Posted on

Rzym jest jak morze: im dalej, tym głębiej. W Rzymie jak w domu Rosity Steenbeek

Pobierz PDF i przeczytaj wywiad z Rositą Steenbeek opublikowany w magazynie “La Rivista”: La Rivista 15 – Wywiad z Rositą Steenbeek

Zacznę dzisiaj od zadzierania nosa. O Rzymie wiem strasznie dużo. Ja, która gubię się na warszawskim Żoliborzu w połowie drogi między domem a uliczką, gdzie parkuję swoje auto, w Wiecznym Mieście zachowuję się, jakby Pan Bóg wbudował mi jakąś sekretną, wewnętrzną nawigację. Poruszam się pewnie, wiem, co, gdzie i jak. Znam zabytki, te słynne, ale jeszcze lepiej i częściej – te, o których słyszał mało kto. Jak najęta opowiadam przyjaciołom historie, których do tej pory albo nie znali w ogóle, albo widzieli zapisane tylko w encyklopediach. Tu spacerowała Kleopatra, tu mieszkał Cyceron, pod tymi arkadami straszy, a tutaj zaciukali pewnego słynnego generała. Gęba mi się nie zamyka. Bo ja, proszę państwa, w Rzymie czuję się jak w domu.

Z tym pełnym buty nastawieniem przeczytałam tekst na okładce książki Rosity Steenbeek, która, jeśli wierzyć tytułowi (W Rzymie jak w domu), czuje się bardzo podobnie. Według zapewnień wydawcy, opublikowany przezeń przewodnik ma opowiadać o miejscach, które zna mało kto. Wśród nich wymienione jest między innymi… “kocie forum”. Ma per carità*, myślę sobie, każdy wie, gdzie w Rzymie najchętniej wygrzewają się koty! Parskam sobie pod nosem, ale postanawiam dać książce szansę. Po pierwsze dlatego, że zaplanowałam w szpiglu jej recenzję. Po drugie dlatego, że Wydawnictwo Marginesy jest przemiłe we współpracy. Po trzecie… No właśnie, trzeci powód, po chwili namysłu, zaczyna się zadziwiająco rozrastać.

Na okładce zabawna, nowoczesna i kolorowa ilustracja. Kto czytał wydawane przeze mnie magazyny “La Rivista” i “Lente”, ten wie, że ja i cała redakcja uwielbiamy takowe. Dziesięć punktów na plusie.

Autorka jest z wykształcenia filologiem klasycznym. Jak ja przyjaźni się więc z cezarami, a zamiast o romansie z Clooneyem, marzy raczej o Owidiuszu. Swojska babka. Przyznaję jej kolejnych piętnaście punktów.

Wartką narrację (dwadzieścia punktów!) Rosity przełożyła na język polski pani Małgorzata Woźniak-Diederen, z którą miałam kiedyś okazję współpracować w ramach działalności wydawnictwa Draft Publishing. Wiem, że w tekście nie znajdę językowych dziwolągów, które mogłyby odwrócić uwagę od rzymskich historii. Plus dziesięć.

… Wygląda na to, że jednak mam pokaźną ochotę przeczytać tę książkę.

 

 

Pierwsze strony przerzucam w samochodzie na światłach, wracając z pracy na Żoliborz. Rosita rozpoczyna swoją opowieść od spotkania z Luigim Pirandellem. Nie z oryginałem wprawdzie, a jego wnukiem o tym samym imieniu, jednak przynęta została połknięta. O Pirandellu pisałam przed laty pracę magisterską i do dziś wymieniam wśród najukochańszych pisarzy. Na trzecich z kolei światłach zaczynam się robić zazdrosna. Pirandello jest kloszardem, ma bródkę jak dziadek, mieszka w Rzymie, a Rosita chadza z nim na kawę. Cholera jasna, psia krew, tyle wyjazdów do Wiecznego, a ja nie wiedziałam o takiej wspaniałej możliwości!

Po zapoznaniu czytelnika z historią Luigiego, autorka zabiera nas na spacer po antycznym Teatrze Pompejusza, czyli miejscu, w którym zamordowano Juliusza Cezara (moją największą życiową miłość) i której pozostałości skrywa spora część dzisiejszej rzymskiej starówki. Ja w międzyczasie docieram już na Plac Wilsona, czas wysiadać z samochodu, ale od lektury nie mogę się oderwać. Znowu okazuje się, że Rosita zna zakamarki, których nigdy nie odkryłam, choć jadałam w opisywanej przez nią restauracji San Pancrazio, choć przestudiowałam setki książek o Campo Marzio i choć przez czas jakiś studiowałam archeologię. Zaczynam szukać w torbie ołówka, aby popodkreślać miejsca, które muszę odwiedzić podczas najbliższej wizyty w Rzymie.

Są wśród nich zresztą nie tylko zabytki i miejsca, w których każdy kamień opowiada inną historię. Rosita poleca także bary, w których można napić się najlepszego w Rzymie frullato; sugeruje knajpy, gdzie podadzą Wam najlepszą soczewicę z kolendrą albo najjędrniejsze spaghetti. Cytuje swoich rzymskich przyjaciół, opowiada o codziennych, a jakże przy tym znaczących spotkaniach z nieznajomymi. Przestrzega, gdzie lepiej patrzeć pod nogi (czy wiedzieliście, że pewnego razu na starówce pewna para zapadła się samochodem kilka metrów pod ziemię, wpadając z rzymskiego bruku wprost do atrium eleganckiej, antycznej willi?!), a gdzie podnieść wzrok ku niebu. Biegamy z nią po Rzymie jak oszalali, bo Rosita nie zwalnia nawet na chwilę. Jak to przy intensywnym wysiłku bywa, endorfiny szybują nam w górę i jedną ręką zaczynamy już grzebać w internecie w poszukiwaniu biletów do stolicy Włoch.

Ufff, chwileczkę, przyda mi się sekunda na odsapnięcie. Jestem dopiero na 60 stronie, jeszcze ponad 200 przede mną, a jeden z rozmówców autorki przypomina mi autorytatywnie, że Rzym jest jak morze; im dalej, tym głębiej. I świetnie, myślę sobie rozochocona. Wrzucę tylko post i będę dalej nurkować, dalej biegać za Rositą po krętych, brukowanych uliczkach. Towarzystwo jest doborowe – kilka ładnych słów o książce nakreślił na obwolucie Jarosław Mikołajewski, mój przyjaciel, wielki autorytet i zarazem jeden z moich pierwszych nauczycieli włoskiego. – Rzym Rosity jest realny bardziej niż sto przewodników. Bo jest realny od środka. Takim się staje w chwili, kiedy włączamy go do życia.

 Jeśli i Wy macie na to ochotę – a przecież nie może być inaczej! – koniecznie sięgnijcie po W Rzymie jak w domu. Przewodnik po miejscach nieoczywistych.

Życzę Wam miłej lektury, dając znowu nura w rzymskie morze!

___________

* odpowiednik polskiego “na litość Boską”

 

Rosita Steenbeek, W Rzymie jak w domu, Marginesy, Warszawa 2014

Pierwsza publikacja powyższej recenzji miała miejsce w roku 2015.

 

UWAGA: Zapisz się na kurs do rzymskiej szkoły języka włoskiego SCUDIT i skorzystaj z naszych atrakcyjnych rabatów!
Posted on

Hiszpania dla dociekliwych Moniki Bień-Königsman. Recenzja video

Tullia Wollner, lat 6 i 7 miesięcy, zakochana jest w Hiszpanii. I choć o swoim ulubionym kraju wie bardzo dużo, to i ją zaskoczyło kilka fascynujących ciekawostek, które znalazła w książce opublikowanej przez Wydawnictwo Dwie Siostry. Popatrzcie, posłuchajcie, a potem koniecznie poczytajcie!

PS. Scenariusz, reżyseria i rola główna: Tullia Wollner; kamera (w telefonie, odrobinę się trzęsie): Julia Wollner, Tullia Wollner; w montażu pomagała trochę ciocia Natalia Olbińska

_________________________________________________

¡Olé! Hiszpania dla dociekliwych, tekst: Monika Bień-Königsmanilustracje: Maria Dek, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2016

Posted on

Z cyklu: Ludzie Śródziemnomorza. Shira Shaked

Jesteś izraelską artystką, która zdecydowała się mieszkać i pracować za oceanem. Czy Twoja śródziemnomorska tożsamość stanowi obciążenie, czy raczej bogactwo?

Wyjechałam z Izraela z prostego powodu – zależało mi na zdobyciu tytułu naukowego doktora. W Izraelu tego typu programy nie są dostępne, musiałam więc szukać dalej, a spędzenie kilku lat w Nowym Jorku było zawsze moim marzeniem. To ono, w połączeniu z ofertą Stony Brook University, sprawiło, że spakowałam się i wsiadłam do samolotu.

Bycie izraelskim artystą za granicą – oto zdanie, które wymaga podziału na dwie odrębne kwestie. Po pierwsze – bycie Izraelczykiem na obczyźnie. Nie sądzę, by bardzo różniło się od sytuacji innych nacji – zawsze są jakieś różnice w mentalności, bariera językowa… Czasem nie mówię tego wszystkiego, co mam na myśli, w obawie przed byciem źle zrozumianą. Różnice w pojmowaniu świata odczuwam w codziennych sytuacjach, np. w metrze czy autobusie – w Stanach ludzie bardzo dbają o swoją przestrzeń i dosłowną nietykalność; w moim kraju wszystko załatwia się prędko, czasem przepychając się łokciami. Poza tym są jeszcze kwestie polityczne – staram się unikać rozmów o konfliktach zbrojnych, a z jakiegoś powodu moi rozmówcy często oczekują, że wyrażę swoją opinię o tym, co dzieje się na Bliskim Wschodzie.

Natomiast praca artystyczna za granicą jest najlepszą rzeczą, jaka mi się przydarzyła. Nowy Jork ma tyle do zaoferowania! Liczba koncertów i inicjatyw kulturalnych, które mają tu miejsce, jest ogromna, podobnie jak liczba szans, które się dzięki temu rodzą. Czuję, że otwieram się tu na świat i bardzo rozwijam.


Mimo wszystko jednak to Śródziemnomorze nadal najbardziej Cię inspiruje.

Cóż, myślę, że fakt urodzenia się i wychowania w tej właśnie części świata jest moim przywilejem. Czasem bezczelnie to wykorzystuję – szybko zorientowałam się na przykład, że ludzie w Stanach uważają mój hebrajski akcent za uroczy (śmiech). Chętnie grywam utwory izraelskich kompozytorów, szczególnie tych łączących elementy kultury Wschodu i Zachodu, co jest dla Izraela typowe. Trudno mi jednak powiedzieć, czy rzeczywiście region Śródziemnomorza inspiruje mnie artystycznie. Myślę, że często nie zdajemy sobie nawet sprawy, co ma na nas prawdziwy wpływ. Dorastałam w Tel Awiwie, więc mam śródziemnomorskiego ducha, czy mi się to podoba, czy nie. Uwielbiam morze, plażę, uwielbiam śródziemnomorską bezpośredniość. Taka zresztą staram się być w mojej pracy: lubię, gdy muzyka ma mocny przekaz, gdy stanowi kanał komunikacji. Myślę, że jest to odczuwalne w mojej grze. Mój mąż mówi, że gdy gram, serwuję swoje serce na dłoni.


W ramach cyklu “Ludzie Śródziemnomorza” zwykle staram się prosić moich rozmówców o swobodne dokończenie kilku zaproponowanych przeze mnie zdań. Zaczynamy?

 Oczywiście. (śmiech)

Jestem…

Przede wszystkim szczęśliwym człowiekiem. Wierzę, że ludzie są dobrzy, a problemy prędzej czy później same się rozwiązują. Lubię przyglądać się im z różnych punktów widzenia, analizować, zadawać pytania. Oczywiście kuszące jest stwierdzenie, że jestem przede wszystkim muzykiem, ale tak naprawdę fakt, że odnoszę w tej dziedzinie sukcesy, wynika raczej z mojego pragnienia ciągłego rozwijania się. Potrafię spędzać godziny, zastanawiając się, jak zagrać daną frazę; gdy znajdę ten najwłaściwszy sposób, odczuwam wielką satysfakcję. Gdy muzyka brzmi dobrze, wszystko jest w porządku. To ona pomaga mi czuć się jak należy.

Muzyka i podróżowanie…

… to niezwykle istotna kombinacja. Uważam, że człowiek powinien być cały czas w ruchu. Gdy patrzę na swoją drogę zawodową z perspektywy czasu, widzę, że najważniejsze były w niej chwile spędzone na festiwalach, konkursach, w podróży właśnie – wtedy, gdy odczuwasz nowe bodźce, spotykasz się z innym niż zwykle repertuarem. Jest to konieczne dla rozwoju artystycznego.

Piękno…

…moim zdaniem – łączy się z niedoskonałością. Piękne są niezbyt proste nosy. Piękne są wielkie, włochate psy o zamglonym spojrzeniu. Mój pierwszy ukochany miał zeza, a ja uważałam, że to urocze (śmiech). Zauważam piękno w jąkaniu się czy innych – jak uznałaby większość – ułomnościach. Świat kręci się właśnie dzięki temu, co niedoskonałe, dalekie od ideału.

Pozostaję optymistką w kwestii…

…przyszłości kultury i sztuki, choć przecież artyści zostają coraz częściej pozbawieni swobody wypowiedzi, a ich głos jest zagłuszany. Jeśli spojrzymy wstecz, zobaczymy, że to właśnie takie sytuacje wydobywają z artystów to, co w nich najlepsze. Rezultaty tej wojny – bo myślę, że jest to wojna – będą być może widoczne dopiero za jakiś czas, ale jestem spokojna, że ją wygramy.

Mój Izrael…

…mam nadzieję, że nadal istnieje. To miejsce czyste, bardziej naiwne i proste niż to opisywane przez media. To jedzenie świeżych winogron i brzoskwiń na plaży z moim tatą, w każdy sobotni poranek. To spędzanie weekendów w Tiberias u moich dziadków i zajadanie się rybami z jeziora Genezaret. Podbieranie kluczyków samochodowych rodzicom w piątek wieczorem i przejażdżki autem po ulicach Tel Awiwu, oczywiście z przyjaciółmi. Najwspanialszy moment w Izraelu to przełom kwietnia i maja, kiedy obchodzimy Święto Niepodległości. W radiu grane są patriotyczne piosenki, ruch uliczny zatrzymuje się dla upamiętnienia poległych, a kilka godzin później szaleje się na koncercie i puszcza fajerwerki.

Izrael to także drobne codzienne niedogodności – to, że spotkania odwołuje się na ostatnią chwilę, że każdy spóźnia się ze względu na niekończące się korki, a obcy ludzie na ulicy uważają, że mają prawo udzielać ci rad na każdy temat. Mój Izrael to także zima, która w tej części świata jest niepodobna do niczego innego. Pachnie inaczej i – choć pewnie w to nie uwierzysz – bywa mroźniejsza niż ta w Nowym Jorku.

Ach, powiedziałam to wszystko, a nie wspomniałam o humusie. Izrael to humus! (śmiech)

 

Tel Awiw. Fot. Julia Wollner
Tel Awiw. Fot. Julia Wollner

Dźwięki Izraela…

Muzyka śródziemnomorska często utożsamiana jest z tą, którą w Izraelu nazywamy wschodnią. Mam na myśli dźwięki zakorzenione w tradycjach greckich, tureckich, bałkańskich i arabskich. W Izraelu dodatkowo zyskała ona popową oprawę, więc słyszy się ją często włączoną na cały regulator, dudniącą z samochodów. Niektórzy jej nie cierpią; mnie nie przeszkadza, bo uważam, że jest radosna i bardzo energetyczna. Jednak prawdziwa izraelska muzyka to dla mnie ta, która powstawała w latach 90. – bardzo płodnym okresie dla izraelskiego rocka.
Inne ważne izraelskie dźwięki to dla mnie wycie syreny ogłaszającej szabat w religijnej dzielnicy, a zaraz potem głęboka cisza i spokój, która ogarnia okolica. Nie spotyka się tego nigdzie indziej.

Bycie człowiekiem Śródziemnomorza oznacza…

…mieć gorące serce. Tacy są zwykle mieszkańcy tego regionu. Uśmiechają się częściej, są otwarci i łatwo się z nimi zaprzyjaźnić. Oczywiście jest to uogólnienie, ale zapewne zawierające ziarnko prawdy. I, jak wiele rzeczy w życiu, jest to coś, co najbardziej docenia się z oddali.

Nowego albumu Shiry posłuchać można tutaj:

Posted on

Pozytywne Positano

Rozciągające się na południe od Neapolu Wybrzeże Amalfitańskie uchodzi za jedno z najbardziej malowniczych i romantycznych miejsc w Europie; zważywszy na przeważającą tu liczbę turystów spoza Starego Kontynentu, to właściwie na całym świecie. Pierwszym oczarowanym był ponoć legendarny “twardziel” Herkules, który nazwał ten skrawek wybrzeża na cześć swojej ukochanej nimfy Amalfi. W owych mitycznych czasach widok musiał być tu ównie piękny, co surowy: potężne skały opadały niemal pionowo w taflę Morza Tyrreńskiego. Obecnie krajobraz rozweselają wybudowane na zboczach miasteczka, zwane nie bez powodu „trzynastoma perłami Amalfi”. Positano zdecydowanie błyszczy pośród nich najjaśniej. I choć jego nazwa nie pochodzi od włoskiego przymiotnika positivo, to jednak przekonamy się, że parze tej bardzo jest do siebie po drodze.

Z okien autobusu taki widok w równym stopniu zachwyca, co przeraża. Fot. Warlikeangel / Flickr CC BY 2.0
Z okien autobusu taki widok w równym stopniu zachwyca, co przeraża! Fot. Warlikeangel / Flickr CC BY 2.0

Stoicki spokój na krawędzi klifu

Do Positano docieramy z Sorrento drogą SS163, na której widoki zapierają dech w piersiach. Jest ona cienka jak nitka, kręta niczym wąż i zawieszona wysoko – zbyt wysoko! – nad poziomem morza. Beztrosko uśmiechnięty kierowca autobusu pędzi skrajem drogi na łeb na szyję, unosząc koła na zakrętach, jakby na końcu trasy czekała na niego nagroda: wielki talerz domowego spaghetti. Nawet wytrawnym śródziemnomorskim podróżnikom może zrobić się słabo. Jako że nie warto martwić się rzeczami, na które nie mamy wpływu, i lepiej cieszyć się tym, co jest nam dane, postarajmy się spojrzeć na sytuację pozytywnie. Jazda autobusem ma swoje dobre strony. Po pierwsze, z samochodu dawno byśmy już wysiedli, nigdy nie dotarłszy do upragnionego celu. Po drugie, centrum Positano wyłączone jest z ruchu kołowego, a parking w pobliżu miasteczka niezwykle trudno znaleźć. Po trzecie, autobus zostawia nas w najwyższym punkcie Positano, skąd rozpościera się niesamowity widok na cuda położone niżej.

Positano było kiedyś małą wioską rybacką. Fot. Dennis Jarvis / Flickr CC BY-SA 2.0
Positano było kiedyś małą wioską rybacką. Fot. Dennis Jarvis / Flickr CC BY-SA 2.0

Steinbeck, Jagger i bikini

Przez kilka stuleci dzisiejsze miasteczko było maleńką wioską rybacką. W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku odkrył je dla świata amerykański pisarz John Steinbeck, który tak opisywał je w swojej relacji dla pisma “Harper’s Bazaar”: Positano wgryza się głęboko. To miejsce jak ze snu, które wydaje się nie być prawdziwe kiedy tam jesteś, a staje się tak prawdziwe, kiedy wyjeżdżasz. Dekadę po nobliście Positano upatrzyli sobie członkowie grupy Rolling Stones, Mick Jagger i Keith Richard, którzy ponoć w jednej z tutejszych knajp komponowali swoje utwory, w tym przebój Midnight Rambler. To właśnie wtedy w miasteczku zapanowała moda na tzw. Positano look – plażowe stroje z dodatkami w stylu hippie. W następnych dekadach przybywały tu kolejne sławy; w latach 90-tych miasteczko stało się zaś ulubioną scenografią Hollywood: to tu kręcono między innymi Tylko ty z Robertem Downeyem Juniorem, Utalentowanego pana Ripleya z Mattem Damonem oraz kultowy dla wielu film Pod słońcem Toskanii, którego bohaterka śmiga motorem po wąskich uliczkach miasteczka w pogoni za namiętną miłością.

 

Miejscowa ceramika zachwyca kolorami. Fot. momo/ Flickr CC BY 2.0
Miejscowa ceramika zachwyca kolorami. Fot. momo/ Flickr CC BY 2.0

Picasso i piraci

Schodzimy w dół wijącą się jak serpentyna ulicą Via Cristoforo Colombo. Po lewej stronie stopniowo wynurza się przed nami kaskada kolorowych, miniaturowych domków, uczepionych stromych skał i usianych gęsto jeden przy drugim, tak, aby wykorzystać każdy skrawek terenu. Positano to niewątpliwie triumf architektonicznego optymizmu nad przyziemną teorią grawitacji! Po prawej stronie, dla kontrastu, rozciąga się aż po horyzont spokojny lazur morza, który raz po raz przecinają jedynie zmierzające w różne strony statki wycieczkowe.

Słynny dach kościoła Santa Maria Assunta. Fot. Rosino / Flickr CC BY-SA 2.0
Słynny dach kościoła Santa Maria Assunta. Fot. Rosino / Flickr CC BY-SA 2.0

Pośród wielobarwnych dachów w dole wyróżnia się majolikowa kopuła romańskiego kościoła Santa Maria Assunta, z którym związana jest kolejna ciekawa legenda dotycząca źródłosłowu nazwy Positano. Podobno piraci, którzy ukradli w Bizancjum ikonę Czarnej Madonny, przepływali w okolicy Positano, rozpętał się nagle ogromny sztorm, a świstający wiatr zdawał się im szeptać do ucha: Posa! Posa! (wł. “Odłóż! Odłóż!”). Przerażeni złodzieje posłuchali głosów i zostawili w miasteczku bezcenną XIII-wieczną ikonę, którą w tutejszym kościele podziwiać można do dziś. W pobliżu świątyni warto uważnie patrzeć pod nogi, ponieważ w chodniki wkomponowano tu wzorzyste mozaiki, nawiązujące stylem do dzieł Picassa, częstego gościa Positano. Wszechobecne ceramiczne płytki, z produkcji których miasteczko słynie i które zdobią fasady miejscowych domów, cieszą feerią barw i sprawiają, że Positano wydaje się jeszcze bardziej radosne i pozytywne!

Cytryny to jeden ze znaków charakterystycznych Positano, fot. Michael Costa / Flickr CC by 2.00
Wspaniałe owoce to jeden ze znaków charakterystycznych Positano, fot. Michael Costa / Flickr CC by 2.00

Słodkie lenistwo i kwaśne cytryny

W sezonie Positano przywdziewa szaty eleganckiego kurortu w starym dobrym stylu: jest modnie i “na bogato”, ale nie tandetnie. Epikurejskie carpe diem przekuwa się tu chętnie na włoskie dolce far niente, czyli słodkie nieróbstwo, do praktykowania którego miasteczko jest wręcz stworzone. W ciągu dnia wylegujemy się na plaży, sącząc lokalną specjalność granita di limone, czyli orzeźwiający cytrynowy sorbet. Miejscowe owoce cytrusowe osiągają gigantyczne rozmiary, można je tu zrywać prosto z drzewa, a ich zniewalający zapach unosi się nad całą miejscowością. Po zmroku zaś, gdy miasteczko rozświetlają ciepłe, żółte światła, obserwować możemy tajemniczo migoczące jachty zacumowane w zatoczce, zastępując sorbet równie pysznym likierem cytrynowym limoncello.

Positano po zmierzchu. Fot. Eric Hossinger / Flickr CC BY 2.0
Positano po zmierzchu. Fot. Eric Hossinger / Flickr CC BY 2.0

Positano wyda nam się jeszcze bardziej pozytywne, gdy udamy się tam poza sezonem, kiedy ceny spadają, tłumy turystów znikają, a miasteczko z powrotem nabiera uroku swojskiej rybackiej wioski. Najlepszy czas, aby się nim delektować, to koniec lata, kiedy odbywa się tu coroczne “Święto ryby” (Festa del Pesce). Celebruje się je w ostatnią sobotę września. Mieszkańcy bawią się wówczas na oddalonej nieco od centrum miasta plaży Fornillo, pijąc wino i zajadając się darami morza: fritto misto z kalmarów, małych rybek i krewetek, sałatką z ośmiornicy czy bardziej treściwą lokalną specjalnością zwaną totani e patate – ziemniakami ze smażonymi kalmarami. W lokalnych restauracjach warto zresztą regularnie korzystać z epikurejskiej rady, wedle której klucz do szczęścia stanowią przyjemności. Szczególnie warte uwagi są gnocchi alla sorrentina (z pomidorami, mozzarellą i bazylią), ser scamorza zapiekany na liściach drzewa cytrynowego, zuppa di cozze (mule w sosie pomidorowym)…

Potężna dawka ruchu nad morzem i poczujesz się jak młody bóg! Fot. yomo 13 / Flickr CC BY 2.0
Potężna dawka ruchu nad morzem i poczujesz się jak młody bóg! Fot. yomo 13 / Flickr CC BY 2.0

Schody do nieba

Powrót z restauracji do miejsca, w którym nocujemy, może jednak łączyć się z niemiłą niespodzianką – wszędzie pełno tu schodów, wykutych niemal pionowo w skale. Znowu jednak warto przypomnieć sobie zalecenia antycznych filozofów, najlepiej przyjmując po stoicku, że nawet to, co wydawać się może niedoskonałe, składa się w istocie na idealnie zharmonizowaną całość, której my jesteśmy nieodłącznym elementem. Cieszymy się zatem, że Positano żyje bez spalin, w zgodzie z naturą, a i my sami korzystamy, zażywając dziennej porcji ruchu na świeżym powietrzu.

Schody, schody, schody... Fot. Dennis Jarvis / Flickr CC BY-SA 2.0
Schody, schody, schody… Fot. Dennis Jarvis / Flickr CC BY-SA 2.0

Wprawionych piechurów o mocnych nerwach czeka wspaniałe wyzwanie: “Ścieżka bogów”, czyli zawieszony wysoko nad taflą morza dziesięciokilometrowy szlak, wiodący od Positano do Nocelle. Określono go tak ze względu na stojące tu niegdyś rzymskie świątynie, ale dziś jego nazwa zdaje się odnosić do samopoczucia, które pomaga uzyskać jego przejście. Bez wątpienia znacznie zwiększa poziom endorfin: po pokonaniu 1700 (!) schodów, wędrujemy wzdłuż stromej górskiej ściany nad 500-metrową przepaścią, mijając maleńkie wioski i niekończące się winnice, podziwiając widok na całe wybrzeże, a słysząc tylko własny oddech, cykanie świerszczy i dzwoneczki kóz. Parafrazując Steinbecka: Positano jest tak bajkowo nierealnie pięknym miejscem, że gdy je już opuścimy i zatrą się wspomnienia, zapragniemy do niego powrócić i sprawdzić, czy aby nie był to sen.

 

Zdjęcie główne: momo / Flickr CC BY 2.0
Fotografie na licencjach:
CC BY 2.0
CC BY-SA 2.0
 
Posted on

Powiedzieli, że tam Go nie znajdę

Nie wiem, czy lubił ścisk tłumu, powietrze ciężkie od kadzidła, modlitewny trans, w który, rozpaczając, wpadają stare kobiety w Bazylice Grobu. Nie wiem, co powiedziałby na tamtejsze “status quo”, zasady rozpisane z linijką w dłoni, uprzejme uśmiechy kapłanów różnych wyznań podbite znużeniem, ale może też zazdrością czy, odwrotnie, poczuciem wyższości. Podobno niełatwo spotkać Go wśród bezmyślnie powtarzających żywe niegdyś wersy zdrętwiałej przez wieki modlitwy, choć przecież na pewno znalazłby dobre słowo dla każdego pielgrzyma. Poklepałby też serdecznie po plecach sprzedawcę soku z granatu, chuchającego w zziębnięte dłonie w chłodny jerozolimski poranek; może wpadłby w gniew, widząc natarczywych handlarzy, którzy, kopcąc fajkę, za wszelką cenę próbują namówić cię na zakup różańca z oliwnego drzewa. Nie ma Go tu jednak dzisiaj, bo na Via Dolorosa nawet szpilki nie dałoby się przecież wcisnąć; nie ma w Bazylice, bo nie w grobie przecież Jego miejsce.

 

 

 

Szukam Go więc tu, w nieświętym, zwykłym mieście, gdzie z Jaffy dobiega nawoływanie muezina do modlitwy, kierowcy autobusów niecierpliwie uderzają w klakson, a mały chłopiec chowa się pod maminą spódnicę, zmęczony zakupami na rozkrzyczanym targu. Wydaje mi się, że mignął mi na ulicy, wśród południowego zgiełku, kiedy gorąco jest niemiłosiernie, a tłum naciska na ciebie ze wszech stron, bo każdemu spieszno do skończenia zakupów przed szabatem. Widziałam Go też kątem oka przy straganach, tam, gdzie stara Arabka złości się, że ceny obrusów za wysokie, a jakiś świętobliwy Żyd zasypia oparty o mur, gdy żona i córki wybierają barwne szale, w nieskonczoność targując się z kupcami. Potem spotkałam Go raz jeszcze koło baru z faszerowaną pitą, tego, w którym dają najlepszy sos tahini – na ławce przy wejściu, jak gdyby nigdy nic, całowały się zachłannie dwie dziewczyny w kolorowych trampkach. Wydawało mi się, że uśmiechnął się nieznacznie, widząc moje kiepsko skrywane zakłopotanie, może rozbawiony faktem, że mogłabym podejrzewać Go o skłonność do wydania pochopnej oceny.

 

Przy bulwarach podał miskę z wodą spragnionym, kudłatym psiakom, które prowadził na spacer młodzian ze starannie przystrzyżoną brodą, i podziękował mężczyźnie z papierosem, gdy ten wrzucił parę groszy jałmużny żebrakowi pod salonem odzieżowym z garsonkami w dużych rozmiarach. Potem zniknął w narzekającym na kwietniowy upał  tłumie, gdzieś koło warsztatu szewca, który od lat reperuje sandały moim teściom, a może bliżej zegarmistrza, zaraz obok arabskiego sklepu z zakurzonymi dywanami.

Widziałam Go tam, wśród zwykłego, spieszącego ku sobocie piątku, wmieszanego w tłum przechodniów o różnych kolorach skóry, uczesanych i potarganych, pachnących i pogniecionych, wierzących, wątpiących i wierzących inaczej; obok kochających, obojętnych i kochających odmiennie. Był jak zawsze, od zawsze, a ja nie spytałam wcale, dokąd zmierza, bo przecież wiem, że spotkam Go i jutro, i potem, i tak już codziennie, aż do końca świata.

Posted on

Pompeje Alberta Angeli – rozwiązanie konkursu

Dziękując Wam za ciekawe komentarze, z przyjemnością informuję, że pasjonująca opowieść włoskiego dziennikarza o ostatnich dniach kampańskiego miasta powędruje do:

Kamila Tomasza Kolosza
Aleksandry Rasz
Magdaleny Florek.

Serdecznie gratuluję laureatom i zapraszam do przesłania swoich danych korespondencyjnych na adres info@lente-magazyn.com, a wszystkich Was raz jeszcze zachęcam do sięgnięcia po tę niesamowitą książkę!

Posted on

Według niej Macieja Nawariaka. Lektura na Wielkanoc

Niewiele, widzę, mogłam panu powiedzieć z tego, co pana najbardziej interesuje. No, ale jestem tylko starą kobietą… – powtarza blisko stuletnia Mariamne, szykując prosty posiłek dla bezimiennego greckiego biografa, który, nie wiedzieć czemu, chce dowiedzieć się więcej o losach zgładzonego prawie pół wieku wcześniej Żyda. Nie przelewa się u niej, ale chleba i sera, Bogu dzięki, w domu nie brakuje – rodzina prowadzi warsztat rymarski, więc na podstawowe potrzeby jakoś wystarcza. Mimo upływu wielu lat, kobieta opowiada wszystko ze ściśniętym sercem. Chodzi przecież o Hosziego, jej kochanego syna o mądrych, czarnych oczyskach, tego samego, który jako smarkacz, siadając w kucki w ulicznym pyle, uczył się greckiego alfabetu od sprzedawcy gwoździ.

 

Razem z greckim skrybą pogryzającym kozi ser słucham jej zaciekawiona, choć może i trochę strapiona – jakbym przyzwyczaiła się już, że opowieści, w których odnajduje się losy Jezusa i jemu bliskich, muszą kogoś obrazić, kogoś zszokować, kogoś oburzyć. Z na wskroś współczesnego języka, jakim przemawia, wnioskuję, że boskość w jej historii będzie uczłowieczona do granic – ujęcie bliskie mojemu odczuwaniu religii, a jednak nierzadko ryzykowne i dla wielu kontrowersyjne. I rzeczywiście: szybko dowiaduję się, że syn Mariamne, jak niejeden młody mężyczna, borykał się z mało estetyczną łysiną, a do tego bywał irytujący – wszak musiał zawsze mieć ostatnie słowo. A jednak nie potrafię wyobrazić sobie, by po lekturze opowieści Nawariaka, choć pełnej tego rodzaju rozwiązań, ktoś mógł poczuć się urażony.

 

 

Hoszi był synem rymarza, nie cieśli. Jego rodzice się rozwiedli. Jako młody mężczyzna ukochał sobie nieszczęśliwie piękną Tamar, która porzuciła go dla innego. Uczył się medycyny i uzdrawiał ludzi, a potem zginął z rąk bezwzględnych Rzymian. Brzmi znajomo, choć wyczuwalna jest też szczypta poetyckiej licencji. Jednak to chyba nie biografia Jehoszui jest w tej książce najistotniejsza. Ważniejsza jest ona, Ona. Matka, która połączyła Niebo z Ziemią, żydowska niewiasta, która dała początek chrześcijaństwu. Starowinka o policzonych dniach, która wbrew wszystkiemu ciągle ma nadzieję, że on wróci. W pierwszym rzędzie zaś – prosta kobieta obdarzona życiową mądrością, kochająca syna mimo wszystko, za wszystko, jak tylko matka potrafi. Ważniejsze są realia epoki, doskonale odtworzone, i mnogość informacji o żydowskich obyczajach. Przypuszczalnie najważniejsze będą zaś pytania, które postawimy sobie w czasie lektury, i mądre sugestie młodego Żyda, które weźmiemy do serca. Znajdź sobie w życiu kogoś takiego, od kogo będziesz chciał się uczyć – oto jedna z rad, jakich kolegom ze swadą udziela młody Jezus.

Hoszi, według niej.

 

_____________________________________

Maciej Nawariak (pseudonim Macieja Hena), Według niej, Wydawnictwo DUE, Warszawa 2004

Posted on

Melopita – miodowe ciasto na święta

Melopita oznacza po grecku “miodowe ciasto” i miód, jeden z ulubionych składników tamtejszej kuchni, faktycznie odgrywa tu nieprzeciętną rolę – to on bowiem odpowiada za niebanalną słodycz tego deseru. Pojawia się przy tym dwukrotnie: najpierw dodajemy go do ciasta, a potem, wedle uznania, polewamy jeszcze gotowy wypiek. Najlepiej byłoby użyć popularnego na wyspach miodu tymiankowego, uznawanego przez Greków za afrodyzjak; ciasto można też posypać świeżym tymiankiem.

Drugim po miodzie kluczowym składnikiem melopity jest ser. Grecka Wielkanoc wypada zwykle w sezonie produkcji świeżych serów z owczego i koziego mleka (krów na Cykladach praktycznie się nie hoduje). Sery dodaje się wówczas do słodkich i słonych przekąsek – na słodko występują w połączeniu z miodem, cynamonem i cytrusami, w wersji wytrawnej jako nadzienie do ciasta filo, np. z dodatkiem jagnięciny i cynamonu. Tradycyjną melopitę przygotowuje się z sera myzithra albo anthotyros – miękkich, świeżych białych serów z mleka owczego lub mieszanki owczego i koziego. W Polsce można spróbować zastąpić je łatwiej dostępną włoską ricottą, najlepiej owczą.

Tradycyjnym składnikiem miodowego sernika jest też cynamon, znany w Grecji już w starożytności. Pierwsza wzmianka o cynamonowcu – drzewie, z którego kory otrzymuje się tę przyprawę – pochodzi ponoć z wiersza Safony z VII wieku p.n.e. Według zapisków Herodota cynamon rósł na Półwyspie Arabskim, strzeżony przez skrzydlate węże. W dawnych czasach przyprawa ta, niezwykle cenna, nie była niestety dostępna dla przeciętnych zjadaczy sernika. Greccy władcy składali ją w darach świątynnych, obok kadzidła i mirry. Wierzono także, że feniks buduje swe gniazdo z kory cynamonowca oraz że drzewo to rośnie w ogrodach posiadłości Dionizosa, zlokalizowanej gdzieś na południu lub wschodzie Hellady (według niektórych źródeł Dionizos nie należał do dwunastki bogów olimpijskich i zawsze wolał mieszkać wśród ludzi; według innych – swoje miejsce na Olimpie oddała mu Hestia, która chciała opiekować się świętym ogniem na ziemi). Na szczęście dzisiaj cynamon jest dużo łatwiej dostępny i chętnie stosowany przez Greków. Przyprawę znajdziemy w korzennych marynatach do mięs (razem z goździkami i zielem angielskim), a także w deserach. Do pachnących cynamonem słodkości należą m.in. milopita, czyli ciasto z jabłkami i cynamonem, oraz loukoumades – malutkie pączki zalane miodem i obsypane cynamonem.

 

Melopita jest popularnym wielkanocnym deserem w całej Grecji. Podaje się ją na zakończenie niedzielnego posiłku, razem z sezonowymi owocami, mocną kawą parzoną po grecku oraz tradycyjnymi maślanymi ciasteczkami, koulourakia. Świąteczny deser jest więc stosunkowo lekki  i dobrze, bo stanowi przecież część uczty następującej po 40-dniowym poście. W czasie Wielkiego Tygodnia religijni Grecy nie jedzą mięsa, jajek ani nabiału, jednak opisy ich postnego menu brzmią całkiem zachęcająco: krewetki, kalmary i ośmiornica, liście winogron faszerowane ryżem oraz chałwa. Najbardziej surowy post przypada w Wielki Piątek, który powinien być jednocześnie dniem wolnym od pracy, a więc tradycyjnie także od gotowania. Greckie gospodynie ograniczają się wtedy do prostych, postnych dań, jak gotowana fasola z odrobiną octu albo tahinosoupa, czyli zupa z pastą sezamową, ryżem i cytryną.

Potem zaś przychodzi czas biesiadowania. Wielkanocne świętowanie rozpoczyna się w Grecji już w sobotnią noc. Przed wyjściem na uroczystą mszę Grecy nastawiają tradycyjną zupę z baranich podrobów z cytryną i warzywami. Po powrocie z kościoła, już po północy, greckie rodziny świętują koniec postu ucztą złożoną z zupy magiritsa, tradycyjnego świątecznego pieczywa, tsoureki (wypieku przypominającego chałkę) oraz jaj pomalowanych na czerwono – barwa ta nawiązywać ma do przelanej krwi Chrystusa.

Rano rozpoczynają się przygotowania do uczty właściwej, która trwa cały dzień i jest kontynuowana w poniedziałek. Typowym wielkanocnym daniem jest pieczony na ruszcie baran (lub, w niektórych częściach Grecji, kozioł). Baranie podroby są wykorzystywane we wspomnianej już zupie, popularnym daniem jest też kokeretsi – podroby zawinięte w jagnięce flaki i pieczone na rożnie. W oczekiwaniu na jagnię Grecy raczą się przystawkami. Na suto zastawionych stołach znajdziemy oliwki, sery, warzywa, domowe pieczywo, liczne dipy i sakiewki z ciasta filo z wytrawnym nadzieniem. Nie brakuje oczywiście domowego wina.
Przygotowanie takiego menu to dosyć ambitne zadanie, dlatego święta w greckim stylu proponuję zacząć od naszej tytułowej, skromnej melopity. Od siebie dodałam do niej skórkę z cytryny, która kojarzy mi się z słońcem. Tego zresztą życzę w okresie wielkanocnym wszystkim Czytelnikom: dużo słońca i samych pyszności!

 

Melopita

750 g ricotty (najlepiej owczej)
3 jajka
2 łyżki mąki kukurydzianej
100 ml miodu (najlepiej tymiankowego)
skórka starta z 2 cytryn
łyżeczka cynamonu
do podania: miód, świeży tymianek

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Wszystkie składniki ciasta mieszamy trzepaczką lub delikatnie miksujemy na gładką masę. Masę przekładamy do natłuszczonej lub wyłożonej papierem do pieczenia okrągłej formy o średnicy 20 cm. Pieczemy przez około 45 minut. Studzimy. Polewamy miodem i posypujemy listkami tymianku.

Posted on

Po drugiej stronie ekranu. Kultowe filmowe lokalizacje

Pierwsze dni wiosny, oprócz zwiększonej dawki promieni słonecznych, obfitują we wszelkiego typu wydarzenia kulturalne, w tym liczne festiwale filmowe. Gdzieś pomiędzy toskańskim kinem drogi a aragońską balladą o odrzuceniu zadaję sobie pytanie o siłę napędową współczesnej kinematografii. Dla jednych jest nią słowo, szczególnie widoczne w twórczości pewnego niewysokiego neurotycznego okularnika, który, pomimo amerykańskiego paszportu, nierzadko zagląda za europejską kurtynę. Nie mniejsza grupa wielbicieli kina swoją uwagę skupia na aspektach wizualnych. Wysmakowane zdjęcia potrafią przecież przekazać więcej emocji niż tysiąc wyrazów. Szczególnie istotna jest wówczas lokalizacja, w której film został nakręcony – niejednokrotnie miejsce, które wcześniej pozostawało nieznane szerszemu ogółowi, za sprawą kilku kadrów, staje się nagle ważnym punktem na turystycznej mapie.

Piękne widoki na Skopelos, fot. Elenortheo / Wikipedia Commons CC BY-SA 4.0
Piękne widoki na Skopelos, fot. Elenortheo / Wikipedia Commons CC BY-SA 4.0

Grecja w rytmie Abby

Kilkadziesiąt kilometrów kwadratowych, przepiękne plaże, wyborne jedzenie, uśmiechnięci mieszkańcy. Obfitująca w malownicze, zapierające dech w piersiach widoki niewielka wyspa Skopelos, położona na Morzu Egejskim, wydać się mogła prawdziwą mekką dla wyznawców filozofii slow living. I tak zresztą było – do roku 2008, kiedy to na wyspę dotarli twórcy najbardziej rozśpiewanej komedii romantycznej ostatnich lat: Mamma Mia.

Zdjęcia odbywały się tu w kilku lokalizacjach, przede wszystkim na Plaży Kasztanowej, gdzie wybudowano filmowy bar i pomost stanowiący ulubione miejsce spotkań młodszej części obsady. Co prawda pomost został rozebrany po zakończeniu zdjęć, za to bar zyskał obszerne łoża z baldachimami i małymi stoliczkami, z których dziś podziwiać można widok na niewielką wysepkę o nazwie Dasia. Możliwe, że to właśnie ta sceneria tak zachwyciła jedną z największych gwiazd filmu, Pierce’a Brosnana, że, oczarowany, zgubił… klapki, sprawiając tym ogromną radość przypadkowemu plażowiczowi. Dzisiaj letniej obuwie aktora stanowi główną atrakcję jednej z miejscowych agencji turystycznych, gdzie odpowiednio oświetlone, wystawiane jest na widok publiczny niczym relikwie zamknięte w małej kapliczce.

Drugim miejscem, które wykorzystali filmowcy, jest Agios Ioannis – maleńki kościół pod wezwaniem św. Jana, stojący na samotnej skale. Ukazano go w finałowych scenach ślubu oraz podczas emocjonalnej rozmowy Donny (Meryl Streep) z Samem (wspominany już Brosnan). Zanim powstał musical, do kapliczki mało kto zaglądał, a na zawarcie sakramentu małżeństwa decydowała się tu średnio jedna para na trzy lata. Obecnie, jak łatwo się domyślić, obcokrajowcy bardzo chętnie wypowiadają tutaj swoje najważniejsze “tak”, nasycając jednocześnie oczy jednym z najpiękniejszych widoków na wyspie.

Smerfne Júzcar. Fot. Julia Wollner
Smerfne Júzcar. Fot. Julia Wollner

Hiszpania w kolorze blue

Hej dzieci, jeśli chcecie zobaczyć Smerfów las, do Andaluzji dziś zapraszam Was! Aby spotkać się z sympatycznymi niebieskimi stworkami, należy udać się nad Morze Śródziemne, a dokładnie – na południe Hiszpanii, do Júzcar, niewielkiej wioski liczącej jedyne 221 mieszkańców. Do 2011 roku była to jedna z powszechnych tutaj pueblos blancos. Wszystko zmieniło się w roku 2011, gdy koncern Sony Pictures, producent filmu “Smerfy”, zaproponował przekształcenie miejscowości w błękitną wioskę tych sympatycznych ludzików. Mieszkańcy wyrazili zgodę, bo, jak nietrudno się domyślić, wiązało się to nie tylko z promocją filmu, ale i samego regionu.

Sony dostarczyło podobno ok. 4 tys. litrów niebieskiej farby, którą pomalowano całe miasteczko, w tym budynki użyteczności publicznej, jak np. siedzibę rady miasta. Dziś można podziwiać tam nie tylko błękitne uliczki, ale i liczne smurfowe murale, a także wziąć udział w rozmaitych smurfnych atrakcjach gastronomicznych, muzycznych i innych. Co ciekawe, podczas specjalnego referendum mieszkańcy Júzcar stanowczo zaprotestowali przeciw przywróceniu ich miasteczku pierwotnego wyglądu. Bycie smerfastycznym uzależnia!

Matera. Fot. Uri Wollner
Matera. Fot. Uri Wollner

Jerozolima po włosku

[…] gdy zobaczyłem ją pierwszy raz, straciłem głowę, bo była po prostu idealna – tak o włoskim mieście, które w jego głośnym filmie zagrało biblijne Jeruzalem, opowiadał Mel Gibson. Matera, a dokładniej jej zabytkowa dzielnica zwana Sassi, uchodzi za jedno z najstarszych miast na świecie. Przez wieki była symbolem zacofania południowej części Italii: zamieszkiwali ją głównie ubodzy chłopi, pozbawieni dostępu do kanalizacji i elektryczności, co skutkowało panującą tam wilgocią, brudem i rozprzestrzeniającymi się chorobami. Ze względu na warunki sanitarne, w latach 50-tych włoskie władze przeprowadziły przesiedlenie mieszkańców Sassi do nowych domów zbudowanych na obrzeżach Matery. Dzielnica stała zapomniana i opuszczona – do czasu, kiedy zaczęli ją odkrywać historycy i turyści. I choć w 1993 r. to unikatowe w skali światowej miasto zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, to możemy zaryzykować stwierdzenie, że dopiero kontrowersyjna Pasja w reżyserii Gibsona przyniosła Materze światową sławę. Dziś przewodnicy i biura podróży przygotowują specjalne wycieczki śladami Pasji, a turyści mogą na własne oczy zobaczyć miejsca, w których filmowano poszczególne sceny, np. via Muro (Droga Krzyżowa), kościół Madonna delle Virtù (Ostatnia Wieczerza) czy Belvedere di Murgia Timone (ukrzyżowanie Chrystusa). Na terenie Sassi znajduje się też niewielka grota zaadoptowana na salę kinową, w której obejrzeć można reportaż o produkcji filmu.

Piazza Grande w Arezzo. Fot. Biggs / Flickr CC BY 2.0
Piazza Grande w Arezzo. Fot. Biggs / Flickr CC BY 2.0

Dzień dobry, księżniczko!

Jeśli chodzi o zwiedzanie Włoch szlakiem filmowym, nie sposób poprzestać na jednym przykładzie, bowiem ten piękny kraj setki razy stawał się nie tylko tłem, ale wręcz głównym bohaterem ekranowych opowieści. Szczególnie chętnie pokazuje się oczywiście większe miasta, jak Rzym czy Wenecja, ale nie tylko. Wspomnijmy na przykład jedną z pierwszych i bardzo charakterystycznych scen z filmu Życie jest piękne. Roberto Benini, pędzi na rowerze, wykrzykując jednocześnie do swojej ukochanej: Buongiorno principessa!. Jesteśmy na Piazza Grande, głównym placu toskańskiego miasteczla Arezzo, przy którym znajdują się jego najważniejsze budowle: Palazzo della Fraternita dei Laici z imponującą loggią zaprojektowaną przez dawnego mieszkańca, Giorgio Vasariego, oraz XII-wieczny kościół Santa Maria delle Pieve z 59-metrową wieżą zwaną także “wieżą stu otworów”. Gdy przejdziemy kilkanaście metrów, dotrzemy do nnajsłynniejszego miejsca w historii miasta: bazyliki św. Franciszka, rozsławionej dzięki freskom pt. Legenda krzyża świętego autorstwa Piera della Franceski. Całą trasę pokonuje się sprawnie i bezproblemowo dzięki licznym tablicom wskazującym miejsca, gdzie nakręcone zostały sceny jednego z najsłynniejszych włoskich filmów. Tu naprawdę nietrudno jest uwierzyć, że życie jest piękne!

Katedra św. Pawła w maltańskiej Mdinie. Fot. Berthold Werner / Wikipedia Commons GNU Free Documentation License
Katedra św. Pawła w maltańskiej Mdinie. Fot. Berthold Werner / Wikipedia Commons GNU Free Documentation License

Przegrana gra o tron

Na zakończenie koniecznie wspomnieć należy miejsce, które poniekąd stanowiło inspirację do napisania niniejszego artykułu. Jest nim Malta; filmem zaś – największa produkcja ostatnich lat, Gra o tron. Nad prawidłowym doborem plenerów czuwał sam autor sagi, George R.R. Martin, dzięki czemu wszystkie przedstawione w pierwszym sezonie krajobrazy zapierają dech w piersiach. Plan zdjęciowy zlokalizowano przede wszystkim na wyspie Gozo, znaną z tak zwanego Lazurowego Okna (Azure Window). Tę charakterystyczną formację skalną mieliśmy okazję podziwiać podczas wesela Daenarys Targaryen i Khala Drogo. Niestety kilka tygodni temu, po niezwykle silnej wichurze, Lazurowe Okno runęło do morza. Informacja ta wstrząsnęła krajem, podróżnikami i miłośnikami przyrody, zaś media społecznościowe pogrążyły się na chwilę w żałobie. Na szczęście pozostałe ważne punkty na mapie wyspy – Mdina oraz Fort Ricasoli – pozostały w stanie nienaruszonym.

Mdina, dawna stolica Malty, nazywana jest także Miastem Ciszy, w serialu występuje zaś jako Królewska Przystań. Dzięki zakazowi podróżowania autem nabiera uroku z dawnych epok. Już przy samym wkroczeniu do miasteczka witają nas znajome miejsca, czyli mury oraz brama Królewskiej Przystani, przez którą w trzecim odcinku potajemnie wjeżdżają Catelyn Stark i Sir Rodric. W samym centrum miasta znajduje się niepozorna Pjazza Mesquita, z urzędami w dużej mierze związanymi z lokalnym kościołem. W Grze o tron miejsce to pełni rolę fasady przybytku rozpusty Littlefingera; na tutejszym dziedzińcu dochodzi także do starcia między Nedem Starkiem a Jamiem Lannisterem. Jako tło do kilku epizodów w stolicy Siedmiu Królestw wykorzystano również wnętrza, ogród i patio pałacu San Anton, mieszczącego się w położonej zaledwie cztery kilometry od Mdiny miejscowości Attard. Na terenie oficjalnej rezydencji prezydenta Malty nakręcono m.in. scenę, w której Arya ćwiczy walkę na miecze.

Część realizacji filmu miało miejsce także w miejscach na co dzień niedostępnych. Filmową Czerwoną Twierdzę, „graną” przez położony w Kalkarze Fort Ricasoli – ogromną fortecę wybudowaną w XVII wieku – ze względów bezpieczeństwa można podziwiać wyłącznie z zewnątrz. Również dawna baza militarna Fort Saint Angelo, występujący jako lochy Czerwonej Twierdzy, jest aktualnie zamknięty dla zwiedzających. Wkrótce ma to jednak ulec zmianie; mówi się przy tym, że na prace rekonstrukcyjne przeznaczono tu ponad 13 milionów euro.

Niestety, zdjęcia na terenie Malty zakończono zaraz po pierwszym sezonie superprodukcji. Oficjalna wersja głosi, że praca ekipy filmowej negatywnie wpłynęła na miejscowy ekosystem; nieoficjalna – że Maltańczycy, uważani za jeden z najbardziej pruderyjnych narodów Europy, oprotestowali liczne sceny nagości pojawiające się w serialu. Scenografie przeniesiono na teren Chorwacji z magicznym Dubrownikiem, Trsteno i Sibenikiem na czele, a także do Ait Ben Haddou w Maroku, do Meteorów w Grecji i kilku miast hiszpańskich – Kordoby, Sewilli i Almerii. Wszystkie wymienione miejsca są już na tyle znane szerokiej publiczności, że nie potrzebują dodatkowej reklamy. Czy aby jednak na pewno? Nawet w tak popularnych miastach, jak Rzym, Marrakesz czy Barcelona organizowane są przecież specjalne trasy filmowe, pozwalające ujrzeć miejsca na pozór zwyczajne okiem ulubionego filmowego bohatera. Zobaczenie ulic, kawiarni czy zaułków znanych tylko mieszkańcom, z daleka od turystycznego gwaru, coraz częściej wydaje się nie lada gratką; przenosi na zwykle niedostępną, drugą stronę ekranu. To gdzie i na co idziemy dziś do kina?

 

Zdjęcie główne: Still life with tripod / fot. Jörg Reuter / Flickr  CC BY 2.0
Posted on

Atlantyda Natalii Olbińskiej – rozwiązanie konkursu

Kochani,

bardzo się cieszymy, że tuż przed sezonem urlopowym mamy sposobność podarować Wam nietuzinkowe przewodniki po mało znanym śródziemnomorskim mieście.

Zdecydowałyśmy, że powędrują one do następujących osób:

1. do Anny Banout
2. do Marcina Kwietnia
3. do Pauliny Wiejak.

Laureatów prosimy o przesłanie nam swoich danych korespondencyjnych na adres info@lente-magazyn.com.

Serdecznie gratulujemy, a wszystkim Czytelnikom raz jeszcze polecamy zwiedzanie Atlantydy z przewodnikiem Natalii w ręku! 😉

Posted on

Wielki Tydzień w Hiszpanii

Centralne miejsce w obchodach Wielkiego Tygodnia w Hiszpanii zajmują organizowane przez bractwa i wspólnoty religijne procesje z tronami, na których ustawiane są wizerunki Chrystusa i Maryi. Procesje te, w charakterystycznych strojach i z towarzyszeniem różnych dodatkowych elementów podkreślających tradycję miejsca, w którym się odbywają, stanowią także jedną z największych w kraju atrakcji turystycznych. Obecnie trwają działania zmierzające do włączenia ich do listy Niematerialnych Dziedzictw Kulturowych UNESCO.

 

Tradycja procesji wielkotygodniowych sięga średniowiecza, kiedy kwitły rozmaite praktyki religijne, w szczególności te o charakterze wspólnotowym. Zawiązywały się wówczas rozmaite bractwa, mające służyć realizowaniu konkretnych powołań: do czynienia miłosierdzia, wznoszenia budowli sakralnych, działalności dobroczynnej bądź religijno-politycznej (w tym zakony rycerskie). Wśród bractw miłosierdzia wyróżniały się m.in. bractwa kultu (Chrystusa, Maryi Panny oraz świętych), parafialne oraz pokutne – to właśnie te ostatnie dały początek wielkotygodniowym procesjom w XVI wieku. Miały one być swoistą publiczną demonstracją religijności i pobożności w odpowiedzi na słynne wystąpienie Marcina Lutra i reformację. Bractwa owe przetrwały zawieruchy historii (w tym Rewolucję Francuską, laicką II Republikę oraz hiszpańską wojnę domową), a wraz z nimi procesje, którym hiszpańskie władze nadały w latach ’80 XX wieku status narodowej i międzynarodowej atrakcji turystycznej – najważniejsze państwowe wyróżnienie w tym sektorze.

Do miejsc, w których odbywają się najsłynniejsze i najciekawsze procesje wielkotygodniowe w Hiszpanii należą:

Cuenca

Procesja ma miejsce w Wielki Piątek; wyrusza o świcie. Corocznie bierze w niej udział około 25 tysięcy osób. Jej cechą charakterystyczną są setki ubranych na fioletowo turbas, uzbrojonych w kije, którymi uderzają o siebie, próbując zatrzymać procesję. Ostateczne zwycięskie przejście procesji ma symbolizować zwycięstwo wiary nad tymi, którzy próbują ją zdławić.

Cuenca, fot. Kevin Vega / Flickr "Turbas" CC BY-SA 2.0
Cuenca, fot. Kevin Vega / Flickr “Turbas” CC BY-SA 2.0

Malaga

Procesje przechodzą tu przez miasto przez cały Wielki Tydzień. Jedna z nich, odbywająca się w Wielką Środę wieczorem i zwana el paso de Jesús el Rico, czyli misterium Jezusa Bogacza, ma w sobie element szczególny – na mocy specjalnego królewskiego dekretu uwalniany jest podczas niej jeden więzień.

Malaga
Malaga
Malaga

Sewilla

Tu odbywają się wielkotygodniowe procesje o bodaj największej międzynarodowej sławie. Jest na co popatrzeć, na ich czele kroczą bowiem ogromnych rozmiarów wizerunki Chrystusa i Maryi. Najliczniejsza z procesji wyrusza w Wielki Czwartek o północy z wizerunkiem Maryi Macareny, Matki Boskiej Bolesnej, po której twarzy spływają dwie wielkie łzy, z bazyliki jej imienia.

Sewilla
Sewilla
Sewilla
Sewilla
Sewilla

Valladolid

Czerwone stroje i kaptury, pochodnie, lampiony oraz taneczny krok – to charakterystyczne cechy procesji w tym mieście. Ruszają one już w tzw. Bolesny Piątek (piątek poprzedzający Niedzielę Palmową) i trwają aż do Niedzieli Zmartwychwstania. Szacuje się, że bierze w nich udział około 13 tysięcy osób.

Podczas Wielkiego Tygodnia miasto zamienia się w wielkie muzeum na świeżym powietrzu, procesjom towarzyszą bowiem wystawy dzieł najsłynniejszych miejscowych artystów, takich jak Juan de Juni i Gregorio Fernández.

Valladolid, fot. Ángel Cantero /Flickr "Procesión Cristo de la Luz" CC BY-SA 2.0
Valladolid, fot. Ángel Cantero /Flickr “Procesión Cristo de la Luz” CC BY-SA 2.0

Elche (Alicante)

To tu ma miejsce najbardziej znana w Hiszpanii procesja Niedzieli Palmowej, z palmami pięknie zdobionymi zdobionymi przez lokalnych twórców, reprezentującymi poszczególne parafie.

 

Salamanka

Uczestnicy procesji w tym mieście ubierają się na biało i niosą na ramionach ciężkie, drewniane krzyże. Najstarsza jest procesja, której towarzyszy wizerunek Chrystusa Bitewnego, zwanego również Chrystusem od Cyda – według wierzeń, towarzyszył on słynnemu hiszpańskiemu bohaterowi czasów rekonkwisty, Cydowi Walecznemu, podczas walk, dzięki którym zdobył m.in. Walencję.

Salamanka, fot. dr_zoidberg/Flickr "Señores con sombrero, a uno se le va" CC BY-SA 2.0
Salamanka, fot. dr_zoidberg/Flickr “Señores con sombrero, a uno se le va” CC BY-SA 2.0

Cartagena (Murcja)

Najważniejszą z wielkotygodniowych procesji jest tu Magna Procesión – przechodząca przez miasto w nocy ze środy na czwartek, z ogromnych rozmiarów pysznie zdobionymi tronami, niosącymi wizerunki Chrystusa i Maryi.

Cartagena, fot. Pablo Cabezos / Flickr "Semana Santa Cartagena 2016" CC BY 2.0
Cartagena, fot. Pablo Cabezos / Flickr “Semana Santa Cartagena 2016” CC BY 2.0

Hellín (Albacete)

W mieście znanym jako miasto bębnów to właśnie one są charakterystycznym elementem wielkotygodniowych procesji, obok czarnych strojów i czerwonych chustek na szyjach ich uczestników. Najbardziej spektakularna jest tamborrada przechodząca przez miasto w nocy z czwartku na piątek.

Lorca
Lorca

Lorca (Murcja)

Tutejsze procesje nawiązują do licznych biblijnych historii – pojawiają się na nich nie tylko postacie Chrystusa i Maryi, ale także bohaterowie Starego Testamentu, Apokalipsy św. Jana oraz… Marek Antoniusz i Kleopatra, pośród innych postaci historycznych. Procesjom towarzyszy też ponad dwieście koni.

Lorca
Lorca i… Kleopatra!

Granada

Na trasie słynnej procesji Cristo de los Gitanos w Wielką Środę wieczorem rozpalane są ogniska i śpiewane saety, andaluzyjskie ludowe pieśni religijne, rozsławione – o dziwo – przez znanego barcelońskiego barda, Joana Manuela Serrat. Procesja przy blasku ognia, akompaniamencie cygańskiego śpiewu i z rozświetloną Alhambrą w tle zapada w pamięć na całe życie.

 

Ávila

W Wielki Piątek o świcie, przy blasku świec, wokół murów miasta idzie procesja Drogi Krzyżowej Chrystusa, Patrona Osądzonych – na pamiątkę tej, która kiedyś towarzyszyła skazańcom w ich ostatniej drodze.

 

Ferrol

Mieszkańcy nadmorskiego galicyjskiego miasta w sposób szczególny celebrują w Wielką Środę swojego patrona, Chrystusa Opiekuna Marynarzy. Na tronach z Jego wizerunkiem przedstawiane są sceny związane z morzem.

 

Toledo

 Na naszej liście nie mogło tzabraknąć miasta słynącego w świecie właśnie z procesji Wielkiego Tygodnia i Bożego Ciała. Te pierwsze charakteryzuje absolutna cisza, w której się odbywają, a także niezwykły pietyzm i pokora w odzwierciedlaniu historii miasta, która, po tym religijnym, jest drugim najważniejszym motywem przewodnim wielkotygodniowych obchodów. Zobaczymy tu więc uczestników odzianych w stroje typowe dla poszczególnych okresów lokalnej historii, od mozarabskiego po wiek XXI. Najdłuższą i najbardziej spektakularną jest procesja Wielkiego Piątku, odbywająca się z udziałem zbrojnych rycerzy.

Toledo, fot. Elentir / Flickr “Toledo. Semana Santa 2010” CC BY-SA 2.0
Toledo, fot. Elentir / Flickr "Toledo. Semana Santa 2010" CC BY-SA 2.0
Toledo, fot. Elentir / Flickr “Toledo. Semana Santa 2010” CC BY-SA 2.0

Saragossa

Procesji Wielkiego Piątku, o dwustuletniej tradycji, towarzyszy bicie w bębny. To jedyna z procesji w Hiszpanii, podczas której odtwarzana jest cała Męka Pańska. Saragossa jest też jednym z zaledwie kilku miast, które na mocy królewskiego dekretu w Wielki Czwartek uwalniają jednego więźnia.

Saragossa, fot. Mariya Prokopyuk / Flickr "Hermandad de Cristo Despojado" CC BY 2.0
Saragossa, fot. Mariya Prokopyuk / Flickr “Hermandad de Cristo Despojado” CC BY 2.0

Bajo Aragon

Ten rejon w autonomicznej wspólnocie Aragonii również nadał oryginalny rys swoim wielkotygodniowym procesjom: każde miasteczko biorące udział ma swój własny kolor tuniki, którą zakładają uczestnicy, a przejściu procesji towarzyszy niemilknący dźwięk bębnów. Rozlega się on nieprzerwanie od Wielkiego Czwartku aż po godzinę 14:00 w Wielką Sobotę.

 

Barcelona

O dziwo, choć była ona jednym z pierwszych hiszpańskich miast, w których odbywały się procesje Wielkiego Tygodnia, w Barcelonie tradycja ta niemal całkowicie zanikła, począwszy od lat ’60 ubiegłego wieku. W ostatnich latach zdaje się ona powracać, choć w tym bardzo zlaicyzowanym i pełnym turystów mieście trudno będzie jej odzyskać dawną świetność. Podobnie ma się sprawa w stolicy Hiszpanii, Madrycie, który pod koniec dyktatury generała Franco i w latach, które po niej nastąpiły, musiał zrezygnować z wielu tradycyjnych elementów obchodów Wielkiego Tygodnia, gdyż mieszkańcy i przyjezdni po prostu stracili zainteresowanie celebracjami religijnymi.

 

Smaki wielkiego tygodnia

Wielki Tydzień w Hiszpanii to jednak nie tylko procesje i misteria religijne. Jak i każde inne, świeckie czy też religijne, święto w tym kraju, tak i ten czas znajduje swoje odzwierciedlenie w gastronomii. I tak na północy w tym okresie tradycyjnie je się sopa de ajo – zupę zrobioną na wodzie bądź cienkim bulionie, przyprawioną dużą ilością czosnku i suszonej papryki, z dodatkiem czerstwego chleba. Potaje de vigilia to kolejna tradycyjna wielkopostna potrawa: rodzaj gęstej zupy z solonym dorszem, ciecierzycą, białą fasolą i jajem na twardo, przyprawionej cebulą, czosnkiem, suszoną papryką i oliwą. Solony dorsz jest zresztą bohaterem wielu potraw podczas hiszpańskiego Wielkiego Tygodnia – podawany zarówno w zupach, jak i zapiekany w cieście, w postaci krokietów czy w mini-tortillach. Większość świąt w Hiszpanii to okazja do upieczenia tradycyjnego placka zwanego cocą, na słono lub na słodko, z różnymi dodatkami, w zależności od święta. W Wielkim Tygodniu coca podawana jest ze smażoną sardelą i prażoną cebulą. W Kastylii popularne są w tym czasie patatas viudas, czyli ziemniaki duszone z cebulą, czosnkiem i papryką, a czasem w bulionie warzywnym, bez dodatku mięsa. Jeśli chodzi o słodkości, niezmiennie popularne są torrijas, czyli kromki chleba umoczone w jajku, mleku i cukrze, obsmażone na oliwie, a następnie podawane z dodatkami, w zależności od regionu i upodobania: winem, miodem, cukrem lub cynamonem. Z kolei nadejście Wielkanocy w kuchni katalońskiej zaznacza pojawienie się Monas de Pascua – rodzaju bardzo słodkiego ciasta z nadzieniem z dżemu lub marmolady, udekorowanego czekoladą.

Mona de Pascua, fot. nesimo / Flickr "Mona de pascua" CC BY-SA 2.0
Mona de Pascua, fot. nesimo / Flickr “Mona de pascua” CC BY-SA 2.0

 

Mimo pustoszejących kościołów, Wielki Tydzień to nadal czas niezwykle ważny w życiu wielu Hiszpanów, przywiązanych do tradycji, hucznych obchodów i intensywnego przeżywania wszystkiego we wspólnocie. Jest to także fenomen kulturowy i – nie bójmy się tego powiedzieć – fascynujący spektakl, na zawsze zapadający w pamięć tym, którzy choć raz wezmą w nim udział.

 

Zdjęcie główne: Freebird/Flickr “Cáceres 2015” CC BY-SA 2.0
CC BY-SA 2.0:  creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/
CC BY 2.0: creativecommons.org/licenses/by/2.0/
Posted on

Sewilla o świcie: L’Artisan Parfumeur Seville à l’Aube

Artykuł z serii: Perfumy pachnące Śródziemnomorzem

Zapachy, podobnie jak książki, opowiadają historie i odkrywają tajemnice. Czynią to językiem innym od powieści, a jednak równie przekonującym, trwale zapadającym w pamięć, grającym na emocjach, a zarazem przekazującym wiele konkretnych informacji. W niniejszej serii przedstawiam wybrane przeze mnie perfumy, które zamknięto we flakonach razem z opowiadanymi przez nie sekretami Śródziemnomorza.

L’Artisan Parfumeur: Seville à l’Aube

Na przełomie marca i kwietnia w Sewilli kwitną drzewka pomarańczowe, których ponoć rośnie tam ponad 30 tysięcy, a miasto, w oczekiwaniu na Wielkanoc, żyje obchodami Wielkiego Tygodnia (Semana Santa). Radość życia miesza się wtedy z rozpaczą, głęboka żałoba z huczną zabawą, sacrum z profanum, a odurzająca woń kwiatów pomarańczy z eterycznym aromatem kadzidła. Na kilka dni przed Wielkanocą z kościołów na ulice wylewają się procesje. Ciężkie figury Maryi Panny i Jezusa Chrystusa spoczywają na silnych, męskich ramionach costaleros, za którymi ciągną sznury zakapturzonych pokutników. Żałobne pieśni przeplatają się z rytmem flamenco, a pomiędzy westchnieniami pełnymi nabożnego skupienia błąkają się te zgoła innej natury, zawieszone między ustami kochanków.

Taka historia, pełna sprzecznych emocji i doznań, zainspirowała Bertranda Duchaufoura do stworzenia Seville à l’Aube. Znajoma dziennikarka i twórczyni bloga Grain de Musc, Denyse Beaulieu, opowiedziała mu o swoim sewilskim romansie. Historię zresztą spisała później w książce The Perfume Lover, która ukazała się w tym samym roku, co zainspirowane opowieścią pachnidło.

Sewilskie pomarańcze to pomarańcze gorzkie, gatunek citrus aurantium. Ze względu na swój nieprzyjemny smak nie nadają się do spożycia na surowo; po obróbce wykorzystywane są w marmoladach, likierach (Curaçao i Cointreau), wódkach (Campari) i nalewkach. O wiele cenniejsze niż dla świata kulinariów są jednak dla świata perfum. Z drzewka gorzkiej pomarańczy wytwarza się aż cztery wonne olejki, w tym aż dwa z samych kwiatów. Z gałązek i liści pozyskiwany jest olejek petitgrain, ze skórki owoców – olejek bigarade, a z kwiatów – olejek neroli i, po prostu, olejek z kwiatów pomarańczy.

Ten ostatni, zmysłowy i słodki, to główny składnik Seville à l’Aube, choć i cierpka woń olejku petitgrain jest wyczuwalna dość mocno w pierwszych taktach zapachu. Podobnie jak wszystkie pozostałe ingrediencje kompozycji, nie jest on przypadkowy – czuć, jak wiele pracy włożył w nią Bertrand Duchaufour, skrzętnie przepisując historię sewilskiego romansu ze słów na zapachowe nuty. Upojny zapach kwiatów pomarańczy łączy się w miłosnym uścisku z dymem płonących kadzideł i topniejącym woskiem.

Perfumy Seville à l’Aube to przede wszystkim historia – by je zrozumieć, trzeba ją poznać. Trzeba wyobrazić sobie namiętność, rozkwitającą tam, gdzie z pozoru nie ma na nią miejsca – wśród świętych figur, żałobnych lamentów i pokutników, przepraszających za swoje grzechy pod monumentalną Katedrą Najświętszej Maryi Panny. Namiętność, która wykiełkowała w oparach grzesznej, dusznej woni kwiatów pomarańczy z pobliskiego gaju i która pewnie zgaśnie wraz z nimi, gdy przekwitną, pozostawiając po sobie słodko-gorzki posmak.

Świt w Sewilli zastaje nas zmęczonych, ale szczęśliwych. W tanim, podnajętym pokoju nie ma czym oddychać – dzień dopiero wstaje, a już brakuje mu powietrza. Białe kwiaty pomarańczy w butelce po wytrawnym białym winie pachną jak rozgrzane ciało, rozpamiętujące chwile bliskości. Na szafce przy łóżku tli się jeszcze płomień świecy z pszczelego wosku, resztką sił wypełnia przestrzeń głębokim, miodowym aromatem. Wymięte ubrania, przesiąknięte kadzidlanymi chmurami benzoesu i olibanum od wczorajszej procesji, przyglądają się nam z podłogi. Przez zasłonięte okno wpada światło barwy herbaty… Dzień dobry.

Posted on

Cesare Pavese o tym, co należy do każdego z nas

Cesare Pavese był pisarzem, poetą, tłumaczem i krytykiem literackim, zaliczanym do grona najwybitniejszych włoskich klasyków XX wieku. W latach ’30 został aresztowany przez władze faszystowskie, które zarzucały mu działalność antypaństwową i skierowały na przymusowe odosobnienie w południowej części Włoch. Przez wiele lat współpracował ze znanym wydawnictwem Einaudi. Zasłynął głównie jako autor utworów prozą – nowel, krótkich opowiadań, szkiców i dzienników.

 

Posted on

O nieżydowskich matkach żydowskich dzieci

Tuż przed świętem Pesach warszawskie centrum JCC zorganizowało dyskusję z cyklu “Hajnt”, podczas której dyskutowano o roli matek, zwłaszcza matek nieżydowskich, które wychowują żydowskie dzieci. Z jakimi trudnościami trzeba się mierzyć i jak z nich wyjść obronną ręką?

W poniższym materiale wideo opowiadam o swoim doświadczeniu życia w rodzinie mieszanej kulturowo. Debatę prowadziła Ingeborga Janikowska-Lipszyc z Fundacji Batorego, zaś wypowiedzi eksperckie pochodziły od prof. Stanisława Krajewskiego, przewodniczącego Rady Naukowej Instytutu Filozofii UW i współprzewodniczącego Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów.

https://www.facebook.com/JCCWarszawa/videos/1720361151323597/

 

Zdjęcie główne: Złota Brama w Jerozolimie, fot. Nikodem Nijaki / Wikipedia Commons CC BY-SA 3.0
Posted on

Pompeje Alberta Angeli

Kilka osób – wpływowych i całkiem zwyczajnych, takich, jak ja i ty. Miasto tętniące życiem, choć i borykające się z trudnościami; wypełnione setkami losów, które przeplatają się i łączą na zawsze. Trzy dni, które zapamiętane zostały na wieki; jeden wybuch, który grzebie fragment antycznego świata pod warstwą popiołu, kamieni i błota.

Alberto Angela, najsłynniejszy – i zdecydowanie mój ulubiony! – włoski popularyzator i dziennikarz naukowy, oddaje w nasze ręce niezwykłą książkę, trzymającą w napięciu jak pasjonująca powieść i budzącą podziw staranną dokumentacją, godną prawdziwej naukowej rozprawy. Nieskończona liczba ciekawostek, dziesiątki nowych badań i niespodziewanych odkryć w połączeniu z wyjątkowym talentem literackim autora sprawiają, że zapisana słowami opowieść Angeli przypomina doskonale sfilmowany dokument. Antyczny świat oglądamy oczami świadków erupcji – matrony Rectiny, ambitnego polityka, chciwego bankiera; osób, które naprawdę istniały i miały nieszczęście znaleźć się w miejscu, nad którym natura nie miała litości. Niczym operatorzy kamer towarzyszymy im krok w krok – na ulicach, w domu, podczas spotkań towarzyskich i w chwilach zadumy. Razem z nimi odczuwamy przerażenie, rozpacz i trwogę; cały kołowrotek emocji, które targają nimi podczas trzydniowej erupcji. Zanurzamy się w atmosferze odtworzonej kunsztownie przez mistrza pióra, przy wsparciu wybitnych archeologów i wulkanologów.

Książka Angeli to wstrząsający reportaż z wydarzeń, które wydarzyły się blisko 2 000 lat temu. Jest rok 79… Witajcie w Pompejach.

Wiele wskazuje na to, że pompejańska tragedia miała miejsce jesienią. Fot. Julia Wollner
Wiele wskazuje na to, że pompejańska tragedia miała miejsce jesienią. Świadczyć mogą o tym chociażby odnalezione w mieście łupiny po orzechach, którymi chętnie raczono się przed nadejściem zimy. Fot. Julia Wollner

Z wielką radością pragnę poinformować Was, że w Polsce, nakładem wydawnictwa Esteri, ukazał się właśnie przekład tej niezwykłej książki, którą ja czytałam w oryginale równo rok temu. Lektura zajęła mi trzy dni – po jednym na każdy z opisanych ostatnich etapów życia ginącego miasta. Trzy dni, kiedy nie istniało dla mnie nic więcej – poza Pompejami, ich mieszkańcami i beznadziejnym oczekiwaniem na ratunek. Jeśli gotowi jesteście przeżyć prawdziwy wybuch – nie tylko wulkanu, ale przede wszystkim czytelniczych emocji, koniecznie sięgnijcie po opowieść Angeli!

Alberto Angela, Pompeje. Trzy ostatnie dni, tłum. Alexander Karpuk, Esteri, Wrocław 2017

 

UWAGA! KONKURS!

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Esteri, mamy dziś dla Was trzy egzemplarze książki Pompeje. Trzy ostatnie dni. Podarujemy je autorom najciekawszych komentarzy pod tym postem, stanowiących rozwinięcie hasła: „Wiedząc, że jeszcze tylko trzy dni…”.

Szczegółowy regulamin konkursu znajduje się tutaj: regulamin konkursu Pompeje

Zapraszamy do zabawy!

Posted on

Najlepiej

Już od wielu lat odnoszę wrażenie, że moje pobyty we Włoszech to nie tylko ładowanie baterii słonecznych, ale także spłacanie długu, jaki ładując te baterie zaciągam. Pozostający miesiącami bez pracy włoscy znajomi wymagają moralnego wsparcia i dobrego słowa. Trochę później poznaję bliżej problem Lampedusy. Fale mojego ukochanego morza przestają być synonimem kojącego objęcia, a stają symbolem ludzkich tragedii. W Izraelu, gdzie mieszka cała rodzina mojego męża, ludzie giną w lubianych przez nas restauracjach oraz w kawiarni, do której zaglądamy podczas zakupów na głównej telawiwskiej ulicy; latem, zamiast na ogrodowe przyjęcia, jeździmy na spotkania, podczas których wspomina się znajomych poległych pod obstrzałem karabinowych kuli. A jednak, mimo wszystko, godzę się na narrację podkreślającą jasne strony życia nad Morzem Śródziemnym. Bo przecież jeśli tu, w Polsce, tak bardzo jest ona komuś potrzebna, to trzeba się nią dzielić – daje odrobinę radości, która cieszy i mnie.

Światło wśród gałęzi drzew oliwnych. Fot. Julia Wollner
Światło wśród gałęzi drzew oliwnych. Fot. Julia Wollner

Raz po raz warto jednak przypomnieć, że najjaśniejszy jest ten blask, który wyłania się z ciemności; że brak jest soli lepszej, niż dualizm, który pozwala docenić cień w pełnym słońcu. Warto podziwiać siłę odnalezioną wśród najcieższych życiowych trudów: wojny, głodu, biedy. Wiarę, że jeszcze ciągle nie wolno się poddawać, że, mówiąc słowami najprostszymi, będzie dobrze. Zgodnie z łacińską – a więc śródziemnomorską – etymologią, optymizm to pogląd, według którego istniejący świat jest najlepszy z możliwych; filozoficzny śródziemnomorski wynalazek, który DOBRZE przyjąć za swój.

 

Dobrze… albo wręcz najlepiej.

 

Zdjęcie główne: gaj oliwny w Izraelu, fot. Julia Wollner
Posted on

Atlantyda Natalii Olbińskiej. Radosne zwiedzanie podwodnego miasta

Na Atlantydę wprowadzono ostatnio wizy turystyczne, co jest nie lada gratką, bowiem do niedawna zwiedzanie tej podwodnej metropolii było praktycznie niemożliwe – urzędnicy i mieszkańcy wykazywali sporą niechęć wobec przyjezdnych. Oto jednak w stosunkach na linii Atlantyda – reszta świata wreszcie coś drgnęło. Tym samym konieczne stało się więc stworzenie przewodnika, który ułatwi podróżnikom zaplanowanie wyprawy, wskaże najciekawsze trasy, zasugeruje sposoby spędzania czasu w tym rzadko odwiedzanym regionie.

Na szczęście, dzięki staraniom wydawnictwa Typoforge Studio, ukazała się właśnie publikacja autorstwa Natalii Olbińskiej, znanej Państwu skądinąd jako współtwórczyni “Lente”. Znawczyni Śródziemnomorza, a zarazem malarka i rysowniczka, wypełniła lukę na rynku przewodników, proponując bedeker ze wszech miar doskonały.

W tej pięknie wydanej i ciekawie napisanej książce, wypełnionej oryginalnymi ilustracjami Olbińskiej, zebrano wszystkie praktyczne informacje na temat Atlantydy. Dowiemy się z niej więc m.in.:  jak dopłynąć do miasta,  jakie stroje zabrać ze sobą oraz jak poruszać się po metropolii, korzystając z transportu publicznego (szczególnie polecany jest słoń morski). Autorka podpowiada także, które lokalne potrawy są najbardziej warte spróbowania, jakie atrakcje warto zaplanować na dzień, a jakie na wieczór, oraz jakie środki ostrożności warto podjąć, aby móc radośnie korzystać z pobytu na Atlantydzie wraz z całą rodziną. Za wyjątkowo przydatny uznaliśmy także rozdział poświęcony miejscowym hotelom. Ciekawostką jest, że to właśnie tutaj znajduje się słynne 5-gwiazdkowe SPA otworzone przez Jonasza, pioniera głębinowego hotelarstwa, który jako pierwszy zaproponował turystom luksusowe noclegi w brzuchu wieloryba. Niestety cena za dobę liczona jest, jak na najwyższy możliwy standard przystało, w kwotach nieosiągalnych dla przeciętnego Kowalskiego.

Jako że wielkimi krokami zbliża się sezon urlopowy, z całą pewnością warto rozważyć wyprawę do tego najmniej chyba znanego zakątka Śródziemnomorza. Publikacja Olbińskiej nie tylko zachęci do wyboru tej właśnie destynacji, ale także sprawi, że pobyt w Atlantydzie może okazać się jedną z najbardziej zaskakujących podróży, jakie podejmiemy.

Natalia Olbińska, Atlantyda. Przewodnik po mieście, Typoforge Studio, Warszawa 2017

 

UWAGA! KONKURS!

Dzięki uprzejmości Typoforge Studio, mamy dziś dla Was trzy egzemplarze książki Atlantyda. Przewodnik po mieście. Podarujemy je autorom najciekawszych komentarzy pod tym postem, stanowiących rozwinięcie hasła: „Podczas podróży do Atlantydy najbardziej pragnę odkryć…”.

Dodatkowo, laureaci konkursu otrzymają grafiki sygnowane przez autorkę książki i będące ilustracjami do ich wypowiedzi konkursowych.

Szczegółowy regulamin konkursu znajduje się tutaj: regulamin konkursu Atlantyda

Zapraszamy do zabawy!

 

Posted on

Prima dies Aprilis

Prima aprilis, a w zasadzie: Prima dies Aprilis, wywodzi się zapewne z wesołego rzymskiego święta zwanego Veneralia, obchodzonego na początku kwietnia. Było ono poświęcone bogini Wenus noszącej przydomek Verticordia („Wenus zmieniającej serca”) oraz Fortunie Virilis (czyli „Męskiej”). W niewielkiej odległości czasowej, bo około 12 kwietnia, celebrowano także Cerealia ku czci Ceres, upamiętniając powrót na ziemię jej ukochanej córki, Prozerpiny. Te dwie radosne daty, podczas których rzymski lud chętnie oddawał się rozmaitym figlom i psikusom, z czasem zlały się w jedno. Być może wspomnieć należy także o święcie Kybele, przypadającym na 25 marca. Chętnie organizowano wówczas maskarady i wszelkiego rodzaju psoty, w których dozwolone było nawet żartowanie z władców; mężczyźni przywdziewali damskie szaty, a tłum bawił się na ulicach. Dzień ten nosił nazwę Hilariów, a stąd niedaleko przecież do przymiotnika hilaris, czyli „wesoły”…

Według innej hipotezy, pierwszokwietniowe zabawy mają swoje źrodło w celebracjach początku roku, które kiedyś miały miejsce na wiosnę. Warto bowiem przypomnieć, że starożytni Rzymianie przez wieki świętowali go 1 marca. W nowożytnej Europie, aż do XVI wieku, kiedy Grzegorz XIII wprowadził reformę kalendarza, w niektórych krajach za pierwszy dzień nowego roku uważano 25 marca, Niedzielę Wielkanocną lub właśnie 1 kwietnia. Urządzano wówczas przyjęcia i potańcówki. Kiedy zaczął obowiązywać nowy system rachuby czasu, nie wszyscy od razu zdecydowali się go przyjąć, nadal spędzając na zabawach i psotach dni, do których byli przyzwyczajeni.

Niektórzy badacze są zdania, że pierwszokwietniowe figle wiążą się z jeszcze inną okazją – rzekomymi urodzinami Judasza Iskarioty. Ta nowotestamentowa postać z wiadomych przyczyn kojarzy się z fałszem i obłudą, a przecież to właśnie kłamstwo – choć zwykle zupełnie niewinne – stanowi podstawę większości primaaprilisowych żartów.

Zdjęcie główne: Julia Wollner.