą natomiast gaje oliwne na Korfu. Ich uprawę nadzorowali Wenecjanie, którzy rządzili wyspą w latach 1204-1669. Doża ustanowił prawo, według którego za każde posadzone drzewo płacono 10 sztuk złota. Dziś na tej niedużej wyspie rosną ponad cztery miliony drzew oliwnych. Wyglądają trochę inaczej niż te włoskie czy hiszpańskie: są bardziej poskręcane, o węźlastych pniach. Podobno patron wyspy, św. Spirydon, zakazał przycinania drzew oliwnych, bo uważał to za barbarzyństwo.

oliwki

Oliwa mityczna i biblijna

Według starożytnych Egipcjan ludzie otrzymali oliwę w darze od bogini Izydy. Grecy z kolei twierdzili, że zawdzięczają ją Atenie. Podczas walki o władzę nad Attyką, którą Atena toczyła z Posejdonem, wygrać miał ten, kto przekaże ludziom najcenniejszy dar. Posejdon ofiarował wspaniałego rumaka, który wyłonił się z morskich fal, Atena zaś – drzewo oliwne, symbol pokoju i sytości. Oczywiście mądra bogini wygrała, a Grecy wierzą, że na Akropolu nadal rosną drzewa, które są praprawnuczkami tej pierwszej, boskiej oliwki. Pod drzewem oliwnym narodzili się m.in. Artemida i Apollo, a także założyciel Rzymu – Romulus razem z bratem Remusem.

W Biblii o oliwie mówi się ponad 100 razy. Namaszczano nią królów, proroków i zwykłych śmiertelników; oświetlano nią drogi i domy. Chrześcijanie wierzą, że pod drzewami, które rosną teraz w jerozolimskim ogrodzie Getsemani, modlił się Jezus Chrystus.

W judaizmie z oliwą związane jest grudniowe święto Chanuka, czyli festiwal świateł. Upamiętnia on zwycięstwo Machabeuszy nad Grekami i odbicie z ich rąk Świątyni Jerozolimskiej.  Podczas jej ponownego święcenia wydarzył się cud: potrzebna do konsekracji niewielka ilość oliwy paliła się przez osiem dni. Od tamtej pory Żydzi, na pamiątkę niezwykłego zdarzenia, palą świece w specjalnym świeczniku zwanym chanukija.

W Koranie również znajdziemy kilka wzmianek o oliwie, bo i wyznawcy islamu uważają drzewo oliwne za święte. Mahomet zalecał wiernym, by jedli oliwę i namaszczali nią ciała.

Pamiątki po dawnych czasach

Gaje oliwne, oliwki i oliwa są prawie tak stare jak świat, nic więc dziwnego, że liczne są świadectwa ich odwiecznej obecności wśród ludzi.

Admiratorami i sprzedawcami oliwy byli tajemniczy Etruskowie. Ślady handlu oliwą można znaleźć m.in. w tumulusach (kurhanach), które udostępniane są turystom chociażby na cmentarzysku Banditaccia w Cerveteri nieopodal Rzymu. W umbryjskim Orvieto odnaleziono zaś etruską prasę do wyciskania tłustego oliwnego soku.

Rzymskie wzgórze – Monte Testaccio (Monte dei Cocci) – usypane zostało z potłuczonych amfor oliwnych z czasów Cesarstwa Rzymskiego. Wznosi się niedaleko brzegu Tybru, gdzie do portu przybijały statki przewożące amfory z oliwą. Szacuje się, że Testaccio składa się z potłuczonych szczątków ponad 50 mln amfor z oliwą, która była importowana na koszt państwa. Wzgórze prawdopodobnie zaczęło powstawać w I wieku p.n.e., natomiast swą „karierę” wysypiska skończyło po 260 roku n.e. Okolice wzgórza amfor są dziś jedną z najbardziej malowniczych dzielnic Rzymu.

W rzymskich Pompejach, które w 79 roku n.e. zniszczyła erupcja Wezuwiusza, wulkaniczny pył-konserwator zachował m.in. amfory z oliwą. W termopoliach można tam niemal zajrzeć do garnków starożytnych Rzymian i przekonać się, jak ważna była oliwa w ich śródziemnomorskiej diecie, najzdrowszej ze zdrowych.

Oliwa, uroda i sport

Za czasów faraonów i piramid oliwy używano nie tylko do jedzenia i oświetlania. Wyrabiano na jej bazie m.in. perfumy.

Starożytni Grecy nie znali mydła. Radzili sobie więc w inny sposób: w utrzymywaniu skóry w czystości i dobrej formie pomagała im właśnie oliwa z oliwek. Oliwą hojnie namaszczali ciała atleci. Podczas igrzysk olimpijskich, organizowanych ku czci Zeusa, zapalano dla najwyższego z bogów znicz w gaju oliwnym. Skronie zwycięzców dekorowano wieńcami z gałęzi świętego drzewa, a najlepsi z najlepszych dostawali też amfory pełne najprzedniejszej oliwy.             

W oliwnym gaju

Drzewa oliwne nie są wymagające – rosną nawet na nieurodzajnej, kamienistej ziemi.  Nie lubią tylko zimna i braku słońca. Znajdziemy je więc prawie wszędzie tam, gdzie jest ciepło: w Azji, Afryce, obu Amerykach, a nawet w Australii. Wymagają od plantatorów cierpliwości, bo owocować zaczynają w wieku ok. 5 lat, a plony z początku nie są imponujące. Drzewa wydają najwięcej owoców w sile wieku, czyli około 40. roku życia. Po 150 latach moce drzewa maleją, korona obumiera, a z pnia wyrastają nowe gałęzie. Roślina odradza się, by znowu podjąć trud życia.

Oliwki są gotowe do zbioru, zależnie od klimatu, w październiku lub na początku listopada. Z zielonych, jeszcze nie do końca dojrzałych, otrzymuje się oliwę najostrzejszą w smaku. Im oliwki ciemniejsze, tym oliwa z nich będzie słodsza. Uwaga, niech nikt się nie skusi na krągłą oliwkę zerwana prosto z drzewa – o jej smaku chce się szybko zapomnieć.

Oliwki „wyczesuje” się z gałęzi specjalnymi wielkimi grzebieniami. Znana jest też metoda otrząsania owoców z drzew na rozłożone pod nimi maty. Specjaliści twierdzą, że szlachetne oliwki nie przepadają za wymyślnymi maszynami rolniczymi.

Oliwa jak wino

Nauka o winie to enologia. Nauka o oliwie? Jeszcze nie ma swojej nazwy. Ale oliwa, tak jak wino, dzieli się na różne gatunki. Oliwny kiper bezbłędnie pozna, skąd pochodzi szlachetny, płynny tłuszcz. Tak jak w przypadku wina, mówi się o apelacjach oliwy, czyli „miejscach kontrolowanego pochodzenia”. Która jest najlepsza, to kwestia smaku, a producenci oliwy – m.in. ci z Hiszpanii, Portugalii, Grecji i Turcji – spierają się bez wytchnienia o pierwszeństwo.

Na koniec porada praktyczna, czyli jak czytać etykiety na butelkach z oliwą. Extra vergine – najszlachetniejsza, dziewicza, z pierwszego tłoczenia na zimno; doskonała do jedzenia na surowo. Jest niefiltrowana, naturalnie mętna. Vergine – z drugiego i trzeciego tłoczenia, niezła, nadal nierafinowana, mniej aromatyczna. Po prostu olio d’oliva – poddawana procesowi oczyszczania, bez smaku i wyrazistego koloru, idealna za to do smażenia i duszenia potraw. I ostatni rodzaj – olio di sansa d’oliva. Jest to wytwarzana z wytłoków z oliwek, mocno rafinowana, bardzo uboga krewna tej dziewiczej.

 

Tekst ukazał się drukiem w Lente#04.
Zdjęcie główne: Bilal Yassine / Flickr, CC BY-SA 2.0
Posted on

Na straży tego, co najbardziej cenne. Rozmowa z Cristiną Caboni

W Pani ostatniej książce wiele jest o ziemi, z której Pani pochodzi i którą wybrała Pani na swój dom także jako dojrzała osoba.

Rzeczywiście, bo to dzięki temu, że urodziłam się na Sardynii i przeżyłam wiele z tego, co przeszła moja bohaterka Angelica Senes, mogłam tę książkę napisać. Kobieta, która śpiewała pszczołom, opisywana w książce, to postać z mojej rodziny – była moją cioteczną babką. Nie mogłabym spisać tej historii, gdybym urodziła się gdzie indziej, gdybym żyła w innym miejscu. Morze, wiatr, śpiewanie pszczołom i idea czuwania nad nimi to najważniejsze elementy mojej powieści – potrafiłam o nich opowiedzieć, bo stanowią część mnie.

Cristina Caboni ze swoimi pszczołami
Cristina Caboni ze swoimi pszczołami. Specjalnie dla czytelników “Lente” napisała: Invio un abbraccio ai miei lettori polacchi che mi hanno accolto con tanto calore e gentilezza. Seguo su Instagram tutte le recensioni, i pareri e le foto meravigliose che hanno realizzato. Vi sono davvero molto grata! (“Przesyłam uściski moim polskim czytelnikom, którzy przyjęli mnie z wielkim ciepłem i sympatią. Śledzę opinie i wspaniałe zdjęcia na Instagramie. Jestem Wam naprawdę bardzo wdzięczna!”


Robi to Pani w sposób serdeczny i ciepły, pełen miłości. Trochę mnie to zaskoczyło, bo Sardynię maluje się zwykle jako wyspę surową, niegościną, zaś jej mieszkańcy uchodzą za nieufnych, niedostępnych, zamkniętych w sobie.

Każdy twórca opisuje swój świat i to, jak go odbiera. Moja Sardynia, rzeczywiście, jest wyspą zamieszkaną przez ludzi nowoczesnych, którzy jednak pamięcią sięgają głęboko wstecz. Fundamentem jest dla nich tradycja, ale także przychylność młodemu pokoleniu. Ono zresztą samo chce żyć nowocześnie, stojąc zarazem na straży tego, co ma najpiękniejszego i najbardziej cennego.

W naszej ostatniej publikacji rozprawiamy o metamorfozach. Widzę je także tutaj, a na myśl przychodzi mi słynny cytat z Lamparta – choć odnosi się do innej włoskiej wyspy, Sycylii, to i tutaj pasuje doskonale. Wszystko musi się zmienić, żeby wszystko pozostało takie, jak dawniej. Zmiany to zresztą także coś, co przechodzą bohaterowie wszystkich Pani książek – myślę więc, że jest to motyw bliski Pani sercu.

Zmiana jest składową możliwości. Możliwości, które oferuje nam życie. Uważam, że obowiązkiem człowieka jest uczynić wszystko, by jego egzystencja była szczęśliwa. Jeśli coś nam przeszkadza, musimy to zmienić.

Większość z nas zmian się boi – pisałam o tym we wstępie do Metamorfoz. Wolimy tkwić w szponach rutyny, bo jest oswojona. Nielubiana, ale dobrze znana. Pani podjęła wyzwanie i zmieniła swoje życie o 180 stopni.

Tak, zrobiłam to. Zanim zaczęłam pisać, wykonywałam zawód, którego nie lubiłam; wraz z mężem stwierdziłam jednak w pewnym momencie, że zależy mi na życiu bliższym marzeniom. Zdecydowaliśmy się na rozpoczęcie hodowli pszczół. To było piękne doświadczenie, z którego narodziły się kolejne. Odzyskane szczęście i radość życia pozwoliły mi inaczej spojrzeć na wszystko wokół. Pisanie książek było wynikiem tej zmiany.

Książkę Cristiny Caboni Strażniczka miodu i pszczół można teraz kupić w zestawie z antologią śródziemnomorską Metamorfozy. Zapraszamy tutaj!
Książkę Cristiny Caboni Strażniczka miodu i pszczół można teraz kupić w zestawie z antologią śródziemnomorską Metamorfozy – w niebywale atrakcyjnej cenie! Zapraszamy tutaj.

Jednak nie zaczęła Pani od pszczół, czyli tego, co okazało się w Pani życiu najważniejsze. Pani pierwsza, moja zresztą ulubiona, książka, poświęcona była zapachom i sztuce perfumiarskiej.

Pisanie o czymś, co jest tak bardzo częścią ciebie, co płynie w twoich żyłach, nie jest łatwe. Sardynię trudno jest przedstawić taką, jaką jest naprawdę, bez popadania w schematy, które zresztą ukazują ją zwykle w negatywnym świetle. Zanim więc mogłam zacząć swoją opowieść, musiałam zdobyć odpowiednie narzędzia potrzebne do opisania tej rzeczywiście ubogiej, surowej, smaganej wiatrem ziemi, która jest jednocześnie niezwykle hojna. Opisanie historii Angeliki wymagało ode mnie wiele pracy, a właściwy głos odnalazłam dopiero po wielu próbach.

Wspomina Pani o trudzie, a założę się, że wielu Pani czytelników wyobraża sobie Pani pracę jako nieustające wakacje na pięknej, słonecznej wyspie. Zapewne mało kto zdaje sobie sprawę, że praca pisarki może być bardzo wyczerpująca, czasem pewnie nawet nudna.

Myślę, że najlepszym określeniem jest “wymagająca”. Ja żyję w alternatywnej rzeczywistości. Jestem świadkiem scen, słucham głosów moich bohaterów i zastanawiam się, jak przekazać ich słowa czytelnikom. Nie zaprzeczam jednak, że rzeczywiście mieszkam w pięknym domu na wsi, w otoczeniu zieleni i gajów cytrusowych. Wiosną, kiedy zakwitają, wszystko robi się zielono-białe, a zapach kwiatów pomarańczy unosi się wszędzie. Poprawia humor i zmienia percepcję rzeczywistości.

Wiosenna Sardynia
Wiosenna Sardynia

 

Kwiaty, zapachy, natura – to esencja Pani książek. Czytałam także trzecią, nieprzełożoną dotąd na język polski: Il giardino dei fiori segreti. Ciekawa jestem, która najbliższa jest Pani sercu.

Każda z nich stanowi częścią mnie w jakiś inny sposób. Szlak perfum jest jak pierwsze dziecko – przedsięwzięcie, w które wchodzimy całą sobą. Strażniczka miodu stanowi natomiast wyraz mojej troski o środowisko naturalne. Il giardino dei fiori segreti to historia wybaczenia i dojrzewania. W tej chwili w Niemczech, Albanii, Holandii i Grecji wychodzi moja kolejna książka, La rilegatrice di storie perdute. W jej wypadku czułam się najbardziej zaangażowana jaka kobieta. Szykuję też nową historię, w której główną bohaterką znowu będzie Sardynia. Trudno mi więc odpowiedzieć na to pytanie.

Wszystkie Pani powieści przepełnione są nostalgią za dawnym stylem życia, za codziennością powolną jak przed laty, za kontaktem z przyrodą. Czy jest to coś, za czym Pani tęskni, czy też wręcz odwrotnie – coś, co jest Pani udziałem i co z radością Pani opisuje? 

Dla człowieka istnieje tylko to, co bierze pod uwagę, na czym się skupia. Reszta nam umyka, nie ma znaczenia. Pisząc o czymś, co mnie pasjonuje, o naszych dawnych tradycjach, o przyrodzie, o pszczołach, sugeruję, jak możemy zmienić swoje życie, jeśli zaangażujemy zmysły. Powrót do własnego człowieczeństwa może nam zrobić tylko dobrze… Dlatego staram się zwrócić uwagę czytelników na te proste sprawy, codzienne czynności.


Pani książki są rzeczywiście niezwykle zmysłowe – mam tu na myśli pierwsze znaczenie tego przymiotnika, czyli “odnoszące się do zmysłów”. Mnóstwo tu zapachów, smaków, dźwięków i pięknych obrazów. Zastanawiam się, jaki ma Pani stosunek do wszystkiego tego, co cyfrowe. To przecież w tej przestrzeni głównie dzisiaj żyjemy, a bardzo jej daleko do świata Pani bohaterek.

Uważam, że nie daje ona satysfakcji takiej, jak świadomość, że możemy stworzyć coś własnymi rękoma. Nic zresztą takiej satysfakcji nie daje. Czy będzie to wykonanie utworu na instrumencie muzycznym, czy upieczenie ciasta, namalowanie obrazu czy pielęgnowanie rośliny, a może staranna kaligrafia czy uszycie sukni – to są radości nieporównywalne z niczym innym. Świat cyfrowy jest abstrakcją. Między światem, który ciągle pędzi, a naszą własną egzystencją, w której jesteśmy samowystarczalni, musi istnieć równowaga. Nie możemy tych dwóch sfer oddzielić, ale możemy przywiązywać do każdej z nich odpowiednią wagę.

Może łatwo jest tak powiedzieć, gdy mieszka się wśród pomarańczowych drzewek, na śródziemnomorskiej wyspie? Wiele Pani czytelniczek pochodzi z dużych miast – od Mediolanu i Rzymu po Kraków i Warszawę. Jak, wśród tłumu, smogów i ciągłego pośpiechu odtworzyć piękne życie opisywane w Pani książkach? Jakie rady ma Pani dla mieszkanek wielkich aglomeracji?

To są proste rzeczy, których zwykle nikt nie bierze pod uwagę – właśnie dlatego, że są tak proste, tak banalne. Bez względu na to, gdzie mieszkamy, mamy obowiązek znaleźć odrobinę czasu i przestrzeni dla siebie. Balkon, maleńki taras, niewielki ogródek. Kilka metrów. Urządźmy to miejsce tak, jak lubimy, zgodnie z własnym widzimisię. W tym jednym punkcie postawmy się w centrum swojej własnej uwagi. Znalezienie kilku minut dziennie dla siebie, aby zająć się tym, co sprawia nam największą przyjemność, naprawdę uszczęśliwia.

Maleńki balkon, trochę zieleni, lektura – oto proste recepty na szczęście.
Maleńki balkon, trochę zieleni, lektura – oto proste recepty na szczęście. Strażniczkę miodu i pszczół wraz z Metamorfozami zamówisz tutaj.

Cenię Pani książki za to, że, mówiąc właśnie o tak prostych rzeczach, uczą i inspirują. Nie są banalnymi opowiastkami o miłości, choć przecież zalicza się je do tak zwanej literatury kobiecej. Termin ten ma często negatywny wydźwięk.

Tak było od zawsze – opowieści o uczuciach zawsze spotykały się z uprzedzeniami. Człowiek uczuć się boi, bo za ich sprawą staje się bezbronny. Wyśmiewanie emocji jest więc sposobem ich zdominowania, zapanowania nad nimi. Przez wieki to jednak właśnie ludowe opowieści, te najprostsze, miały najwięcej odbiorców – bo najłatwiej było identyfikować się z ich bohaterami. To kwestia instynktu. My sami jesteśmy instynktem. Miłość jest jedną z naszych najważniejszych, najbardziej podstawowych potrzeb. Gdybyśmy nauczyli się kochać, wiele problemów dzisiejszych społeczeństw dałoby się rozwiązać. Dlatego nie wstydźmy się historii miłosnych. Miłość to to, co popycha nas do wielkich czynów, pozwala przekraczać własne granice. Miłość sprawia, że jesteśmy lepsi i szczęśliwsi.

Pani, na swój sposób, poprzez swoje książki, walczy o ten lepszy świat. Domyślam się, że bardzo ważna jest dla Pani ekologia – miłość do przyrody jest bardzo odczuwalna w Pani powieściach.

Smuci mnie, że nie szanujemy tego, co zostało nam dane; doceniamy dopiero to, co tracimy. Pszczoły giną, a doprowadziły do tego działania uważane przez niektórych ludzi za konieczne. Wszyscy o tym wiedzą, wszyscy o tym mówią, ale tak napradę nikt nie robi nic, by temu zapobiec. Pamiętajmy – bez pszczół nie ma pożywienia. Tam, gdzie nie ma pożywienia, nie ma życia, to bardzo proste. Jeśli tylko każdy z nas wykonałby drobny gest, razem moglibyśmy uczynić świat lepszym.

 

Krajobrazy Sardynii, fot. M4rvin / Flickr, CC BY-SA 2.0


Nasi czytelnicy, jak mniemam, są bardzo zaangażowani w działania mające na celu ochronę przyrody, ale na wszelki wypadek odeślijmy ich do strony Greenpeace, gdzie można dowiedzieć się, jak pomóc pszczołom.

Na zakończenie naszej rozmowy, w ramach pozytywnego akcentu, chciałabym jeszcze poprosić Panią o wskazanie, w jakie rejony Sardynii powinien udać się podróżnik spragniony atmosfery poznanej dzięki Pani książkom. Nie opisuje w niej Pani konkretnych, rzeczywistych miejscowości, wierzę jednak, że jest to tylko kwestia nazw.

Południe Sardynii pełne jest miejsc podobnych do Abbadulche. Jeśli odwiedzicie wiosną wyspę św. Piotra i tamtejsze miasteczko Carloforte, poznacie zapachy, które opisuję w książce. Jeśli będziecie szukać wiekowych drzew oliwnych i kobiety, która śpiewa pszczołom, to także będzie właściwy kierunek… A jeśli przyjdzie Wam ochota na spróbowanie dobrego miodu, udajcie się do San Sperate, w prowincji Cagliari, i spytajcie o tych od miodu właśnie – o Cabonich.

 

Posted on

Leć, myśli, na skrzydłach złocistych. Giuseppe Verdi

O jego operach napisano już chyba wszystko, co można było napisać. Aż trudno uwierzyć, że ten elegancki starszy pan budził tak skrajne emocje. Jedni widzieli w nim geniusza, inni zarzucali mu brak talentu. Dyskusje o jego dziełach rozgrzewały publiczność i krytyków, porzucały operowe wnętrza i wychodziły na ulice. Sam kompozytor nie brał w tym udziału. Kiedy nad Italią przetaczały się kolejne muzyczne burze, on pochylał się już nad kolejną operą – poprawiał libretto, składał nuty, negocjował najlepszych wykonawców i godziwe zarobki. Z dala od zamieszania, choć absolutnie w centrum muzyki.

Początki

Przyszedł na świat 10 października 1813 roku w wiosce Le Roncole, w regionie Emilia-Romania. Miał wielkie szczęście, że jego ojciec był wrażliwym człowiekiem. Carlo Verdi marzył wprawdzie, by Giuseppe w przyszłości pomógł mu prowadzić sklep, ale gdy chłopak zaczął zdradzać nie kupieckie, lecz muzyczne zainteresowania, ojciec nie stanął na drodze do jego szczęścia. Co więcej, pomagał, jak mógł. Podarował synowi szpinet, mały instrument z rodziny klawesynów, który Verdi do końca swych dni traktował niemal jak relikwię. Mały Giuseppe tak zawzięcie ćwiczył na szpinecie, że po niedługim czasie trzeba było wezwać mistrza, który naprawił intensywnie używany sprzęt. Nie wziął pieniędzy za usługę, twierdząc, że za zapłatę wystarczy mu świadomość, że ćwiczy na nim tak uzdolniony młodzieniec. Verdi miał wtedy osiem lat.

Dwa lata później ojciec zrozumiał, że aby jego syn mógł rozwijać swoje zdolności muzyczne, musi wyjechać z rodzinnej wioski. O radę poprosił swojego partnera w interesach. I tak w życiu Verdiego pojawił się hurtownik Antonio Barezzi, z którym zwiąże kompozytora dozgonna przyjaźń i ogromny szacunek. Barezzi stanie się aniołem stróżem Verdiego, jego sponsorem i doradcą; a od pewnego momentu także członkiem rodziny. Barezzi oddał chłopca pod skrzydła miejscowego kanonika, który najchętniej widziałby swego podopiecznego w stanie duchownym. Na jego nieszczęście, czternastoletni Giuseppe dostał się też pod skrzydła profesjonalnego muzyka, który dostrzegł w nim talent i nie zamierzał dopuścić, by chłopiec zmarnował się w stanie duchownym. Między nauczycielem muzyki i kanonikiem doszło do pojedynku o duszę chłopca. W końcu kanonik uległ i Verdi mógł już całkiem swobodnie rozwijać swoje umiejętności. Szło mu tak dobrze, że w końcu sponsor i nauczyciel postanowili wysłać go tam, gdzie w owych czasach biło serce włoskiej muzyki – do Mediolanu. Niestety, nie dostał się do konserwatorium się i ta pierwsza ważna przegrana pozostała w jego pamięci na zawsze. Kiedy wiele lat później do sławnego i uwielbianego Verdiego zwrócono się z prośbą, by pozwolił nadać swe imię mediolańskiemu konwersatorium, miał ponoć odpowiedzieć krótko: Nie chcieli mnie młodego, nie będą mieli starego.

Giuseppe Verdi dipinto da Giovanni Boldini. (1886)
Giuseppe Verdi na portrecie pędzla Giovanniego Boldiniego (1886)


Z piekła na szczyt

Choć z zachowanych obrazów spogląda na nas łagodny starszy pan, Verdi wcale nie miał łagodnej duszy. Bywał pamiętliwy i uparty, nie zapominał urazy. Podczas przygotowań do wystawienia opery bywał despotyczny, krzyczał na członków orkiestry, narzekał na śpiewaków, w nieskończoność poprawiał każdy, najmniejszy szczegół libretta, muzyki czy inscenizacji. W swoim dążeniu do doskonałości potrafił być tyranem. Ciągle był niezadowolony z siebie, irytowały go własne niepowodzenia, denerwował się na ludzi, którzy utrudniali mu osiągnięcie sukcesu. Kiedy nie dostał się do konwersatorium w Mediolanie, doradzono mu lekcje u pewnego kompozytora i dyrygenta, przez wiele lat związanego z La Scalą. To miało młodzieńcowi ułatwić dostęp do najlepszej włoskiej sceny operowej. Cóż z tego, skoro nauczyciel niczego nie zamierzał przyspieszać i skupił się na żmudnych ćwiczeniach. Verdi złościł się i pisał w jednym ze swych listów: Na przestrzeni trzech lat nauki u niego nie pisałem nic innego, jak kanony i fugi, fugi i kanony w różnych sosach. Nikt nie uczył mnie instrumentacji i sposobu podejścia do dramatycznej muzyki. Frustracja narastała, ale niepostrzeżenie rosły też umiejętności Verdiego. Po trzech latach wspólnych zajęć profesor uznał, że niczego więcej nie może już chłopca nauczyć i zakończył lekcje. Nadszedł czas na samodzielną karierę. W głowie Verdiego powstawał właśnie zarys pierwszej opery.

Zanim Oberto ujrzał światło dzienne, Verdi powrócił z Mediolanu do Busseto, gdzie czekał na niego Antonio Barezzi, a także – a może przede wszystkim – jego córka Margherita. Od dawna byli sobie bliscy, a ponieważ mądry ojciec nie stawał na drodze do ich szczęścia, 5 maja 1836 roku młodzi wzięli ślub. Urodziła się córka, wkrótce również syn. Giuseppe pracował nad swą pierwszą operą. Wszystko zdawało się iść w dobrą stronę. I wtedy doszło do pierwszej tragedii: zmarła szesnastomiesięczna córeczka. Wkrótce kolejny cios: zmarł syn. I trzecie nieszczęście: zaledwie cztery lata po ślubie odeszła również żona, Margherita. Verdi został zupełnie sam. Wprawdzie Oberto odniósł sukces, ale śmierć najbliższych przyćmiła radość, a druga opera, Dzień panowania, przyniosła największą operową klęskę w życiu Verdiego. Świat kompozytora zawalił się, skończyły się nadzieje i marzenia. Zlikwidował mediolańskie mieszkanie, odesłał meble, sam wynajął jakiś skromny pokój i zapragnął zniknąć. Jadał w tanich jadłodajniach, nie spotykał się z przyjaciółmi, odrzucił towarzystwo ludzi. Nie myślał o komponowaniu. Zanosiło się na koniec krótkiej kariery.

Trzeba przyznać, że Verdi miał niezwykłe szczęście do ludzi. Choć obrażał się na nich, bywał niewdzięczny, nadmiernie wymagający, krzyczał i pouczał bez przerwy, lgnęli do niego ludzie ważni i wartościowi. Jego talent prawdopodobnie nie rozwinąłby się tak pięknie, gdyby nie grono wiernych przyjaciół i znajomych, którzy pomagali mu w trudnych momentach. Tak też było po życiowej katastrofie, gdy Verdi odrzucił komponowanie. Na jego drodze stanął wówczas Bartolomeo Merelli, impresario w La Scali. Wcześniej wystawił już, z sukcesem, Oberta, potem nie przestraszył się klęski drugiej opery i postanowił przekonać młodego kompozytora, by dał szansę kolejnemu utworowi. Wręczył mu niepozorną opowieść o Nabuchodonozorze. Verdi bronił się, ale wieczorem w końcu przeczytał. I wszystko wróciło, poczuł zapomnianą pasję i energię: Czytam jeden fragment, czytam drugi. Następnie, trwając w zamiarze niekomponowania więcej, zadaję sobie gwałt i odkładam manuskrypt – udaję się do łóżka. Ale gdzie tam! Nabucco tętni mi w głowie, sen nie nadchodzi. Wstaję i czytam libretto, nie raz, lecz dwa, trzy razy, tak że rano, można powiedzieć, cały tekst Solery umiałem na pamięć. W ciągu kilku miesięcy powstała opera, która rozpoczęła triumfalny pochód Verdiego przez włoskie i europejskie sceny operowe. Był rok 1842, Verdi miał wówczas 29 lat. Przed nim było jeszcze 59 lat życia i 23 opery. Wyczerpał limit tragedii.

 

Przyjaciele na dobre i na złe

Kiedy po Nabucco wrócił do aktywnego życia, wokół niego pojawiło się wiele niezwykłych osób, a część z nich została w życiu Verdiego na długie lata. Warto wspomnieć o Klarze Maffei, niezbyt szczęśliwej żonie poety, która rozczarowanie nieudanym małżeństwem rekompensowała sobie prowadzeniem ożywionego życia towarzyskiego. Stała się powierniczką Verdiego, a ich kilkudziesięcioletnia przyjaźń rozwijała się głównie dzięki listom. To dzięki korespondencji z Klarą tak wiele wiemy o Verdim, to jej bowiem zdradzał swoje myśli i uczucia, jej opowiadał o sukcesach i porażkach. A kiedy po latach zmarła, kompozytor napisał: Straciłem najdroższego przyjaciela, przyjaźń ta trwała czterdzieści cztery lata! Hrabinę Klarę Maffei, którą pani znała, być może, ze słyszenia. Dobrą, mądrą, kochającą; starego przyjaciela, na którym można było polegać!

Przyjaźń ta, wszystko na to wskazuje, była absolutnie platoniczna. Inaczej stało się w przypadku pewnej intrygującej kobiety, która również pojawiła się w życiu Verdiego. To Giuseppina Strepponi, zwana Peppiną. Kiedy się poznali, Verdi był mężem Margherity, a Peppina przyjaźniła się z Merellim z La Scali. Była śpiewaczką, przyznajmy: świetną. Śpiewała w Obercie i w Nabucco, bardzo ceniła sobie twórczość Verdiego i jego samego, namawiała swego przyjaciela, by zaufał talentowi młodego kompozytora. Potem ich drogi się rozeszły. Spotkali się kilka lat później, w Paryżu. On miał wówczas 34 lata i przed sobą świetlaną przyszłość, ona – 32 lata i kończyła właśnie karierę jako śpiewaczka. Między doświadczonymi przez życie, ale wciąż jeszcze młodymi ludźmi pojawiło się uczucie, które związało ich na całe życie. Peppina stała się towarzyszką wielkiego mistrza, jego najwierniejszą przyjaciółką. Dbała o jego codzienność, organizowała mu wygodne życie, pobudzała do tworzenia, prowadziła korespondencję z jego znajomymi i przyjaciółmi, dbając o interesy męża. Podobno nie była piękna, ale pełna uroku, inteligencji i klasy. Doskonale odnajdywała się na salonach Europy, gdzie bywała wraz z mężem. I tylko od czasu do czasu pisała do przyjaciół, że jest smutna, czuje się trochę zapomniana, odsunięta na bok. Sława Verdiego sprawiła, że musiała się nim dzielić z całym światem.

Wielkim przyjacielem Verdiego był też jego teść, Antonio Barezzi. Przez całe życie wspierał kompozytora. Na początku finansował jego naukę, potem pomagał podczas małżeństwa z Margheritą. Po śmierci córki trudno mu było uznać inną kobietę w życiu swego zięcia, ale urok i troskliwość Peppiny sprawiły, że zaakceptował ją i szczerze życzył obojgu szczęścia. Verdi zadedykował przyjacielowi swojego Makbeta i wraz z Peppiną opiekował się Barezzim aż do jego śmierci.

Tych jasnych punktów w życiu Verdiego jest zresztą znacznie więcej. Niektóre przyjaźnie trwały długie lata, inne były krótsze, ale bardzo intensywne. Verdiego otaczał krąg życzliwych ludzi, zakochanych w jego talencie i szanujących go jako człowieka. Introwertyczny, melancholijny i często dość surowy kompozytor nie zaszedłby tak daleko, gdyby nie wsparcie bliskich mu osób. To dzięki nim możliwe stawało się sięganie po sukcesy i popularność, która nie była dana nikomu ze współczesnych.

La Scala w XIX stuleciu
La Scala w XIX stuleciu


Polityk mimo woli

Verdi żył i tworzył w trudnych czasach. Na jego oczach rodziło się państwo włoskie i był to poród bitewny, pełen nadziei, ale też gniewu i rozczarowania. Włosi walczyli o przyszłość z całą swoją południową pasją. Kiedy w 1840 roku chór niewolników w Nabucco zaśpiewał słynną pieśń Va, pensiero („Wznieś się, myśli, na skrzydłach złocistych…”), Włosi odczytali w niej wezwanie do walki o wolność, a Verdi stał się w ich oczach piewcą walki narodowowyzwoleńczej. I tak już zostało do końca jego dni. Cenzorzy podejrzliwie spoglądali na jego opery, Włosi zawsze widzieli w nich patriotyczne wezwanie, a Verdi z czasem został niejako zmuszony do wejścia w świat polityki. Nie czuł się w nim jednak dobrze. Jako poseł nigdy nie przemawiał i głosował zawsze tak, jak premier Cavour; jako senator nie pojawiał się na posiedzeniach. Nie był politykiem i nie chciał nim być, wolał muzyką zagrzewać swoich rodaków do walki. Żył długo, obserwował więc, jak jego kraj podnosi się i jednoczy w walce, jak buduje zręby nowej wspólnoty, jak staje się ojczyzną wszystkich. Przez cały ten czas Verdi w zaciszu swego gabinetu komponował opery, które zagrzewały do walki. I to był jego największy wkład we włoską politykę, najskuteczniejsze wspieranie rodaków.

 

Cytaty w tekście pochodzą z książki: H. Swolkień, Verdi, Warszawa 1963

 


Czy wiesz, że…

w życiu Verdiego pojawiły się dwa polskie akcenty? Opera Dzień panowania opowiada o królu Stanisławie Leszczyńskim i pewnej intrydze z zamienianiem postaci. Całość okazała się nieprzekonująca i zamiast zamierzonej opery z lekkim zabarwieniem komicznym powstało dzieło dość niestrawne, o którym Verdim chętnie by zapomniał. Za to drugi polski akcent to już zupełnie inna historia. Autorem librett do dwóch ostatnich oper mistrza (Otella i Falstaffa, przez wielu uważanych za najlepsze) był Arrigo Boito, syn włoskiego malarza i polskiej hrabianki, Józefy Radolińskiej. Verdi był zachwycony współpracą z Boitem i przyjaźnił się z poetą do końca swego długiego życia.

 

Czy wiesz, że…

Verdi pod koniec życia ufundował w Mediolanie dom spokojnej starości dla muzyków (Casa di Riposo per Musicisti)? Zgodnie z ostatnią wolą, został tam pochowany wraz ze swoją żoną Peppiną. Podczas uroczystości pogrzebowych 900-osobowy chór zaśpiewał dla Mistrza jego porywające Va, pensiero.

 

Czy wiesz, że…

kiedy włoscy patrioci podczas oper mistrza krzyczeli Viva Verdi!, mieli na myśli nie tylko wielkiego kompozytora? Dla wielu z nich V.E.R.D.I. oznaczało również: Vittorio Emmanuele, Re d’Italia (Wiktor Emanuel, Król Włoch). Nic dziwnego, że Maestro traktował takie wiwaty z dużym dystansem i w miarę możliwości starał się unikać rozentuzjazmowanych tłumów.

 

Czy wiesz, że…

Verdi nazywał sam siebie galernikiem, a lata najbardziej wytężonej pracy twórczej określał mianem lat galer? Kiedy stał się sławny, przyjmował tak wiele zleceń, że pracował bez wytchnienia; niektóre opery pisał równocześnie, wystawiał nawet częściej niż raz na rok. Na przykład na stworzenie przepięknej Aidy potrzebował zaledwie czterech miesięcy.

 

Zdjęcie główne: popiersie Giuseppe Verdiego przy Teatro Massimo w Palermo, fot. gnuckx / Flickr, CC BY 2.0
Posted on

Aurea mediocritas

Przed nami piękna, złota jesień. Pora roku, która zachwyca barwami i nastrojem; dzięki nim, jak żadna inna, pomaga docenić codzienność. A pomoc ta jest nam teraz szczególnie potrzebna.

Po ostrym świetle lata, w którym niejeden z nas szukał ucieczki od rutyny, wracamy do dobrze znanych kątów, do oswojonego rytmu. Bywa, że powrót ten napełnia nas lękiem. Czy w tym roku uda nam się obłaskawić powszedniość? Czy nie rozproszy się w niej radosny zachwyt nad światem, tak łatwo przeżywany wśród wakacyjnych chwil? Natura, na szczęście, wie, co robi. Przed szarugą ostatnich miesięcy roku daje nam chwilę wytchnienia od skrajności – od upału i od mrozu, od letniej ekscytacji i od zimowego snu. W złocistym świetle września uczymy się rozumieć najważniejszą funkcję złota: doskonały, upragniony, arystotelesowski środek. Ten, który dystansuje się wymuskanej doskonałości, odrzucając jednocześnie to, co małe, zepsute i próżne. Bierzmy od świata tyle, ile potrzeba; dajmy tyle, ile możemy, byle szczerze, byle z uśmiechem. Szczęścia i spełnienia szukajmy w umiarze, w drobnych gestach, w prostych słowach. Może wróci wtedy do nas, ludzi, opiewany przez rzymskich poetów złoty wiek. Tego, nie tylko na złotą jesień, nam życzę.

Posted on

Cesare Pavese. Smutny wędrowiec

Niebo będzie jasne. Ulice otworzą się na wzgórze z kamieni i pinii – słowa wiersza Przejdę Placem Hiszpańskim towarzyszyły mi podczas pierwszego wyjazdu do Rzym. Chciałam sprawdzić, czy – tak jak pisał Cesare Pavese – Schody, tarasy, jaskółki rozśpiewają się w słońcu na Piazza di Spagna.

Na niewielkim placu króluje jednak niepodzielnie hałaśliwy tłum turystów i zasłania słynne schody wiodące do kościoła Trinità dei Monti. Nie słychać jaskółek, wszystko ginie w zgiełku miasta. Podobne doświadczenie miałam, gdy, naczytawszy się o mistycznym pięknie greckich Meteorów, pojechałam tam w szczycie sezonu. Zamiast mistyki dostałam turystyczny harmider, a z gór nie spływała mgła, lecz chmura spalin. Choć gdyby się wybrać na Piazza di Spagna o świcie, to kto wie…

Rzadki widok na Piazza di Spagna – brak turystów. Fot. David McSpadden / Flickr, CC BY 2.0
Rzadki widok na Piazza di Spagna – brak turystów. Fot. David McSpadden / Flickr, CC BY 2.0

„Nie plotkujcie za dużo”

Cesare Pavese napisał ten zmysłowy wiersz 28 marca 1950 r., zaledwie pięć miesięcy przed samobójczą śmiercią. Wspominał podróż do stolicy, którą odbył w dniach od 30 grudnia 1949 r. do 6 stycznia 1950 r. Z tego samego czasu pochodzi jego bodajże najsłynniejszy utwór poetycki, który zaczyna się od słów Przyjdzie śmierć i będzie miała twoje oczy – ta śmierć, która nam towarzyszy od świtu do zmierzchu, bezsenna, milcząca, jak odwieczne poczucie winy lub bezsensowny nałóg. Oba wiersze znaleziono wśród notatek na biurku Pavesego; w druku ukazały się w tomie z 1962 r. zatytułowanym Poesie edite e inedite.

Pavese odebrał sobie życie 27 sierpnia w pokoju hotelu Rzym w Turynie. Zostawił krótką notatkę na pierwszej stronie swojego tomu opowiadań Dialogi z Leuke. Napisał: Przebaczam wszystkim i wszystkich proszę o przebaczenie. Dobrze? I nie plotkujcie za dużo.

Oczywiście plotkowano i snuto domysły na temat jego śmierci. Najważniejszym powodem miała być zawiedziona miłość do amerykańskiej aktorki Constance Bowling. Jak tłumaczono, to właśnie jej oczy miała mieć śmierć, która przyszła do Pavesego. Constance zadedykował artysta też swoją ostatnią powieść Księżyc i ognisko, która ukazała się drukiem w kwietniu 1950 r. i którą wielu uważa ją za szczytowe osiągnięcie prozatorskie Pavesego. W tym samym roku zresztą autor otrzymał prestiżową nagrodę Premio Strega za Piękne lato – zmysłową powieść o dziewczęcej inicjacji i mitologizowaniu seksu.

Pavese był nie tylko pisarzem i poetą – sprawdzał się także jako tłumacz. Angielskiego zaczął się uczyć sam, gdy miał 18 lat. Potem tłumaczył Johna Dos Passosa, Jamesa Joyce’a. Wysoko cenił powieść Hermana Melville’a Moby Dick, którą także przełożył na włoski. Mówił, że fascynuje go samotność i wyobcowanie głównego bohatera, Izmaela.
Pavese był nie tylko pisarzem i poetą – sprawdzał się także jako tłumacz. Angielskiego zaczął się uczyć sam, gdy miał 18 lat. Potem tłumaczył Johna Dos Passosa, Jamesa Joyce’a. Wysoko cenił powieść Hermana Melville’a Moby Dick, którą także przełożył na włoski. Mówił, że fascynuje go samotność i wyobcowanie głównego bohatera, Izmaela.


Przestrzeń mitu

Życie Pavesego rozpięte było między uwielbianą wioską Santo Stefano Belbo, gdzie się urodził w 1908 r. i gdzie jego rodzina spędzała lato, oraz tętniącym życiem Turynem, gdzie mieszkał, chodził do szkoły, studiował i pracował.

Mit zajmował w jego przestrzeni intelektualnej miejsce szczególne. Symbolika mityczna była obsesją twórczą Pavesego. Interesował go mit jako opowieść sakralna. Jako skarbnica kiedyś aktualnych i powszechnie obowiązujących, a potem zaprzepaszczonych prawd o człowieku i świecie. Interesował go mit jako sakralna wartość życia – jako sfera kultu, obrządków świąt, uroczystości, rytuałów. A także jako czas powracający będący jednocześnie ekstatyczną chwilą-wiecznością (…). Mit jako absolutność, totalność – jako integralność człowieka i świata – napisała tłumaczka Alija Dukanović w posłowiu do wydanej w 1975 r. przez PIW powieści Piękne lato.

Obsesja i smutek

O Cesare Pavesem najczęściej pisze się w kontekście obsesji śmierci, smutku i wyobcowania. W jego osobowości była jednak dwoistość. Jak opowiadali jego przyjaciele w dokumencie filmowym Cesare Pavese – Ritratto, jednocześnie obsesyjnie szukał kontaktu z ludźmi i od nich uciekał.

Lubił żartować, bawić się, pić wino, jednak tylko białe, bo czerwone kojarzyło mu się z krwią. Był wysoki, szczupły i zgarbiony. Chodził szybko, z rękami splecionymi na plecach. Jak wspominał w filmie Molina, dyrektor z wydawnictwa Einaudi, poeta wstawał o piątej rano, żeby pisać. Potem, w biurze wydawnictwa, zajmowały go już tylko obowiązki. Przez pewien czas biurko w biurko z Pavesem pracowała Natalia Ginzburg. To jedna z wielu wybitnych postaci, której życiorys splata się z biografią pisarza. Wielkim admiratorem twórczości Pavesego był reżyser Michelangelo Antonioni, który na podstawie jego powieści Tra donne sole (Kobiety między sobą) nakręcił film Amiche. Antonioni twierdził, że jest tak samo nieprzystosowany do życia i samotny jak poeta, a jedyna różnica między nimi polega na tym, że on nigdy nie popełni samobójstwa.

Przez 42 lata swojego życia Pavese szukał miłości. Za każdym razem spotykało go jednak rozczarowanie. Tak jak w 1936 r., gdy wrócił z wygnania do Kalabrii, na które skazano go za działalność antyfaszystowską, i zastał ukochaną Tinę Pizzardo zaręczoną z innym. Ta miłość kosztowała go wiele – sam w podziemiu nie działał, robiła to Tina, a w mieszkaniu Pavesego znaleziono należące do niej dokumenty.

Tina Pizzardo
Tina Pizzardo


Kraj dzieciństwa i Nuto

Lektura wierszy i książek Pavesego to wyprawa do krainy mitologizowanego przez niego dzieciństwa. Poeta nie uległ modzie na futuryzm, pisał „wiersze-opowieści”, które kołyszą czytelnika swoim rytmem. Ważne miejsce zajmują w nich piemonckie krajobrazy, które są czymś wiele więcej, niż tylko piękną ilustracją. W pierwszym tomiku poetyckim Praca męczy urzeka wiersz Morze południowe. Pavese opisuje w nim wyprawę ze starszym od niego kuzynem na wzgórze Langhe. Czuje się wiatr wiejący w górach, ciepło słońca, które oddają nagrzane kamienie. W wierszu Bóg-kozioł z tego samego tomu czytamy: Pola są krainą zielonych misteriów dla chłopa, który przychodzi tu latem, a we Wrześniowej grappie: Poranki mijają jasne i samotne nad brzegami rzeki, która o świcie okrywa się mgłą i w oczekiwaniu na słońce zagęszcza swoją zieleń.

Ważną figurą w twórczości Pavesego był – jak twierdzi wielu – jego jedyny prawdziwy przyjaciel, Giuseppe Scaglione, zwany Pinolo, poznany jeszcze w dzieciństwie w Santo Stefano Belbo. To na nim wzorowana jest postać Nuta z Księżyca i ognisk – ostatniej powieści, uważanej za testament Pavesego. Krytycy porównywali Nuta do Wergiliusza z Boskiej komedii Dantego – kogoś, kto jest przewodnikiem po świecie minionego dzieciństwa głównego bohatera, czyli Anguilla. Pavese zadedykował Księżyc i ognisko przyjacielowi, pisząc, że to jego ostatnia powieść. Zaniepokojony Piniolo wymógł na nim, by zmienił zapis na: może ostatnia powieść.

Twórczość nadal żyje

Twórczość Pavesego nadal cieszy się we Włoszech dużą popularnością. W ubiegłym roku wydawnictwo Einaudi, w którym przez lata pracował, wznowiło kilka jego książek i tomików poetyckich. Czy cenili go wszyscy? Oczywiście nie. W 1972 r. reżyser Pier Paolo Pasolini mówił kręcącemu dokument o poecie Franco Fortiniemu, że nie uważa Pavesego za wielkiego pisarza, najwyżej za średniego, którego lubią zwłaszcza mieszkańcy włoskiej prowincji. Opinia Pasoliniego wywołała mocne reakcje, a wielu krytyków na wyścigi wskazywało, jak wiele podobieństw łączy twórczość Pasoliniego i Pavesego – m.in. analiza mitów i artystyczna osobność.

 

 

Fragmenty wierszy, w tłumaczeniu Jarosława Mikołajewskiego, pochodzą z tomu Przyjdzie śmierć i będzie miała twoje oczy wydanego w 2013 r. przez Austerię.

 

Posted on

Ozdoba mórz. O koralowcach

Corallium rubrum, czyli koral szlachetny o pięknej czerwonej barwie wpadającej w oranżowy róż, za swe siedlisko obrał przybrzeżne wody Morza Śródziemnego, wyjątkowo je upiększając – greckie słowo korálion tłumaczymy wszak jako “ozdobę mórz”. Niektórzy etymolodzy wywodzą nazwę od hebrajskiego gard lub arabskiego goral, co w językach tych oznacza amulet. Biorąc pod uwagę bogatą symbolikę koralowców, taki scenariusz jest bardzo prawdopodobny.

Smoczek
Smoczek z koralowca śródziemnomorskiego, oprawa angielska, ok. 1811, Victoria & Albert, Philadelphia Art Museum i Museum of Fine Arts w Bostonie

W antyku i średniowieczu nie potrafiono stwierdzić, czy koralowiec jest rośliną, kamieniem, czy może zwierzęciem. Możliwe, że właśnie ta niewiedza i domysły na temat jego pochodzenia sprawiły, że przypisywano mu rozmaite cudowne cechy. Na wiele wieków stał się przedmiotem apotropaicznym (ochronnym), talizmanem. Wielcy uczeni rozpisywali się nad jego właściwościami oraz wyobrażali sobie dno morza porośnięte koralowym lasem. Sproszkowany koral rozsypywano nad uprawami, aby chronić plony przed burzami, natomiast roztarty z wodą i wylany w sadzie wzmagać miał owocowanie drzew. Za Pliniuszem powtarzano, że poprawia pamięć oraz wspomaga serce. Dzięki opowieści na temat śmierci Gorgony, spisanej przez Owidiusza, koral zyskał też moc ochrony przed złym spojrzeniem, którym posługiwała się mitologiczna Meduza.

A Persej wodę czerpie i krew z dłoni ściera,
Aby zaś Wężowłosej piasek nie uwierał,
Wodorosty rozściela znalezione w morzu,
Na nich głowę Meduzy kładzie jak na łożu,
Nie chcąc, by córa Forka twardej tknęła ziemi.
Żywa jeszcze roślina z korzonki świeżemi,
Z wężowłosej poczwary czarów siłę tajną,
Przejmuje w liść a w prątki twardość nadzwyczajną.
I na innych roślinach tejże samej siły,
Z zdumieniem i radością nimfy doświadczyły,
I nasiona na morskie rozrzuciły fale.
Odtąd przeszła ta własność w nadobne korale:
I ledwie je powietrze świeżym przejmie tchnieniem,
Ziele w morzu, nad morzem staje się kamieniem.

Owidiusz, Metamorfozy, IV, 740-754, przeł. B. Kiciński

Barwę korala kojarzono z krwią, a kształt z układem krwionośnym, a więc także z życiem. Asocjacje te przeniknęły także do kultury chrześcijańskiej. W X wieku odświeżono antyczną wiedzę o koralach, wzbogacając ją o znaczenia chrystologiczne. I tak czerwień oznaczać zaczęła człowieczeństwo Chrystusa, jednocześnie stając się zapowiedzią Jego pasji. Na licznych obrazach z XV i XVI wieku Dzieciątko Jezus nosi na szyi gałązkę koralowca; w tym samym czasie pojawiają się także różańce z niego wykonane – mają chronić przed kolejnymi atakami dżumy, która zdziesiątkowała Europę w połowie XIV stulecia. Powszechne były również koralowe ozdoby, stanowiące reminiscencję starożytnego zwyczaju wieszania kawałków koralowca na kołyskach lub szyjach dopiero narodzonych dzieci. Miał on chronić maleństwo przed złym urokiem, na który szczególnie podatni byli chłopcy – z tego powodu, nawet po osiągnięciu dojrzałości, wielu z nich nie rozstawało się z koralową ozdobą. Nieraz przybierała ona kształt falliczny lub obsceniczny gest „figi”; popularne były też woreczki z zamkniętymi kilkoma koralikami, dzięki którym mężczyźni unikali impotencji, a kobiety wspomagały swe organizmy przy trudnej menstruacji.

Madonna di Senigallia pędzla Piera della Francesca
Madonna di Senigallia pędzla Piera della Francesca

Do rozprzestrzenienia tych zwyczajów przyczynił się znacznie Albert Wielki – trzynastowieczny teolog i filozof z Kolonii. Twierdził on, że koral zawieszony na szyi działa przeciw epilepsji, piorunom i nawałnicom. W ten sam sposób chroniono okręty i domostwa, podwieszając koralową gałąź u sufitu niczym jemiołę na Boże Narodzenie. Rytuał ten pięknie ukazał Andrea Mantegna na przedstawieniu Matki Boskiej Zwycięskiej. We włoskich warsztatach masowo powstawały ołtarzyki rzeźbione z korala z przedstawieniem scen pasyjnych i maryjnych, rozsyłane później do innych miast Europy. Niejeden mnich podkreślał, także że koralowce, dzięki kształtom przypominającym krzyż, są skutecznym narzędziem przeciw demonom. Za to olej koralowy określany mianem quinta essentia zalecano do użycia w praktykach alchemicznych.

Madonna della Vittoria pędzla Andrei Mantegni
Madonna della Vittoria pędzla Andrei Mantegni

Choć koralowce przeżywały okresy świetności, ale i zapomnienia, to przez wieki nigdy nie zatraciły swego symbolicznego znaczenia. Jeszcze w XIX i na początku XX stulecia lubowano się w misternie rzeźbionych kameach i ufano, że smoczki wykonane z korala ułatwią dzieciom ząbkowanie. Jubilerzy zdobili korale rzeźbieniami i oprawiali w metale szlachetne, w czym specjalizowali się szczególnie Włosi. Podkreślenia wymaga fakt, że mimo miękkości korala, która ułatwia rzeźbienie, materiał ten potrafi być kapryśny. Odbarwia się i pęka; jest też bardzo wrażliwy na zmiany temperatury.

Fot. Marta Norenberg
Fot. Marta Norenberg

Przez wiele wieków prym w wydobyciu i handlu koralem wiodła Florencja i Wenecja, momentami oddając pałeczkę pierwszeństwa Portugalii czy Francji. Jednakże to właśnie włoskie miasta, takie jak Neapol, Rzym i Genua pozostają monopolistami w tej dziedzinie. To z tych trzech miast pochodzą najwspanialsze dzieła złotnictwa, nieraz przedstawiające mityczne postacie, w tym głowę Gorgony oplecioną złocistymi wężami, czy tiary w całości wykonane z koralowego kruszcu. Jeśli zaś zdarzy Wam się kiedyś odwiedzić gorące uliczki Neapolu, nie zapomnijcie skierować swych kroków do Museo Fiverno w pobliskim miasteczku Torre del Greco, gdzie pysznią się wspaniałe okazy dzieł z regionu Sycylii i Sardynii.

Zdjęcie główne: Parent Géry / Wikimedia, CC BY-SA 3.0

Posted on

Caupona. Antyczna uczta we współczesnych Pompejach

Cauponę otwarto niedawno. Lokal znajduje się kilkadziesiąt metrów od jednej z głównych ulic współczesnych Pompejów. By dostać się do tej świątyni starożytnych smaków, trzeba jednak zboczyć z niej odrobinę, najlepiej zapytawszy o drogę przechodniów – restauracji nie widzimy, jadąc samochodem. Gdy już odnajdziemy właściwy adres (Via Masseria Curato 2) i rozgościmy się po drugiej stronie ogrodzenia, można odnieść pożądane w tej sytuacji wrażenie, że cofnęliśmy się w czasie.

 

Znajdujemy się nagle w niewielkim rzymskim ogrodzie położonym u wejścia do gospody. Jej mury pokrywają napisy i malunki antycznych graficiarzy; wśród krzewów i drzewek owocowych rozstawione są repliki starożytnych sprzętów z brązu. Przemiła obsługa w strojach z epoki zaprasza nas do środka, gdzie czekają pompejańskie freski i kopie antycznych bibelotów. Niektóre elementy wystroju są zupełnie współczesne, jednak ogólna stylizacja sprawia, że praktycznie ich nie zauważamy.

 

Jedna z ancillae proponuje nam przywdzianie wygodnych szat nawiązujących do tych sprzed dwóch tysięcy lat, a jednocześnie wystarczająco obszernych, by narzucić je wprost na noszone ubranie. Przykrywam t-shirty tuniką i pallą, mąż zostaje owinięty togą. Trzymane w dłoniach telefony nagle wydają nam się śmieszne. Wybieramy posiłek na zewnątrz, wśród śpiewu ptaków, pod pompejańskim niebem. Nie mamy wątpliwości, że najbardziej interesuje nas menu degustacyjne, pozwalające spróbować popisowych dań lokalu, przygotowanych według prawdziwych antycznych receptur. Obsługa podaje nam współczesne sztućce; jemy poza tym usadowieni na krzesłach, a nie w pozycji leżącej. Jednak wystarczy kilka łyków wina, by poczuć się zupełnie zanurzonymi w przeszłości.

Menu Apicjusza – bo taki tytuł nosi karta inspirowana słynnym traktatem O sztuce kucharskiej ksiąg 10 – obejmuje m.in. jaja na twardo w czarnym sezamie w ramach gustum, czyli przystawki. Na pierwsze danie (prima mensa) podana zostaje pyszna zupa szparagowo-dyniowa z kasztanami, na drugie (secunda mensa) pałaszujemy gicz cielęcą w winie Falernum. Najbardziej smakuje nam deser: miodowe ciastka z ricottą, jabłkami i czerwonymi owocami.

 

 

 

Ucztę kończymy, urządzając sesję zdjęciową na tle fresków i graffiti, oblizując się nadal ze smakiem. Przed powrotem na stację kolejową, skąd udamy się do Neapolu, zachłannie pociągamy jeszcze ostatnie łyki dobrze schłodzonego mulsum – wina z dodatkiem miodu, które osładza odrobinę dość słony rachunek przyniesiony przez kelnera. Warto było przyjechać tu z Warszawy!

 

 

Caupona,  Via Masseria Curato 2, 80045 Pompeje, Włochy
Posted on

O klątwie pompejańskiej

Okazuje się jednak, że nie jest to wcale dobry pomysł. Wielu twierdzi, że wynoszenie czegokolwiek z Parku Archeologicznego w Pompejach skazuje delikwenta na bardzo poważne nieprzyjemności – i nie chodzi tu wcale o konflikt z władzami. Jak często podkreślają pracownicy wykopalisk, w środowisku nierzadko mówi się o pompejańskiej klątwie, a ci, którzy zabrali do domu kawałeczek Pompejów, odsyłają później “suweniry” do tutejszego muzeum, licząc na zakończenie serii nieszczęść, które nagle zaczęły im towarzyszyć.

 

Jak wyjawił jakiś czas temu jeden z kierowników placówki, paczki “zwrotne” można liczyć w setkach. Pochodzą z całego świata, ze wszystkich kontynentów. Są to zarówno drobne kamyki, jak i większe elementy, jak np. fragment fresku czy znalezionej przypadkiem amfory. Prawie zawsze towarzyszy im list opisujący dramaty, które, według zwracającego, spowodowane były zemstą bogów – od poważnych chorób po miłosne rozczarowania, a nawet… niepochwalane przez nadawcę wyniki wyborów politycznych.

pompejańska klątwa

 

Część zgromadzonych w ten sposób zbiorów – zawartości paczek wraz z towarzyszącą im korespondencją – można od niedawna oglądać w muzeum na terenie wykopalisk.

 

Zdjęcie główne: Sergey Ashmarin / Wikimedia, CC BY-SA 3.0; pozostałe zdjęcia: Julia Wollner
Posted on

Duchy przeszłości. Pink Floyd w Pompejach (1971)

Czy to tylko interesująca sceneria? Oryginalny pomysł reżysera na lepsze wyeksponowanie talentu muzyków?  Film z koncertu brytyjskiej grupy Pink Floyd Live at Pompeii – od pierwszej do ostatniej wersji – świadczy o tym, że w tej koncepcji chodziło jeszcze o coś więcej.

W początkowych sekwencjach filmu Gilmour, Mason, Waters i Wright wykonują pierwszą część Echoes. Utwór, który w pierwotnym zamyśle miał się kojarzyć z morzem i podwodnym światem, doskonale dopasowuje się do zupełnie innego otoczenia. Obrazy przenikają się, tak jak zdaje się przenikać przeszłość i teraźniejszość. Ujęcie twarzy śpiewającego Richarda Wrighta nakłada się na płaskorzeźbę z antyczną maską teatralną. Twarz antycznego posągu z brązu przeobraża się płynnie w twarz Davida Gilmoura. Wyraziste oczy posągu zmieniają się w oczy wokalisty.

And I am you and what I see is me.

Forum w Pompejach, fot. Małgorzata Członkowska
Forum w Pompejach, fot. Małgorzata Członkowska-Naumiuk

Echoes otwierają i zamykają film. Na początku drugiej części utworu ukazują się zbocza wulkanu, parująca lawa, ruiny Pompejów, jakby jeszcze dymiące po zniszczeniu. Wymarłe ulice, opustoszałe forum, widownia antycznego teatru. Sugestywne maski tragiczne na płaskorzeźbach. Otwarte, wykrzywione usta, jak gdyby zamarłe w przerażeniu. Muzyka się zmienia, rytm coraz bardziej wciąga, porywa. Perkusja, gitary, klawisze. Muzyka rozwija się i płynie. I nagle przechodzi w spokojny wokal Gilmoura i Wrighta.

Inny utwór – A Saucerful of Secrets – staje się wariacją na temat wybuchu wulkanu i następującego po nim śmiertelnego spokoju. Pierwsze tony, jakby preludium wybuchu, zwiastują rosnące zagrożenie. Zaraz potem zaczyna się bombardowanie agresywnymi dźwiękami – rockowa improwizacja dla wytrwałych. Dla pasjonatów Pink Floyd – i Pompejów. Prawie pięciominutowa orgia perkusji, fortepianu i dręczonej przez Gilmoura gitary elektrycznej, do których w pewnym momencie dochodzi bicie ogromnego gongu, atakowanego z pasją przez Rogera Watersa. Męczące, brutalne dźwięki są jak niszczycielski, przerażający wybuch. Jak trwająca blisko dobę erupcja Wezuwiusza, która unicestwiła Pompeje w 79 roku n.e.

Ten, kto przejdzie próbę wyrafinowanej kakofonii, tym bardziej doceni melodyjne, smutne uspokojenie, następujące po wrzasku maltretowanej gitary. Pozwoli się ponieść muzyce, która łagodnie wzlatuje, unosi się, szybuje. Pojawiają się widoki dymiącego krateru, jakieś widziane z lotu ptaka współczesne miasto pokryte popiołami i wulkanicznym błotem, i znów Wezuwiusz. Migawki z ostatniej wielkiej erupcji z 1944 roku; przerażona mała dziewczynka, walące się domy, sunąca z zabójczą prędkością fala skłębionych, gorących pyłów…

Portret Pakwiusa Prokulusa i jego żony z Domu Pansy w Pompejach, obecnie w Muzeum Archeologicznym w Neapolu
Portret Pakwiusa Prokulusa i jego żony z Domu Pansy w Pompejach, obecnie w Muzeum Archeologicznym w Neapolu

A potem nagle – powrót do pustego amfiteatru i partia wokalna Gilmoura. Śpiew bez słów, jak wołanie, łkanie, jak skarga.

W tym przedziwnym koncercie nie można nie wyczuć pewnej mistyki. Jakby jakaś cząstka muzyki i spektaklu była przeznaczona dla nich. Dla ludzi sprzed dwóch tysięcy lat. W filmie stale pobrzmiewa the echo of a distant time. Obrazy nawiązują do przeszłości, zdają się być impresją na temat wybuchu wulkanu i dawnych Pompejów. W tle szamańskiego, ekstatycznego Set the Controls for the Heart of the Sun zjawiają się twarze z pompejańskich malowideł, tajemnicze postacie ze ścian Willi Misteriów, gipsowe odlewy ofiar wybuchu Wezuwiusza.

Maska tragiczna z Pompejów – mozaika ze zbiorów Muzeum Archeologicznego w Neapolu, fot. Carole Raddato / Wikimedia, CC BY-SA 2.0
Maska tragiczna z Pompejów – mozaika ze zbiorów Muzeum Archeologicznego w Neapolu, fot. Carole Raddato / Wikimedia, CC BY-SA 2.0

Pomysłodawcą koncertu bez publiczności w pompejańskim amfiteatrze był brytyjski reżyser filmów dokumentalnych, Adrian Maben. Początkowo zamierzał on nakręcić zupełnie inny film, w którym ilustracją muzyki Pink Floyd miały być surrealistyczne obrazy i rzeźby XX-wiecznych artystów. Wizja ta nie przypadła do gustu muzykom ani ich menadżerowi, ale nie odrzucono możliwości współpracy. Konieczna była zmiana koncepcji. Mabenowi pomógł przypadek.

Wczesnym latem 1971 roku, niedługo po nieudanych rozmowach z Pink Floyd, Maben wybrał się z dziewczyną do Włoch. Pojechali między innymi do Neapolu i Pompejów, gdzie zwiedzili starożytne miasto. Traf chciał, że Maben zgubił wtedy paszport, co stwierdził zaraz po wyjściu ze stanowiska archeologicznego. Natychmiast zawrócił i zdołał przekonać strażników, by mimo późnej pory – zbliżał się wieczór – wpuścili go ponownie. Miał zamiar poszukać zguby w amfiteatrze, w którym dłuższy czas siedział z dziewczyną. Wrażenia z opustoszałych Pompejów, które samotnie przemierzał po zachodzie słońca, a zwłaszcza z pogrążającego się w mroku amfiteatru, okazały się niezwykłe i inspirujące. Jak sam wspomina, tamtego wieczoru zrodził się w jego głowie pomysł sfilmowania zespołu Pink Floyd grającego w tamtym właśnie miejscu. Po prostu poczuł, że to musi być tam.

Fragment malowidła z Willi Misteriów
Fragment malowidła z Willi Misteriów

W swej wizji Maben nie przewidywał udziału publiczności. Nie chciał powielać schematu filmów z koncertów rockowych, na których na wpół oszalała publiczność jest niejako miarą wielkości zespołu. W jego filmie muzyka miała się pojawić w czystej postaci, a główną rolę miał grać zespół, jego utwory i – antyczne miasto.

Muzycy zaakceptowali propozycję. Pewnych trudności nastręczyło uzyskanie pozwolenia nadzoru archeologicznego na występ grupy rockowej w antycznych Pompejach. Hasło „koncert rockowy” budziło zdecydowany, poniekąd zrozumiały, sprzeciw. Ostatecznie jednak, dzięki pomocy znajomego profesora z uniwersytetu w Neapolu i wyjaśnieniom, że nie chodzi bynajmniej o zwykły koncert z udziałem publiczności, Maben uzyskał zgodę i jesienią tego samego roku zespół wyjechał do Włoch.

Przez kilka październikowych dni 1971 roku, w zamkniętym dla zwiedzających amfiteatrze przebywali tylko członkowie grupy Pink Floyd, towarzysząca im ekipa i… paru ukrywających się gdzieś poza zasięgiem kamer miejscowych chłopaków, którym pozwolono przyglądać się pracy zespołu. W Pompejach zarejestrowano wówczas wykonanie sześciu utworów.

Zdjęcie z filmu
Zdjęcie z filmu

Pierwsza wersja filmu pt. Pink Floyd. Live at Pompeii z 1972 roku, oprócz nagrania koncertu, ujęć z Pompejów i z wycieczki muzyków na wulkaniczne tereny Campi Flegrei koło Naepolu (Solfatara), zawierała też ujęcia ze studia nagrań w Paryżu. Dwa lata później reżyser dodał do filmu sekwencje z nagrań studyjnych zespołu w Londynie podczas pracy nad płytą The Dark Side of the Moon oraz urywki zwyczajnych rozmów członków grupy i nielicznych wywiadów, jakich zgodzili się udzielić. W 2002 roku ukazała się kolejna wersja reżyserska filmu, rozszerzona o kadry związane z kosmosem, nowe ujęcia Pompejów oraz dodatkowe fragmenty wywiadów. Wśród dodanych efektów pojawiła się między innymi owa sugestywna przemiana twarzy antycznego posągu w twarz Gilmoura.

Gilmour wrócił do Pompejów po 45 latach, w lipcu 2016 roku, by zagrać w amfiteatrze – tym razem dla publiczności – dwa koncerty. Gdybym miała napisać o tym wydarzeniu, nie wiem, czy miałabym wiele do powiedzenia. I  tak pisałabym przede wszystkim o tamtym, pierwszym, jedynym w swoim rodzaju koncercie grupy rockowej w pustym starożytnym amfiteatrze – koncercie bez reklamy, bez wielkich funduszy, bez „efektów specjalnych” i bez publiczności…

 

********************

Amfiteatr w Pompejach został wybudowany około 70 roku p.n.e. Wraz z bardzo zniszczonym amfiteatrem w Kapui (Santa Maria Capua Vetere) należy do najstarszych zachowanych budowli tego typu.

Pompeje powstały około VII wieku p.n.e. prawdopodobnie jako osada miejscowej ludności italskiej. Intensywny rozwój urbanistyczny miasta przypada na okres od IV do II wieku p.n.e., kiedy zamieszkiwali je kampańscy Samnici. Od schyłku IV do początku I wieku p.n.e. Pompeje miały status sprzymierzeńca Rzymu i lokalną autonomię. Po wojnie Italików z Rzymianami w latach 90-87 p.n.e. – podobnie jak pozostałe społeczności Italii – miasto stało się częścią państwa rzymskiego (od tego momentu można mówić o okresie rzymskim w Pompejach).

Amfiteatr w Pompejach, fot. Małgorzata Członkowska-Naumiuk
Amfiteatr w Pompejach, fot. Małgorzata Członkowska-Naumiuk

Kres istnieniu Pompejów położyła erupcja Wezuwiusza w 79 r. n.e., która pogrzebała je pod grubą warstwą popiołów, zachowując je jednocześnie dla potomności. Liczba ofiar jest nieznana. Dotychczas w odkrytej części miasta zidentyfikowano szczątki ponad tysiąca osób.

 

 

Posted on

Wygraj Pompeje Mary Beard i inne pompejańskie wspaniałości!

Z okazji rozpoczynającego się u nas właśnie tygodnia pompejańskiego, zapraszamy Cię serdecznie do udziału w naszej zabawie.

Zwycięzca otrzyma od nas zestaw zawierający następujące nagrody:

– doskonałą monografię autorstwa Mary Beard pt. Pompeje – życie rzymskiego miasta

archiwalny i niedostępny w regularnej sprzedaży numer “La Rivisty” z lipca 2014, w którym znajduje z duży artykuł o Pompejach

– wyborną kawę ciemnopaloną Wezuwiusz, przygotowaną przez Cophi.

 

Jak wziąć udział w zabawie?

1. Dokonaj zakupu naszej książki “Metamorfozy” w sklepie internetowym Lente.

2. W komentarzu pod tym wpisem podaj swój numer zamówienia i dokończ zdanie: “Pompeje to…”.

 

Nagroda powędruje do autora najbardziej oryginalnej i ciekawej odpowiedzi.

Szczegółowy regulamin zabawy znajduje się poniżej.

 

 

Na Wasze odpowiedzi czekamy do końca tygodnia.

Laureat konkursu zostanie ogłoszony na naszym fanpage’u na Facebooku w dniu 28 sierpnia 2018 r.

Miłej zabawy!

 

  • Organizatorem konkursu jest firma Co.Phi, wydawca magazynu “Lente”, oraz Julia Wollner, prowadząca serwis internetowy lente-magazyn.com
  • Czas trwania konkursu to 17.08.2018 godz. 13:15 do 26.08.2018 godz. 23.59.
  • Zasady konkursu:
    – dokonaj zakupu książki “Metamorfozy” w sklepie internetowym Lente (w konkursie biorą udział tylko i wyłącznie zamówienia złożone po rozpoczęciu konkursu)
    – pod postem “Wygraj Pompeje Mary Beard i inne pompejańskie wspaniałości!” pozostaw komentarz stanowią cy rozwinięcie myśli: “Pompeje to…” oraz numer swojego zamówienia internetowego.
  • Warunki przyznania nagród: zwycięzcy konkursu zostaną wyłonieni przez Julię Wollner i redakcję magazynu Lente poprzez jej subiektywny wybór najciekawszych, najbardziej inspirujących odpowiedzi.
  • Nagrody ufundowane zostały przez firmę Co.Phi; są to:
    – 1 egzemplarz książki Mary Beard Pompeje o wartości 49,90 PLN
    – 1 egzemplarz archiwalny dwumiesięcznika o Włoszech “La Rivista” (numer Wakacje 2014) o wartości szacowanej na 50 PLN
    – 1 opakowanie 150 g kawy Wezuwiusz o wartości 15 PLN.
  • Ogłoszenie wyników nastąpi na fanpage’u magazynu Lente w dniu 28.08.2018.
  • Wysyłki nagród za pośrednictwem firmy Inpost dokona firma Co.Phi w ciągu 7 dni od dnia ogłoszenia wyników.
  • Reklamacje – prawo do składania reklamacji w zakresie niezgodności przeprowadzenia Konkursu z Regulaminem służy każdemu uczestnikowi w ciągu 7 dni od daty wyłonienia jego laureatów poprzez list polecony wysłanyna adres: Co.Phi Uri Wollner, ul. Rosy 3, 02-996 Warszawa.
    Udział w konkursie jednoznaczny jest z wyrażeniem zgody na przetwarzanie danych osobowych uczestnika przez administratora danych Co.Phi Uri Wollner z siedzibą w Warszawie, ul. Rosy 3, 02-996, w celu wysłania ewentualnej nagrody.