Posted on

Nerja (Costa del Sol) – nadzieja na nowe początki

Costa del Sol, andaluzyjski słoneczny brzeg. Wiele tutejszych białych miasteczek urzeka nie tylko architekturą, widokami i atmosferą, ale także pełną wymowy, choć niekoniecznie skomplikowaną historią. Jednym z nich jest bez wątpienia Nerja – miejscowość położona na urwistym brzegu, chyląca się z gracją ku zielonkawym falom. Na przekór stromym skałom, zdaje się ufnie wyciągać ramiona daleko w morze, spoglądać na horyzont. Mieć nadzieję.

Nerja zatoczka

Pierwszym, który zauważył tę niezwykłą ufność Nerji, był ponoć dziewiętnastowieczny hiszpański król Alfons XII Burbon. Przybył on do Andaluzji po tragicznym w skutkach trzęsieniu ziemi w 1885 roku; najprawdopodobniej bardzo już chory, bo niedługo potem zmarł na gruźlicę. Stojąc na brzegu, spoglądając na turkusową wodę, orzekł podobno, że ten odważnie wcinający się w wodę skrawek lądu powinien nosić miano najpiękniejszego balkonu Europy. I choć wielu twierdzi, że określenie Balcón de Europa funkcjonowało już wiele lat wcześniej, to właśnie posąg burbońskiego władcy po dziś dzień stoi przy barierce tego najbardziej urodziwego ze wszystkich hiszpańskich miradorów. Zdaje się upamiętniać optymizm króla, który mimo złego samopoczucia i niekorzystnej sytuacji odwiedzanego regionu, potrafił żarliwie zachwycić się pięknem tutejszej przyrody.

Nerja sosna

 

nerja król

Sama nazwa miejscowości także dźwięczy na wskroś pozytywnymi skojarzeniami. Słowo Nerja pochodzi bowiem od mauretańskiego toponimu Narixa, znaczącego tyle, co “obfite źródło”. Bogactwo początku, dzięki któremu można ufać w to, co nastąpi. A początki miasteczka na stromym morskim brzegu ukryte są w mrokach dziejów, w chłodnych grotach gór Sierra de Almijara, gdzie ludzie mieszkali już 25 tysięcy lat przed narodzinami Chrystusa. Za dom mieli olbrzymi system jaskiń, wypełniony największymi na świecie stalagmitami; dom, którego ściany zdobili i dekorowali. Rezultaty tej niezwykłej skalnej twórczości można podziwiać do dziś, odwiedzając z przewodnikiem Cuevas de Nerja – jedną z największych atrakcji turystycznych Hiszpanii.

Nerja palma

Ja sama zawitałam do Nerji po raz pierwszy, nosząc w sobie nowe życie. Pamiętam nadal, jak, pozując do fotografii, nieśmiało obejmowałam Alfonsa – młodego króla, który od ponad wieku stoi na posterunku, sprawdzając, czy zachwycimy się widokiem równie mocno, jak on. Myślałam sobie – tak, czuję się zachwycona. Tym brzegiem, tym morzem, tymi nowymi początkami. Widokiem z balkonu, który chroni mnie swymi ramionami, pokazując horyzont, pokazując świat.

nerja balkon

Posted on

Różane rahat lokum (Turkish delight) – przepis

Rahat lokum, zwane także Turkish delight, jest orientalnym deserem o konsystencji galaretki. W Turcji znano go już podobno w XV stuleciu, choć wielką popularność zdobył dopiero w końcu XVIII wieku. Za ojca jego sukcesu wielu historyków uważa cukiernika Hacı Bekira. W Stambule nadal czynny jest sklep o tej samej nazwie.

Lokum, uwielbiane w większości krajów Bliskiego Wschodu, podawane jest na wiele różnych sposobów. Dodaje się do niego orzechy, migdały, wanilię, owoce. My, jako miłośniczki róży, najbardziej cenimy tradycyjną wersję o aromacie królowej kwiatów.

Turkish Delight Rahat Lokum rose

Składniki:

– 2 i 1/2 szklanki cukru
– 2 szklanki wody
– 15 łyżek skrobi kukurydzianej
– 3-4 łyżki konfitury z płatków róży lub płatków róży w cukrze
– 1 łyżka soku z cytryny
– 1 łyżka wody różanej
– cukier puder (ilość według uznania)
– masło do natłuszczenia formy

Przygotowanie:

Skrobię kukurydzianą należy wymieszać z wodą (około 125 ml). Do rondla wlać półtorej szklanki wrzącej wody i dwie szklanki cukru i mieszać, aż się rozpuści, a następnie dolać wodę ze skrobią. Mieszać dalej, podgrzewając na średnim ogniu przez około 10 minut. Gdy masa się połączy, dodać konfiturę lub płatki, wodę różaną i sok z cytryny. Dokładnie wymieszać i smażyć jeszcze przez krótką chwilę. Przełożyć do prostokątnej formy wysmarowanej masłem i odstawić do ostudzenia. Pokroić w kwadraciki i odstawić na kilka godzin do wysuszenia. Przed podaniem obtoczyć w przesianym cukrze pudrze.

Rahat Lokum Turkish Delight

Rahat lokum doskonale smakuje podawane z gorącymi napojami – czarną kawą lub herbatą. Jego charakterystyczny, kwiatowo–pudrowy zapach uważany jest za jeden z najbardziej typowych aromatów Tucji, co wykorzystano m.in. w kompozyji wody perfumowanej Traversée du Bosphore.

____________________________

Zdjęcia: Julia Wollner

Posted on

Perfumy Traversée du Bosphore L’Artisan Parfumeur – z wizytą nad cieśniną Bosfor

Artykuł z serii: Perfumy pachnące Śródziemnomorzem

Zapachy, podobnie jak książki, opowiadają historie i odkrywają tajemnice. Czynią to językiem innym od powieści, a jednak równie przekonującym, trwale zapadającym w pamięć, grającym na emocjach, a zarazem przekazującym wiele konkretnych informacji. W niniejszej serii przedstawiać będę wybrane przeze mnie perfumy, które zamknięto we flakonach razem z opowiadanymi przez nie sekretami Śródziemnomorza.

śśródziemnomorskie perfumy

Traversée du Bosphore L’Artisan Parfumeur

Czym pachnie Turcja, a może bardziej konkretnie – czym pachnie Stambuł? Pytam znajomych, bo sama do Stambułu jeszcze nie dotarłam, w moich wojażach po Turcji zatrzymując się na razie na ruinach antycznego Efezu. – Starymi dywanami i kardamonem – słyszę od przyjaciółki. – Szafranem i tulipanami – dopowiada kolega. Mieszkająca od niedawna nad Bosforem znajoma też długo się nie waha: cukrem obficie sypanym do gorącej herbaty. Skórzanymi wyrobami na Wielkim Bazarze. I, oczywiście, lokum. Bez różano-pudrowego aromatu Turkish Delight nie można w ogóle rozmawiać o Turcji.

Dwa brzegi Bosforu

Wszystkie wspomniane elementy składają się na niezwykle oryginalną kompozycję Traversée du Bosphore niszowej marki L’Artisan Parfumeur. Francuski producent zaprasza nas na przeprawę przez cieśninę łączącą Morze Czarne z Morzem Marmara, na olfaktoryczną wycieczkę po obu brzegach największego tureckiego miasta. Wrażenia z brzegu europejskiego mieszają się zapachami Azji, a zanurzenie w kulturze odmiennej od naszej stanowi fascynujące i ekscytujące wyzwanie. Stragany ze skórzanymi torbami sąsiadują tu ze stoiskami wypełnionymi regionalnymi słodyczami; sprzedawca pistacji zaprasza do zakupów tuż obok sędziwej kwiaciarki. Nad wszystkim unosi się zapach tytoniu i lekka mgiełka cukru pudru…Chociaż chwileczkę, może to tureckie irysy? A może odrobina piżma? Dobrze, że zmysły uspokoić można filiżanką gorącego napoju i kosteczką lokalnej słodkiej galaretki. Przepadała za nią chociażby Agatha Christie, która koiła nią nerwy skołatane kryminalnymi zagadkami opisywanymi we własnych książkach.

Traversee du Bosphore L'Artisan Parfumeur

Wytchnienie dla zmysłów, wytchnienie dla gardła

Rahat lokum (dosłownie “ukojenie gardła) wypełnia usta delikatnym smakiem, tworząc klamrę spinającą zapachy i smaki Stambułu, a także podsumowanie tutejszych rytuałów i bliskowschodniego stylu życia – może dlatego wielu mówi nań “Turkish delight”. Słodki deser o konsystencji wspomnianej już galaretki, wyrabiany z mąki oraz cukru lub miodu, z dodatkiem wiórków kokosowych i wody różanej, łączy w sobie eteryczność spokojnych kwiatowych aromatów z pożywnym charakterem miejscowych bakalii. Podobno znano go już w XV wieku, jednak prawdziwą popularność zdobył w końcu XVIII stulecia za sprawą cukiernika Hacı Bekir, który przez wielu uważany jest za prawdziwego ojca tego smakołyku. Sklep marki Hacı Bekir nadal kusi wieloma rodzajami lokum, do którego dodaje się przeróżne ingrediencje: orzechy włoskie i laskowe, migdały, wanilię, miętę, rozmaite owoce. Każda wersja bezdyskusyjnie zasługuje na skosztowanie, zapraszając jednocześnie do przynajmniej krótkiego zatrzymania, do towarzyskiej rozmowy i cieszenia się chwilą w jednym z najbarwniejszych miast na świecie.

Pewne tureckie przysłowie mówi, że ci, którzy jedzą słodko, przemawiają słodko. Delektując się deserem rahat lokum, trudno rzeczywiście negatywnie komentować rzeczywistość. Podobnie jest z zapachem Traversée du Bosphore, który tak pięknie, choć nie dosłownie, lokum odwzorowuje, zamykając je w głębokim skórzanym kufrze, w towarzystwie kwiatowych bukietów i orientalnych akordów przyprawowych. Cieśnina Bosfor kusi i przyciąga, zapraszając na oba swoje wspaniale dopełniające się brzegi.

 

Posted on

Zupa z kamienia

“Z odpowiedniego miejsca, gdzie morze jest czyste i gdzie nie sięga odpływ, bierze się dwa-trzy kamienie, nie za duże i nie za małe, pociemniałe od leżenia na dnie. Gotuje się je w deszczówce dopóty, dopóki nie wyjdzie wszystko, co w nich jest. Dodaje się liść laurowy, gałązkę tymianku, a na koniec po łyżeczce octu winnego i oliwy, naturalnie z oliwek.

Jeżeli wybraliśmy odpowiednie kamienie, które długo leżały w morzu i zostały nim przesiąknięte, potrawy nie trzeba dosalać.

Taką zupę, znaną na ubogich wyspach mórz Egejskiego, Jońskiego i Adriatyckiego, gotowali Pelazgowie, Ilirowie i Liburnowie. Zupa z kamienia jest stara jak bieda na Śródziemnomorzu.”

P. Matvejević, Brewiarz śródziemnomorski

Posted on

Rozwiązanie konkursu Sezon na ptaszka

Kochani,

po raz kolejny dziękujemy za Wasze konkursowe komentarze – czytamy je zawsze z wielką radością! Przyjrzawszy się tym dotyczącym włoskich wróbli, zdecydowałyśmy, że książki Sezon na ptaszka A. Vitalego, ufundowane przez wydawnictwo Esteri, powędrują do następujących osób:

Małgorzata Wójcik
Kasia Kawa
Bożena Krakowska.

sezon na ptaszka
Serdecznie gratulujemy i prosimy o przekazanie adresów do wysyłki nagród na info@lente-magazyn.com.

Dziękujemy!

Posted on

Wybór redakcji: nasze ulubione filmy o Rzymie

UWAGA: Zapisz się na kurs do rzymskiej szkoły języka włoskiego SCUDIT i skorzystaj z naszych atrakcyjnych rabatów!


Poza tytułami wymienionymi w ramach tekstu Sześć filmów z Rzymem w tle, mamy jeszcze sporo pomysłów na kinową ucztę rozgrywającą się w Wiecznym Mieście. Oto kolejne filmy o włoskiej stolicy, które koniecznie musicie zobaczyć!

Julia Wollner: Rzym (Rome) – serial HBO

Julia Wollner

Najpierw uznałam tę produkcję za płytką, a do tego nazbyt brutalną; męczyły mnie też niezgodności z prawdą historyczną. Później jednak połknęłam bakcyla i doceniłam doskonałe kreacje aktorskie, piękne zdjęcia i rewelacyjną muzykę, która potem… grała podczas mojego ślubu. Z bohaterami zaprzyjaźniłam się na tyle, że, szykując się do wesela, odruchowo wypisałam zaproszenie dla Tytusa Pullo.

 

Beata Zatońska: Sprawcy nieznani (I soliti ignoti) M. Monicellego

Beata Zatońska

Bardzo śmieszna opowieść o rzymskich złodziejach. Monicelli pokazuje Rzym biedny, jego ciasne zaułki, mroczne zakamarki. Role, palce lizać – m.in. Vittorio Gassman, Marcello Mastorianni i młodziutka Claudia Cardinale. No i oczywiście Totó jako legendarny kasiarz. A scena, w której złodziejaszkowie, zamiast zająć się przestępczą robotą, wyjadają z garnka pasta e ceci – śmieszy do łez.

 

Kamila Kowalska: Dziennik intymny (Caro diario) N. Morettiego

Kamila Kowalska

Nanni Moretti, w tym przypadku scenarzysta, reżyser i główny bohater, pokazuje Wieczne Miasto takim, jakie lubię je najbardziej i jakie pokazuję na moim blogu Autostradadelsole.com: skąpane w gorącym słońcu, opustoszałe, codzienne. W kolejnych scenach, poruszając się na starej Vespie, prowadzi nas przez ulice peryferyjnych dzielnic, ukazując prawdziwą duszę Rzymu.

 

Olaszka: Złodzieje rowerów (Ladri di bicilette) V. De Sica i Rzym miasto otwarte (Roma  città aperta) R. Rosselliniego

Olaszka

Żaden z nich nie jest filmem łatwo przyswajalnym i chyba trudno nazwać je ulubionymi. Ogląda się go niemal jak dokumenty – i to nie o tym znajomym, oswojonym Rzymie, który składa się historii i glamouru, tylko o mieście zrujnowanym przez okupację. Mieście, które tworzą nie imponujące zabytki, a jego mieszkańcy – zwykli, prości ludzie.

 


Nadia Gruszka: 
Szczególny dzień E. Scoli

Nadia Gruszka

Nie ma tu pocztówkowego Rzymu, lecz ciemna strona historii miasta sprzed wybuchu II wojny światowej, dzięki której możemy lepiej zrozumieć stolicę Włoch. Ponadto zaglądamy za zamknięte drzwi, do rzymskich mieszkań, czego nigdy nie doświadczymy jako turyści. Do tego najwspanialszy, moim zdaniem, duet włoskiego kina: Sophia Loren i Marcello Mastroianni.

 

 

Kasia Rowińska: Rzymska opowieść (Besieged) B. Bertolucciego

Kasia Rowińska

O miłości przy Piazza di Spagna w sposób nieoczywisty. Przesycony rzymskim ciepłym światłem, ale też osadzony w rzeczywistości. Na podstawie opowiadania Jamesa Lasduna.

 

 

 

Ewa Nicewicz– Staszowska: Młody papież (The Young Pope) P. Sorrentina

Ewa Nicewicz-Staszowska

Skłania do refleksji: stawia pytania, ale nie daje gotowych odpowiedzi. Ma mistrzowską obsadę i kładzie duży nacisk na walory estetyczne.

 

 

 

Maria Bulikowska: Rodzina Borgiów – serial stworzony przez Neila Jordana

mroux

Renesansowy Rzym w wersji “seks, władza i rock&roll”. Ten serial warto zobaczyć choćby dla genialnego Jeremiego Ironsa w roli Aleksandra VI. Aktor dokonuje bowiem rzeczy niezwykłej: jego papież, znany z lekcji historii lubieżnik i morderca, zyskuje nowy wymiar jako swojski, ciepły family man.

Posted on

Sześć filmów z Rzymem w tle

UWAGA: Zapisz się na kurs do rzymskiej szkoły języka włoskiego SCUDIT i skorzystaj z naszych atrakcyjnych rabatów!

Rzym od wieków przyciąga ludzi ze wszystkich zakątków świata swym bogactwem artystycznym, historycznym i architektonicznym. To właśnie w tym mieście czekają na nas piękne widoki, starożytne świątynie, renesansowe pałace i barokowe kościoły. Nic dziwnego, że Wieczne Miasto już dawno stało się inspiracją dla wielu produkcji filmowych. Także wielu reżyserów i scenarzystów wszystkie drogi prowadzą do Rzymu!

Oto sześć filmów z Rzymem w tle, które was wzruszą, rozbawią i zaciekawią. Ci, którzy mieli już okazję zwiedzić stolicę Włoch, będą mogli powspominać miłe chwile; ci, którzy z różnych względów jeszcze tam nie dotarli, poczują się zachęceni do szybkiej podróży.

1. Listę otwiera klasyka włoskiego kina, czyli Słodkie życie (La dolce vita) Federica Felliniego z 1960 roku. Film opowiada o siedmiu dniach z życia dziennikarza Marcella, jednak prawdziwym głównym bohaterem jest tak naprawdę Rzym i jego mieszkańcy. Reżyser w doskonały sposób wprowadza widza w świat zepsutej elity społeczeństwa lat 50. ubiegłego wieku. To właśnie w tej produkcji powstała najsłynniejsza na świecie scena filmowa z udziałem Anity Ekberg i Marcella Mastroianniego, przedstawiająca parę kochanków kąpiącą się w Fontannie di Trevi.

Fontana di Trevi. Fot.: Milky Fountain | by Giovanni_Ve Milky Fountain
Fontanna di Trevi – miejsce słynnej filmowej kąpieli. Fot.: Milky Fountain

2. Ikona kina Audrey Hepburn, szalenie przystojny Gregory Peck i kultowy skuter Vespa – to chyba wystarczy, by zachęcić do obejrzenia Rzymskich wakacji (Roman Holiday) Williama Wylera. Komedia romantyczna z 1953 roku opowiada o spotkaniu amerykańskiego reportera i księżniczki, która postanawia porzucić na jakiś czas sztywne dworskie reguły i zaznać rzymskich uciech (Audrey Hepburn dostała Oscara za tę rolę). Jedna z najbardziej znanych scen filmu dzieje się przy Ustach Prawdy w przedsionku bazyliki Santa Maria in Cosmedin.

Plac Hiszpański. Fot.: Pexels
Plac Hiszpański, gdzie lubiła bywać postać grana przez Audrey Hepburn. Fot.: Pexels

3. Brytyjski melodramat Rzymska wiosna Pani Stone (The Roman Spring of Mrs. Stone, 1961) wyreżyserowany przez José Quintero to wzruszająca opowieść o kobiecie, która pomimo niemłodego już wieku diametralnie zmienia swoje życie. Pani Stone (w tej roli znakomita Vivien Leigh) leci na wakacje do stolicy Włoch. Podczas podróży na pokładzie samolotu umiera jej mąż. Wdowa postanawia jednak kontynuować podróż. W Rzymie wdaje się w romans z dużo młodszym od siebie mężczyzną. Podobnie jak w Słodkim życiu, reżyser doskonale wprowadza widza w świat rzymskiego społeczeństwa lat 60. XX wieku.

 

Piazza di Pietra. Fot. H. Barrison
Piazza di Pietra – w okolicznych kawiarniach bywała pani Stone. Fot. H. Barrison

4. Duszę współczesnego Rzymu poznamy, oglądając Wielkie Piękno (La grande bellezza, 2013). Paolo Sorrentino, podobnie jak wielki mistrz kina Fellini, kreuje Wieczne Miasto na głównego bohatera filmu. Fabuła przypomina tę ze Słodkiego życia: starzejący się dziennikarz, podróżując po Wiecznym Mieście, wspomina bezpowrotnie utraconą młodość. Widz, poznając najskrytsze pragnienia Jepa Gambardelli, ma jednocześnie okazję zatopić się w klimat współczesnego miasta. W 2014 roku film otrzymał Oscara dla najlepszej produkcji nieanglojęzycznej.

Parco degli acquedotti, gdzie zwykł spacerować bohater "Wielkiego piękna". Fot. ShockWave2 / Wikipedia
Parco degli acquedotti, gdzie zwykł spacerować bohater “Wielkiego piękna”. Fot. ShockWave2 / Wikipedia

5. Z Wiecznym Miastem wiąże się także twórczość Woody Allena. Zakochani w Rzymie (To Rome with Love, 2012) to komedia romantyczna. Przeplatają się w niej historie osób, które z jakiegoś powodu znalazły się w stolicy Włoch. Film przyciąga nie tylko znanymi obrazkami z Rzymu, takimi jak Plac Wenecki, Schody Hiszpańskie czy Zatybrze, ale także atrakcyjną obsadą aktorską. Główne role grają w nim m.in. Roberto Benigni, Alec Baldwin, Penelope Cruz oraz, jak zwykle, sam Woody Allen.

Piazza Venezia. Fot.: Max Pixel
Piazza Venezia czyli Plac Wenecki – nie mogło go zabraknąć w filmie Allena. Fot.: Max Pixel

6. Na koniec nie można nie wspomnieć o wielkiej produkcji Ridleya Scotta, jaką jest Gladiator (2000). Akcja filmu rozgrywa się w czasach starożytnego Rzymu. Opowiada o wybitnym generale Maximusie (Russel Crowe), który, straciwszy wszystko, staje się niewolnikiem-gladiatorem. Jego życie będzie teraz obiektem walki na arenie. Na uwagę zasługuje wzruszająca oraz idealnie współgrająca z akcją filmu muzyka Hansa Zimmera. Film został obsypany wieloma nagrodami. Zdobył pięć Oscarów w kategoriach: najlepszy film, najlepszy aktor (Russel Crowe), najlepsze kostiumy, najlepszy dźwięk, najlepsze efekty specjalne.

Koloseum. Fot. domena publiczna
Koloseum czyli amfiteatr Flawiuszy – jedna z najsłynniejszych aren, na której ginęli gladiatorzy. Fot. domena publiczna

Jakie są Twoje ulubione filmy o Rzymie? Jeśli masz ochotę na więcej inspiracji, kliknij tutaj: Wybór redakcji. Ekipa Lente dzieli się swoimi najukochańszymi tytułami!

 

Zdjęcie główne: Kevin Poh / Flickr

Posted on

Sardynia – Atlantyda

Atlantyda to legendarna kraina, która miała być ojczyzną wysoce rozwiniętej cywilizacji, istniejącej na długo przed powstaniem jakiejkolwiek innej europejskiej kultury. Zniszczyły ją rzekomo potężne trzęsienia ziemi. Przez stulecia śladów Antlantydy szukało wielu śmiałków; opowiadali o niej poeci i pisarze, portretowali ją filmowcy i twórcy komputerowych gier. Nikt jednak nie znalazł ruin, które z całą pewnością można by przypisać właśnie tej cywilizacji, zaś trudności, jakich nastręczają poszukiwania, zdają się tylko podsycać pasję tych, którzy uczynili z nich mniej lub bardziej istotną część swego życia.

Należy do nich włoski dziennikarz Sergio Frau, od lat współpracujący z renomowanym dziennikiem „La Repubblica”. W 2002 roku zasłynął on publikacją książki Le colonne d’Ercole – Un’inchiesta, w której zaproponował nową interpretację tekstów Platona, uważanego za pierwszego autora starożytnego, wspominającego o Atlantydzie. Grek powoływał się na tradycję ustną, która rzekomo przywędrowała do Aten z Egiptu. O wspaniałym królestwie Atlantis pisał m.in. w dialogu Timajos, umiejscawiając je za tzw. słupami Herkulesa, zwyczajowo utożsamianymi z Gibraltarem. Sergio Frau uważa jednak, że jest to błędna lokalizacja, a colonne d’Ercole znajdowały się raczej między Tunezją a Sycylią. Co więcej, według dziennikarza, potężne budowle cywilizacji nuragijskiej, z których słynie Sardynia, przywołują skojarzenia z opisywaną przez Platona kulturą Atlantów.

Tajemniczy sardyński nurag. Fot. Shardan / Wikipedia Commons CC BY-SA 3.0
Tajemniczy sardyński nurag. Fot. Shardan / Wikipedia Commons CC BY-SA 3.0

Twierdzi on także, że czas od zalania Atlantydy do narodzin Platona nie wynosił dziewięć tysięcy, jak przywykło się uważać, a jedynie dziewięćset lat. Być może liczba 9.000 wynikała z błędu jednego z kopistów, który pomylił się przy przepisywaniu tekstu wielkiego greckiego poety. Nietrudno wówczas o skojarzenie z upadkiem kultury minojskiej na Krecie, który miał miejsce właśnie ok. 900 lat przez Platonem na skutek wybuchu wulkanu na wyspie Santoryn. Wybuch ten mógł spowodować wielkie katastrofy morskie odpowiedzialne za zatopienie archipelagu wysp, zamieszkiwanych przez Atlantów.

Rewelacje głoszone przez Sergia Frau nie przeszły bez echa, a jego hipotezy spotkały się z zainteresowaniem wielu badaczy. W kwietniu 2005 roku w Paryżu, w siedzibie UNESCO, miało miejsce sympozjum, podczas którego dyskutowano o zaproponowanych interpretacjach; rozmowy kontynuowano w październiku 2006 roku w Rzymie pod egidą Accademia dei Lincei. Z drugiej strony, wielu innych miłośników legendy o Atlantydzie kontynuuje poszukiwania w odrębnych częściach globu. Najwięcej poparcia zdaje się uzyskiwać ekipa upatrująca obecności atlantydzkich ruin w hiszpańskiej Andaluzji. Być może najbliższe lata, wypełnione pracą archeologów korzystających z coraz nowocześniejszych narzędzi badań, przyniosą upragnione odpowiedzi. Na razie pozostaje nam śledzić ich poczynania, a teorie o związkach Atlantydy z Sardynią potraktować jak dodatkową zachętę do odwiedzenia tej malowniczej wyspy.

Fot. główne: Philippe Roos / Flickr CC BY-SA 2.0
Posted on

Z Herodotem po Neve Tzedek

Rzeczownik “oaza” pochodzi podobno od greckiej nazwy pewnej staroegipskiej miejscowości, podanej przez Herodota. Używa się go dziś dla określenia terenu o bujnej roślinności, stanowiącego niespodziewany obszar wegetacji na pustyni, lub, w znaczeniu przenośnym, jako synonim enklawy czy wysepki. Tak mówi słownik – ja powtarzam powtórzone.

Neve Tzedek, Tel Awiw. Fot. Julia Wollner
Palmy w Neve Tzedek, Tel Awiw. Fot. Julia Wollner

O Herodocie, powtarzaniu i oazach rozmyślam dzisiaj, spacerując spokojnym krokiem po najelegantszej chyba dzielnicy Tel Awiwu: Neve Tzedek. Starożytny grecki historyk, ze względu na linearność czasu i historii, nie miał możliwości odwiedzenia tego uroczego miejsca. Z całą pewnością uznałby je jednak za godne opisania, warte badań i refleksji. Urzekające w odbiorze, inspirujące w przekazie. Swoim zwyczajem zagadałby kilku mieszkańców, by opowiedzieli mu o swojej okolicy; potem złapałby za pióro i kreślił krągłe greckie litery, odnajdując, jak ja, esencję oazy wśród niskiej zabudowy, wirtuozersko zaaranżowanych ogródków, ciszy i bezostentacyjnego szyku. Opowieść zakończyłby zapewne słowami: λέγειν τὰ λεγόμενα, relata refero*. W sercu jednak chowałby własny obraz miejsca, którego wspomniana już linearność czasu i historii nie pozwalałaby jeszcze nazwać fotografią.

Plac przed centrum Suzanne Dellal w Tel Awiwie. Fot. Julia Wollner.
Plac przed centrum Suzanne Dellal w Tel Awiwie. Fot. Julia Wollner

Neve Tzedek jest niewielką dzielnicą położoną w południowej części Tel Awiwu, zbudowaną w latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku, zanim jeszcze powstało miasto nazwane później Wzgórzem Wiosny. Osiedle założyła grupa żydowskich rodzin, poszukująca do budowy swoich wymarzonych domów okolicy spokojnej i cichej, różnej od przeludnionej i gwarnej Jaffy. W niewielkim oddaleniu od morza wznieśli oni niewysokie budynki, usytuowane wzdłuż wąskich uliczek, dbając o to, by zawierały wszystkie możliwe udogodnienia. Tu miało się żyć lepiej, inaczej, bez pośpiechu, choć blisko było przecież do tłumów w rozkrzyczanej Jaffie. Swemu osiedlu nadali nazwę Neve Tzedek, dosłownie: ‘Oaza Sprawiedliwości’. Tak przynajmniej podają encyklopedie. Relata refero.

Kolorowe fasady, barwne drzwi w Neve Tzedek. Fot. Julia Wollner.
Kolorowe fasady, barwne drzwi w Neve Tzedek. Fot. Julia Wollner

Z początkiem XX wieku dzielnica coraz bardziej rozkwitała. Mieszkało tu wiele sław, głównie literatów, a okolicę, będąca już wówczas częścią nadmorskiej metropolii, kojarzono z wyrafinowaniem i intelektualnym snobizmem. Jak to jednak z modami bywa, prestiż i renoma prędko przeminięły – majętni Izraelczycy coraz częściej wybierali do życia północne rejony miasta. Przewodniki podają, że Neve Tzedek na długie dziesięciolecia popadł w ruinę i zapomnienie, co potwierdzają moi telawiwscy znajomi. λέγειν τὰ λεγόμενα.

Neve Tzedek to artystyczna dzielnica. Fot. Julia Wollner
Neve Tzedek to artystyczna dzielnica. Fot. Julia Wollner

W latach osiemdziesiątych XX w. historia, a także miejscowa społeczność, postanawiają dać okolicy jeszcze jedną szansę. Władze miejskie opracowują wówczas program ochrony dzielnicy; rozpoczynają się prace renowacyjne. Wśród niewysokiej zabudowy otwiera się coraz więcej restauracji, kawiarni i butików, a ambitni nabywcy zrujnowanych kamieniczek postanawiają przywrócić im dawny blask. Neve Tzedek odradza się, ogródki wypełniają barwnymi kwiatami, okiennice otwierają na oścież. Nie muszę już powtarzać powtórzonego. Z przyjemnością krążę po czarującej okolicy i poznaję ją na własny rachunek.

Wejście do francuskiej knajpki w Neve Tzedek. Fot. Julia Wollner.
Wejście do francuskiej knajpki w Neve Tzedek. Fot. Julia Wollner

W ciszy i zachwycająco dyskretnie odbywają się tu bez ustanku zmagania Wschodu z Zachodem – kluczowa kwestia zaprzątająca przed wiekami myśl towarzyszącego mi dziś w wędrówce Herodota. W tym eleganckim, zadbanym i pełnym wydarzeń kulturalnych sąsiedztwie kwestia pogodzenia odmienności daje odpowiedzi pozytywne, cieszące oko, ucho i podniebienie. Architektura osiedla, która zachwyca wizualnie każdego spacerowicza, jest eklektyczna: Art Nouveau i Bauhaus mieszają się bez przerwy z wpływami orientalnymi, a najnowocześniejszy design przeplata z patyną i szlachetną rdzą. Naokoło rosną wielopiętrowe wieżowce – biura, hotele – na które spoglądamy jak z pływającej wyspy: są blisko, ale poza nami. Słuch odpoczywa, bo, jak na oazę przystało, kakofonię zostawiamy za sobą, na barwnym i niezwykle głośnym, przepysznie wschodnim bazarze Shuk Ha’Carmel. Za plecami niknie też urokliwy – choć dla niektórych męczący – chaos i nieporządek; nadal jest jednak na wyciągnięcie ręki, jedynie kilka metrów stąd. Z kuchni wykwintnych restauracji płyną kuszące aromaty, a w ich nutach zwyczaje typowe dla Bliskiego Wschodu spotykają się z najlepszymi kulinarnymi wyborami Europy Zachodniej. W zaułkach kryją się barwne galerie i pracownie artystów, którym pracę umilają delikatne dźwięki arabskiego fletu; na głównym placu, w Centrum Suzanne Dellal, rozbrzmiewają fragmenty najsłynniejszych baletowych kompozycji rosyjskich klasyków. Nad głowami przechodniów rozgrywa się urzekający wizualnie spektakl: niebo, wiecznie parzące gorącym słońcem, ale zmieniające barwę w zależności od pory dnia, przesłaniają palmy, rzucając bujny, kojący cień na piaskowe chodniki i żółtawe ściany kamienic.

Fajrant w Neve Tzedek. Fot. Julia Wollner
Fajrant w Neve Tzedek. Fot. Julia Wollner

W tej scenerii, wśród palm i drzew grejpfrutowych o bielonych pniach, otoczonych sztucznymi potokami szemrzącej wody, dostrzegam mamy z dziećmi, wysportowanych biegaczy z psami na smyczy, czytających książki studentów i uśmiechniętego, wspartego na lasce staruszka, leniwie sączącego lemoniadę. Dłuższą chwilę zastanawiam się, czy, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej o okolicy, powinnam zadać im kilka pytań. Trudno stwierdzić, czy przyszli tu na popołudniową przechadzkę, czy są stałymi mieszkańcami miejsca, które w chwili obecnej ceni się najwyżej w całym Tel Awiwie. Koniec końców, porzucam plan wcielenia w życie metody Herodota, uśmiechając się w myślach do jego słynnego cytatu: Lepiej, by nam zazdrościli, niż nas żałowali. Rzeczywiście – dobrze, że Neve Tzedek nie jest już dzielnicą slumsów, tylko drogą i prestiżową częścią miasta. Nacieszyłam się dzisiejszego popołudnia jej łagodną gustownością. Jest dla mnie czarującą, zachwycającą oazą, a pisząc o niej, nie dodam już: relata refero. Wolę przymknąć oczy i schować głęboko w środku obraz pełen zieleni, kojącej ciszy i skromnej elegancji.

___________________________

*Powtarzam powtórzone.

 

Zdjęcie główne: יעל י/Wikipedia Commons

Posted on

Andrea Vitali, Sezon na ptaszka

Ty też ją znasz. Sąsiadkę z pierwszego piętra, dozorczynię Twojego osiedla, daleką kuzynkę ojca, która dalej mieszka w miasteczku, w którym się urodziłeś.

Spotykasz ją raz na jakiś czas, mówisz dzień dobry, uśmiechasz się trochę zdawkowo i pytasz, bardziej odruchowo niż z prawdziwego zainteresowania: – Co słychać?

Ona jakby tylko na to czekała: zaczyna świerkotać niczym wróbel po podwójnym espresso. Zalewa Cię potok słów. Pan spod piątki ma problemy z wątrobą, co w sumie nie powinno nikogo dziwić; u Kowalskich będą chyba bliźniaki, a ksiądz, obserwując ich małżeńskie perypetie, nie ma już pomysłów na kazania z ambony. Ta blondynka, która kupiła dom od Zalewskich, prowadza się teraz z jakimś Hiszpanem, a wdowa po panu Mieczysławie chyba zupełnie zwariowała i twierdzi, że potrafi przepowiadać przyszłość. Rwąca rzeka informacji pędzi jak oszalała, nie dając ci chwili na złapanie oddechu, i choć pogrążasz się w niej po czubek głowy, to na koniec wiesz jeszcze mniej, niż na początku. Jeśli masz jednak chociaż odrobinę wrażliwości, jeśli wiesz, że piękno świata tkwi przede wszystkim w pozornie nudnawej codzienności, oczarowuje cię ta mnogość wątków, pozorna banalność wydarzeń, cały ten barwny korowód postaci i emocji, który tworzy życie każdej, małej i dużej, społeczności.

sezon na ptaszka vitali

Taką sąsiadką, kuzynką czy dozorczynią jest dla Włochów Andrea Vitali, pisarz pochodzący ze wschodniego brzegu jeziora Como. Streszczenie jego książek to zwykle zadanie karkołomne, a pewnie wręcz niemożliwe, podobnie jak ucieczka przed prądem jego gawędy, który porywa cię i zagarnia. I choćbyś bronił się i opierał, to koniec końców stwierdzisz, że sprawia ci przyjemność ten szalony spływ, podobnie jak prostota tej opowieści, komizm wymieszany z odrobiną nostalgii, a przede wszystkim niezwykły zmysł obserwacji, o który wcale nie podejrzewałeś kogoś, kto pozornie przekazuje ci tylko garść plotek i pogłosek.

Widok Bellano. Fot. Alessandro Vecchi/Wikipedia.
Widok Bellano. Fot. Alessandro Vecchi/Wikipedia.

Andrea Vitali w Sezonie na ptaszka bierze na języki mieszkańców północnowłoskiej miejscowości Bellano. Podgląda ich zachowania, podpatruje reakcje, opisuje przywary. A że na kartach książki przenosimy się do lat ’30 minionego wieku, wszystko to otulone jest ledwo wyczuwalną mgiełką melancholii i tęsknoty za światem, którego spora część odeszła już w zapomnienie. Wartka i rytmiczna proza, charakterystyczne poczucie humoru i mistrzowska umiejętność uczynienia z każdego rozdziału małej narracyjnej perełki sprawiły, że, mimo całkiem pokaźnych rozmiarów powieści, przeczytałam tę książkę w jeden wieczór. Sezon na ptaszka zabiera czytelnika w kilkugodzinną podróż czasie i przestrzeni, pozwalając spojrzeć z bardzo bliska na życie niewielkiej włoskiej miejscowości. I choć opowieść, plotki i anegdoty w pewnym momencie dobiegają końca, a my z kolorowej włoskiej prowincji lat ’30 nieuchronnie wracamy do szarawej dwudziestopierwszowiecznej rzeczywistości, to przecież każdy wie doskonale, że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Szczególnie, jeśli wróbel ten ćwierkocze dużo, szybko i z uroczym włoskim akcentem.

Andrea Vitali, Sezon na ptaszka, przeł. Anna Osmólska-Mętrak, Esteri, Wrocław 2017

UWAGA! KONKURS!

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Esteri, mamy dziś dla Was trzy egzemplarze książki Sezon na ptaszka. Aby wziąć udział w konkursie i zawalczyć o jeden z nich, należy udostępnić niniejszy wpis (ikonki “udostępnij” znajdują się na górze strony, nad biogramem autora wpisu), a następnie, w komentarzu pod postem, umieścić odpowiedź na pytanie: „O czym, Twoim zdaniem, ćwierkają włoskie wróble?”
Na Wasze odpowiedzi czekamy do końca tygodnia, tj. do 29 stycznia 2017 r. Rozwiązanie konkursu nastąpi na stronie lente-magazyn.com 30 stycznia br.

Szczegółowy regulamin zabawy dostępny jest tutaj: Regulamin konkursu pt. Sezon na ptaszka

Książkę możecie zakupić na stronie wydawcy: Esteri.pl

Posted on

Cud światła. Oculus rzymskiego Panteonu

UWAGA: Zapisz się na kurs do rzymskiej szkoły języka włoskiego SCUDIT i skorzystaj z naszych atrakcyjnych rabatów!

 

Promień światła wędruje po wnętrzu rzymskiego Panteonu; gra światłocieni buduje potęgę świątyni. Iluminacja płynie z otworu wieńczącego sklepienie, zwanego oculusem. Wystarczy jedno spojrzenie, aby zrozumieć, dlaczego zwykło się mówić, że to on definiuje Panteon.

Oculusy (oculus – łac. ‘oko’) – nieozdobione, okrągłe bądź owalne otwory w ścianie lub szczytowej części sklepienia – znane są w architekturze od czasów bizantyjskich. Od zawsze miały znaczenie praktyczne, bowiem wpuszczały do mrocznych pomieszczeń światło; symbolizowały także łączność z boską jasnością. Jeśli się przez chwilę zastanowimy, to okaże się jednak, że oculusy, w swej najbardziej pierwotnej formie, są tak stare, jak stare są wszelkie ludzkie budowle. Otwory w dachu mają przecież i leśne szałasy, i eskimoskie igloo. Najsłynniejszym, najbardziej znanym i podziwianym jest jednak bez wątpienia oculus z rzymskiego Panteonu.

Catherine Wilson
Fot. Catherine Wilson / Flickr

Prawie dwa tysiące lat historii

Panteon jest jednym z najlepiej zachowanych starożytnych zabytków. Pierwszą znajdującą się na Polu Marsowym świątynię ufundował w 27 r. p.n.e. bliski przyjaciel, zięć i współpracownik cesarza Augusta, Marek Agrypa. Niestety budynek doszczętnie spłonął w roku 80 naszej ery. Odbudował go czterdzieści pięć lat później cesarz Hadrian, zachowując przy tym ocalały od ognia prostokątny portyk z kolumnadą i napisem fundacyjnym. Według niektórych historyków starożytni Rzymianie wierzyli, że Panteon wzniesiono w miejscu, z którego Romulus, założyciel Wiecznego Miasta, został wzięty do nieba podczas pewnej gwałtownej burzy.

Fot. Julia Wollner
Oculus widziany z ukosa. Fot. Julia Wollner

 

Panteon przetrwał dziejowe zawieruchy. Najpierw był świątynią, w której, zgodnie z nazwą przybytku (z greckiego Πάνθειον, pan – wszystko, theoi – bogowie), czczono wszystkie bóstwa – te rzymskie i te z krajów przez cesarstwo podbitych. Potem, w VII wieku, stał się kościołem pod wezwaniem Matki Boskiej i Męczenników. Zmianie ulegała aranżacja wnętrza – w okresie renesansu zajął się tym sam Rafael Santi. Bez względu na te modyfikacje, bryła pozostawała nienaruszona. Jak przed wiekami, także i dziś kopuła ma 42,2 metry średnicy i tyleż samo wysokości. Odlano ją z niezbrojonego betonu. To na niej wzorował się Filippo Brunelleschi, projektując kopułę katedry we Florencji. Uczynił ją jednak większą – kopuła florenckiego duomo ma 45,4 m średnicy i wysokości.

 

Wnętrze Panteonu. Fot. Michael Vadon/Flickr.
Wnętrze Panteonu. Fot. Michael Vadon/Flickr

Zapisany w genach kultur

Gdy wchodzi się na niewielki, wypełniony turystami plac della Rotonda, przy którym stoi Panteon, widać tylko jego fronton z kolumnadą w stylu korynckim. Cylindryczna bryła schowana jest za innymi budynkami, jakby skromnie przycupnęła w środku miejskiego gwaru. Tym bardziej nie dziwi fakt, że po wejściu do świątyni następuje zwykle chwila olśnienia. Wnętrze jest ogromne, pełne powietrza. Masywna kopuła zdaje się lekko unosić nad ścianami, z jej szczytu zaś, przez oculus, spływa światło. Ani fotografie, ani filmy, ani nawet dzieła Piranesiego nie oddadzą olbrzymiego wrażenia, które robi Panteon oglądany na własne oczy. Michał Anioł miał twierdzić, że Panteon jest tak wspaniały, że musieli go zbudować aniołowie. Wiedział, co mówi – wszak to on zaprojektował kopułę Bazyliki św. Piotra. Niemiecki romantyk Johann Wolfgang Goethe w swoich dziennikach pt. Podróż włoska napisał, że Panteon wręcz przytłacza swoim pięknem; psychoanalityk Zygmunt Freud uznał budowlę za synonim id, czyli tego, co pierwotne i zapisane w kulturowych genach.

 

Panteon widziany z Piazza Rotonda. Fot. Chrisobayda/Flickr
Panteon widziany z Piazza Rotonda. Fot. Chrisobayda/Flickr

Rzeczywiście nie da się odmówić Panteonowi więzi z tym, co pradawne. Konstrukcja budowli, przez umieszczony na szczycie kopuły oculus, pozostaje w głębokim związku z boskością natury. Spojrzenia, myśli i modlitwy mogą szybować bez skrępowania w górę. By poczuć to w pełni, trzeba stanąć w centralnym miejscu świątyni, tuż pod oculusem, a następnie spojrzeć w jego centrum.

Oculus jest duży, ma średnicę ponad dziewięciu metrów. Wpada przez niego światło i powietrze. Podczas deszczu strugi wody spływają z nieba do świątyni. Jednak nawet podczas ulewy w Panteonie nie znajdziemy większych kałuży, bowiem marmurowa posadzka tuż pod oculusem jest delikatnie wklęsła, a specjalny system rowków odprowadza wodę. We Włoszech popularne jest przysłowie, według którego szczęśliwa jest panna młoda zmoknięta (sposa bagnata, sposa fortunata). Jeśli więc narzeczonym podczas ślubu w Panteonie trafi się odrobina deszczu, szczęścia powinni mieć pod dostatkiem.

Thomas Shahan
Fot. Thomas Shahan / Flickr

Słoneczna świątynia 

Kopuła jest jak sklepienie nieba z oculusem słońcem, który zajmuje miejsce centralne. Stwierdzono, że każdego dnia roku, w południe, promienie słoneczne wpadające przez oculus zatrzymują się w innym miejscu w świątyni. Tak samo, rok za rokiem. Naukowcy kilka lat temu doszli więc do wniosku, że wnętrze Panteonu jest wielkim zegarem słonecznym, zaś najważniejszą rolę gra tu właśnie oculus – jest bowiem tego zegara wskazówką. Co więcej, wejście do świątyni umieszczono w takim miejscu, by 21 marca i 21 kwietnia oświetlały je promienie słoneczne. Nie są to daty przypadkowe – 21 marca to równonoc wiosenna, która w starożytnym Rzymie była początkiem nowego roku. Na dzień 21 kwietnia przypadają zaś urodziny Rzymu. W tych datach urządzano w Panteonie uroczystości, w których uczestniczył cesarz. Wchodząc do świątyni, był skąpany w słonecznych promieniach, co podkreślało jego rzekomą boskość.

 

Maria Eklind
Fot. Maria Eklind / Flickr

Potyczki z diabłem 

Starożytne budowle budzą ciekawość, a czasem także niepokój. Ludzie przez wieki starali się oswoić tajemnicę Panteonu. Powiadano na przykład, że oculus jest wynikiem działania… diabła, który w takim popłochu uciekał ze świątyni, że wybił dziurę w kopule. Stało się to, gdy mag Bailardo zakpił sobie z niego i dzięki podstępowi ocalił duszę, którą wcześniej złemu zapisał. Diabeł wystrzelił jak z procy wprost w sklepienie Panteonu, przebił je i strącił z niego wieńczącą całość złotą szyszkę – tę, którą teraz podziwiać można na Cortile della Pigna w Watykanie. Inna legenda mówi, że na początku siódmego wieku, podczas konsekracji Panteonu, obudziło się siedem demonów, które mieszkały tam od czasów pogańskich. I to one, uciekając w popłochu, miały z impetem zrobić otwór w sklepieniu.

Panteon i oculus kryją na pewne jeszcze niejedną tajemnicę. Badania naukowe będą je powoli wyjaśniać, ale nie da się ukryć, że mity i baśnie bardziej przemawiają do wyobraźni. W połączeniu z architektonicznym pięknem sprawiają, że rzymska świątynia jest jednym z najchętniej odwiedzanych zabytków na świecie – rocznie składa w nim wizytę około 7 milionów turystów. Włoski minister kultury Dario Franceschini zaproponował niedawno wprowadzenie opłaty za wstęp. Widok z oculusa na błękitne rzymskie niebo na pewno jednak złagodzi tę niedogodność.

Posted on

Do słuchania z Hiszpanii

Zapytałyśmy naszych hiszpańskich przyjaciół, jakie piosenki królują teraz w radiu i na listach przebojów, a także czego oni sami słuchają teraz w aucie, w domu i na imprezach. Jak podkreśla Gosia Villatoro, nasza korespondentka z Barcelony, Hiszpanie uwielbiają muzykę, szczególnie taneczną. Najlepiej zaś bawią się, gdy mogą też swoje ulubione hity śpiewać – we własnym języku, oczywiście. W Barcelonie muzykę słychać na każdym kroku. Podobnie jest w Andaluzji, Madrycie czy w Kraju Basków. Przed Wami lista ulubionych przebojów naszych hiszpańskich przyjaciół!

W Barcelonie szczególną popularnością, niezmiennie od miesięcy, cieszy się Sofía Álvaro Solera, rodowitego barcelończyka – piosenka znana także w Polsce. To był absolutny hit lata, a jego tekst znają wszyscy, od przedszkolaków po ich dziadków i babcie. Zimą słucha się go nadal:

Drugą niezwykle lubianą tu w ostatnim czasie piosenką jest kawałek Shakiry i Carlosa Vivesa Bicicleta. Życiowa partnerka ulubieńca kibiców Barcy, Gerarda Piqué, skradła serca katalończyków i każda jej piosenka natychmiast staje się tu przebojem.

Nasza serdeczna przyjaciółka z Saragossy, Elisa, zachwyca się natomiast Melendim – piosenkarzem łączącym rock, flamenco i rumbę.

Przyznaje, że jej znajomi słuchają też Alejandra Sanza, ona jednak woli zespół rockowy Fito Y Los Fitipaldis. – Jest rok 2017, a ja nadal nastawiam ich album z 2006 roku Por la boca vive el pez albo piosenkę La Casa por el tejado! – śmieje się.

Koniecznie wspomnijcie jednak – podkreśla – o Joanie Manuelu Serrat i jego przeboju Mediterraneo. Nowa wersja tego utworu została nagrana niedawno we współpracy z innymi muzykami, aby wspomóc imigrantów przeprawiających się przez Nasze Morze.

Z Kraju Basków mamy dla Was natomiast linki do piosenek artystyów ze sceny alternatywnej:

– Rusos Blancos, którzy tej zimy proponują nową płytę Museo del Romanticismo

– oraz anglojęzycznych Grande Days

Miłego słuchania!

Posted on

Rzym. Windą do nieba

Jest chłodny grudniowy dzień, a nad słonecznym zwykle Rzymem wiszą ciężkie, nabrzmiałe deszczem chmury. Rączka mojej córeczki wsuwa się w moją dłoń, a małe nóżki przebierają w miejscu z ekscytacji. – Mamo, czy to dziś pojedziemy windą do nieba?

 

Niedługo później wspinamy się mozolnie na wysokie piętro pomnika Wiktora Emanuela II, zostawiając na dole Rzym nakrapiany kałużami, które połyskują odbiciem burzowego nieba. Wita nas elegancko odziany strażnik. Skrupulatnie sprawdza bilety, a następnie ceremonialnie wprowadza do szklanej, panoramicznej windy. Gotowe na podróż do światła? – pyta, odsłaniając w uśmiechu białe zęby. Mała podskakuje z radości, ja zaś czuję narastający lęk, potęgowany przez nieprzyjazną aurę. Nie lubię dużych wysokości, a oglądanie Wiecznego Miasta z poziomu kilkudziesięciu metrów zaczyna wydawać mi się coraz gorszym pomysłem. Strażnik zauważa moje przerażenie, a może po prostu oczekuje go od dorosłych turystów – nie ja pierwsza i nie ostatnia mam zapewne ochotę uciekać sprzed windy do nieba. – Proszę się nie bać. Tam na górze nawet ciemne chmury wydają się pełne światła – uspokaja, a ja, z trzęsącymi się kolanami, robię krok w przód. Zaciskam powieki. Gdy je otworzę, jesteśmy już na szczycie.

Terrazza delle Quadrighe, fot. Julia Wollner
Terrazza delle Quadrighe, fot. Julia Wollner

Widok Rzymu zapiera dech w piersiach, a triumfalne posągi na Terrazza delle Quadrighe wydają się lśnić w raz po raz wyłaniającym się słońcu. Patrzę na moje dziecko gawędzące z mewami, tak ufne, od dawna wyczekujące spotkania z dachami miasta. Gdzie przez lata zagubiła się moja beztroska? Dlaczego dałam sobie wmówić, że za ciemnymi chmurami nie ma nic więcej?

 

Aby znaleźć Światło, trzeba odwagi. Aby znaleźć odwagę, trzeba zaufać.

 

Światło przychodzi do tych, którzy dali wiarę.

_____________________________________________________

Powyższy tekst ukazał się jako edytorial w Lente#04.

Posted on

Duch miejsca. Genius Loci w kulturze europejskiej: Kampania i Neapol

Szkice komparatystyczne opublikowane przez Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego będą ciekawą lekturą dla tych, którzy pragną poznawać Italię w szerszym kontekście. Spora ich część, zgodnie z tytułem, traktuje o Neapolu, widzianym oczami poetów – Słowackiego czy Leopardiego. Najciekawsze w tej książce wydają się jednak rozdziały poświęcone wątkom topozoficznym: pejzażowi kulturowemu, miejscom symbolicznym. Interesujące są obserwacje na temat ojczyzny i małej ojczyzny, na temat wypędzenia i tożsamości. Warto pomyśleć nad pytaniem, które postawione jest przez Zbigniewa Kadłubka w rozdziale Gwardia przyboczna życia: czy tożsamości bliżej do łacińskiej identitas czy do łacińskiej circunstancia? Czy określamy ją sami, czy też robi to przestrzeń, miejsce dookoła nas? Czym wreszcie jest duch miejsca? Aniołem stróżem? Sumą widoków? Streszczeniem kultury?

neapol

Odpowiedzi warto poszukać, czytając. Najpierw jednak trzeba założyć, że genius loci musi w jakiejś mierze pozostać sekretem (…) chociaż nie tajnie zakodowanym szyfrem konspiracji, lecz takim, który nawet zdradzając swe tajemnice, wciąż skrywa sam siebie w fakcie ujawnienia.

Genius loci w kulturze europejskiej: Kampania i Neapol, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2007

_____________________________________________________
Zdjęcie główne: Johan Christian Dahl, The Bay of Naples with Vesuvius

Posted on

Świetliste odkrycia – od hebrajskiego or po włoskie portrety Roversiego

Światło to jedno z tych słów, które się powtarza i zapamiętuje. Obdarza się nim innych, wita nieznajomych. Światło chroni, odsłania twarze, towarzyszy w czekaniu, będąc świadkiem zachodzących zmian. Jest symbolem doskonałości, boskości, dobra, prawdy i miłości. Uobecnia się w sztuce, literaturze, muzyce, teatrze, fotografii, poezji, medycynie czy architekturze. Co znaczące, zjawia się również we śnie, jest więc pozaczasowe i tajemne. A jednak za każdym razem to właśnie z nim przychodzi nieoczekiwane odkrycie. Oto przykłady tych, które poczyniłam niedawno ja.

Od Genesis do Herberta

W języku polskim ‘światło’ wywodzi się od wcześniejszego względem siebie przymiotnika ‘jasny, świecący’. Jako słowo od samego początku, aż do dziś, nie zmieniło swojego znaczenia (!). Podobny był również ‘świat’, który odnosił się do jasności i samej czynności świecenia – jako słowo pochodził bowiem od prasłowiańskiego ‘świat-ła’. Historia etymologii języka polskiego pokazuje więc, że światło pozostało niezmienne, przekształcił się natomiast świat ‒ stał się ‘miejscem, gdzie jest jasno’.

W językowych historiach światła szczególne miejsce zajmuje or (אוֹר) ‒ światło hebrajskie. Z Księgi Genesis możemy wyczytać, że zostało ono stworzone w czwartym dniu, po ziemi i niebie. Powstało po to, by służyć człowiekowi. Jak pisał Isaac Bashevis Singer w Mocy Światła. Ośmiu opowieściach chanukowych, (…) ten promyk światła w otoczeniu tak wielu cieni zdawał się mówić bez słów: zło nie przejęło jeszcze pełni władzy. Iskierka nadziei jeszcze pozostała.

O takim znaczeniu światła świadczą prace trzech artystek: Nadii Issy, Marii Jankowskiej i Julii Karłowskiej. Zaprezentowano je w publikacji doktorantów i studentów Pracowni Alternatywnego Obrazowania prof. Włodzimierza Szymańskiego na warszawskiej ASP. Wszystkie mają swoje źródło w tradycji żydowskiego or. Nadia Issa swoją pracę zatytułowała Dreidel, nawiązując do czterobocznego żydowskiego bączka-zabawki, używanego podczas Święta Światła ‒ Chanuki. Na każdej ścianie czworoboku znajduje się pojedyncza litera hebrajska: nun, gimel, he i pe. Są one początkami słów: נס גדול היה פה („Nes gadol haja po”), co, jak dodaje artystka, oznacza tyle, co „Wielki Cud Stał się Tu”. Każdą z tych liter Nadia Issa uczyniła otwartą, sprawiając w ten sposób, że światło przechodzące przez nią rzuca cienie w przestrzeń, trwa i jest przypomnieniem.

Nadia Issa, Dreidel, 2015
Nadia Issa, Dreidel, 2015 (fot. Nadia Issa i Maria Jankowska)

Nieco inny wymiar światła przedstawia praca Marii Jankowskiej, zatytułowana Szaked. Jak wspominała sama artystka, jest to instalacja przestrzenna skomponowana z roślinnych wieńców, odnosi się do opisu obchodów poświęcenia ołatarza w Księgach Machabejskich. Rośliną wykorzystaną w tej pracy są gałązki drzewa migdałowego, które w języku hebrajskim nazywa się czuwającym. To symbol wychodzenia z ciemności, przedzierania się w mroku, do czuwającego światła.

Maria Jankowska, Szaked, 2015
Maria Jankowska, Szaked, 2015 (fot. Nadia Issa i Maria Jankowska)

Światło to także Interferencja. Taki tytuł swoim pracom nadała z kolei Julia Karłowska, która, przekłuwając papier, stworzyła figury, rysunki ze światła: świetliste koła, spirale, muszle. Podkreśla w ten sposób cykliczność i trwałość światła, rodzącego się w świcie. Jak wspomina sama artystka, był to gest przełamania, naznaczenia, gest delikatnego otwarcia, sprawienia, by światło, choć w małych cząstkach zaistniało w przestrzeni. To światło wywołane z ciemności wpisuje się w jego magiczną naturę ‒ zachowaną w obrazie i słowie.

Julia Karłowska, Interferencje, 2015
Julia Karłowska, Interferencje, 2015 (fot. Nadia Issa i Maria Jankowska)

Te interferencje światła, które jest pośrednikiem, znakiem, symbolem, cząstką, odnajdujemy również w literaturze światowej i polskiej, której drogi bezpośrednio łączą się z kulturą wchodnią czy śródziemnomorską. Poetą światła niewąpliwie był Zbigniew Herbert, miłośnik antycznej kultury, poeta mitów, obserwator małych fragmentów pamięci. Obok znanych wierszy, jak Dlaczego klasycy, Uprawa filozofii, Tren Fortynbrasa, które łączą się z antycznym kanonem piękna, warto przywołać dwa utwory ze skrajnych okresów twórczości Herberta. Pierwszym z nich jest fragment, a dokładniej początek drugiej strofy wiersza Chciałbym opisać, pochodzącego z tomu Hermes, pies i gwiazda (1957):

chciałbym opisać światło
które we mnie się rodzi
ale wiem że nie jest ono podobne
do żadnej gwiazdy
bo jest nie tak jasne
nie tak czyste
i niepewne

Temu pragnieniu opisania światła, które zdaje się wymykać poetyckim wyobrażeniom, zanikać, uciekać od ideału, towarzyszy chęć opisania rzeczy najmniejszych, jak zapowiada na początku utworu sam poeta: Chciałbym opisać najprostsze wzruszenie / radość lub smutek / ale nie tak jak robią to inni / sięgając po promienie deszczu albo słońca.

Światło nie zawsze przychodzi z łatwością, wielokrotnie walczy z ciemnością. Są też chwile, kiedy zanika. Ten graniczny moment ‒ opuszczenia i przywrócenia światła ‒ opisywał Herbret w prozie poetyckiej z 1969 roku w utworze Świt:

W najgłębszym momencie przed świtem rozlega się pierwszy głos tępy i ostry zarazem jak uderzenie noża. Potem z minuty na minutę wzmagające się szmery drążą pień nocy.

Wydaje się, że nie ma żadnej nadziei.

To, co walczy o światło, jest śmiertelnie kruche.

I kiedy na horyzoncie ukazuje się okrwawiony przekrój drzewa, nierealnie duży i prawdziwie bolesny, nie zapomnijmy błogosławić cudu.

Walka o światło zdaje się dotyczyć nie tylko tego, co na zewnątrz, nie tylko tego, co stałe i niewzruszone. Wielokrotnie pojawia się u samych początków, dyskusji i dialogów. Ludzkie towarzyszenie światłu sięga także czasów tworzenia miast, a wraz z nim zamieszkania w jasności. Światło zdaje się być zapamiętane.

Świt w Toskanii na fotografii hiszpańskiej artystki Moniki Valladares.
Świt w Toskanii na fotografii hiszpańskiej artystki Moniki Valladares

Od Calvino do Roversiego

Tę świetlaną poetykę stworzył Italo Calvino w Niewidzialnych miastach. Przywołane przez autora miasta: pamięci, pragnienia, znaków, wpisane w wędrówkę Marco Polo i Chana, mogłyby wskazywać na miejsca rozpoznane i oglądane przez wieki; miejsca, do których jesteśmy przywyczajeni. Widzialność zakłada odpowiednią optykę i jasność widzenia. Tymczasem autor nazywa miasta niewidzialnymi, a więc takimi, które pozostają poza wzrokowym doznaniem, poza polem zauważenia.

Niewidzialne miasto skłania do poszukiwania tego, co jest niedostrzegalne bezpośrednio. Calvino pokazuje, że istnieje jedno światło, które zamieszkuje inaczej, trzeba je tylko rozpoznać. Jest więc światło domu, światło relacji, światło odkrywane w zwierciadle, promyk na drodze, światło powracające, nikłe światła w oddali, oświetlone lampiony w domostwach, ale też światło w nieustannym ruchu, czy miasta przygaszone. Światło widziane z góry, oglądane w ornamentach. A jednak tym, co wydaje się najważniejsze, jest pewność, że Światło istnieje, że jest bliskie. Światło wydaje się oksymoroniczne, z jednej strony jest stałe, niezmienne, lecz gdy się powtarza – nigdy nie jest podobne.

Świt nad Miastem, a dokładnie – Świętym Miastem. Fot. liuruideyouyou / Pixabay
Świt nad Miastem, a dokładnie – Świętym Miastem (fot. liuruideyouyou / Pixabay)

W historii fotografii i filmu pojawia się też pewność światła i tradycja ocalenia naturalnego widzenia. W 1997 roku Paolo Roversi, włoski fotograf, nazywany poetą obrazu i mistrzem światła (mówi się wręcz o ‘świetle Roversiego’) wykonał sesję Infanta style dla włoskiej edycji Vogue. Jego twórcza droga wiodła od prowizorycznej ciemni, jaką młody Roversi stworzył w Rawennie, przez Wenecję, aż po pracę w Paryżu. Światło, jak można się przekonać w jego pracach, odnalazł w kanonie sztuki Diego Velázqueza. Jest ono nieustannie obecne w jego twórczości. Roversi od wielu lat podkreśla, że tym, co sprawia, że jego fotografie-obrazy są wyjątkowe, to zachowanie naturalnego światła – w ten sposób zjawiskowe postaci, wyjęte niczym ze snu i rajskiej wyobraźni, zdają się ocalać dziewietnastowieczne malarstwo i wpisaną w nie prawdę.

Fotografie Roversiego udostępniane przez użytkowników serwisu społecznościowego Pinterest (zrzut ekranu).
Fotografie Roversiego udostępniane przez użytkowników serwisu społecznościowego Pinterest (zrzut ekranu)

Alchemia światła uwidacznia się zresztą nie tylko w portretach Roversiego. Artystę w ostatnim czasie zainteresowała również fotografia podróżnicza, a ta zdaje się być przestrzenią, z której wywodzi się i w której ukrywa się światło. Wspominał o tym Roversi w jednym z wywiadów, opowiadając o swojej podróży do Indii: Nieustannie widziałem tysiące małych światełek w świątyniach i wszechobecny kurz. Kurz i cień sprawia, że lepiej widzisz światło – a Indie są jednym wielkim cieniem. Czasem nie wiedziałem, czy widzę człowieka, bóstwo, kamień, krowę – tajemnica skryta w cieniu zafascynowała mnie. Od tej pory zacząłem eksperymentować z brakiem oświetlenia w studiu, fotografować raczej cień, niż światło, które czasami odsłania zbyt wiele (cytat za stroną www.swiatobrazu.pl).

To podwójne istnienie światła i cienia, a także melancholijne fotografie-obrazy Roversiego zatrzymują na dłużej. Zdają się być blisko włoskiego dare alla luce ‒ ‘wydawać na świat(ło). Są nieskończoną opowieścią, w której tęsknota za jasnością zawsze zwycięża.

Na zakończenie chciałabym podzielić się polskim świetlistym cytatem, tym najbliższym, prawdziwym: ubywa mi lęku / przydarzają się cząstki światła (K. Miłobędzka, z tomu Po krzyku). Niech te słowa będą też noworocznymi życzeniami, bo Światło trwa. Nie znika. Nie gaśnie.

Posted on

Najciekawsze wystawy na Południu w pierwszej połowie 2017 roku

Zaklepujcie bilety i lećcie na spotkanie ze sztuką!



WŁOCHY

Turyn

Obszerna wystawa poświęcona Brueghelowi i sztuce flamandzkiej –
La Veneria Reale, do 19/2/2017.

Pieter Brueghel Młodszy, “Weselny taniec na świeżym powietrzu”, ok. 1610, prywatna kolekcja, U.S.A.

Po wielkim sukcesie w Rzymie, multimedialna wystawa Caravaggio Experience zaprasza teraz na spotkanie w północnej części Italii –
La Venaria Reale, 25/03/2017 – 1/10/2017.

http://www.purple-home.com

Werona

Z Włoch będzie można przenieść się na chwilę do XIX-wiecznego Paryża – dzięki wystawie Touluse Lautrec. La Belle Époque –
Palazzo Forti, 25/3/2017 – 3/9/2017.

La Troupe de Mademoiselle Églantine 1896 Color Lithography, 61,7x80,4 cm © Herakleidon Museum, Athens Greece
Toluluse Lautrec, “La Troupe de Mademoiselle Églantine”, 1896, Herakleidon Museum, Ateny

Jak zawsze, podczas wizyty w Mediolanie warto odwiedzić Palazzo Reale: do końca lutego można tam podziwiać wystawę Rubens a la nascita del Barocco. (Rubens i narodziny Baroku) –
Palazzo Reale, do 28/02/2017.

P. P. Rubens, Odnalezienie Erichtoniusa, 1632, Pałac Lichtensteinów, Wiedeń
P. P. Rubens, “Odnalezienie Erichtoniusa”, 1632, Pałac Lichtensteinów, Wiedeń

Wielbiciele sztuki współczesnej nie mogą przegapić z kolei nadchodzącej premiery zbiorów Keitha Harringa… –
Palazzo Reale, 20/02/2017 – 18/06/2017.

keithharing

… oraz trwającej w MUDEC ekspozycji prac Jean-Michela Basquiata.

Fot. za www.mudec.it

Rzym

Ostatni moment, by w Rzymie spotkać dwóch mistrzów malarstwa XX. wieku:
– genialnego Hiszpana, w ramach Picasso. Le opere, l’artista, il personaggio (Picasso. Dzieła, artysta, postać) –
Ara Pacis, do 19/2/2017

Fot. za www.arapacis.it

– …oraz Edwarda Hoppera i jego melancholijny american dream –
Complesso del Vittoriano, do 12/02/2017.

E. Hopper, "(Light at Two Lights", 1927, Whitney Museum of American Art, Nowy Jork
E. Hopper, “Light at Two Lights”, 1927, Whitney Museum of American Art, Nowy Jork

Warto również odwiedzić wystawę poświęconą jednej z najsłynniejszych kobiet w historii sztuki: Artemisia Gentileschi e il suo tempo (Artemisia Gentileschi i jej czasy) –

Museo di Roma, do 07/05/2017.

Artemisia Gentileschi, Onofrio Palumbo, Susanna e i vecchioni, 1652 Bologna, Collezioni della Pinacoteca Nazionale, Polo Museale dell’Emilia Romagna
Artemisia Gentileschi, Onofrio Palumbo, “Zuzanna i starcy”, 1652, Collezioni della Pinacoteca Nazionale, Bolonia

HISZPANIA

Madryt

Nazwa wystawy mówi sama za siebie: Arcydzieła z Budapesztu. Leonardo – Durer – Canaletto – Monet. Można ją obejrzeć w Thyssen-Bornemisza Museum między 14/2/2017 a 28/5/2017.

Do muzeum Thyssen-Bornemisza należy zajrzeć także ze względu na ekspozycję płócien Renoira – trwającą jeszcze tylko przez tydzień, bo do 22/1/2017!

Pierre-Auguste Renoir. A nymph by a Stream, 1869-1870. The National Gallery, London.
Pierre-Auguste Renoir, “Nimfa przy źródle”, 1869-1870, The National Gallery, Londyn

Malaga

W Andaluzji warto odwiedzić wystawę Bacon, Freud i szkła Londyńska –

Museo Picasso, 26/04/2017 – 17/9/2017.
Zrzut ekranu 2017-01-15 o 15.04.46


IZRAEL

Jerozolima

W Ziemi Świętej koniecznie zobaczyć trzeba niezwykłą wystawę prac Francisca Goyi : Daydreams and Nightmares

Israel Museum, do 18/4/2017.

Oil on canvas © Madrid, Museo Nacional del Prado
Francisco Goya, “Parasolka”, 1777, Museo Nacional del Prado, Madryt

Czy któraś z naszych propozycji zachęciła Was do weekendu w galerii? Jeśli odwiedzicie którąś ze wspomnianych wystaw, napiszcie do nas koniecznie – my już szukamy lotów do Mediolanu, a Goyę w Jerozolimie część redakcji ma już za sobą i bardzo poleca!

Posted on

Ilias Lalaounis Jewelry Museum (ILJM): od starożytnej Krety do chromosomów

Grecka biżuteria, zarówno ta antyczna, prezentowana w muzeach, jak i współczesna, którą nabyć można u lokalnych złotników, charakteryzuje się zwykle wielką urodą. Długie stulecia obcowania z drogocennymi kruszcami, przywiązanie do ponadczasowych wzorów przy jednoczesnym otwarciu na nowe formy i barwy sprawiają, że w Grecji nietrudno jest stracić głowę (i pieniądze) dla kolczyków, naszyjników czy bransolet.

Naszyjnik z kolekcji hellenistycznej I. Lalaounisa
Naszyjnik z kolekcji hellenistycznej I. Lalaounisa

Co ciekawe jednak, w całej Helladzie działa tylko jedno muzeum biżuterii. Zgromadzone w nim zbiory zaprojektował wybitny twórca, Ilias Lalaounis – reprezentant czwartego pokolenia rodziny złotników pochodzącej z Delf. Jego prace znane są na całym świecie – tworzył projekty na potrzeby produkcji filmowych, a także dla amerykańskiej i europejskiej śmietanki towarzyskiej (chociażby dla Jackie Kennedy Onassis). Dziś najważniejsze z nich oglądać można w ramach kameralnej ekspozycji dostępnej tuż u stóp południowego zbocza Akropolu.

ILJM EXTERIOR VIEW
Wejście do ILJM przy ulicy Kallisperi w Atenach

Podzielona na kategorie chronologiczne wystawa nie tylko prezentuje przekrój prac jubilera, ale także podsumowuje historię biżuterii na przestrzeni tysiącleci. Jakie wzory drogie były elegantkom mykeńskim, a jakie bizantyjskim? Co nosiły szykowne mieszkanki antycznej Krety, co kobiety Wikingów, a co szlachetnie urodzone Arabki? Tego wszystkiego można dowiedzieć się, podziwiając eksponaty w muzeum znanym ateńczykom jako ILJM.

Eksponat z kolekcji "Paleolit – neolit"
Eksponat z kolekcji “Paleolit – neolit”

Jak to z artystami bywa, inspirację znajdują oni wszędzie – nie inaczej stało się w przypadku Lalaounisa. Obok dalekich kontynentów i odległych epok, grecki twórca szukał natchnienia w świecie odkryć naukowych, laboratoriów i cudów biologii. Powstałe w ten sposób projekty należą do najbardziej zwracających uwagę. Przed gablotami z kolekcją DNA, Chaos&Mikrokosmos gromadzą się największe grupy zwiedzających – nieczęsto ogląda się przecież bransolety chromosomów czy kolczyki w kształcie plemników. W połączeniu z historycznymi formami tworzą one fascynującą, iskrzącą złotem biżuteryjną mieszankę, którą zdecydowanie warto zobaczyć podczas wycieczki do greckiej stolicy.

Naszyjnik z kolekcji "Motion in space" ("Ruch w kosmosie")
Naszyjnik z kolekcji “Motion in space” (“Ruch w kosmosie”)

 

Adres: Ilias Lalaounis Jewelry Museum (ILJM), Kallisperi, Athina 117 42, Grecja

Za zdjęcia dziękujemy ©ILJM.

Posted on

Cztery wydania “Lente” – śródziemnomorski rok w jednym zestawie

Zbliża się pierwsza rocznica chwili, w której rozpoczęłyśmy śródziemnomorską żeglugę pod żaglami “Lente”. Z tej okazji mamy dla Ciebie zestaw wszystkich wydań naszego magazynu–albumu – tylko teraz w specjalnej, niższej cenie!

Szczegółowy opis zestawu dostępny jest tutaj: KLIK.

Serdecznie zapraszamy do zakupów i lektury!

Wyrusz z nami w rejs, zaczytaj się w Śródziemnomorzu!