Posted on

Bolonia czyli La Rossa. Ćwiczenia z perspektywy

Na podróżniku współczesnym Bolonia sprawia wrażenie miasta, gdzie dobrze się odpoczywa po zbyt gorliwym zwiedzaniu muzeów i kościołów. Po wszystkich cudach Padwy, a przed wspaniałościami Florencji, można tu spędzić kilka dni ani nie odczuwając jakichś szczególnych wzruszeń estetycznych, ani również zbytnio się nie nudząc. Bolonia odznacza się pewną lekkością i przyjemną prostotą, ma w sobie coś, co jest miłe oku.

Paweł Muratow, Obrazy Włoch

 

Mówią o niej różnie, zwykle inteligentnie i bez wielkich uniesień. Nazywana bywa mądrą ze względu na najstarszy europejski uniwersytet; tłustą – od solidnej i pożywnej kuchni regionu Emilia-Romania; czerwoną – przede wszystkim od koloru domów i dachów, choć zdaniem niektórych także od lewicowych wyborów mieszkańców tej części Włoch. Jakby jej nie nazwać, nie jest łatwa w pierwszym kontakcie. Wydaje się niezbyt przystępna i nieco niechętna, niczym elegancka i surowa dama z zasadami. Nie rozkłada ramion na powitanie, nie kusi, nie wstrzymuje oddechu. Żyje swoim życiem.

Jedyne, co urzeka od razu, to kilometry arkad, przecinające miasto urokliwymi korytarzami, kluczące wśród placów i zaułków. Znikają na chwile, by można było unieść głowę ku słońcu, po czym za rogiem znów zapraszają do zabawy z perspektywą, do spacerów wśród łuków i podcieni, nieoczekiwanych zakrętów i fotogenicznych prześwitów. W Bolonii jest około czterdziestu kilometrów arkadowych korytarzy, nie sposób więc nie wejść w ich intrygujące półmroki. Od tych arkad zaczyna się znajomość z Bolonią i na nich może się skończyć, jeśli nie spróbujemy zwiedzić całego miasta. Warto to zrobić, bo wbrew pierwszemu wrażeniu Bolonia może stać się miłą sercu przyjaciółką, na którą zawsze można liczyć.

Czerwone bolońskie uliczki. Fot. Jakub Strzemżalski
Czerwone bolońskie uliczki. Fot. Jakub Strzemżalski

Patron z kościołami

Patronem Bolonii jest San Petronio, czyli Święty Petroniusz. Dziwny to jednak patron, bo wiadomo o nim niewiele i tak naprawdę w rozmaitych opowieściach pozostaje on bardziej w obszarze legendy niż chlubnej historii. Wiadomo, że był biskupem Bolonii i zmarł w połowie V wieku. Prawdopodobnie zanim został duchownym, jako urzędnik rzymski udał się w podróż do Palestyny i tam odwiedził miejsca święte, co miało bezpośredni wpływ na decyzję o radykalnej zmianie w jego życiu. Podczas kilkunastu lat swego biskupstwa zadbał o miasto zniszczone przez Gotów; dzięki niemu wiele kościołów i budynków świeckich odzyskało swój utracony blask. Petroniusz przyczynił się też do powstania kompleksu kościołów Santo Stefano. Bolonia okazała wdzięczność swemu dobroczyńcy i uczyniła go patronem miasta.

Św. Petroniusz przedstawiany jest jako mężczyzna w dojrzałym wieku, z białą brodą, o wyglądzie mądrym i budzącym zaufanie; w jego rękach lub u jego stóp spoczywa miniatura Bolonii. Prawdziwy ojciec, opiekun miasta. Na głównym placu miasta, Piazza Maggiore, powstała ogromna bazylika pod wezwaniem świętego. Jej centralne położenie oraz niespotykana wielkość sprawiają, że często myli się ją z katedrą, która znajduje się nieopodal, przy via dell’Indipendenza. Bazylika San Petronio wygląda niepozornie, jej fasada do dziś pozostaje w stanie surowym. Wystarczy jednak wejść do środka, by zrozumieć, jak wielkie ambicje mieli budowniczowie. Niewiele brakowało, a bazylika bolońska przerosłaby watykańską. Papież w porę interweniował, ale nawet dziś, choć minęły setki lat i w międzyczasie powstało wiele ambitnych projektów religijnych, kościół pod wezwaniem patrona Bolonii pozostaje jednym z największych na świecie. Zaskakująca jest nie tylko wielkość, ale też kontrast między dość ponurą fasadą a jasnym wnętrzem. Strzeliste piony i imponujące łuki nie budzą trwogi, oswaja je światło miękko wpływające przez okrągłe okienka po obu stronach. Zaiste, potężna jest wdzięczność ludu Bolonii, jeśli swemu patronowi poświęca taką bazylikę!

Santo Stefano, fot. Donato Accogli / Flickr, CC BY 2.0
Santo Stefano, fot. Donato Accogli / Flickr, CC BY 2.0

Niezwykłe wrażenie robi też drugie miejsce silnie związane z św. Petroniuszem, a mianowicie Santo Stefano. Pierwotnie był to kompleks siedmiu kościołów, dziś pozostały cztery: Santo Sepolcro, Crocifisso, Santi Vitale e Agricola oraz Trinità. Wszystko jest tu inne, począwszy od nietypowego placu przed wejściem, po mnogość „kościołów w kościele” i ich wzajemne splątanie. Trudno się zorientować, w której świątyni się jest i co przyniesie następny zakręt. Łuki, przejścia, dziedzińce; początek splata się z końcem, mrok wnętrz z jasnością słońca w przejściach. Na kameralnym dziedzińcu stoi wielka kamienna misa, w której wedle tradycji umył ręce Piłat po wydaniu wyroku. Warto też przystanąć na chwilę przy grobowcu San Petronio, zbudowanym na wzór kościoła Grobu Świętego w Jerozolimie.

W Bolonii jest wiele kościołów, do których po prostu nie można nie zajrzeć. San Domenico z relikwiami św. Dominika, Santa Maria della Vita z piękną pietą, Santa Maria dei Servi z Madonną Cimabuego, San Francesco z niezwykle kunsztownym ołtarzem z XIV wieku… Długo by wymieniać. Czas jednak zakosztować nieco innych rozkoszy.

Archiginnasio, fot. Julia Wollner
Archiginnasio, fot. Julia Wollner

Gwarne centrum smaku

Wśród gotyckich łuków i surowych murów nie można zapominać, że Bolonia to miasto żywe i całkiem radosne, a to za sprawą studentów, którzy przyjeżdżają tu, by zdobywać wiedzę na najstarszym europejskim uniwersytecie. Dzielnica uniwersytecka wnika w miasto i wpuszcza je w głąb siebie; tętni życiem, skrywa pod arkadami liczne lokale, bary i sklepiki. Kawiarniane stoliki oblegane przez młodzież dodają eleganckiej Bolonii nieco luzu; sprawiają, że miasto traci na swej średniowiecznej powadze i staje się bardziej współczesne. Archiginnasio, bo tak brzmi nazwa miejscowego uniwersytetu, otrzymało własną siedzibę dopiero w XVI wieku, ale początki działalności życia akademickiego w Bolonii to wiek XI. Zaczęło się od nauk prawnych, potem pojawiły się inne kierunki studiów, m.in. teologia i nauki przyrodnicze. Studiowało tu wielu znamienitych Polaków, wśród nich Mikołaj Kopernik; lista osób związanych z uczelnią z innych krajów również przyprawia o zawrót głowy: Dante Alighieri, Francesco Petrarka, Leon Battista Alberti, Albrecht Dürer, Torquato Tasso czy Umberto Eco. To dostojne miejsce, z tradycją równie piękną jak mury uczelni, które zresztą każdy może zobaczyć, zwiedzający są tu bowiem mile widziani, a wstęp jest wolny. Największym zainteresowaniem cieszy się Teatro Anatomico, oryginalna sala do przeprowadzania sekcji zwłok z udziałem licznie zgromadzonej publiczności.

Przy bolońskim ratuszu od XVI w. stoi posąg Neptuna dłuta flamandzkiego artysty Jeana de Boulogne da Douai. Bóg morza przyprawił kardynałów, którzy zlecili wzniesienie jego pomnika, o niemały ból głowy. Fontanna z jego wizerunkiem miała ozdobić centralny plac Piazza Maggiore, lecz okazała się zbyt śmiała... Artysta, na polecenie Kościoła, zmodyfikował w odpowiednim miejscu rzeźbę, wydłużając jednak palec Neptuna, co pod odpowiednim kątem oddaje, nawet dobitniej, początkową wizję autora. Fot.Jakub Strzemżalski
Przy bolońskim ratuszu od XVI w. stoi posąg Neptuna dłuta flamandzkiego artysty Jeana de Boulogne da Douai. Bóg morza przyprawił kardynałów, którzy zlecili wzniesienie jego pomnika, o niemały ból głowy. Fontanna z jego wizerunkiem miała ozdobić centralny plac Piazza Maggiore, lecz okazała się zbyt śmiała… Artysta, na polecenie Kościoła, zmodyfikował w odpowiednim miejscu rzeźbę, wydłużając jednak palec Neptuna, co pod odpowiednim kątem oddaje, nawet dobitniej, początkową wizję autora. Fot.Jakub Strzemżalski

O tym, jak istotna dla Europy jest „uniwersyteckość” Bolonii i cała jej piękna naukowa historia, świadczyć może podpisanie właśnie w tym mieście 19 czerwca 1999 roku Deklaracji Bolońskiej; dokumentu, który zapoczątkował cały proces (zwany zresztą Procesem Bolońskim) zmierzający do podniesienia prestiżu uczelni europejskich. Wprowadzono m.in. jednolity podział studiów, punktowy system rozliczania osiągnięć studentów, system porównywalnych stopni i tytułów akademickich, promocję programów mobilności studentów i wykładowców. Bolonia przypieczętowała swoją pozycję w świecie nauki, rozpoczętą wiele stuleci wcześniej, gdy w jej mury wstępowali pierwsi europejscy studenci.

Bolońscy studenci. Fot. Natalia Olbińska
Bolońscy studenci. Fot. Natalia Olbińska

W porze posiłku tłumy studentów, turystów i eleganckich bolończyków nadzwyczaj zgodnie krążą po mieście w poszukiwaniu najlepszych barów i restauracji, kuchnia tego miasta i całego regionu należy bowiem do najlepszych we Włoszech. Jest solidna i pożywna, nie brak w niej mięs i wyrobów mącznych, ale jak wszystko we Włoszech ma też w sobie wiele radości i fantazji. Królują maleńkie pierożki, znakomite wędliny i okrągłe chlebki – piadiny. Wśród produktów mięsnych na pierwszym miejscu oczywiście bolońska mortadela, sięgnąć też można po coppę, cotechino czy zampone. Jeśli wykroczymy nieco poza samą Bolonię, dojdą nam jeszcze inne regionalne przysmaki: ser Parmiggiano Reggiano, ocet balsamiczny z Modeny czy prosciutto di Parma. A na koniec łyk musującego lambrusco. Po takiej uczcie nie przeszkadzają ani surowe mury Bolonii, ani kilometry arkad wypełnione wielkomiejskim tłumem. Świat zaczyna się uśmiechać, miasto łagodnieje i wypełnia się włoskim słońcem. Czas spojrzeć na nie z góry.

Nad dachami Bolonii

Jedną z największych atrakcji tego miasta są stojące niedaleko siebie dwie wieże: Garisenda i Asinelli. Pierwsza z nich dość wcześnie odchyliła się od pionu i z tego powodu musiała zadowolić się niezbyt imponującą wysokością; na pocieszenie została jej przynależność do elitarnej kategorii włoskich krzywych wież. Asinelli udało się zachować elegancką pionową postawę, mogła więc wystrzelić w górę na niemal sto metrów. Można wspiąć się po kilkuset schodach i z jej szczytu spojrzeć na Bolonię – całą w kolorach różu i cegły, z tak ciasno ułożonymi dachami, że czasem nie sposób dostrzec między nimi ulic. To miasto w ogóle broni się przed zbyt wścibskimi spojrzeniami intruzów. Od dołu chroni się arkadami, od góry opancerzają ją nieprzepuszczalne dachy. Nikt nie dowie się więcej, niż Bolonia sama zdecyduje się pokazać. Trzeba jej jednak przyznać, że czyni to wszystko z taktem i życzliwością wobec gości. Piazza Maggiore zachwyca, Santo Stefano zadziwia, arkady poprawiają humor w deszczowe dni, a talerz tortellini przypomina, za co kochamy Włochy.

San Petronio i Piazza Maggiore – widok z Torre degli Asinelli, fot. Steffen Brinkmann / Wikimedia Commons, https://en.wikipedia.org/wiki/GNU Free Documentation License
San Petronio i Piazza Maggiore – widok z Torre degli Asinelli, fot. Steffen Brinkmann / Wikimedia Commons, GNU Free Documentation License

Zdystansowana Bolonia ma swoje powody, by pozostawać nieco na uboczu. W jej historii nie brakowało chwil trudnych i niebezpiecznych. Założona przez Etrusków, przejęta przez ludy Północy, potem zdobyta przez Rzymian. W czasach nowożytnych znajdowała się po różnych stronach licznych konfliktów i wpływów: bizantyjskich, longobardzkich, mediolańskich, papieskich. Jej losy bywały dynamiczne i zaskakujące. Podczas II wojny światowej była miejscem jednego z najcięższych starć wojsk alianckich z Niemcami na Półwyspie Apenińskim; co ciekawe, jako pierwsi do wyzwolonego miasta wkroczyli żołnierze 2 Korpusu Polskiego pod wodzą gen. Andersa. Kiedy świat się uspokoił, nabrał rumieńców i przypomniał sobie o jasnych stronach życia, 2 sierpnia 1980 roku na dworcu kolejowym w Bolonii doszło do zamachu terrorystycznego; w wybuchu zginęło 85 osób, a ponad 200 zostało rannych. Niełatwo uporać się z taką tragedią…

Cytowany na początku Paweł Muratow nazywa Bolonię uczoną, spokojną i gościnną. Jest w tych określeniach spora dawka czułości, która zastępuje florencką egzaltację czy rzymski zachwyt. Bolonia nie miesza zmysłów, nie zapiera tchu w piersiach, ale trudno o niej zapomnieć. We wspomnieniach wracają kilometry arkad, otwierające się znienacka na urokliwe zaułki, placyki i różowiejące mury; smaki i zapachy wyrafinowanej, bezpretensjonalnej kuchni; półmroki surowych kościołów, pełne życia targowisko wciśnięte w wąskie uliczki; kawiarenki oblepione studentami. Można się tu zgubić i zapomnieć, a potem radośnie odnaleźć. Warto!

Zdjęcie główne: Via Zamboni w Bolonii, fot. Adriana Verolla / Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0
Pozostałe fotografie na licencjach: CC BY 2.0 i GNU Free Documentation License
Posted on

Wszystkie smaki Cyklad

Latem na Cykladach wieje meltemi – suchy, lekko nieprzewidywalny północny wiatr, który zapewnia wiele żeglarskich wrażeń. Walcząc z nim i wysokimi falami można oderwać się od codziennych problemów, które na morzu wydają się zupełnie nieistotne. Malownicze zatoczki oferują żeglarzom schronienie, a noc na kotwicy i wieczorna kąpiel w morzu, przy świetle gwiazd i księżyca, to zdecydowanie przyjemne przeżycie. Całkiem przyjemne jest też cumowanie w niewielkich rybackich portach, które życzliwie przyjmują gościnne jachty. O poranku można odwiedzić stojący naprzeciwko kuter i kupić ryby z porannego połowu, a potem samodzielnie je wypatroszyć, upiec i podać z sałatką grecką na obiad, na środku morza. Dla mnie największą zaletą żeglowania jest chyba jednak to, że codziennie można próbować lokalnych specjałów, każdorazowo na innej wyspie.

Cyklady to archipelag znajdujący się w południowo-zachodniej części Morza Egejskiego i składający się z ponad 200 różnych wysp i wysepek. Z jednej strony mamy kosmopolityczny Mykonos i odwiedzane przez turystów z całego świata Santorini, z drugiej wiele wysepek niezamieszkałych, pokrytych skałami. Kiedy płyniemy wzdłuż Amorgos do portu w Katapoli, zastanawiam się, dlaczego Cyklady tak mi się podobają, chociaż, obiektywnie rzecz biorąc, są przecież dosyć brzydkie: górzyste, surowe i jałowe. Od strony morza widać tylko nagie skały, z kilkoma domami na krzyż i ubogą roślinnością. A jednak postrzępione szczyty na tle błękitnego morza zachwycają. Pejzaż staje się jeszcze bardziej malowniczy, kiedy pojawiają się tarasowe osiedla, białe domy, błękitne kopuły kościołów i charakterystyczne wiatraki. Życie na mniejszych wyspach koncentruje się zwykle w porcie i górującej nad nim chorze (gr. χώρα), czyli górnym mieście, zbudowanym na zboczach wzgórz. Spotkany na Serifos Grek opowiada nam, że posiadłości nad brzegiem morza uważano kiedyś za mało wartościowe, bo nie zapewniały schronienia przed plądrującymi wioski piratami. Domy budowano na wzniesieniach, w głębi wyspy. Chora przypomina zwykle typową śródziemnomorską pocztówkę – białe mury, kolorowe kwiaty, wygrzewające się w słońcu koty i wąskie uliczki.

Jak już powiedzieliśmy, większość wysp jest górzysta i, z wyjątkiem Naksos, nie posiada stałych rzek. W związku z tym mieszkańcy Cyklad borykają się z niedoborem słodkiej wody. Skaliste tereny nie sprzyjają uprawom. Do typowych zbiorów należą winogrona, oliwki, zboża i cytrusy; na szczęście niektóre wyspy są bardziej urodzajne od innych. Sifnos, mimo tego, że jest dosyć górzyste, cieszy się dobrą glebą. Jego mieszkańców od czasów starożytnych uważano za szczęśliwców żyjących w dobrobycie – być może ich dobra sytuacja wynika po części z tego, że lokalne wino jest naprawdę znakomite. Żyzne gleby i dobre trunki ma też sąsiadująca z Sifnos wyspa Serifos oraz wulkaniczne Santorini, przez niektórych uważane za zaginioną Atlantydę. W głębi skalistej Folegandros znajdziemy ogrody pachnące miętą, bazylią i natką pietruszki, a bliżej skalistych brzegów dzikimi ziołami: oregano, rozmarynem i szałwią, zbieranymi przez miejscowych i zasuszanymi na zimę. Na wyspie rosną też najlepsze kapary, jakie w życiu jadłam: dorodne i soczyste, najczęściej dodawane do sałatki greckiej lub podawane z owczymi serami. Jeśli będziecie mieć okazję, koniecznie kupcie słoiczek lokalnych kaparów zaprawionych w gruboziarnistej morskiej soli.

Na Santorini uprawiane są pomidory cenione w całej Grecji; na wyspie można nawet odwiedzić pomidorowe muzeum. Malutkie pomidory są tu wściekle czerwone, wyraziste w smaku i bardzo słodkie. Zaskakująco słodki smak mają też uprawiane tu białe, prawie pozbawione pestek bakłażany – tak delikatne, że można je jeść na surowo. Na innych wyspach pojawia się ciemnofioletowa odmiana bakłażanów, stanowiąca popularny składnik greckiej kuchni – nie tylko w formie musaki, ale też pasty z pieczonych bakłażanów (melitzanosalata) i bakłażanów faszerowanych mięsem lub ryżem (melitzanes papoutsakia). Grecy faszerują też papryki i pomidory (yemista) oraz liście winogron (dolmades). Na wielu wyspach rośnie żółty groch, z którego przygotowuje się tradycyjną pastę (fava) lub kotleciki z dodatkiem kopru włoskiego i cebuli (favakeftedes). Do typowych dań warzywnych należą smażone, chrupiące kuleczki z ciecierzycy (revithokeftedes), które testujemy w fantastycznej tawernie To Meraki tou Manoli nad brzegiem morza w Vathi na Sifnos, oraz kotleciki z pomidorów (tomatokeftedes), które zamawiamy w tawernie Akrogiali w malowniczej zatoce Despotiko na Antiparos. Na Amorgos próbujemy lokalnego wypieku – hortopitakia, czyli dziko rosnących liści (w smaku podobnych do szpinaku), zapieczonych w cieście filo z zieloną cebulką, fenkułem i miętą.

Hodowla krów jest tu niemożliwa, może z wyjątkiem Naksos, ale kozy i owce mają się na Cykladach bardzo dobrze. To wyjaśnia popularność jagnięciny: pieczonej w całości na ruszcie, w formie kotlecików z kostką prosto z grilla albo dań długo pieczonych w specjalnym piecu w glinianych naczyniach. Jednym z nich jest arnaki kleftiko – jagnięcina pieczona z ziemniakami, w sosie z białego wina, cytrusów, ziół i cynamonu. Na Amorgos próbujemy arnaki kokkinisto – wolno pieczonej jagnięciny w sosie z pomidorów, czerwonego wina, czosnku i oregano. Nazwa potrawy oznacza dosłownie “zaczerwienioną jagnięcinę” (gr. kokkino – czerwony). Tradycyjnym daniem na Sifnos jest natomiast mastelo – lokalna jagnięcina w białym winie z dodatkiem koperku.

Jeśli chodzi o wędliny, warto spróbować jagnięcych kiełbasek oraz regionalnego specjału o nazwie louza – dojrzewającej polędwicy wieprzowej. Grecka tradycja konserwowania mięsa sięga czasów starożytnych. Wzmianki o świniobiciu i podsuszaniu przyprawionego mięsa można znaleźć w utworach Homera. Przepisy przetrwały do czasów Cesarstwa Bizantyjskiego, skąd zawędrowały na Półwysep Apeniński. Na Cyklady trafiły z powrotem za sprawą Wenecjan, którzy kontrolowali wyspy od XIII do XVI wieku. Pamiątką po ich panowaniu są weneckie pałace oraz przepis na nombolo, znane na Cykladach pod różnymi nazwami: bouboulo na Mykonosie, apochti na Santorini lub właśnie louza, jak mówi się na polędwicę na wielu mniejszych wyspach. Oprócz nazw wędliny różnią się sposobem przygotowania i smakiem, w zależności od zastosowanych przypraw. Apochti z Santoroni jest dosyć trudno dostępne, ale zdecydowanie warte spróbowania. Polędwica wieprzowa jest zasypywana solą i marynowana w occie przez 2-3 dni. Doprawia się ją cynamonem, pieprzem i cząbrem, a następnie rozwiesza i suszy w słońcu i północnym wietrze. Na Serifos próbujemy lokalnej odmiany louzy, która jest bardziej soczysta i nieco mniej słona niż wyroby z innych wysp. Czujemy wyraźne nuty czosnku i wina, a także ziele angielskie i kumin.

Ważną część diety wyspiarzy stanowią ryby. Trudno się dziwić – są łatwo dostępne, świeże i przepyszne. Kilka razy zatrzymujemy się w małych porcikach rybackich i z podziwem obserwujemy rybaków, którzy naprawiają sieci, a o świcie wyruszają na połów. Wracają z kutrami pełnymi dorodnych okazów. Najczęściej są to okonie morskie, dorady, sarago i lucjany czerwone, małe sardynki i barweny, większe seriole i mieczniki. Wieczorem ryby podawane są w nadmorskich tawernach. Skrapia się je oliwą, grilluje i podaje z odrobiną soku z cytryny. Do tego sałata z czerwoną cebulą i cytryną albo blanszowany burak liściasty – proste i pyszne. Wszystkie ryby są wspaniałe, ale najbardziej smakuje mi chyba stek z serioli w tawernie To Psaraki w małej rybackiej wiosce Vlichada południu Thiry, największej wyspy Santorynu. Zamawiamy też doskonałe marynowane sardynki i mistrzowską pastę z rybiej ikry. Taramasalata przygotowywana jest najczęściej z ikry dorsza lub karpia i ucierana z dodatkiem chleba, oliwy i soku z cytryny. Masowo produkowana pasta jest barwiona na różowo, ale naturalny produkt wysokiej jakości powinien mieć beżowy kolor. Nasza jest idealnie beżowa i okazuje się najlepszą wersją, jaką zjem podczas całego wyjazdu. W Agios Georgios na wyspie Iraklia zachwycają mnie małe, smażone w całości rybki, a na Sifnos prosta sałatka z jeżowców z sokiem z cytryny, oliwą i pieprzem. Zbiera się je w czasie pełni księżyca, gdyż wtedy jadalne gonady wypełnione są jajeczkami. Salvador Dali, wielki miłośnik jeżowców, twierdził natomiast, że w okolicach pełni jeżowce osiągają szczyt swoich narkotycznych właściwości. Niestety nic takiego nie zauważyłam, ale podobno artysta miał w zwyczaju zjadać trzy tuziny jeżowców za jednym posiedzeniem – ja nie miałam takich takich zasobów.

Na wyspach dominują sery owcze i kozie. Podstawą jest wszechobecna feta, produkowana z mieszanki mleka koziego i owczego. Najlepiej kupić ją w sklepie prosto z beczki – mamy wówczas zagwarantowany intensywny smak i delikatnę konsystencję, których nie uświadczymy w wypadku fety produkowanej masowo. Ten pyszny lokalny ser pojawia się w każdej greckiej sałatce oraz w postaci tirokafteri – lekko pikantnego dipu z fety, ostrych papryczek, pieczonej papryki, oliwy i soku z cytryny. Moim faworytem zostaje feta psiti, czyli feta pieczona w glinianym naczyniu z dodatkiem pomidorów, papryki i ziół. Na Sifnos próbujemy też lokalnego sera myzithra – białego sera z mleka owczego, trochę podobnego do włoskiej ricotty. Ta świeża, rzemieślniczo produkowana, jest przepyszna. Dostajemy ją w sałatce z małymi pomidorkami i dziką rukolą: zakochujemy się od pierwszego kęsa. Na Folegandros kupujemy inny lokalny specjał, sourto – miękki, słony ser owczy. W jachtowym kambuzie wykorzystuję go do zrobienia zapiekanki z bakłażanów, pomidorów i kaparów. Na lądzie próbujemy go w kolejnej prostej sałatce i w kalasouna – przekąsce z ciasta filo nadziewanego farszem z sourto i podsmażanej cebuli. Bardzo smakuje nam też dostępny w całej Grecji manouri, podobny do myzithry, ale nieco mniej słony i bardziej delikatny. Z twardych serów testujemy lokalnie produkowane odmiany kefalotyri i graviery – słonych, dojrzewających specjałów. Oba świetnie smakują jako saganaki, czyli ser smażony na patelni, skrapiany sokiem z cytryny i doprawiany szczyptą pieprzu.

Jeśli chodzi o desery, nieustannie zachwycam się kadaifi i baklawą. Rezygnuję z nich tylko po to, żeby spróbować melopity na wyspie Sifnos – tradycyjnego sernika z myzithry, miodu i cynamonu – oraz podobnych do niej ciasteczek melitinia z Irakli, przyrządzanych z myzithry, jajek i cukru. Na Folegandros moją ciekawość wzbudza ciasto zwane karpouzenia (gr. karpouzi – arbuz) – regionalny wypiek z arbuza, miodu i cynamonu, posypany sezamem. Już po wypłynięciu z portu orientuję się, że jest pyszny i że kupiłam go zdecydowanie na mało; niestety jest już za późno na powrót. Na Folegandros zaopatrujemy się też w najlepszy miód na Cykladach, pozyskiwany z nektaru z kwiatów cząbru i tymianku. Jemy go na śniadanie z jogurtem greckim (w Grecji nazywanym straggisto) i dodatkami: arbuzami i dzikim tymiankiem z Schinoussy, figami i sezamem z Sifnos, kwaśnymi wiśniami w słodkim syropie z Serifos.

Do każdego posiłku (może oprócz wspomnianego przed chwilą śniadania) pasuje kieliszek popularnej na Cykladach retsiny: wytrawnego białego wina aromatyzowanego żywicą sosny alpejskiej. Brzmi dziwnie? Retsina rzeczywiście ma specyficzny smak i zapach, a przez to zagorzałych zwolenników i przeciwników. Wśród naszej załogi ich proporcje układają się mniej więcej pół na pół. Osobiście należę do tej pierwszej grupy i zamawiam retsinę do każdego zestawu mezedes, szczególnie, jeśli dana tawerna serwuje mocno schłodzony trunek własnej roboty nalewany prosto z beczki. Podobno tradycja aromatyzowania wina sosną pochodzi ze starożytności, kiedy wykorzystywano żywicę do nasączania amfor, w których przechowywano trunek. Żywica uniemożliwiała dostanie się tlenu do amfory, zabezpieczając zawartość przed zepsuciem, jednocześnie nadając jej specyficzny aromat. W III wieku naszej ery Rzymianie odkryli, że lepiej jest przechowywać wino w beczkach, w związku z czym żywica przestała być potrzebna, ale popyt na wino o zapachu lasu pozostał. Innym wartym spróbowania trunkiem jest specjalność wyspy Amorgos, psimeni raki, czyli alkohol destylowany z pozostałości po tłoczonych winogronach, z miodem, cynamonem i goździkami. Podaje się go jako aperitif albo digestif. Świetnie smakuje z widokiem na zachodzące nad górami słońce.

 

Malownicze lokalizacje są dużą zaletą posiłków na Cykladach, choć jedzenie jest tu tak pyszne, że dobrze smakowałoby nawet w ciemnej piwnicy… W Katapoli na Amorgos czekają na nas tawerny ze stolikami ustawionymi prosto na plaży i klimat śródziemnomorskich wakacji. W maleńkim Vathi na Sifnos zjemy grecką ucztę nad samym brzegiem zatoki, być może przy akompaniamencie głośnych śpiewów z pobliskiego kościoła. Do dziś nie udało mi się ustalić, czy było to święto lokalnego patrona czy po prostu nabożeństwo w zwykły wtorek, ale melodyjne modły skończyły się dopiero grubo po północy. Położona na wzniesieniu tawerna Dimitris we Vlichadzie na Santorynie oczarowała nas serdecznością obsługi i świeżymi rybami, ale również możliwością podziwiania kolorowych kutrów na tle głębokiego błękitu. Moim ulubionym miejscem jest jednak zatoka Despotiko, położona między Andiparos i niezamieszkałą wyspą Despotiko. W XVI i XVII wieku cumowały tu pirackie galeony, dzisiaj Ormos Despotiko stanowi schronienie dla uciekających przed meltemi żeglarzy. W tawernie na brzegu Andiparos suszą się ryby. Z kieliszkiem retsiny z beczki podziwiamy zachód słońca i stojące na kotwicy jachty. Po kolacji (kotleciki z pomidorów z jogurtem, sałata i najlepszy okoń morski na środkowych Cykladach) wsiadamy do pontonu i w świetle księżyca wiosłujemy z powrotem na jacht. Czas zacząć planować, gdzie zjemy kolację następnego dnia.

Posted on

La mia Italia Janusza Roguskiego

Z Joanną umawia mnie Jarek Mikołajewski. Czasem wysyła mi mailem kontakt do kogoś, pisząc, że warto, bym się z tą osobą spotkała. A że zna mnie dobrze, zwykle ma rację – i za jego sprawą dzieją się spotkania ważne.

Joanna, italianistka, prowadzi w Konstancinie jednoosobowe wydawnictwo Pointa. Wydała kilka ciekawych książek dla dzieci, piękną włoską powieść, wywiad znanej dziennikarki z popularnym politykiem. Najważniejsza książka to jednak książka jej taty, o nim, dla niego i przez niego.

Ojciec Joanny, Janusz Roguski, był znanym architektem i wielkim miłośnikiem Włoch. Jego sposobem na chwytanie piękna włoskich chwil – zawsze za krótkich, zbyt szybko uciekających – stało się zamykanie ich w kropli wody wypełnionej barwą. W czasie licznych podróży na Półwysep Apeniński, odbywanych w towarzystwie ukochanej żony Niny, mamy Joanny, powstały setki akwarel. Tradycyjnych, klasycznych, wyśmienitych. Joanna naliczyła ich czterysta. Część z nich, w ramach wystawy, pokazał w 2009 roku Włoski Instytut Kultury.

W 2014 roku życie Roguskiego, wypełnione pracą i pasją, życie, którym delektował się jak mało kto, diametralnie się zmienia: architekt ulega w Dolomitach poważnemu wypadkowi narciarskiemu, w wyniku którego zostaje całkowicie sparaliżowany. Przez trzy lata nie poddaje się, walczy o jutro, a jednocześnie wykazuje niezwykłą pokorą i godnością. Odchodzi w listopadzie 2016 roku. Na trzy tygodnie przed jego śmiercią kochająca córka wydaje w swoim jednoosobowym wydawnictwie album z jego akwarelami. Przynosi je na spotkanie ze mną. Choć minęło już wiele miesięcy, jej oczy szklą się, kiedy opowiada mi historię taty – nierozerwalnie związaną z Włochami, fragmentarycznie zapisaną przez pędzel, którym, wraz z rozcieńczonym pigmentem, przenosił na papier ułamki włoskiego piękna.

Zaglądam do albumu wielokrotnie, delektując się subtelnym rysunkiem z miejsc, które doskonale znam i kocham; podziwiając delikatność i świetlistość, a jednocześnie bogactwo szczegółu i architektoniczną precyzję. Niemal bezwiednie zaglądam też do wstępu nakreślonego przez Joannę – w podzięce rodzicom – i do posłowia. L’Italia ti ha tradito – grzmi tytuł, słowa przyjaciela wypowiedziane nad szpitalnym łóżkiem Janusza w Bolzano. Prowokujący, ale i mylący. Bo Włochy wcale nie zdradziły Janusza. I mimo że przeżył tam nie tylko najpiękniejsze, ale i najbardziej tragiczne momenty swojego życia, nigdy nie osłabła jego bezwarunkowa miłość do tego kraju, tak jak nie słabło jego łapczywe uwielbienie życia. Bez względu na wiek i stan zdrowia wybierał, jak pisze córka, cudownie szumiące w uszach powietrze, chłodny zapach ośnieżonego lasu, nowe trasy, nowe widoki, nowe zachwyty. Kolejne miasteczka do namalowania, kolejne krótkie minuty euforii, jakie dają Włochy, nie pozwalając już nigdy o sobie zapomnieć. Entuzjazm, za który mu chwała. Choć bywa zdradliwy, jest przecież wszystkim, co mamy. Janusz nawet unieruchomiony na wózku inwalidzkim nie przestawał powtarzać: la vita è bella.

Na spotkaniu chcę powiedzieć Ci, Joasiu, coś krzepiącego, ale nie znajduję słów. Szukam ich długo, zapatrzona w złociste mury katedry w Cefalù, dokładnie takie, jak je pamiętam ze studenckich podróży; w surową zieleń roślinności przy Tempio dei Dioscuri w Agrigento, w radosny oranż toskańskiej Pienzy i senny pejzaż umbryjskiego Montefalco. A potem zdaję sobie sprawę, że ta pociecha tkwi tam, bez słów, zbędnych i ciężkich: w delikatnych barwach, w słońcu zamkniętym w kroplach wody, zachłannie kradzionym i układanym na porowatych kartkach. Czterysta pocztówek z najpiękniejszych chwil, wysłanych sercem, do sercem czytania – zawsze, gdziekolwiek jest tata i gdziekolwiek ty.

 

Janusz Roguski, La mia Italia, Pointa, Konstancin 2016

 

Posted on

Ha-Ir HaLevana. Białe Miasto w Tel Awiwie

Kiedy w 2003 roku umieszczano zespół miejski Białego Miasta Tel Awiwu na liście światowego dziedzictwa UNESCO, argumentowano to faktem, że stanowi on wybijający się przykład planowania nowego miasta i architektury z wczesnego wieku XX, adaptowany do wymogów konkretnego kulturowego i geograficznego kontekstu.

Innowacyjne na swoje czasy budynki Białego Miasta (hebr. העיר הלבנה, Ha-Ir HaLevana) charakteryzowała funkcjonalność, prostota i przestronne wnętrza. Zaprojektowali je żydowscy architekci uciekający w latach 20. i 30. z hitlerowskich Niemiec, opierając się na zasadach szkoły Bauhaus i zaleceniach francuskiego architekta Le Corbusiera.

Fot. Sambach / Wikimedia Commons
Fot. Sambach / Wikimedia Commons, CC BY-SA 2.5

Tel Awiw szczyci się największym skupiskiem budynków w stylu Bauhaus na świecie. Od południa ogranicza je ulica Allenby, od wschodu – Begin oraz Ibn Gvirol, od północy rzeka Yarkon, a od zachodu – morze. Do najpopularniejszych tras spacerowych należą ulica Sheinkin, wypełniona modnymi butikami, oraz przestronny Rothschild Boulevard, gdzie warto skorzystać z oferty licznych kiosków z lokalnymi przysmakami.

Zdjęcie główne: ulica Pines w Tel Awiwie, fot. Ludvig14 / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Posted on

Chill like an Egyptian! Pyszna fakhfakhina

Na ulicach stolicy Egiptu zgaszone, pyliste kolory są wszechobecne. Spowijają one gorący asfalt, spocone budynki i anarchię tanecznego pochodu wiecznie trąbiących samochodów.

 


Jakby dla dopełnienia tej pylistej atmosfery, Kair oferuje niezwykłą obfitość kolorowych straganów z ulicznym jedzeniem, a na nich owoce, warzywa, zioła, świeżo wyciśnięte soki, sałatki, marynowane i faszerowane jarzyny, koktajle i, oczywiście, koshari. Ten specjał, używany przez niektórych ze egipskie danie narodowe, składa się z ryżu, soczewicy i ostrego sosu pomidorowego. Kto chciałby spróbować najlepszych egipskich potraw, znajdzie je na placach, ulicach i bulwarach. Jedzenie uliczne jest w Egipcie tak wysoko cenione, że stanowi poważną konkurencję dla restauracji.

 

Sprzedaż owoców w Kairze, fot. Ed Yourdon / Wikimedia, CC BY-SA 2.0
Sprzedaż owoców w Kairze, fot. Ed Yourdon / Wikimedia, CC BY-SA 2.0

Pośród różnobarwnych przekąsek wyróżnia się w szczególności jedna, skupiająca w sobie wszystko to, o czym może marzyć człowiek w upalnym klimacie: schłodzony sok owocowy, lody waniliowe i świeże sezonowe owoce. Ta radosna mieszanka to fakhfakhina, czyli matka wszystkich sałatek owocowych. Jej sława sięga daleko – nawet w sąsiednich krajach można przyłapać ludzi powoli przechadzających się ulicami z tym koktajlem w dłoni. Wielbiciele shishy natomiast mogą sięgnąć po tytoń o smaku fakhfakhiny, będący jedną z najsłodszych odmian melasy tytoniowej. Tak czy inaczej, fakhfakhina jest bez wątpienia przyjemnym sposobem na ochłonięcie po przeprawie przez piaszczysty skwar miasta.

 

Jak przygotować ją we własnym domu? Oto sprawdzony przepis na pyszną fakhfakhinę!

 

Składniki (dla dwóch osób):

– 1 mango
– mała kiść czerwonych winogron
-1 kiwi
– 2 banany
– 4 pomarańcze (na sok)
– 4 gałki lodów waniliowych
– 2 łyżki stołowe kruszonych orzechów ziemnych
– 2 łyżeczki miodu
– kilka świeżych liści mięty.

Możesz oczywiście eksperymentować z doborem owoców!

Umyj owoce, obierz i pokrój na kawałki mango, kiwi oraz banana. Ułóż owoce w dwóch dużych szklankach (odłóż część owoców na później, przydadzą się do ozdobienia całości). Wyciśnij pomarańcze, a sok dodaj do owoców. Jeśli chcesz, żeby twój koktajl był jeszcze zimniejszy, przygotuj sok wcześniej i wstaw go do lodówki na jakiś czas. Dodaj po dwie gałki lodów do każdej szklanki. Posyp z wierzchu kruszonymi orzechami i pozostałymi owocami. Polej miodem, a całość ozdób świeżymi liśćmi mięty. Podawaj natychmiast. Smacznego!

Posted on

Potrzeba nam mostów. Rozmowa z Angelą Ottone

Mieszkasz w Polsce od 1990 roku, ale na organizację festiwalu integrującego dwie nacje, mówiącego o kwestii wielokulturowości zdecydowałaś się dopiero teraz. Mam wrażenie, że takie milowe kroki czynimy najczęściej wtedy, gdy coś nas boli. Czy coś zaczęło Ci przeszkadzać w Polsce – tej Polsce, którą sobie sama wybrałaś?

Na pewno w kwestii integracji kulturowej jest w Polsce sporo do zrobienia, ale mam wrażenie, że jeszcze więcej jest do zrobienia we Włoszech– z tego względu coraz częściej myślę o powrocie do kraju. W Polsce jest dużo wspaniałych, prężnie działających osób, które będą edukować, pokazywać piękno wielokulturowości; we Włoszech ich zabrakło, bo ze względu na kryzys ekonomiczny bardzo wielu młodych ludzi wyjechało za granicę. Trzeba zapełnić tę lukę – i myślę, że doskonale zrobią to ci, którzy sami byli emigrantami, jak ja.

Organizacja festiwalu jest trochę jak rzucenie drobnego kamyka do wody – nie spowoduje tsunami, ale kręgi, które pojawią się na powierzchni, być może zainspirują kogoś do działania.

A więc bolą Cię Włochy. Wiesz, że w Polsce nie lubi się słuchać opowieści, które stawiają Italię w świetle innym niż to, które zapewnia wiecznie świecące słońce?

Nie powiedziałabym, że mnie bolą – widzę w nich raczej wyzwanie. Podam ci konkretny przykład. Mam wiele znajomych pracujących w edukacji, w tym szkołach podstawowych w Mediolanie. Są tam klasy, gdzie na na 20-25 dzieci, 22 pochodzi z innych krajów, a tylko trójka ma rodziców Włochów. Oznacza to szereg trudności – pojawiają się problemy językowe, komplikuje się kwestia wyboru tematyki zajęć. Nauczyciele czują się zdezorientowani; nie wiedzą, czego te dzieci uczyć, a czego nie. Któryś rodzic zawsze okaże się niezadowolony. To jest sprawdzian dla pedagogów.

Inny przykład: niedawno pojechałam do Mediolanu z moimi dziećmi, po 2 latach przerwy. To, co rzuciło im się w oczy, to fakt, że większość barów prowadzą teraz Chińczycy – szacuje się, że dzieje się tak w wypadku 70% wszystkich lokali. Kiedy wejdziesz na poranną kawę, pani zza kontuaru nie zapyta cię, czy chcesz takie samo cappuccino, jak zwykle, dając tym samym wyraz bliskiej, osobistej relacji, jaka łączy was od lat. W Polsce jesteście na początku tej drogi, my jesteśmy już w jej fazie kluczowej. Potrzeba pracy, więcej niż kiedykolwiek, zarówno wśród emigrantów, jak i wśród Włochów. Pracy, która pozwoli się poznać i nauczyć razem żyć.

A jednak swój MOST wznosisz na razie w Warszawie.

Od wielu lat pracuję z dziećmi, także w ramach teatru dwujęzycznego; wspólnie z maluchami przygotowałam kilka spektakli realizowanych po polsku i włosku jednocześnie. Pojawiały się wówczas sugestie, że brakuje w Polsce także włoskich spektakli dla dorosłych. Widziałam to zainteresowanie i postanowiłam zareagować. W tym roku przegląd odbędzie się już po raz drugi. Spotykamy się na polu artystycznym, ale nadrzędnym celem jest lepsze poznanie się dwóch społeczności, które żyją obok siebie, a nie ze sobą – Włosi w Polsce nie wszyscy łatwo się integrują.

Myślisz, że Polacy potrzebują zachęty, by otworzyć się na kulturę włoską? Sporo u nas zachowań ksenofobicznych, ale akurat Włosi od wieków cieszą się specjalnymi względami.

By się otworzyć – rzeczywiście nie. Jednak to otwarcie wypełniają stereotypy, wiedza bardzo powierzchowna, mity. Nie można ciągle myśleć o Italii jako o kraju pizzy, mozzarelli i toskańskiego słońca – nie tak wygląda dzisiaj rzeczywistość tego kraju. Ważny jest też fakt, że ze względu na swoją historię i położenie geograficzne Włochy są dziś obrazem tego, czym za kilka lat stanie się cała Europa – miejscem potrzebującym działań sprzyjających integracji, pracy u podstaw… Mostów właśnie. 

Angela Ottone podczas koncertu Kochaj Amatrice, fot. materiały prasowe
Angela Ottone podczas koncertu Kochaj Amatrice, fot. materiały prasowe

Uważasz się za optymistkę w tej kwestii? Mam na myśli przyszłość Włoch i Europy.

Opowiadałaś mi niedawno o swojej wypowiedzi w radiu, gdzie tłumaczyłaś, że społeczeństwu starożytnego Rzymu daleko było do jednorodności etnicznej. Zapytam cię więc: czy ktoś, kto widział zmierzch potęgi Imperium, mógł być optymistą? Na krótką metę na pewno nie, bo coś rozpadało się przed jego oczami, ale przecież w dłuższej perspektywie oznaczało wielkie zmiany, nadejście wspaniałych epok.Trzeba przyjąć odpowiednią optykę. Coś musi się zawalić, aby mogło narodzić się coś nowego. Artyście także nie wolno rysować prostej linii – musimy szukać meandrów, zaglądać w zaułki. To jest właśnie nasza rola. Tadeusz Bradecki porównał kiedyś teatr do konia – dawniej był on jedynym i nieodzownym środkiem transportu; dziś jest luksusem, czymś na swój sposób elitarnym, ale mającym moc docierania w te zaułki i ukryte zakamarki.

Pragnę pokazać Polakom – zarówno publiczności, jak i ludziom teatru – jak pracują włoscy artyści. Most rozciąga się zawsze w dwóch kierunkach, więc oczywiście działa to także w drugą stronę. Tłumaczymy polskie scenariusze na włoski i odwrotnie, prowadzimy do spotkań, pokazujemy polskich autorów Włochom, a kawałek Włoch przynosimy do Polski. Czasem wielkie znaczenie mogą mieć pozorne drobiazgi, jak to, że usiądziesz na widowni koło osoby, która nie mówi w twoim języku. Dla niektórych może to być zupełnie nowe doświadczenie – wbrew pozorom nie każdy podróżuje! – a w dzisiejszym świecie staje się ono naprawdę konieczne. Dodam też, że wśród reżyserów, z którymi współpracuję, jest, oprócz Włochów i Polaków, także Turek. Jak przystało na inicjatywę mającą na celu integrację kulturową, znajdą się więc u nas również akcenty z innych rejonów świata.

Do kogo kierowany jest przegląd? Kogo spodziewasz się zobaczyć na widowni?

Osoby ciekawe – to jest istoty przymiotnik. Zarówno Polaków, jak i Włochów. Włochów, którzy tęsknią za domem – a tęskni się, wiem to z autopsji, za dźwiękami, za językiem, który tworzy rzeczywistość. Polaków, którzy z różnych względów nie mogą sobie pozwolić na wyjazd do Włoch, a marząo kontakcie z tamtejszą kulturą. O tym, jak liczna to grupa, przekonuję się na co dzień, prowadząc zajęcia językowe we Włoskim Instytucie Kultury.

Na afiszu znajdziemy m.in. spektakl stworzony w oparciu o Emigrantów Mrożka oraz wymowny tytuł Metamorphosis – scenariusz nawiązujący do Przemian Kafki. Miejsce, które wybraliście – warszawska Stacja Muzeum (dawne Muzeum Kolejnictwa) – też wydaje się prawie symboliczne.

Tak, bo stacja kolejowa jest symbolem podróży. Szukałam miejsca, w którym moglibyśmy wystawić nasze spektakle; trafiłam tutaj i zaniemówiłam. Pociągi, porzucone bagaże, piękna sala restauracyjna z ogromnymi lustrami… Zanim udało nam się zorganizować oświetlenie, sprzęt nagłaśniający, wszystkie konieczne teatralne sprzęty, mieliśmy jużdoskonale funkcjonujący teatro di vita. Tuż obok organizowany jest słynny Nocny Market, tu toczy się najprawdziwsze życie – to, które przeplata sztukę z kulinariami, rozmowę o pogodzie ze spotkaniami, które wywracają świat do góry nogami. Uznaliśmy, że jest to po prostu miejsce właściwe.

Przypominają mi się słowa Felliniego, który mawiał, że życie to mieszanka magii i makaronu. Oba elementy są nam koniecznie do życia potrzebne, bez względu na kulturę i miejsce zamieszkania. Bardzo się cieszę, że magii teatru Włosi i Polacy poszukają w najbliższych dniach razem. Dziękuję ci bardzo za tę możliwość, a Was serdecznie zachęcam do udziału w spektaklach.

 

Wśród planowanych 6 spektakli wystawianych w ramach przeglądu MOST 2017 zobaczyć będzie można aż 3 premiery; warto także rozważyć udział w warsztatach teatralnych dla dzieci i dorosłych.

Patronat nad przeglądem objęła Ambasada Włoska i Instytut Włoski w Warszawie.

Więcej informacji na stronie internetowej organizatora.

 

 

 

 

 

Zdjęcie główne: Ana Gabriel / Unsplash
Posted on

Na żółto czy na niebiesko? Śródziemnomorskie historie o barwnikach naturalnych

Barwa, jako dopełnienie kształtu, jest najistotniejszym składnikiem wrażeń wzrokowych. Trudno jest wyobrazić sobie świat bez barw: wydają się potrzebne do życia niczym tlen czy promienie słoneczne. I choć wydaje się, że eksplozja kolorów jest wynalazkiem społeczeństwa industrialnego, to już nasi śródziemnomorscy przodkowie jako pierwsi docenili ich wartość w upiększaniu codzienności, w tym w malarstwie, przy produkcji odzieży czy tkanin używanych dla dekoracji wnętrz. Na początku odzież wyrabiano z wełny naturalnej, białej lub ciemnej, jednak w miarę wzrostu zamożności miast i dzięki kontaktom handlowych ze Wschodem, od wieków ubóstwiającym jaskrawe barwy, zamiłowanie do kolorowych ubrań stawało się coraz powszechniejsze. Najpopularniejszymi barwami śródziemnomorskiego antyku, ale i wieków poźniejszych, stały się czerwień, żółć i niebieski. W pierwszych farbiarniach wykorzystywano substancje naturalne, uzyskiwane z dostępnych roślin, minerałów oraz owadów. Okazuje się, że niektórzy reprezentanci kolorystycznej palety mają na dość oryginalną historię. Najciekawsze przypadki prezentujemy poniżej.

 

Błękitne złoto: INDYGO

Fot. gitane / Wikimedia commons
Fot. gitane / Wikimedia commons

Błękit indygo, bo taka jest jego pełna nazwa, początkowo otrzymywany był z liści krzewu indygowca barwierskiego, uprawianego w Indiach i Persji. Na terenach śródziemnomorskich pojawił się już w starożytności za pośrednictwem lokalnych kupców, jednakże na pierwsze uprawy roślin indygowych nad Mare Nostrum trzeba było czekać aż do VII-VIII wieku, kiedy to zostały przywiezione przez Arabów na teren podbitej Hiszpanii, Sycylii, północnej Afryki i Cypr. Niestety zbiory były na tyle niewielkie, że nie zrezygnowano z jego importu, co wiązało się z dalszym ponoszeniem ogromnych kosztów. Przez kolejne lata, kiedy kontakty z krajami Dalekiego Wschodu były niezbyt regularne, trudno dostępne indygo zaczęło osiągać ceny większe niż złoto, szybko zyskując miano „błękitnego kruszcu”. Z czasem w zastępstwie używano tańszego i bardzo podobnego błękitu z urzetu, pospolitej rośliny rosnącej również na terenie Polski. Produkcja barwnika polegała na zbieraniu liści i ucieraniu ich w kotłach drewnianymi tłuczkami. Z dobrze roztartej masy ugniatano ręcznie kulki, które następnie suszono i w takiej formie magazynowano. W farbiarniach rozcierano je z niewielką ilością wody, po czym masę rozkładano warstwami na półkach w specjalnych pomieszczeniach i co pewien czas zwilżano, tak, aby mogła przebiegać powolna fermentacja. Z uwagi na rozkład białek i związków siarki, podczas fermentacji wydzielał się silny odór, który rozprzestrzeniał się w zasięgu… 5 mil od miejsca produkcji! Po dwóch tygodniach fermentację przerywano, masę suszono i ucierano na proszek zawierający właściwy barwnik.

Po odkryciu drogi morskiej do Indii Wschodnich w 1498 roku, import indygowca stał się na tyle tani i szeroko dostępny, że groziło to eliminacją dochodowych upraw urzetu. We Francji podjęto działania zakazujące importu i używania zamorskiego barwnika. Uprawiano intensywną propagandę, wedle której do barwienia używa się żrącej mieszanki, dlatego noszenie takiej tkaniny jest szkodliwe; pisano też, że indygo jest trujące – stąd określenie “błękit diabła”. Takie zachowanie nie wyeliminowało jednak indyjskiej konkurencji. Co więcej, gdy w XVII wieku zorientowano się, że indygo z urzetu i z indygowca to chemicznie dokładnie ta sama substancja, barwnik pochodzący z Indii nadal uważano za “oryginalne” i lepsze.

 

Czystość światła: PURPURA

Madonna z Dzieciątkiem pędzla Giotta
Madonna z Dzieciątkiem pędzla Giotta – odziana w purpurową szatę

Innym słynnym barwnikiem starożytności była purpura. Wedle legendy jej odkrycie zawdzięczamy samemu Herkulesowi, a dokładniej jego psu, który podczas jednego z nadmorskich spacerów zaczepił dużego morskiego ślimaka wyrzuconego na plażę przez falę. Rozdrażniony skorupiak wydzielił śluz o intensywnym fioletowym kolorze. I rzeczywiście, nie ulega wątpliwości, że barwnik uzyskiwano z dwóch gatunków ślimaka morskiego, rozkolca: Murex brandaris i Murex trunculus, które występowały powszechnie w przybrzeżnych wodach we wschodniej części Morza Śródziemnego. Największą rolę w wytwarzaniu barwnika z tych mięczaków łownych odgrywał leżący na terytorium dzisiejszego Libanu Tyr, będący najważniejszym portem starożytnej Fenicji. Jako jeden z nielicznych dostarczał kosztownych tkanin ludom zamieszkującym Persję, Egipt, Grecję i inne kraje śródziemnomorskie; właśnie dlatego tę żywą barwę określano w Cesarstwie Rzymskim mianem purpury tyryjskiej. Produkcja barwnika była bardzo pracochłonna: wyjmowano ślimaki ze skorup, posypywano je solą, pozostawiano na kilka dni w celu ogrzania masy, po czym usuwano ściętą substancję białkową. W pozostałej gęstej cieczy zanurzano przeznaczony do farbowania materiał, który początkowo zabarwiał się żółto, ale w zetknięciu z powietrzem nabierał stopniowo barwy fioletowej. Równocześnie wydzielał się specyficzny zapach, podobny do czosnku lub nieświeżych ryb, który przestawał być wyczuwalny dopiero po kilku praniach, co uważano za oznakę oryginalności tkaniny. Niestety, ciężka i nieprzyjemna praca nad produkcją barwnika przynosiła mizerne wyniki, bowiem z 12 000 ślimaków uzyskiwano jedynie 1.4 g purpury tyryjskiej, która wystarczała co najwyżej do zafarbowania… chusteczki do nosa! Gdy nastąpił zmierzch potęgi Fenicji, kunszt barwienia purpurą przeszedł na terytorium Grecji, skąd następnie dostarczano tkaniny do Rzymu. W czasach Juliusza Cezara i Oktawiana Augusta szata purpurowa, późniejsze odzienie królów i dostojników kościelnych, staje się symbolem potęgi, przepychu i piastowanych wysokich godności. Jak pisał Pliniusz, purpura nadaje powagę młodzieńcom, odróżnia senatora od rycerza, obecna jest przy modłach o przebłaganie bogów i zdobi każdą szatę, w stroju triumfalnym splata się ze złotem (Pliniusz Starszy, Historia naturalna, 19. Ślimaki purpurowe (IX 125-127), s. 135-136).

W epoce średniowiecza umiejętność barwienia purpurą stopniowo upada i, w XII wieku, ostatecznie zamiera. Na pierwszy plan wybija się szkarłatny, zdecydowanie tańszy barwnik pochodzenia zwierzęcego – kermes. Początkowo pigment ten, otrzymywany z owadów Coccus illicis, przywożono ze Wschodu, ale po podbojach arabskich zwycięzcy przenieśli jego produkcję do Hiszpanii. Później przywożono go również z Portugalii, południowej Francji oraz krajów północnej Afryki. Larwy wykopywano z ziemi i zalewano wrzącą wodą, po czym suszono na słońcu lub w piecu. Produktem handlowym były zwykły proszek albo bryły wielkości pięści, wymieszane z masłem. Tak spreparowany barwnik wdarł się przebojem na rynki włoskie, francuskie i tureckie, również dzięki Polsce, gdzie określano go mianem czerwca polskiego – zbiorów dokonywano w szóstym miesiącu, co do dziś przypomina kalendarzowa nazwa. Niestety, także i ten barwnik został wyparty z użycia: po odkryciu Ameryki zaczęto stosować znacznie wydajniejszą koszenilę meksykańską, czyli sproszkowany barwnik otrzymany z wysuszonych samiczek owada Coccus cacti.

 

 

Wyblakłe niebo zza morza: ULTRAMARYNA

Tycjan zastosował ultramarynę podczas malowania obrazu Bachus i Ariadna
Tycjan zastosował ultramarynę podczas malowania obrazu Bachus i Ariadna

W czasie, gdy możnowładcy walczyli z nielegalnymi posiadaczami purpury, wirtuozi pędzla rozmyślali o innym rzadkim i cennym pigmencie – ultramarynie. Ów intensywnie niebieski pigment pierwotnie otrzymywany był z naturalnego minerału lapis lazuli, wydobywanego głównie w Azji i sprowadzanego statkami do Europy, skąd wywodzi się zresztą jego nazwa (od łacińskiego “ultramarinus” – pochodzący zza morza). W średniowiecznej i renesansowej Europie wykorzystywano go głównie do malowania nieba i szat Najświętszej Marii Panny. Przepiękne błękity zastosowane przez Giotta w Asyżu oraz późniejsze sceny biblijne Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej powstały dzięki użyciu tego właśnie minerału, którego cena przekraczała wtedy wartość złota. Z zachowanej korespondencji Albrechta Dürera możemy dowiedzieć się, że za pół kilograma farby w tym kolorze trzeba było zapłacić równowartość dzisiejszych 5 tysięcy dolarów. Niestety, pigment ten w miarę upływu czasu – pod wpływem wilgoci, dwutlenku węgla i światła – blaknie aż do szarości, i to w sposób nieodwracalny. Z tego też powodu nadawał się wyłącznie do zastosowania na freskach, i to tylko tych wykonywanych w technice al secco we wnętrzach budynków. Niestety, także tam może sprawiać problemy – z powodu zawilgoconych murów pobladły nieboskłony w bazylice św. Franciszka w Asyżu, a z powodu zbyt dużej liczby turystów, odwiedzających rokrocznie Kaplicę Sykstyńską, i tam zauważalne stało się rozjaśnienie fresków.

 

Zabójcze piękno: DYSKRETNY UROK BIELIDŁA

 

Antyczne elegantki dbały o jasną cerę. Na zdjęciu: jeden z portretów z Fajum
Antyczne elegantki dbały o jasną cerę. Na zdjęciu: jeden z portretów z Fajum

To, co nie sprawdziło się w malarstwie, stanowiło niemałą zaletę w pielęgnacji urody. Jasna karnacja od zarania dziejów była symbolem czystości i szlachetnego pochodzenia. Greczynki dla uzyskania jasnej cery nakładały na noc maseczkę z chleba i mleka, w ciągu dnia zaś stosowały na twarz jasny puder. Starożytni Rzymianie także lubili ciała jasną skórę, którą smarowali kredą i miksturami z ołowiem. Najwięcej dla białego lica skłonne były uczynić Egipcjanki, które poddawały się zabiegom opartym o przystawianie pijawek. Aby jeszcze bardziej podkreślić jasność i delikatność cery, malowały na twarzach cieniutkie niebieskie kreski imitujące żyłki.

Po oszczędnym średniowieczu, na kobiece twarze i ciała wkroczyły pudry i róż. Teoretycznie miały chronić przed bakteriami; w praktyce zaś po prostu tuszowano nimi brud. Kosmetyki zawierały biały ołów, kredę oraz rtęć, co powodowało nie tylko problemy z cerą, ale ale także prowadziło do utraty włosów, chorób żołądka i drgawek, a w najgorszym przypadku nawet do śmierci. Znaczne „zasługi” na tym polu osiągnął stworzony na bazie arszeniku puder Aqua Toffana, który uśmiercił w XVII-wiecznych Włoszech ponad 600 kobiet i mężczyzn. Bladość była modna bardzo długo – minęła dopiero w latach 20. XX wieku, kiedy opaleniznę zaczęła promować Coco Chanel.

Caput mortuum: MUMIOWY BRĄZ

 

Dziewiętnastowieczny obraz Martina Drollinga namalowany przy użyciu barwnika uzyskiwanego z mumii
Dziewiętnastowieczny obraz Martina Drollinga namalowany przy użyciu barwnika uzyskiwanego z mumii

Przy okazji arszenikowego pudru i fatalnych skutków jego stosowania, warto wspomnieć także mumiowy brąz, zwany również Caput mortuum i brązem egipskim. Ten niezwykły pigment pochodzący, jak sama nazwa wskazuje, ze starożytnych mumii, stał się szalenie popularny w XVI wieku, budząc naprzemiennie zaskoczenie, szok i zgorszenie, a jednocześnie uwielbienie artystów. Do jego produkcji wykorzystywano ludzkie i zwierzęce zwłoki wydobywane z egipskich grobowców. Mumie przerabiano na proszek i mieszano np. z mirrą. Jako że pigment ten miał dobrą przejrzystość, używano go głównie do cieniowania, jednakże znalazł również zastosowanie w malarstwie olejnym i akwareli. Na ostateczny efekt kolorystyczny wpływała nie tylko barwa wysuszonego ciała, ale również substancje użyte w procesie mumifikacji. W uzyskiwanym za sprawą pigmentu kolorze szczególnie gustowali XIX-wieczni twórcy z grupy prerafaelitów, ale dostępny był jeszcze długo później, bo nawet w połowie ubiegłego stulecia.

 

Metody naturalnego barwienia przetrwały w Europie do drugiej połowy XIX wieku, kiedy to wynalezienie pierwszych barwników syntetycznych spowodowało przełom w technice barwienia. Już w końcu ubiegłego wieku trwałe i tanie barwniki syntetyczne zaczęły być masowo produkowane w pełnych gamach kolorystycznych i stosowane na skalę przemysłową. Obecnie produkuje się przeszło 8000 takich substancji, potrafiących naśladować wszystkie odcienie natury. I tak naprawdę trudno jest stwierdzić, czy jest to powód do pochwały, czy raczej krytyki nowoczesności.

Posted on

Konkurs: Piękne panie C. Andrei Vitalego

Włochy, lata ’30 ubiegłego wieku. Małe miasteczko. Postaci z charakterem, rekwizyty jak z komedii. Witajcie w świecie Andrei Vitalego!

Aby zanurzyć się w nim całkowicie, warto sięgnąć po zabawną lekturę autorstwa włoskiego autora. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Esteri, mamy dziś dla Was trzy egzemplarze najnowszej powieści zatytułowanej Piękne panie C., której recenzję przeczytać można tutaj.

Co zrobić, aby o zawalczyć o jeden z nich? Należy zabawić się w pisarza! W komentarzu pod niniejszym postem prosimy o pozostawienie kilkuzdaniowego wstępu do książki, którą sami chcielibyście napisać. Pokażcie nam, od czego rozpoczęłaby się Wasza opowieść, której akcja rozgrywa się w Italii!

Nazwiska laureatów konkursu ogłosimy na naszym fanpage’u na Facebooku. Pełny regulamin zabawy dostępny jest tutaj: regulamin konkursu Piękne panie C.

Posted on

Piękne panie C. Andrei Vitalego

Książką “Piękne panie C.” Andrea  Vitali zabiera nas do Bellano lat trzydziestych, gdzie nigdy nic się nie dzieje, a hiperboliczne ideały faszystowskiego reżimu Mussoliniego nie są w stanie przebić się przez małomiasteczkowe intrygi i utarczki – oto, jak pisze o najnowszym polskim przekładzie autora jego wydawca. Można oczywiście zadać sobie pytanie: czy opowieść o prowincjonalnej miejscowości i zaginionej damskiej bieliźnie to coś, co warto przeczytać? Okazuje się, że tak, jeśli w tle historii odmalowano historyczne wydarzenia, jeśli język autora jest oryginalny, świeży i dowcipny, a przekład wierny, sprawny i rytmiczny. Wszystkie te warunki doskonale spełnia nowa powieść sygnowana nazwiskiem pisarza znad Como.

Tym razem przenosimy się za jego sprawą do Bellano roku tysiąc dziewięćset trzydziestego szóstego: zakończyła się właśnie druga wojna z Abisynią, rodzi się imperium faszystowskie, a mieszkańcy miasteczka, jak zwykle, najbardziej zajęci są swoją codziennością. Codziennością równie banalną, co niezwykłą – wszak życie to właśnie taka niejednorodna, zaskakująca mieszanka.


Vitali jak zwykle po mistrzowsku konstruuje autorską komedię, gdzie drobiazgi uruchamiają machiny, a mały gest potrafi przewrócić do góry nogami życie całej społeczności. Jej lektura toczy się w zawrotnym tempie, a obraz Włoch sprzed wielu lat, choć odrobinę pokryty patyną, zaskakująco przypomina ten, który maluje nam dzień dzisiejszy… Obraz, który tak bardzo wszyscy przecież kochamy.

 

Andrea Vitali, Piękne panie C., tłumaczyła Natalia Mętrak-Ruda, Esteri, Wrocław 2017

Chcesz przeczytać książkę Andrei Vitalego? Weź udział w naszym konkursie!

Posted on

4 andaluzyjskie pueblos blancos, które warto odwiedzić

Nasze rodzinne pobyty w Andaluzji, bardzo zresztą częste, mają zwykle dosyć powtarzalny rytm: dni spędzone nad morzem lub na morzu przeplatają się z wycieczkami, podczas których poznajemy bogactwa tego regionu. Muzea, galerie, cuda architektury, parki krajobrazowe są tu tak liczne, że nadal nie odkryliśmy ich wszystkich, choć od lat spędzamy na południu Hiszpanii przynajmniej kilka tygodni w roku.

Jedną z naszych ulubionych met, pozwalających odetchnąć od gwaru roztańczonej Malagi i rozśpiewanej Sewilli, są małe pueblos blancos, rozsiane licznie wśród andaluzyjskich gór. Oto cztery z nich, które lubię szczególnie; białe wioski, które kuszą… najpiękniejszymi kolorami.

 

Frigiliana

Frigiliana słynie przede wszystkim ze wspaniałych widoków, które zapewnia jej położenie: 300 metrów nad poziomem morza. Z tamtejszych wzniesień można czasem zobaczyć wybrzeże Afryki; cieszy także spojrzenie na pobliską Nerję.

 

 

 

Warto zaplanować obiad albo tapas w jednej z restauracji z widokiem na okolicę. Szczególnie polecam La Taberna del Sacristan (Plaza de la Iglesia, 3), The Garden Restaurant (Calle Santo Cristo s/n) oraz Restaurante Al Fuente (Calle Real 32).

 

Mijas 

Mijas jest uroczym miasteczkiem w prowincji Malagi, które szczególnie lubią małe dzieci: miejscowość słynie bowiem z osiołków, którymi można poruszać się po jej wąskich uliczkach.

 

 

 

Kieszonkowe warto przeznaczyć na zakupy w sklepie z ręcznie malowaną ceramiką, prowadzonym przez spółdzielnię lokalnych artystów: Artesania Española (Calle de los Caños, 5, 29650 Mijas). Niestety w większości pozostałych sklepów dostępne są raczej wyroby chińskie udające andaluzyjskie rękodzieło.

Estepona

Estepona jest nadmorskim kurortem z piękną promenadą ocienioną palmami i uroczym placem Plaza de las Flores, wypełnionym kwiatami.

 

 

Jedną z jej największych atrakcji Estepony jest szlak kolorowych murali, które zdecydowanie warto zobaczyć! Więcej na ten temat przeczytać można tutaj.

Setenil de las Bodegas

Setenil de las Bodegas powstało na gruzach dawnej twierdzy mauretańskiej. Zabudowa miasteczka osadzona jest między ścianami stromego wąwozu, a nad domami wznoszą się gigantyczne skały.

 

 

 

Podczas wizyty w tym skalnym mieście warto usiąść na kieliszek wina w jednym z barów pod wiszącą skałą, np. w La Tasca  (Calle Cuevas del Sol 71, 11692 Setenil de las Bodegas). Winorośl uprawiana jest tu co najmniej od XIII wieku, a wytwarzane lokalnie wino ceni się w całym regionie. Przypomina o tym nazwa miejscowości: bodegas to przecież nic innego, jak piwnice na wino.

 Wszystkie zdjęcia: Julia Wollner
Posted on

Salvador Dalí Laguna. Turkus w koralowych objęciach

Artykuł z serii: Perfumy pachnące Śródziemnomorzem

Zapachy, podobnie jak książki, opowiadają historie i odkrywają tajemnice. Czynią to językiem innym od powieści, a jednak równie przekonującym, trwale zapadającym w pamięć, grającym na emocjach, a zarazem przekazującym wiele konkretnych informacji. W niniejszej serii przedstawiam wybrane przeze mnie perfumy, które zamknięto we flakonach razem z opowiadanymi przez nie sekretami Śródziemnomorza.

Kataloński malarz Salvador Dalí to jeden z najbardziej rozpoznawalnych artystów XX wieku, jeśli nie w ogóle. Kto nie kojarzy jego słynnych miękkich zegarów, czyli obrazu Trwałość pamięci? Z perfumami sygnowanymi jego nazwiskiem sprawa ma się zgoła inaczej. Cieszą się o wiele mniejszą sławą, choć o niektórych warto mówić głośniej – na przykład o Lagunie.

Dalí ponoć powiedział kiedyś, że trzeba spędzić całe życie, malując oczy i nosy, by zostać surrealistą. Gdzieś pomiędzy tym zdaniem a niezapomnianym projektem sofy w kształcie obfitych ust Mae West, który zrodził się w głowie artysty, należy umieścić też design flakonu jego autorstwa, przedstawiający nic innego, jak nos i usta właśnie. Szukając inspiracji, twórca nie sięgał zresztą daleko, bo do swojego portfolio – buteleczka nawiązuje do jego własnego obrazu Pojawienie się twarzy Afrodyty Knidyjskiej.

Pierwszy zapach, czarny Salvador Dalí Parfum, pojawił się na rynku w 1983 roku. Laguna w kolorze morskiej wody zadebiutowała osiem lat później, czyli w roku 1991. Nic dodać, nic ująć – wygląda jak perfumy z lat dziewięćdziesiątych i tak też pachnie. To właśnie w tej dekadzie największe triumfy święciły pachnidła ze świeżą, oceaniczną nutą calone. Choć w samej Lagunie jej nie ma, pomiędzy owocami i kwiatami nie da się nie wyczuć podgrzanej słońcem bryzy i prania schnącego na wietrze.

Geograficznie laguna to dość płytki zalew lub zatoka oddzielone od morza naturalną barierą (na przykład atolem), ale wciąż mające z nim co najmniej jeden punkt styku, przynajmniej okresowo. Przejrzysty, połyskujący turkus w objęciach barwnej rafy koralowej to widok, który może poruszyć, zainspirować lub ukoić nawet najmniej poetyckie dusze. Nie potrzeba wielkiej wrażliwości, by zadurzyć się w takim krajobrazie. Z Laguną zamkniętą we flakonie też łatwo się polubić. Jest to bowiem zapach spokojny i jasny jak pocztówkowe piaszczyste wybrzeża pieszczone przez leniwe fale. Od odbiorcy wymaga tylko tego, by mu się poddać – zamknąć oczy, usłyszeć szum morza, na skórze poczuć ciepły oddech letniego dnia i dać się ukołysać do popołudniowej drzemki. Podziwiać zaklęte w kompozycji bogactwo nut przez miękką mgłę półsnu, która jeszcze bardziej rozmyje jego już i tak niewyraźne kontury.

W cytrusowym otwarciu migoczą krople soku z dojrzałych cytryn, grejpfrutów i ananasów. Rześkie jak późnowrześniowy śródziemnomorski poranek i przytulne całkiem, tak jak on, kiedy pojawią się pierwsze promienie słońca. W sercu czuć gałązki młodego, dopiero rozkwitającego jaśminu i pył strzepnięty z irysowych płatków. Przewija się tam też delikatna woń drzewna, która z czasem nabiera siły i wyrazistości – w bazie można wyczuć sandałowiec i co nieco cedru. Na finiszu kompozycji najważniejsze jest jednak trio wanilii, kokosa i piżma, które zmienia Lagunę w bezpieczną przystań, komfortową jak pluszowy kocyk. Koniecznie w turkusowym kolorze.

Posted on

Z miłości do piękna. Kilka słów o włoskiej ilustracji dla dzieci

Proces usamodzielniania się ilustracji dla dzieci, który doprowadzi do jej pełnej autonomii, rozpoczyna się we Włoszech pod koniec XIX wieku. W myśl przesłania educare, dilettando („uczyć, bawiąc”) rysunek przestaje być postrzegany jako rozpraszający uwagę czytelnika dodatek do tekstu i staje się wartością samą w sobie. Odchodzi się od ilustracji opisowej, czyli ściśle podporządkowanej narracji tekstowej, na rzecz ilustracji interpretacyjnej, stanowiącej twórczy, estetyczny komentarz wydobywający istotną treść utworu. Artyści przełomu wieków coraz częściej rezygnują ze stylu werystycznego – właściwego Enrico Mazzantiemu, pierwszemu ilustratorowi Pinokia – skłaniając się ku rozwiązaniom bliskim secesji.

Pinokio Enrica Mazzantiego
Pinokio Enrica Mazzantiego

Rozwojowi ilustracji we Włoszech sprzyjają narodziny pisemek dla najmłodszych, najpierw, w 1906 roku, „Il giornalino della Domenica”, a dwa lata później „Il Corriere dei Piccoli”, zwanemu „Il Corrierino”. Pierwszemu z nich, wyróżniającemu się niezwykłymi okładkami najznamienitszych twórców epoki, zawdzięczamy promocję ilustracji dla dzieci jako narzędzia kształtującego wrażliwość estetyczną, drugiemu – rozwój przywiezionej zza oceanu mody na komiks.

W książkach ilustracja staje się jednym z elementów tworzących harmonijną całość plastyczną dzieła i wpływającym na jego atrakcyjność. Stąd niezwykła dbałość o szatę graficzną, od starannie przygotowanej okładki po bogatą ornamentykę wewnętrzną. Jest to szczególnie ważne w dobie szerzącego się wówczas (sic!) kryzysu książki, spowodowanego między innymi przez największą konkurencję czytelnictwa – kinematograf. Wykonanie ilustracji zleca się najwybitniejszym artystom-plastykom, rysunkiem parają się też sami – dodajmy znakomici – autorzy książek, tacy jak Vamba (Luigi Bertelli) czy Yambo (Enrico Novelli). Wydawcami kierują jednak nie tylko pobudki komercyjne: nadrzędnym, deklarowanym celem tego rodzaju publikacji staje się educare all’amore del bello („wychowanie do umiłowania piękna”).

Okładka autorstwa Sergia Tofano.
Okładka autorstwa Sergia Tofano

Lista znamienitych twórców tego okresu jest imponująco długa; poczesne miejsce zajmują na niej takie sławy jak: Carlo Chiostri, Attilio Mussino, Filiberto Scarpelli, Sergio Tofano, Antonio Rubino, Ugo Finozzi, Ezio Anichini, Umberto Brunelleschi czy Giuseppe Biasi, żeby wymienić tylko niektórych. Jako że nie sposób opowiedzieć o wszystkich, chciałabym poświęcić kilka słów chociaż jednemu, popularnemu do dziś twórcy tej epoki, którego dzieła ukształtowały wiele pokoleń młodych włoskich czytelników.

Urodzony w 1878 roku w Turynie Attilio Mussino jest jednym z nielicznych włoskich ilustratorów dla dzieci rozpoznawanych poza wąskim kręgiem specjalistów. To właśnie jemu zawdzięczamy zmiany w estetyce ilustracji dla najmłodszych. Mussino kategorycznie odżegnuje się od pedagogicznej ostrożności właściwej większości XIX-wiecznych twórców. Jego rysunki cechują wyraziste kontury, umiłowanie do ciemnych barw, podkreślone kontrasty. Z jednej strony ilustracje są obliczone na całkowitą zrozumiałość, brak w nich jakichkolwiek, charakterystycznych dla secesji, niedomówień, z drugiej – daleko im do realizmu czy precyzji właściwej fotografii. Mussino wydaje się spadkobiercą grupy francuskich rysowników dziennika satyrycznego „L’assiette au beurre”, popularnego i znanego również we Włoszech. Silny wpływ na jego twórczość wywierają również rodzimi satyrycy, Gabriele Galantara oraz Giuseppe Scalarini, a także Winsor McCay, autor komiksu Mały Nemo w Krainie Snów. Nie bez znaczenia pozostaje fakt studenckiej współpracy Mussina z włoskimi dziennikami satyrycznymi „La Luna”, „Il Fischietto” i „Il Pasquino”.

 

Autoportret A. Mussina
Autoportret A. Mussina

Przedstawiona przez artystę rzeczywistość jest często ukazywana w krzywym zwierciadle, wolna od wpływów i panujących uwarunkowań. Mussino chętnie bowiem przełamuje obowiązujące schematy narracyjne: wnika w historię swoich bohaterów, żeby wydobyć z niej wszystkie możliwe i najbardziej odległe skojarzenia, za każdym razem stwarzając niemal nową postać. Najlepszym tego przykładem jest ponad czterysta ilustracji wykonanych na życzenie Enrico Bemporada do nowego, luksusowego wydania Pinokia z 1911 roku. To dzięki tej książce – nagrodzonej w tym samym roku złotym medalem na Wystawie światowej w Turynie – artysta osiągnie szeroką sławę, stając się jednym z najbardziej rozchwytywanych twórców tamtych czasów. Mussino – trzeci po Mazzantim i Chiostrim ilustrator przygód pajacyka – po raz pierwszy przedstawia Pinokia w kolorach. Rysunki cechuje spora doza typowej dla artysty teatralności oraz karykaturalności, a także wyrazista kolorystyka. Stworzony przez niego bohater niemal natychmiast przenika do świadomości zbiorowej, stając się swego rodzaju ikoną: o popularności ilustracji, reprodukowanych nie tylko w książkach, ale też na pocztówkach i w reklamach, mogą świadczyć choćby liczne próby plagiatu.

Sława Mussina nie ogranicza się jednak jedynie do historii drewnianego pajaca. Artysta, którego rysunki zdobiły także utwory innych klasyków, takich jak Swift czy Twain, jest dziś znany również jako autor ilustrowanych historyjek publikowanych w odcinkach na łamach prasy. Jego Bilbolbula – stworzonego kilka lat przed słynnym wydaniem Pinokia i ukazującego od 27 grudnia 1908 roku, czyli od początku istnienia „Il Corriere dei Piccoli” – uznaje się obecnie za pierwszy włoski komiks.

Tytułowy bohater cyklu Mussina – psotny ciemnoskóry chłopiec z Afryki – nie stroni od wybryków, za co zawsze spotyka go kara. Jego cechą charakterystyczną jest to, że dosłownie wciela każdą metaforę, która przychodzi do głowy autorowi, czasem wyłącznie dla potrzeb rymu. Bilbolbulowi opadają więc ręce, dwoi się i troi, czerwienieje ze wstydu lub zielenieje ze złości. I choć efekty tych zabiegów dzieciom musiały wydawać się raczej przerażające niż zabawne (łatwo można sobie wyobrazić rodziców, którzy straszyli nimi swoje pociechy), poczynania artysty zdają się mieć dużo głębszy sens. Bezlitosne traktowanie bohatera w rytm zmieniających metafor to przecież nic innego, jak tylko kolejna próba inteligentnego podkopania podwalin „starego” świata – tym razem poprzez zakwestionowanie zakorzenionych w nim zwyczajów językowych, na których opiera on swoją pozorną pewność i siłę.

Posted on

Zielone, błękitne, czerwone. Kolorowe miasta Maroka

Meknes: miasto zielone

Zwane marokańskim Wersalem Meknes utożsamiane jest często z zielenią – barwą odrodzenia. Dzieje się tak zapewne ze względu na fakt, że Meknes leży na urodzajnej równinie pełnej uprawnych pól, winnic i gajów oliwkowych. Z tych ostatnich okolica zasłynęła już w czasach rzymskich. Dawna marokańska stolica szczyci się także ciekawymi zabytkami, szczególnie miejskimi bramami wyjątkowej urody. Wiele z nich zdobią turkusowo-zielone płytki. Podobny odcień ma także większość tutejszych dachów.

Ludzie chronią się przed deszczem w Meknes, fot. Dimitry B. / Flickr, CC BY 2.0
Ludzie chronią się przed deszczem w Meknes, fot. Dimitry B. / Flickr, CC BY 2.0

 

Szewszawan: miasto błękitne

W północnozachodnim Maroku odwiedzić można miejscowość, która na całym świecie słynie z błękitnych fasad tamtejszych budynków; nic dziwnego, że często określa się ją mianem Błękitnej Perły. Istnieje wiele teorii próbujących tłumaczyć, dlaczego mieszkańcy miasteczka postanowili żyć w otoczeniu tej właśnie barwy. Niektórzy twierdzą, że odstrasza ona wszędobylskie komary; kto inny uważa, że błękitne ściany są dziełem Żydów, którzy chronili się tu w latach ’30 przed prześladowaniami mającymi miejsce w Europie. Podobno błękit, symbolizujący niebo, miał przypominać im o konieczności prowadzenia bogobojnego życia.

Widok na Szewszawan po porannym deszczu, fot. Davidlohr Bueso / Flickr, CC BY 2.0
Widok na Szewszawan po porannym deszczu, fot. Davidlohr Bueso / Flickr, CC BY 2.0

 

Marrakesz: miasto czerwone

Jedno z największych miast Maroka, stolica południowej części kraju, wznosząca się u podnóża gór, określane jest w dawnej marokańskiej poezji jako czerwona perła rzucona na Atlas. Czerwone są tu mury i fasady; czerwone stają się szczyty Atlasu tonące w blasku zachodzącego słońca. Miejscowa architektura swój charakterystyczny kolor przyjęła już na początku XII stulecia ze względu tzw. tabię – budulec wybrany przez tutejszych inżynierów, a złożony głównie z czerwonej gliny. Według legend, krwisty odcień zabudowań łączy się jednak z dramatycznymi wydarzeniami wojennymi, które miały tu niegdyś miejsce: polało się tak wiele krwi, że całe miasto przybrało czerwoną barwę.

Brama Bab Agnaou w Marrakeszu, fot. Lionel Leo / Wikipedia Commons, CC BY-SA 3.0
Brama Bab Agnaou w Marrakeszu, fot. Lionel Leo / Wikipedia Commons, CC BY-SA 3.0

 

Zdjęcie główne: Sergio Rola / Unsplash
Fotografie na licencjach: CC BY 2.0CC BY-SA 3.0
Posted on

Pod słońcem Toskanii. Majolika

Na placu Santissima Annunziata we Florencji stoi jedna z pierwszych budowli renesansowych – Szpital Niewiniątek. Wolne pola między łukami arkad zdobią biało-kobaltowe medaliony przedstawiające niemowlęta. Zrobił je Luca della Robbia z gliny pokrytej cynowym szkliwem. To majolika – odmiana ceramiki malowana ręcznie. Od XV wieku niewiele zmienił się sposób jej wytwarzania. Doszły tylko nowe ornamenty i kolory: zielenie, pomarańcze, żółcienie. Dziś w całej Toskanii kupimy ceramiczne miseczki, talerze i dzbanki zdobione gałązką oliwy czy słonecznikami. Ale żeby poznać prawdziwe majolikowe cuda i zobaczyć, jak są wypalane, najlepiej wybrać się do Montelupo Fiorentino.

Fot. optische_taeuschung / Flickr, CC BY-SA 2.0
Fot. optische_taeuschung / Flickr, CC BY-SA 2.0

To mało znane miasteczko leżące na zachód od Florencji liczy zaledwie 10 tysięcy mieszkańców i aż 120 pracowni ceramicznych. Jedną z nich od dwudziestu lat prowadzi Marco Tombelli, który chętnie oprowadza po swojej niewielkiej fabryce, pokazując, jak powstaje majolika. Czym różni się od tradycyjnej ceramiki? Przede wszystkim wypalana jest dwa razy. Uformowane na kole garncarskim naczynie wędruje do pieca, a następnie do kadzi z rozrobionym szkliwem. Gdy wyschnie, Marco przykłada do niego papierowy szablon ponakłuwany wzdłuż linii rysunku i odciska go małym woreczkiem z węglem drzewnym (podobną metodę stosowano przy malowaniu fresków). Wreszcie przychodzi czas na malowanie, a kiedy wzór jest skończony, naczynie wypalane jest ponownie. Chropawe, matowe i mało atrakcyjne wizualnie szkliwo pod wpływem wysokiej temperatury topi się i zmienia w błyszczącą, gładką jak szkło powłokę o bardzo intensywnych kolorach, która przez lata nie traci nic ze swojego połysku. Najlepszy dowód znajdziemy w niedalekim Museo della Ceramica di Montelupo, gdzie wśród trzech tysięcy cennych skorup przechowywany jest najstarszy zachowany przedmiot z majoliki: rudo-żółty talerz Il Rosso di Montelupo z 1509 roku (zobacz tutaj), zdobiony groteskami i firmowany inicjałami „LO” znanego warsztatu Lorenza di Piero Sartoriego.

Tondo na Spedale degli innocenti we Florencji, fot. I, Sailko / Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0
Tondo na Spedale degli innocenti we Florencji, fot. I, Sailko / Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0

Majoliką nazywa się wyłącznie wyroby z Włoch: naczynia, wazy, lampy, płytki. Podobne przedmioty, ale z Holandii, Francji czy Niemiec to fajans. Majolika znana była już w Persji. Do Włoch trafiła w XIII w. przez Majorkę, od której wzięła swoją nazwę (po raz pierwszy użył jej w 1548 roku niejaki Cyprian Piccolpasso – to on opracował techniki wyrobu majoliki obowiązujące do dziś).

Jednym z pierwszych i najsłynniejszych twórców majoliki był wspomniany Luca della Robbia, renesansowy artysta z Florencji. Pisze o nim Vasari: Luca długo zastanawiał się, co zrobić, by przedmioty z gliny nie kruszyły się. Wreszcie po wielu próbach doszedł do wniosku, że trzeba ją pokryć szklaną polewą z cyny, kredy, antymonu i innych minerałów topionych w piecu. Pierwsze majoliki della Robbi – płaskorzeźby, kapliczki, ołtarzyki – do złudzenia przypominały marmur, bo szkliwo miało kolor kości słoniowej. Z czasem artysta nieśmiało zaczął dodawać niebieskie tło, które stało sie jego znakiem rozpoznawczym. Kolorowa terakota tak bardzo się spodobała, że warsztat Luki nie nadążał z zamówieniami. Wkrótce również inni rzemieślnicy wzięli się do pracy – zaczęły powstawać naczynia i kafle.

Przez długi czas dekoracje na naczyniach nawiązywały do ornamentyki mauretańskiej. Potem rozwinął się styl istoriato, czyli narracyjny – przedmioty zdobiono scenami mitologicznymi, historycznymi i biblijnymi, często inspirowanymi dziełami Rafaela.

"Sąd Parysa" – przykład stylu istoriato; talerz z pracowni Orazia Fontany
“Sąd Parysa” – przykład stylu istoriato; talerz z pracowni Orazia Fontany, wg Rafaela, poł. XVI w.

 

Montelupo leżące nad rzeką Arno, głównym szlakiem handlowym Toskanii, szybko stało się centrum produkcji ceramiki dla zamożnej florenckiej klienteli. Serwisy z majoliki, zwykle zdobione rodowymi herbami, zamawiały najsłynniejsze książęce rody Wenecji i papieże; od XIII w. naczynia były też eksportowane do Holandii i na dwory królewskie Europy. Bogato dekorowane płytki zamówiła m.in. królowa Francji Maria Medycejska, aby ozdobić nimi podłogę Pałacu Luksemburskiego.

Ciekawostką jest, że majolika w końcu XVI w. trafiła też do Polski. Przywiózł ją do Krakowa Antonio Destesi, który od Stefana Batorego otrzymał przywilej wyłącznej produkcji tego kruszcu. Niestety, pierwsze wyroby z majoliki nie przyniosły większych rezultatów: włoscy mistrzowie narzekali, że choć polskiej glinie na niczym nie zbywa, to piasek jest za gruby, sól mocniejsza niż zamorska, a ogień z tutejszych drew nie tak dobry jak z włoskiej trzciny. Mimo tego również następcy Batorego podejmowali próby budowania majolikowego imperium – Jan Kazimierz w listach do Marii Ludwiki wspomina o wyborze miejsca na fabrykę faiseur de mayolica. Wreszcie własną manufakturę włoskiej ceramiki, działającą zresztą do dziś, założył w 1881 r. właściciel Nieborowa, Michał Piotr Radziwiłł. Widać wziął sobie do serca modną wówczas filozofię pracy u podstaw, bo zatrudnił okolicznych rzemieślników, zdolnych młodych artystów ze zubożałego ziemiaństwa i uczniów słynnej warszawskiej Szkoły Rysunkowej Wojciecha Gersona. W nieborowskiej fabryce powstawały ozdobne piece, kominki, amfory, żardiniery, talerze sygnowane znakiem fabrycznym MPR (od inicjałów właściciela majątku) oraz książęcą mitrą. Początkowo dekoracje nawiązywały do tradycyjnych wzorów włoskich, ale po tym, jak w prasie ukazała się krytyka Bolesława Prusa, książę sięgnął po tematy narodowe. W czerwcu 1884 roku w warszawskim Hotelu Europejskim została otwarta wielka wystawa wyrobów majolikowych z Nieborowa, która spotkała się z dużym zainteresowaniem stołecznej publiczności. Ale i tak, gdziekolwiek nie powstałaby majolika, nie dorówna ona tej z Montelupo. Bo w końcu tylko pod słońcem Toskanii najpiękniej iskrzą się ochry, zielenie i kobalty.

Zdjęcie główne: Tondo Madonna in gloria Giovanniego della Robbia na fasadzie Ospedale del Ceppo w Pistoi w Toskanii, fot. Mattana / Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0
Link do licencji CC BY-SA 2.0 dostępny jest tutaj.
Posted on

Hummus z burakiem

Buraki kojarzą nam się z kuchnią polską – i słusznie, bo czerwony barszcz, zupa z botwinki i ćwikła z chrzanem to ważne elementy naszego kulinarnego dziedzictwa. Kolebką buraka jest jednak Śródziemnomorze. Przodek dzisiejszego buraka, burak liściasty, porastał wybrzeże Mare Nostrum już w starożytności. Do dziś można spotkać go rosnącego dziko na piaszczystych nadmorskich terenach. Jego liście można jeść na surowo lub gotowane; w smaku przypominają szpinak.

Burak antyczny

Według jednego z asyryjskich tekstów, buraki miały rosnąć w wiszących ogrodach Semiramidy, a pierwsze wzmianki o uprawie buraków pochodzą ze starożytnej Babilonii.  Stamtąd najprawdopodobniej dostały się do antycznej Grecji – wspomina o nich sam Artystoteles. Na początku jedzono tylko liście buraka, i to bardziej z powodów leczniczych, niż kulinarnych. Uważano, że buraki pomagają na gorączkę, choroby krwi i układu pokarmowego. Uważano je także za afrodyzjak: podobno nie stroniła od nich nawet Afrodyta! Korzenie buraków ofiarowywano natomiast Apollinowi w jego świątyni w Delfach. Podobno Pytia miała kiedyś powiedzieć, że rzodkiewka jest warta swojej wagi w cynie, a burak w srebrze. Cenniejszy był tylko chrzan, o wartości złota. Czyżby tajemnicza wyrocznia chciała zasugerować, że dieta bogata w warzywa z tej grupy jest dobra dla zdrowia? Od Greków buraki przejęli Rzymianie; to oni wprowadzili do jadłospisu także korzenie rośliny. Buraki pojawiły się w O sztuce kulinarnej Apicjusza – księdze spisanej na początku naszej ery. Starożytny smakosz proponował picie wywaru z buraków oraz przyrządzanie sałatek z dodatkiem gorczycy, oliwy i octu.

Burak nad morzem

W średniowieczu burak rozprzestrzenił się na inne kraje Europy: uprawiano go w klasztornych ogrodach Francji, Hiszpanii i Włoch. Udało się wyhodować odmianę o większym korzeniu, która szybko podbiła północ i wschód Starego Kontynentu. Europa Wschodnia do dziś pozostaje mekką miłośników buraków, ale ciekawe przepisy znajdziemy nadal także nad Morzem Śródziemnym.

We Włoszech najpopularniejsze pozostają buraki liściaste, które wykorzystuje się np. jako dodatek do pizzy. Z Bazylikaty pochodzi przepis na calzone alle bietole – pierogi z ciasta chlebowego z nadzieniem z liści buraków i sera, zaś w Lacjum podaje się liście buraków gotowane w sosie pomidorowym. Korzenie wykorzystuje się raczej na północy kraju. Przepyszne są np. casunziei all’ampezzana: pochodzące z Dolomitów okrągłe pierożki z wściekle różowym nadzieniem z buraków i makiem. Na Bałkanach również dominuje burak liściasty, najczęściej w postaci podawanej na ciepło sałatki z gotowanymi w bulionie ziemniakami. W Grecji gotowany korzeń buraka często je się w sałatce rodem z przepisu Apicjusza: z odrobiną oliwy, octu i soli, czasami także z dodatkiem czosnku i świeżych ziół. Równie popularna jest pantzorosalata, sałatka z buraków z greckim jogurtem, sokiem z cytryny, czosnkiem i natką pietruszki, posypana orzechami włoskimi lub pistacjami. W Maroku można zjeść natomiast prostą sałatkę z burakami, cytryną, oliwą i przyprawami.

Zgodnie z przepowiednią delfickiej wyroczni, burak zyskał dziś status tak zwanego superfood. Buraki dodawane są do smoothies i kolorowych sałatek, pieczone z octem balsamicznym, kiszone z imbirem i cytryną. Królują na stołach w postaci cieniutkiego carpaccio albo chrupiących kotlecików. Można też zrobić z nimi hummus.

Hummus z burakami

2-3 niewielkie buraki
500 g ugotowanej ciecierzycy
sok z 1 cytryny
ząbek czosnku, rozdrobniony
2 łyżki tahini
łyżeczka mielonego kuminu
szczypta soli morskiej

do podania:
podgrzane chlebki pita
garść posiekanych pistacji
kilka listów mięty i botwinki
szczypta za’ataru
łyżka jogurtu greckiego
oliwa

 

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.
Buraki obieramy, zawijamy w folię i pieczemy do miękkości, przez około godzinę.
Zostawiamy do przestudzenia.
Wszystkie składniki hummusu blendujemy na gładką pastę.
Przekładamy do miseczki lub na talerz.
Podajemy z kleksem jogurtu, skrapiamy oliwą.
Posypujemy za’atarem, pistacjami i listkami mięty i botwiny.
Podajemy z ciepłą pitą.

Posted on

Festa Major de Gràcia – 200-lecie obchodów święta dzielnicy

Tradycją w Barcelonie jest, że każda dzielnica – ba! nawet większość osiedli! – ma swoje święto, nazywane festa major. Zazwyczaj trwa ono tydzień, podczas którego mieszkańcy i goście spotykają się, by wspólnie kosztować różnych smakołyków, bawić się przy muzyce, tańczyć, ale także brać udział w różnego rodzaju warsztatach i prezentacjach.

Wesoła integracja

Bodaj najsłynniejszą z takich festes jest święto dzielnicy Gràcia, uważanej za „najbardziej katalońską” w mieście. Do jej obchodów mieszkańcy przygotowują się na długo przed drugim tygodniem sierpnia, na który tradycyjnie przypada Festa Major de Gràcia. Program jest niezwykle bogaty: znajdziemy w nim różnego rodzaju warsztaty, konkursy, koncerty, gry, zabawy, przedstawienia, degustacje, spotkania, a także kolorową i głośną paradę, zakończoną pokazem sztucznych ogni. Jednak centralnym punktem obchodów święta jest co roku prezentacja poszczególnych uliczek dzielnicy, pomysłowo przystrojonych przez mieszkańców. Każdy zaułek ma swój temat bądź motyw przewodni, a dekoracje i ozdoby przygotowywane i montowane są własnoręcznie przez sąsiedzką wspólnotę. Cóż za fantastyczny pomysł na integrację społeczności! Warto się przy tym postarać, bo przystrojone ulice są następnie oceniane przez jury, w skład którego wchodzą przedstawiciele miasta i dzielnicy. Najwyżej oceniona otrzymuje nagrodę: puchar przechodni oraz pokaźną sumę, przeznaczaną na potrzeby zwycięskiej wspólnoty.


W tym roku po raz dwusetny

Po nieudanej próbie podbicia Półwyspu Iberyjskiego przez armię Napoleona i zwycięstwie wojsk Hiszpanii, Portugalii i Wielkiej Brytanii nad Francją, zarówno armia sprzymierzonych, jak i niedobitki wojsk francuskich rekwirowały majątki kościelne w różnych zakątkach Hiszpanii, wywożąc dzieła sztuki poza granice kraju; kościoły i klasztory zamieniano w stajnie bądź koszary. Taka właśnie sytuacja miała miejsce w 1817 roku w będącej jeszcze wówczas katalońską miejscowością Gràcii. Znajdujący się tam klasztor franciszkanów został splądrowany przez francuskich żołdaków. Posiadacz ziemski Antoni Trilla udostępnił wówczas uciekającym przed wojskiem francuskim franciszkanom swoją kaplicę, udzielając im schronienia oraz umożliwiając przechowanie wszystkich tych dóbr, które udało im się ocalić przed wpadnięciem w ręce wroga. Tereny należące do Trilli były schronieniem dla zakonników tak długo, aż nie wybudowali oni nowego klasztoru. Posiadłość Trilli stała się też miejscem obchodów katolickiego święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, dotąd odbywających się w zniszczonym klasztorze. I właśnie wówczas, 15 sierpnia 1917 roku, po raz pierwszy do celebrowania uroczystości przyłączyli się wszyscy graciences, przystrajając swoje domy i bawiąc się przy muzyce. Tak narodziła się Festa Major de Gràcia. Kształt zbliżony do obecnego nadała jej zaś w 1862 roku główna ulica (najczęściej w historii nagradzana za swoje dekoracje) – wówczas jeszcze nosząca nazwę d’Ample, dziś Verdi. To tu po raz pierwszy zorganizowane wspólne sąsiedzkie przystrajanie całej ulicy oraz towarzyszące mu trwające dwa dni zabawy, konkursy dla dzieci oraz na koniec – wielki bal na świeżym powietrzu.


Radość i łzy

Festa Major de Gràcia przeżywała na przestrzeni tych dwustu lat zarówno wzloty, jak i upadki. W roku 1986 święto zostało odwołane ze względu na żałobę części rodzin – wielu mieszkańców miało bliskich mieszkających na Kubie, których straciło podczas tamtejszej wojny o niepodległość. Podobnie stało się po wybuchu hiszpańskiej wojny domowej w 1936 roku. Podczas dyktatury generała Franco obchody musiały poddać się rygorom zaprowadzonym przez specjalną komisję, która decydowała o tym, jaki mają mieć kształt, ile mogą kosztować i na co mieszkańcy mogą sobie pozwolić.

Ostatnie zakłócenie obchodów tego pięknego święta miało, niestety, miejsce w tym roku. 17 sierpnia, dwa dni po rozpoczęciu festy, w Barcelonie miał miejsce zamach terrorystyczny; jeszcze tej samej nocy do kolejnego doszło w podbarcelońskim kurorcie nadmorskim Cambrils. Życie straciło 14 osób, w tym małe dzieci, a kilkadziesiąt zostało rannych. W kraju ogłoszona została trzydniowa żałoba. Przygotowywane przez wiele miesięcy huczne obchody dwusetlecia Festa Major de Gràcia zostały przerwane.

Podobnie jednak jak w przeszłości, przygniecione przez tragedię miasto i tym razem nie dało się złamać. Ludzie wychodzili na ulice, by demonstrować jedność, solidarność i niezłomność. Także mieszkańcy Gràcii postanowili, że nie dadzą odebrać sobie swego święta. Choć część uroczystości i zaplanowanych imprez została odwołana, najważniejszy punkt, czyli prezentacja przystrojonych ulic oraz konkurs na tę najciekawszą, najpiękniejszą i najbardziej oryginalną, odbył się zgodnie z planem, po raz kolejny okazując się ogromnym sukcesem organizacyjnym i frekwencyjnym. Tym mocniej odczuwało się atmosferę sąsiedzkiej – i po prostu ludzkiej – wspólnoty, która od dwustu lat towarzyszy obchodom Festa Major de Gràcia.

 

Tematyczne dekoracje poszczególnych ulic w 2017 roku:

carrer Ciudad Real: Sense fronteres (Bez granic) – ulica upamiętniająca wielką hiszpańską migrację w latach ’40, ’50 i ’60 ubiegłego wieku; dekoracja stanowiła też wołanie o niezamykanie granic przed współczesnymi uchodźcami i udzielenie im schronienia;

carrer Fraternitat de Baix: King Kong – ulica udekorowana motywami z filmu o wielkiej małpie, w tym samego King Konga wspinającego się na nowojorski Empire State Building;

carrer Fraternitat de Dalt: Neverending Fratern (Niekończące się braterstwo) – ulica udekorowana motywami z filmu „Niekończąca się opowieść”, w tym wielką postacią smoka Falcora;


carrer Jesús: Metamorfosi (metamorfoza) – dekoracja pokazywała kolejne stadia przemiany larwy w motyla i otaczającą ją naturę; zdobywca trzeciej nagrody;

carrer Joan Blanques de Baix de Tot: Fot-li verd (Bądź zielony) – ulica przeobrażona w zielony, ekologiczny, odnawialny korytarz; znalazł się tu, m.in., skonstruowany specjalnie hotel dla insektów, czyli konstrukcja z różnych rodzajów drewna i gałęzi, w których mieszkały różne gatunki owadów; zdobywca drugiej nagrody;

carrer La Perla: Pink Flamingos – dekoracja nawiązywała do filmu Johna Watersa z 1972 roku pod tym właśnie tytułem;

carrer Maspons: Un Maspons de llegenda (Legendarne Maspons) – dekoracja nawiązująca do legendy o św. Jerzym, pogromcy smoka, patronie Katalonii;

carrer Mozart: Rock in Mozart – hołd w stronę muzyki rockowej, wśród dekoracji znalazł się m.in. cmentarz największych gwiazd rocka;

plaça Vila de Gràcia: L’essencial és invisible als ulls (Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu) – plac udekorowany motywami z książki Antoine’a de Saint-Exupéry Mały Książę;


plaça Rovira i Trias: Fantasia en blanc (Fantazja w bieli) – plac udekorowany w całości na biało, przedstawiający niebo, morze i ziemię wyłącznie za pomocą materiałów w kolorze białym;

placeta Sant Miquel i Rodalies: Mare Nostrum – dekoracja przedstawiająca Śródziemnomorze i jego elementy najbardziej charakterystyczne dla poszczególnych państw i regionów, zawierająca także motyw dramatu uchodźców;

carrer Progrés: 1917-2017 Progrés i revolució (Postęp i rewolucja) motywem przewodnim była Rewolucja Rosyjska i przemiany prowdzące do powstania społeczeństwa opartego na wolności i solidarności między klasami;

carrer Providència: Pau i amor (Pokój i miłość) – ulica udekorowana motywami charakterystycznymi dla hippisowskiej kultury lat ’60 i ’70 ubiegłego wieku;

carrer Puigmartí: Ghostbusters (Els caçafantasmes – Pogromcy duchów) – ulica, której dekoracje zainspirowane były słynnym filmem Ivana Reitmana z 1984 roku;

carrer Tordera: Da Vinci – dekoracja będąca hołdem złożonym twórczości Leonarda da Vinci i jego wynalazkom;

carrer Travessia Sant Antoni: Travesquia 1817m – 2017m – inspiracją dla dekoracji tej ulicy stało się pokryte śniegiem małe miasteczko położone wysoko w górach; zdobywca głównej nagrody;

a także:

carrer Berga: Dolça Berga (słodka Berga) – ulica przeobrażona w wielką fabrykę słodkości;

carrer Joan Blanques de Baix: Hi havia una vegada… (Był sobie kiedyś…) – motywem przewodnim dekoracji były baśnie z 1001 nocy;

carrer Llibertat: Carrer de l’Infern (Piekielna ulica) – dekoracja przedstawiająca diabły i motywy piekielne z różnych mitologii;

carrer Perill: Circ Perill (Cyrk Perill) – ulica udekorowana niczym wielka cyrkowa arena;

plaça Poble Romani: Rromano Rez / Celler Romani (cygańska piwnica z winem) – dekoracja nawiązywała do historii o Eneridzie Isuf, zwanej Idą, która przybyła do Gràcii z Albanii, podążając za miłością swojego życia, i aby nieco ulżyć tęsknocie za ziemią rodzinną, wybudowała tu piwnicę z winem na wzór piwnicy swego ojca;

carrer Verdi del Mig: Atmos(feres) (Atmosfery) – mieszkańcy ulicy zabrali odwiedzających w świat abstrakcji i zabawy kolorem i fakturą, tworzącymi różne formy, oddając pole interpretacji wyobraźni widzów.

 

Wszystkie zdjęcia: Vincente Villatoro
Posted on

Labirynt nad morzem Zbigniewa Herberta

Justyna Sobolewska w swojej recenzji Labiryntu nad morzem, opublikowanej w 2000 roku przez “Gazetę Wyborczą”, podkreśla, że w książce tej Herbert skupił się na freudowskiej analizie poczucia winy odczuwanej wobec arcydzieła. Podróżując po Grecji, borykał się z niemożnością opisu; czuł obowiązek zamknięcia doświadczanego piękna w słowach, a tymczasem, jak sam notował, nie udało mu się wyrazić nawet kształtu i koloru oliwki. By z doświadczenia zrobić przedmiot, trzeba być Dürerem – twierdził. A jednak słowa to nie przedmioty: Herbert, mimo odczuwanych wątpliwości, udowodnił, że jego językowy kunszt swobodnie konkurować może z wybitnym miedziorytniczym modelunkiem genialnego artysty z Norymbergi.

Co ciekawe, poetyckiemu językowi Herberta, opisującemu greckie krajobrazy, na pierwszy rzut oka bliżej do kipiącego barwą i grą światłocienia malarstwa Dürera, niż do monochromatycznych cymeliów, które uważa się za jego największe arcydzieła. Herbert nie krył przecież, że cel jego podróży stanowiły nade wszystko kolory.

Do Grecji jechałem na spotkanie z krajobrazem – pisał. – Sztukę grecką można poznać nieźle w muzeach europejskich. Duszna noc na pokładzie statku płymącego klasycznym szlakiem z Brundizjum do Pireusu pełna była pytań o kolor nieba, morza i gór. Znalezioną odpowiedź przekładał na papier lekkimi pociągnięciami pióra, bez patosu, z właściwą sobie bezpretensjonalnością, uzyskując jednak przekaz o zaskakującej sile. Chociaż przyjechałem nocą, domy, zlepione z sobą jak plaster miodu, parowały bielą – pisał na przykład o Mykonos, sprawiając, że rozważania o nieumiejętności opisania oliwki brzmią jak poetycka kokieteria.

W swej istocie Labirynt nad morzem bliższy jest jednak grawerunkowi niż kolorowym płótnom. Erazm z Rotteramu, podziwiając Dürerowskie drzeworyty, zachwycał się: Czegóż on nie potrafi wyrazić jednym kolorem! Cień, światło, blask, wypukłość i wklęsłość (…). Wszystko to kładzie nam przed oczami z pomocą najszczęśliwiej dobranych kresek, właśnie czarnych, a robi to tak, że wyrządziłbyś dziełu krzywdę, gdybyś naniósł nań barwę. Podobnie jest z Herbertem. Rysował nam Grecję prostym, skromnym słowem, a zdołał wyrazić wszystko. Jej cienie, jej światło; i ciemność, i blask.

 

Zbigniew Herbert, Labirynt nad morzem, Zeszyty Literackie, Warszawa 2000