Posted on

Nasze Morze w nas

Pobierz artykuł w formie pliku pdf: Nasze morze w nas

Bez względu na miejsce urodzenia czy pobytu można stać się człowiekiem Śródziemnomorza. Tego się nie dziedziczy, to się zdobywa. Bycie człowiekiem Śródziemnomorza to jedynie cecha, nie zaleta. W grę wchodzi nie tylko historia czy tradycja, geografia czy strony rodzinne, pamięć, dziedzictwo czy wiara. Śródziemnomorze to przeznaczenie.

Predrag Matvejević, Brewiarz śródziemnomorski

 

Polskiemu słowu „Śródziemnomorze” zarzuca się czasem, że jest sztuczne; niektórzy uważają je wręcz za leśmianizm – poetycki neologizm, językową kontaminację. Ma ono jednak zasadniczą zaletę – podkreśla, nie nadużywając głosek i sylab, szczególną cechę pewnego układu kultury, skupionego wokół morza, które staje się tym samym „własne”, wewnętrzne. „Śródziemnomorze” funkcjonuje więc w sposób analogiczny do Braudelowskiego La Mediterranée, odnosząc się z jednej strony do konkretnego obszaru geograficznego, z drugiej zaś do tradycji, której częścią od wieków jest – a może bardziej chce być – tradycja polska.

 

W cieniu latyńskich żagli

Już na przełomie średniowiecza i renesansu dążyliśmy do włączenia, w ramach narracji antropologicznej, naszego kraju i nacji w czasoprzestrzeń starożytności śródziemnomorskiej. Miało to na celu wzmocnienie zarówno poczucia przynależności, jak i pozycji międzynarodowej. W wieku XVI rodzi się mit polskiej etnogenezy; pod koniec siedemnastego stulecia powszechna jest już wiara w sarmackie korzenie Polaków jako dawnych zwycięzców najdzielniejszych antycznych wodzów: Juliusza Cezara czy nawet Aleksandra Wielkiego. Nie tylko stawiamy się z nimi na równi, ale wręcz uzyskujemy przewagę. Jednocześnie nieustannie szukamy potwierdzenia związków z tradycją łacińską, w których upatrujemy przyczyny niepodatności na komunistyczną indoktrynację. Śródziemnomorska tożsamość Polaków stanowić ma przeciwwagę dla powiązań ze Związkiem Radzieckim; opór stawiany sowietyzacji wynika, zdaniem wielu, z silnie zaznaczonej w Polsce obecności tradycji klasycznej. Na początku lat ’60 nakładem wydawnictwa Czytelnik ukazują się Herbertowskie eseje Barbarzyńca w ogrodzie – zbiór o wymownym tytule, gdzie ogród oznacza przestrzeń śródziemnomorskiej kultury, a zastosowana metonimia przypomina Norwidowski „cień latyńskich żagli” – miejsce schronienia, w którym odnajduje się wolność i radość intelektualnego działania, alternatywę dla otaczającej rzeczywistości. W 1982 roku, podczas słynnego kazania w katedrze w Santiago de Compostela, papież Jan Paweł II mówi o sobie jako o synu polskiego narodu (…), synu narodu słowiańskiego wśród Latynów i łacińskiego pośród Słowian. Akt Europejski staje się tym samym jednym z najbardziej rozpoznawalnych tekstów łączących trzy wyznaczniki śródziemnomorskiej kultury obecne w tradycji polskiej: tradycję antyczną i chrześcijańską, mającą swe korzenie w tradycji hebrajskiej.

Pasta zamiast hygge

Porzućmy jednak te rozważania natury historycznej, filozoficznej, kulturoznawczej i literackiej, traktując je jedynie jako konieczne wprowadzenie – wiele miejsca poświęcono im już przecież w rozmaitych opracowaniach akademickich i w licznych publikacjach. Dziś, w końcu drugiego dziesięciolecia XXI wieku, ciekawsza jest być może próba obserwacji stopnia, w jakim w polskiej rzeczywistości – tej zupełnie powszedniej, a więc niezwiązanej z kulturą wysoką – obecny jest śródziemnomorski styl życia, rozumiany jako zespół codziennych zachowań charakteryzujący daną zbiorowość.

Niektóre jego elementy – jak chociażby konsumpcja pewnych dóbr materialnych (na pierwszy plan wysuwają się tu zdecydowanie kwestie kulinarne), zaspokajanie potrzeb estetycznych czy wybrane zachowania rekreacyjne – zaznaczają swoją obecność bardzo wyraźnie. Decyduje o tym przede wszystkim niezaprzeczalna atrakcyjność południowego stylu życia: toczącego się w łagodnym klimacie, celebrującego drobne gesty i codzienne rytuały, opartego o zmysłowe odczuwanie świata. Bez względu na popularność chwytliwych marketingowo koncepcji z Północy – jak duńskie lykke czy hygge– mających zapewnić nam codzienną dawkę optymizmu i dobrej energii, na wakacje ciągle najchętniej jeździmy na greckie wyspy, a nie do Skandynawii; na mającą poprawić humor kolację zamawiamy talerz makaronu, a nie śledzia czy makrelę, zaś przyswojone w ten sposób kalorie spalamy podczas zajęć tanecznych prowadzonych w rytm południowych melodii, jak greckie chasapiko czy andaluzyjskie flamenco.

 

Zmysłów sześć

Zdecydowanie najbardziej pociągającą cechą śródziemnomorskiego stylu życia wydaje się być dla Polaków jego zmysłowość. W zaparowanych okularach, ze skórą przez większą część roku ciasno opatuloną ciepłymi swetrami, funkcjonujemy w oderwaniu od wielu zewnętrznych bodźców doświadczanych na co dzień przez człowieka Południa, a dla nas dostępnych jedynie podczas urlopowych wyjazdów. W naturalny sposób jesteśmy ich spragnieni i ciekawi, a jak wiadomo, to właśnie te dwa elementy stanowią najlepszą motywację do działania i wszelakiej nauki.

Widać to szczególnie wyraźnie na przykładzie południowej kuchni, gdzie w zbliżonym stopniu stymulowany jest zmysł smaku, powonienia, a także wzroku łaknącego intensywnych barw świeżych owoców i warzyw. Według raportu przygotowanego w tym roku przez Makro Cash&Carry przeszło 80% respondentów za swoją ulubioną uważa kuchnię włoską; grecka i hiszpańska także zdobywa coraz więcej zwolenników. Nie dziwi to Tessy Capponi-Borawskiej, chyba największego w Polsce autorytetu w dziedzinie włoskich kulinariów. – Kuchnia śródziemnomorska, a włoska w szczególności, w sposób doskonały łączy prostotę z wielką różnorodnością składników i sposobów przygotowania; szacunek do jakości produktów sprzęga z wielowiekową tradycją.To tłumaczy jej wielki sukces. Capponi-Borawska zwraca przy tym uwagę, że, paradoksalnie, to Polacy są często bardziej otwarci na poznawanie nowych potraw i eksperymenty na talerzu. – Włosi są zwykle przekonani, że ich kuchnia jest najlepsza na świecie – i kropka. Niekoniecznie mają ochotę dowiedzieć się czegokolwiek o smakach typowych dla innych obszarów geograficznych.Wy natomiast chętnie się uczycie, z pasją odkrywacie nowe zapachy i smaki. Dowodem niech będzie chociażby popularność restauracji etnicznych w największych polskich miastach. Andrea Camastra, pół-Włoch, pół-Francuz, współwłaściciel warszawskiej restauracji Senses, specjalizującej się m.in. w kuchni molekularnej, podkreśla też, że Polacy nie tylko wykazują coraz większą znajomość sztuki kulinarnej, ale są też coraz bardziej świadomi jakości produktów. – Pytasz mnie, jak to jest karmić Polaków, a jak Włochów czy Francuzów, ja zaś od razu mam ochotę ci powiedzieć, że nie przepadam za takimi podziałami. Wszystkie kraje borykają się teraz z tymi samymi problemami; komercja i globalizacja zabijają to, co lokalne. Zgadza się jednak, że sporo możemy się jeszcze nauczyć w dziedzinie filozofii slow, wywodzącej się przecież właśnie z południowej Europy. Od wielu lat głównym zadaniem działaczy włoskiego ruchu slowfood jest „ochrona prawa do smaku”, czyli starania mające na celu zachowanie tradycyjnej, charakterystycznej dla danego regionu kuchni w różnych częściach świata. Wspierając małych producentów żywności, przeciwdziała się masowej produkcji, negatywnie wpływającej na jakość pożywienia, a jednocześnie celebruje lokalność. – Polacy powinni wiedzieć, że w przed wiekami liczyły się na świecie tylko dwie kuchnie: francuska i polska właśnie. Warto pamiętać o tym dziedzictwie – dodaje Camastra, zachęcając do odkrywania nowinek ze świata na równi z własną tradycją. Tym bardziej, że w temacie kulinarnym mamy z mieszkańcami Południa pewne cechy wspólne, jak chociażby zamiłowanie do biesiady. – Polacy, podobnie jak Włosi, potrafią cieszyć się każdą chwilą przy stole – mówi mi Enrico Guastella, szef kuchni w warszawskiej restauracji Antich’ Caffè. – Wydaje mi się tylko, że Włosi szybciej się rozluźniają. Polacy bardziej zwracają uwagę na formę i konwenanse, boją się być spontaniczni, zapominając, że przy stole wszyscy jesteśmy równi.

Pewną analogię ze światem smaku i zapachu odnaleźć można w temacie południowej muzyki i rytmu. Nauczycielka tańców greckich Irena Tsermegas z zespołu Ilios przyznaje, że zauważa wśród naszych rodaków coraz większe zainteresowanie kursami, podobnie jak tancerka i animatorka kultury flamenco Alicja Morena, która tłumaczy: Polacy bardzo lubią gorące rytmy. Myślę, że jest to poniekąd substytut słońca, którego ciągle nam brak. Ta naturalna sympatia wobec elementów południowego stylu życia, do których bez wątpienia należy taniec, opiera się jednak w znacznej mierze na stereotypach i uproszczeniach. Ciągle wiele osób trafia na zajęcia, pragnąc nauczyć się „zorby” – tańca, z którym stykają się podczas wyjazdów organizowanych przez biura podróży, a który tak naprawdę nie istnieje, na pewno zaś daleki jest od autentycznej, żywej tradycji – przyznaje Tsermegas. – Musimy pokazywać im, że kroki wykorzystane w filmie „Grek Zorba” są znacznie starsze od tego filmu i od powieści Kazantzakisa, a przede wszystkim, że znacznie przyjemniej wykonuje się je do tradycyjnych melodii. Podobne doświadczenia ma Alicja Morena.

– Ci, którzy zgłaszają się na zajęcia flamenco, oczekują zwykle pląsów w sukni z falbanami, z kwiatem we włosach, do dźwięków lekkiej, „latynoskiej” muzyki. Tylko część wytrwa do momentu, w którym rzeczywiście będzie w stanie zrozumieć istotę flamenco. Dzieje się tak między innymi dlatego, że, jak zauważa Morena, problemem jeszcze ciągle jest dla nas okazywanie emocji. Zmysł słuchu mamy rozwinięty doskonale, nie brakuje nam poczucia rytmu, ale boimy się dotyku, obawiamy nadmiernej ekspresji. – Spontaniczność zdecydowanie nie jest naszą mocną stroną, a to właśnie ona stanowi przecież klucz do „duende”, czyli ducha flamenco. Dlatego nauka tego tańca jest dla nas niczym nauka obcego języka. Jestem jednak przekonana, że wytrwałość i praca przynoszą pożądane efekty. Znam Polki, które otworzyły swoje szkoły flamenco na Półwyspie Iberyjskim i uczą tańca Hiszpanów. Wszystko jest zatem możliwe, trzeba tylko chcieć.

Niełatwa dla Polaków sztuka wsłuchiwania się we własne emocje i dawania wyrazu uczuciom łączy się w sposób oczywisty z trudem walki z mentalnymi ograniczeniami, stanowiącymi obciążenie rodem z minionej epoki. Trenujemy skutecznie nos, podniebienie czy ucho; gorzej z tak zwanym szóstym zmysłem: intuicją, pomysłowością i umiejętnością przewidywania sytuacji. – To nie jest tak, że Polacy są go pozbawieni – mówi Izraelczyk Shai Fogel z przestrzeni coworkingowej Mindspace, otwartej niedawno w Warszawie. – Jednak o ile u Izraelczyków intuicja wyraża się w nieszablonowym myśleniu i ciągłej innowacyjności, o tyle Polacy jeszcze ciągle używają jej głównie do utrzymania głowy na powierzchni, czyli po prostu do przeżycia. Za kilka lat to się zmieni, przestaniecie mieć poczucie, że musicie walczyć o przetrwanie, a energię spożytkować będziecie mogli na twórcze myślenie. Jednocześnie poczujecie się pewniej, zyskując swobodę bycia tak typową dla mieszkańców krajów śródziemnomorskich.

 


Człowiek uczy się całe życie

Nietrudno zauważyć, że wszyscy moi rozmówcy podkreślają naszą ciekawość i chęć nauki, nie najwyżej oceniając polską spontaniczność, kreatywność i bezpośredniość. Nie są to jedyne – a na pewno nie najpoważniejsze! – współczesne sarmackie grzechy, utrudniające nam pełne przyjęcie śródziemnomorskiego stylu życia. Jak mówi Angela Ottone, włoska animatorka kultury, aktorka i reżyserka teatralna, Włosi, ale także Grecy czy Hiszpanie, od wieków cieszą się u nas specjalnymi względami, jednak to otwarcie na Południe wypełniają stereotypy, mity i powierzchowne oceny. – Nie chodzi mi wcale o głębszą znajomość sztuki, literatury czy filozofii. Przeszkadza mi to, że o mojej ojczyźnie myśli się wciąż jako o kraju pizzy, mozzarelli i toskańskiego słońca, a codzienność tego kraju toczy się dziś w zupełnie innych dekoracjach. Warto uświadomić sobie, że ze względu na swoją historię i położenie geograficzne Włochy są dziś obrazem tego, czym za kilka lat stanie się cała Europa: miejscem potrzebującym działań sprzyjających integracji, pracy u podstaw. To ich przede wszystkim trzeba się od Południa uczyć. Nauka ta bez wątpienia będzie trudniejsza od treningów tanecznych czy eksperymentów w kuchni. Adam Zagajewski w wywiadzie udzielonym niedawno Donacie Subbotko z „Gazety Wyborczej” stwierdził, że dzisiejsi barbarzyńcy to ci, którzy do niedawna udawali, że są Europejczykami, specjalistami od filozofii starożytnej, uczniami Tischnera, absolwentami Uniwersytetu Jagiellońskiego. Według wybitnego poety i wnikliwego obserwatora współczesności, polskie barbarzyństwo wyraża się dziś w hipokryzji. Wykazują się nią zresztą nie tylko szeroko pojęte elity, nie tylko mniej czy bardziej cenieni politycy, ale niemal każdy z nas. Czyż nie jest bowiem hipokryzją działanie charakteryzujące się głęboką moralną niespójnością?

Chętnie naśladujemy śródziemnomorskie sposoby spędzania wolnego czasu, ale, wycinając cenne kompleksy leśne, równie chętnie zapominamy, że południowe podejście do świata znajduje swą kwintesencję w uważności i skupieniu. Nie wolno ograniczyć ich do smakowania krewetek; zamiast tego celebrować trzeba raczej nierozerwalny związek człowieka z naturą, bez której nie może on istnieć; dbać o miejsce zamieszkania, pielęgnować małą ojczyznę. Wystarczy spojrzeć, jak mieszkańcy Izraela walczą o szacunek do przyrody, hołubią każdą kroplę drogocennej wody i w każdą sobotę całymi rodzinami pielgrzymują przez pustynię, szukając kwitnących kwiatów i barwnych motyli. Pomstując na polskie wszystko i wszystkich, warto przyjrzeć się, jak młodzi Grecy coraz częściej wracają do kraju z zagranicy, stęsknieni za poczuciem wspólnoty, i nawet złośliwy bloger Pitsirikos, w swych cynicznych i uszczypliwych względem rodaków tekstach, zdaje się podkreślać, że mimo kolosalnych długów i niewątpliwego kryzysu, wszyscy Grecy najchętniej znaleźliby się tam, gdzie po prostu im najlepiej: w domu. To mała ojczyzna jest przecież punktem zakorzenienia, z którego czerpiemy, a jednocześnie plastycznym tworem, który kształtujemy i nad którym powinniśmy sprawować pieczę.

Poza uważnością, szacunkiem do natury i lokalnym patriotyzmem – jedną z najważniejszych płaszczyzn tworzenia międzyludzkich relacji i lokalnych więzi – śródziemnomorski styl życia nade wszystko wyraża się w tolerancji i otwartości, składającej się na głęboki humanizm. Narodził się on zresztą właśnie nad Morzem Śródziemnym; dziś zaś jest czymś więcej, niż tylko nurtem filozoficznym i światopoglądowym opisywanym przez dawnych mędrców. Kiedy na ulicach Warszawy maszerują rozwścieczeni członkowie Obozu Narodowo-Radykalnego, na maleńkiej wyspie Lampedusie Włosi ustawiają się na pomoście z kocami i ciepłą strawą, czekając tych, którzy na tratwach uciekają przed wojną i głodem. Podczas gdy my z uporem szukamy wroga w każdym przybyszu z daleka, Hiszpanie, zaraz po sierpniowym ataku terrorystycznym, organizują barwne obchody święta jednej z barcelońskich dzielnic, Gràcia, zamieniając je we wzruszającą manifestację jedności i solidarności.

Bez wątpienia to wszystko jest dużo trudniejsze, niż niejedno wyzwanie kulinarne czy wyczerpująca lekcja tańca. Matvejević mówi jednak przecież, że bycie człowiekiem Śródziemnomorza nie jest czymś, co się dziedziczy, tylko czymś, co się zdobywa. Zdobywanie implikuje zaś wysiłek, trud i zmęczenie; świadome odrobienie niełatwej i nie zawsze przyjemnej lekcji w miejsce mechanicznego korzystania z przywilejów. W wypadku „słowiańskiego narodu wśród Latynów” największym wysiłkiem może okazać się wyciągnięcie dłoni do drugiego człowieka, zaproszenie do rozmowy, pozwolenie na bliskość współistnienia. Użyczenie latyńskich żagli sobie nawzajem oraz tym, którym żagla zabrakło. Tylko wówczas Śródziemnomorze przestanie jawić się jako neologizm, a stanie się familiarnym określeniem tego, co nie tylko poznane i o-swojone, ale także faktycznie przy-swojone.

  

Korzystałam z monografii „Czy Polska leży nad Morzem Śródziemnym” wydanej przez Międzynarodowe Centrum Kultury Kraków (2012 r.).

TEKST UKAZAŁ SIĘ DRUKIEM W NASZEJ ANTOLOGII ŚRÓDZIEMNOMORSKIEJ “METAMORFOZY”, DOSTĘPNEJ TUTAJ.

Posted on

Metamorfozy – najnowsza publikacja Lente

Wielu pragnie zmian; niewielu pragnie się zmienić. Marzą o zmianie, która zostanie im podana na tacy; o zmianie, którą przeprowadzą za nich inni, najlepiej bezboleśnie, bezszelestnie, a jednak z pozytywnym rezultatem.

Kup już teraz! Książka dostępna jest w naszym sklepie internetowym.

Są też tacy, którzy zmiany wszelkiej unikają jak ognia. Wolą zamknąć się w sprawdzonych trybach codziennej rutyny, choćby nielubianej, bo jest stała, niezmienna, już poznana. Boją się tego, co nowe, bo zmusza do zadawania pytań i szukania odpowiedzi – wysiłku, który kosztuje, czasem boli, ale pozwala dojrzewać.

Morze Śródziemne – ta doskonała szkoła postaw i umiejętności, skarbnica symboli i sprawdzonych wartości – od wieków i bez ustanku pokazuje nam, że rzeczywistość podlega ciągłym przeobrażeniom. Nic nie pozostaje takie samo, wszystko się zmienia, a zmiany te są jedyną składową rzeczywistości, której możemy być w stu procentach pewni. Jednak zmiana nie musi być czymś narzuconym z zewnątrz: zamiast tego, może wypływać z nas samych, wynikać z naszej decyzji. Jest wówczas dużo łatwiejsza do przyjęcia, wzbudza mniejszy lęk i niepokój.

W naszej pięknie wydanej antologii pragniemy zaproponować wspólne przyjrzenie się śródziemnomorskim metamorfozom – od Owidiusza po włoską literaturę dziecięcą, od rewolucji w designie przez niezwykłe tajemnice południowoeuropejskich cykad, od rzymskich ogrodów po grecką rzeźbę, od sekretów śródziemnomorskich pszczół i uzdrawiającego miodu po andaluzyjskie motyle. Analizować będziemy filmową karierę Sofii Loren i Marcella Mastroianniego; poznamy lepiej twórczość Caravaggia, Salvadora Dalí i Élisabeth Vigée-Le Brun. Zagłębimy się w teksty najbardziej inspirujących antycznych filozofów. Podróżować będziemy po zmieniających się Bałkanach, w tym po przechodzącej transformację Albanii; inspiracji do działania szukać na gorącej Krecie. W Maroku poznawać będziemy nową sytuację tamtejszych kobiet, a w Izraelu obserwować ciągłe przemiany Jerozolimy.

 

Więcej informacji, w tym opis treści oraz fotografie wnętrza albumu (twarda okładka, 248 stron, kredowy papier) znaleźć można tutaj.

Razem z całą redakcją serdecznie zapraszam do zakupu… i do porzucenia lęku przed zmianami. Doceńmy je raczej tak, jak koneser docenia dobrą kawę. My zapewnimy do niej najlepszą lekturę! 

Posted on

Tabbouleh z komosy ryżowej z pieczonym fenkułem i granatem

Oczywiście istnieje sporo wariacji tego tradycyjnego przepisu. Zamiast bulguru używa się czasami kuskusu. Niektóre przepisy do listy składników dodają sałatę, ziarna granatu, dodatkowe zioła i rozgnieciony czosnek. W Libanie proporcje pietruszki do bulguru zdecydowanie przechylają się na korzyść natki. W Turcji z rozgniecionego bulguru przygotowuje się podobne danie, kısır, do którego dodaje się natkę pietruszki, pastę z pomidorów, melasę z granatów, sok z cytryny i przyprawy.

 Tabbouleh to jedno z moich ulubionych letnich dań. Jest lekkie i orzeźwiające, można zrobić je szybko i świetnie pasuje do specjałów z grilla. W moim przepisie, zupełnie nieortodoksyjnym, użyłam kolorowej komosy ryżowej, ale możecie zastąpić ją bulgurem lub kuskusem. Sałatkę wzbogaciłam o pieczone w melasie z granatów bulwy kopru włoskiego, dzięki czemu można podać ją bez żadnych dodatków, jako lekki lunch lub kolację w ciepły wieczór.

Tabbouleh z komosy ryżowej z pieczonym fenkułem i granatem

 Porcja dla 2 osób

100 g komosy ryżowej
ziarna z 1/2 granatu
3-4 łyżeczki pistacji
sok z 1 cytryny
1/2 pęczka kolendry, posiekanej
1/2 pęczka pietruszki, posiekanej
1/4 pęczka mięty, posiekanej
sól i pieprz

Pieczony fenkuł:
2 bulwy kopru włoskiego
1 czerwona cebula
łyżka oliwy
łyżka melasy z granatów
sól i pieprz

 

Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni.

Bulwy kopru kroimy na cztery części.

Układamy na wyłożonym papierem do pieczenia naczyniu do zapiekania.

Czerwoną cebulę kroimy na cztery części, układamy obok kopru.

Warzywa skrapiamy oliwą i melasą z granatów.

Posypujemy solą i pieprzem, mieszamy.

Pieczemy przez około 20 minut – aż fenkuł będzie miękki i złocisty.

Komosę ryżową dokładnie płuczemy.

Zalewamy 250 ml zimnej wody, zagotowujemy i gotujemy do miękkości – około 15-20 minut.

W dużej misce mieszamy ugotowaną i przestudzoną komosę ryżową z upieczonymi warzywami, posiekanymi ziołami, pistacjami i granatem. Skrapiamy sokiem z cytryny, doprawiamy solą i pieprzem.

Posted on

Mary Beard, Partenon

To była jedna z moich pierwszych wizyt w Grecji. W upalny dzień jechałam autobusem setki kilometrów, by zobaczyć zbiory sztuki pewnej galerii, naturalnie sprawdziwszy wcześniej godziny otwarcia na jej stronie internetowej. Gdy zawitałam na miejsce, zgodnie z planem, drzwi do muzeum zamknięto mi przed nosem. Wściekła, rozczarowana i rozgoryczona wykrzyczałam strażnikowi: – I dobrze, że tyle skarbów zabrało Wam British Museum! Do dziś pamiętam wyraz jego twarzy, na której malował się najprawdziwszy ból. Wytoczyłam przecież najcięższe działo, jakie mogłam, i głęboko go zraniłam.

 

Książka Mary Beard wydana w Polsce przez Rebis opowiada historię budowli, która legła u podstaw greckiej dumy. Dumy, którą tak bardzo uraziłam. Mamy tu rozważania historyczne i archeologiczne, pozwalające cofnąć się do klasycznych Aten; mamy opowieść o waśniach grecko-brytyjskich, które rozpoczęły się w dziewiętnastym stuleciu i trwają do dzisiaj. Mamy też, a może przede wszystkim, refleksje o tym, czym dla nas wszystkich jest Partenon – najsłynniejsza świątynia w dziejach ludzkości. Brytyjska filolożka, zaliczona do najbardziej wpływowych myślicieli na świecie, jak zwykle nie daje łatwych odpowiedzi, nie ustawia się po jednej stronie. Nie żongluje też ciekawostkami, nie sypie cytatami, nie zamęcza przypisami. Zamiast tego serwuje nam sumiennie skonstruowany esej, który jest równie rzetelny, co prowokacyjny i błyskotliwy. W swej lapidarności z całą pewnością nie wyczerpuje tematu, ale rozbudza ciekawość – tak, jak zasługuje na to jeden z cudów tego świata.

Mary Beard, Partenon, tłumaczył Tomasz Chwałek, Dom Wydawniczy Rebis, Warszawa 2017
Posted on

I Bronzi di Riace – posągi z morza

Jego pierwsze skojarzenie jest makabryczne. Zwłoki? Szybko jednak stwierdza, że w rzeczywistości jest to ramię rzeźby wykonanej z brązu. Usuwa ostrożnie nieco piasku i przekonuje się, że ma do czynienia z kompletnym posągiem przedstawiającym naturalnej wielkości postać mężczyzny. Około dwóch metrów dalej natrafia na drugą podobną rzeźbę. Wzywa kolegów, z którymi nurkował, a wieczorem zawiadamia archeologów z zarządu ds. zabytków starożytnych (Soprintendenza alle antichità) w Reggio di Calabria. Następnego dnia oficjalnie zgłasza okrycie, którego dokonał 16 sierpnia; 21 i 22 sierpnia obydwa posągi zostają wydobyte spod wody przez karabinierów z sekcji płetwonurków w Messynie, którzy używają do tego celu specjalnego balonu.

Odkrycie miało miejsce około 200 metrów od brzegu, na głębokości około 8 metrów. Stan obu posągów okazał się bardzo dobry, na ich powierzchni narosło niewiele osadów i konkrecji. Widoczne były rysy brodatych twarzy, pukle kędzierzawych włosów, muskulatura nagich ciał. Były to ewidentnie rzeźby greckie o niezwykłej wartości artystycznej, którą z pewnością dostrzegli już po pierwszych oględzinach miejscowi archeolodzy. Tak oto morze zachowało prawie nietknięte antyczne brązy, które wkrótce miały dołączyć do grupy stosunkowo nielicznych zachowanych posągów z brązu z epoki starożytnej, jak słynny Posejdon z przylądka Artemizjon, nazywany też Zeusem, czy Woźnica Delficki (Auriga).

 

Wydobycie posągów
Wydobycie posągów, fot. Wikimedia Commons

 

Przywracanie „do życia”

Patrząc dzisiaj na Brązy z Riace, można odnieść wrażenie, że ich twórcom – starożytnym artystom i rzemieślnikom – udało się tchnąć życie w swoje dzieło. Realistycznie oddali modelunek ciała, ukazali mięśnie i żyły pod powierzchnią skóry, nadali ustom cieplejszy kolor dzięki użyciu miedzi, zęby postaci wykonali ze srebra, zaś oczy – z kości słoniowej i wapienia. Postaci dwóch mężczyzn zostały przedstawione w podobnych pozach. Obaj stoją, opierając ciężar ciała na prawej nodze, podczas gdy lewa jest nieco zgięta w kolanie, co powoduje charakterystyczne dla greckich posągów lekkie przegięcie linii bioder. Na lewym ramieniu obie postacie trzymały tarcze, zaś w prawym ręku dzierżyły włócznie. Tarcze ani broń nie zachowały się. Posąg określany literą A przedstawia młodszego mężczyznę, a posąg B – nieco starszego, który pierwotnie miał na głowie koryncki hełm. Jak się obecnie przypuszcza, prawdopodobnie posągi ustawione były symetrycznie naprzeciw siebie. Z obu postaci emanuje swoista żywotność, siła i piękno harmonijnie zbudowanego ciała.

 

Brązy w muzeum w Reggio Calabria
Brązy w muzeum w Reggio Calabria, fot. Wikimedia Commons

 

Obecny doskonały stan obu posągów jest rezultatem długoletnich prac konserwatorskich. Natychmiast po wydobyciu z morza Brązy zostały przewiezione do Reggio di Calabria, gdzie specjaliści z Muzeum Wielkiej Grecji poddali je odpowiedniemu oczyszczaniu i konserwacji. W latach 1975-1980 rzeźbami zajmowało się wyposażone w bardziej nowoczesny sprzęt Centrum Restaurowania Zabytków w Toskanii (Centro di Restauro della Soprintendenza Archeologica della Toscana). W 1980 roku, jako ukoronowanie zakończonych sukcesem prac toskańskich specjalistów, grupa z Riace wystawiana była przez sześć miesięcy w pobliżu Muzeum Archeologicznego we Florencji, po czym wróciła do kalabryjskiego Muzeum Wielkiej Grecji w Reggio.

W roku 1994 ponownie podjęto prace konserwatorskie, które tym razem powierzono Centralnemu Instytutowi Restaurowania Zabytków (obecnie:L’Istituto Superiore per la Conservazione ed il Restauro) z Rzymu. Konieczne okazało się usunięcie ze środka posągów resztek zasolonej przez wodę morską gliny, będącej pozostałością modeli, których starożytni użyli do odlania posągów. Dużych rozmiarów rzeźby z brązu są zawsze puste w środku. Odlewane były metodą „na wosk tracony”. W skrócie polegała ona na tym, że posąg z gliny, stanowiący pierwowzór tego z brązu, powlekano cienką (kilkumilimetrową) warstwą wosku, a następnie ponownie solidną warstwą gliny. Powstawał w ten sposób rodzaj formy. Między dwie warstwy gliny wlewano roztopiony brąz, który wypierał wosk, wylewający się specjalnymi otworami. Brąz przyjmował więc kształty wewnętrznego glinianego modelu. Po zastygnięciu metalu glinę usuwano – tę z wnętrza posągu często przez otwory pod stopami postaci. Jej część jednak zawsze pozostawała w środku. Podczas restaurowania posągów z Riace z każdego usunięto około 60 kg gliny, która służy do dalszych badań, między innymi do zidentyfikowania miejsca jej pochodzenia.

W 1995 roku posągi znowu stanęły w muzeum w Reggio, a w latach 2009-11 były poddawane dalszej konserwacji w otwartym dla zwiedzających laboratorium w Palazzo Campanella, siedzibie regionu. Obecnie znajdują się w częściowo odrestaurowanym Muzeum Wielkiej Grecji, w którym na razie wystawionych jest niestety niewiele eksponatów.

Brązy z Riace, datowane na V wiek p.n.e., tak jak inne greckie rzeźby epoki klasycznej, charakteryzują się stosunkowo niewielką grubością warstwy brązu, na przykład w porównaniu z bardziej masywnymi posągami rzymskimi. Wbrew pozorom są więc niezwykle delikatne i podatne na uszkodzenia. Obecnie wystawiane są w sali o stałej temperaturze i wilgotności, zaopatrzonej w śluzy i filtry usuwające zarazki. Co więcej, umieszczone są na odpowiednio skonstruowanych antysejsmicznych bazach z marmuru.

 

 

Fot. Effems / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Fot. Effems / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0


Dociekania i interpretacje

Choć tak wiele już wiadomo o technice wykonania posągów z Kalabrii, wciąż nie ma pewności co do wielu innych kwestii: kim byli ich twórcy, gdzie były pierwotnie usytuowane, ani też kogo przedstawiały, nie mówiąc już o okolicznościach i czasie ich zatonięcia, które muszą raczej pozostać w sferze domysłów. Brązy pozostają więc pod wieloma względami zagadką. Jest to jednak wspaniała zagadka, której rozwiązywanie jest zapewne dla badaczy niezwykłą przygodą i pasjonującym, choć trudnym wyzwaniem. Każda nowa interpretacja wymaga bowiem znajomości ogromnej liczby zabytków, obszernego materiału ikonograficznego, tekstów źródłowych i prac naukowych. Wielość hipotez na temat Brązów z Riace nie wydaje się czymś negatywnym, przeciwnie, pozwala lepiej poznać szeroki kontekst historyczny, artystyczny i kulturowy, w jakim rzeźby mogły powstać.

Początkowo rzeźby przypisywano Fidiaszowi i datowano je na połowę V wieku p.n.e. Szybko jednak zauważono różnice w ukazaniu obu postaci i stwierdzono, że posąg A został wykonany wcześniej niż posąg B; przeważnie datuje się go na I połowę V wieku. Większość badaczy uważa, że posągi wykonało dwóch różnych artystów. Poza Fidiaszem i jego szkołą wskazywano ogólnie rzeźbiarzy attyckich z V wieku lub ich przedstawicieli – Myrona oraz Alkamenesa, współczesnych Fidiaszowi. Niektórzy autorzy wczesnych hipotez sądzili, że statuy mogły stanowić dary dla sanktuariów, na przykład Ateńczyków dla sanktuarium Apollina w Delfach czy Achajczyków dla Zeusa w Olimpii, ale opinie te nie zostały szerzej przyjęte. Nie przetrwała też próby czasu identyfikacja Brązów jako atletów – zwycięzców tzw. biegu z bronią (hoplitodromos), ateńskich lub attyckich herosów czy założycieli miast lub społeczności (eponimów).

 

Fot. Effems / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Fot. Effems / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

Pod koniec lat 80. pierwszy raz postawiono tezę, że posągi z Riace były dziełem artystów pochodzących z Wielkiej Grecji. Jej autorem był włoski archeolog Sandro Stucchi. On pierwszy zasugerował też, że autorem jednego z posągów mógł być wybitny rzeźbiarz grecki działający na południu Italii – Pitagoras z Region (dzisiejszego Reggio). Pod koniec ostatniego tysiąclecia jeden z amerykańskich archeologów również opowiedział się za „zachodnim”, tym razem sycylijskim pochodzeniem twórców Brązów. Przypisywanie autorstwa posągów rzeźbiarzom z greckich miast Italii i Sycylii oparte jest na solidnych przesłankach. Południowoitalskie i sycylijskie kolonie, założone przez Greków w VIII i VII wieku p.n.e., bardzo szybko przerosły stare metropolie przede wszystkim pod względem ekonomicznym i z powodzeniem konkurowały z Grecją właściwą w dziedzinie urbanistyki, architektury, sztuki, nauki czy literatury.

Wyniki najnowszych badań przeprowadzonych podczas konserwacji Brązów oraz wnikliwa analiza antycznych źródeł pisanych i ikonograficznych pozwoliły włoskim uczonym zaproponować nowe interesujące interpretacje.

Rzymski archeolog Paolo Moreno dowodzi, że Brązy przedstawiają mitycznych wojowników – dwóch spośród wodzów, którzy przewodzili wyprawie „Siedmiu przeciw Tebom”. Przypomnijmy, że była to wyprawa siedmiu wodzów w obronie praw Polinejkesa przeciwko jego bratu Eteoklesowi (chodzi o braci Antygony), mająca miejsce jeszcze przed wojną trojańską i zakończona klęską tych, którzy poparli Polinejkesa. Posąg A miałby być wizerunkiem srogiego Tydeusa z Etolii, zaś posąg B – wieszczka Amfiaraosa, który przepowiedział własną śmierć pod murami Teb. W swej interpretacji Moreno uwzględnił wyniki analizy gliny z wnętrza posągów, wskazujące na jej pochodzenie z Argos na Peloponezie. Przyjmując, że posągi stamtąd pochodziły, uczony przestudiował informacje na temat tego miasta w starożytnych tekstach. Pauzaniasz, autor starożytnego przewodnika po Grecji, opisuje grupę około piętnastu posągów z Argos, przedstawiającą „Siedmiu przeciw Tebom”. Wojownicy z Riace mogli stanowić jej część. Moreno przypisuje rzeźby Ageladasowi z Argos i wspomnianemu już Alkamenesowi tworzącemu w Atenach.

 

Fot. Effems / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Fot. Effems / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

Inną przekonującą hipotezę, nawiązującą do opinii Sandra Stucchiego, wysunął archeolog Daniele Castrizio z Messyny, który uważa posągi z Riace za dzieło twórcy działającego w Wielkiej Grecji – Pitagorasa z Region. Jak podaje Pliniusz Starszy, artysta ten pierwszy umiał oddawać grę mięśni pod skórą oraz lepiej od swoich poprzedników odtwarzał włosy. Takie właśnie cechy kunsztu rzeźbiarskiego odnajdujemy w Brązach z Riace. Castrizio, podobnie jak Moreno, wiąże interpretację posągów z mitycznym wątkiem o synach Edypa. Według niego rzeźby te, wykonane w pierwszej połowie V wieku p.n.e., stanowią grupę statuaryczną przedstawiającą Polinejkesa (statua A) i Eteoklesa (statua B). Argumentem na poparcie tej tezy jest przede wszystkim motyw słynnych braci często pojawiający się na attyckich sarkofagach. Ukazani na płaskorzeźbach mężczyźni, stojący naprzeciw siebie tuż przed bratobójczą walką, są zaskakująco podobni do wojowników z Riace. „I Bronzi di Riace” mogły stanowić ich pierwowzór. W antycznych przekazach można zaś znaleźć wzmianki o tym, że Pitagoras z Region był twórcą posągów Eteoklesa i Polinejkesa. Fakt, że posągi znajdowały się prawdopodobnie w Grecji, może nawet w Argos, nie oznacza, że musiały zostać wykonane przez artystę miejscowego. Mieszkańcy Argos mogli zlecić to zadanie słynnemu i wielce cenionemu rzeźbiarzowi z Wielkiej Grecji.

Pozostaje jeszcze pytanie, w jakich okolicznościach Brązy znalazły się na dnie morza. Ponieważ nie znaleziono wraku statku, który mógł je przewozić, nie wiemy w jakim okresie „odbywały podróż”. Jest jednak dość prawdopodobne, że były transportowane z Grecji przez Rzymian jako łupy lub nabytki antykwaryczne.

 

Fot. Effems / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Fot. Effems / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

 

Inne odkrycia na dnie morza

Większość antycznych rzeźb z brązu bezpowrotnie przepadła, przetopiona głównie w średniowieczu na broń i przedmioty użytkowe. Jak pokazują wykopaliska, po brązowych posągach pozostawały często tylko… palce, które odłamywały się podczas cięcia lub zgniatania posągów przed przetopieniem. Do naszych czasów przetrwało więc stosunkowo niewiele starożytnych posągów z brązu. Z tych zaś, które się zachowały, znaczna część pochodzi z wód Morza Śródziemnego. Prócz wspomnianego już Posejdona (lub Zeusa) z Artemizjon, znalezionego w roku 1927, warto wymienić kilka innych spektakularnych odkryć. W roku 1900 poławiacze gąbek natrafili w pobliżu wyspy Antykithira na starożytny wrak, a w nim na posąg młodzieńca, zwany obecnie Efebem z Antykithiry. Inny posąg młodego mężczyzny, znany jako Efeb z Maratonu (identyfikowany też jako Hermes), został wyłowiony w 1925 roku z Zatoki Maratońskiej. W latach 20. i 30. XX wieku z Morza Egejskiego – ponownie w pobliżu przylądka Artemizjon – wydobyto fragmenty tzw. Jeźdźca, niezwykle oryginalnej rzeźby przedstawiającej małego chłopca jadącego na pędzącym koniu. W 1964 roku u włoskich wybrzeży Adriatyku został znaleziony Zwycięski Efeb, obecnie wystawiany w Muzeum Getty’ego w Kalifornii, znany też jako Atleta di Fano. Jednym z ostatnich niezwykłych znalezisk jest brązowy posąg młodzieńca, tzw. Apoxyomenos, odkryty przypadkowo w 1996 roku w Chorwacji przez nurkującego amatorsko belgijskiego turystę. Co ciekawe, posąg ten został wydobyty z morza dopiero po trzech latach.

Warto jeszcze wspomnieć, że istnym rajem dla archeologów są wraki z Morza Śródziemnego. Odkryto już ponad tysiąc statków i okrętów zatopionych w różnych epokach. Jednym z najsłynniejszych jest niewątpliwie wrak z przylądka Uluburun w Turcji, pochodzący z około 1300 roku p.n.e.

Wydobyte z dna morskiego posągi pokryte są przeważnie grubą warstwą narośli i konkrecji, ale zwykle są kompletne, nieokaleczone, zachowane niemal w nienaruszonym stanie, jak Brązy z Riace. Turkusowe wody Morza Śródziemnego przechowują zapewne jeszcze wiele wspaniałych dzieł sztuki, które niekiedy spoczywają zaskakująco blisko brzegu i na niedużej głębokości, niemal na wyciągnięcie ręki.

Artykuł ukazał się w magazynie o Włoszech “La Rivista” w czerwcu 2015 roku.

Zdjęcie główne: fot. Luca Galli, CC BY 2.0

 

Posted on

10 izraelskich książek, które musisz przeczytać

Długie letnie wieczory sprzyjają nadrabianiu zaległych lektur i niespiesznemu rozkoszowaniu się literaturą. Aby wybór spośród setek wołających o uwagę tytułów był nieco łatwiejszy, przygotowałam bardzo subiektywne zestawienie dziesięciu najlepszych izraelskich książek. To dobra propozycja dla tych, którzy zastanawiają się, jaką powieść spakować do walizki, a także tych, którzy nigdzie nie wyjeżdżają – gwarantuję, że zwiedzicie cały Izrael, nie wstając z fotela!


Etgar Keret, Siedem dobrych lat

Nikogo nie zaskoczy fakt, że zestawienie otwiera Keret, który przez krytyków został okrzyknięty mistrzem krótkiej formy, a przez własną mamę nazwany pisarzem polskim na wygnaniu. Do tej pory nie zdarzyło mu się wydać kiepskiego tomu opowiadań, ten jednak jest wyjątkowo dojrzałą pozycją. Keret opowiada o współczesnym Izraelu przez pryzmat wybranych historii o swojej rodzinie. Siedem dobrych lat to zabawna i pouczająca książka, z którą ciężko się rozstać.

Wydawnictwo W.A.B. 2014, tłumaczyły Agnieszka Maciejowska i Maja Lavergne


Dawid Grosman, Księga gramatyki intymnej

Zeszłoroczny laureat nagrody The Man Booker International Prize za książkę Wchodzi koń do baru wnikliwie opisuje świat wewnętrzny swoich bohaterów. Księga gramatyki intymnej to być może najpiękniejsza książka, jaką czytałam. Historia Aharona, niezwykle inteligentnego i wrażliwego chłopca, zabiera nas z powrotem do czasów dzieciństwa. Powieść Grosmana chwyta za serce i pokazuje, jak trudny jest czas dojrzewania, jednoczesnej walki ze światem oraz samym sobą.

Świat Książki 2015, tłumaczyła Regina Gromacka

 

Amos Oz, Opowieść o miłości i mroku

Każdą książką niekwestionowanego mistrza prozy hebrajskiej, od lat typowanego do literackiego Nobla, można się delektować. Wzruszająca Opowieść o miłości i mroku to bez wątpienia jego opus magnum, dzieło, którego nie można pominąć. Powieść autobiograficzna odtwarza m.in. historię rodziny, tragiczną śmierć matki, a także młodość pisarza i, co szczególnie ważne, burzliwe losy narodu żydowskiego w XX wieku. Książka doczekała się doskonałej adaptacji filmowej w reżyserii Natalie Portman.

Dom Wydawniczy REBIS 2016 (wydanie trzecie), tłumaczył Leszek Kwiatkowski


Rutu Modan, Jamilti

Jamilti to zbiór komiksów cenionej w Izraelu ilustratorki, która ma na koncie współpracę m.in. z Etgarem Keretem. Groteskowe historie jej bohaterów ukazują niełatwą izraelską codzienność w krzywym zwierciadle. Modan doskonale odnajduje się w świecie absurdu: znajdziemy tu przedziwnego mordercę, życie w spokojnym kibucu ze śmiercią w tle oraz zagmatwane opowiastki rodzinne. Szukającym nieco poważniejszych historii polecam jej powieść graficzną Zaduszki, której akcja toczy się w… Warszawie.

Kultura Gniewu 2016, tłumaczyła Agata Napiórkowska


Eshkol Nevo, Neuland

Neuland zabiera nas w podróż w głąb Ameryki Południowej, do której wyruszają bohaterowie. Pisarz przekonuje, że współcześni Izraelczycy muszą zmierzyć się z odreagowaniem służby wojskowej; jak wszyszcy, szukają także swojej drugiej połówki i próbują uporządkować relacji rodzinnych. Powieść odwołująca się do legendy Żyda Wiecznego Tułacza zdaje się być idealną propozycją na lato. Nevo, absolwent psychologii, umiejętnie wykorzystuje wiedzę ze studiów, by tworzyć wyraziste portrety psychologiczne bohaterów swoich książek.

Muza SA 2014, tłumaczyła Magdalena Sommer


Zeruya Shalev, Ból

Głównym bohaterem ostatniej książki najbardziej znanej izraelskiej pisarki jest ból – rozumiany jako niewygodne wspomnienie z przeszłości, postać, która zadaje rany, lub problemy, z którymi należy się uporać. Nerwowa, czasem kompulsywnie prowadzona narracja świetnie oddaje stan wewnętrzny osoby, która mierzy się z przeciwnościami losu. Shalev od lat jest jedną z ukochanych pisarek wielu kobiet, a każda kolejna książka utrzymuje ją w czołówce najlepszych izraelskich twórców.

Wydawnictwo W.A.B. 2016, tłumaczyła Magdalena Sommer

 


Dror Mishani, Chłopiec, który zaginął

Niewiele osób wie, jakim rarytasem w prozie hebrajskiej są kryminały. Jednak i one, choć rzadkie, doczekały się swojego mistrza – jest nim autor trylogii o komisarzu Awim Awrahamie. Pierwsza część opowiada o trudach w śledztwie dotyczącym zaginionego nastolatka. Mishani przedstawia interesującego śledczego – niedoskonałego, pozbawionego geniuszu, sprawiającego wrażenie pogubionego. Książka, po wielkim sukcesie, doczekała się adaptacji filmowej, której premiera miała miejsce wiosną tego roku.

Wydawnictwo W.A.B. 2013, tłumaczyli Anna Halbersztat i Bartosz Kocejko


Sayed Kashua, Druga osoba liczby pojedynczej

Kashua, jako jeden z nielicznych Palestyńczyków mieszkających w Izraelu, tworzy w języku hebrajskim. Celnie i dowcipnie opisuje rozbieżności świata arabskiego i żydowskiego, jednak świadomie unika oskarżeń czy gorzkich refleksji. Druga osoba liczby pojedynczej przedstawia życie dwóch bohaterów, prawnika i studenta, na tle arabskiej społeczności ze Wschodniej Jerozolimy. Zainteresowanym polecam także „Native”, zbiór felietonów Kashui pisanych dla dziennika „Haaretz”.

Wydawnictwo Filo 2014, tłumaczyła Marta Fita-Czuchnowska


Zbiór opowiadań Tel Awiw Noir pod redakcją Etgara Kereta i Asafa Gawrona

Wyjątkowy tom poświęcony jest w całości  jednej z wizytówek Izraela – skąpanym w słońcu Tel Awiwie. Opowiadania w stylu noirprzedstawiają jednak nieznane i złowrogie oblicze miasta, które nagle okazuje się być domem dla przestępców, dealerów i szpiegów, co, oczywiście, czyni lekturę nadzwyczaj intrygującą. Dodatkowym atutem książki jest przedstawienie czytelnikom znanych w Izraelu autorów, których książki dotąd nie ukazały się w Polsce (jak choćby Alex Epstein, Asaf Gawron, Shimon Adaf).

Wydawnictwo Claroscuro 2015, przekład różnych tłumaczy


Sara Shilo, Krasnoludki nie przyjdą

Mam wrażenie, że to najbardziej niedoceniona izraelska powieść. Debiut literacki Shilo jest poruszającą historią rodziny, w której umiera głowa domu. Narracje przejmują kolejno bohaterowie książki – najpierw wdowa, potem jej dzieci. Shilo bezbłędnie portretuje bohaterów i ich rozterki, zręcznie dobierając styl wypowiedzi do każdej postaci. Niestety to jedyne dzieło piekielnie uzdolnionej pisarki. Jeśli jesteś producentem filmowym, to podpowiadam, że Krasnoludki nie przyjdą idealnie nadaje się do ekranizacji.

Wydawnictwo Czarne 2013, tłumaczyła Agnieszka Podpora
Posted on

Daktyle nadziewane tahini

Daktyle to jedne z najdłużej uprawianych przez ludzi owoców. Ich historia sięga starożytnej Babilonii. Na terenach Bliskiego Wschodu i w doliny Indusu palmy daktylowe rosną od tysiącleci, a starożytni Egipcjanie przyrządzali z daktyli wino. Daktylowce były popularną ozdobą w ogrodach na dziedzińcach domów starożytnych Rzymian, nie dawały jednak owoców w łagodniejszym klimacie Italii. Ich liście wykorzystywano jako symbol zwycięstwa podczas obrzędów triumfalnych. Liście palmy daktylowej stanowiły symbol sprawiedliwości i zwycięstwa także w kulturze żydowskiej, np. podczas triumfalnego wjazdu Jezusa do Jerozolimy.

W czasie ramadanu daktyle są często pierwszym pokarmem, który poszczący spożywają po zachodzie słońca. Daktylami nadziewa się słodkie maślane ciasteczka, ma’amoul. W Iraku masą daktylową przekładane są ciastka o nazwie kleicha – pachnące kardamonem i wodą różaną zawijańce, będące najsłynniejszym deserem w kraju. W Egipcie przyrządza się podobne ciasteczka o nazwie ara’eesh agwa.

Daktyle występują w różnych odmianach, bywają ciemnobrązowe, czerwone lub żółte jak miód. Wszystkie są słodkie, o głębokim smaku i przyjemnej, sprężystej konsystencji. Odmiana medjool o barwie ciemnego mahoniu jest najsłodsza i smakuje prawie jak karmel. W związku z tym często stosuje się ją jako zamiennik cukru. Daktyle medjool można dodać do owsianki lub smoothie, zmiksować i dodawać do wypieków albo przyrządzić z nich karmelowy sos. Najprostszym i najszybszym daktylowym deserem są po prostu nadziewane daktyle. Proponuję Wam wersję faszerowaną gęstą pastą z tahini i kokosa. Zamiast tahiny możecie wykorzystać dowolne masło roślinne: orzechowe, migdałowe, z nerkowców lub pistacji. Nadziewane daktyle sprawdzą się też w wersji wytrawnej, np. z miękkim serem pleśniowym i orzechami włoskimi.

 

 


Daktyle nadziewane tahini z sosem malinowym

 

16 daktyli (najlepiej medjool)

1/4 szklanki tahini

1/4 szklanki wiórków kokosowych

łyżeczka cynamonu

1/2 łyżeczka miodu

garść malin

odrobina sezamu, do podania

Umieszczamy tahini w rondelku z grubym dnem i powoli podgrzewamy na małym ogniu.

Dodajemy cynamon i wiórki kokosowe, mieszamy na gęstą pastę.

Zdjemujemy z ognia i odstawiamy do przestudzenia.

Dodajemy miód i ponownie mieszamy.

Usuwamy pestki daktyli i lekko je rozchylamy, możemy pomóc sobie nożem.

Daktyle nadziewamy wystudzoną pastą.

Maliny rozgniatamy lub blendujemy na gęsty sos.

Nadziewane daktyle schładzamy w lodówce przez co najmniej pół godziny.

Jeśli nie zjecie ich od razu, możecie przechowywać je w lodówce przez kilka dni lub zamrozić.

Podajemy z sosem malinowym i sezamem.

Posted on

Palma pierwszeństwa. O drzewie daktylowym

Daktylowiec właściwy, po łacinie Phoenix dactylifera, należy do najstarszych drzew uprawianych przez człowieka. Szczególnie bliski był ludom starożytnego Bliskiego Wschodu, w tym mieszkańcom dzisiejszego Izraela. Rzymski badacz Pliniusz Starszy, żyjący w I wieku naszej ery, twiedził, że to z Judei pochodziły najsłodsze i najsmaczniejsze daktyle. W twierdzy Masada w latach ’60 ubiegłego wieku znaleziono zresztą nasiona daktylowca sprzed 2 000 lat, a jedno z nich, nazwane później Matuzalemem, nawet wykiełkowało.

daktyle nadziewane tahini
Daktyle nadziewane tahini z sosem malinowym – wypróbuj nasz znakomity przepis!

Nazwa rośliny pochodzi ze starożytnej greki: daktylos to daktyl, ale także palec – smaczny owoc być może kojarzył się z tą częścią ciała ze względu na swój podłużny kształt. Łaciński przymiotnik dactylifera oznacza “niosąca daktyle”.

Rzymska mozaika z Tunezji, d Meskens / Wikimedia Commons
Rzymska mozaika z Tunezji, przedstawiająca Nike oznajmiającą Atenie zwycięstwo nad Posejdonem, fot. Ad Meskens / Wikimedia Commons

Daktyle doskonale znali starożytni Egipcjanie, którzy przyrządzali z nich wyśmienite wino; przede wszystkim jednak, za pomocą wyobrażenia palmy daktylowej, oznaczali pełen rok w kalendarzu. Daktylowiec kojarzono też z życiem wiecznym – gałęzie palmowe noszono zwykle w procesjach pogrzebowych. Za swój symbol obrali palmę daktylową Fenicjanie, którzy umieszczali jej wizerunek na monetach. Być może stąd właśnie pochodzi grecki i łaciński rzeczownik oznaczający palmę (Phoenix). Mieszkańcy starożytnej Hellady uważali ją za atrybut Apollina, który urodził się pod daktylowcem na wyspie Delos. Od około 400 roku przed naszą erą gałąź palmową wręczano zwycięzcom zawodów sportowych – zwyczaj ten przejęli później Rzymianie, uznając je za uniwersalny symbol wygranej. Gałęzie daktylowców używano więc podczas triumfalnych pochodów jako znak zwycięstwa, a prawnicy, którym udało się wygrać sprawę na forum, dekorowali nimi bramy swoich domów. Wodzowie, którzy celebrowali już wcześniej triumf, podczas kolejnego mieli prawo do przywdziania eleganckiej togi nałożonej na tunikę zwaną palmata, z wyhaftowanymi liśćmi palmy. Drzewa palmowe chętnie sadzono w eleganckich ogrodach i perystylach. Nierzadko pojawiają się na starożytnych rzymskich freskach, chociażby tych pochodzących z Pompejów.

Święty Sebastian pędzla Andrei Del Sarto – męczennik trzyma w dłoni gałąź palmową
Święty Sebastian pędzla Andrei Del Sarto – męczennik trzyma w dłoni gałąź palmową

 

Jak już wspomnieliśmy, ze wszystkich ludów śródziemnomorskich największą rewerencją obdarzali daktylowiec Izraelici. W Biblii rzeczownik oznaczający daktylowiec pojawia się ponad 20 razy. Z liści palmy Żydzi budowali swoje szałasy w czasie tułaczki po pustyni, a na upamiętnienie tego faktu do dziś stosowane są do konstrukcji szałasów w święto Sukkot. Tamar (daktyl) jest popularnym hebrajskim imieniem żeńskim.

 

Dla chrześcijan gałęzie palmowe są symbolem zmartwychwstania. Według tradycji, to właśnie nimi witano Jezusa wjeżdżającego do Jerozolimy. W chrześcijańskiej ikonografii stanowią atrybut męczenników, odnosząc się do zwycięstwa ich ducha nad słabym i grzesznym ciałem.

 

Zdjęcie główne: palmy w Dubrowniku (Chorwacja), Trish Hartmann / Flickr

 

 

Posted on

Mdina oraz Ta’Doni, Rabat, Malta

Malta jest miejscem naprawdę wyjątkowej urody, jednak przyznam, że zakątkiem, który najbardziej mnie zachwycił, była chyba Mdina, zwana Miastem Ciszy. Ta dawna stolica wyspy wydaje się czekać na miłośników malowniczych obrazków – wąskie zaułki, stare kamienice, kolorowe okna i drzwi, donice z kwiatami. Do pełni szczęścia nic nie brakuje, bowiem swą obietnicę wypełnia także nazwa miejscowości. Jest cicho, spokojnie. Pięknie.

Po spacerze uliczkami Mdiny i wypełnieniu po brzegi fotograficznej kliszy, zamarzymy o filiżance kawy i smakowitej przekąsce. Warto być przygotowanym na tę chwilę, bowiem w okolicy sporo jest nazbyt kosztownych restauracji i mocno turystycznych barów oferujących niezdrowe dania pokazane na wyblakłych zdjęcia. Na szczęście po drugiej stronie bramy miejskiej, w niedalekim Rabacie, czeka na nas urocze Ta’Doni – kawiarnia z lokalnymi przysmakami, w której zakupić można także oryginalne maltańskie pamiątki.


W Ta’ Doni koniecznie zamówcie doskonałą ftirę – pyszny miejscowy chleb, z którego właściciele przyrządzają rewelacyjne kanapki. Mnie do gustu najbardziej przypadła wersja Tat-Tonn z tuńczykiem, pastą pomidorową, kaparami i miętową tapenadą. Zamówiłam do niej tradycyjną maltańską czarną kawę z anyżkowym aromatem. Było pysznie!

 

 

Ta’Doni, 73 Saint Paul’s Street, Rabat, Malta
Posted on

Madeline Miller, Kirke

 

Szuka swojego miejsca między światami – bogów i ludzi. Czarodziejka, kochanka, matka; nieśmiertelna buntowniczka, wiecznie szukająca odpowiedzi, gotowa sprzeciwić się samemu Zeusowi. Kirke.

Za słaba, by żyć wśród tych pierwszych, zbyt potężna, by umierać z drugimi. Tak widzieli ją olimpijscy krewni, jednak mylili się srodze. W swym uporze, wytrwałości i niezłomności okazała się bardziej nieustępliwa, niż mieszkańcy niebios. Czy jednak przyjmą ją do siebie zwykli śmiertelnicy?

 


Najnowsza książka amerykańskiej pisarki Madeline Miller, autorki bestsellera poświęconego Achillesowi, opiera się greckim micie, z pozoru doskonale znanym. O czarownicy skazanej przez Zeusa na wygnanie, warzącej magiczne napary na bezludnej wyspie Ajaja, opowiadał przecież sam Homer w Odysei. Autorce udaje się jednak stworzyć go na nowo – dzięki plastycznemu językowi, kobiecej perspektywie, wieloznaczności przedstawionych postaci. Kirke jest opowieścią o wojnie, którą kobieta toczy z bezwględnym światem mężczyzn; relacją ze zmagań z samą sobą, którą zdaje nam główna bohaterka. Jest historią dialogów, które każdy z nas toczy z własnym sumieniem, pragnieniami i popędami; zapisem wewnętrznej walki, dramatycznych wyborów i wielkiej wygranej, jaką jest zachowanie wierności samej sobie.

 

Hipnotyzująca powieść, po którą musicie koniecznie sięgnąć.

 

Madeline Miller, Kirke, tłumaczył Paweł Korombel, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2018
Posted on

Pienza. Marzenie o ideale

Zanim wrócimy do czasów Piccolominiego, by lepiej zrozumieć to, co naprawdę wydarzyło się tam przed wiekami, spójrzmy na miasteczko dzisiaj. Nawet umiarkowani wielbiciele włoskich klimatów ulegną urokowi Pienzy. Maleńkie uliczki o cudownych nazwach sprzyjają wędrówkom bez celu, prowokują do wizyt w knajpkach i sklepikach z włoskimi smakołykami. Pozwalają odkrywać kolejne ciche podwórka i zaułki niczym z pocztówek; tu toskańska ceramika, tam toskańskie wędliny. Pienza to stolica owczego sera pecorino toscano, którego smak i zapach wypełnia to miejsce. Pecorino powstaje w wielu miejscach we Włoszech, to toskańskie uznawane jest za jednak za jedno z najlepszych. Wyrabiane według tradycyjnych receptur, z aromatycznymi dodatkami, pełne mocy i charakteru. Nie każdemu odpowiada, ale jeśli ktoś w nim zasmakuje, nie umie się już bez niego obejść.

 

Pienza wciąż jest małym miasteczkiem; mieszka tu niewiele ponad dwa tysiące mieszkańców. Spacer bocznymi uliczkami nie zajmie wiele czasu. Prędzej czy później i tak dojdziemy do głównego placu, który wraz z okolicznymi budowlami stanowi serce miasta i to dzięki niemu właśnie Pienza dostała się na listę wyróżnionych przez UNESCO.

 

Czujne oko papieża

Czas wrócić do Eneasza Sylwiusza Piccolominiego, historyczne centrum Pienzy jest z nim bowiem nierozerwalnie związane. Pochodził ze szlacheckiej, ale ubogiej rodziny. Interesował się literaturą, sztuką, historią, geografią i prawem, próbował swych sił w dyplomacji i polityce. Lubił kobiety; mówi się o jego nieślubnych dzieciach. Wielką radość odnajdywał w czytaniu nieco lubieżnych opowiastek, sam też próbował swych sił w tworzeniu podobnych historii i trudno mu odmówić talentu do komponowania tego rodzaju tekstów. Można by rzec: prawdziwy renesansowy humanista. Ale tu dochodzimy do niezwykłego momentu w jego życiu. Długo prowadził życie świeckie, pełne uciech i wrażeń, przez co bywał w konflikcie z Kościołem. Aż tu nagle dojrzał do zmiany. Pojednał się z papieżem i w 1446 roku przyjął święcenia kapłańskie. Miał wówczas 41 lat, był więc mężczyzną dojrzałym i w pełni ukształtowanym. Wydawać by się mogło, że ta zmiana to tylko jakiś polityczny plan. Jednak Piccolomini naprawdę postanowił się nawrócić. Wyeliminował ze swego życia liczne rozrywki, których w Kościele nie pochwalano, przestał zajmować się czytaniem i pisaniem zbyt odważnej literatury. Jego radykalna przemiana nie pozostała niezauważona; jednych niepokoiła, inni widzieli w niej szansę na zmiany w kościelnych strukturach i zwyczajach. Mądry, wszechstronnie wykształcony humanista, wciąż jeszcze w sile wieku, wydawał się właśnie tą osobą, której ówczesny Kościół najbardziej potrzebował. Zaledwie 12 lat później, w 1458 roku, Eneasz Sylwiusz Piccolomini został głową Kościoła, papieżem Piusem II. Krótka była jego droga na tron Piotrowy i niedługie panowanie, zakończone w 1464 roku; sporo się jednak działo w trakcie tych kilku papieskich lat Piccolominiego. Pomińmy milczeniem jego próby zorganizowania wyprawy przeciw niewiernym, skupmy się raczej na tym, co zostało po jego pontyfikacie.


Wielkim marzeniem Piusa II było pozostanie w pamięci potomnych. W tym celu powrócił do miejsca swego urodzenia z zamiarem przekształcenia go w miasto idealne, którego piękno i harmonię już po wsze czasy kojarzyć się będzie właśnie z papieżem Piccolominim. Pienza miała być miastem Piusa II. W 1459 roku zapadła decyzja, by przebudową zajął się architekt Bernardo Rossellino, uczeń i współpracownik Leona Battisty Albertiego, jednego z pionierów i twórców renesansu. Bernardo miał stworzyć miasto doskonałe, niczym z nowego, lepszego świata. Ład architektoniczny, symetria, wyważone proporcje, połączenie piękna z użytecznością –miasto idealne musiało spełnić wiele wymagań. Stworzenie przestrzeni doskonałej od dawna pobudzało wyobraźnię artystów i budowniczych; istnieje wiele traktatów na ten temat, do dziś oglądać można rysunki i obrazy, na których próbowano przedstawić wizję miasta idealnego. Pius II chciał te marzenia wcielić w życie, a miał mu w tym pomóc Bernardo Rossellino. Prace ruszyły, budowniczy bardzo się starał. Kiedy trzy lata później papież postanowił sprawdzić postępy, był pod wrażeniem tego, co zobaczył. Wybaczył nawet mistrzowi wydatki dużo większe niż zakładano; nie tylko kazał wypłacić całą kwotę, lecz także dorzucił premię i drogi prezent. Nic dziwnego: na jego oczach sen stawał się jawą, malutkie Corsignano ubierało się w szaty godne papieża. Pienza wiele obiecywała.


Niedoskonała doskonałość

Niestety, dwa lata później papież zmarł. Ani jego następcy, ani rodzina nie byli zainteresowani kontynuowaniem przedsięwzięcia, doszło do kłótni, przebudowa stanęła w miejscu. Współczesna Pienza jest opowieścią o marzeniu, które zaczęło się spełniać. Historyczne centrum, które przebudował Rossellino, to renesansowa perła architektoniczna. Im dalej od centrum, tym dalej od ideału, choć nie bez wdzięku. Pius II chciał jednak dla Pienzy nie wdzięku i uroku, a potęgi i piękna. W jego kategoriach miasto jest nieskończone, czyli niedoskonałe. W naszym odczuciu jest na swój sposób podwójne, ale to pęknięcie świadczy o prawdzie, życiu i historii. Pewnie wielu architektów wzdychało z żalem, że nie udało się zrealizować miasta idealnego. Nas powinno cieszyć, że możemy chodzić po cudownie nieidealnych uliczkach Pocałunku, Miłości czy Szczęścia, a potem przejść na pełen godności i renesansowego piękna główny plac, przy którym stoi katedra, Palazzo Borgia i Palazzo Piccolomini z niezwykłym ogrodem od strony zewnętrznej. W centrum placu studnia, przy budynkach długie kamienne ławki, na których przesiadują miejscowi, słońce na jasnych kamieniach, spokój i zapach pecorino dobiegający z pobliskich sklepików. Jest w tym miasteczku więcej śladów renesansowej przebudowy, ale to plac przyciąga uwagę ze względu na swój magiczny klimat. Jeszcze tylko spacer główną ulicą, która zwie się Corso Rossellino. Architekt w pełni na nią zasłużył.

O Pienzy można mówić poważnie, architektonicznie i renesansowo. Można też wspominać spacery, degustacje sera i piękne widoki na okolicę. Jedno drugiemu absolutnie nie przeszkadza. I może właśnie na tym polega miasto idealne? Może jednak udało ci się wcielić w życie swoje marzenie, Eneaszu Sylwiuszu z Piccolominich…

 

Wszystkie zdjęcia: Julia Wollner

 

Toskański plan podróży lub toskańskie wspomnienia polecamy spisać w notesie Toskania, który nabyć można tutaj.

Posted on

Neapol z dziećmi – 5 propozycji

 

Moje córki uwielbiają Neapol, w którym bywamy regularnie przynajmniej raz na dwa lata. Mają już swoje ulubione zakątki i ukochane lodziarnie; z radością wracają do niektórych zabytków i wyczekują wizyt w muzeach. Oto miejsca, do których zaglądają najchętniej.

 

  1. Królestwo dzieci: Ospedale delle bambole

Szpital dla lalek, znajdujący się w ścisłym centrum miasta, z wejściem od podwórza niezwykłej urody, to obowiązkowy przystanek dla rodzin z dziećmi. Ta prawdziwa mini-klinika, działająca nieprzerwanie od XIX wieku, pozwala wrócić myślami do czasów dzieciństwa, a także dostarcza pretekstu do rozmowy o zdrowiu, anatomii czy dbaniu o przedmioty. Więcej informacji o tym miejscu znajdziecie tutaj.

Ospedale delle bambole
W Ospedale delle bambole czekają na nas setki lalek

 

  1. Zwiedzanie: stacje metra, szopki na Spaccanapoli i eksperymenty księcia Raimonda

 

Neapol najlepiej zwiedzać na piechotę, odczuwając go wszystkimi zmysłami. W razie drobnego kryzysu można posiłkować się metrem, które dojeżdża we wszystkie najważniejsze punkty miasta, a do tego dostarcza dodatkowych wrażeń estetycznych. Najsłynniejszą stacją jest bez wątpienia Stazione Toledo, zaliczana do najpiękniejszych na świecie; moja rodzina najbardziej lubi przystanek Garibaldi, zaprojektowany przez architekta Dominique’a Perraulta. Uwielbiamy znajdujące się tam futurystyczne schody i instalacje Michelangela Pistoletta.

Neapolitańskie sklepy, szczególnie te na starówce, mogą wydać się zaczarowane
Neapolitańskie sklepy i warsztaty, szczególnie te na starówce, mogą wydać się zaczarowane

Siły zdecydowanie warto oszczędzić na spacer po starówce i uliczkach wypełnionych warsztatami artystów tworzących słynne neapolitańskie szopki. Najwięcej z nich znajduje się na via San Gregorio Armeno. Cała okolica Spaccanapoli, czyli wąskiej, prostej ulicy przecinającej neapolitańską starówkę, wypełniona jest także sklepikami z miejscowym rękodziełem. Maluchy będą zachwycone opowieściami o przynoszących szczęście czerwonych rożkach (cornetti napoletani) i innych amuletach, w produkcji których stolica Kampanii przoduje od stuleci.

Wejście do Cappella Sansevero
Wejście do Cappella Sansevero

Starsze dzieci warto zabrać do kaplicy Sansevero na via Francesco de Sanctis 19. W ramach zwiedzania podziwiać będziemy mogli zachwycającą rzeźbę autorstwa Giuseppe Sanmartina, która przedstawia Chrystusa spowitego w całun – w moim odczuciu najpiękniejsze dzieło sztuki w Neapolu. Dreszcz grozy poczujemy, oglądając eksponaty związane z działalnością księcia Raimonda di Sangro – wynalazcy i alchemika. Według legend, to on, wykorzystując swą znajomość tajemniczych substancji, zamienił w marmur prawdziwy całun okrywający wspomnianą rzeźbę. Bardziej przerażają jednak inne opowieści, wedle których modele anatomiczne należące do księcia, dziś zgromadzone w kaplicy, to tak naprawdę ciała służących artystokraty, w które wstrzyknięto metalizującą substancję.

 

Wejście do miasta pod miastem – Napoli Sotterranea
Wejście do miasta pod miastem – Napoli Sotterranea

 

  1. Krok w przeszłość: Napoli Sotterranea

 

Mali odkrywcy, jeśli tylko nie boją się ciemności, docenią wędrówkę po wielokilometrowych podziemnych korytarzach miasta pod miastem – Napoli Sotterranea. Jest to niezwykłe miasto pod miastem, przez niektórych uważane za lustrzane odbicie stolicy Kampanii, przez innych – za jej prawdziwe serce. Więcej informacji znajdziecie tutaj.

  

Sfogliatelle – najlepsze są właśnie tutaj!
Sfogliatelle – najlepsze są właśnie tutaj!

 

  1. Neapol na języku: lody, sfogliatelle i najlepsza pizza

 

Kalorie spalone podczas wyczerpującej wędrówki po głównym mieście Kampanii warto regularnie uzupełniać, tym bardziej, że Neapol uważany jest za jedną z kulinarnych stolic Europy. Wszak to tu narodziła się uwielbiana przez dzieci pizza! Najlepsza jest chyba w słynnym lokalu Da Michele (via Cesare Sersale 1), gdzie rozkoszom podniebienia oddawała się Julia Roberts w filmie Jedz, módl się i kochaj. Miłośnicy historii mogą też zajrzeć do Brandi (Salita S. Anna di Palazzo 1/2), gdzie, według niektórych, wymyślono tradycyjną pizzę margheritę. Za najstarszy lokal w mieście uważana jest natomiast niezła restauracja Antica Pizzeria Port’Alba (Via Port’Alba 18). Większość miłośników włoskiej kuchni uważa, że jest to wręcz najstasza pizzeria na świecie.

Antica Pizzeria Port'Alba
Antica Pizzeria Port’Alba

 

Na zimne desery warto wybrać się do obleganej przez tubylców i turystów lodziarni Casa Infante na via Toledo 258. Jedno ze śniadań warto zaś spożyć w prawdziwie neapolitańskim stylu, udając się na najlepsze lokalne sfogliatelle, czyli regionalny przysmak w postaci ciastek z ricottą i skórką pomarańczową. Każdy neapolitańczyk potwierdzi, że najlepsze podają u Fratelli Attanasio przy Vico Ferrovia, przy dworcu kolejowym.

siedmioletnia Tullia szaleje w Pompejach
siedmioletnia Tullia szaleje w Pompejach

 

  1. Pompeje, Herkulanum i niezwykłe muzea

 

Moje córki uwielbiają historię starożytną, więc zwiedzanie Pompejów i Herkulanum zaliczają do ulubionych włoskich atrakcji; nie trzeba jednak być miłośnikiem antyku, aby docenić swoisty skok w przeszłość, jaki fundują nam parki archeologiczne w tych miejscowościach pogrzebanych przed wiekami przez Wezuwiusz. Dla małych nóżek bardziej przyjazne wydaje się przy tym Herkulanum, które jest mniejszym stanowiskiem. Podczas wizyty w miasteczku warto udać się do MAV – nowoczesnego muzeum wirtualnego przy via IV Novembre, gdzie życie sprzed wieków przybliżą nam najnowocześniejsze technologie. Rodzice docenią bardziej wizytę w Muzeum Archeologicznym w Neapolu – jednym z najpiękniejszych i najbogatszych na świecie, które, odpowiednio poprowadzeni, pokochają także najmłodsi.

 

Museo Archeologico Nazionale
Museo Archeologico Nazionale

 

Zdjęcie główne: Lia, lat 2 i pół, na neapolitańskiej ulicy
Wszystkie zdjęcia: Julia Wollner
Posted on

Podróż w czasie. Przystanek Cinecittà

Mimo że słynna powieść Henryka Sienkiewicza Quo Vadis zaczyna się od równie sławnego zdania: Petroniusz obudził się zaledwie koło południa i, jak zwykle, zmęczony bardzo (…), ten dzień rozpoczął się dla wielu bardzo wcześnie. Chociaż był dopiero kwiecień i mijała właśnie kolejna rocznica założenia Rzymu, panowała zbytnia duchota, aby spać. Poza tym Kwintus był okropnie zmęczony po wczorajszym suto zakrapianym przyjęciu, a gdy bolała go głowa, nigdy nie był w stanie zmrużyć oka. Za dużo wina, za dużo ostro przyprawionych przysmaków pochodzących wprost z Aleksandrii. Jego przyjaciel Marek naprawdę wyprawił wczoraj niezwykłą ucztę.

Byli przyjaciółmi od dzieciństwa, choć ich życiorysy bardzo się od siebie różniły. Kwintus zajmował się handlem tekstyliami; jego życiowym celem było zostanie dostawcą tkanin dla samego Cezara. Marek robił karierę w wojsku. Kwintus zerknął na przyjaciela, który leżał nieruchomo na ławie obok. Dał mu kuksańca w bok, aby się obudził, ale ten mruknął tylko coś niewyraźnie. Kwintus podniósł się więc i zaczął rozmyślać, co by tu zjeść na śniadanie. Chleb z serem i miodem? Kartagińską owsiankę? Resztki z wczoraj, obficie doprawione garum? W końcu zdecydował się na krótki poranny post, tym bardziej, że z ulicy dobiegał już gwar i harmider, dużo większy niż zwykle – Kwintus z wrodzoną sobie ciekawością postanowił wyjść poza mury swojego domu, aby dowiedzieć się, czym spowodowany był ten okropny zgiełk. Pewnie odczytywać będą nowe rozporządzenie senatu. Już od kilku dni wszyscy szeptali, że w związku z planowaną nową kampanią wojenną, podatki znowu pójdą w górę… A niech to szlag. Marka trzeba chyba jednak obudzić. Pobiegną razem na forum posłuchać, co znowu wymyślili panowie w togach.

Więcej zdjęć w galerii:
Więcej zdjęć w galerii: lente-magazyn.com/plan-filmowy-serialu-rzym-hbo-w-cinecitta


Pociąg do antyku

Idą. Jeden szybkim, marszowym krokiem; drugi, choć lepiej zbudowany, z piękną sylwetką zawodowego żołnierza, wygląda na mocno zaspanego. Obserwuję, jak w krótkich tunikach wychodzą z uliczki z prawej strony placu. Wbrew pozorom, nie jesteśmy wcale gdzieś daleko w przeszłości. W kieszeni mam przecież telefon i kartę kredytową. Owszem, jest okropnie gorąco. Jedynym miejscem, gdzie można skryć się przed upałem, są schody świątyni Jowisza Najlepszego Największego, wznoszącej się nieopodal miejsca, w którym odczytuje się dekrety i obwieszczenia. Od nadmiaru słońca jest mi ciut niedobrze, mimo że nie zajadałam się dzisiaj garum – słonym i zapewne okropnie cuchnącym sosem ze sfermentowanych ryb, który przed wiekami używano trochę jak dzisiejszy ketchup. Obok mnie zasiada elegancki mężczyzna, krzyczący coś do swojej komórki. Czy już wszystko mi się pomieszało przez ten upał? Krótkie tuniki obok iphone’ów? Otóż nie. Nie wsiadłam w wehikuł czasu, tylko w zwykle, rzymskie metro linii A, które z Piazza di Spagna zawiozło mnie wprost do jednego z najsłynniejszych studiów filmowych świata: Cinecittà. Po drodze do starożytnego Rzymu obejrzałam jeszcze ulicę znaną mi z filmu Gangi Nowego Jorku i spędziłam kilka chwil w borgo medievale, średniowiecznej osadzie, która w zależności od kaprysu filmowców zamienia się w Asyż, Weronę lub jedno z toskańskich miast; Gabriele Muccino kręci tu teraz swoją wersję Romea i Julii. Szkło zastępuje plastik, a potężne budowle są puste w środku. Z zewnątrz wyglądają jednak imponująco i tak prawdziwie, że moje udo, wystające spod kusych spodenek, jest już czerwone od szczypania. Co chwilę muszę upewniać się, czy nie doznałam pomieszania zmysłów.

Więcej zdjęć w galerii:
Więcej zdjęć w galerii: lente-magazyn.com/plan-filmowy-serialu-rzym-hbo-w-cinecitta

Scorsese i Via Sacra

Wizyta w Cinecittà jest wspaniałą przygodą, bez względu na to, czy jesteście miłośnikami historii, czy nie, czy interesuje Was archeologia i antyczne zabytki, czy też macie je w zupełnym poważaniu. Amatorzy srebrnego ekranu z przyjemnością zwiedzą zapewne ekspozycję w tutejszych pawilonach, podziwiając dekoracje wnętrz z różnych epok, piękne, ręcznie szyte kostiumy, niezliczoną ilość rekwizytów. Tęskniący za dalekimi wyprawami docenią chwile spędzone w łodzi podwodnej, odtworzonej w najdrobniejszym szczególe. Miłośnicy włoskiego kina przysiądą na kilka minut, aby wziąć udział w projekcji jednego z filmów dokumentalnych – bezcenne jest w końcu usłyszeć, jak Martin Scorsese narzeka z przekąsem na włoski bałagan i zamęt! Nie lada atrakcją jest nawet wizyta w toalecie, która w niczym nie przypomina klasycznej muzealnej ubikacji.

Zdecydowanie największe wrażenie robi jednak ogromny plan filmowy serialu Rzym, emitowanego także w Polsce przez HBO. To właśnie tu wydawało mi się, że zobaczyłam mężczyzn w tunikach, mimo że koło mnie siedział pan w eleganckim garniturze. Sugestywnie, z ogromną dbałością o detale, odtwarza on wygląd Wiecznego Miasta kilkadziesiąt lat przez narodzeniem Chrystusa, a dokładnie – w czasach Juliusza Cezara. Podczas zwiedzania możemy przejść się słynną rzymską Via Sacra, podziwiać Basilica Iulia, poczuć jak zwycięzcy wodzowie pod łukiem triumfalnym i poprosić o szczęście w miłości samą boginię Wenus w jej eleganckiej świątyni. Kilka kroków dalej czeka na nas brudna i gwarna Suburra, czyli dzielnica biedoty, pełna kamienic czynszowych, warsztatów rzemieślniczych i niebezpiecznych zaułków. Termy, świątynie, wille i kolumny wzniesiono z drewnianych paneli i nowoczesnego polistyrenu – tworzywa sztucznego, wykorzystywanego m.in. do produkcji styropianu. Zadziwia kolorystyka budowli – wielu zwiedzających spodziewa się przecież reprodukcji miasta ze złota i białego marmuru, a nie intensywnej czerwieni, zieleni, błękitu i ochry… Z zaskoczeniem odkrywają, że stolica starożytnego świata przyobleczona była w krzykliwe barwy, które dziś wydają się co najmniej kiczowate. Kolorowe fasady zdają się podkreślać to, co widzowie serialu Rzym pamiętają doskonale: chaos i okrucieństwo. Mieszkańcy ówczesnej Urbs stykali się z nimi na co dzień, zarówno ci wysoko urodzeni – Cezar i jemu podobni – jak i członkowie niższych klas społecznych – w filmie Lucjusz Vorenus i Tytus Pullo, w mojej wyobraźni: Kwintus i Marek. Rzym był ojczyzną senatorów i niewolników; bajeczny przepych sąsiadował tu ze skrajnym ubóstwem. Wszystkie te elementy doskonale odzwierciedla scenografia stworzona przez Josepha Benetta w samym sercu współczesnej włoskiej metropolii. Spacer po rozległym Forum i chwila refleksji w wąskich zaułkach dostarczają emocji nie mniejszych, niż wizyta na prawdziwym rzymskim Palatynie, przy Panteonie czy pod Koloseum. Śmiem nawet twierdzić, że większych – naszym oczom ukazuje się świat dokładnie taki, jak postaciom znanym z kart historii, nie nadszarpnięty zębem czasu. Poza tym, gdy wchodzić będziemy na teren ekspozycji, czeka nas jeszcze jedna niespodzianka. Jeśli przewodnik pozwoli, zatrzymajmy się na moment i wzorem bohaterów z najsłynniejszych kinowych przebojów szepnijmy Good to see you again, old friend. Bring me fortune! (‘Dobrze znów cię widzieć, stary przyjacielu. Przynieś mi szczęście!’),  łapiąc za palec u nogi pomnik Marsa, boga wojny. Jeśli wiecie, z jakiego filmu pochodzą te słowa, na pewno mnie zrozumiecie.

 

Wielki włoski reżyser Federico Fellini, zapytany, w jakim mieście na świecie najchętniej by zamieszkał, odpowiedział: – W Cinecittà.
Wielki włoski reżyser Federico Fellini, zapytany, w jakim mieście na świecie najchętniej by zamieszkał, odpowiedział: – W Cinecittà.


Skok w przeszłość

Julia Wollner rozmawia z Francescą Di Marzo, przewodniczką po Cinecittà

 

Kto odwiedza Cinecittà? Dałabyś radę opisać typowego gościa Waszego studia?

Może być ciężko, bo Cinecittà jest miejscem, które odwiedza wiele rodzajów osób. Mamy tu bardzo dużo rodzin, miłośników kina albo zwykłych ciekawskich. Zwykle są w wieku między 25 i 50 lat, a większość z nich tylko bardzo ogólnie zna historię tego miejsca. Oczywiście bardzo dużą częścią publiczności odwiedzającej najważniejsze włoskie studio filmowe są obcokrajowcy.

Jak odwiedzający reagują na ekspozycję, dzięki której mogą przenieść się dwa tysiące lat wstecz? Zdarzają się reakcje dziwne lub zabawne, albo nieoczekiwane?

Bardzo lubię obserwować zdziwione miny gości, gdy wchodzimy razem na plan starożytnego Rzymu. Wszyscy mówią Łaa, niesamowite, wspaniałe!, we wszystkich językach świata. Najbardziej jednak rozczuliła mnie reakcja pewnego sześcioletniego chłopca, który powiedział: A więc Cinecittà to taki wielki wehikuł czasu! To była dla mnie wielka satysfakcja.

Dlaczego jednak wehikuł nie może zabrać nas w inne zakątki starożytnego świata? Przecież kręcono tu wiele innych filmów, których akcja rozgrywała się w starożytności, jak chociażby Ben Hur czy Kleopatra.

Wszystkie dekoracje w Cinecittà są, od zawsze, owocem pracy wielkich scenografów, którzy jako głównego materiału używają kartongipsu i włókna szklanego, a także drewna i metalu do produkcji konstrukcji podtrzymujących. Są to więc materiały, które tylko przez kilka lat są w stanie wytrzymać ciągłe zmiany pogody. Wiele scenografii zostaje zdemontowanych po zakończeniu zdjęć; tak było na przykład w wypadku imponujących dekoracji Johna DeCuira,zbudowanych na potrzeby filmu Kleopatra   (1963) z Liz Taylor. Z Ben Hura (1959) został natomiast tylko wielki kolos, wysoki na ponad 15 metrów, który widoczny był w znanej scenie wyścigu rydwanów i który jest okresowo restaurowany.

Scenografia “Rzymu” jest bardzo sugestywna i pokazuje nam, jak Wieczne Miasto mogło rzeczywiście kiedyś wyglądać. Ciekawa jestem, czy budowa dekoracji odbywała się w sposób bardzo nowoczesny czy też zbliżony do metod budowy antycznych Rzymian?

Angielsko-amerykańska firma produkcyjna HBO zdecydowała się na to, aby te wspaniałe, wielkie dekoracje przedstawiające starożytny Rzym powstały właśnie w Cinecittà, bo tylko tutaj możliwe jest idealne połączenie rzemieślniczych i nowoczesnych metod budowy. Struktury nośne świątyń zrealizowano szybko, za pomocą wielkich dźwigów, zaś dekoracje, kolory, tynki itp. malowane były ręcznie, wykonywane za pomocą odlewów gipsowych i ozdabiane przez artystów.

Ile osób pracowało nad stworzeniem planu filmowego do serialu Rzym?

Około 400, a wśród nich scenografowie, robotnicy, technicy i artyści dekorujący świątynie. Aby stworzyć dwa hektary dekoracji, które dzisiaj możemy podziwiać, potrzeba było około 9 miesięcy. W chwili obecnej jest to największy plan na terenie Cinecittà i zarazem jeden z największych, jakie kiedykolwiek wzniesiono.

Ciekawi mnie, gdzie ukrywają się kable, rozmaite instalacje, rury? W ogóle ich nie widać.

Metalowe rury, będące szkieletem każdej scenografii, są… właśnie szkieletem, a więc czymś ukrytym. Gdyby uważny zwiedzający bardzo chciał znaleźć ich elementy, mógłby wyszukać jakiś fragment metalowej struktury za którymś z okien. Oczywiście, podczas kręcenia filmu, bardzo uważamy, aby nie było ich widać. Jeśli chodzi o kable elektryczne, układa się je i chowa dopiero podczas zdjęć, a zaraz po ich zakończeniu demontuje, aby uniknąć wypadków, które mogłyby spowodować pożar całej scenografii i zniszczyć ją w ciągu kilku minut.

Czy to prawda, że cały brud, który widzimy na planie, jest naturalny? Czytałam gdzieś w internecie, że podczas zdjęć, za każdym razem, gdy coś spadało ekipie na ziemię, zostawało tam; w ten sposób dekoracje zapełniły się resztkami jedzenia, kurzem i pyłem.

Tak, rzeczywiście – to taki praktyczny sposób, aby plan wyglądał jak najbardziej prawdziwie. Szczególnie w wypadku rekonstrukcji uliczek Suburry i tamtejszych kamienic czynszowych, w których mieszkał lud Rzymu. Przecież wtedy nie istniały firmy oferujące usługi utylizacji śmieci! Jedynie Forum, czyli najważniejszy plac w całym antycznym świecie, utrzymywano w czystości i porządku.

Zastanawiam się też, czy producenci serialu zdecydowali się kręcić go właśnie tutaj ze względu na bliskość prawdziwego Rzymu? Na dobrą sprawę jest to przecież dzisiaj zupełnie inne miasto, nowoczesna metropolia…

HBO zdecydowało się kręcić Rzym w Cinecittà dlatego, że tutaj pracują najlepsi scenografowie na świecie. Mogli zrobić to w Hollywood, ale rezultat nie byłby tak dopracowany w każdym szczególe. Nawet Martin Scorsese, kiedy nakręcił tu Gangi Nowego Jorku (2001), powiedział: Zdecydowałem się nakręcić ten film w Cinecittà, bowiem pracują tu artyści będący godnymi spadkobiercami Michała Anioła i Leonarda da Vinci i którzy są w stanie stworzyć prawdziwe dzieła sztuki.

Czy praca tutaj zmieniła jakoś Twój odbiór Rzymu? Czy inaczej patrzysz teraz na swoje własne miasto?

Czuję się bardzo wyróżniona, mogąc tutaj pracować. Dobrze znam moje miasto – to prawdziwe – i jego starożytne zabytki, jednak teraz mam także możliwość wykonania codziennego skoku w przeszłość tu, w w Cinecittà, i przeżywać Rzym takim, jaki był w przeszłości. Towarzyszenie zwiedzającym, opowiadanie historii najważniejszego studia filmowego Włoch wypełnia mnie dumą. Kino jest wielkim źródłem dochodu dla mojego kraju i jestem zaszczycona, że mogę opowiadać o nim tym, którzy chcą mnie słuchać.

Jakich rad mogłabyś udzielić turyście wybierającego się do Cinecittà? Czego nie powinien przeoczyć? Na co warto zwrócić uwagę?

Radzę przede wszystkim zadawać jak najwięcej pytań przewodnikowi, który będzie Wam towarzyszył. Jest tyle zakulisowych opowieści i drobnych anegdot, które z przyjemnością opowiemy najbardziej zainteresowanym zwiedzającym! To, czego naprawdę nie można pominąć, to wizyta wśród kamienic na planie starożytnego Rzymu. Te wąskie uliczki można oglądać tylko w Pompejach i Herkulanum, podczas gdy tutaj perfekcyjnie je zrekonstruowano i udekorowano w tych samych kolorach, jakie obejrzelibyśmy dwa tysiące lat temu. Tego nie wolno przegapić!

 

 

Powyższy tekst ukazał się drukiem w magazynie “La Rivista” wiosną 2013 roku. Niestety w lipcu 2018 roku spora część scenografii serialu Rzym w rzymskim studiu filmowych została zniszczona w wyniku groźnego pożaru.

https://youtu.be/kdJsVsV2kVI

Posted on

Plan filmowy serialu Rzym HBO w Cinecittà

Na potrzeby serialu Rzym w 2003 roku zbudowano największą scenografię w dotychczasowej historii kinematografii. Plan zdjęciowy rozciągał się na powierzchni blisko pięciu akrów; oprócz tego ujęcia kręcono również w sześciu wielkich halach. Skonstruowana przez scenografów makieta Forum Romanum była repliką oryginalnego obiektu w skali 1:60. Wszystkie dekoracje tworzące plan filmowy serialu Rzym malowano ręcznie.

 

Posted on

Malta. 5 praktycznych informacji

Transport publiczny

To, że na Malcie obowiązuje ruch lewostronny, wie prawie każdy. Nie oznacza to jednak, że podróżowanie po wyspie nie kryje już żadnych niespodzianek. Co powiecie na przykład na ronda malowane wprost na jezdni? Od wypożyczających samochód jeżdżenie po Malcie wymagać będzie wyjątkowego skupienia; od wybierających autobusy – pamiętania, że przystanku należy szukać po innej stronie, niż w rodzinnym kraju. Sieć autobusowa jest na Malcie nieźle rozwinięta, choć większość mieszkańców narzeka, że komunikacja publiczna jest niepunktualna i zatłoczona. Mnie na szczęście nie zdarzyło się nigdy czekać na autobus dłużej niż kilka minut względem rozkładu. Jednorazowy przejazd kosztuje 2 euro, dlatego też warto zaopatrzyć się w bilet tygodniowy. W prawie każdy zakątek wyspy dojedziemy autobusami z pętli przy bramie miejskiej w Valletcie, którą warto obrać za punkt orientacyjny.

Na Malcie działa kilka aplikacji taksówkowych; nie ma natomiast Ubera. W najpopularniejszych punktach turystycznych i na lotnisku skorzystać można z usług kiosku, w którym z góry opłacimy przejazd taksówką (na podstawie rozpiski zawierającej poszczególne miejscowości i atrakcje). Trudniej o taksówkę może być na Gozo, gdzie najlepiej sprawdza się zaczepienie tubylca – zwykle któryś z jego znajomych świadczący usługi przewozowe zjawi się w ciągu 2-3 minut.

Woda

Oto jedna z największych maltańskich niespodzianek, szczególnie dla tych z nas, którzy przyzwyczajeni są już do picia wody z kranu i bojkotowania niedobrych dla środowiska butelek plastikowych. Bieżąca woda na wyspie jest bezpieczna dla zdrowia, ale smak ma zdecydowanie “alternatywny” – mówiąc krótko, jest po prostu… słona. Pozyskiwana jest bowiem bezpośrednio z Morza Śródziemnego i chociaż poddaje się ją procesowi odsalania, to nie pozostawia ona wątpliwości co do swojego pochodzenia.

Cena wody butelkowanej waha się od kilkudziesięciu centów w tzw. convenience store po nawet 3 euro w kawiarni czy restauracji. Co więcej, w szerokiej dystrybucji dostępna jest nie woda mineralna, ale stołowa, która także może nie spełnić oczekiwań konsumenta o wrażliwszym podniebieniu.

Przed wyjazdem zdecydowanie warto zaopatrzyć się we własną butelkę z filtrem lub przygotować na większe wydatki i przerwę od proekologicznych zachowań.

Cudowna, ciepła woda zaprasza do morskich kąpieli. Z piciem może być trochę gorzej.
Cudowna, ciepła woda zaprasza do morskich kąpieli. Z piciem może być trochę gorzej.

 

Sklepy

Na Malcie bardzo popularne są tzw. convenience stores – wielobranżowe sklepy oferujące najbardziej potrzebne produkty. Są one dosyć kosztowne, a wybór w nich nie jest szczególnie bogaty. Asortyment w sklepach specjalistycznych jest raczej uboższy niż w Polsce, a ceny wyższe (przykładowo, za farbę do Włosów marki L’Oreal w drogerii w Warszawie zapłacimy około 25 złotych, w Valletcie – 20 euro). Sklepy odzieżowe popularnych międzynarodowych marek są znacząco mniejsze, niż w innych krajach.

 

Odyseja, Palmowy zagajnik i W poszukiwaniu straconego czasu

Na Malcie każdy prawie budynek, a wręcz każde wejście do niego opatrzone jest osobną nazwą własną. Nie są to oznaczenia zabytków ani nazwy instytucji, ale określenia nadawane przez właścicieli mieszkań. Naszą uwagę przykują tabliczki w rozmaitych językach: od francuskiego i angielskiego po grecki i hebrajski (rzeczownik”Shalom” wydaje się szczególnie lubiany). Otrzymując maltański adres z poetycką nazwą na początku, warto wiedzieć, że niekoniecznie szukać będziemy hotelu, pensjonatu czy domu wypoczynkowego, a być może zupełnie zwykłego prywatnego mieszkania.

 

Malowane na rozmaite barwy drzwi do maltańskich mieszkań zaskakują często poetyckimi nazwami.
Malowane na rozmaite barwy drzwi do maltańskich mieszkań zaskakują często poetyckimi nazwami.

 

Elektryczność

Poza wspomnianym na początku ruchem lewostronnym, drugą ważną pamiątką po czasach bliskich związków z Wielką Brytanią są na Malcie gniazdka elektryczne. W większości hoteli i kwater prywatnych adaptery do europejskich wtyczek dostaniemy za darmo; za grosze można je także nabyć na ulicznych straganach. Uwaga na przejściówki oferowane w sklepach na lotnisku: kosztują blisko 20 euro, a nie rozwiązują wszystkich problemów, bo często nie są dostosowane do grubych wtyczek suszarek do włosów czy laptopów.

Zdjęcie główne: port w Marsaxlokk, fot. Julia Wollner
Posted on

Marcellus. Pozory lubią mylić

Po kilku godzinach towarzystwo podjęło decyzję, że udajemy się na kontynuację zabawy w mieszkaniu tegoż młodzieńca. Nie wzbudziło to mojego entuzjazmu – wyobrażałam sobie, że trafimy do obskurnej kawalerki, w której walać się będą puste pudełka po pizzy, a w kątach chować się będą karaluchy. Jednak przyjaciele usilnie namawiali mnie na pójście z nimi i tak też w końcu uczyniłam. Jakież było moje zdziwienie, gdy wspięliśmy się już na wysokie piętro antycznej kamienicy, w której mieszkał ów kolega-flejtuch…

Moim oczom ukazał się apartament urządzony z pałacowym przepychem, rzęsiście oświetlony przez kryształowe żyrandole. Po schodach (apartament był kilkupoziomowy) krążyli kelnerzy, którzy roznosili gościom Prosecco i drobne, acz wyrafinowane przekąski. Salon, w którym kusiły fotele w stylu sama nie wiem którego Ludwika, łączył się z obszernym tarasem. Zdobiła go niewielka fontanna, a tuż obok roztaczał się najpiękniejszy widok, jaki kiedykolwiek widziałam, stojąc na balkonie domu mieszkalnego. Antyczny Teatr Marcellusa znajdował się dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Dbając o prywatność mojego kolegi-niechluja nie wyjawię Wam jego nazwiska; powiem tylko, że okazało się, iż jest on spadkobiercą gigantycznej fortuny i nosi nazwisko słynne w całym świecie. Dzięki niemu i tamtemu wieczorowi nauczyłam się dobitnie, że pozory lubią mylić. Z pozorami do dziś kojarzy mi się także Teatr Marcellusa.

Ta okazała budowla bywa nazywana Małym Koloseum, a jej podobieństwo do symbolu Rzymu wprowadziło w błąd niejednego turystę – wielu z nich fotografuje się na tle zabytku w przekonaniu, że oto udało im się zrobić piękne zdjęcie Amfiteatru Flawijskiego. Konstrukcja ta jest przy tym nie mniej niż Koloseum fascynująca i stanowi jedyny teatr w Rzymie, który do dziś zachował swój wygląd zewnętrzny w prawie niezmienionym stanie. Szacuje się, że pomieścić mógł on między 10 a 14 tysięcy widzów. Dla porównania, Koloseum gościć mogło przynajmniej 45 tysięcy osób.  Zbudowano go natomiast kilka dziesięcioleci wcześniej: otwarcie nastąpiło prawdopodobnie w 13 roku p.n.e.  Nazwa teatru nawiązuje do Marcellusa – ukochanego siostrzeńca cesarza Augusta.

Marcellus (dla Włochów Marcello, dla starożytnych – Marcus Claudius Marcellus) urodził się w 42 roku przed Chrystusem. Był, jak się dziś wydaje, bambino prodigio, czyli cudownym dzieckiem, obdarzonym niezwykłą inteligencją oraz nieprzeciętną urodą. W wieku zaledwie kilkunastu lat odbył ważną wyprawę wojenną jako trybun wojskowy, a następnie piastował urząd najwyższego kapłana; zaraz później mianowano go edylem. W międzyczasie poślubił jedyną córkę Augusta, piękną Julię. August traktował go jak ukochanego syna, którego nigdy się nie doczekał, i widział w nim swego godnego następcę.

Przed Marcellusem od najmłodszych lat otwierały się same wspaniałe możliwości, a przyszłość wydawała się bardziej niż świetlana. Niestety pozory lubią mylić. Marcellus nie miał jeszcze dwudziestu lat, gdy, podczas pobytu w wypoczynkowej miejscowości Baje, zupełnie niespodziewanie zachorował i… zmarł. Czy stała za tym zazdrosna cesarzowa Liwia, która marzyła o równie błyskotliwej karierze politycznej dla swojego syna Tyberiusza? Tego nie dowiemy się już pewnie nigdy. Wiemy natomiast na pewno, że śmierć Marcellusa złamała serce jego matce Oktawii. O tragedii pisał w swoim arcydziele sam Wergiliusz (zerknijcie do VI księgi Eneidy),  zaś zrozpaczony August wyprawił siostrzeńcowi iście królewski pogrzeb. Niedługo później zarządził wybudowanie teatru na jego cześć. Efekty możemy podziwiać do dziś.

Spacer w okolicy teatru oraz położonego tuż obok portyku Oktawii  może być równie zwodniczy, jak lektura życiorysu młodego członka rodziny cesarskiej. Niebieskie rzymskie niebo, romantyczna biel kolumn należących do stojącej tu przed wiekami świątyni Apollina i Bellony, pyszne włoskie gelato w ręku i gotowi jesteśmy uwierzyć, że trafiliśmy wprost do raju. Niestety – to znowu tylko apparenze. Wystarczy wspiąć się schodkami w kierunku Via Del Portico d’Ottavia, aby odkryć, że znajdujemy się w sercu rzymskiego getta, w którym w dniu 16 października 1943 roku rozpoczęła się masowa deportacja Żydów do obozów koncentracyjnych. Wydarzenia te upamiętnia tablica na Largo 16 Ottobre 1943.

Oby historia nigdy więcej nie uczyła nas już w ten sposób, że pozory lubią mylić.

 

Posted on

Osiem i pół miliona proroków. O esejach Amosa Oza

Kim jest fanatyk? Amos Oz przedstawia go dość karykaturalnie: jest wyzbyty egoizmu, gdyż interesuje się tylko drugim człowiekiem i ocaleniem jego duszy. Jest też wspaniałomyślny, albowiem pragnie zmienić wszystkich na swój obraz i podobieństwo. To człowiek, który żyje w czarno-białym świecie, gdzie dobrzy są przeciwko złym. Fanatyk potrafi liczyć tylko do jednego, ponieważ chce, by wszyscy byli identyczni. Marzy o tym, by ludzie maszerowali razem, trójkami, drogą prowadzącą ku jutrzence wyzwolenia, takiego czy wręcz przeciwnego. Krótko mówiąc, fanatyk to chodzący wykrzyknik.

W tomie Do fanatyków Oz z całą mocą podkreśla, jak niebezpieczne są nierozumne przekonania, które prowadzą do ekstremizmu, potrzeby dominacji, walki na śmierć i życie, a także chęci prowadzenia współczesnych krucjat. Co ciekawe, pisarz nie adresuje apelu tylko do wrogów Izraela, lecz zwraca się przede wszystkim do przyjaciół i, poniekąd, samego siebie. Robi to w sposób tak stanowczy, co wyważony, jednak, jak twierdzi, trudno być prorokiem w kraju proroków. Eseje Oza o fanatyzmie są już częściowo znane polskim czytelnikom – pierwszy z nich to przeredagowany i zaktualizowany artykuł, który ukazał się kilka lat temu w tomie Jak uleczyć fanatyka, drugi natomiast jest kontynuacją myśli zawartej w wybitnej książce Żydzi i słowa, którą napisał z córką, Fanią Oz-Salzberger. W trzecim z esejów, niepublikowanym dotąd w Polsce, najpoczytniejszy izraelski pisarz przekonuje, jak ważne dla pokoju na Bliskim Wschodzie byłoby rozwiązanie dwupaństwowe.


Izraelowi należy pozazdrościć takiego pisarza. Oz jest zatroskany i zdystansowany jednocześnie, a kiedy krytykuje ojczyznę, w jego tonie można wyczuć miłość. Boi się o przyszłość swoich dzieci i wnuków, bo przeraża go niepewna przyszłość kraju. Nie jest jednak tym, który potrafi tylko ganić, ponieważ w parze z negatywną oceną zawsze idzie propozycja, jak wyjść z impasu. Rozważając trwający od lat konflikt z Palestyńczykami, wyjaśnia, że jeżeli nie będzie tutaj dwóch państw, i to szybko, będzie jedno państwo. Jeżeli jedno, to arabskie, od morza, aż po Jordan. A jeżeli będzie to państwo arabskie – nie zazdroszczę naszym dzieciom i wnukom. Żydzi i Arabowie mogą i powinni żyć razem, ale w żadnym wypadku nie godzę się żyć jako mniejszość żydowska pod władzą arabską (…). Oz tym samym podkreśla, że tak Żydzi, jak i Palestyńczycy na tych ziemiach nie są sami. Według niego rozwiązanie dwupaństwowe jest zatem rozwiązaniem jedynym, choć należy przyznać, że obecne rządy w Izraelu są bardzo dalekie od podzielania jego opinii.


Pisarz jest także współzałożycielem lewicowej organizacji Szalom Achszaw, która działa na rzecz pokoju w skonfliktowanym z krajami arabskimi Izraelu, a w swoich dziełach odwołuje się często do historycznych i politycznych aspektów izraelskiej państwowości. Oz polemizuje z twierdzeniem, jakoby rzeczywistość opisywana przez prozaików była mniej prawdziwa niż ta, którą znamy na przykład z doniesień medialnych. W pierwszym eseju zaznacza, że zarówno polityka, jak i media stały się gałęzią show-biznesu: zupełnie jak w starożytnym Rzymie, media na co dzień rzucają lwom na pożarcie dwie, trzy znane ofiary, winne albo niewinne, aby dostarczyć masom rozrywki (…). Z kolei w wywiadzie dla „The Paris Review” pisarz tłumaczy, że to właśnie literatura piękna ukazuje prawdę o skomplikowanym świecie. Prawdę, która jest o wiele bardziej złożona, niż pojedyncze przekazy medialne, infografiki na temat liczby ofiar w starciach militarnych lub wyselekcjonowane i powielane informacje służące jednej ze stron konfliktu. Oz stawia sprawę jasno – twórcy, którzy nie prowadzą politycznej agendy, koncentrują się przede wszystkim na przekazywaniu prawdy, choć w tym celu nie muszą przecież posługiwać się faktami.

Amos Oz, fot. Michiel Hendryckx / Wikimedia Commons, GFDL
Amos Oz, fot. Michiel Hendryckx / Wikimedia Commons, GFDL

Oz jednocześnie przekonuje, że w Izraelu od dziesięcioleci trwa złota era kultury. Epoka kreatywnej doskonałości przejawia się nie tylko w nauce, filozofii i nowych technologiach, lecz także w literaturze, muzyce i teatrze. Jednym z reprezentantów izraelskiego okresu prosperity jest niewątpliwie także autor esejów. Mistrzowska władza nad językiem i umiejętność misternego dobierania słów do intencji przekazu zachwycają przy lekturze każdej z książek. Przykładowo, by opowiedzieć o potrzebach Palestyńczyków, cytuje hymn Izraela, a do opowiedzenia o potrzebie pokoju używa arabskiego przysłowia. Oz, gdy zastanawia się nad rozwiązaniem konfliktu bliskowschodniego, używa metafory rodziny, zauważając potrzebę podzielenia jednego domu na dwa mniejsze mieszkania, czyli stworzenia domu dwurodzinnego. Mimo że autor Opowieści o miłości i mroku skłonny jest do krytyki  izraelskich polityków, dostrzega niebezpieczne zachowania w społeczeństwie, a także dowcipnie punktuje przywary Izraelczyków, to otwarcie przyznaje: dobrze mi być obywatelem państwa, w którym żyje osiem i pół miliona premierów, osiem i pół miliona proroków, osiem i pół miliona mesjaszy. Jednak spośród wszystkich tych, którzy twierdzą, że mają rację i tych, którzy wiedzą jak zbawić świat, wybierzmy jeden głos rozsądku. Głos Oza.

 

Amos Oz, Do fanatyków. Trzy refleksje, REBIS 2018, tłumaczył Leszek Kwiatkowski

 

Amos Oz – prozaik, eseista i publicysta, uznawany za najpoczytniejszego pisarza izraelskiego na świecie. Urodził się w Jerozolimie w 1939 roku. Od lat działa na rzecz pokoju między Izraelem a Palestyńczykami. Dotychczas jego książki przełożono na 37 języków.

Posted on

Pieczone karczochy z ziołowym sosem i jogurtem z za’atarem i oliwą

Karczochy znajdziemy w prawie każdym kraju śródziemnomorskim. Hiszpanie podają je z sosem z anchovies, octu i cytryny, smażą z kawałkami szynki serrano lub mieszają w sałatce z ziemniakami i krewetkami. Wydrążone i ugotowane serca karczochów podają z jajecznicą i plasterkami trufli. Tradycyjnym syryjskim śniadaniem jest z kolei jajecznica z kawałkami karczochów dodawanych na patelnię pod koniec smażenia. W Turcji serca karczochów gotuje się z bobem i cebulą. Marokańczycy dodają karczochy do mięsnych tadżinów lub gotują w chermouli – kwaskowatej marynacie przygotowywanej z kiszonych cytryn, czosnku, kuminu, kolendry i szafranu. My proponujemy letnią wariację: karczochy pieczone z oliwą i cytryną, podane z sosem z mięty i pietruszki oraz jogurtem z za’atarem, sumakiem i papryką.

Z powstaniem karczochów wiąże się mityczna opowieść o pięknej nimfie Cynarze, którą zainteresował się zawsze wrażliwy na kobiece wdzięki Zeus. Dziewczyna odrzuciła zaloty władcy Olimpu i za karę została zamieniona w kwiat karczocha. Roślinę uprawiali starożytni Rzymianie, a w okresie ekspansji islamu karczochy trafiły do Afryki Północnej. Arabowie określali je mianem al’qarshuf i właśnie pod tą nazwą, dosyć odległą od łacińskiej Cynara, karczochy zakorzeniły się w Europie (po francusku artichaut,po hiszpańsku alcachofera). Wspomnienie po Cynarze pozostaje w postaci gorzkiego likieru Cynar – ziołowego trunku z dodatkiem soku z karczocha, który po sutym posiłku chętnie piją Włosi.

Miłośniczką karczochów była podobno Katarzyna Medycejska, która nie wyobrażała sobie dworskiego bankietu bez półmisków z karczochami. We Włoszech karczochy do dziś mają rzesze zwolenników. Rzymianie nadziewają je pietruszką, miętą i czosnkiem, gotują w wodzie z dodatkiem białego wina, a potem podają z oliwą, solą i pieprzem. Chętnie przyrządzają je też na sposób żydowski (carciofi alla giudia): smażone na chrupiąco w gorącej oliwie. Sardyńczycy podają karczochy z sokiem cytryny i bottargą, lokalnym specjałem z suszonej ikry tuńczyka lub cefala morskiego (po włosku muggine). Marynowane karczochy znajdziemy na talerzu antipasti i na pizzy: nie obejdzie się bez nich klasyczna capricciosa, na której karczochom towarzyszą grzyby, prosciutto cotto i oliwki.

 

Poniżej znajdziecie nasz przepis na letnią karczochową wariację: karczochy pieczone z oliwą i cytryną, podane z sosem z mięty i pietruszki oraz jogurtem z za’atarem, sumakiem i papryką.

 

Pieczone karczochy z ziołowym sosem i jogurtem z za’atarem i oliwą

 

Porcja dla 2 osób

5-6 małych karczochów

łyżka oliwy

sok z 1 cytryny

sól i pieprz

 

sos ziołowy:

1/2 pęczka pietruszki

1/2 pęczka mięty

ząbek czosnku

1/4 szklanki oliwy

sok z 1 cytryny

 

jogurt z za’atarem i oliwą:

150 g jogurtu naturalnego

1 łyżka oliwy

1 łyżka za’ataru

1 łyżeczka sumaku

1/2 łyżeczki słodkiej papryki

szczypta soli


Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni.

Przygotowujemy miskę z wodą zakwaszoną sokiem z cytryny.

Odsłonięte części karczochów od razu ciemnieją, ale można temu zapobiec, przechowując je w wodzie z cytryną. Każdego przekrojonego karczocha od razu będziemy wkładać do wody i wyjmiemy dopiero tuż przed pieczeniem.

Grubą łodygę karczocha ucinamy przy nasadzie. Usuwamy twarde zewnętrzne liście. Przekrajamy karczochy na pół. Za pomocą łyżki usuwamy środkowe włókna. Bardzo młode karczochy mogą nie mieć włochatego środka.

Wyjmujemy karczochy z wody i osuszamy. Układamy w wyłożonym papierem do pieczenia naczyniu do zapiekania. Mieszamy z oliwą, sokiem z cytryny, solą i pieprzem.

Pieczemy w nagrzanym do 200 stopni piekarniku przez około 30 minut, aż karczochy będą miękkie.

Wszystkie składniki sosu blendujemy.

Wszystkie składniki sosu jogurtowego mieszamy.

Upieczone karczochy polewamy sosem ziołowym, podajemy z jogurtem.

Możemy jeść w całości albo liść po liściu, maczając je w jogurcie.