Posted on

O mimozach

Dla wielu mieszkańców Śródziemnomorza marzec jest barwy żółtej, słodko pachnie i kojarzy się nie tylko ze zmienną pogodą. Dzieje się tak za sprawą rośliny, która rozkwita wówczas w każdym prawie zakątku regionu, znacząc najbardziej oczekiwany przełom w kalendarzu: początek wiosny.

Dla dziewcząt, dla kobiet

Złociste kwiaty są jednym z symboli Czarnogóry, a szczególnie nadmorskiego miasteczka Herceg Novi. Już w lutym obchodzi się tam festiwal mimozy, podczas którego młode dziewczęta paradują w mundurach wzdłuż wybrzeża, a w mieście rozpoczyna się szereg kulturalnych, turystycznych i sportowych imprez. W kolejnym miesiącu mimoza staje się wszechobecna we Włoszech, głównie za sprawą święta 8 marca, podczas którego jej gałązki wręcza się obowiązkowo każdej pani. Zwyczaj ten, tuż po II wojnie światowej i upadku faszyzmu, zapoczątkowała działaczka partii komunistycznej Teresa Mattei, uznawszy, że będzie to miły, a niewiele kosztujący gest – Italia jest u progu wiosny pełna złocistych kwiatów.

Złocista Amerykanka

Co ciekawe, żółta, pachnąca mimoza nie jest rośliną, która wywodzi się z Bałkanów czy z Półwyspu Apenińskiego. Nie pochodzi zresztą z żadnego kraju leżącego u brzegów Morza Śródziemnego. Przywędrowała doń najprawdopodobniej z Ameryki lub Australii, gdzie liczy sobie około tysiąca gatunków. Od wieków czarowała włoskich, hiszpańskich i portugalskich żeglarzy pełnym słońca, słodkim i miękkim, a zarazem świeżym aromatem przywodzącym na myśl migdały.

 

Wcale nie wstydliwa 

Botanicy podkreślają, że ukochany przez Czarnogórców i Włochów kwiat tak naprawdę nazywać powinniśmy nie mimozą, a… akacją. Według znawców zwie się on bowiem acacia dealbata lub, w innych przypadkach, acacia farnesiana – od nazwiska słynnej włoskiej rodziny Farnese, w której rzymskich ogrodach uprawiano ją od XVI wieku. Mimoza, znana z przysłowiowej delikatności i faktu, że jej liście zwijają się natychmiast po jej dotknięciu, to zupełnie inna roślina – tzw. mimoza wstydliwa, zwana również czułkiem wstydliwym. Nie jest ona żółta, lecz różowa, i to nie jej poświęcone są wesołe, śródziemnomorskie festiwale. I choć mimoza-czułek uważana jest za kwintesencję wątłości, to dla lingwistów akacja-mimoza symbolizuje powrót do czystości i niewinności. Dzieje się tak dlatego, że grecki rzeczownik ἀκακία łatwo skojarzyć  z α- “nie” + κακός “zło”.

Od wiosny do jesieni

W Polsce, za sprawą wiersza Juliana Tuwima, mimoza kojarzy się często z końcem lata. Jednak poeta, opisując złotawą, kruchą i miłą jesień, pisał tak naprawdę o jeszcze innym gatunku: nawłoci pospolitej, zwanej polską mimozą. W odróżnieniu od akacji-mimozy czarującej kwiatami wczesną wiosną, kwitnie ona rzeczywiście w sierpniu i wrześniu.

Posted on

Z Jerozolimy do Londynu. Ambasador Yotam Ottolenghi

W gorących czasach, w których wielka polityka wnika we wszystkie niemal sfery naszego życia, wytchnienia szukamy często w kuchni. Kiedy któryś z celebrity chefs mówi coś „kontrowersyjnego”, fani proszą czasem: zajmij się tym, na czym się znasz, po prostu gotuj. Problem polega jednak na tym, że tożsamość celebrity chefa czasem nie daje się zamknąć w kuchni. Tak właśnie ma się rzecz z naszym dzisiejszym bohaterem: jednym z najpopularniejszych kucharzy ostatnich lat, emigrantem, homoseksualistą, ojcem. Żydem, który założył swój biznes z Palestyńczykiem. Ulubieńcem wegetarian, który sam wegetarianinem nie jest. Przed państwem: Yotam Ottolenghi.

Yotam Ottolenghi
Ottolenghi urodził się w 1968 roku w zachodniej, żydowskiej części Jerozolimy, w rodzinie inteligenckiej. Studiował literaturoznawstwo, służył w armii, pracował jako dziennikarz w “Haaretz”, w latach dziewięćdziesiątych wyjechał do Europy: mieszkał wpierw w Amsterdamie, później wyruszył do Londynu. Chciał pisać doktorat o literaturze (zdolności literackie będą zresztą wyróżniać jego późniejsze kulinarne felietony), zapisał się jednak do szkoły Cordon Bleu i zakochał w gotowaniu. Zajął stanowisko cukiernika w londyńskiej Baker & Spice, gdzie poznał Samiego Tamimi, z którym będzie od tej pory współpracował, i z którym napisze dwie książki: Ottolenghi i Jerozolima.

W 2002 wraz z grupą partnerów Yotam założył pierwsze delikatesy Ottolenghi w słynnej londyńskiej dzielnicy Notting Hill. Po paru latach przyszły kolejne restauracje – w Islington, Belgravii, Soho. W 2006 roku zaczął współpracować z brytyjskim dziennikiem „The Guardian”. Jego rubryka The New Vegetarian pozwoliła szybko zaliczyć go do kolejnej mniejszości, choć Ottolenghi nie jest wegetarianinem, a jego podane na marginesie sugestie, by jakieś warzywne danie podać z jagnięciną czy krewetkami, kilkakrotnie wzbudzały oburzenie. Znakiem rozpoznawczym autora stało się jednak właśnie stawianie na pierwszym miejscu warzyw i zbóż, zabieg niekoniecznie oczywisty w brytyjskiej kulturze kulinarnej.

Ottolenghi stał się guru wegetarian dzięki książkom Obfitość i Cała obfitość, w ktorych robi z roślinami takie rzeczy, że mięsożercy zapominają o swoich upodobaniach. Piecze tartę tatin z ziemniakami i pomidorami w karmelu i zdobione krążkami czerwonej cebuli ciasto z kalafiora, smaży krokiety z groszku i mięty, a ukochane bakłażany podaje z tahiną i ziarnkami granatu. Nie jest jednak ortodoksyjny: jedzcie mięso, mówi, bo jest elementem waszej kultury, ale nie traktujcie go jako konieczności. Ta sama filozofia przyświeca jego restauracjom. W marcu 2017 roku w najmłodszej i najelegantszej z nich, położonej w samym sercu Soho NOPI, zjemy między innymi burratę z czerwoną pomarańczą, ziarnami kolendry i miodem lawendowym, serniczek z sera Valdeón z marynowanymi burakami i migdałami czy kalarepę z sumakiem, wasabi i mascarpone. Kilka dań mięsnych (boczek z dynią, jabłkami i orzechami włoskimi) i rybnych (dorsz w maślance z grochem i cavolo nero) też się znajdzie, jednak to warzywa grają tu pierwsze skrzypce. Dlaczego? Otóż są one podstawą śródziemnomorskiej diety – zarówno włoskiej, którą poznał Ottolenghi w domu, jak i bliskowschodniej, która otaczała go w Izraelu. W Obfitości pisze: To, co jadłem, dorastając, stanowiło połączene rozmaitych kulinarnych kultur – zarówno europejskich, jak i bliskowschodnich – z mnogością łatwo dostępnych, świeżych składników. Zawsze przypominam sobie o tym, myśląc o sklepie warzywnym w sąsiedniej, arabskiej wiosce, gdzie moja mama robi zakupy. Sprzedaje się tam mnóstwo fantastycznych, świeżych, miejscowych, sezonowych owoców i warzyw, o których mówię „prawdziwe”, bo wyglądają i smakują naturalnie i są uprawiane przez autentycznych arabskich i żydowskich rolników, a nie bezimiennych rolników z drugiego końca świata. Lokalność, różnorodność, wolność – te słowa najlepiej chyba określają to, co można by nazwać „filozofią gotowania” Ottolenghiego.

Prawdziwym wyznaniem miłości dla rodzinnego miasta jest Jerozolima, napisana z Tamimim książka o tradycjach kulinarnych Izraela, widzianych zarówno z żydowskiej, jak i palestyńskiej strony. Pachnie ona za’atarem, sumakiem, kuminem, składa hołd bakłażanom, soczewicy, pomidorom. Filozofia, która przyświeca książce, jest prosta, choć przecież wciąż nieoczywista: chociaż tak wiele nas dzieli, to przecież tak wiele łączy, bo kochamy te same obrazy, zapachy, smaki. Nikt nie jest „właścicielem” dania – kontrowersyjny hummus na przykład jest daniem palestyńskim, ale należy też do tradycji syryjskich Żydów. Historia jest ważna, ale najpiękniejszą cechą jedzenia jest jego zakorzenienie w teraźniejszości, bo smakuje nam właśnie „tu i teraz”. Roni Kashmin, dziennikarka kulinarna izraelskiego dziennika “Haaretz”, mówi: Ottolenghi nie jest w Izraelu aż tak znany jak w Wielkiej Brytanii, jednak w moim środowisku podziwiany jest jako ambasador pokojowego współżycia. Oddaje ducha Jerozolimy jako miasta różnorodności, w którym mieszają się różne kultury, rasy, języki. Co więcej, jako homoseksualista dodaje do tej różnorodności jeden jeszcze wymiar: gender.

Nie byłoby powodu wspominać o orientacji seksualnej Ottolenghiego, gdyby nie jego głośny tekst, zamieszczony w „The Guardian” w 2013 roku. Słynny kucharz opowiada w nim o swojej drodze do rodzicielstwa: zawsze chciał mieć dzieci (twierdzi, że żydowska tradycja odegrała dużą rolę w kształtowaniu tego pragnienia), ale i on, i jego partner sądzili, że jako homoseksualiści po prostu nie znaleźli tego – jak się po angielsku mówi – „w swojej talii kart”. W końcu zdecydowali się na wynajęcie amerykańskiej surogatki (w Wielkiej Brytanii nie byłoby to możliwe), która urodziła ich syna Maxa. Tym samym stał się nie tylko ambasadorem Jerozolimy i wegetarianizmu, ale i ambasadorem miłości rodzicielskiej, która może stać się udziałem każdego, kto jej pragnie.

Sukces Yotama Ottolenghiego jest zbudowany na pozytywnych emocjach: niezależnie od tego, czy podróżuje (zrealizował czteroodcinkowy serial kulinarny o najważniejszych dla niego miejscach południowo-wschodniego Śródziemnomorza: Stambule, Izraelu, Maroku i Tunezji), czy gotuje, czy pisze. Pokazuje, że kuchnia potrafi łączyć: Żydów i Palestyńczyków, wegetarian i mięsożerców. Realizuje utopię różnorodności: mimo wszelkich światopoglądowych różnic, wobec zmysłowej przyjemności jedzenia wszyscy jesteśmy przecież bezbronni.

 

Zdjęcie delikatesów Ottolenghi: THOR/ Flickr na licencji CC by 2.0.
Posted on

Arystoteles o zdziwieniu

Arystoteles (384–322 r.p.n.e.), zwany też Stagirytą, uważany jest za jednego z trzech najsłynniejszych filozofów antycznej Grecji (obok Platona i Sokratesa). Stworzył spójny system filozoficzny, który silnie wpłynął na całą europejską myśl oraz na rozwój nauki. Za przełomowe uważa się jego rozumienie człowieka: zdefiniował go jako zwierzę rozumne, a więc byt cielesny, który posługuje się intelektem.

Posted on

SPQR Mary Beard – o historii zupełnie inaczej

Filolog klasyczną Mary Beard miałam przyjemność słuchać i oglądać na żywo dokładnie dziesięć lat temu, kiedy prowadziła wykład w The British School w Rzymie. Byłam wtedy doktorantką szykującą rozprawę na temat postaci antycznych w literaturze włoskiej i skrupulatnie wybierałam z oferty kulturalnej Wiecznego Miasta wszystkie wydarzenia – odczyty, konferencje, prelekcje – które miały związek z opisywanymi przeze mnie bohaterami. Na wykładach robiłam notatki, spisywałam dziesiątki dat i nazwisk, zwykle marząc przy okazji o kolejnej porcji wzmacniającego espresso. Pamiętam, że z wykładu Beard wyszłam bez jednej nawet zapisanej strony, za to z przyjemnie podwyższonym ciśnieniem – pomimo kilkugodzinnej przerwy od pobudzającej włoskiej kawy.

Brytyjska filolożka w swoich opowieściach – czy to podczas poważnych konferencji, czy w filmach dostępnych na Youtubie, czy wreszcie w książkach popularnonaukowych – przedstawia antyk w sposób zupełnie inny niż ten, do którego przywykła większość z nas, ze znużeniem wspominająca mało porywające lekcje historii w szkole czy na uniwersytecie. Potrafi bezbłędnie łączyć dokładność wybitnego badacza z gawędziarskim tonem, a jej świeże, niekiedy zaskakujące spojrzenie na bieg wydarzeń inspiruje do rozmyślań. Nie inaczej jest w wypadku wydanej niedawno przez Rebis książki SPQR – Historia starożytnego Rzymu – publikacji pokazującej, że, mimo setek wydanych przez wieki opracowań, wcale nie wszystko zostało już na temat Rzymu powiedziane. Fundamenty zachodniej cywilizacji, choć położone ponad dwa tysiące lat temu, nadal dają się interpretować na wiele sposobów, zaś ten, w jaki czyni to Beard, można bez przesady uznać za przełomowy.

SPQR Mary Beard
Fot. Julia Wollner

SPQR nie usatysfakcjonuje tych, którzy szukają akademickiego podręcznika zawierającego skrupulatny zapis chronologiczny bitew i politycznych reform. Zamiast nich znajdziemy syntezę społeczną, panoramę rzymskich obyczajów i porywającą analizę dotyczącą najważniejszych momentów w historii imperium. Rozprawiając się z wieloma błędnymi przeświadczeniami na temat antyku, Beard serwuje nam pokaźną dawkę ciekawostek i barwne przykłady wspierające jej nowatorskie obserwacje, wszystko to zaś w oparciu o najnowsze badania archeologiczne.

Jak już wspomniałam, z rzymskiego wykładu Beard wyszłam bez jakichkolwiek notatek – za wiele było w jej wystąpieniu pasji i zaangażowania, by móc zamknąć je w liczbach i hasłach. SPQR można oczywiście przeczytać z ołówkiem i notesem pod ręką. Lepiej jednak dać się porwać opowieści autorki, dla której tytułowy Senat i Lud Rzymski pozostają, mimo upływu wielu wieków, fascynującymi i nadal nie do końca odkrytymi partnerami do dyskusji.

Mary Beard, SPQR – Historia starożytnego Rzymu, tłum. Norbert Radomski, Rebis, Poznań 2016

Posted on

Patriotyzm bez granic

Co mówią Włosi o sobie nawzajem?
 Wiele ciekawych rzeczy, jak zawsze wykazując się nieznającą granic kreatywnością. Ci z góry uważają, że ich koledzy z dołu to terroni (‘wieśniaki’). Oni dla odmiany odwzajemniają się plotkowaniem, że na północy tylko się pracuje i myśli o pieniądzach. Nie na tym jednak koniec – istnieje też wiele kuriozalnych przekonań o mieszkańcach rozmaitych miast i regionów, które krążą po całym Półwyspie Apenińskim, bez względu na to, gdzie się znajdziemy. I tak na przykład, mieszkańcy Trydentu to „p… Niemcy” (trentini: tedeschi del cavolo). Kto wychował się w Piemoncie, na pewno marzy o powrocie monarchii (piemontesi: monarchici), nie mówiąc o tym, że jest fałszywie grzeczny (piemontesi falsi e cortesi). Mediolańczycy, w przeciwieństwie do rzymian, dużo pracują (Milano lavora, Roma gode), a do tego wiecznie rozmawiają przez telefon komórkowy. W regionie Veneto pije się alkohol od samego rana (sei veneto se bevi come un tombino dalle 8 di mattina). Mieszkańcom Vicenzy zdarza się zjeść na obiad kota, w Weronie wszyscy są niespełna rozumu, w Wenecji każdy myśli, że jest wielkim panem, a w Padwie są najlepsi lekarze (veneziani gran signori, padovani gran dottori, vicentini mangiagatti, veronesi tutti matti).

Za największych skąpców uważa się mieszkańców Genui (genovesi: tirchi), dzięki którym powstał rzekomo… Wielki Kanion w Kolorado. Jednemu z nich upadła bowiem na ziemię pięciocentówka. Zdesperowany, zaczął kopać z taką furią, że wykopał to, co inni uważają za cud amerykańskiej natury.

Vicentini – mangiagatti? Fot. Petteri Sulonen/Flickr
Vicentini – mangiagatti? Fot. Petteri Sulonen/Flickr

Toskańczycy podobno okropnie przeklinają i do tego mieszają do swoich przekleństw Boga i świętych (toscani: bestemmiatori), a mieszkańcy Emilii Romanii to wszystko komuniści (romagnoli: comunisti). Rzymianie, oprócz tego, że głównie imprezują, są też okropnymi burini – nieokrzesanymi „burakami”. Im dalej na południe, tym gęściej od stereotypów: campani to fannulloni, czyli nieroby, a Sycylijczycy to mafiosi i camorristi. Na pięknej wyspie Sardynii spotkamy ludzi zacofanych i… owłosionych (sardi: arretrati e pelosi). Całe południe zajada się makaronem lub polentą oraz zwraca uwagę jedynie na trzy rzeczy: pizza, sole e mandolino, w czym najbardziej celują neapolitańczycy.

Przy mnogości tych rozmaitych skojarzeń, nasze polskie wierzenia w skąpstwo poznaniaków i arogancję warszawiaków to mały pikuś. Nikt przynajmniej nie podejrzewa drugiego o gotowanie na obiad… kota.

Tekst ukazał się drukiem w 15. numerze magazynu “La Rivista” w styczniu 2015 r. – do nabycia tutaj.

____________________________________________________
Zdjęcie główne: Francesco Ceccarelli

Posted on

U brzegu Afryki. Tanger

W lustrzanych ścianach odbija się sylwetka kelnera w bordowej marynarce. Chwilę wcześniej, unosząc wysoko dłoń, cienkim strumieniem nalał z dzbanuszka mleko do szklanki z kawą. Jego ruchy były swobodne i pewne. Śledziłem go wzrokiem, patrząc, jak prześlizguje się pomiędzy krzesełkami i rozstawia na stolikach naczynia z herbatą i liśćmi mięty.

W Cafe de Paris, w samym centrum Tangeru, przez ostatnie pół wieku zmieniło się niewiele. Wnętrze, wyłożone marmurami i boazerią, pozostało niemal identyczne, jak w czasach, gdy zbierali się w nim amerykańscy pisarze – Burroughs, Bowles, Capote, Ginsberg.

Bywalec Cafe de Paris w Tangerze: Truman Capote. Library of Congress, Prints & Photographs Division, Carl Van Vechten Collection, [reproduction number, e.g., LC-USZ62-54231]
Bywalec Cafe de Paris w Tangerze: Truman Capote. ©Library of Congress, Prints & Photographs Division, Carl Van Vechten Collection [reproduction number, e.g., LC-USZ62-54231]
"William Burroughs poprawia okulary w Tangerze" ©Allen Ginsberg LLC, 2013. Creative Commons.
“William Burroughs poprawia okulary w Tangerze” ©Allen Ginsberg LLC, 2013. Creative Commons.
Allen Ginsberg. Fot. Dutch National Archives, The Hague, Fotocollectie Algemeen Nederlands Persbureau (ANEFO), 1945-1989, Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0
Allen Ginsberg. ©Dutch National Archives, The Hague, Fotocollectie Algemeen Nederlands Persbureau (ANEFO), 1945-1989, Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0

Ich upodobanie do tego lokalu łatwo zrozumieć. Stanowi on nie tylko bramę do miasta, ale jest też miejscem, z którego przez długie godziny można podpatrywać swobodnie jego życie Tangeru. A czy dla pisarzy, artystów i zwykłych podróżników może być coś cenniejszego?

Przeszklone ściany lokalu wychodzą na chodnik i uliczne rondo. Przed widzami ukrytymi w kawiarni trwa nieustany spektakl. Płynący strumień ludzi nigdy nie wysycha, a w jego nurcie migają twarze wszelkiej rasy, wieku, pochodzenia. Przechodzą biedni i zamożni. Miejscowi. Ekspaci. Turyści. Drobni handlarze i sprzedawcy przekąsek. Ubrani kolorowo i szaro, elegancko i zwykle, wyzywająco i skromnie. Po europejsku lub z dumnie naciągniętymi na głowy spiczastymi kapturami dżelab. Wystarczy patrzeć i nasiąkać atmosferą miasta. I przekuć ten obraz w kilkaset słów lub szkic nakreślonymi szybkimi ruchami na kawiarnianej serwetce.

Fot. Benson Kua / Flickr
Tanger wyróżnia wyjątkowa atmosfera. Fot. Benson Kua / Flickr

Bez granic

Tanger, leżący u brzegu Afryki, z widokiem na Hiszpanię, od 1923 r. stał się miastem wymykającym się wszelkim granicom. Stracił jasno określoną tożsamość. Rozparcelowany pomiędzy kolonialne mocarstwa, z których żadne nie chciało dobrowolnie wyzbyć się miasta położonego w tak strategicznym miejscu, stał się Interstrefą. Neutralnym skrawkiem ziemi o nie do końca jasnym statusie. Aż do roku 1956, gdy Tanger został przekazany Maroku, nie obowiązywały w nim sztywne zasady, a egzekwowanie zupełnie płynnego prawa stało się fikcją.

Tanger szybko zdobył reputację miasta dekadenckiego. Niebezpiecznego, ale oferującego też nieskończoną ilość towarów i niezapomnianych wrażeń. Amerykańscy i europejscy pisarze odnaleźli się w tych warunkach błyskawicznie. Zaczęli do niego ściągać masowo; w ślad za nimi pojawili się muzycy i aktorzy, a później całe zastępy cwaniaczków, wolnych duchów, drobnych przestępców, handlarzy, uciekinierów, bogaczy i biedaków. Prostytutki, haszysz, seks, alkohol, szmuglowany towar. Każda zachcianka, jaka przyszła ci do głowy, w Tangerze miała szansę się ziścić, o ile tylko dysponowałeś odpowiednią ilością gotówki.

Fot. Benson Kua / Flickr
W Tangerze na każdym kroku spotkać można drobnych handlarzy. Fot. Benson Kua / Flickr

Z tych czasów pozostało już niewiele. Legenda bitników wciąż jednak gdzieś się tli. Artystyczne życie miasta stało się mniej widoczne. Zeszło do strefy prywatnej, skryło się w zaciszach mieszkań i domów. Przekroczenie granicy tego świata jest dziś trudniejsze; dostanie się do niego wymaga zwykle znajomości i odpowiedniego wprowadzenia.

Nadal nie brakuje tu jednak ekscentryków. Większość z nich żyje w Tangerze od dziesięcioleci i to oni tworzą dziś jego legendę. Jak, chociażby, brytyjski dziennikarz Jonathan Dawson, mieszkający w kamienicy w nowej dzielnicy. Z jej tarasu rozciąga się widok na Tanger i Cieśninę Gibraltarską, ale to nie z powodu widoków to miejsce jest znane w całym mieście. Brytyjczyk, nawiązując do tradycji Interstrefy, urządza w swojej siedzibie okazałe, pełne przepychu imprezy. Na służbę najął armię karłów. Rolę domowego pupila gra kogut, którego grzebień Dawson gładzi, trzymając ptaka na kolanach.

 

Uliczka w Tangerze. Fot. katiebordner / Flickr
Barwna uliczka w Tangerze. Fot. katiebordner / Flickr

Nowa wizja

Ciesząc się sławą niegrzecznego miasta, Tanger sprowadził w końcu na siebie kłopoty. Hassan II, który objął marokański tron w 1961 r., nienawidził tego miasta z całego serca. Uważając je za „brudną plamę wstydu”, odciął je od budżetu, zostawiając zaledwie strumyczek pieniędzy i skazując w ten sposób miasto na powolne dogorywanie. Tętniące życiem miejsce zmieniło się w przygnębiającą przestrzeń mrocznych uliczek, sypiących się domów, zaniedbanych hoteli i spękanego asfaltu na jezdniach.

Drugą szansę miasto dostało z objęciem w 1999 r. tronu przez syna Hassana II, Muhammada VI. Nowy władca zdjął z ciążący na nim wyrok. Napłynęli turyści, a plany przebudowy Tangeru zaczęły zapełniać kolejne teczki.

Tanger miał stać się centrum turystyki zakupów. Fot. katiebordner / Flickr
Tanger miał stać się centrum turystyki zakupów. Fot. katiebordner / Flickr

Wahadło przesunęło się w drugą stronę. Muhammad VI za Tangerem wprost szaleje, jego wizja miasta – które ma stać się marokańskim centrum turystyki zakupów, przyciągając bogatych właścicieli jachtów, cumujących w nowej marinie – jest jednak odległa od dawnego oblicza miasta.

Chodząc po Tangerze, nie sposób oczywiście nie docenić coraz bardziej uporządkowanych ulic, wygodnych hoteli, bogatszej infrastruktury oraz zieleni wypielęgnowanych ogrodów. Równocześnie jednak, gdy nastawi się ucha, dosłyszeć można pytania, czy ten budowlany zapał nie wymknął się już spod kontroli. W kawiarnianych rozmowach, pogawędkach z kelnerem, zasłyszanych gdzieś zdaniach kryje się obawa, że Tanger zmierza w złym kierunku, a na zmianach korzystają nie mieszkańcy, lecz deweloperzy, korporacje i zagraniczni bogacze. W tych dysputach powraca, niczym mantra, nazwisko Mohameda Hassada, polityka odpowiedzialnego za wykucie nowego oblicza Tangeru. Oskarżany o przekształcenie kilka lat temu Marrakeszu w Disneyland, dziś podejrzewany jest o chęć uczynienia z Tangeru drugiego Dubaju.

Medina w Tangerze. Fot. katiebordner / Flickr
Medina w Tangerze. Fot. katiebordner / Flickr

 Porzucając plany

Jeżeli te obawy okażą się uzasadnione, Tanger być może utraci swój powab. Jego istotą jest bowiem nuta nostalgii. Niczym nieskrępowany nurt codziennego życia. Trochę niecne interesy, ale i brawurowe poczynania artystów. Fascynująca historia i związane z nią miejsca. To miasto od zawsze żyło na granicy świata europejskiego i afrykańskiego. Było kosmopolitycznym gniazdem uwitym przez przybyszy z całego globu.

Niezależnie od przyszłości, można mieć jednak nadzieję, że Tanger nie zmieni się choć w jednym: pozostanie, jak zawsze, kiepskim miejscem do zwiedzania, a świetnym do spacerów. Liczba porywających zabytków bądź dzieł sztuki jest tu ograniczona. Miłośnicy odhaczania kolejnych punktów, które „trzeba koniecznie zobaczyć”, mogą być zawiedzeni.

Chwila odpoczynku na targu w Tangerze. Fot. Benson Kua / Flickr
Chwila odpoczynku na targu w Tangerze. Fot. Benson Kua / Flickr

Tanger wymusza raczej, by pozbyć się oczekiwań i porzucić plany. Jest miastem, które staje się najbardziej fascynujące, gdy się je po prostu przemierza. Szuka śladów obecności bitników, zaglądając do Cafe de Paris, malutkiego Cafe Central na Petit Soco lub hotelu El-Muniria, w którym Burroughs napisał znaczą część Nagiego lunchu. Gdy błąka się po kazbie, starej dzielnicy otoczonej murem, przystaje na miętową herbatę, zagląda w opustoszałe zaułki. Zachodzi do Bazar Tindouf, sklepu, w którym nie sposób zagubić się wśród antyków, mebli odzyskanych ze śmietników, dywanów, lamp, mosiądzu, szkła, odzieży i babuszy, miękkich butów z cienkiej skóry, z filuternie spiczastymi czubkami. Szuka śladów przeszłości, zagląda w przyszłość.

Fot. Benson Kua / Flickr
Starówka. Fot. Benson Kua / Flickr

Z panoramą na Cieśninę Gibraltarską, Hiszpanię za morzem, leżąc na granicy Wschodu i Zachodu, Tanger wciąż pozostał idealnym miejscem na ucieczkę. Od bólu i zagubienia lub od codzienności i stagnacji. W tym mieście nadal jedyną granicą, która może cię zatrzymać, jest własna wyobraźnia.

Przeczytaj koniecznie o niezwykłych wyprawach do Maroka organizowanych przez Martynę Łukasiak – kliknij tutaj!

Zdjęcie główne: Benson Kua / Flickr (licencja Attribution-ShareAlike 2.0 Generic)
Zdjęcia katiebordner na licencji Attribution-ShareAlike 2.0 Generic
Posted on

Maroko z Martini

Do Maroka jeszcze nie dotarłam. Zerkam tęsknie w jego kierunku z tarasu domu moich rodziców na południowym krańcu Hiszpanii. Czytam o nim w książkach, wyobrażając sobie żywe barwy jego krajobrazu, uśmiechniętych mieszkańców, pobrzękiwanie pięknej berberyjskiej biżuterii. Nie wiem jeszcze, jak smakuje, jak pachnie, jak daje się dotykać. Wiem jednak, że gdy wreszcie zdecyduję się je odwiedzić, zrobię to z pomocą Martyny Łukasiak, właścicielki firmy Martinitours, organizującej szyte na miarę wyjazdy do tego niezwykłego śródziemnomorskiego kraju.

Martyna mieszka w Maroku od 11 lat; od 2010 roku tworzy autorskie programy wycieczek dla, jak sama mówi, ludzi chcących spędzić wakacje inaczej, niekoniecznie w autobusie, a na pewno nie sztampowo. Zabiera ich na pustynię, w wysokie góry, na pustkowia; zaprasza na warsztaty kulinarne, aby każdy z uczestników mógł skosztować marokańskich smaków. Miesięcznik “Podróże” wytypował organizowaną przez nią imprezę “Sylwester na Saharze” na jedną z 10 najciekawszych tego rodzaju propozycji na świecie.

Przez morze do Maroka

– Do Maroka trafiłam za karę, jak Herkules – śmieje się Martyna. – Przez cztery lata mieszkałam w Grecji, ale bogowie zerkający na mnie z Olimpu ewidentnie powiedzieli “basta”, bo nagle wszystko przestało mi się w tej Grecji układać. Zdecydowałam się na wyjazd w inną część Naszego Morza, choć zupełnie nie wiedziałam, co mnie tam czeka. A czekało wiele niespodzianek: ten kraj jest bowiem jak mozaika na ścianie; składa się z mnogości różnorodnych kawałków, które tworzą barwną i zaskakująco spójną całość. Powitał ją dobrze znany śródziemnomorski klimat, typowa dla tego regionu roślinność, kuchnia wypełniona oliwą z oliwek i doskonałym winem. Zaskoczyły elementy w Europie często nieobecne: minarety skryte wśród palm, mężczyźni odziani w dżelaby, nieporównywalna z niczym radość życia i poczucie humoru, pomysłowość, ogromny szacunek do człowieka i do przedmiotów będących wytworem pracy ludzkich rąk.

Od drugiego wejrzenia

Zamiast zimnych muzealnych sal, Maroko pokazało mi tłoczne, hałaśliwe i barwne uliczki starych miast. Zamiast posągów – żywych ludzi; zamiast makiet, rzeźb, obrazów: zamki z gliny, kolorowe kafelki na ścianach, kilimy na podłogach. Europejskie instrukcje czy drogowskazy zastąpiły okrzyki i ekspresyjne gesty. Uderzyły mnie smaki, kolory, zapachy! – opowiada Martyna. Dziś tym wszystkim stara się dzielić z klientami swojego biura podróży, pokazując poznane przez siebie drogi w kraju, który okazał się jej wielką miłością. – To nie była miłość łatwa, a na pewno nie miłość od pierwszego wejrzenia – podkreśla. – Przed długi czas myślałam, że Maroko jest miejscem, które najlepiej określa proste słowo: dziwne. Wszystko wygląda tu jak wielka galeria sztuki. Wszystko jest na opak. Gazety czyta się od końca; miętę, tymianek, szałwię i majeranek dodaje do herbaty i kawy, zaś cynamon sypie do mięsa! Zamiast deszczu z nieba sypie się tu piasek, a mężczyźni chodzą sukienkach.

A jednak początkowy sceptycyzm szybko ustąpił miejsca ciepłym uczuciom odnalezionym podczas samodzielnej wędrówki. Martyna pojechała w dzikie góry Rif, do malutkich wiosek w północnej części Maroka. – Spałam na matach plecionych z agawy w ubogich lepiankach, z krowami za ścianą. Zwiedzałam okolicę na osiołku. Co rano budziły mnie kury, a zaraz potem miejscowe kobiety specjalnie dla mnie tworzyły parawan z własnych ciał, abym mogła się umyć w wodzie, którą polewały mnie z miedzianych misek. Zatrzymała się też na dłużej w Fezie, najstarszym mieście Maroka. – Mieszkałam w samym sercu medyny zbudowanej w VIII wieku. Czas zatrzymał się tam w miejscu. Do dziś pamiętam, jak każdego wieczora gubiłam się w labiryncie wąskich uliczek wypełnionych zapachem cedrowego drewna i oślich odchodów. Dni spędzałam, siedząc z mieszkańcami miasta na dachach, próbując smakołyków oferowanych mi przez gospodarzy, zaś nocą, popijając szare wino, podziwiałam orientalne tańce kobiet w zadymionych barach pełnych mężczyzn. Później przyszła kolej na Saharę. – Śpiąc na pustyni pod kołdrą utkaną tylko z gwiazd, obserwując, jak moja skóra zamienia się w suchą skorupę, nie mając prawie nic i przeżywając najtrudniejsze, być może, chwile w moim życiu, zakochałam się.

 

Maroko – moja miłość

Najbardziej urzekli ją ludzie. – Moim zdaniem to Marokańczycy wymyślili maksymę “Carpe diem!” – żartuje Martyna. – Są niezwykle emocjonalni, serdeczni, gościnni i pomocni w stosunku do obcych. Zawsze weseli, choć przecież żyje się tu skromniej niż w Europie. Jak wielu przyjezdnych, zachwyciła ją też marokańska swoboda bycia. – Nikt tutaj nie uzna cię za dziwaka, jeśli podczas spaceru usiądziesz sobie na chwilę na krawężniku, jeśli wyjdziesz na zakupy w piżamie, czy położysz się, ot tak nagle, pod palmą, bo się zmęczyłeś. Panuje tutaj cudowna wolność! Dodajmy do tego niezwykłą różnorodność krajobrazów – góry, pustynię, morze, jeziora; współistnienie nowoczesności i wielowiekowej tradycji; bogactwo zwyczajów i zaskakujący klimat, w którym palące słońce co chwilę ustępuje przeszywającemu wiatrowi. Otrzymujemy receptę na miłość na zawsze, bo tutaj, jak w bez przerwy stymulującym związku, po prostu nie sposób się nudzić.

Lekcje dla pilnych

Maroko to jednak nie tylko mili ludzie, piękno przyrody i fascynująca historia; to także miejsce, które chętnym i otwartym gościom przekazuje bogate lekcje życia. Martyna mówi, że nauczyło ją szacunku do natury, ale i do siebie. Przywróciło też zapomniany w Europie szacunek do przedmiotów, dopiero w ostatnich latach powoli odkrywany w ramach mody na minimalizm i filozofię slow. W Maroku nie istnieje pojęcia zakupoholizmu, a na spacery nie chodzi się do galerii handlowych. Zakupy robi się na sztuki, bez gromadzenia zapasów, a do tego najchętniej na targu, gdzie można pogawędzić ze sprzedawcami i nacieszyć zmysły kolorami i zapachami. Marokańczycy, jak na byłych nomadów przystało, to lud ciągle przemieszczający się – czy to za pracą, czy za wodą, czy po prostu z potrzeby serca. Dlatego z natury są minimalistami. Rzadko kiedy cokolwiek wyrzucają, za to często i chętnie robią coś z niczego. Butelkę po wodzie zamienią w wazon czy świecznik; zniszczone ubrania przeszyją lub pokroją na szmatki wykorzystywane przy sprzątaniu. Każdy przedmiot ma tutaj swoją historię. W marokańskich górach żyją mężczyzni, których dobytek przez całe życie ogranicza się do kindżału i torby, zaś kobiety z rejonów subsaharyjskich, z plemion Ait Khadasz, przerabiają zużytą odzież na zachwycające, kolorowe kilimy. Co ważne, to specyficzne nastawienie do przedmiotów nie wynika z biedy, a z przekonania, że do pewnych rzeczy nie warto przywiązywać zbytniej uwagi. Ktoś, kto chodzi w starych sandałach i wytartych spodniach nie musi być ubogi – najprawdopodobniej uważa po prostu, że jeśli coś jeszcze się nie rozpadło, to po co kupować nowe? Jeśli zwiedzając Maroko otworzymy szeroko nie tylko oczy, jest szansa, że wrócimy do domu zupełnie odmienieni, z nowym nastawieniem do rzeczywistości, w której często brakuje wolności – skradzionej przez materię.


Strachy na Lachy

Wyjazd do Maroka bywa zaskakujący także z innych, czysto praktycznych względów. W Polsce przyzwyczailiśmy się myśleć o Afryce jako kontynencie niebezpiecznym, wręcz groźnym; okazuje się jednak, że w jego północnej części czeka na nas kraj przyjazny ze wszystkich miar. – To idealne miejsce do podróżowania z dziećmi – tłumaczy mi Martyna. – Maluchy się tu po prostu uwielbia, wszędzie witane są z radością i entuzjazmem. Uspokaja, że w Maroku nie należy również bać się egzotycznych chorób. Każdy znajdzie tu dla siebie ulubiony sposób wypoczynku – można leniuchować i wygrzewać się na słońcu, można też spędzać czas bardzo aktywnie. Wiele elementów codzienności bez wątpienia miło nas zaskoczy. – W Maroku nikt sobie niczego nie utrudnia, wręcz przeciwnie. Sklepy są świetnie zaopatrzone i otwarte często do północy; jedzenie zachwyca najbardziej wybrednych, a miejscowi każdemu chętnie podadzą pomocną dłoń. Tu nie tylko nie ma czego się bać – tu po prostu trudno nie cieszyć się z życia.

Słuchając opowieści właścicielki Martinitours, z odrobiną zazdrości stwierdzam, że jest Marokiem całkowicie przesiąknięta, jakby między nią a wybranym przez nią śródziemnomorskim krajem dokonało się najprawdziwsze zjawisko osmozy. Mam wrażenie, że wybierając się w podróż z Martyną, wybieramy po prostu Maroko, które jest w niej. Maroko z jej marzeń, z jej historii, poprzecinane jej drogami, oswojone, ukochane, a jednocześnie nieodkryte, zagadkowe, niezmiennie fascynujące. Takie, w którym i nam trudno będzie się nie zakochać. Zresztą, gdy Martyna namawia mnie na wspólne pieczenie chleba w gorących piaskach Sahary, na poznanie ludzi żyjących w kolorowych zamkach ulepionych z gliny i na herbatę parzoną z pachnącym szafranem, myślę, że chyba nawet nie warto próbować.

 

Z Martyną można skontaktować się przez jej stronę internetową www.martinitours.com lub przez jej fanpage na Facebooku: Maroko Martinitours Martyna Łukasiak.

 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum Martyny Łukasiak.
Posted on

Sardele – prego assaggiare!

W krajach śródziemnomorskich już w lutym słońce zaczyna grzać wystarczająco mocno, by móc wybrać się nad morze i beztrosko pochodzić po plaży. Nasza rodzina wykorzystuje fakt mieszkania blisko toskańskiego wybrzeża. W godzinę jesteśmy w Viareggio, a tam lubimy przejść się długim deptakiem. Kiedy natomiast marzy nam się spacer wzdłuż plaży i nieco więcej wolnej przestrzeni, to wybieramy się do Marina di Vecchiano czy Torre del Lago. Dobrym rozwiązaniem jest również spacer po Marina di Massa, która osobiście kojarzy mi się nie tylko ze spacerami nad morzem, ale również targami, na które lata temu jeździłam z rękodzielnictwem. Obok mnie ustawiał się miejscowy rybak, który sprzedawał sardele w zalewie oliwnej. Od rana do wieczora zachęcał przechodniów do zakupu, wykrzykując taką rymowankę: – Prego assaggiare, viagra del mare! (‘Proszę spróbować morskiej wiagry!’). A że w Polsce jeszcze chłodno, to zamiast wkładać sardele do słoików, proponuję je usmażyć i zjeść na ciepło.

Włosi obtaczają sardele w mące i smażą. Podają z pietruszką i cytryną.
Włosi obtaczają sardele w mące i smażą. Podają z pietruszką i cytryną.

Smażone sardele po włosku

Składniki:

400 g świeżych sardeli
150 ml mleka
100 g mąki pszennej
pół łyżeczki ziaren kopru włoskiego
2 gałązki natki pietruszki
200 ml oleju do smażenia
pół cytryny
sól

Przygotowanie:

Oczyścić sardele, umyć i rozłożyć w głębokim naczyniu. Zalać mlekiem i marynować przez 1,5 godziny. Odcedzić. Obtaczać w mące. Smażyć na gorącym oleju. Usmażone posolić i posypać ziarnami kopru włoskiego oraz umytą i poszatkowaną natką pietruszki. Cytrynę pokroić na cztery części i ułożyć na talerzu wraz z sardelami.

 

Miłośnicy Hiszpani wiedzą, że dzięki dostepowi do morza kraj ten cieszy się bogactwem dań rybnych, wśód których szczególnie popularne są te smażone w głębokim tłuszczu. Andaluzyjskie pescado frito to smażone sardele, natomiast espetos de sardinas to sardele grillowane – najsłynniejsza potrawa Malagi. Wbijane są one na patyk i powoli podpiekane. W warunkach domowych, gdy tylko zrobi się odrobinę cieplej, możemy przyrządzić je sobie na tarasie.

Przy nadmorskim deptaku w Maladze <em>espetos</em> sprzedawane są na każdym kroku.
Przy nadmorskim deptaku w Maladze espetos sprzedawane są na każdym kroku.

Hiszpańskie espetos de sardinas

Składniki:

20 świeżych sardeli
gruba sól
cytryna

Przygotowanie:

Wypatroszyć sardele i dokładnie umyć. Posypać grubą solą i położyć na kratce rozgrzanego grilla. Grillować po 10 minut z każdej strony. Podawać na talerzach z ćwiatką cytryny, którą można skropić ryby.

 

Zdjęcie główne: espetos podawane w jednej z restauracji w dzielnicy Pedregalejo w Maladze / fot. Julia Wollner
Posted on

Sekretarz Joanny Janikowskiej. Bo życie powinno być spotkaniem

Do znudzenia powtarzam wszystkim i wszędzie mój ukochany cytat z Martina Bubera: Całe życie jest spotkaniem. W podróżach, w pisaniu, w poznawaniu nowych kultur liczy się dla mnie spotkanie właśnie. Człowiek. To on bezustannie zadziwia, inspiruje, uczy, choćby nauka ta ukryta była głęboko wśród gestów, których nie rozumiem, decyzji, których nie pochwalam, wartości, których nie dzielę. Dzięki nim tym wyraźniej widzę przecież, jaka powinna być moja droga.

Droga ta zahacza zaś nieustannie o Półwysep Apeniński.

Włochy – kraj przez wieki uważany za duchową ojczyznę każdego szanującego się, wykształconego Europejczyka – przeżywają dziś pod wieloma względami moment kryzysowy. Co więcej, na każdym kroku obserwować możemy, jak dokonuje się trywializacja ich kulturowego bogactwa. W efekcie Italia kojarzy się głównie ze “słońcem Toskanii”, romansami w dyskotece i pałaszowaniem lodów przez Julię Roberts; wśród asocjacji brakuje zaś tego, co przez wieki było sensem, punktem wyjścia i celem działań największych włoskich twórców i myślicieli – człowieka.

Kadr z filmu "Sekretarz". Każdy człowiek to historia – nie zawsze zrozumiała, zawsze warta poznania.
Kadr z filmu “Sekretarz”. Każdy człowiek to historia – nie zawsze zrozumiała, zawsze warta poznania.

Z tych właśnie względów – pragnienia spotkań i tęsknoty za poznawaniem prawdziwego Śródziemnomorza – zdecydowałam się napisać dzisiaj o przedsięwzięciu, które zwróciło moją uwagę w ostatnich dniach. Łączy ono zainteresowanie Włochami ze skupieniem na człowieku, z próbą zrozumienia jego poczynań. Mowa o filmie dokumentalnym Joanny Janikowskiej, absolwentki Szkoły Wajdy i studentki V roku w Kolegium MISH Uniwersytetu Warszawskiego, zatytułowanym Sekretarz.


Opowiada on o Simone – niespełna trzydziestoletnim didżeju, mieszkańcu Bolonii, który pracuje jako sekretarz Partii Odrodzenia KomunistycznegoSkąd bierze się zaskakujące dla Polaków zjawisko włoskiej fascynacji komunizmem? Jaki związek może mieć ono z sytuacją współczesnych młodych Włochów? Tego wszystkiego mamy szansę dowiedzieć się już niebawem, gdy zakończone zostaną prace nad dokumentem. Aby mogło to nastąpić, ekipa pod kierunkiem młodej reżyserki potrzebuje naszego wsparcia!

Poglądy polityczne młodych Włochów bywają dla nas niezrozumiałe. Skąd się biorą, co je kształtuje?
Poglądy polityczne młodych Włochów – skąd się biorą, co je kształtuje?

Zachęcam Was gorąco do odwiedzenia portalu crowdfundingowego PolakPotrafi. Pod linkiem polakpotrafi.pl/projekt/sekretarz-film-dokumentalny znajdziecie wideo promujące produkcję Sekretarza, trailer filmu oraz szczegółowy opis całego przedsięwzięcia. Ja już wpłaciłam wybraną kwotę – niewielką, biorąc pod uwagę, że dzięki jednemu bankowemu przelewowi dajemy sobie szansę na poznanie zaskakującej ludzkiej historii i lepsze poznanie kraju, do którego miłość tak często deklarujemy.

Namawiam Was serdecznie do uczynienia tego samego!

Posted on

Roccia dell’Orso czyli granitowy niedźwiedź z Palau

Roccia dell’Orso na Sardynii. fot. Tobias Helfrich / Wikipedia Commons

Costa Smeralda, czyli sardyńskie Szmaragdowe Wybrzeże, słynie nie tylko z ekskluzywnych kurortów, pięknych pejzaży i krystalicznie czystej morskiej wody. Jedną z jego największych atrakcji są także formacje skalne przyjmujące niezwykłe kształty, które poruszają wyobraźnię. Należy do nich Roccia dell’Orso na przylądku zwanym Capo d’Orso: wielki, kamienny niedźwiedź, spoglądający na fale dokładnie na wprost Arcipelago della Maddalena. Złocisto-różowawy zwierz zdaje się pilnować pobliskiej miejscowości Palau.

Roccia dell’Orso na Sardynii. fot. Tobias Helfrich Wikipedia Commons

 

Sardyński niedźwiedź z granitu liczy sobie najprawdopodobniej około 300 milionów lat; wyrzeźbiły go wiatr i deszcz. Pisał o nim już grecki historyk Klaudiusz Ptolemeusz w II wieku naszej ery – podobno jego sylwetka wzbudzała lęk w żeglarzach, którzy wierzyli, że skała przyciąga statki niczym wielki magnes.

Posted on

San Diego czyli West Coast śródziemnomorsko

Czemu w podróżach w poszukiwaniu śródziemnomorskich śladów mielibyśmy ograniczać się jedynie do Europy? Wyruszmy dziś śladami XVI-wiecznego odkrywcy, Juana Rodrigueza Cabrillo, do Nowego Świata, by odwiedzić miasto dumnie nazywane najwspanialszym w Ameryce – America’s finest city. Mowa o kalifornijskim San Diego, położonym ok. 2 godziny drogi samochodem na południe od Los Angeles, sąsiadującym z meksykańską Tijuaną oraz wodami Pacyfiku.

Biegiem do parku

Naszą podróż rozpocznijmy od cypla Cabrillo i od pomnika wspomnianego już żeglarza, który we wrześniu 1542 roku jako pierwszy Europejczyk dopłynął do terenów dzisiejszej Kalifornii. Co roku w sierpniu właśnie z tego miejsca startuje półmaraton prowadzący wyjątkowo malowniczą trasą. My podczas naszej wyprawy również pokonajmy trasę biegnącą przez nadmorską dzielnicę Point Loma aż do Parku Balboa, gdzie, po ukończonym biegu lub spacerze, możemy położyć się na trawie. Nad nami szumią eukaliptusy i palmy, a tuż nad głowami przelatują nam samoloty zmierzające na pobliskie lotnisko, położone tuż nad oceanem.

Widok na miasto z cypla Cabrillo. Fot. Zofia Górka
Widok na miasto z cypla Cabrillo, fot. Zofia Górka

Domek grecki, domek włoski

Zwiedzanie Balboa warto rozpocząć od tzw. International Cottages – kilkudziesięciu domków reprezentujących różne kraje, w tym także państwa śródziemnomorskie, m.in. Grecję, Włochy, Hiszpanię, Francję, Portugalię i Izrael. Jest wśród nich także domek polski. W każdą niedzielę organizowany jest dzień otwarty, podczas którego zwiedzający mają okazję zajrzeć do środka, poznać historię i kulturę danego kraju, a także skosztować tradycyjnych potraw.

Śródziemnomorskie barwy w Parku Balboa, fot. Oleg / Flickr
Śródziemnomorskie barwy w Parku Balboa, fot. Oleg / Flickr

Kontynuując nasz spacer po Balboa, zajrzyjmy przynajmniej do niektórych spośród tamtejszych muzeów. Szczególnie warte polecenia jest zwłaszcza jedno z nich – Museum of Man, znajdujące się w najbardziej charakterystycznym dla Balboa budynku przypominającym katedrę ze strzelistą wieżą. Znajdziemy w nim m.in. eksponaty poświęcone egipskim mumiom i starożytnemu Egiptowi. Miłośnikom mocnych wrażeń polecam wystawę poświęconą tzw. tsantsa, czyli trofeom z… ludzkich głów, preparowanych przez Indian Jivaro.

Museum of Man, fot. Zofia Górka
Słynna wieża Museum of Man w Parku Balboa, fot. Zofia Górka

Odrobina Hiszpanii i Little Italy

Zwiedzając Balboa, zdecydowanie nie można też pominąć Spanish Village – artystycznej wioski pełnej małych sklepików, w których lokalni artyści sprzedają swoje wyroby – rzeźby, ceramikę, obrazy, biżuterię. Spanish Village to miejsce zrzeszające miłośników sztuki. Często odbywają się tam wystawy i rozmaite warsztaty.
Poszukując w San Diego akcentów śródziemnomorskich, nie możemy też zapomnieć o Little Italy, czyli dzielnicy włoskiej. Można tu znaleźć mnóstwo włoskich kawiarni i restauracji, włoski kościół, w którym raz w miesiącu odprawiana jest msza święta w języku włoskim, a także wielki, wspaniały targ, który odbywa się w każdą sobotę.

Spanish Village w Parku Balboa, fot. Gentletouch1954 / Wikipedia Commons
Spanish Village w Parku Balboa, fot. Gentletouch1954 / Wikipedia Commons

Stare języki na nowym kontynencie

Ponieważ San Diego zamieszkuje dosyć duża liczba emigrantów z Włoch, Portugalii i Grecji, istnieje możliwość, by na miejscu rozpocząć naukę każdego z tych języków w jednej z lokalnych szkół. O hiszpańskim nie trzeba nawet wspominać, jest on bowiem wszechobecny. Widać to chociażby po toponimach – znajdziemy tu nazwy dzielnic i miejscowości takie, jak np. El Cajon, Escondido, Mira Mesa czy Vista. Hiszpańskie korzenie ma także słynna franciszkańska misja w Kalifornii: Mission San Diego de Alcalá, założona w 1769 roku i tym samym najstarsza w tym stanie. Jej założyciel, pochodzący z Majorki ojciec Junipero Serra, w 1988 roku został beatyfikowany przez papieża Jana Pawła II.

Pelikany w La Jolla, fot. Zofia Górka
Pelikany w La Jolla, fot. Zofia Górka

Na koniec warto wspomnieć o jeszcze jednym niezwykłym wydarzeniu, jakie od wielu lat organizowane jest co roku właśnie w San Diego. Jest to impreza elitarna i niestety kosztowna, ale każdy, kto choć raz weźmie w niej udział, doświadczy naprawdę wyjątkowych wrażeń. Mowa o trwającym trzy dni, odbywającym się w pierwszy weekend września festiwalu flamenco: Fiesta Fin de verano. Festiwal organizowany jest przez prywatną osobę i odbywa się na prywatnej posesji, w ogromnym ogrodzie zaaranżowanym na amfiteatr. Uczestnicy przez cały okres trwania festiwalu mogą mieszkać na terenie należącym do organizatora, rozkładając w ogrodzie namioty. Wspólnie delektują się pyszną paellą i innymi śródziemnomorskimi potrawami, a przede wszystkim podziwiają mistrzów flamenco, którzy przybywają na Fin de verano z całego świata. Wieczorem odbywają się występy, zaś w ciągu dnia można wziąć udział w lekcjach flamenco dla początkujących. Kto raz zakosztuje niepowtarzalnej atmosfery tego miejsca, ten z pewnością zechce wrócić tutaj za rok!

 

Zdjęcie główne: Ogród botaniczny w Balboa, fot. Bernard Gagnon/Wikipedia Commons

Posted on

Vincent van Gogh o niebezpieczeństwie

Vincent van Gogh (1853–1890) był wybitnym holenderskim malarzem postimpresjonistycznym. Jego twórczość charakteryzująca się żywą kolorystyką i olbrzymim ładunkiem emocji wywarła duży wpływ na sztukę XX wieku, chociaż za życia malarz pozostał nieznany szerszej publiczności. Istotny dla jego rozwoju artystycznego był wyjazd na południe Francji – uważa się, że styl van Gogha w pełni rozwinął się podczas jego pobytu w Arles w 1888 r.

Posted on

5 rzeczy do zrobienia na plaży w Tel Awiwie

Pamiętacie, jak w tekście 5 rzeczy, które uwielbiam w Izraelu moja żona pisała, że życie w Tel Awiwie toczy się dosłownie nad brzegiem morza? Czas pokazać Wam, że mieszkańcy mojego miasta chodzą tam nie tylko po to, aby się opalić…

1. Napij się kawy, najlepiej mrożonej

Kawa w Tel Awiwie jest zwykle wyśmienita (najlepsze kawiarnie polecałem tutaj). Ci, którzy w Europie raczą się caffè latte lub cappuccino, w Izraelu powinni zamawiać afuch, dosłownie – na odwrót, czyli napój, w którym więcej jest mleka, niż kawy. Zdaniem mojej żony, najlepszym kawowym napojem jest tu jednak kawa mrożona nazywana ice caffè. Rzeczywiście – nic tak nie orzeźwia, dodaje energii i do tego świetnie smakuje!

Pojedyncze spresso wypite ze stopami zanurzonymi w wodzie budzi lepiej, niż podwójne przy stole!
Pojedyncze espresso wypite ze stopami zanurzonymi w wodzie budzi lepiej, niż podwójne przy stole! Fot. Julia Wollner

Na telawiwskich plażach nie brakuje restauracji i kawiarni, z których filiżankę kawy można wziąć sobie dosłownie do morza. Wielu tubylców ustawia sobie fotele wśród fal i tam godzinami sączy ulubiony napój.

Charakterystyczne żółte fotele na telawiwskiej plaży często godzinami stoją w wodzie. Fot. Julia Wollner
Charakterystyczne żółte fotele na telawiwskiej plaży często godzinami stoją w wodzie. Fot. Julia Wollner

2. Wyginaj śmiało ciało!

Joggingu po telawiwskiej promenadzie powinien spróbować każdy, choć latem wymaga on wstania o bardzo wczesnej porze – po godzinie 7 rano bywa już zbyt gorąco. Warto także przejść się brzegiem z kijkami do nordic walking albo zapisać na kurs pływania na desce. Na plażach znajdują się też siłownie – można pojeździć na rowerze stacjonarnym lub poćwiczyć na orbitreku.

Młodzi surferzy pływają także zimą, jak tutaj – w styczniu. Fot. Julia Wollner
Młodzi surferzy pływają także zimą, jak tutaj – w styczniu. Fot. Julia Wollner

Za narodowy izraelski sport uważana jest gra plażowymi paletkami, nazywana matkot. Warto spróbować jej choć przez chwilę – doskonale trenuje refleks i spostrzegawczość! Ponadto, okoliczności przyrody na nadmorskiej promenadzie w Tel Awiwie aż proszą się, aby wskoczyć na rower i poczuć wiatr we włosach. Jeśli nie mamy własnego bicykla, skorzystać można z usług wielu okolicznych wypożyczalni.

Telawiwiski brzeg jest doskonale przygotowany do przyjęcia cyklistów. Fot. Julia Wollner
Telawiwiski brzeg jest doskonale przygotowany do przyjęcia cyklistów. Fot. Julia Wollner

3. Rób interesy

Tubylcy, w tym ja i moi znajomi, przychodzą na telawiwską plażę nie tylko po to, aby się relaksować. Wielu z nich umawia się tutaj także na rozmowy służbowe. Podczas pobytu w Izraelu wielokrotnie będziecie świadkami poważnych konwersacji, podczas których omawia się budżety i planuje strategie, zanurzając stopy w ciepłym piasku.

Na słynnych żółtych fotelach nie tylko łapie się słońce, ale także planuje poważne biznesowe strategie. Fot. Julia Wollner


4. Idź na zakupy

Najpopularniejsze mety zakupowe w Tel Awiwie oddalone są od brzegu o dosłownie kilka kroków. Czy mowa jest o słynnym bazarze Shuk Ha’Carmel, czy o pchlim targu w Jaffo, czy o sieciowych sklepach w telawiwskim porcie – ze wszystkich tych miejsc widać horyzont i słychać szum fal.

Zakupy na pchlim targu w Jaffo najbardziej owocne są w piątek rano. Fot. A. Mor
Zakupy na pchlim targu w Jaffo najbardziej owocne są w piątek rano. Fot. A. Mor

5. Ciesz się zachodami słońca

Zjeździwszy prawie cały basen Morza Śródziemnego, z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że zachody słońca nigdzie nie wyglądają tak pięknie, jak w moim rodzinnym Izraelu. I choć oczywiście nie musisz się ze mną zgodzić, to na pewno warto, byś przekonał się o tym na własne oczy!

Zachód słońca z widokiem na Jaffo. Fot. Julia Wollner
Zachód słońca z widokiem na Jaffo. Fot. Julia Wollner

 

_____________________________________

Zdjęcie główne: widok na Jaffo, fot. A. Mor

Posted on

Krzysztof Kolumb o odwadze

Krzysztof Kolumb (1451–1506) był włoskim żeglarzem, podróżnikiem i nawigatorem. Przewodził wyprawie płynącej pod flagą Kastylii w poszukiwaniu zachodniej drogi morskiej do wschodniej Azji, a według ówczesnego nazewnictwa – do Indii. W wyniku ekspedycji dotarł do Indii Zachodnich (Antyli) u wybrzeży Ameryki – kontynentu nieznanego w ówczesnej Europie.

Posted on

Lech Z. Niekrasz, Tropami antyku po Grecji

Mówią, że po książkach poznasz człowieka. Nie wiem, skąd przyplątało mi się ostatnio to powiedzenie – może przypomniałam je sobie podczas niedawnej wizyty koleżanki z dalekiego miasta, a może w czasie zimowych porządków, mających zapewne ukryty cel pierwszego zaklinania wiosny. Dość, że dziś, przed pracą, popijając poranną kawę, stanęłam przed swoją domową biblioteczką i… postanowiłam poznać sama siebie. Sięgnęłam po pierwszą z brzegu lekturę, pyszniącą się dumnie, choć pod lekkim płaszczykiem białawego kurzu, na jednej z moich przepełnionych półek. O dziwo – a może wcale nie? – wyciągnięty tomik zamyka w sobie wiele elementów układanki, które składają się na mój świat.

Niekrasz Tropami antyku po Grecji

Zanim jednak przejdę do autopsychoanalizy – przyjrzyjmy się książce.

Śródziemnomorsko – jest. Lekko, ale niebanalnie? Jak najbardziej. Krótkie formy zebrane w jednym wydaniu? Tak właśnie. Antyk odgrzany? Nie, raczej świeżutki, na nowo przyprawiony i podany w atrakcyjnej formie. Mniam.

Tropami antyku po Grecji Lecha Z. Niekrasza to porywająca lektura, pokazująca dobitnie, jak bardzo, na każdym wręcz kroku, we współczesnej Helladzie obecna jest starożytność. Czy wiecie, że metafora znaczy dzisiaj “przeprowadzka”? Skąd w dzisiejszej Grecji biorą się Sofoklesy, Achillesy i Penelopy? Jak ucztowali starożytni, a jak wyglądają wystawne bankiety w dniu dzisiejszym? Jakie związki mają najnowsze radiowe przeboje z muzyką sprzed dwóch tysięcy lat? Autor przygotował dla nas książkę pełną tropów, które warto odkrywać – tak w domu, jak i w podróży.

Co książka ta mówi o mnie? To zapewne interesuje Was najmniej. Ciekawszym jest może to, co powie o Was, jeśli polubicie ją równie mocno, jak ja. Że szukacie korzenicenicie ciągłość tradycji, szanujecie historię? Że za fascynującą uznajecie pewną zaskakującą niezmienność nieustająco zmieniającego się świata?

A może – że po prostu lubicie inteligentną rozrywkę?

Warto, byście wytropili to sami.


Lech Z. Niekrasz, Tropami antyku po Grecji, Książka i Wiedza, Warszawa 2006

Posted on

Między brzegami: z Hiszpanii do Portugalii w 60 sekund

W naszym ukochanym regionie wszystko jest możliwe! Co powiecie na przedostanie się z kraju do kraju w 60 sekund, a przy tym… cofnięcie się w czasie o godzinę?! Żaden problem!

Zrzut ekranu ze strony www.limitezero.com.
Zrzut ekranu ze strony www.limitezero.com.

Ze wzgórza Sanlucar de Guadiana w hiszpańskiej Andaluzji rozciąga się stalowa lina zwana po angielsku zip-line, mierząca około 720 m i docierająca do portugalskiej miejscowości Alcoutim. Jest to jedyny taki na świecie zjazd linowy, który umożliwia podróżowanie w czasie – docierając do Portugalii, zmieniamy po prostu strefę czasową. Na sznurze można osiągnąć prędkość do 80 km/h. Przejazd odbywa się nad korytem rzeki Guadiana.

Przejażdżkę zakupić można przez stronę internetową www.limitezero.com.

Zdjęcie główne: Zipline at sunset, fot. My photo journeys/Flickr

Posted on

Morza brzeg i elegancja. Kilka słów o historii stylu marynarskiego

W sklepach nieśmiało zaczynają pojawiać się zwiastuny wiosenno-letnich kolekcji. W poszukiwaniu wakacyjnych stylizacji warto sięgnąć do historii, będącej kopalnią przydatnych informacji i inspiracji. Nie od dzisiaj wiadomo przecież, że trendy w modzie wracają niczym bumerang, nawet po kilkuletniej nieobecności. Nasz dzisiejszy bohater – styl marynarski – pojawia się zaś w prasie, na wybiegach i w sklepach rokrocznie. Wszystko zaś zaczęło się w XIX wieku…

Oficjalny początek zainteresowania stylem wilków morskich datuje się na pierwszą połowę XIX stulecia, kiedy to powstał portret 4-letniego księcia Alberta (późniejszego Edwarda VII), ubranego przez królową Wiktorię w białą płócienną koszulę z trójkątnym granatowym kołnierzem, ozdobionym trzema białymi paskami. Według legendy miały one symbolizować morskie zwycięstwa najsłynniejszego angielskiego admirała – dwukrotnie pokonującego wrogą flotę francuską Horatio Nelsona. Sam kształt kołnierza także nie jest kwestią przypadku, bowiem miał on chronić górną część bluzy przed… długimi, niekoniecznie zadbanymi włosami żeglarzy! Splatane w warkocz i smarowane smołą (w celu usztywnienia fryzury, która miała zabezpieczać kark w przypadku uderzeń) nie wpływały pozytywnie na wygląd munduru, więc długi odpinany kołnierz w ciemnej kolorystyce miał za zadanie zapanowanie nad schludnym wyglądem. Na obrazie Franza Xavera Winterhaltera chłopiec ubrany jest również w białe, rozszerzające się ku dołowi spodnie, także stanowiące praktyczny element codziennego stroju marynarza (szeroki krój ułatwiał szybkie podwinięcie, a nawet zdjęcie w razie konieczności wskoczenia do wody), oraz czarny słomkowy kapelusz i wiązaną na supeł ciemnogranatową apaszkę.

Książę Albert, późniejszy Edward VII, na obrazie Winterhaltera.
Książę Albert, późniejszy Edward VII, na obrazie Winterhaltera.

 

Pomimo sporej popularności styl marynarski trafił do głównego nurtu mody kobiecej dopiero w kolejnym stuleciu, przed pierwszą wojną światową. Jego prekursorką stała się projektantka mody, Coco Chanel. Prostota i swoboda stroju marynarskiego stanowiły przeciwwagę dla modnej ówcześnie wyolbrzymionej konfekcji z piór, owoców i kwiatów, podpartej sztywnymi gorsetami deformującymi kobiecą sylwetkę. W 1913 roku Chanel otworzyła swój pierwszy butik w ośrodku wczasowym Deauville w Normandii. Najważniejszy punkt sprzedawanej tam kolekcji stanowiły długie, dżersejowe swetry zainspirowane ubraniami rybackimi. Były zakładane przez głowę, z trójkątnym dekoltem, głębokimi kieszeniami oraz szerokim paskiem w talii. Odpowiadały postępującej demokratyzacji i feminizacji ubioru, sprawiając, że bogate kobiety stawały się mniej zależne od pomocy służących wspierających je przy nakładaniu garderoby. Jej nowy styl, skromny i niezobowiązujący, ale przy tym niezwykle elegancki, podbił serca wczasowiczek. Sama Chanel była jego najlepszą wizytówką. Pojawiając się w 1918 roku na jednej z francuskich plaż w szerokich spodniach z lejącego materiału, jakby żywcem wyjętym z eleganckiej sypialni, ustaliła kanon mody nadmorskiej na kolejną dekadę. Wraz z dwurzędową białą marynarką spodnie te stanowiły podstawę wyposażenia walizki ówczesnej modnisi. Nic dziwnego, że jedno z miast Lazurowego Wybrzeża, Juan-les-Pins, zostało rychło okrzyknięte… Pyjamalandem.

 

Gabrielle Chanel.
Gabrielle Chanel.

Nic nie może równać się także z innym rewolucyjnym elementem stylu znad brzegu morza – bluzkami w biało-granatowe paski, klasykiem mody letniej. W XIX wieku produkowano je w bretońskiej manufakturze Tricots Saint James – stąd też pochodzi ich współczesna nazwa (bluzka bretońska). Szyte z czystej wełny oraz bawełny, w krótkim czasie stały się popularne w środowisku marynarzy i rybaków, głównie dzięki temu, że były dobrze widoczne na tle fal morskich. Egzemplarze wierne oryginałowi powinny posiadać dekolt łódkowy, konieczny dla łatwiejszego zdejmowania, oraz odpowiednio rozmieszczone paski: 21 białych, o szerokości 20 milimetrów, oraz 20-21 niebieskich, o szerokości 10 milimetrów – na tułowiu; 15 białych i 14-15 granatowych na rękawach. Podane liczby nie są przypadkowe – mówi się, że 21 pasków miało symbolizować morskie zwycięstwa Napoleona. Stylowa Gabrielle w trakcie jednego z rejsów na jachcie miała powiedzieć, że granatowy i biały są dla niej jedynymi możliwymi kolorami. Od tego momentu świat oszalał. Ernest Hemingway, Gerald Murphy, książę Windsoru Edward VIII czy Pablo Picasso to tylko niektóre sławne osoby, popularyzujące biało-granatowy urok nadmorskich kurortów, szczególnie tych położonych nad Morzem Śródziemnym. W kolejnych latach do tego zacnego grona dołączą James Dean, Audrey Hepburn, Brigitte Bardot, a także Kurt Cobain, Patti Smith i Kate Middleton.

Dla wielu styl marynarski jest synonimem elegancji.
Dla wielu styl marynarski jest synonimem elegancji.

 

Kolejny etap demokratyzacji stylu marynarskiego nastąpił w latach 60. minionego wieku za sprawą innego francuskiego projektanta – Yvesa Saint Laurenta. W swoich pierwszych kolekcjach, pochodzących z lat 1962-1966, świadomie odwoływał się on do morskiej historii Francji. Swoją uwagę skupiał jednak nie na zwykłym marynarzu, jak to miało miejsce u pani Chanel, a na wytwornych kapitanach. Ich mudury miały przede wszystkich spełniać rolę reprezentacyjną, rzadziej kierując się wymogami użyteczności czy praktyczności. Ich dosyć sztywny, szablonowy krój oraz kolorystyka nawiązująca do szat królewskich była łakomym kąskiem dla szalonego okularnika. Ze szczególnym upodobaniem zajął się on okryciami wierzchnimi – budrysówką i bosmanką, nadając im bardziej współczesne kształty. Świetnie prezentowały się one na słynnej i stylowej parze kochanków – Serge Gainsbourgu oraz Jane Birkin.

 

Styl marynistyczny podbił modę amerykańską. Tu: prezydent Kennedy. Fot. R. L. Knudsen
Styl marynistyczny podbił modę amerykańską. Tu: prezydent Kennedy. Fot. R. L. Knudsen

 

Ostatnie dziesięciolecia XX wieku również nie stroniły od marynarskich smaczków. Do głosu dochodziły coraz to nowe elementy: kalosze, rybackie peleryny, flanelowe blezery, wełniane długie skarpety, a także tradycyjne, szerokie spódnice pierwotnie wykorzystywane przez osoby trudniące się handlem rybami. W pewnym momencie Stary Kontynent utracił palmę pierwszeństwa na rzecz Stanów Zjednoczonych, z upodobaniem lansujących styl opalonego, jasnowłosego studenta należącego do Ivy League, spędzającego wolny czas jachcie taty-milionera. Nadmorska stylistyka uległa jeszcze większemu uproszczeniu, a marki odzieżowe, takie jak amerykańska GAP czy francuska Lacoste, promowały białe, proste bluzy, szorty lub spódnice do kolan oraz skórzane mokasyny. W najbliższym sezonie na pewno również będą one obecne. W końcu prostota i morza brzeg nigdy nie wychodzą z mody.