Posted on

Bejruckie wabi-sabi. Rozmowa z Nour Hage

Opowiedz mi trochę o Libanie. Jak wiadomo, jest najmniejszym krajem na Bliskim Wschodzie. Czy ma to jakikolwiek wpływ na Twoją profesję?

Tak, wbrew pozorom rozmiar ma ogromne znaczenie… (śmiech) Kiedy jesteś w Libanie, a szczególnie w samym Bejrucie, od razu czujesz, że to stosunkowo niewielki teren, zwłaszcza, jeśli widziałaś już inne kraje i miasta. Ma to, rzecz jasna, wady i zalety. Zaletą jest to, że kiedy zaczynasz coś nowego, od razu każdy o tym wie. Kiedy stworzyłam własną markę, zaczynał się właśnie designers’ movement [przyp.red. ruch projektantów], dzięki czemu łatwiej było się wypromować. Poza tym fajnie było być tego częścią i poznać innych ludzi, którzy ten ruch współtworzyli – teraz wielu z nich to moi bliscy znajomi. Wadą z kolei jest maleńki rynek, wiec żeby się rozwinąć, trzeba polegać na outsourcingu poza Libanem, a to wcale nie jest takie łatwe, jak w Europie – w naszym kraju niezmiernie trudno jest cokolwiek importować i eksportować, rynek jest generalnie szczelnie zamknięty.

Nawet, jeśli masz sklep online?

Z przykrością odpowiadam, że tak. Jako przykład podam taką sytuację: dostałam zamówienie z Rosji, wysłałam produkt, a jako że libańska poczta też nie należy do najefektywniejszych na świecie, to nie poinformowano mnie, że w Rosji nie akceptują paczek z Libanu, więc przesyłka musiała do mnie wrócić. Dodatkowo zobowiązana byłam opłacić cło…

A jednak libańska moda przeżywa rozkwit. Ciekawa jestem, czy Bejrut, nazywany w latach 60. „Paryżem Bliskiego Wschodu”, jest jedynym libańskim miastem, gdzie młodzi twórcy mają szansę się rozwinąć?

Niestety nie miałam szczęścia poznać tamtego Bejrutu – dziś na pewno nie jest to już Paryż. Większość oryginalnej architektury odeszła w zapomnienie, a zamiast tego na horyzoncie pojawiły się szklane wieżowce, w związku z czym obecnie mamy zupełnie inną linię dachów. Życie nocne jest, co prawda, wciąż bardzo żywe, poza tym mamy i morze, i góry, więc ciągle coś się dzieje i nie można narzekać na brak rozrywek, ale nie porównałabym już Bejrutu do stolicy Francji. Natomiast abstrahując od jego paryskości, Bejrut jest zdecydowanie najlepszym libańskim punktem biznesowym i rozwojowym – to wciąż największe miasto w Libanie, dzięki czemu jest też najbardziej międzynarodowe. Inne libańskie miejscowości może nie są dużo mniejsze, ale Bejrut zdecydowanie odstaje od nich stylem życia i infrastrukturą – wszystko, co uda się importować, trafia do stolicy. Bejrut skupia wszystkich, którzy mają jakiekolwiek większe ambicje. Co za tym idzie – mieszka tam właściwie większość Libańczyków. Bejrut z przedmieściami to prawie 3 miliony rdzennych mieszkańców – proporcje są więc zaburzone, biorąc pod uwagę, że cały Liban liczy 4 miliony zarejestrowanych obywateli…

 

Pewnie często słyszysz to pytanie w Europie… Bardzo chciałabym je mimo wszystko zadać: czy sytuacja w Syrii ma wpływ na pracę projektanta mody w Bejrucie?

Wojna w Syrii nie dotyka nas bezpośrednio, ale na pewno wpływa na cały kraj – przyjęliśmy przecież 1,5 miliona uchodźców. Tak nagłe i spore zagęszczenie ludności jest odczuwalne, ale nie ma wpływu na funkcjonowanie rynku i życie codzienne. Większość krawców w Libanie i tak pochodzi z Syrii, bo są po prostu najlepsi w swoich fachu – zawsze mieli lepsze fabryki i przemysł włókienniczy, a jako że teraz ich zakłady są pozamykane, wszyscy szwacze i krawcy pracują w Libanie. Jedynym odczuwalnym pogorszeniem w biznesie jest brak stałych klientów. Najwięcej zakupów robili w Bejrucie młodzi majętni Arabowie z Zatoki Arabskiej oraz turyści, a obydwie te grupy przestały nas odwiedzać z uwagi na bezpieczeństwo.

 

Czyli dla tych projektantów, którzy zostali w kraju, to nawet lepiej, że mają zawsze pod ręką świetnych syryjskich krawców?

Teoretycznie tak, ale nie jest to takie proste – Syryjczycy, żeby legalnie pracować, muszą dostać wizy, a rząd nie chce im ich wydawać.

 

Ty też jesteś emigrantką, bo pracujesz w Londynie. Wracasz czasem do fenickich korzeni, by zaczerpnąć inspiracji do swoich projektów?

Kiedy otwierałam swoją markę, szalenie inspirował mnie Bejrut lat 90. – bo w tych czasach dorastałam, dzięki czemu inspiracje mogłam czerpać z własnych doświadczeń. Wojna domowa skończyła się na początku lat 90. Zniszczono niemalże cały Bejrut: budynki były podziurawione pociskami, a często ostała się tylko ich połowa. To zapoczątkowało architektoniczny boom: wprowadziło ogromną różnorodność, wykreowało nową mozaikę krajobrazu miejskiego – a przeplatające się nowe ze starym od zawsze mnie fascynowało. Już na uniwersytecie starałam się łączyć tkaniny stare z nowymi, co wnosiło do moich projektów ciekawy kontrast. Patrząc na stare bejruckie budynki, odczuwałam nostalgię za minioną erą; widziałam, jak wiele przeszły, ile przeszło całe miasto i jego mieszkańcy. Na studiach odkryłam japoński koncept wabi-sabi, który w jakimś stopniu pokrywał się z tym, co czułam ja – zarówno wizualnie, jak i filozoficznie. Na przykład ta miseczka jest zrobiona według zasad wabi-sabi – nie jest idealna, a właściwie jest, ale właśnie dzięki swojej niedoskonałości. W wabi-sabi chodzi o to, żeby patrzeć na przedmiot przez pryzmat jego historii, tego, co ten przedmiot czy obiekt przeszedł – i tak dostrzec jego piękno. Na przykład, jeśli odpryśnie kawałek tej miseczki, zostawiamy ją taką, bo na tym teraz polega jej piękno. Przedmioty tworzone według zasady wabi-sabi są bardzo proste, skromne, wręcz pokorne. Zaczęłam więc łączyć ten koncept z moimi doświadczeniami w Bejrucie. A od kiedy mieszkam w Londynie, wciąż tęsknię za moim rodzinnym domem… Dlatego obecnie przeprowadzam re-branding: myślę o historii Libanu, o tym, co mogłabym zaczerpnąć z mojej kultury i wpleść w filozofię wabi-sabi, odzwierciedlając całość w kolejnych projektach.

 

Twoje projekty nie przywodzą na myśl oczywistych skojarzeń – inni projektanci lubią bazować na typowych arabskich elementach ubioru i wręcz dosłownie odwoływać się do kultury wschodniego Śródziemnomorza. Myślisz czasem o podkreśleniu tej śródziemnomorskości w swoich kreacjach?

Teraz bardziej niż kiedykolwiek pragnę wracać w swoich pracach do śródziemnomorskiego klimatu – niezależnie od tego, ile czasu spędzam za granicą, moje serce będzie zawsze należeć do Libanu! Marka nosi moje imię i nazwisko, więc musi mnie w jakiś sposób reprezentować. Pracuję teraz nad integracją wszystkich elementów tej śródziemnomorskiej układanki. A ciężko jest podkreślić libański charakter stroju, nie zahaczając o islamską kaligrafię. Zobaczymy, co wyjdzie z mojej nowej kolekcji…

 

Od kiedy mieszkasz w Londynie, na pewno łatwiej jest Ci zaobserwować różnorodność kultur i filozofii. Czy pozwalasz sobie również czerpać wenę z londyńskiego tygla kulturowego?

Zawsze chciałam, żeby moja marka kojarzyła się z ekologią i ekorozwojem. Ale od kiedy się tu przeprowadziłam, zauważyłam, jak bardzo Brytyjczycy są świadomi tych ważnych i często ignorowanych aspektów mody. Uznałam, że czas rozwinąć swoją strategię etycznej i ekologicznej mody. Za cel postawiłam ograniczenie marnotrawienia ubrań i materiałów.

 

Jedna z Twoich pierwszych serii to szaliki robione z ostatnich sztuk poprzedniej kolekcji…

Tak, uwielbiam projekt Soji – szale rozeszły się w ciągu jednego dnia! Być może dlatego, że wypuściłam je kilka tygodni przed świętami, więc były kupowane jako prezenty. Ale tak czy owak – to ogromny sukces. Mój mąż namawia mnie ciągle, żebym to powtórzyła!

 

Podobna jest chyba historia projektu Travel Book…

Dotychczas skonstruowałam dwie edycje Travel Booka – jak widzisz, ten podróżny notes jest w pełni zrobiony z papieru z recyklingu oraz z różnych zeszytów, które były „do wyrzucenia”, bo zostało w nich tylko kilka wolnych kartek. W jednym z nich wykorzystałam nawet źle wydrukowane ulotki promujące moją kolekcję ubrań. Sama nazwa Travel Book wskazuje na to, że zabierasz go ze sobą w podróż – dlatego z tyłu znajdują się małe kopertki, w które można schować jakieś wizytówki czy ulotki, do których chcesz wrócić. Całość oprawiałam do tej pory skórą z recyklingu, ale w kolejnej edycji wykorzystam biodegradowalną skórę z ananasa, tzw. piñatex.


Jakie inne aspekty ekologii chciałabyś poruszyć w swojej firmie? Może zmienić materiały na kompletnie organiczne?

Materiały to, oczywiście, jeden z najważniejszych elementów całej produkcji – odgrywają kluczową rolę od samego początku do końca. Ale trudno znaleźć materiał, który jest w 100% przyjazny środowisku. Weźmy jako przykład bawełnę: do jej uprawy potrzebna jest ogromna ilość wody, zatem uprawa bawełny przyczynia się do znacznej jej utraty. Organiczna bawełna podlewana jest wyłącznie deszczem, ale kiedy sezon jest suchy, organiczna bawełna nie urośnie… Jest to więc bardzo trudne do przewidzenia i zaplanowania. Zatem sposób produkcji materiału nie może być priorytetem. Najważniejszą dla mnie kwestią jest ograniczenie konsumpcji ubrań. Dzisiaj kupujemy o wiele więcej niż potrzebujemy, potem to wyrzucamy, zmieniając swoją garderobę każdego sezonu. Ponad to, ubrania kupowane w sklepach jak H&M czy w innych sieciówkach są bardzo złej jakości, więc nawet jeśli chcielibyśmy ponosić taki ciuch dłużej, to po paru praniach nie będzie się do tego nadawał. Kiedy przyleciałam do Londynu i przeszłam się po Oxford Street, gdzie znajdują się wszystkie ubraniowe sklepy – i kiedy zobaczyłam, ile ludzie kupują, ile toreb wynoszą z każdego sklepu, przeraziłam się, myśląc sobie „co oni będą robić z tymi wszystkimi ubraniami?!”. Speszyło mnie to na tyle, że wycofałam się wtedy na chwilę z branży modowej, a następnie olśniła mnie myśl – powinnam jeszcze prężniej zacząć działać na rzecz zmniejszenia tego marnotrawstwa. Kiedy już moja marka się rozrośnie, zamierzam wprowadzić darmową usługę naprawiania moich produktów. Klientki, zamiast wyrzucać rozdartą bluzkę, będą mogły nadać jej nowe życie!

 

Jak wygląda proces produkcji kolejnych kolekcji w Twojej firmie?

Przede wszystkim cały czas poszukuję. Spędzam dużo czasu na czytaniu rozmaitych tekstów, oglądam filmy, chodzę na wystawy. Ciągle dowiaduję się o czymś nowym, aż w końcu coś szczególnie przykuwa moją uwagę. Jak tylko wyklaruje się w mojej głowie pomysł na kolekcję, zaczynam szkicować, po czym robię pierwszy egzemplarz 3D, na podstawie którego pracuję dalej nad projektem; wracam do projektu w 2D, czyli do szkiców, potem znów uzupełniam egzemplarz 3D i tak ciągle, dopóki nie dobrnę do satysfakcjonującego mnie efektu. Materiałów szukam w sklepach i fabrykach lub u projektantów i zawsze staram się wybierać tylko te, które miałyby zostać wyrzucone, bo są stare (a tak naprawdę wiele materiałów zrobionych 10-20 lat temu jest o wiele lepszej jakości niż te produkowane dzisiaj). Mam też w najbliższych planach projektować biżuterię – londyński rynek bardzo mi w tym pomoże, ale surowce będę być może ściągać z Libanu.

 

A skąd pomysł na nazywanie kolejnych kolekcji kolorami?

Pierwsze trzy kolekcje faktycznie tytułowałam w ten sposób. Jako że marka ma się kojarzyć z czymś czystym i prostym, wybrałam trzy podstawowe kolory do określenia poszczególnych serii – niebieski, żółty i czerwony. Wszystko bazuje na czerni, bo ja sama ubieram się tylko i wyłącznie na czarno, ale klienci lubią kolory, więc postawiłam na absolutną bazę kolorystyczną. Kolejne kolekcje to również przewaga czerni plus jakiś jeden wybrany kolor, ponieważ najbardziej przemawiają do mnie projekty monochromowe; nie przepadam za przesytem kolorów, dlatego zawsze wybieram tylko jeden mocny akcent kolorystyczny.

 

A opowiesz trochę o swoich ulubionych libańskich projektantach?

Gdy byłam mała, to wpatrywałam się w starszych projektantów – oczywiście głównie w Elie Saaba, który zawsze tworzył nietuzinkowe bajkowe kreacje, wzbudzające we mnie chęć projektowania. Nigdy jednak nie inspirowałam się rzeczami Saaba tak naprawdę – mnie interesuje kompletnie inna moda. Dzisiaj do moich faworytów należą młodzi projektanci. Wymienię tu markę produkującą t-shirty, należącą do moich dwóch przyjaciół: Second St. Kolejnym zaprzyjaźnionym brandem jest L’Artisan du Liban – kiedyś zrobiłam zresztą projekt z jednymi i drugimi. L’Artisan du Liban jest o tyle ciekawy, że współpracuje z innymi libańskimi artystami. W naszym wspólnym przedsięwzięciu użyliśmy resztek materiałów innych projektantów i rezultat był zaskakujący. Poza tym jest cała masa świetnych libańskich kreatorów ubioru: Timi Hayek, Lara Khoury, Krikor Jabotian… Mamy równiez darmową szkołę mody Creative Space, gdzie zresztą uczę. Sara, założycielka tej szkoły, jest też jedną z projektantek w Second St. Creative Space pod swoim szyldem produkuje także linię ready-to-wear – zresztą tak samo znakomitą i wykorzystującą pozostałości tkanin od Donny Karan i innych. Sto procent zysków idzie na utrzymanie szkoły, dzięki czemu jest ona samowystarczalna.

 

Czy libańscy projektanci mocno ze sobą konkurują?

Ja nigdy nie patrzyłam na innych projektantów jak na konkurencję, bo po pierwsze – każdy z nas ma zupełnie inną estetykę i styl, a po drugie – nie nosimy w sobie negatywnej energii, raczej wzajemnie się wspieramy. Na początku mojej ścieżki zawodowej otrzymałam pomoc m.in. od jednego z moich znajomych, Bashara Assafa, który rok wcześniej założył pierwszą firmę. Pomógł mi zlokalizować fabryki tkanin, których potrzebowałam. W Libanie traktujemy się jako sieć kontaktów, nie jak obozy wroga. Nawet jeśli jesteś klientem i nie znajdujesz u któregoś z designerów tego, czego szukasz – oni z chęcią polecą Ci kogoś innego, kto może to mieć. Jako że w Bejrucie wynajęcie przestrzeni np. pod pop-up store jest szalenie drogą sprawą, a sprzedaż w butikach również wiąże się z kosztami, półtora roku temu wraz z czterema innymi projektantami (m.in.tymi od Second St. i szkoły Creative Space) zorganizowałam pierwszy duży sklep tego typu. Dzięki temu stać nas było na pokrycie kosztów. Nazwaliśmy się Design Collective i od tamtego czasu regularnie organizujemy wspólnie rozmaite wydarzenia i wyprzedaże naszych projektów.

 

A jak postrzegasz globalny sukces Elie Saaba? Ciekawa jestem, dlaczego taka rozpoznawalność jest trudniejsza do osiągnięcia dla innych Libańczyków.

Saab był tak naprawdę pierwszym libańskim projektantem, który faktycznie zabrał się za modę tak, jak to się robi na całym świecie. Był też w stanie dosięgnąć takich rodzimych klientów, którzy polecali go dalej w świat i tak jego marka rosła w siłę. Elie jako pierwszy libański projektant ubrał gwiazdy na rozdaniu Oskarów, prezentował swoją kolekcję na wybiegu mody w Paryżu, a że tworzy haute couture, to szansa na powodzenie była ogromna.

Swoją drogą, odbyłam staż u Elie Saaba – oczywiście go nie poznałam, bo jego dom produkcyjny jest wielki, ale osoby, z którymi miałam przyjemność tam pracować, bardzo wiele mnie nauczyły. Był to staż w dziale tworzenia naszywek i innych detali. Zaczęłam sama wymyślać wzory do kolejnych kreacji Saaba, wyciągając z tego okresu maksymalnie dużo doświadczenia. Ale po tych praktykach wiedziałam, że nie chcę pracować w modzie haute couture – to zdecydowanie nie moja działka!

 

Pracowałaś też z Oscarem de la Rentą – opowiedz, jak w ogóle dostałaś się na te wszystkie staże?

Zgadza się, były to praktyki w jego showroomach. Zdobyłam wiedzę na temat tego, jak wygląda proces sprzedaży ubrań do butików i sklepów. Samo zainteresowanie praktykami tego typu zaszczepiła we mnie koleżanka, która kończyła studia, kiedy ja dopiero je zaczynałam. Jej jedyną – i bardzo cenną – radą było: „zapisuj się na wszystkie szkolenia i staże, jakie znajdziesz, wykorzystuj każdą możliwość!”. Kiedy ogłoszono konkurs na staż u de la Renty, pamiętam, że wszyscy omijali go szerokim łukiem, bo był to okres tuż przed egzaminami i nikt nie miał czasu na przygotowywanie rozbudowanego, poważnego zgłoszenia, a tym bardziej zaangażowanie się w samą pracę. Ja mimo wszystko się zgłosiłam, co znajomi uznali za kompletne szaleństwo. A jednak dostałam się i dałam radę! Było dużo pracy, ale bardzo owocnej. Zresztą zawsze lubiłam się mobilizować i dawać z siebie jak najwięcej.

Damir Doma to kolejne znane nazwisko, u którego szlifowałaś swoje umiejętności…

Tak, u tego chorwackiego projektanta pracowałam dużo później, już po skończeniu uniwersytetu, ale gdy wciąż mieszkałam jeszcze w Paryżu. Niestety musiałam przerwać tę współpracę, ponieważ skończyła się ważność mojego pozwolenia na pracę i nie dostałam przedłużenia, jako że było to tuż przed wyborami prezydenckimi.

 

Niedawno przyjechałaś jednak do jednej z ważniejszych metropolii na mapie świata. Wolisz Londyn czy Paryż?

Dzisiaj zdecydowanie Londyn! Paryż jest pięknym miastem z doskonałym wykwintnym jedzeniem, wspaniałym winem itd., ale nie dzieje się tam aż tak wiele ekscytujących dla mnie rzeczy. Londyn natomiast oferuje całą gamę rozrywek, jest wesoły, daje mi wrażenie, że mogę podbić świat. Jest szyty na miarę młodych ludzi. W Paryżu chętnie zamieszkam, jak dożyję 50-tki i będę chciała prowadzić spokojne życie, delektując się ślimakami! (śmiech)

 

Dlaczego wiec wybrałaś Paryż, a nie Londyn, kiedy planowałaś studia za granicą?

Koniecznie chciałam iść do Parsons School of Design, a że ta uczelnia ma tylko dwie filie – jedną w Nowym Jorku, a drugą właśnie w Paryżu, to miałam ograniczony wybór. Moja mama bardzo bała się mnie puścić do Stanów, jako że są bardzo daleko od Libanu, a że w Paryżu mieszkał też mój brat, to decyzja była prosta.

 

Gdzie można kupić Twoje projekty?

Póki co, sprzedaję swoje produkty w sklepie internetowym Lebelik (http://lebelik.com/).To sklep dla libańskich projektantów, który dystrybuuje na cały świat. Można znaleźć tam nie tylko ubrania, ale też akcesoria do domu itp. W wymarzonym scenariuszu miałabym sklep stacjonarny (w dużym międzynarodowym mieście jak Londyn; Bejrut to niestety za mało, aczkolwiek o tym też marzę…), w którym każda rzecz byłaby na sprzedaż. Na przykład, jeśli byłby tam stolik z biżuterią, to stolik również byłby na sprzedaż. Dzięki temu sklep ciągle by się zmieniał, byłby żywym organizmem…

 

Życzę Ci więc spełnienia marzeń! I dziękuję za rozmowę.

 

Wszystkie zdjęcia: Julia Mafalda
Posted on

Tysiąc twarzy Lukrecji B.

UWAGA: Zapisz się na kurs do rzymskiej szkoły języka włoskiego SCUDIT i skorzystaj z naszych atrakcyjnych rabatów!

 

Przez długie wieki o Lukrecji Borgii zwykło się mówić, że była osławioną pięknością. Osławioną – czyli niesławną. Pójdźmy dalej – Lukrecja to także trucicielka, manipulatorka i największa kurtyzana Rzymu, która sypiała z ojcem papieżem i z bratem. Niezły bilans 39-letniego zaledwie życia…. Jeśli wierzyć niektórym przekazom, siała śmierć i zniszczenie niczym hinduska bogini Kali.

Jaka jednak była naprawdę? Wielu szukało na to pytanie odpowiedzi. Inny portret „renesansowej madonny” (to madonnami, a nie damami, zwano dawniej kobiety szlachetnie urodzone), córki papieża Aleksandra VI wyłania się z jej listów i dzienników, inny – z relacji współczesnych. Natomiast jej wizerunek, który utrwalił się w sztuce, to już czysta fantazja. Dwa lata temu w swojej powieści pt. Córka papieża zrehabilitował Lukrecję włoski noblista Dario Fo. Wcześniej próbowali robić to historycy – prace naukowe mają jednak dość wąski krąg odbiorców.

Artyści i publiczność kochają Lukrecję bez ustanku. Co ciekawe jednak, uczuciem darzą właściwie nie ją samą, a jej wyimaginowane złe wcielenie. Świadczyć może o tym chęć, z jaką wystawiana jest opera Gaetana Donizettiego pt. Lukrecja Borgia, czy popularność dwóch niedawno nakręconych seriali telewizyjnych. Pierwszy z nich to Rodzina Borgiów Neila Jordana według powieści Maria Puza, w którym Rodriga Borgię zagrał Jeremy Irons, a Lukrecję – śliczna blondynka Holliday Grainger. Drugi nosi tytuł Prawdziwa historia rodu Borgiów (w oryginale po prostu Borgia), a jego twórcą jest Tom Fontana.

Obraz Bartolomea Veneto przedstawiający prawdopodobnie Lukrecję Borgię
Obraz Bartolomea Veneto przedstawiający prawdopodobnie Lukrecję Borgię

Czarna legenda na ekranie

Puzo wierny dokumentom historycznym o renesansowym rodzie zdecydowanie nie był. Twórcy serialu opartego na motywach jego powieści niewiele sobie z tego robili, zgodnie z zasadą, że najlepiej sprzedaje się czarna legenda. I oto widzimy na przykład, jak młodziutka, świeżo poślubiona żona Giovanniego Sforzy, czująca do niego ogromną niechęć, podstępem doprowadza do tego, że mąż łamie sobie nogi; potem zaś bez przeszkód oddaje się miłosnym rozkoszom z chłopcem stajennym.

Tom Fontana dla odmiany twierdzi, że, zanim zaczął pisać scenariusz, przeczytał mnóstwo materiałów źródłowych, w czym pomagała mu wyniesiona ze szkoły znajomość łaciny. Jednak pytany o to, czy trzymał się faktów, odpowiada, że dzięki ich naginaniu seriale stają się przyczynkiem do ważnych dyskusji, a ludzie zaczynają się interesować historią i czytać, by przyłapać filmowców na błędach. W ten sposób wierność prawdzie zaczyna jawić się jako pozbawiona walorów edukacyjnych.

Francuski wkład

Fatalną reputację Lukrecja Borgia „zawdzięcza” w dużej mierze francuskim autorom sprzed wieków: Aleksandrowi Dumasowi ojcu i Wiktorowi Hugo. Ten pierwszy, jako seryjny autor bestsellerów takich, jak Trzej muszkieterowie czy Hrabia Monte Christo, z lubością sięgał po historie możnych tego świata, by przeistoczyć je w powieści pełne walki o władzę, miłości i morderstw. W swoich Borgiach napisał o Lukrecji, że miała twarz Madonny Rafaela, ale była bezbożna i podstępna. Jego liczni czytelnicy oczywiście mu uwierzyli. Hugo, autor niezapomnianych Nędzników, poświęcił natomiast córce papieża dramat, według którego powstało libretto do opery Donizettiego. W późniejszym arcydziele bel canta Lukrecja przedstawiona jest jako bezwzględna manipulatorka i morderczyni, która ostatecznie truje własnego syna. Dodajmy, że warszawską premierę opery w 2009 r. reklamował plakat, na którym pysznił się zamknięty w butelce czarny skorpion.

Mów mi “wujku”

Lukrecja Borgia była córką wywodzącego się z Hiszpanii Rodriga Borgii, który w historii zapisał się, raczej niechlubnie, jako papież Aleksander VI. Urodziła się prawdopodobnie w Subiaco w Lacjum 18 kwietnia 1480 r., zmarła zaś zaledwie 39 lat później w Ferrarze, 24 czerwca 1519 r. Była córką długoletniej kochanki Rodriga Borgii, Vannozzy Cattanei, i siostrą Cesara, Juana i Jofrè. Cesare, zazdrosny o sukcesy brata, kazał zamordować Juana, a Niccolò Machiavelli sportretował jego poczynania w słynnym Księciu.

Gdy Lukrecja miała lat 12, jej ojciec, który dotąd, podczas prawie codziennych odwiedzin, przedstawiał się jako “wujek”, wstąpił na papieski tron. Aby zachować pozory, wybrał Vannozzy tzw. męża tytularnego, sam jednak powiedział swoim dzieciom, kim jest dla nich naprawdę. Zafundował im tym samym podwójny szok – nie dość, że wujek został papieżem, to jeszcze okazał się ich ojcem. Świetnie i bardzo współcześnie przedstawił tę scenę Dario Fo.

Trzech mężów i dużo dzieci

Kolejne lata obfitowały w dalsze dramatyczne wydarzenia. Za sprawą ojca i brata, Lukrecja miała trzech mężów; każde z małżeństw było zaś swoistym kontraktem politycznym. Aleksander VI i Cesare, przekazując Lukrecję z rąk do rąk, załatwiali po prostu swoje interesy. Gdy okazywało się, że sojusz zawarty przez małżeństwo przestaje mieć znaczenie, bez skrupułów pozbywali się męża Lukrecji. Piewszego małżonka naszej bohaterki, Sforzę, najpierw chcieli zabić, potem zaś zmusili go podstępem do przyznania się do impotencji, dzięki czemu małżeństwo stało się nieważne. Alfonso d’Aragon, naturalny syn króla Neapolu, a zarazem życiowa miłość Lukrecji, zginął na zlecenie Cesara po małżeństwie trwającym zaledwie dwa lata – brat Lukrecji postanowił bowiem zerwać z Neapolem i zacieśnić stosunki z Francją. Trzecim mężem papieskiej córki został Alfonso d’Este, syn księcia Ferrary. Papież wyposażył córkę w ogromny posag, czego zresztą zażądał książę. Ten związek przetrwał najdłużej. Jak prawie wszystkie możne panie w tamtych czasach, i Lukrecja miewała także liczne romanse. Gorące uczucie połączyło ją w latach 1502-1505 z poetą i historykiem Pietrem Bembo – tym samym, którego pięknie namalował w 1504 r. Rafael. Drugą wielką fascynacją Lukrecji był Franciszek II Gonzaga, mąż siostry jej męża, Izabelli d’Este.

Pietro Bembo pędzla Rafaela
Pietro Bembo sportretowany przez Rafaela

Dzieci urodziła Lukrecja dziesięcioro lub jedenaścioro. Historycy nie są zgodni co do Giovanniego Borgii, który uchodził za jej nieślubnego syna zrodzonego ze związku z Pedrem Caledesem (Calderon). Aragończykowi urodziła jedno dziecko, Rodriga, który zmarł w wieku lat 13, a panu Ferrary – ośmioro dzieci. Jednym z synów Lukrecji był kardynał Hipolit d’Este – ten sam, który w Tivoli pod Rzymem kazał wybudować słynną willę otoczoną olśniewającym, pełen fontann tarasowym ogrodem. Zmarła po urodzeniu ostatniej córki, Izabeli Marii.

Wiedźma czy anioł

Borgiowie byli bez wątpienia rodem potężnym; szybko zdobyli znaczące wpływy i dużą władzę. Ich wzrastająca siła była solą w oku takim potentatom panującym na Półwyspie, jak chociażby mediolańscy Sforzowie czy ród della Rovere z Urbino. Nic dziwnego, że relacje współczesnych Borgiom kronikarzy nie zawsze pokrywały się z prawdą – warto pamiętać, że wrogowie Borgiów z lubością uprawiali coś, co dziś nazwalibyśmy czarnym PRem. Chodziło przecież o zdyskredytowanie wroga. Plotki o kazirodczych związkach Lukrecji miał np. rozpowszechniać jej pierwszy mąż. Nie oznacza to oczywiście, że Borgiowie nie mieli nic na sumieniu. Aleksander prawo łamał i naginał, manipulował i spiskował, zlecał również zabójstwa. Jak jednak podkreślają historycy, był to wówczas powszechny sposób zdobywania i umacniania władzy. W efekcie źródła historyczne dotyczące rodziny pełne są kontrastów i sprzeczności. Tom Fontana wspominał w jednym z wywiadów, że natknął się w dokumentach na dwie relacje ze ślubu Lukrecji. Z jednej wynikało, że podczas uroczystości wyglądała jak wiedźma i uwodziła weselnych gości, a z drugiej – że wyglądała jak anioł, a przyjęcie było ze wszech miar udane.

Okiem noblisty

Dario Fo tak rozgniewał się na te niespójności, pogłębiane dodatkowo przez twórców współczesnych seriali o Borgiach, że postanowił sam poszukać prawdy o niej. Tak powstała Córka papieża – pierwsza powieść wielkiego człowieka teatru, o której mówił, że jest „groteskową tragedią”.

Fo Borgiów nie broni, ale przypomina, że do włoskich ohydztw nie dochodziło jedynie w okolicach Rzymu. Aby podać przykład, możemy zajrzeć do Mediolanu i przedstawić Viscontich i Sforzów. Lukrecję pokazuje zaś jako ofiarę ojca i brata, którzy wrzucali ją w wir finansowych i politycznych interesów bez krztyny litości. Jest w tym zresztą bardzo dosadny, podsumowując, że w niektórych chwilach Lukrecja była traktowana wręcz jak paczka o okrągłych piersiach i cudnych pośladkach.

Jeden z portretów Lukrecji autorstwa Bartolomea Veneto
Jeden z portretów Lukrecji autorstwa Bartolomea Veneto

Spotkanie z historią

Lukrecją, która wyłania się z kart książki włoskiego noblisty, targają sprzeczne uczucia, jednak bez wątpienia jest też silną i zdecydowaną kobietą. Wie, czego chce – przede wszystkim miłości, spokoju i, co najtrudniejsze, niezależności. Potrafi walczyć o swoje szczęście, być lojalną i wierną. Oglądana z tej perspektywy, nigdy nie wydaje się pasywna, choć bywa przecież traktowana jak wspomniana „paczka”. Gdy jej mąż Alfonso wyjeżdżał na wojnę lub załatwiał interesy na dworach europejskich, skutecznie zarządzała Ferrarą; potrafiła nawet dowodzić obroną miasta. Poddani uwielbiali ją, a ojciec, Aleksander VI, powierzał jej pieczę nad Watykanem, gdy tylko musiał udać się w dłuższą podróż. Znamienne są także słowa teścia Lukrecji, który, umierając, powiedzieć miał jej, że była największą radością jego życia, choć wcześniej wymusił na papieżu potężny posag i krzywo patrzył na synową, uwierzywszy w jej czarną legendę.

Uważana za rozpustnicę, umarła Lukrecja w aurze świętości. Ufundowała klasztor, walczyła z lichwą i otworzyła kasę zapomogowo-pożyczkową dla mieszkańców Ferrary, a noblista pisze, że lubiła powtarzać słowa św. Bernarda: największym darem, jaki złożyć można Chrystusowi, jest ten, aby dawać, a nie brać. Darem dla nas, czytelników, jest bez wątpienia spotkanie z Córką papieża Fo – chyba jedno z najpiękniejszych, jakie może nam się przydarzyć z Lukrecją Borgią. Choć nie daje oczywistych odpowiedzi, podsuwa tropy interpretacyjne. Pofolgować wyobraźni pozwalają zaś jej portrety. Różne, sprzeczne – jak różnorodne i sprzeczne bywają opinie o niej. Bartolomeo Veneziano na przykład na jednym przedstawił Lukrecję jako Florę, ze złocistymi lokami i odsłoniętą jedną piersią. Na drugim zaś jako bardzo poważną brunetkę.

 

Zdjęcie główne: obeaz A glass of wine with Cesare Borgia pędzla Johna Colliera (1893 rok). Obok brata stoi Lukrecja; koło niej zasiada Aleksander VI.
Posted on

Śródziemnomorska podróż, która zmieniła moje życie

Julia Wollner: od Czarnogóry do Ściany Płaczu

Julia Wollner
 

Wykorzystam przywilej, jakim cieszę się, prowadząc tę stronę, i wymienię nie jedną, a kilka podróży, które zaważyły na moim losie! Pierwsza z nich nastąpiła w końcu lat 80. – rodzice zabrali mnie i brata na wakacje do Czarnogóry. To wtedy zakochałam się w śródziemnomorskiej przyrodzie – pamiętam kłaniające się morzu wysokie pinie, krystaliczną wodę, cykady wielkości ptaków i żółwie, które grzały się na tarasie wynajmowanego przez nas domku. Do dziś obraz ten jest dla mnie tożsamy z rajem! Kolejny ważny wyjazd nastąpił, kiedy miałam 12 lat – rodzice wysłali mnie na kurs angielskiego do Wielkiej Brytanii. I choć nie jest to kraj śródziemnomorski, to właśnie wtedy zdecydowałam, że będę nie tylko zgłębiać tajniki łaciny i historii antycznej, którą pasjonowałam się od dziecka, ale zajmę się też “łaciną zniekształconą”, jak jedna moja pani profesor określała język włoski. Stało się tak dlatego, że na kursie uczyłam się z niezwykle sympatycznym gronem włoskiej młodzieży, a z jedną z poznanych tam koleżanek utrzymuję bliskie relacje do dzisiaj. Do dzisiaj także zajmuję się zawodowo przede wszystkim kulturą włoską i to do Italii jeżdżę szczególnie chętnie. Myślę, że w sumie byłam tam już kilkaset razy, jednak najważniejszy był zapewne ten pierwszy. Nie we Włoszech w ogóle, ale w Rzymie – jedynym miastem na świecie, w którym się nie gubię i jedynym, w którym wydaje mi się, że jestem stuprocentowo sobą. Można więc powiedzieć, że Rzym nie tyle mnie odmienia, co przywraca do właściwej formy. (śmiech) Ostatnią podróżą, która znacząco wpłynęła na moje życie – tym razem to prywatne, nie zawodowe – był pierwszy wyjazd do Izraela. Miałam wówczas 27 lat, byłam sama i bardzo marzyłam o założeniu rodziny. Podczas zwiedzania Jerozolimy, pod Ścianą Płaczu, pewna staruszka podała mi świstek papieru z zapisaną na niej modlitwą “Prayer for a good husband”. Odmówiłam ją… a miesiąc później, już w Warszawie, poznałam mojego dzisiejszego męża. Trudno chyba o bardziej wymowną historię! (śmiech)

Uri Wollner: zobaczyć Neapol i zrozumieć

 

Mam czasem wrażenie, że wszystko już wiemy, wszystko jest w nas, a ważne prawdy trzeba nie tyle poznać, co odkryć w sobie. Podróże często się do tego przyczyniają. Przykładem z mojego własnego życia jest moja pierwsza wyprawa do Neapolu. To trudne miasto, które albo się kocha, albo nienawidzi; ja wybrałem się tam ze znajomymi, którzy zdecydowanie zachwyceni nie byli. Ja natomiast czułem, że jest to dla mnie miejsce szczególne. Im dłużej krążyłem wśród brudnych uliczek, zaśmieconych zaułków, wśród niemodnie ubranych tubylców i poobijanych aut, tym bardziej rosło we mnie przekonanie, że to właśnie tu toczy się prawdziwe życie, w którym bardziej od wysprzątanego obejścia liczy się serdeczny uśmiech, a od szyku i formy większe znaczenie ma słońce nad naszymi głowami. Staram się dziś o tym pamiętać wszędzie tam, gdzie jestem.

Michał Głombiowski: cinquecento po Hiszpanii

 

Przekroczywszy  dwudziestkę, wyruszyłem w dość spontaniczną podróż fiatem cinquecento do Hiszpanii. To było jeszcze na długo przed przystąpieniem Polski do UE i na granicy  niemiecki celnik nie mógł uwierzyć, że zamierzam dojechać tym samochodem na kraniec Europy. Jakoś dojechałem. To były trzy miesiące swobodnego podróżowania po zakątkach Półwyspu Iberyjskiego, z mikrym budżetem, w którym nie bardzo mieściły się noclegi, więc spałem po prostu na fotelu samochodu. Ta podróż zmieniła w zasadzie  wszystko – dała mi pewność, że potrzebuję w życiu ruchu, braku ograniczeń i słońca. Dzięki niej zacząłem pisać o świecie i o podróżach, zostałem dziennikarzem, a w końcu trafiłem na łamy National Geographic Traveler. Zacząłem pisać książki. Hiszpanię darzę  ogromnym sentymentem i pozostaje dla mnie nie tylko jednym z najważniejszych miejsc basenu Morza Śródziemnego, ale całego świata. Do dziś mam pod powiekami setki obrazów z tamtej podróży. Wystarczy, że zamknę oczy. Niektóre są już nieco przyblakłe, wciąż jednak pozostają dla mnie życiowym drogowskazem. Liczę na to, że pozostaną ze mną do końca życia.

 

Aleksandra Seghi: między Toskanią a Lacjum

 

Podróż, która nas odmienia, wcale nie musi oznaczać wyprawy w dalekich kraje. Nie musi też być długa; musi natomiast nieść emocje, które zapamiętamy na całe życie. Dla mnie taka podróż, która sprawiła, że spojrzałam na świat innymi oczami i zrozumiałam, co jest dla mnie najważniejsze, nastąpiła kilka lat temu, w bardzo pracowitym okresie. Od dawna nie wyjeżdżaliśmy całą rodziną, bo wpadliśmy w wir codzienności: praca, szkoła i inne obowiązki… Na całe szczęście nagła, spontaniczna decyzja w pewne sierpiowe popołudnie sprawiła, że w kilka chwil zorganizowaliśmy sobie wycieczkę, której celem były tereny leżące na granicy Toskanii i Lacjum. Pojechaliśmy w miejsce, do którego prowadzi wyboista, piaszczysta droga; z dala od miast i tłumów turystów. Gospodarstwo agroturystyczne, w którym mieszkaliśmy, znajdowało się na małym wzgórzu – roztaczały się zeń wspaniałe widoki. Na tym i pozostałych wgórzach toczyło się życie miejscowych zwierząt: koni, owiec… Z dala można było usłyszeć dzwięk ich dzwoneczków, szczególnie przed zmierzchem, gdy owce wracały do swoich zagród. Wspomniana piaszczysta, wyboista droga okazała się vią Francigeną – historycznym szlakiem piegrzymkowym, którym wędrowcy podążali do Rzymu. W pełnym słońcu oparci o kije z uśmiechem maszerowali do celu. Wszystkie te obrazy, obcowanie z naturą sprawiły, że poczuliśmy błogość i wyciszenie. Zrozumieliśmy, że trzeba zwolnić i cieszyć się życiem. Nie warto pędzić. Nasze dni nie powinny być zlożone tylko z wykonywania obowiązków, ciężkiej pracy, ale również z relaksu i chwili dla siebie. Pozwólmy sobie na nią, bo życie jest tylko jedno.

 

 

 

Beata Zatońska: uważność u stóp Olimpu

Beata Zatońska
 

Mitologia grecka, kultura, wspaniale krajobrazy i oczywiście Grek Zorba. Przed pierwszą podróżą do Grecji miałam głowę nabitą lekturami. Oczekiwałam czegoś, czego nazwać nawet nie umiałam. I gdzie trafiłam? Do miejsc pełnych rozgadanych turystów. Jednak w tłumie uczyłam się szukać tego, co sobie po wyjeździe obiecywałam: otwierać szeroko oczy i odkrywać podróżniczą uważność. Do tego doszły niepowtarzalna pogoda, zapach morza, smak jogurtu z miodem. Było pięknie, a Riwiera Olimpijska do dziś kojarzy mi się ze skupieniem i trenowaniem wspomnianej już uważności.

Kamila Kowalska: po prostu Włochy

Kamila Kowalska
 

Bez wątpienia najważniejsza była moja pierwsza podróż do Włoch, prawie dwadzieścia lat temu. Pierwsze dotknięcie włoskości. Totalne. Kilka dni w Wenecji, kilka we Florencji, przystanek w Rzymie, następny w Neapolu i w końcu Wybrzeże Amalfitańskie. Po powrocie nic już nie było jak dawniej, a ja… w końcu zamieszkałam we Włoszech.


Gosia Villatoro: Barcelona, moja miłość

 

Moja najważniejsza śródziemnomorska podróż tak naprawdę ciągle trwa. Pierwszy raz odwiedziłam Barcelonę, mając 20 lat. Nie wspominam tej wyprawy dobrze, ponieważ w jej trakcie zostało złamane moje serce. Los okazał się niezwykle przewrotny, gdyż cztery lata później to tam ostatecznie posklejał je mój obecny mąż, zabierając mnie do Barcelony w podróż poślubną i pokazując mi, ile piękna, uroku i tajemnicy ma w sobie to miasto. Pokochaliśmy je razem. Odwiedzaliśmy je w trakcie każdej mojej ciąży i z powiększającą się rodziną. Rok temu zaś temu przeprowadziliśmy się tu na stałe i rozpoczęliśmy wraz z naszymi dziećmi nowy rozdział tej fascynującej podróży, jaką jest nasze wspólne życie.


Olga Bialer: od kibucu do Malagi

 

Prawie wszystkie moje podróże były śródziemnomorskie, ale wśród nich za najważniejsze uznaję dwie. Obie miały miejsce w młodym wieku “burzy i naporu”. Po pierwsze: trzymiesięczna izraelska przygoda, tj. woluntariat w kibucu i podróż z plecakiem po całym kraju – szkoła życia, najlepsza “hartownia”, szok dla zmysłów, emocji i umysłu. Rok później kompletnie odmienna kraina na drugim krańcu Morza Śródziemnego: Andaluzja, a konkretnie Malaga, gdzie miałam doskonalić swój hiszpański, a nauczyłam się znacznie więcej – beztroski i radości życia w miejscu,w którym wszystkie problemy dnia codziennego odpływają w siną dal.

Posted on

Czas kryzysu to czas dojrzewania. Rozmowa z Zeruyą Shalev

Zeruya Shalev jest wielokrotnie nagradzaną izraelską pisarką. Jej książki zostały przetłumaczone na ponad 20 języków, na motywach wielu z nich powstały scenariusze filmowe. Zadebiutowała w 1988 r. tomem wierszy, a pięć lat później wydała powieść zatytułowana Tańcząc, stojąc. Prawdziwy sukces przyniosła jej książka Życie miłosne (wydana w Izraelu w 1997 r.; sześć lat później ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa W.A.B.). Kolejne tomy trylogii – Mąż i żona oraz Po rozstaniu – potwierdziły jej pisarską rangę.

W październiku 2016 roku ukazała się w Polsce jej najnowsza książka pt. Ból (na stronie magazynu “Lente” pisała o niej Julia Wollner). Główna bohaterka powieści, Iris, została poważnie ranna w ataku terrorystycznym. Po wielu latach nadal doświadcza napadów silnego bólu. Jednak cierpienie fizyczne to nie wszystko – prawdziwa udręka dotyczy bowiem uczuć, rodziny oraz dawnej, młodzieńczej miłości.

Jerozolima
Jerozolima. Fot. Rob Bye


9 stycznia 2004 r. została pani ranna w zamachu terrorystycznym w Jerozolimie. Bohaterka powieści, które ukazała się niedawno w Polsce, Iris, ma podobne przeżycia. Trudno więc oprzeć się myśli, że zawarła pani w Bólu wątki autobiograficzne.

I tak, i nie. Jeśli w ogóle piszę o swoich doświadczeniach, to dzieje się tak wtedy, gdy już nie są bolesne, gdy nie dotykają mnie osobiście. Proces kreacji włącza się, gdy w pamięci zaczynają mi się zacierać szczegóły. Wtedy rozpisuję to wydarzenie na moich bohaterów i powstaje coś nowego.

Jest też tak, że gdy piszę, ogarniają mnie emocje moich bohaterów; mocno się z nimi identyfikuję, współodczuwam. Mam niejednokrotnie wrażenie, że uczestniczę w ich życiu. Mówienie o wątkach autobiograficznych w moim pisarstwie jest więc zwodnicze. Doświadczenia moich bohaterów prawie zawsze stają mi się bardzo bliskie – tak bliskie, że są momenty, gdy mogę śmiało powiedzieć, że to lub tamto sama przeżyłam.

Zamach, o którym teraz Pani napisała, przez długi czas był jednak tematem tabu.

Po wypadku przyjaciele przychodzili mnie pocieszać. Bardzo chcieli, żebym wyzdrowiała, zachęcali mnie więc do pisania o zamachu – w przekonaniu, że zadziała to terapeutycznie, że przeżyję katharsis. Bardzo mocno się jednak opierałam. Nie chciałam o tym ani myśleć, ani tym bardziej pisać. Co więcej, byłam pewna, że nic już nigdy nie napiszę! Mój świat zmienił się w traumatyczny sposób. Potem bardzo powoli zaczęłam wracać do książki, której tworzenie przerwał mi wypadek. Przyszły kolejne powieści, a ja nadal udawałam, że nic się nie stało…

Ból przyszedł niespodziewanie?

Spontanicznie. To była niespodzianka – nie chciałam tego ani nie planowałam. Zaskoczyłam sama siebie, ale nie mogłam się oprzeć – przymus był zbyt silny. Nie czułam jednak, że opowiadam o sobie. Moją bohaterką była Iris. Starałam się opisać, jak atak zamachowca wpłynął na nią i na jej rodzinę; rozłożyć na czynniki pierwsze ich obsesje. Sytuacje kryzysowe, graniczne zawsze interesowały mnie szczególnie. Człowiek osadzony w rutynie zaczyna się okłamywać i traci czujność. Dopiero gdy zdarzy się coś, co wytrąci go z otępienia, otwiera oczy. Wierzę, że czas kryzysu to czas dojrzewania. Sama wiele się uczę, gdy piszę moje książki.

My natomiast uczymy się wiele, gdy je czytamy, i to na różnych płaszczyznach. Uważny czytelnik znajdzie w Pani książkach wiele motywów biblijnych. W Bólu też są, prawda?

Biblia to moja skarbnica mitów; z nią wiążą się początki mojej twórczości. Kiedy miałam dziewięć lat, zaczęłam pisać długą powieść o jednej z biblijnych postaci. Wcześniej Biblię czytał mi ojciec, choć, podobnie jak ja, nie był religijny. Biblia jest dla mnie wielką literaturą; traktuję ją jako źródło inspiracji. Są w niej, tak samo jak w greckich dramatach, zapisane wszystkie opowieści świata. W Bólu natomiast zaszyte są elementy historii Józefa. Porzucili go bracia i dobrze na tym wyszedł. Iris na dobre wyszło rozstanie z Ejtanem…

Dzięki Twoim książkom bez wątpienia poznajemy także Izrael – i to, jak polityka mocno wpływa tam na codzienność.

W kraju takim jak Izrael nie da się oddzielić życia prywatnego, rodzinnego od politycznych konfliktów. One są w powietrzu, oddychamy nimi. Po zamachu nie czułam złości. Rozumiem argumenty obu stron, ale jestem przeciwko terroryzmowi. Mam przyjaciół Palestyńczyków, którzy tak samo jak ja marzą o pokoju. Myślę zresztą, że ludzie nie obwiniają w takich chwilach ani Palestyńczyków, ani rządu. Ja zareagowałam tak samo, jak Iris i jej rodzina – szukając winy w sobie, zastanawiając się, co by było, gdybym poszła lub pojechała inną drogą, gdyby inaczej się zachowała… Każdy jest zajęty sobą, każdy ma coś na sumieniu.

Badanie wpływu tak ekstremalnie mocnych wydarzeń, do jakich należy zaliczyć zamach, na rodzinną intymność, było bardzo interesujące. Zamach staje się przecież w efekcie jednostkowym, prywatnym przeżyciem tych, których dotknął. Gdy pisałam, nie czułam, że przelewam do powieści swoje doświadczenia. Chodziło o Iris, jej męża, syna i córkę. Co więcej, miałam przekonanie, że sama przeszłam przez to wszystko o wiele lżej, emocjonalnie i fizycznie. Iris przeprowadziłam przez piekło w każdym aspekcie jej życia. Ból jest więc połączeniem moich doświadczeń i wyobrażeń. Dodam też, że inspirowałam się historią, którą opowiedziała mi mama – o swojej młodzieńczej miłości.

Skoro poruszyłyśmy temat polityki, zapytam jeszcze o wysyłanie dzieci do wojska. Trudno się z tym pogodzić?  

Jest to przerażające. Każda matka ma nadzieję, że kiedy jej syn dorośnie, nie będzie musiał iść walczyć, a jednak moment ten zawsze nadchodzi. Z jednej strony jako matki chcemy, żeby nasze dzieci były delikatne i miłe, z drugiej – wiemy, że muszą iść do wojska, nauczyć się bronić siebie i całego kraju. To trudne. Iris straciła ojca na wojnie, więc dla niej ta nieuchronność służby wojskowej dziecka jest jeszcze bardziej dotkliwa.

Pamiętajmy też przy tym, że w Izraelu o polityce rozmawia się cały czas, i to bardzo emocjonalnie, choć na szczęście rodzinna intymność mimo wszystko angażuje mocniej niż to, co dzieje się na zewnątrz. Gdzieś jednak zawsze czai się strach. Sposób, w jaki patrzymy na siebie, jest przecież odzwierciedleniem świata zewnętrznego. Może dlatego jestem tak zafascynowana życiem uczuciowym i paradygmatem związków rodzinnych. Relacje między rodzicami i dziećmi interesują mnie przy tym bardziej niż związki miłosne. Ból zaś jest też opowieścią o powracaniu do dawnej miłości, o spełnianiu marzeń fantazji z młodości.

"Ból" Z. Shalev. Fot. Julia Wollner
“Ból” Z. Shalev. Fot. Julia Wollner


Marzenia czasem zajmują w życiu więcej miejsca niż samo życie. Tak jest w pewnym sensie u Iris.

Marzenie o innej wersji życia jest tu fundamentalne. Iris ma czterdzieści parę lat i żyje wspomnieniem pierwszej, wielkiej miłości. Nie przykłada wagi do tego, co się wokół niej dzieje. Myśli, że popełniała błąd za błędem, a jej życie powinno wyglądać zupełnie inaczej. Chciałaby znowu mieć 17 lat i zacząć wszystko od nowa. Niemożliwe staje się możliwe, gdy spotyka dawnego ukochanego. Podchodzi do tego z rezerwą; wydaje się jej, że jest pusta w środku, ale on widzi w niej nadal tamtą dziewczynę sprzed lat, siedemnastolatkę, którą kochał.

I to jest właśnie ich problem?

Tak, ale jest w tym także magia, zupełnie niezwykłe, wspaniałe doświadczenie. Nawet pozazdrościłam Iris i Ejtanowi tych ekscytujących przeżyć. Identyfikowałam się z Iris tak mocno, że prawie się w Ejtanie zakochałam! Podczas pracy nad książką muszę czasem zrobić krok do tyłu i przyjrzeć się moim bohaterom z pewnego dystansu. Jeśli tego nie zrobię, mogę naprawdę wsiąknąć w alternatywne życie.

Iris z Bólu wydaje mi się być trochę inna od bohaterek Pani poprzednich książek, chociażby Ellie z Po rozstaniu czy Diny z Co nam zostało.  

Wszystkie są bardzo silne. Jednak rzeczywiście chciałam, żeby Iris nie była podobna do kobiet, o których pisałam wcześniej. Szukałam bohaterki, które nie jest neurotyczna, nie goni za przygodą i miłością. Iris ma autorytet, ciężko pracuje, jest zdyscyplinowana. Dba o rodzinę, ale tak naprawdę absorbuje ją praca. Jeśli taka kobieta jak Iris zakochuje się, to uczucie ma wtedy niezwykłą moc. Poza tym, taka miłość mogła wydarzyć się Iris tylko z mężczyzną będącym częścią jej przeszłości. Pisząc Ból, zdałam sobie sprawę, że ludzie są teraz bardziej zainteresowani przeszłością niż przyszłością. Uderzyło mnie to.

Jak Pani myśli, dlaczego tak się dzieje?

W pewnym wieku, gdy wydaje nam się, że wiemy już wszystko o sobie i swoim życiu, przyszłość staje się nudna i przewidywalna. Tymczasem przeszłość jest pełna pytań. Ludzie szukają na Facebooku dawnych przyjaciół, znajomych, narzeczonych… Jak w serialu science-fiction, szukają alternatywnej wersji swojego życia. Chciałam Iris zderzyć z przeszłością i wtedy uświadomiłam sobie, że powinna spotkać ukochanego sprzed lat. Jej dramatem jest zanurzenie w przeszłości – właściwie jest przecież jej niewolnicą. Do tego stopnia, że zdarza jej się ignorować teraźniejszość.

Czas to jednak nie jedyny temat książki. W Bólu pojawia się też wątek sekty, pod której wpływ dostaje się córka Iris.

Zależało mi, żeby pokazać moc manipulacji, a wątek ten rozwijał się, gdy pisałam książkę. Chciałam stworzyć paralelę między Iris i jej córką. Obie są pod wpływem dyktatury miłości. Iris zdaje sobie sprawę, że by odzyskać córkę, musi zapanować nad uczuciami – wtedy dopiero będzie mogła prosić Almę, by odpuściła.

Pokazuję więc różne oblicza miłości. Tę, która bywa obsesyjna i wymagająca, która może być jak choroba. Z drugiej strony mamy natomiast uczucie, dzięki któremu Iris i jej mąż dorośli i stworzyli dom. Nie jest ono ekscytujące, nie powoduje motyli w brzuchu. Ale możemy przypuszczać, że gdyby została Iris została z Ejtanem, byłaby nadal dzieckiem, nie rozwinęłaby swojej niezależności i indywidualności. To odwieczny konflikt między młodzieńczym zakochaniem a dojrzałą miłością.

Bardzo zapadła mi w pamięć scena, w której Iris wspomina ból, którego doświadczyła, gdy rodziła Almę. I nie jest to dla niej przykre wspomnienie, wręcz przeciwnie. Doświadczanie bólu może być pozytywne?  

Ból porodu to dobry ból. Jestem przekonana, że ból ma wiele odmian. A że moja książka będzie nosiła taki tytuł, wiedziałam już na początku pracy nad nią. Pomysł nie spodobał się mojemu wydawcy. Tłumaczył mi, że nie ma potencjału komercyjnego, a nawet zirytuje ludzi. Uparłam się: moja książka miała mieć tytuł Ból i już! Zwykliśmy myśleć, że ból to coś, przed czym chcemy chronić siebie, dzieci i bliskich. Ale cierpienie bywa też drogą do wyzdrowienia, poznania siebie. I właśnie ból narodzin jest dla mnie najbardziej klasycznym przykładem bólu, który ma wartość pozytywną.

Opowieść o Iris zaczyna się od jej ataku bólu. Gdyby nie on, nie spotkałaby Ejtana, który zajmuje się leczeniem tego typu przypadków. Ból gra więc w książce wiele ról. Jest jak Dr Jekyll i Mr Hyde. Iris jest też reprezentantką ogólnego, izraelskiego bólu – straciła ojca na wojnie. Jednak cierpienie, którego doświadczyła w dzieciństwie, a potem w wyniku zamachu, zahartowało ją i wzmocniło. Pod koniec książki Iris nie cierpi już tak mocno jak wtedy, gdy ją poznajemy – ani psychicznie, ani fizycznie. Potrafi skorygować błędy popełniane w relacji z Almą, uczy się rozmawiać z Ejtanem i na nowo eksplorować miłość. Ból jest elementem dopingującym, takim „popychaczem” akcji.

Zakończenie zaś, jak zwykle w Pani książkach, jest otwarte. Ma Pani przeczucie, co stanie się z Iris?  

Na pewno nie to, czego moglibyśmy się spodziewać. Myślę też, że Alma wykona jakiś zwrot. Wszyscy bohaterowie Bólu mówią o drugiej szansie i nowym otwarciu. Nie jestem jednak przekonana, czy życie daje nam jakieś „drugie szanse”. A jeśli tak, to po co? W przypadku Iris chodzi o to, by odblokowała się jako żona i matka. Przecież przez lata porównywała swoje małżeństwo do związku, który mogłaby stworzyć z Ejtanem.

Żyjemy w świecie naszych prywatnych mitów?  

Zderzenie się z osobistymi mitami jest bardzo interesujące i potrafi wiele nas nauczyć. Tak samo, jak mnie uczą spotkania z bohaterami moich powieści. Słucham ich bardzo uważnie. Teraz na przykład wiele nauczyłam się od Iris – o miłości, o jej destrukcyjnej, ale i pozytywnej sile. Trochę inaczej myślę teraz o moich doświadczeniach i moich prywatnych mitach. Po każdej książce muszę się jednak zregenerować, zmienić skórę – tym razem podobnie. Na szczęście siły najlepiej odzyskuję, spędzając czas z rodziną.

 

Zdjęcie główne: Zeruya Shalev, © Naomi Tokatly
Posted on

Przełomowy design: Kartell

Kto z nas nie kojarzy krzesła Louis Ghost? Zaprojektował go Philippe Starck w 2002 roku, inspirując się barokowymi ludwikami. Mebel odziedziczył po swoich przodkach wyrafinowany kształt, ale materiał, z którego powstał – przezroczysty poliwęglan – był na wskroś rewolucyjny. Już wcześniej firma Kartell eksperymentowała z tym tworzywem, ale teraz nadała mu klasyczną formę. Zestawiła dwa zdawałoby się skrajnie różne światy: stylowy antyk z nieznanym dotąd materiałem, dżentelmena wśród mebli z parweniuszem, który stawia siebie na równi z machoniowymi i orzechowymi fornirami. Claudio Luti, który przewodził wtedy marce i wyprodukował krzesło, oraz francuski designer, który je wymyślił, wywrócili świat wzornictwa do góry nogami, i raz na zawsze zmienili podejście ludzi do projektów z plastiku.

Krzesła Louis Ghost. Fot. Kartell – materiały prasowe
Krzesła Louis Ghost. Fot. Kartell – materiały prasowe


Zdolni oboje

Firma Kartell zaczynała w 1949 roku od produkcji… części samochodowych. Wytwarzała np. gumowe paski do bagażników, m.in. dla marki Pirelli. Z czasem do portfolio doszły akcesoria laboratoryjne z rewolucyjnego jak na tamte czasy tworzywa sztucznego – tańszej alternatywy dla szkła. Właściciele firmy, młode małżeństwo Giulio Castelli i Anna Ferrieri, z otwartością i nadzieją patrzyli na tak zwany włoski cud: ekonomiczny boom, który dawał szansę na rozwój i sukces. On – chemik, zafascynowany plastikami, przed wojną studiował u słynnego profesora Giulia Natty, wyróżnionego wiele lat później nagrodą Nobla. Ona – dziewczyna z wyższych sfer, córka Enza Ferrierego, pisarza, reżysera i dziennikarza, założyciela pisma „Il Convegno”, które skupiało awangardowych twórców, jak Luigi Pirandello, Italo Svevo czy Eugenio Montale, wyrosła w kulcie pracy i bezgranicznej miłości dla kultury. Tak jak ojciec, którego wydawnictwo było miejscem pracy twórczej i wymiany myśli, otwartym na młodych i zdolnych, Anna chętnie będzie angażowała do współpracy początkujących projektantów.

Krzesła Lou Lou Ghost. Fot. Kartell – materiały prasowe
Krzesła Lou Lou Ghost. Fot. Kartell – materiały prasowe

Ferrieri od początku pełni w firmie funkcję dyrektora artystycznego, dba o jakość produktu, dobiera współpracowników, zajmuje się promocją. Castelli skupia się na udoskonalaniu technologii produkcji. Z początkiem lat 60. oboje zaczynają myśleć nad rozszerzeniem oferty. Włoski przemysł idzie jak burza, ludzie kupują chętnie i dużo, chcą otaczać się pięknymi, ale i funkcjonalnymi przedmiotami. W Kartellu zapada decyzja, która zmieni charakter marki: rusza produkcja akcesoriów domowych i mebli.

Plastikowe początki

Najpierw na rynku pojawiają się kolorowe plastikowe szufelki, wyciskarki do owoców, suszarki do naczyń i lampy projektu Gina Colombiniego. Potem przychodzi czas na większe gabaryty. Początki nie należą do najprostszych. Materiał okazuje się mało wytrzymały, kruszy się i pęka pod ciężarem człowieka. W końcu – sukces! W 1961 roku wychodzi seria krzesełek dla przedszkolaków projektu Marca Zanusa i Richarda Sapera – wkładane są jedne w drugie, co pozwala zaoszczędzić miejsce. Cztery lata później pojawia się słynne krzesło Universale Joe Colombo.

Krzesła Joe Colombo. Fot. Kartell – materiały prasowe
Krzesła Joe Colombo. Fot. Kartell – materiały prasowe

Anna czuwa nad całością. Uważa, że design nie może być sztuką dla sztuki, ale nierozerwalną częścią codziennego życia, a przedmioty – najlepiej, gdy mogą pełnić wiele funkcji i pasować do różnych pomieszczeń. Sama też projektuje. W 1967 roku tworzy kontener 4970/84 zbudowany z nakładanych na siebie modułów zrobionych z gładkiego i błyszczącego tworzywa ABS.

Jednak nie wszystkie innowacyjne pomysły można od razu zrealizować. Przykładem jest fotel 4801 Joe Colombo, który w 1964 roku da się wyprodukować tylko z drewna (to jedyny mebel Kartella wykonany z tego materiału). Dopiero w 2012 roku firma ponownie pochyli się nad pierwotnym projektem – fotel wyprodukowany z tworzywa PMMA, które idealnie pozwala oddać jego płynną formę, szybko zdobędzie uznanie na całym świecie.

Duch z poliwęglanu

W 1988 roku przychodzi do firmy Claudio Lutti, dotąd związany z marką Versace i światem mody. Pojawia się w momencie kryzysu, kiedy starzejący się właściciele nie mają już siły stawiać czoła rynkowym przeciwnościom. Ale Claudio nie zmienia strategii firmy. W centrum jego uwagi pozostają tworzywa sztuczne. Do współpracy namawia kolejne już pokolenie młodych designerów: Philippe’a Starcka, Patricię Urquiolę, Antonia Citterio, Marcela Wendersa czy braci Bouroullec.

Krzesla La Marie. Fot. Kartell – materiały prasowe
Krzesla La Marie. Fot. Kartell – materiały prasowe

 

Lata 90. rozpoczynają przełom w historii marki. W 1999 roku w Mediolanie na powierzchni 2000 m kwadratowych Kartell otwiera swoje muzeum, w którym znajdą się wszystkie kultowe przedmioty marki. Jako pierwsza firma na świecie rozpoczyna też produkcję mebli i dekoracji do domu z poliwęglanu – przezroczyste krzesło La Marie, odlane z jednej formy, choć wygląda na lekkie i delikatne, ma solidną i niezwykle wytrzymałą konstrukcję. Autorem epokowego projektu jest ekscentryczny francuski designer Philippe Starck. Jego współpraca z Lutim przyniesie kolejne owoce – krzesło Masters i wspomniany Louis Ghost na stałe zapiszą się w historii marki i światowego designu. Praktyczne, bo piękne, czy piękne, bo praktyczne? – zastanawiają się od lat krytycy. Anna Ferrieri miała na ten temat własne zdanie: Nieprawda, że to, co użyteczne, jest piękne. To, co piękne, jest użyteczne. Piękno udoskonala nasze życie i sposób myślenia.

Posted on

Dla Isabel. Mandala Antonia Tabucchiego

Do sięgnięcia po opublikowane niedawno po polsku dzieło Tabucchiego nie powinna być potrzebna rekomendacja. Wystarczy nazwisko autora, wybitnego włoskiego pisarza, którego teksty wydawane są na całym świecie. Dodajmy do tego przekład w wykonaniu jednej z najlepszych tłumaczek z języka włoskiego – profesor Joanny Ugniewskiej. Wspomnijmy o renomie wydawcy i atrakcyjności cenionej przeze mnie serii “Bel paese – mistrzowie współczesnej literatury włoskiej”. Nie, rekomendacji nie trzeba. A jednak postanowiłam ją znaleźć, zakładając, że być może w Polsce nie każdy rozpozna nazwisko genialnego toskańskiego twórcy, którego duchową ojczyzną była Portugalia.

 

Na poszukiwania udaję się do przyjaciół, których zdaniu i literackiemu smakowi ufam najbardziej. Jarosław Mikołajewski, italianista, poeta i mój wielki autorytet, zapytany o Tabucchiego odpowiada krótko. Jego książki są inne niż wszystko. Zagubienie i wyprowadzenie z zagubienia. Precyzyjna tajemnica. Dziwne i piękne. Anna Osmólska-Mętrak, tłumaczka i literaturoznawczyni, która Tabucchiemu poświęciła swój doktorat, dodaje, że jego proza utkana jest z niedomówień, czegoś nieuchwytnego, co bardzo trudno wyrazić słowami, a co buduje nastrój; opiera się na spotkaniach z postaciami, które pojawiają się znienacka w najmniej spodziewanych miejscach, po czym znikają, by nagle znów się wyłonić.

 

Drążę dalej, prosząc o kilka słów komentarza Ewę Nicewicz-Staszowską, badaczkę włoskiej literatury współczesnej. W centrum twórczości Tabucchiego znajduje się potrzeba uchwycenia i zamknięcia chaosu życia w jakimś zrozumiałym porządku, jednak jego bohaterom dane jest jedynie poznanie fragmentaryczne. Być może właśnie w tym braku gotowych odpowiedzi tkwi atrakcyjność utworów pisarza?

 

Mnisi buddyjscy pieczołowicie składają mandale w harmonijne diagramy, a następnie niszczą, uważając to działanie za rodzaj medytacji, która jest ważnym elementem duchowego rozwoju. W podobny sposób warto potraktować słowa moich rozmówców. Doceńmy je, przeanalizujmy skrupulatnie i weźmy do serca, a później porzućmy, zamazawszy ich wspomnienie, by samodzielnie podjąć spotkanie z prozą Tabucchiego. W Dla Isabel czeka nas rozważanie o funkcji literatury w świecie totalitaryzmów, medytacja nad rolą języka i nad funkcją czasu. Czeka historia losów Tadeusa Slowackiego – pisarza polskiego pochodzenia, który szuka zaginionej przyjaciółki, tytułowej Isabel. Czeka wreszcie Lizbona, Portugalia, ale i inne, dalekie zakątki ziemi. Nade wszystko jednak czeka fascynująca intertekstualna przygoda.

 

Antonio Tabucchi, Dla Isabel. Mandala, Rebis, Poznań 2017
Posted on

Fabrizio De André o przełomie, który staje się dziś!

Fabrizio De André (1940–1999) uważany jest za jednego z włoskich cantautori. Był reprezentantem tzw. szkoły genueńskiej – grupy artystów, którzy starali się odnowić oblicze włoskiej muzyki popularnej na w latach 50. i 60. XX wieku. Swoje poetyckie teksty poświęcał głównie problemom społecznym.

 

Posted on

Grecki cud

Obok filiżanki kawy kelner postawił na stoliku butelkę białego żywicznego wina retsina. Była siódma rano, Ateny budziły się dopiero do życia, a ja pomyślałem, że wino będzie dobrym sposobem na rozpoczęcie dnia. Zastąpi mizerne greckie śniadanie sprowadzające się do kawy i koulurii, obwarzanka obsypanego sezamem. Nada nadchodzącym godzinom odświeżającej ostrości. Przede wszystkim wydawało mi się jednak dobrym towarzyszem podczas przerzucania stron albumu, który kupiłem ostatniego wieczora w Muzeum Akropolu. Na połyskliwych i przyjemnie śliskich stronach kryła się niemal cała historia Grecji oraz całe mnóstwo zachwycających detali, których pojawienie się zmieniło Europę nieodwracalnie.

Przerzucałem strony, unosząc co jakiś czas wzrok, by zderzyć się z gęstniejącym strumieniem ludzi płynącym po chodniku wokół Syntagmy, głównego placu Aten. Na ulicach tłoczyły się samochody i poobijane skutery obklejone chmurą jazgotliwego dźwięku klaksonów. Za nimi tkwiła w bezruchu bryła parlamentu, neoklasycystyczna budowla wzniesiona na życzenie pierwszego króla niepodległej Grecji, Ottona I. Czuwający przy niej gwardziści mieli niebawem rozpocząć swój kuriozalny taniec – zmianę warty – unosząc absurdalnie wysoko nogi i budząc wesołość turystów.

Zmiana warty przy placu Syntagma. Fot. Julia Wollner
Zmiana warty przy placu Syntagma. Fot. Julia Wollner

Goniąc prawdę

Zanim miało się to jednak zdarzyć, miałem nieco czasu, by pić żywiczne wino i patrzeć na kobietę na jednej ze stron albumu. Kilkanaście godzin wcześniej przypatrywałem się jej w chłodzie muzealnej sali. Przesuwałem wzrokiem po ciele pozbawionych głowy, lewej dłoni i części przedramienia. Marmurowa płaskorzeźba wyrwana została z balustrady ateńskiej Świątyni Zwycięstwa. Okaleczona, nie straciła nic z harmonijnego piękna. Bogini zwycięstwa nachyla się, by poprawić wiązanie sandała. Jej luźna szata spływa po ciele kaskadą draperii. Pod materiałem rysuje się kształt brzucha, linia jego zgięcia, a wyżej trójkątny zarys piersi. Z nagiego ramienia szata ześlizguje się swobodnym ruchem, poddając się sile grawitacji i gładkości skóry.

Nike poprawiająca sandał. Fot. Marsyas / Wikipedia Commons
Nike poprawiająca sandał. Fot. Marsyas / Wikipedia Commons

Uważnie spojrzenie na to mające ponad 2400 lat dzieło pozwalało zrozumieć, że jego pojawienie się nie było zwykłym zrządzaniem losu. Stało się możliwe dzięki zupełnie nieprawdopodobnej przemianie ludzkiej mentalności, z której zrodziła się cała europejska kultura. Marmurowa bogini zwycięstwa, podobnie jak setki dzieł rozsianych po całym mieście lub muzealnych salach, jest dowodem na to, że w pewnym momencie naszej historii zrzuciliśmy z siebie krępujące nas ograniczenia. Zyskaliśmy umiejętności pozwalające przedstawić ruch, oddać z finezją miękkość ciała, jego proporcje, detale. Poznaliśmy tajniki skrótu perspektywy. Grecki artysta doszedł do momentu, w którym potrafił uczynić, co tylko zechciał. To właśnie tu, na greckiej ziemi, po raz pierwszy twórcom udało się uchwycić prawdę.

Forma świata

Zostawiłem opróżniony kieliszek, schowałem album pod pachę, zdając sobie przy tym sprawę, że paradując z nim w ten sposób po Atenach muszę wyglądać na snobującego się pyszałka, i ruszyłem ku wzgórzu Akropolu. Z Syntagmy dzieliło mnie do niego nie więcej niż dwa kilometry.

Ateńska ulica. Fot. Ignacy Heringa
Ruchliwa ateńska ulica u stóp Akropolu. Fot. Ignacy Heringa

Gdy w 1821 r. Turcy wycofali się z Grecji, Ateny były mieściną zamieszkałą przez zaledwie 7 tys. osób. Wiek później było ich już pół miliona. Miasto przyciągało ludzi szukających pracy i życiowych perspektyw. By ich pomieścić, stolica zamieniła się w plac budowy. Postmodernizm nie przybrał tu jednak zbyt pięknego oblicza. Eleganckie kamienice wyburzono, by zrobić miejsce szerokim ulicom otoczonym sześciopiętrowymi szarymi budynkami. Ateny zaczęły wyścig o zwycięstwo w rankingu najbardziej szpetnych miast Europy. Przed olimpiadą w 2004 r. starano je upiększyć, sadząc tysiące drzew i próbują oddać ulice pieszym i spacerowiczom. Stolica wzięła głębszy oddech, wciąż jednak, chodząc jej ulicami trudno sobie wyobrazić, że to właśnie w tym miejscu ponad 2 tys. lat temu nastąpił największy przełom w historii europejskiej kultury.

Okolice Muzeum Akropolu. Fot. Ignacy Heringa
Okolice Muzeum Akropolu. Fot. Ignacy Heringa

Panujące bez większych zmian przez tysiące prostota stylu i klarowny przekaz, na greckiej ziemi przybrały niespodziewanie nową formę. Aż do tego momentu artyści trzymali się precyzyjnie określonych zasad. Przedstawiali świat, szukając jego najbardziej charakterystycznych przejawów. Ludzka głowa najlepiej prezentuje się z profilu – na tysiącach egipskich i asyryjskich dzieł sztuki niemal zawsze przedstawiana jest więc od boku. Ramiona i klatka piersiowa swój charakter ujawniają oglądane frontalnie – w ten sposób więc je pokazywano nie przejmując się, że ujęta z profilu twarz oraz przedstawione w całej długości stopy zestawione z widzianą od przodu klatką piersiową sprawiają, że postać staje się płaska i dziwnie skręcona. Dla twórców nie było ważne wierne oddanie rzeczywistości, lecz przedstawienie jej w sposób jak najbardziej dla niej charakterystyczny. Nie operowali skrótem perspektywy. Zdawali sobie sprawę, że człowiek nie do końca wygląda tak, jak na ich malunkach i rzeźbach. Uważali jednak również, że ich zadaniem jest przedstawienie elementów rzeczywistości tak, by były od razu rozpoznawalne w swej najbardziej typowej formie. Ten system sprawdzał się doskonale przez wieki. Egipscy i asyryjscy artyści wykonywali swą pracę sumiennie i nikt nie oczekiwał od nich niczego więcej.

Akropol. Fot. Julia Wollner
Akropol i drzewa oliwne. Fot. Julia Wollner

Wbrew regułom

Aż ok. VI w. p.n.e. Grecy, korzystając obficie z dziedzictwa innych kultur, zaczęli nagle poszukiwać prawdy. Z powodów, których dziś możemy się jedynie domyślać, gotowe recepty przestały wystarczać. Opracowane przez poprzedników reguły – jak oddać kształt kolana lub jak zarysować kształt stopy – stały się zaledwie punktem wyjścia. Grecki rzemieślnik siadł nad bryłą kamienia, mając w głowie pytanie, które wcześniej nikogo nie zajmowało: jak kolano lub stopa wyglądają naprawdę? Jak je ożywić? Jak nadać im wrażenie ruchu? W całej naszej historii nigdy wcześniej nie zdarzyło się coś podobnego. Grecy posiedli umiejętność oddania wnętrza przestawianej postaci. Schylająca się postać bogini zwycięstwa w Muzeum Akropolu jest jednym z setek śladów początku rewolucji, której nic już nie mogło zatrzymać.

O ósmej rano tęgawy mężczyzna, nie spiesząc się, otworzył bramy Akropolu. O porannej godzinie najsłynniejsze miejsce Aten było jeszcze opustoszałe. Większość zwiedzających pojawia się tu nie wcześniej niż o dziesiątej. Ruszyłem alejką ku górze, widząc na jej szczycie otoczony rusztowaniami Partenon, którego renowacja trwa już dobre 40 lat.

Antyczne pozostałości w Nowym Muzeum Akropolu można dziś oglądać przez szklaną podłogę. Fot. Julia Wollner
Antyczne pozostałości w Nowym Muzeum Akropolu można dziś oglądać przez szklaną podłogę. Fot. Julia Wollner

Patrząc na niego, myślałem o tym, że zaprojektowane przez architekta Iktinosa, otoczone fryzem rzędy doryckich kolumn były jednym z pierwszych przystanków prowadzących Europejczyków do nowego świata. Kolejne lata przynosiły coraz śmielsze eksperymenty. Budowle zyskiwały na optycznej lekkości i wyrafinowaniu, a porządek dorycki ustąpił jońskiemu. W ciągu zaledwie dwustu lat ranga sztuki zmieniła się diametralnie. Wraz z nią nastąpił rozkwit cywilizacji, którą dziś uważamy za tak oczywistą. To właśnie tu, na tej spieczonej słońcem ateńskiej ziemi, greccy artyści wprowadzili nas w świat piękna. Wysłali w drogę, którą wciąż podążamy.

 

Zdjęcie główne: Akropol widziany z dołu (Acropolis from below), Liz Lawley/Flickr na licencji CC BY-SA 2.0

 

Posted on

Obca

Chłód, osamotnienie, dystans. Synonimy obcości, reczowniki pełne goryczy. Kategorie, które nie rodzą pozytywnych skojarzeń.

Jeżeli do Itaki wybierasz się w podróż,
niech będzie to podróż długa,
pełna przygód i nauk.

A jednak Poeta wie lepiej. Wbrew srogości synonimów, życzy nam, by obcości zażywać jak najdłużej. Podróżować, choć, wędrując, pozostaniemy na zawsze obcymi. Także u kresu wędrówki, w Itace, gdy wreszcie, po latach tułaczki, dotrzemy z powrotem do domu.

Claude Lorrain, Scena portowa z Ulissesem odpływającym z kraju Feaków (1646), Luwr
Claude Lorrain, Scena portowa z Ulissesem odpływającym z kraju Feaków (1646), Luwr

Słucham karnie Poety, żegluję. Przemierzam bezkresne połacie śródziemnomorskich kultur. We Włoszech przez długie lata moje oczy są zbyt niebieskie, cera za jasna. „Ona jest Polką, cóż może wiedzieć o Italii” – słyszę bez ustanku od Włochów mieszkających w Polsce. Nieznacznie skręcam: podróż do Itaki prowadzi mnie teraz do Ziemi Obiecanej. W Izraelu jestem gojką przybyłą z kraju obozów i śmierci. Marzę skrycie o ucieczce w pustynię, ale nie dla mnie jest dalsza wędrówka na wschód. Tam będę obca po stokroć, bo paszport męża i córek nosi nazwę kraju, który nie znajduje uznania.

Obcość i inność. Uginam się zmęczona: na moich plecach ciężki tobół wędrowca.

Lestrygonów, Cyklopów, gniewnego Posejdona
nie musisz się obawiać.
Jeżeli będziesz myślą szybował wysoko,
a umysł twój i ciało będą ciągle zdolne
do wzruszeń nieprzeciętnych,
nikt z nich ci nie zagrozi.
Jeśli nie masz ich w sobie i sam ich nie wskrzesisz,
Lestrygonów, Cyklopów, gniewnego Posejdona
nie spotkasz na swej drodze. (…)

Na szczęście, za aleksandryjskim Poetą, odkopuję w pamięci horacjańską maksymę. Nie wystarczy zmiana klimatu i wody za burtą. Jeśli nie wykonamy pracy nad wnętrzem, nad lękiem, na nic zda się najdalsze nawet żeglowanie. Zachwycić może tylko świat oglądany przez kogoś, kto zachwyt wbrew wszystkiemu nosi w sobie. Obcość jest chłodna i zdystansowana, jeśli w takim kształcie pielęgnujemy ją w sercu. Jeśli, jak glinie, nadamy jej miękki kontur i przekażemy ciepło dłoni, nie straszna nam będzie groźba rozszalałych fal. Podejmując wędrówkę, podjąć musimy także decyzję: zaakceptować obcość, przystać na inność. Przyjąć bolesne reakcje z zewnątrz. Pozwalam więc, by pewne porty pozostały dla mnie na razie nieznane, a prawdziwi przyjaciele nieliczni. Odkrywam radość w tym obliczu obcości: szerokie perspektywy, wiele przede mną. Mam na co czekać.

Bylebyś nie zapomniał nigdy o Itace,
o twoim przeznaczeniu – masz do niej dopłynąć.
Lecz nie śpiesz się w podróży.
Niech trwa długo – latami. (…)
Itaka dała ci upajającą podróż.
Nie wyruszyłbyś w drogę, gdyby jej nie było.
Cóż więcej miałaby dać? (…)

Itaka, z której wyruszam i do której dążę, w istocie powierza mi ogromny skarb. Dając obcość, zmusza do własnej jej interpretacji. Ciepłej, miękkiej, przyjętej z wdzięcznością. Takiej, która pozwoli mi widzieć więcej, słyszeć lepiej, poczuć mocniej.

Zdobyłeś przez nią mądrość i ogrom doświadczeń,
a wraz z nimi świadomość, co znaczy – Itaka.

Itaka znaczy zgodę na podróżowanie. Na wiele wątpliwości nigdy nie znajdę odpowiedzi; wiem już, że znaki zapytania nie zawsze muszą do nich prowadzić. Bogactwo tkwi czasem w samym pytaniu, które, niczym najlepsze wiatry, gna nas ciągle do przodu. Trzeba tylko strącić z pleców tobołek, zaakceptować swą inność. Podróżować bez obciążenia, lekko.

Wtedy obcość może znaczyć po prostu wolność.

________________________________________

 cytaty pochodzą ze słynnego wiersza Itaka Konstandinosa Kavafisa w tłumaczeniu A. Libery

 

Zdjęcie główne: William Turnes, Ulisses drwiący z Polifema (1829), National Gallery w Londynie
Posted on

Przystawkowe mini-rewolucje

Według luźnych kalkulacji 90% moich włoskich znajomych jest mięsożernych. W stołówce szkolnej mojej córki na cztery klasy trzecie (czyli około 90 maluchów) tylko jedno dziecko jest wegetarianinem. Nie stosuje diety wegańskiej, bo wówczas w ogóle nie zostałoby przyjęte na stołówkę. Mam więc wrażenie, że w Italii wszystko kręci się wokół jedzenia cicci, mięsa, które tak żartobliwie nazywają Włosi. Możecie sobie wyobrazić, czują się moi włoscy znajomi lubiący słodką, surową szynkę czy pikantne salami, kiedy przychodzą do mnie na kolację! W mojej kuchni prym wiodą przecież warzywa i owoce. Dziś proponuję Wam drobny, choć rewolucyjny gest: przygotowanie bezmięsnych przystawek śródziemnomorskich. Mam nadzieję, że zasmakują Wam moje wegańskie propozycje!

 

W Toskanii jedną z najbardziej popularnych przystawek są crostini – czyli zapiekane kromki chleba z masą wątróbkową. Oto moja sprawdzona wersja wege.

Crostini w wersji wegańskiej. Fot. Natalia Olbińska
Crostini w wersji wegańskiej. Fot. Natalia Olbińska

Toskańskie crostini wegańskie

Składniki:

250 gram zielonej soczewicy

1 mała marchew

1 łodyga selera naciowego

1 mała, biała cebula

1/4 pęczka natki pietruszki

2 łyżki kaparów

5 łyżek oliwy z oliwek extra vergine

sól

1 chleb

 

Przygotowanie:

Obrać i pokroić warzywa. Na patelnię wlać oliwę z oliwek i poddusić cebulę. Dodać seler naciowy, marchew oraz natkę pietruszki. Poddusic 10 minut, a następnie wrzucić soczewicę. Dolać tyle wody, by przykryła ona warzywa i soczewicę. Posolić do smaku. Gotować na wolnym ogniu do momentu, kiedy soczewica zmięknie. W razie potrzeby dolewać wodę. Kiedy soczewica będzie miękka, odcedzic ją z wody (nie wylewać wody, przelać do wolnego naczynia). Do soczewicy i warzyw dodać kapary. Zmiksować. Pokroić chleb w na kromki, każdą przekroić na pół. Podpiec w piekarniku lub tosterze. Nakładać masę warzywno-soczewicową.

A teraz czas na... Fot. Natalia Olbińska
A teraz czas na… Fot. Natalia Olbińska

 

Na przystawkę można również tzatziki, które podaje się w różnych kombinacjach. Mogą posłużyć jako sos do mięs czy ryb, sos do sałatek czy kanapek, dip do surowych czy pieczonych warzyw oraz dodatek do naleśników ze słonym nadzieniem. Ja uwielbiam też tzatziki na świeżo upieczonej picie, na którą przepis znajdziecie niżej.

Tzatziki w nowej interpretacji. Fot. Natalia Olbińska
Tzatziki w nowej interpretacji. Fot. Natalia Olbińska

Greckie tzatziki w wersji wegańskiej

Składniki:

1 zielony ogórek

250 ml gęstego jogurtu sojowego

1 ząbek czosnku

4 listki mięty

sól i pieprz

 

Przygotowanie:

Umyć i obrać ogórek ze skórki. Pokroić w drobną kostkę. Posiekać obrany czosnek. Gęsty jogurt połączyć z ogórkiem i czosnkiem. Można dodać również umyte i rozdrobnione liście mięty. Doprawić do smaku. Wymieszać na jednolitą masę.

 

Tzatziki wspaniale komponują się z grecką pitą, nazywaną też chlebem arabskim i bardzo popularną w krajach Bliskiego Wschodu.

Chlebek pita. Fot. Natalia Olbińska
Chlebek pita. Fot. Natalia Olbińska

Pita

Składniki:

250 g mąki pszennej

12 g świeżych drożdży

5 g cukru (najlepiej trzcinowego)

około 150 ml wody

4 łyżki oliwy z oliwek extra vergine

sól

 

Przygotowanie:

W 100 ml ciepłej wody rozpuścić drożdże z dodatkiem cukru i 1 łyżki mąki. Odstawić do wyrośnięcia. Pozostałe 50 ml wody wymieszać z solą i oliwą. Do mąki wlać wyrośnięte drożdże, a następnie dolać wodę z solą i oliwą. Zarobić ciasto. Oprószyć ciasto mąką i odstawić do wyrośnięcia na 3 godziny. Ciasto wałkować na koła o średnicy około 15 cm. Rozkładać na blasze pokrytej papierem do pieczenia. Przykryć ściereczką kuchenną i odstawić jeszcze na 40 minut do wyrośnięcia. Piec około 8-10 minut w temperaturze 180 stopni.

Posted on

Zaklęcie podróżne Michała Głombiowskiego – rozwiązanie konkursu

Po lekturze Waszych komentarzy mamy ochotę wyciągnąć szklaną kulę i oddać się magii! Jak zwykle z trudem wybrałyśmy dwie wypowiedzi, których autorów nagrodzimy.

Będą to:

Stanisław Jdberhi
oraz
Nie udawaj Greka.

Laureatów, którym serdecznie gratulujemy, prosimy kontakt z nami pod adresem mailowym info@lente-magazyn.com.

Wszystkim uczestnikom zabawy życzymy spełnienia marzeń i samych skutecznych zaklęć!

Posted on

Moja najważniejsza śródziemnomorska książka

Oto ulubione lektury naszej ekipy – te, które na rozmaite sposoby zmieniły nasze spojrzenie na świat, przyczyniły się do zaskakujących wyborów lub pomogły odkryć nowe pasje.

 

Julia Wollner: od Mitologii J. Parandowskiego po Morze Śródziemne pod redakcją F. Braudela

Julia Wollner
 

Moje życie toczy się od jednej lektury do drugiej (śmiech). Te, które wywierają na mnie większe wrażenie, zwykle prowadzą także do zmian, nowych przedsięwzięć, podróży czy znajomości. Największy wpływ na moją biografię miała Mitologia. Kiedy byłam takim małym stworkiem, jak ten kwiatek z prawej strony, spędzałam pewne deszczowe wakacje na działce. Nudziłam się okropnie, aż… znalazłam książkę, która dziś jest w stanie takim, jak widać na załączonym obrazku. Spoglądając na nią, dziękuję w myślach Janowi Parandowskiemu za to, że z czteroletniego brzdąca uczynił swoim słowem miłośniczkę Śródziemnomorza! W liceum dla odmiany pochłaniałam dzieła Pirandella – to jego twórczość zdecydowała o moim wyborze studiów italianistycznych. Czas doktoratu to powrót do antyku, ale także odkrywanie autorów takich, jak Marai (Pokój na Itace to prawdziwe arcydzieło!). Dwa lata temu przeczytałam kilka tekstów Braudela i to wówczas zdecydowałam się założyć magazyn “Lente”. W ostatnim czasie wstrząsnęła mną książka Jarka Mikołajewskiego Wielki przypływ. Zobaczymy, do czego mnie ten wstrząs doprowadzi…

 

Natalia Olbińska: Samotność Portugalczyka I. Klementowskiej

 

Ze wszystkich krajów Południa najbliższa jest mi Portugalia. Jak to z miłościami bywa, przyjmuję ją całą – nie tylko to, co w niej piękne i gładkie, ale także to, co trudne i brzydkie. O obu stronach Portugalii opowiada reportaż Klementowskiej opublikowany przez Wydawnictwo Czarne. Lektura ta była dla mnie przełomowa, bo przypomniała mi, że żadnego kraju nie należy demonizować, idealizować, wtłaczać w ramy – i tyczy się to także państw, o których piszemy w “Lente”. Warto zachwycać się tym, co w nim przyciąga, jednak ciemne strony regionu także wymagają naszej uwagi.

 

Maria Bulikowska: Boska Komedia Dantego

mroux
 

 

W liceum, gdy koledzy zachwycali się Mistrzem i Małgorzatą, mnie wciągnęło dantejskie piekło – na szczęście tylko metaforycznie! Arcydzieło włoskiego poety zachwyciło mnie do tego stopnia, że zamiast przygotowywać się do egzaminów na ASP, rzuciłam się w wir nauki włoskiego, a następnie zdecydowałam się studiować italianistykę. Udało się, a pierwszy rok studiów, gdy analizowaliśmy literaturę średniowiecznych i renesansowych Włoch, wspominam jako najprzyjemniejszy okres w całej mojej edukacji.

Uri Wollner: Kto ze mną pobiegnie D. Grossmana

 

Bardzo cenię twórczość izraelskiego pisarza Davida Grossmana. Jest on autorem książek zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych, więc w pewnym sensie towarzyszy mi od zawsze. Bliska jest mi powieść Patrz pod: miłość, opowiadająca m.in. o Brunonie Schulzu, jednak największe wrażenie zrobiła na mnie chyba książka Kto ze mną pobiegnie, wydana w Polsce przez W.A.B. Dlaczego stanowiła dla mnie przełom? Przypomniała mi moją, trochę zapomnianą, miłość do Jerozolimy – miasta, w którym się urodziłem. Pozwoliła docenić dzieciństwo, dużo radośniejsze niż to, które opisane jest przez Grossmana. Wreszcie uświadomiła mi, jak ważne są dla mnie zwierzęta. Proste rzeczy, o których nie myślałem na co dzień, a które są częścią mnie.

Ignacy F. Heringa: Moralia Plutarcha

 

Plutarch, wielki erudyta i jeden z najwybitniejszych intelektualistów Cesarstwa Rzymskiego przełomu I i II wieku, widział konieczność budowania międzykulturowych mostów – w jego wypadku były to przede wszystkim światy Greków i Rzymian. Lektura jego tekstów uczy otwartości, a że był przy tym osobą życzliwą i pogodną, przypomina także o tym, że warto być po prostu dobrym człowiekiem.

 

Nadia Gruszka: Pompeje M. Beard

Nadia Gruszka
 

 

Bez tej książki zwiedzanie Pompejów przypominałoby spacer po cmentarzu. Dzięki Beard ulice wypełniły się gwarem, a budynki otworzyły przede mną historie mieszkających w nich kiedyś ludzi. Autorka obala stereotypy i pokazuje, że zdarzenia sprzed prawie 2 tys. lat mogą być tak zajmujące, jak współczesność. To zdecydowanie przełom w postrzeganiu historii!

 

Katarzyna Rowińska: Bogowie, groby, uczeni. Tajemnice archeologii  C.W. Cerama

 

 

Książkę tę podsunęła mi mama, kiedy jako szesnastolatka wróciłam z Grecji i stwierdziłam, że zostanę archeologiem. Jest to fascynująca opowieść, w przygodowym tonie, o odkryciach miejsc i języków, tworzących mapę starożytnych cywilizacji, dziś dla nas oczywistych, a kiedyś na wpół legendarnych. Jest to także tekst o uporze w dążeniu do celu i wierze we własne siły – na przekór reszcie świata. Dla każdego, komu kiedyś śnił się kapelusz Indiany Jonesa!

 

Beata Zatońska: Serce E. de Amicisa

 

Beata Zatońska
 

Kiedy byłam mała, babcia często czytała mi Serce de Amicisa. I tak, zanim jeszcze nauczyłam się składać literki, usłyszałam o Włoszech  i z bijącym sercem pochłaniałam historie, które w swoim pamiętniku zapisywał uczeń z Turynu, Henryk. Mówi się co prawda, że jest to „książka dla chłopców”, jednak ja pokochałam opowieści z życia Henryka, Garrona, Mularczyka i innych. Nie wracałam do Serca nigdy, choć nadal mam tamten oprawiony w brązowo-musztardowe płótno tom. Nie chcę psuć wspomnień. A teraz, gdy myślę o Turynie, gdzieś tam jakaś cząstka mnie wspomina Serce.

 

Michał Zegar: Historie florenckie E. Bieńkowskiej

 

 

Historie florenckie Ewy Bieńkowskiej, wydane przez Zeszyty Literackie, są wspaniałą podróżą po świecie florenckich dzieł sztuki i zarysem historii Medyceuszy. Uderza w nich dramatyczne wprowadzenie na temat wielkiej powodzi z 1966 roku. Książka ta pogłębiła moją miłość do Florencji i przypomniała, jak ważne dla przyszłych pokoleń jest kulturowe dziedzictwo. Z tym większą pasją staram się pisać i opowiadać o kulturze.

 

 

Kamila Kowalska: Komisarz Montalbano A. Camillerego

 

Kamila Kowalska
 

Moje życie zmieniło się, gdy poznałam komisarza Montalbano, bohatera powieści kryminalnych Andrei Camillerego, a przede wszystkim wtedy, gdy zaczęłam odkrywać jego Sycylię. Pokochałam ten region na długo zanim pojechałam tam po raz pierwszy. Zapach wyspy na kolejnych stronach którejkolwiek z książek Camillerego jest tak intensywny, że nie sposób nie odurzyć się jego opisami. Potem zaś trzeba go poznać osobiście.

 

Izabela Frankowska: Lampart G. T. di Lampedusy

 

 

Zdanie dla mnie przełomowe, do którego często wracam – Wszystko musi się zmienić, żeby mogło pozostać takie samo – pochodzi właśnie z tego klasycznego tekstu Giuseppe Tomasi di Lampedusy. Jest to poza tym precyzyjnie skonstruowana opowieść o starym sycylijskim rodzie, która pozwala nie tylko poznać historię Włoch w dobie burzliwych przemian społeczno-politycznych, ale, przede wszystkim, pozostaje pięknym poematem na cześć Sycylii. Polecam ją zwłaszcza poszukiwaczom klasycznego piękna i elegancji słowa.

 

Zofia Górka: Grek Zorba N. Kazantzakisa

 

 

Grek Zorba to jedna z najważniejszych dla mnie książek, a przy tym powieść, którą zdecydowanie zabrałabym ze sobą na bezludną wyspę – miałabym pewność, że z takim kompanem nie zginę i nie stracę napędu do dalszego funkcjonowania! Uwielbiam ją za pochwałę “prostego życia”, filozofię carpere diem i cudowne zderzenie dwóch całkowicie odmiennych postaw – a także to, co z tego wynika. Mądrość tej książki może naprawdę zmienić nasze nastawienie do świata. Posłuchajcie tylko: Gdy się na coś zdecydujesz, to odważnie naprzód idź. I jeszcze: Każdy człowiek wybiera swoją drogę, a ludzie różnią się między sobą jak drzewa. Czy miałeś kiedyś pretensje do figowca, że nie rodzi czereśni? Toż to prawdziwe perełki!

 


Gosia Villatoro: Cień wiatru C. Ruiza Zafóna

 

 

W książce tej, wydanej w Polsce przezm Muzę, jest wszystko to, co powoduje szybsze bicie mojego serca: uliczki, zaułki i zakamarki mojego ukochanego miasta, Barcelony; atmosfera starych bibliotek i antykwariatów; tajemnica, która pragnie być odkryta; porywające, ale niosące ze sobą wielkie niebezpieczeństwo namiętności; oraz pięknie opowiedziana historia o miłości… do książek. A że Barcelona zmieniła moje życie, w jakiś sposób zmieniła je także ta powieść.

 

Olga Bialer: Jeśli zimową nocą podróżny I. Calvina

 

 

Napisany z matematyczną precyzją powieściowy majstersztyk, pasjonująca podróż po różnych obliczach literatury, a przy tym książka-tortura, książka-pułapka – to przełom nie tylko dla mnie, ale dla wielu uwielbiających czytać! Magik Italo Calvino – mistrz pióra i iluzji prowadzi z Czytelniczką/Czytelnikiem (wielkie litery zamierzone!) zwodniczą grę, która wciąga, ale i bezwzględnie zwodzi na manowce. Pochłonęłam ją kilka razy, a i tak autor wciąż puszcza do mnie oko.

 

Daria Nowicka: Dzienniki 1943-48 S. Maraia

 

 

Śródziemnomorska książka ‒ a raczej literatura i ten rodzaj pisania, który jest ciągłym powrotem do włoskiego krajobrazu. To właśnie twórczość Sandora Maraiego, węgierskiego prozaika i eseisty, sprawia, że świat (nie tylko) antyczny powraca w słowach, obrazach czy osobach. W jego Dziennikach 1943-1948 można znaleźć więc wiarę w znaki, światło, rodzaj życiowej pewności, ale też świadomość, że cała prawda zaczyna się właśnie w czasach Homera czy Wergiliusza. Marai pokazuje jak bardzo nasz świat przypomina epokę przestrzeni, gdzie coraz częściej określamy coś ze względu na jego bliskość lub odległość.

Posted on

Tego nie wiedziałeś o Juliuszu Cezarze – ciekawostki na Idy Marcowe (cz. II)

Hasło “Idy Marcowe” – jeden z najbardziej przełomowych momentów w historii – kojarzy każdy, jednak mało kto pamięta, że chodzi o bardzo konkretną datę w kalendarzu: piętnasty dzień bieżącego miesiąca. To właśnie wtedy, 2061 lat temu, 23 pchnięć sztyletem spowodowało śmierć Juliusza Cezara – najsłynniejszego rzymskiego polityka. Oto kilka faktów z jego biografii, o których nie wszyscy wiedzą, a które wydały mi się ciekawe i warte przybliżenia. Pierwszą część zestawienia znajdziesz tutaj.


6 Miał wiele barwnych przygód – na przykład porwali go piraci

Morze Śródziemne od czasów starożytnych wypełniały statki, których załogi szukały okazji do grabieży, a plaga piractwa szczególnie uciążliwa była u schyłku Republiki Rzymskiej. Powszechność incydentów z udziałem piratów potwierdza między innymi historia, w której wziął udział młody Cezar, wówczas 25-letni. Podczas podróży na Rodos, gdzie miał podjąć studia, został on porwany przez cylicyjskich piratów. Według anegdoty przytaczanej przez historyka Plutarcha, wyśmiał on kwotę, jakiej za jego uwolnienie zażądali złoczyńcy – uznał ją bowiem za zbyt… niską. Przebywając w niewoli, nie rezygnował ponoć ze swojej aroganckiej postawy: potrafił na przykład zwrócić piratom uwagę, że zachowują się zbyt głośno, nie dając mu spać. Po przeszło miesiącu z kontynentu przybył okup, Cezar zaś został uwolniony. Prędko zdecydował się wymierzyć rabusiom sprawiedliwość i, zgodnie ze składanymi wcześniej deklaracjami, ukrzyżował ich wszystkich bez wyjątku.

 

Piraci porwali Cezara, gdy zmierzał na Rodos. Na zdjęciu ruiny tamtejszego Akropolu. Fot. Ymakris / Wikipedia Commons
Piraci porwali Cezara, gdy zmierzał na Rodos. Na zdjęciu ruiny tamtejszego Akropolu. Fot. Ymakris / Wikipedia Commons

7  Siódmy miesiąc w naszym kalendarzu nosi jego imię

Siódmy miesiąc w kalendarzu, u nas zwany lipcem, w języku łacińskim nosi nazwę Iulius (od tego rzeczownika pochodzi chociażby włoskie luglio czy angielskie July). Została ona nadana na cześć dyktatora, który urodził się właśnie w tym miesiącu, wcześniej określanym mianem Quintilis. 

Rzymska mozaika przedstawiająca lipiec w El Djem w Tunezji (III w.n.e.). Fot. Ad Meskens / Wikipedia Commons
Rzymska mozaika przedstawiająca lipiec w El Djem w Tunezji (III w.n.e.). Fot. Ad Meskens / Wikipedia Commons

Jego największym marzeniem było dorównać Aleksandrowi

Choć Juliusz Cezar jest chyba najsłynniejszą postacią w historii, nie ominęło go poczucie niższości i rozmaite kompleksy – począwszy od starannie ukrywanej łysiny, której bardzo się wstydził i którą zakrywał na rozmaite sposoby, na ambicjach politycznych skończywszy. Podobno jego największym marzeniem było dorównanie Aleksandrowi Macedońskiemu. Biografowie Rzymianina chętnie przytaczają anegdotę, wedle której, podczas pobytu w Hiszpanii, natknął się na posąg króla i popadł w przygnębienie, zauważając, że Macedończyk w jego wieku zdążył już podbić cały świat, on zaś nie dokonał jeszcze niczego wiekopomnego.

Pomnik Aleksandra Wielkiego w Pelli. Fo. Carole Raddato / Wikipedia Commons
Pomnik Aleksandra Wielkiego w Pelli. Fot. Carole Raddato / Wikipedia Commons


9 Nie urodził się przez cesarskie cięcie

W antycznym Rzymie obowiązywał zakaz grzebania zmarłych kobiet ciężarnych bez uprzedniego wyciągnięcia płodu z ich łona. Operacji tej dokonywano jednak zapewne jedynie na kobietach zmarłych, a działanie to sankcjonowało prawo. Juliusz Cezar najpewniej nie przyszedł na świat w ten sposób, bowiem wiadomo, że jego matka zmarła dopiero w roku 54, a więc na 10 lat przed tragiczną śmiercią syna. Co więcej, wydaje się, że nazwa zabiegu nie pochodzi od nazwiska polityka, ale od łacińskiego czasownika caedere – ciąć, pruć.

Largo Argentina w Rzymie. Fot. domena publiczna
Largo Argentina w Rzymie. Fot. domena publiczna

10 Nie zabito go na Forum Romanum

Wielu zwiedzających Rzym skłonnych jest myśleć, że śmierć słynnego Rzymianina miała miejsce w sercu Wiecznego Miasta – na Forum Romanum. Nie jest to jednak prawda. W marcu 44 r. p.n.e. trwały prace remontowe w budynku senatu, a politycy zbierali się w teatrze Pompejusza, w części portyku zwanej Curia Pompea. To właśnie tu, w rejonie dzisiejszego Largo Argentina, spiskowcy zadali śmiertelne ciosy swojemu przeciwnikowi. Potwierdziły to wykopaliska archeologiczne, które zakończyły się w 2012 roku. Ciekawostką jest, że ten rzymski plac znany jest przede wszystkim miłośnikom kotów, które szczególnie chętnie wylegują się tam w promieniach słonecznych. Niektórzy uważają przy tym, że koty przywiozła do Wiecznego Miasta sama kochanka Cezara – Kleopatra.

Posted on

Tego nie wiedziałeś o Juliuszu Cezarze – ciekawostki na Idy Marcowe (część I)

Hasło “Idy Marcowe” – jeden z najbardziej przełomowych momentów w historii – kojarzy każdy, jednak mało kto pamięta, że chodzi o bardzo konkretną datę w kalendarzu: piętnasty dzień bieżącego miesiąca. To właśnie wtedy, 2061 lat temu, 23 pchnięć sztyletem spowodowało śmierć Juliusza Cezara – najsłynniejszego rzymskiego polityka. Oto kilka faktów z jego biografii, o których nie wszyscy wiedzą, a które wydały mi się ciekawe i warte przybliżenia.

1 Juliusz Cezar nie był cesarzem

Rzeczownik cesarz, podobnie jak car, wywodzą się bezpośrednio od nazwiska słynnego Rzymianina, jednak on sam nigdy nie został obwołany królem. Miesiąc przed śmiercią, dokładnie 14 lutego 44 roku, odmówił koronacji, wiedząc, że tytuł królewski jest od wieków znienawidzony przez Rzymian. Senat ogłosił go natomiast dyktatorem wieczystym (dictator in perpetuum), najwyższym kapłanem, imperatorem i Ojcem Ojczyzny (pater patriae) przy jednoczesnym zachowaniu pozorów ustroju republikańskiego.

Warto wspomnieć, że według badań językoznawczych, nazwisko Caesar najprawdopodobniej wymawiano “kajzar”. Cognomen ten ma nieznaną etymologię, choć sam Juliusz twierdził, że pochodzi od punickiego wyrazu oznaczającego słonia – imponującego zwierzęcia, które pełniło istotną rolę w prywatnej mitologii polityka.

Reprodukcja rzymskiej monety z czasów Juliusza Cezara. Fot. Julia Wollner
Reprodukcja rzymskiej monety z czasów Juliusza Cezara. Fot. Julia Wollner

2 Nie przekroczył wielkiej, rwącej rzeki

Historycy szacują, że Juliusz Cezar brał udział w 50 bitwach, z których 48 zakończyło się jego zwycięstwem – jest to jeden z najlepszych wyników w historii świata. Jego reputacja wybitnego generała, zaprawionego w wojennych trudach, jest więc w pełni zasłużona. Warto jednak podkreślić, że jedno z szerzej znanych wydarzeń z jego życia – przekroczenie Rubikonu – nie nosiło znamion wielkiego wyczynu w sensie czysto fizycznym. Ta północnowłoska rzeka jest bowiem bardzo niewielka. Słynna decyzja o przejściu na jej drugi brzeg miała jednak ogromne znaczenie symboliczne: oznaczała przekroczenie granicy między Galią Przedalpejską i Italią oraz rozpoczęcie wojny domowej z Pompejuszem, zaanonsowane słowami alea iacta est (“kości zostały rzucone”).

Rubikon sfotografowany w miejscowości Savignano sul Rubicone. Fot. Sergio Bellavista / Wikipedia
Rubikon sfotografowany w miejscowości Savignano sul Rubicone. Fot. Sergio Bellavista / Wikipedia


3 Miał kontakty “na górze”

Choć w końcu I wieku przed naszą erą wielu Rzymian pozostawało z gruntu niewierzącymi, niezwykle istotne było umiejętne przedstawienie własnego rodowodu celem legitymizacji pełnionej władzy. Ród Juliuszów, z którego wywodził się Cezar, za swoją antenatkę uważał samą boginię miłości, Wenus. Z najpiękniejszą nieśmiertelną łączyła rodzinę postać ich protoplasty Julusa (syna bohatera wojny trojańskiej Eneasza), który był rzekomo jej wnukiem.
Po wygranej bitwie pod Farsalos, gdzie w 48 r. p. n. e. pokonał Pompejusza, Cezar ślubował wzniesienie świątyni na cześć Wenus Rodzicielki, co stało się w roku 46. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że otwarcie przybytku przyczyniło się bezpośrednio do śmierci Cezara: fakt, że polityk umieścił w nim posąg swojej kochanki Kleopatry, która niedawno urodziła mu nieślubnego syna i z którą, jak szemrano, planował założenie nowej królewskiej dynastii, rozsierdził jego oponentów.

Ruiny świątyni Venus Genetrix w Rzymie. Fot. Julia Wollner
Ruiny świątyni Venus Genetrix w Rzymie. Fot. Julia Wollner

4 Jego życie prywatne było bardzo burzliwe

Cezar, lubiący podkreślać swoją skromność, wierność tradycji i dobrym obyczajom, w rzeczywistości prowadził burzliwe życie miłosne, dalekie od idału czystości i wstrzemięźliwości. Miał trzy żony: Kornelię, Pompeję i Kalpurnię. Wydaje się, że prawdziwym uczuciem darzył tylko tę pierwszą; niestety małżonka umarła młodo, w 69 roku p.n.e. Z tego związku Cezar miał ukochaną córkę Julię. Pompeję oddalił po skandalicznych wydarzeniach, które rzucały cień na jej reputację – oznajmił wówczas, że żona Cezara musi być poza wszelkimi podejrzeniami. Sam romansował jednak na wszystkie strony, zarówno z żonami przyjaciół, jak i wrogów; przyjęło się też uważać, że wiele lat wcześniej łączyła go homoseksualna relacja z królem Bitynii. Trzecia żona Cezara, Kalpurnia, przez wiele miesięcy żyła w jednym mieście z królową Egiptu Kleopatrą, która przybyła do Rzymu na zaproszenie kochanka, przywożąc ze sobą jego syna, Cezariona. Sytuacji tej, niełatwej zapewne dla obu pań, kres położyła śmierć Juliusza. Jednym z jej autorów był jak wiadomo Brutus, syn Serwilii – wieloletniej przyjaciółki dyktatora i, być może, jego jedynej prawdziwej miłości. Błędnym jest natomiast przekonanie, że Cezar był ojcem spiskowca (czytaj więcej tutaj).

Portret Cezara ze zbiorów Muzeów Watykańskich
Portret Cezara ze zbiorów Muzeów Watykańskich

5 Dzięki niemu wprowadzono rok przestępny

Lata przestepne wprowadzono w III wieku p.n.e. w Egipcie, jednak w Europie nie były one praktykowane aż do dekretu Cezara, wydanego w 45 roku p.n.e. i bazującego na obliczeniach greckiego astronoma Sosygenesa. Polityk dokonał tym samym znaczącej reformy kalendarza (stąd określenie “kalendarz juliański”), co spowodowało krytykę ze strony opinii publicznej. Słoneczny kalendarz Cezara obowiązywał jednak w Europie przez długie stulecia – w Polsce i Włoszech na przykład został zniesiony dopiero w XVI wieku, kiedy zastąpił go kalendarz gregoriański.

 

CDN. – kolejną część zestawienia znajdziesz tutaj!

Posted on

Marek Aureliusz o biegu wypadków

Marek Aureliusz (121–180) był cesarzem rzymskim, nazywanym jednocześnie filozofem na tronie. Jego dzieło zatytułowane Rozmyślania do dziś stanowi źródło inspiracji i potwierdza, że władca był człowiekiem skromnym, umiarkowanym, praktykującym filozofię stoicką. Uczył panowania nad emocjami; podkreślał, że świat jest teatrem, a ludzie aktorami, którzy odegrać muszą swoją – zwykle skromną – rolę.

 

Posted on

Śladami van Gogha po Arles

Wiemy dokładnie, kiedy Vincent van Gogh przyjechał do francuskiego Arles – był 18 lutego 1888 roku. Data ta znaczy w burzliwej biografii artysty moment przełomowy: oto rozpoczynał się najbardziej intensywny i twórczy okres jego życia. W listach do brata pisał kiedyś: Zostanę malarzem Południa; teraz zamiar ten miał spełnić się dzięki ukochanemu przez niego, wibrującemu światłu Prowansji. I choć po kilkunastu miesiącach Vincent opuścił Arles, aby przenieść się do Saint-Rémy-de-Provence, to miasto nad Rodanem po dziś dzień pozostaje nierozerwalnie związane z postacią wielkiego post-impresjonisty. Oto najważniejsze adresy, które warto wziąć pod uwagę, planując zwiedzanie Arles jego śladami, oraz kilka obrazów artysty – wybranych z ponad 300 prac, które powstały w tym właśnie miejscu.


Dziedziniec szpitala w Arles – Espace Van Gogh, Place du Docteur Félix Rey

Obraz powstał w kwietniu 1889 roku, na miesiąc przed opuszczeniem Arles przez van Gogha. Malarz kilkakrotnie przebywał w szpitalu Hôtel-Dieu po słynnym epizodzie, jaki miał miejsce 23 grudnia 1888 roku – po gwałtownej sprzeczce z Paulem Gauguinem obciął sobie ucho. W klinice opiekował się nim doktor Félix Rey, który stwierdził u artysty manię prześladowczą.

Szpital, wzniesiony w XVI wieku, funkcjonował do lat 70. XX stulecia; obecnie mieści się w nim centrum kulturalne Espace Van Gogh, którego wewnętrzny dziedziniec zrekonstruowano i zaaranżowano na podstawie malowidła. Adres instytucji nosi nazwisko medyka zajmującego się malarzem (Place du Docteur Félix Rey).

 


Taras kawiarni w nocy – Café de la Gare (Place Lamartine 30)

Dzieło powstało we wrześniu 1888 roku jako pierwsze, na którym malarz wykorzystał motyw gwieździstego nieba. Przedstawia zewnętrzną cześć Café de la Gare. Nad lokalem tym Van Gogh wynajmował mieszkanie podczas urządzania słynnego Żółtego Domu. Z Josephem-Michelem i Marie Ginoux, właścicielami czynnej całą dobę kawiarni,  łączyła go serdeczna przyjaźń, a Marie pozowała mu w listopadzie 1888 roku do serii obrazów zatytułowanych Arlezjanka.

 

Most w Trinquetaille – dzielnica Trinquetaille, przedłużenie rue Gambetta 

Dzieła poświęcone żelaznemu mostowi na Rodanie (u góry oraz na zdjęciu głównym) powstały w czerwcu i w październiku 1888 roku. Pierwsze z nich ukazuje spacerujących mieszkańców Arles. Uwagę zwraca rytm kompozycji i doskonale uchwycony motyw silnego wiatru – mistrala. Drugi obraz zapada pamięć ze względu na szczególną kolorystykę, jakże różną od palety barw najchętniej stosowanej przez Vincenta.

 

Gwiaździsta noc nad Rodanem

Dzieło powstało we czerwcu 1888 roku; ukazuje wypełnioną gazowymi latarniami okolicę położoną niedaleko Żółtego Domu przy placu Lamartine. Została ona sportretowana po zmroku – podczas pobytu w Arles artysta często podejmował wyzwanie malowania nocą, której kolory pięknie oddawał na swoich płótnach.

Żółty Dom – Place Lamartine 2

Van Gogh zamieszkał w słynnym Żółtym Domu we wrześniu 1888 roku – wtedy też namalował niniejszy obraz. W swej nowej siedzibie w Arles planował stworzenie kolonii artystów na wzór XVII-wiecznego bractwa malarzy holenderskich; jej przywódcą miał zostać Gauguin. Van Gogh, oczekując przyjazdu Paula, który przyjął propozycję, intensywnie pracował, mając nadzieję na urządzenie w domu galerii.
Żółty Dom został zbombardowany 25 czerwca 1944 roku.

 

Widzowie na arenie w Arles – Rond-Point des Arènes 1

Dzieło powstało w grudniu 1888 roku, najprawdopodobniej namalowane z pamięci. Tytuł odnosi się oczywiście do rzymskiego amfiteatru w Arles, jednak antyczny zabytek nie jest tu prawie zupełnie widoczny – bohaterami obrazu są widzowie spektakli odbywających się na arenie. Malarz przez jakiś czas zajmował lokum, którego okna wychodziły na amfiteatr; z całą pewnością był więc świadkiem organizowanych tam walk byków. Podobno niespecjalnie go one interesowały; jego uwagę zdecydowanie bardziej  przyciągał barwny tłum przychodzący oglądać widowisko.

 


Wejście do parku publicznego w Arles – Place Lamartine

Dzieło powstało we wrześniu 1888 roku. Jest jednym z 15 obrazów poświęconych parkowi miejskiemu, jaki rozciąga się przy placu Lamartine. Dziś przy głównym wejściu do ogrodu, który przez kolejne już stulecie stanowi miejsce spotkań i odpoczynku mieszkańców miasta, znajduje się popiersie holenderskiego malarza.

 


Opadające jesienne liście – Avenue des Alyscamps (na południowy wschód od centrum miasta)

Dzieło powstało w listopadzie 1888 roku jako jedna z czterech prac obrazujących dawną rzymską nekropolię Alyscamps, a dokładniej Aleję Grobowców – drogę wysadzaną topolami, prowadzącą do romańskiej kaplicy. Cmentarz malował także – choć z innego punktu widzenia, bez odniesień do grobowców – Paul Gauguin.

 

Przydatne adresy:

Arles Vincent Van Gogh Foundation (www.fondation-vincentvangogh-arles.org)
Musée Réattu (www.museereattu.arles.fr) – w kolekcji muzeum znajduje się m.in. list Van Gogha do Paula Gauguina oraz 57 rysunków Picassa

 Obszerny materiał o Vincencie Van Goghu znajdziesz w Lente#01.

Posted on

Zaklęcie podróżne Michała Głombiowskiego

Przedwiośnie. Szukam impulsu do zmiany zimowych przyzwyczajeń, do obudzenia zaspanej głowy i ociężałego ciała. Na nic zdaje się wskazówka wagi, która niepokojąco chyli się w prawą stronę; bez efektu pozostają starania męża, który namawia na wyjście z domu i rodzinne spacery. Przełomu dokonać może chyba tylko dobra książka. Tak, tak, wierzę w terapeutyczne działanie słowa pisanego. Umiejętnie nakreślone, w zdaniach z odpowiednio rozłożonymi akcentami, potrafi zdziałać cuda, niczym magiczne zaklęcie. I takich cudów, takich zaklęć trzeba mi na marzec.

Sięgając po książkę Michała Głombiowskiego, z którym mam przyjemność współpracować, pamiętałam jedną z jego poprzednich publikacji, Trzeci dzień, o której pisałam kiedyś, że jest jak mocne espresso, krótka i wyrazista. Spodziewam się takiego samego pobudzającego efektu. Okazuje się jednak, że przyszedł czas na rewolucje powolne, na zmiany stopniowe, ale za to dające długotrwałe rezultaty.

Zaklęcie podróżne, najnowsza książka autora, będąca wynikiem półrocznego pobytu na Krecie, z espresso ma niewiele wspólnego. Czyta się ją powoli, bo i powolnie została napisana, o powolności traktując. Michał zestawił w niej dwa tematy bliskie idei “Lente”: poszukiwanie własnego miejsca w coraz szybciej pędzącym świecie oraz śródziemnomorskie, a konkretnie kreteńskie, zwyczaje codzienne, które, świadomie naśladowane, pomagają to miejsce odnaleźć. A że chodzi tu głównie o zwyczaje kulinarne – tym pyszniej, tym bardziej odżywczo. I, co niezbyt częste w wypadku książek o podobnej tematyce, wcale nie bardziej banalnie.

 

Punktem wyjścia dla rozważań Michała stają się badania naukowe wskazujące, że mieszkańcy greckiej wyspy są ludem cieszącym się przywilejem wyjątkowej długowieczności, na co niewątpliwy wpływ ma ich dieta. Jednak obserwacja Kreteńczyków wykracza daleko poza notowanie ilości spożytej oliwy z oliwek, pomidorów i świeżych ziół, choć informacji na ten temat wcale nie zabraknie. Autor z uwagą przygląda się kreteńskiej rzeczywistości, ale i sobie, podróżnikowi, uciekającemu od codzienności, a jednocześnie świadomemu koniecznego do niej powrotu. Razem z nim uważne spojrzenie na siebie kierujemy i my. Na ile poddaliśmy się dyktatowi komercji? Jak bardzo na nasze codzienne wybory wpływa globalizacja? Czy nie warto powrócić do zwyczajów sprzed lat?

 

Zaklęcie podróżne to świetnie napisana książka. Głombiowski operuje słowem sprawnie, inspirując do zmiany – przecież zaklęcie to słowo mające na celu ukształtowanie rzeczywistości. Czytając jego tekst, przypominam sobie o smaku świeżych zielonych liści – rukoli, roszponki, młodego szpinaku – trawiastej podstawie greckiej diety, rosnącej tuż pod stopami, blisko ziemi. Tej wiosny chciałabym być odrobinę bliżej tej ostatniej. Po wyprawie na targ nalewam sobie szklaneczkę czerwonego wina, które Kreteńczycy dają nawet maleńkim dzieciom, uważając, że mało co jest równie dobre dla zdowia. I, oczywiście, zaczynam rozmyślać o podróży na Kretę. Nic przecież nie popycha do działania i zmian tak skutecznie, jak kolejna, choćby tylko literacka, podróż.

 

Michał Obst Głombiowski, Zaklęcie podróżne. Kreta od kuchni, Wydawnictwo Dolnośląskie, Poznań 2017

 

UWAGA! KONKURS!

Dzięki uprzejmości autora, mamy dziś dla Was dwa egzemplarze książki Zaklęcie podróżne. Kreta od kuchni. Podarujemy je autorom najciekawszych komentarzy pod tym postem, stanowiących rozwinięcie hasła: “Szukam zaklęcia na…”.

Szczegółowy regulamin konkursu znajduje się tutaj: Regulamin konkursu pt. Zaklęcie podróżne

Zapraszamy do zabawy!