Śródziemnomorze to ogromny region geograficzny i historyczny, obejmujący ziemie trzech kontynentów; różnorodny pod względem kultury i pejzażu. Lista najpiękniejszych jego zakątków powinna liczyć sobie dziesiątki, jeśli nie setki pozycji. Nam pod palce wskoczyły dziś właśnie te.
Ogrody Hanbury (Włochy)
Położony w Liguriiogród, należący do XIX-wiecznego filantropa sir Thomasa Hanbury, to 18 hektarów roślinności pochodzącej z sześciu tzw. śródziemnomorskich stref klimatycznych. Niecodzienne nagromadzenie gatunków zawdzięczamy wybitnym niemieckim botanikom sprowadzonym do Włoch specjalnie do opieki nad ogrodem: Ludwigowi Winterowi i Alwinowi Bergerowi. Dzięki opracowanemu przez Bergera katalogowi roślin (który można przeczytać tutaj), ogród Hanbury zyskał zasłużoną sławę jednego z najpiękniejszych w Europie.
Ogrody Hanbury, fot. Tim Gage / Flickr, CC BY-SA 2.0
Adres: Mortola Inferiore, Corso Montecarlo, 43, 18039 Ventimiglia IM, Włochy
Jardín Botánico La Concepción (Hiszpania)
Najpiękniejszy ogród Malagi został założony ponad sto lat temu przez małżeństwo markizów z rodu Loring. Wieść niesie, że miał być wspomnieniem podróży poślubnej, podczas której para miała okazję podziwiać najpiękniejsze ogrody Europy. La Concepciónmożna zwiedzać różnymi szlakami, np. “W 80 drzew dookoła świata”, a także przyjrzeć się archeologicznym skarbom eksponowanym w pawilonie muzeum Loring.
Mirador w Jardín Botánico-Histórico La Concepción, fot. vreimunde / Flickr, CC BY 2.0
Adres: Camino del Jardín Botánico, 329014 Malaga, Hiszpania
Rezerwat przyrody Banias(Izrael)
Ten zakątek północnego Izraela kryje wiele skarbów. Nie sposób pominąć imponującego wodospadu, mającego początek w strumyku tryskającym u podnóża góry Hermon, najwyższej w kraju. Rezerwat obejmuje także Cezareę Filipową (Dan) – starożytne miasto wymienione w Nowym Testamencie, z ruinami m.in. świątyni Heroda. Równolegle, wciąż na terenie Banias, zobaczyć można jaskinię ze starszą jeszcze świątynią, wzniesioną na cześć greckiego bożka Pana.
Banias, fot. יאסר שואהנה / Lehava Sakhnin via the PikiWiki – Israel free image collection project
Adres: dotrzeć można tu główną drogą 99 – więcej informacji znajdziesz tutaj
Park Narodowy Jezior Plitwickich (Chorwacja)
Oto prawdziwy raj dla miłośników naturalnych zbiorników wodnych, którzy mogą podziwiać tu 16 jezior krasowych połączonych ze sobą licznymi wodospadami. Co ciekawe, park zwiedzać można kilkunastu różnymi trasami, pokonując je pieszo, niewielkimi statkami pasażerskimi oraz pociągami drogowymi.
Jeziora Plitwickie, fot. Pablo BM / Wikipedia, CC BY 2.0
Adres: ok. 140 km od Zagrzebia, w środkowej części Chorwacji. Tu można zobaczyć opis dojazdu i mapę.
Arkadia albo… Delfy (Grecja)
Jesteśmy w domu! Okryta aurą tajemniczości Arkadia stanowi fragment greckiego Peloponezu. Opiewana przez renesansowych twórców, stała się symbolem ziemskiej idylli (słynne “Et in arcadia ego”). Wydaje się jednak, że najpiękniejszym punktem na mapie tej części Hellady są Delfy. Być może, ze swym archeologicznym dziedzictwem, potrafią o mitycznym raju opowiedzieć nie mniej niż Matka Natura.
Delfy, fot. Andy Montgomery / Flickr, CC BY-SA 2.0
Drzewo, jabłko i wąż – obraz znajomy jak widok z okna. Pierwsze skojarzenie: Księga Rodzaju, kuszenie, grzech. Tymczasem tłem dla tego obrazu mógłby być tak samo Eden, jak i mityczny ogród Hesperyd, w którym wąż strzeże złotych jabłek Hery. Jabłko leżało też w dłoni Afrodyty i królów Europy. Jak daleko sięga symbolika jabłka i… czy zawsze chodziło o to samo jabłko?
U początków wszelkich mitologii leży świat znany ich autorom. W starożytności człowiek Śródziemnomorza otoczony był naturą; to natura stanowiła jego codzienność, muzę i widnokrąg, i to w jej kontury wpisywał znaczenia, tworząc mit. Łatwo można sobie wyobrazić krągłe owoce na drobnych gałęziach, kuszące zapachem i soczystym miąższem, jednak zanim sięgniemy po nie ręką, warto przyjrzeć się konarom i nie sprowokować niewidocznego niemal węża owiniętego wokół jednego z nich. Szybkie cofnięcie ręki sprawia, że z owocem odchodzimy jak z trofeum, zwyciężywszy tym razem pierwotne siły natury.
Dość makabryczną historię pochodzenia jabłka proponuje Serwiusz w komentarzach do Bukolik Wergiliusza. Sugeruje on, że niejaki Melos, zrozpaczony po śmierci ukochanego Adonisa, powiesił się na drzewie, zaś również kochająca Adonisa Afrodyta ulitowała się nad mężczyzną i przemieniła jego ciało w owoc, który nazwano od jego imienia – μῆλον (melon), czyli jabłko. Stąd prosta droga do łacińskiego malum, w którym to słowie jedynie długość głoski „a” odróżniała „jabłko” od „zła” – oba wyrazy miały identyczną pisownię. To właśnie z tej homonimii bierze się cała historia jabłka w naszej tradycji. W tekście owoc ten nigdy nie zostaje faktycznie sprecyzowany, ale zasłyszane w kontekście drzewa owocowego „jabłko/zło” szybko trafia na podatny grunt sztuk pięknych, a jednocześnie bardzo zgrabnie wpisuje się w znaną już ze starożytności symbolikę, pomocną w podkreślaniu misji nowej religii. Taką filologiczną drogą w krągłe, rumiane kształty jabłka wpisany zostaje grzech. Cielesność pogańskich kultów staje Adamowi w gardle, rodzi się wstyd i poczucie winy, które odtąd mają towarzyszyć człowiekowi w jego odwiecznym konflikcie ciała z duchem. Jabłko bowiem, zanim trafiło z gałęzi do dłoni Ewy, a stamtąd do ust Adama, przyczyniając się do przegnania nas z rajskiego ogrodu, wcześniej lubiło przechodzić z rąk kobiecych do męskich i odwrotnie, kojarzone było z Afrodytą/Wenus i kobiecymi kształtami. Symbolizowało miłość fizyczną i płodność, ale też zmierzch i nieśmiertelność. Pełne koło życia ludzkiego.
Adam i Ewa, fresk z katakumb Piotra i Marcelina w Rzymie, IV w.
Motyw jabłka łączącego kobietę z mężczyzną znajdujemy w kilku mitycznych historiach o podstępnym zdobyciu damy serca. Atalanta nie miała wielkiej ochoty na zamążpójście i sprytnie wyzywała kolejnych zalotników do wyścigu. Sama była jednak niezwykle szybka i gdy tylko doganiała konkurenta, przebijała go włócznią. Aż do chwili, gdy w szranki stanął z nią Hippomenes, lub według innej wersji Melanion, którego imię już sugerowało rodzaj podstępu. Od Afrodyty dostał on złote jabłka, które rzucał za siebie, a Atalanta, skuszona i zaciekawiona, podnosiła je, tym samym przegrywając i w efekcie oddając się za żonę sprytnemu Hippomenesowi/Melanionowi. Podstępu z jabłkiem użył też Hermochares, wypisując na owocu ślubną przysięgę i rzucając go pod nogi Ktesylli (podobnie Akontios przechytrzył Kidyppe). Dziewczyna podniosła jabłko i z ciekawości przeczytała napis, co zobowiązało ją do ślubu. W najbardziej znanym micie bogini niezgody Eris rzuciła jabłko pomiędzy Afrodytę, Herę i Atenę, a zmuszony do osądzenia ich urody Parys, mimo kuszących obietnic władzy, mądrości i zwycięstw, nie oparł się mirażowi miłości najpiękniejszej z kobiet i oddał jabłko Afrodycie. Odtąd stało się ono jej atrybutem, a Parys musiał pójść raz obraną drogą i popełnił jedno z największych wykroczeń, jakiego w świecie greckim można się było dopuścić – znieważenia domu człowieka, który go gościł, Menelaosa. Wykradłszy mu żonę, uciekł do Troi, czego efekty literatura opiewa ze wszystkimi krwawymi detalami. Jabłko „dla najpiękniejszej” stało się zarzewiem konfliktu całego świata greckiego z jednym miastem.
I wreszcie mit o największym być może znaczeniu: złote jabłka podarowała w prezencie ślubnym Herze Gaja. Rosły one w ogrodzie pilnowanym przez Hesperydy, nimfy wieczorne, oraz przez potwora w kształcie węża czy też smoka. Zgodnie z boskim prawem nie mogły się znajdować poza sadem lokowanym u stóp gór Atlas; kiedy więc Herakles zabrał je podstępem, Atena odniosła je na miejsce. Sceny ilustrujące te wydarzenia pojawiają się na greckich wazach i rzymskich mozaikach. Wąż owija się na nich wokół pnia niewielkiego drzewka, które najczęściej ma niezbyt obfitą koronę. Podobieństwo do wczesnochrześcijańskich wyobrażeń wygnania z raju jest uderzające…
Noël Hallé, Zawody między Hippomenesem i Atalantą
Jak widać, przyciąganie i zakaz, ciekawość i pokusa oraz perypetie damsko-męskie towarzyszyły jabłkom już w pierwszych mitach greckich. W Starym Testamencie, powstałym przecież w oparciu o dziedzictwo kultur wschodnich wybrzeży Morza Śródziemnego, zakazany owoc pojawia się na samym początku historii człowieka i symbolizuje kuszenie, grzech, utratę niewinności, a zarazem wiedzę. Jak już powiedzieliśmy, tylko tradycja zachodniego chrześcijaństwa dzięki łacinie i ikonografii uznaje ten owoc za jabłko. Są wprawdzie wyjątki: na mozaikach bizantyńskich z XII wieku, przykładowo w katedrach w Monreale na Sycylii lub w Otranto w Apulii, przedstawiających drzewo poznania dobra i zła, zdecydowano się na figowiec, co również wydaje się uzasadnione (jabłoń w Biblii pojawia się jeszcze tylko w Pieśni nad Pieśniami, w kontekście miłości fizycznej; figa występuje bardzo często zarówno w tekście, jak i w rzeczywistości na tych terenach). Jednak już od czasu renesansu, kiedy to powrócono do klasycznych wzorców, artyści czerpią z kulturowych odniesień do jabłka. Chętnie korzysta się z wdzięcznych tematów mitologicznych, jak trzy gracje (Rafael i del Cossa przedstawiają je z jabłkami w dłoniach), Atalanta, sąd Parysa czy po prostu Wenus. Nieprzypadkowo Lucas Cranach Starszy maluje pod jabłonią zarówno Wenus, Ewę, jak i Madonnę. U Carla Crivellego Dzieciątko trzyma wielkie jabłko, u Agnolo Bronzina – drobne jabłuszka. Francisco de Zurbarán wkłada niewielkie jabłko między palce Matki i Dziecka. Zwiastowanie namalowane przez Fra Angelica odbywa się w dyskretnej bliskości Adama i Ewy, widocznych wśród leżących na ziemi jabłek w ogrodzie młodej Marii. Wszystkie te zabiegi mają symbolizować odkupienie grzechu pierworodnego i przegnanie nieczystych duchów pogaństwa; nowe życie. Tymczasem w kulturze żydowskiej, w której funkcjonuje hebrajski oryginał Genesis bez pośrednictwa przekładu, jabłko ma do tej pory konotacje pozytywne, między innymi jako pomyślna wróżba na noworocznym stole, i zupełnie nie jest kojarzone z historią Adama i Ewy. Także w islamie drzewo życia, często wykorzystywane jako ornament, nie jest przypisane do żadnego gatunku.
Carlo Crivelli, Madonna z Dzieciątkiem, ok. 1480 r., kolekcja Guglielma Lochis
Jako owoc drzewa poznania dobra i zła, jabłko symbolizuje również wiedzę i wtajemniczenie, czego wizualną formą bywa zarówno cały owoc, jak i pięcioramienna gwiazda widoczna po jego przekrojeniu. Wraz z berłem natomiast stanowi insygnia władzy królewskiej na ziemi. W tej funkcji znane było także pod nazwą „świat”: zarówno jedno, jak i drugie posiada przecież doskonałą formę kuli.
Interpretacja „owocu” jako „jabłka” ma też wymiar etymologiczny. Zarówno w grece, jak i w łacinie istniały osobne słowa dla tych dwóch znaczeń (owoc: gr. καρπός/karpos i łac. pomum), ale jabłko (melon, malum) często oznaczało po prostu duży, kulisty owoc lub warzywo. W dużej części śródziemnomorskich języków dzisiejsze „jabłko” pochodzi od jednego z tych dwóch rdzeni: poma (katal.) pomme (fr.), mela (it.) lub puma/pumu w dialektach południowowłoskich, mollë (alb.), μήλο (milo, gr.). Hiszpańska manzana pochodzi od nazwy pewnego gatunku jabłka, natomiast co do tureckiego słowa alma/elma nie ma pewności, czy powiązane jest z dialektami greckimi czy też raczej rdzeniem środkowoazjatyckim. W słoweńskim, chorwackim, bośniackim czy macedońskim słychać nasz słowiański rdzeń jabłka. Pobrzmiewa ono także w nowożytnych nazwach warzyw i owoców: i tak na przykład mamy granat – melograno (wł.), dosłownie „ziarniste jabłko”, melon (gr. melopepon czyli dojrzałe jabłko) – melon (fr. i jid.), melón (hiszp.), melone (wł.), meloi (bask.) oraz włoski i grecki bakłażan: melanzana i μελιτζάνα (melitzana), gdzie arabskie bādingiān połączyło się ze znanym nam już wyrazem mela. Od łacińskiego rdzenia pom- mamy natomiast ziemniaka we Francji: pomme de terre, jak również naszego pomidora, czyli nic innego jak pomodoro (wł.), pomo d’oro, złote jabłko, czy pomarańczę, ze średniowiecznego pomarancia – pomarańczowe jabłko.
Riccardo Meacci, Ogród Hesperyd, 1894 r.
Zapis „jabłko” jest tu oczywiście skrótem myślowym: równie dobrze słowo to mogłoby być użyte w znaczeniu „owoc” i niewykluczone, że przez podobne uproszczenia jabłko obrosło przez stulecia tak bogatą historią. Przewijające się przez mitologię grecką „złote jabłka” niekiedy interpretuje się jako pigwę lub morelę, obie czasem określane w starogreckim słowem χρυσόμηλον (chrisomilon) – złote jabłka czy też złote owoce, co też znacznie lepiej odpowiada faktycznemu ich wyglądowi. Nie można więc wykluczyć, że gdyby nie przekłady, w ogrodzie Hesperyd rosłyby piękne złote pigwy, a zamiast jabłka Adama mielibyśmy jego figę. Być może bez tej długiej tradycji Magritte nie stworzyłby serii obrazów z wielkim zielonym jabłkiem, Beatlesi nie założyliby Apple Corp., a pewien ich fan nie opatrzyłby komputera nadgryzionym jabłuszkiem, tylko na przykład żuczkiem. Ab ovo usque ad mala.
Mówią, że Arkadia to kraina fikcyjna, wyidealizowana. Jest ziemskim rajem, miejscem wiecznej szczęśliwości i beztroski. Malarze widzieli ją jako piękny ogród, w którym nie mogło zabraknąć symbolu przemijania. Trupia czaszka przypominać miała, że każde, nawet najszczęśliwsze życie nieuchronnie kończy się śmiercią.
Są też Arkadie całkiem realne, dalekie od urojeń, choć nie mniej magiczne. Położona w Lacjum Ninfa w XII i XIII stuleciu była miasteczkiem tętniącym życiem. W XIV wieku opustoszała na skutek epidemii malarii. To, co zostało po czasach świetności, porosły dzikie trawy i krzewy. Odwrotnie niż na malarskich płótnach, czerep stał się punktem wyjścia dla stworzenia namiastki raju: na początku XX wieku jeden z członków rodziny Caetani, do której należały okoliczne ziemie, wrócił do domu po trudach I wojny światowej. Uznał, że jego misją będzie tworzyć i celebrować życie poprzez założenie bujnego ogrodu. Kolejne pokolenia rodu porządkowały ruiny średniowiecznego miasta i przekształcały go w rodzaj botanicznej oazy. Swoją misję pojmowały w kategoriach niemal sakralnych. Ogród jest przecież jak dzieło sztuki, którego celem jest tylko piękno i uciecha patrzącego, zaś ogrodnik pełni rolę podobną do Stwórcy.
Dziś do tej rajskiej krainy nieopodal Rzymu może wybrać się każdy – wystarczy zarezerwować miejsce w grupie zwiedzających. Czeka na nas zarys dawnych ulic obsadzony drzewami i kępkami lawendy; zachwyt wzbudzają meandry malowniczej rzeki, nad którą pną się ruiny dawnych mostów. Pachną róże i wiciokrzewy, a pozostałości średniowiecznego miasta przypominają, że nic nie trwa wiecznie. Uczą też, że życie jest cyklem, a narodziny spełniają się tam, gdzie zaistniała śmierć. Nade wszystko jednak pokazują, że każdy ma taką Arkadię, na jaką sobie zasłuży. Albo jaką, dzielnie, sam sobie zbuduje.
Zdjęcia: Cristiano Minchillo / Flickr, CC BY-ND 2.0
Artykuł z serii: Perfumy pachnące Śródziemnomorzem
Zapachy, podobnie jak książki, opowiadają historie i odkrywają tajemnice. Czynią to językiem innym od powieści, a jednak równie przekonującym, trwale zapadającym w pamięć, grającym na emocjach, a zarazem przekazującym wiele konkretnych informacji. W niniejszej serii przedstawiam wybrane przeze mnie perfumy, które zamknięto we flakonach razem z opowiadanymi przez nie sekretami Śródziemnomorza.
W starożytności nazywała się Euonimo. Badacze odnaleźli dowody na to, że w epoce brązu, czyli mniej więcej 1200 lat przed naszą erą, pozostawała pod wpływem kultury mykeńskiej. W VII wieku przed Chrystusem splądrowali ją Etruskowie, lecz wkrótce świetność przywrócili jej Grecy. Sielanka trwała do czasów wojen punickich, czyli konfliktu na linii Rzym—Kartagina. Dzisiejsza Panarea, jak większość okolicznego obszaru, sprzymierzona była wówczas z Kartaginą. W wyniku walk w 252 roku p.n.e. przeszła we władanie Cesarstwa Rzymskiego. Do dziś przynależy do Italii.
Ten maleńki skrawek ziemi jest najmniejszą z siedmiu głównych wysp archipelagu Liparyjskiego (dawniej zwanego Eolskim od greckiego boga wiatrów, Eola). Zbudowane są ze stromych wulkanicznych skał, ubogie w roślinność i trudne do zagospodarowania. W sumie mieszka tam na stałe mniej niż 15 tysięcy osób, na samej Panarei – niecałe 300. W drugiej połowie ubiegłego stulecia wysepki zostały odkryte przez turystów, a w 2000 roku docenione przez UNESCO jako obiekt światowego dziedzictwa.
Oddalona od Sycylii zaledwie o 50 km, a jednak sprawiająca wrażenie odległej i niedostępnej, Panarea zyskała sobie szczególną sympatię znanych i bogatych. Mogą tam uciec od błysku fleszy, bo do najpiękniejszych plaż dotrzeć można jedynie drogą morską. W przerwie od opalania ziemscy bogowie mogą skorzystać z dobrodziejstw źródeł termalnych, nurkować lub podglądać delfiny, a wieczorem wybrać się przechadzkę po słynnych barach i dyskotekach. Projektanci Dolce i Gabbana ponoć regularnie wpadają na wyspę, w końcu mają własną rezydencję całkiem niedaleko, na Stromboli. Nic dziwnego, że miejsce doczekało się małego trybutu z ich strony – w postaci poświęconych mu perfum.
Escape to Panarea, czyli ucieczka na Panareę, to edycja limitowana klasyka Light Blue, zresztą jedna z bardziej udanych. Jest beztroska, słoneczna i ocieka słodkim sokiem dojrzałej gruszki. To woń owocowa, miękka i łatwa do lubienia, choć ciężko nie zarzucić jej odrobiny sztuczności. Jest jak opalona piękność z okładek magazynów w białym bikini, prężąca się nad basenem. Z oddali zachwycasz się, a gdy podchodzisz bliżej – widzisz, że od zwykłych kobiet, które spotykasz na co dzień, różni się tylko stanem konta. Ona cieszy się, że chwilę może być sobą z dala od ciekawskich spojrzeń aparatu, ale dla Ciebie czar pryska. I zanim zorientujesz się, że to odarcie ze złudzeń wyjdzie Ci na dobre, poczujesz gorzki smak rozczarowania.
Zapach D&G Light Blue Escape to Panarea to eskapizm w wersji glamour. Wydaje się być wonią lekką, w rzeczywistości przytłacza. Jak luksusowy urlop, podczas którego męczysz się od tego całego nicnierobienia. Smakowitym, soczystym gruszkom towarzyszy intensywny, pudrowo-waniliowy aromat fasoli tonka. Chwilami rozświetla je bergamota, chwilami kwiat pomarańczy i jaśmin dodatkowo zagęszczają atmosferę. Kompozycja jest rozkoszna, ale ciężka. Nadaje się bardziej na wieczorne tańce niż na spacer po plaży, lepiej jej w złotej biżuterii niż w plecionych bransoletkach. Tak nie pachnie rzucenie wszystkiego, by wyjechać w Bieszczady, tak pachnie carpe diem w pięciogwiazdkowym hotelu. Jeśli marzysz o słodkim lenistwie, to perfumy dla Ciebie. Jeśli szukasz wrażeń, szukaj dalej.
Uciekając, zawsze wyznaczamy jakiś azymut: albo uciekamy od (kogoś, czegoś, samego siebie) albo raczej do (kogoś, czegoś, innego siebie). Wakacyjne podróże specjalizują się zwykle w ucieczkach od: zgiełku miasta, monotonii codzienności, znużenia pracą. Uciekamy wtedy, gdzie tylko się da, byle uciec. Gdy jednak nasz wybór padnie na Gran Canarię, a w szczególności na stolicę wyspy Las Palmas, może to być nie tylko ucieczka do, ale przygoda trwająca znacznie dłużej niż urlop. Las Palmas to bowiem miejsce, do którego się ucieka, aby… dalej pracować, ale też spokojnie, komfortowo i pięknie żyć.
O Gran Canarii często powiada się, że jest kontynentem w miniaturze, lecz tak naprawdę wyspa łączy w sobie fragmenty nie tyle jednego, ile nawet kilku kontynentów. Jej południowa część to – wypisz wymaluj – saharyjska Afryka: jest gorąco, sucho i wyjątkowo piaszczyście. Surrealistyczne wrażenie pustynności potęguje wchodzący wprost do oceanu rozległy pas wydm piaskowych, nieustannie na nowo modelowanych przez wiatr. W latach 60-tych na wydartym skrawku pustyni utworzono tu konglomerat masowej turystyki, mający przyciągać bogatych Europejczyków z północy. Sukces inwestycyjny przerósł wszelkie oczekiwania: obecnie emerytowane już pokolenie Szwedów i Niemców ma tu swoje wille, pola golfowe i centra handlowe, a wielkie ekskluzywne hotele ściągają kolejne fale turystów. I choć nie wszystko zdołano przewidzieć (w tym samym czasie powstały tu światowe centra: nudyzmu, turystyki gejowskiej i… ekumenizmu), to jednak ta przedziwna mieszanka wydaje się świetnie funkcjonować.
Zachodnie wybrzeże wyspy z krętymi drogami na szczytach stromych klifów bardziej przypomina śródziemnomorską Europę. Znajduje się tu ukwiecone, pełne portowych mostów i kanalików miasteczko Puerto de Mogan, zwane przez lokalnych Małą Wenecją. Środek wyspy przenosi nas dużo dalej: dzikie masywne góry, wygasłe kratery wulkaniczne, tropikalna roślinność, ogrody botaniczne pełne imponującej wielkości kaktusów przywodzą na myśl Amerykę Południową. Pracę wyobraźni wspomaga typowo kanaryjska architektura z ręcznie rzeźbionymi drewnianymi balkonami – inspirowana ponoć Afryką, a zaszczepiona przez kolonizatorów w Ameryce Łacińskiej. Centrum Gran Canarii to również olbrzymie bazaltowe monolity, wokół których roztacza się już krajobraz nie ziemski, lecz raczej księżycowy.
W ten sposób docieramy na północ wyspy, do jej stolicy i jednocześnie największego miasta na całych Wyspach Kanaryjskich, Las Palmas. Społeczność cyfrowych nomadów, czyli zdalnych pracowników, którzy swoje usługi z powodzeniem świadczą, siedząc “z laptopem pod palmami”, uznaje Las Palmas za miejsce kultowe. Dlaczego? Oto kilka najbardziej przekonujących argumentów.
Plaża Las Canteras, fot. El Coleccionista de Instantes / Flickr, CC BY-SA 2.0
1/ Według naukowców Las Palmas jest miastem o najlepszym klimacie na świecie – klimacie “wiecznej wiosny”! Przez cały rok cieszyć się tu można słońcem, świecącym około 6 razy dłużej niż w Polsce, oraz stabilną i optymalną dla organizmu temperaturą około 24 ºC.
2/ W przeciwieństwie do południa wyspy, w Las Palmas nie doświadczymy tłumu zagranicznych turystów, lecz wtopimy się w wesołą, liczącą prawie 400 tysięcy lokalną społeczność. Kanaryjczycy są pracowici, przemili i gościnni, a także wyjątkowo dumni z bycia canarios: oddalenie od Europy i historyczna niezależność ekonomiczna portowej potęgi sprawiają, że swoje związki z Hiszpanią uznają za “pokojowe, gdyż bardzo luźne”.
3/ Las Palmas to miasto z historią: tam, gdzie w XV wieku Hiszpanie rozpoczęli kilkuletni, krwawy podbój wyspy, znajduje się obecnie wspaniała kolonialna starówka Vegueta. Wyróżnia się na niej Katedra św. Anny – o charakterystycznej, jakby przypalonej, czarnoszarej fasadzie. Budowano ją przez ponad 400 lat, dzięki czemu stanowi fascynującą mieszankę stylów. Dla kontrastu mamy bielone ściany, żółte fundamenty oraz drewniane balkony i okiennice domu, w którym mieszkał Kolumb przed swoją pierwszą podróżą do Nowego Świata. Na zewnątrz piękny dziedziniec z dwoma wielobarwnymi złośliwymi papugami, wewnątrz – mini muzeum, prezentujące autentyczne mapy, urządzenia nawigacyjne, listy, a nawet odtworzoną kajutę podróżnika.
Santa Ana czyli św. Anna, fot. Steven Straiton / Flickr, CC BY 2.0
4/ Plaża, plaża i jeszcze raz plaża! Czterokilometrowa, pokryta białym piaskiem i usiana przyjaznymi knajpkami Las Canteras uchodzi za najwspanialszą plażę miejską w Europie! Szczytem szczęścia – i to wcale niewygórowanym cenowo – jest położone tuż przy niej mieszkanie, w którym zachód słońca na horyzoncie zobaczymy nawet z sypialnianego łóżka, a szum oceanu łagodnie ukołysze nas do snu.
5/ Las Palmas nie jest kulturalna pustynią! Najlepszym na to dowodem jest spektakularna budowla wieńcząca plażę Las Canteras: nowoczesne Audytorium im. Alfreda Krausa. Ta architektoniczna perełka katalońskiego projektanta Oscara Tusquets gości coroczne festiwale muzyczne, teatralne i operowe. Słuchanie koncertu symfonicznego, podczas gdy olbrzymie fale uderzają z impetem w przeszklone ściany budynku, to naprawdę niepowtarzalne przeżycie! Pośród licznych muzeów zajrzeć warto do Muzeum Kanaryjskiego, przedstawiające pasjonującą kulturę Guanczów – pierwotnych plemion zamieszkujących wyspę; do Muzeum Sztuki Sakralnej czy Atlantyckiego Centrum Sztuki Współczesnej.
Audytorium A. Krausa, fot. El Coleccionista de Instantes / Flickr, CC BY-SA 2.0
6/ Las Palmas jest idealnym rozwiązaniem, jeśli nie chcemy lub nie możemy oddalać się od Europy, a mimo to pragniemy zaznać odrobiny egzotyki: niespełna 5 godzin lotu, europejska strefa czasowa i honorowane europejskie ubezpieczenie zdrowotne, tanie i częste połączenia lotnicze, szybki i sprawny internet, kilka przestrzeni coworkingowych. Las Palmas jest też świetną bazą wypadową, jeśli planujemy samolotowe wycieczki na inne wyspy archipelagu. Wzorem Kolumba możemy także wyprawić się statkiem – choćby na drugi koniec globu, z jednego z największych portów na świecie.
7/ Las Palmas jest miastem, które tętni życiem i emanuje beztroskim spokojem: mieszkańcy przesiadują w kawiarnianych ogródkach w handlowej dzielnicy Triana, w położonym przy porcie parku Santa Catalina, na promenadzie przy plaży. Jedzą tapas, piją wino, rozmawiają, słuchają popularnej tu muzyki na żywo albo też sami chwytają za gitarę czy mandolinę i grają, śpiewają, tańczą do białego rana. Równie barwnie i hucznie, co karnawał, celebruje się tu święta religijne, spacerując w procesjach czy odgrywając sceny biblijne. Latem ulice wypełnia muzyka jazzowa i tańce; jesienią czeka nas zaś festiwal operetki zarzuela i międzynarodowy festiwal etniczny WOMAD.
Fot. hh oldman / Wikimedia, CC BY 3.0
8/ W Las Palmas jest niedrogo (już od dwóch stuleci obowiązuje tu strefa wolnocłowa), a także przepysznie! Koniecznie trzeba spróbować zupy sancocho z miejscowej ryby cherne, “pomarszczonych ziemniaków” (papas arrugadas) ze słynnym sosem mojo: zielonym lub czerwonym; potrawy ropa vieja (czyli “stare szmaty”) z ziemniaków, mięsa i ciecierzycy, zaś od rozmaitych wariantów paelli z owocami morza łatwo jest się przyjemnie uzależnić. Wyspa słynie również z produkcji i eksportu rumu, którego fascynującą destylarnię i zarazem “żywe” muzeum zwiedzić można w pobliskim miasteczku Arucas.
Las Palmas to jedno z tych miejsc, o którym po urlopowym “skosztowaniu” zaczyna się całkiem poważnie myśleć: To właśnie tutaj pragnę na dłużej zamieszkać! A miasto z uśmiechem pyta: Dlaczego by nie?
Epikur był greckim filozofem żyjącym na przełomie IV i III w. p.n.e. Zajmował się zagadnieniami związanymi z osiąganiem szczęścia. Poostulował czerpanie przyjemności z życia, ale, wbrew obiegowej opinii, nie tylko ze zmysłów, ale i z rozwoju duchowego.
Nie jest rzeczą łatwą ani pocieszającą sondować tę otchłań zła, uważam jednak, że trzeba to robić, gdyż czyny, których można się dopuścić wczoraj, mogą również zostać popełnione jutro, kiedy dotyczyć to będzie i nas, i naszych dzieci. Tak pisał w Pogrążonych i ocalonych włoski autor i zarazem były więzień obozu koncentracyjnego, Primo Levi, zaś w wywiadzie Powrót do Auschwitz (zobacz tutaj) apelował, żeby nie zapominać ani nie negować zaistniałego zła, bo powróci ono w tej samej – lub gorszej – postaci, i to wcześniej, niż moglibyśmy się tego spodziewać. Sięgam po raz kolejny do słów Leviego i od razu przychodzą mi na myśl stłoczeni w pontonach, wycieńczeni, spragnieni i głodni uchodźcy, którzy w ostatnich dniach, miesiącach i latach uciekali ze swojego kraju przed wojną, prześladowaniem i biedą.
To o ich losach opowiada książka Lekarz z Lampedusy, autorstwa Pietra Bartolo, który od ponad dwudziestu pięciu lat pomaga emigrantom przybywającym do Europy. W Polsce jego sylwetkę poznaliśmy już dzięki poruszającemu reportażowi Jarosława Mikołajewskiego, Wielki przypływ, oraz nagrodzonemu Złotym Niedźwiedziem na festiwalu w Berlinie w 2016 roku filmowi Gianfranca Rosiego Fuocoammare. Ogień na morzu.
Tym razem o sobie i uchodźcach Bartolo opowiada sam. Nie operuje ogólnikami i stereotypami znanymi z gazet czy wystąpień polityków: przytacza konkretne historie, podaje daty i imiona. Losy emigrantów przeplatają się z historią życia lekarza, która mogłaby posłużyć za scenariusz niejednego filmu. Pietra Bartolo, rdzennego lampedusańczyka z wielodzietnej rodziny, los bowiem nie szczędził. Jako szesnastolatek cudem uniknął śmierci w morzu, w swoim życiu doświadczył biedy, samotności i choroby, musiał dokonać wielu niełatwych wyborów. I może to właśnie te wszystkie trudne przeżycia sprawiły, że potrafi on zobaczyć w uchodźcy człowieka i brata.
Z opowieści pracującego od 1991 roku na Lampedusie lekarza wyłania się też obraz naszego współczesnego świata. Jak trafnie zauważył Wojciech Jagielski: (…) historia doktora Bartolo to także opowieść o nas samych i dzisiejszym świecie, pogubionym i przerażonym, a jeszcze nie tak dawno sytym i pewnym swojego jutra. Jest to przypowieść o bezdennej i wciąż się pogłębiającej przepaści między bogatymi i nędzarzami, o współczesnej wędrówce ludów, niemożliwej do powstrzymania, będącej dla świata zachodniego wyzwaniem i próbą. (…) To opowieść o tym, że człowiek ma się prawo bać, ale ma też obowiązek widzieć w drugim człowieka. Dopiero to tak naprawdę czyni nas ludźmi.
Nieustający apel Pietra Bartolo o ratowanie uchodźców jest więc apelem o ratowanie człowieczeństwa, przypomnieniem uniwersalnych wartości obowiązujących bez względu na kolor skóry i na przynależność klasową. Bo czy syryjskie dzieci, które tracą rodziców na morzu, cierpią mniej niż ich europejscy rówieśnicy? Czy głód jest czymś innym w Afryce niż w Europie? Czy prześladowania są łatwiejsze do zniesienia? Czym my się staliśmy? Jak to możliwe, że tak szybko tracimy pamięć? – zastanawia się autor książki. A w innym miejscu mówi coś, co potwierdza moje skojarzenia z Levim: (…) libijskie więzienia są nowymi obozami koncentracyjnymi. Warunki, w jakich migranci podróżują przez pustynię i przez morze, niewiele różnią się od tych, jakie były w pociągach śmierci. A postawa ludzi, którzy dziś chcą wznosić mury i odsyłać uchodźców, niewiele różni się od zachowań współpracowników Hitlera, których filozof Hannah Arendt nazwała «ludźmi banalnymi». Nie jest mniej okrutny od nich ten, kto pozwala umierać w morzu tysiącom dzieci lub każe im żyć w nieludzkich warunkach w przygranicznych obozach dla uchodźców.
Lekarz z Lampedusy to książka, która uwiera. Teraz już nie możemy powiedzieć, że nie wiedzieliśmy.
Pietro Bartolo, Lidia Tilotta, Lekarz z Lampedusy. Opowieść o cierpieniu i nadziei, tłum. Krzysztof Stopa, Wydawnictwo Jedność, Kielce 2017
Przytoczony fragment Pogrążonych i ocalonych w tłumaczeniu Stanisława Kasprzysiaka.
Neapolitańskie wzgórze Posillipo, przez miejscowych nazywane Pusilleco, zawdzięcza swoją nazwę greckiemu słowu “pausilypon”, oznaczającego ulgę od bólu lub ucieczkę od niebezpieczeństwa. Starożytni, podobnie jak my, zachwyceni byli widokiem rozpościerającym się z tej okolicy, tak urzekającym, że rzeczywiście można przypisać mu właściwości terapeutyczne.
Klejnotem Posillipo jest park zatopiony w zieleni, zazdrośnie strzegący antycznych ruin posiadłości niejakiego Publiusza Vedio Polliona, bogatego wyzwoleńca, który swój ogromny majątek zdobył w wyniku bitwy pod Akcjum i który wzniósł tu swoją willę, teatr na 2.000 miejsc, odeon, nimfeum oraz kompleks termalny.
Park nie jest łatwo zlokalizować – trafiają tam tylko naprawdę uparci turyści. Jedyny autobus zostawia nas na położonej w oddali pętli, a do bram kompleksu trzeba dotrzeć na piechotę, idąc w dół po wąskiej serpentynie, z samochodami pędzącymi w obu kierunkach, niepomnymi przepaści u stóp góry. Nagrodą za tę niebezpieczną wędrówkę, szczególnie przyjemną w gorący dzień, jest czas spędzony w tak zwanej Grotta di Seiano – długim na 770 metrów korytarzu wykutym w skale, którym wchodzi się na teren posiadłości i w którym odetchnąć można od neapolitańskiego upału. Ma on charakterystycznie wznoszącą się posadzkę – kąt nachylenia zapobiega… przeciągom. To starożytne przejście, przez wieki zapomniane, odkryto ponownie w 1841 roku przez robotników Ferdynanda II Burbona; w czasie II wojny światowej stanowiło schronienie podczas bombardowań okolicy.
U wyjścia z groty rozpościera się coś na kształt rozległej polany o absolutnie bajkowym uroku, gdzie na zwiedzających czekają antyczne ruiny. Jeszcze więcej tychże znajduje się pod wodą, w Parco Sommerso di Gaiola, swoistym muzeum pod morskimi falami, które zwiedzać można na specjalnej łódce. Na razie jednak zatrzymujemy się na górze. Powietrze przesycone jest zapachem kwiatów i ziół, wśród gałęzi drzew ćwierkają ptaki, a delikatna bryza pozwala zapomnieć o spiekocie, którą pozostawiliśmy przed wejściem do skalnego korytarza. Trudno oprzeć się wrażeniu, że znajdujemy się w baśniowym ogrodzie. Walory tej lokalizacji, podobnie jak dzisiaj my, docenił sam cesarz August, który przejął willę po śmierci pierwszego właściciela. Chciał zapewne, jak my dzisiaj, cieszyć się panoramą Neapolu oraz widokiem Wezuwiusza i Capri.
Fascynujące są historie, które opowiada tutejszy przewodnik, choć przyzwyczajenie się do jego silnego akcentu może zająć chwilę. Zachwycają dawne rozwiązania architektoniczne (doskonałą akustykę w teatrze i odeonie zapewniały rozłożone pod sceną puste amfory!), przerażają opowieści o bywających tu ludziach… Podobno artyści, którzy w starożytności występowali w tutejszym teatrze, rzadko kiedy opuszczali kompleks żywi. Zbyt wiele zobaczyli, zbyt wiele usłyszeli… Bywało, że smarowano ich ciała octem i wrzucano do morza, na pożarcie drapieżnym rybom. Jak dobrze, że my widzimy już tylko romantyczny ogród, a słyszymy trele słowików.
Zdjęcie główne: Jacob Philipp Hackert, Widok z Posillipo na wyspę Capri (1795), kolekcja prywatna
Ateny wielu kocha, wielu nienawidzi. To miasto zatłoczone, brudne, hałaśliwe. Z charakterem, ale niełatwe w kontakcie. Kiedy zalezie nam za skórę, kiedy zatęsknimy za Grecją spokojniejszą, cichą, kameralną, wystarczy wsiąść w kolejkę do Pireusu, a potem na prom. Wyspy czekają – a wśród nich Egina.
Rejs promem z Pireusu trwa około 40 minut.
Wita nas bukolicznym klimatem, słonecznymi barwami i… ciszą.
Zdjęcie z końca października. Drzewa owocowe cieszą oko na każdym kroku.
Najsłynniejszym zabytkiem na wyspie jest świątynia Afai.
Świątynię zaprojektowano jako część świętego trójkąta tworzonego przez Partenon oraz ze świątynię Posejdona na przylądku Sunion.
Otulają ją sosnowe lasy, gdzie nacina się drzewa dla pozyskania soku dodawanego do wina retsina.
Świątynia poświęcona jest kreteńskiej nimfie Afai, która uciekła przed pożądliwym królem Minosem. Wydaje się, że oddawano jej cześć tylko na Eginie.
Trudno oprzeć się pokusie zabaw filtrami. Świątynia jest niezwykle fotogeniczna!
Ruiny z V w.p.n.e. są dobrze zachowane: podziwiać można liczne kolumny, duży fragment architrawu oraz filary celli.
Ze wzniesienia, na którym zbudowano świątynię, roztacza się malowniczy widok na wyspę i Zatokę Sarońską.
Egina czaruje nie tylko antycznymi śladami, ale także kolorami.
Bardzo malowniczy jest port, w którym pełno jest barwnych łódeczek.
Zatoka Sarońska kusi plażami i spokojną wodą.
Po zwiedzaniu i plażowaniu warto wybrać się na zakupy. Egina znana jest z doskonałych miodów.
Najważniejszym produktem eksportowym wyspy pozostają jednak pistacje i ich przetwory.
Można także zaopatrzyć się w aromatyczne mieszanki ziół.
Przeczytawszy Pana pierwszą książkę, Według niej, a teraz Solfatarę, pomyślałam sobie, że Pan, być może, ucieka od naszej rzeczywistości: w odległe epoki historyczne, w stylizowany język, w świat, który istnieje już tylko na kartach grubszych i cieńszych ksiąg.
Nie, to nie jest ucieczka. Mam nadzieję, że przez te książki udaje mi się od czasu do czasu powiedzieć czytelnikowi coś od siebie. I że to, co mówię, ma odniesienie do współczesności. To, że są to powieści, których akcja rozgrywa się w odległych epokach, niewiele zmienia. Moi bohaterowie to, w moim przynajmniej zamierzeniu, ludzie tacy, jakich poznałem w życiu. Czyli nasi współcześni. Jestem przekonany – to wynika z moich lektur, obserwacji i przeczuć – że ludzie sprzed stuleci, czy też ludzie odległych kultur, różnią się od nas tylko bardzo powierzchownie. O wiele głębsze są różnice indywidualne, to, że każdy z nas jest inny, ma inną wrażliwość, temperament i tak dalej, ale tu znowu jednak występuje pewna powtarzalność. Oczywiście, epoka też wywiera swoje piętno na człowieku, chociażby różne etapy rozwoju techniki – widzimy to doskonale wokół siebie. Mimo wszystko jednak będę się upierał, że obserwacje poczynione dzisiaj można zastosować do każdej epoki. Działa to, rzecz jasna, także w drugą stronę. Właśnie dlatego dawni pisarze, dawna muzyka, malarstwo, kino są dla nas ciągle aktualne. To samo zresztą dotyczy większości science fiction. Bohaterowie Lema, przynajmniej ci pierwszoplanowi, myślą i czują kategoriami zrozumiałymi dla nas, a więc naszymi. Stają wobec wyzwań, które my możemy sobie przedstawić tylko spekulatywnie – mam na myśli wszystkie sprawy z czasoprzestrzenią, alternatywnymi formami życia, myślącymi oceanami, ale też różne utopie przyszłości. Pozwala to czytelnikowi spojrzeć z nowej perspektywy na świat, który go otacza. Wracając do powieści historycznej, wydaje mi się, że atutem nie do pogardzenia jest tu dla pisarza atrakcyjny koloryt, pewna egzotyka, którą można próbować zauroczyć czytelnika.
Bez wątpienia, w sposób nie tylko metaforyczny, ucieka jednak główny bohater Solfatary. Czy pomysł na konstrukcję powieści, osnutej niejako wokół tej jego ucieczki, był dla Pana punktem wyjścia, czy też pojawił się już w trakcie pisania tekstu?
On ucieka przez chwilę, ale potem wraca. Nie mogłem go na zbyt długo wyprowadzić z Neapolu, bo nie mógłby nam opowiedzieć, co tam się wydarzyło! Wątek ucieczki z miasta pojawił się na etapie układania bardziej szczegółowych rozwiązań fabularnych. Natomiast metaforycznie można rzeczywiście powiedzieć, że on ucieka w przeszłość, we wspomnienia, które stają się ważniejsze od akcji pierwszoplanowej.
W Pana książkach zachwycają mnie trzy rzeczy: niespotykana już dzisiaj dbałość o szczegóły, piękny język i refleksja nasuwająca się po lekturze. W odniesieniu do tego ostatniego zastanawiam się, czy ma Pan poczucie pewnej misji głoszenia otwartości, tolerancji? Czy może coś sobie dopowiadam, doszukując się w Pana tekstach wątków ważnych dla mnie samej?
Nie będę się wypierał. Oczywiście jednak staram się te wszystkie dydaktyczne przesłania podawać nie wprost, żeby nie wyszła z tego jakaś agitka. Mam nadzieję, że większości czytelników nawet nie przyjdzie do głowy, że oto właśnie zostają poddani podprogowej indoktrynacji – chociaż, między nami mówiąc, tak właśnie jest.
Solfatara, opowieść o Neapolu sprzed kilku wieków, pokazuje wiele uniwersalnych prawd o rewolucji, o polityce, o władzy, o tym, co robi ona z człowiekiem. Jak pamiętam, w jednej z naszych rozmów powiedział mi Pan jednak, że nie starał się zawrzeć w powieści jakichś zawoalowanych odniesień do obecnej sytuacji politycznej.
Na pewno nie wprost. Nie lubię takich powieści z kluczem, to nie moja bajka. Często natomiast, wprowadzając jakiś autentyczny epizod rewolucji Masaniella, uśmiechałem się pod nosem, dostrzegając w nim pewne analogie, być może czytelne tylko dla mnie. Analogie do wydarzeń historycznych innych epok, o których uczyłem się w szkole, albo takich, które rozgrywały się na moich oczach, czy nawet współczesnych. Takich smaczków można pewnie w Solfatarze trochę znaleźć. Dla mnie jednak ważniejsze jest to, że próbuję przedstawić moje spojrzenie na pewne mechanizmy, które ujawniają się automatycznie, gdy powstaną odpowiednie warunki. Mam nadzieję, że ich znajomość pozwoli czytelnikowi nieco bardziej przenikliwie patrzeć na to, co dzieje się wokół niego. Nie chcę jednak – ani w książce, ani w wywiadach – pokazywać palcem, o co konkretnie chodzi; tym bardziej, że powinno się to dać zastosować także do tego, co się dopiero będzie dziać. A przecież dziś żadne z nas nie ma pojęcia, co się wydarzy.
Nie mamy, to prawda; z drugiej jednak strony wszyscy wiemy na przykład, jak widziana jest teraz Polska na arenie międzynarodowej… Nota bene, w Pana neapolitańskiej powieści nie brakuje polskiego akcentu – mam oczywiście na myśli postać Ligęzy. Nie zarzucano Panu, że, na zasadzie pars pro toto, postawił Pan nasz naród w negatywnym świetle?
Nie, dlaczego? Pani uważa, że Ligęza nie wystawia Polsce dobrego świadectwa? Nie takie były moje intencje. Ja bardzo lubię tego faceta. Właśnie dlatego, że go lubię, przeszczepiłem go z powieści mojego ojca Crimen, gdzie jest jedną z głównych postaci drugoplanowych – czy nawet jednym z głównych bohaterów. U mnie jest go mniej i poznajemy jego losy na kilka lat przed akcją Crimenu, kiedy jako banita tułał się po obczyźnie. Próbowałem zrobić z niego krzyżówkę znanego stereotypu polskiego szlachcica – trochę zabijaki, trochę kobieciarza, trochę awanturnika – z czymś, co daleko od tego stereotypu odbiega. Ligęza jest ciekawy świata, ma zainteresowania literackie, intelektualne, filozoficzne, wyprzedza swoją epokę jako wolnomyśliciel; z upodobaniem posługuje się ironią, a jednocześnie widać, że to dobry człowiek. Owszem, ma problem z alkoholem – to po to, by nie wydał się zbyt wyidealizowany. Poza tym tak jest u ojca.
Zostawmy wątki polskie i wróćmy na Południe. Blisko 1000 stron opowieści o Neapolu jest bez wątpienia niezwykłą gratką dla miłośników Włoch, których, jak Pan wie, nie brakuje wśród czytelników tego portalu. Nie mogę nie zadać banalnego pytania o to, dlaczego ze wszystkich miast świata wybrał Pan akurat właśnie to? Pytanie to odniosę oczywiście także do umiejscowienia akcji w czasie. Dlaczego akurat ten moment w historii? I jak, na Boga, trafił Pan akurat na tę mało znaną, południowoeuropejską rewolucję?!
To nie był punkt wyjścia. Chciałem napisać opowieść o historii powstania obrazu, którego autorem jest prawdopodobnie François de Nomé, choć zdania co do tego są podzielone. Nie wiem dlaczego, ale zafascynował mnie dawno temu, gdy miałem czternaście lat. Miał przy tym tę zaletę, że jego autor nie był dotychczas literacko wyeksploatowany. Kiedy zacząłem badać temat, doprowadziło mnie to do Neapolu. Poczytałem sobie trochę o historii tego miasta i tego królestwa i pomyślałem, że ciekawie byłoby połączyć mój temat z rewolucją Masaniella, która wydała mi się bardzo atrakcyjna jako tło. I tak, krok po kroku, wyłonił się pomysł na opowieść, której narratorem będzie ktoś fikcyjny, ale też zakotwiczony w autentycznej i do tego sensacyjnej historii; ktoś, kto byłby jakoś związany z François de Nomé. Trzeba było jednak pokonać problem, jakim jest fakt, że de Nomé znika z radarów około 1623 roku, na blisko ćwierć wieku przed rzeczoną rewolucją. Oznaczało to, że muszę mieć więcej niż jeden plan czasowy, co z kolei naprowadziło mnie na pomysł, żeby nawiązać do formy powieści szkatułkowej. Jej niedościgły wzór stworzył wielki Jan Potocki, a ja pomyślałem sobie, że jeżeli uda mi się choć trochę do niego zbliżyć, to nie będzie źle.
Bez wątpienia doskonale odmalował Pan dla nas panoramę siedemnastowiecznej Kampanii. Czy równie dobrze zna Pan dzisiejszy Neapol? Zastanawiam się, jak bardzo fascynującym doświadczeniem byłoby odwiedzenie tego miasta w towarzystwie Pana jako cicerone…
O, muszę Panią rozczarować. Byłem w Neapolu bardzo krótko – pojechałem tam z żoną w 2005 roku, mając bardzo ograniczony czas i środki na dokumentację. Codziennie, przez 5 dni, od 9 rano do wieczora chodziliśmy po mieście pieszo, przemierzyliśmy je wszerz i wzdłuż na ile się dało, a komunikacji miejskiej użyliśmy tylko raz, żeby zobaczyć tytułową Solfatarę. Kupiliśmy wtedy między innymi stare plany miasta w muzeum Certosa di San Martino, jak również książeczkę I vicoli di Napoli pana Luigiego Argiulo, z której zaczerpnąłem potem mnóstwo cennych informacji.
I przedtem, i potem czytałem co się dało; dziesiątki razy sprawdzałem każdy szczegół w internecie, podglądałem topografię w Google Earth. Warto jednak pamiętać, że układ miasta w wielu partiach zmienił się od XVII wieku; zmieniły się też nazwy ulic, a nawet niektórych kościołów. Pewne emblematyczne budynki jeszcze wtedy nie istniały. Starałem się nie dać złapać na takich rzeczach, ale nie, nie jestem znawcą Neapolu. Myślę jednak, że dobrą zabawę mogliby mieć ci czytelnicy, którzy zwiedzaliby Neapol – a także Rzym, Mantuę, Turyn, Paryż, Metz, Wenecję – z Solfatarą w ręku. Muszą tylko nastawić się na niespodzianki: przykładowo, ówczesny Place Royale w Paryżu dzisiaj nazywa się Place des Vosges. Takich zmyłek jest w książce sporo.
Skoro odmawia Pan bycia moim przewodnikiem, to pozwolę sobie zapytać Pana o inne zawody, w których, obok pisania, pracował Pan i pracuje. Dwa z nich wydają mi się w kontekście Solfatary szczególnie istotne. Mam na myśli dziennikarstwo – dziennikarzem jest przecież główny bohater książki – oraz realizacja światła. Czy postać Fortunata jest w jakiś sposób inspirowana Pana doświadczeniami dziennikarskimi? Mam na myśli chociażby sposób pojmowania prawdy. I czy jako realizator światła ma Pan poczucie większej łatwości rozkładania akcentów w swojej prozie, na kształt pracy ze światłem właśnie?
Co do realizacji światła – traktuję ją jako część mojej wrażliwości wizualnej, którą rozwijałem najpierw w liceum plastycznym, potem w szkole filmowej, wreszcie jako samodzielny fotograf i nie do końca spełniony filmowiec. Nie wiem, czy można to tak wprost zastosować do konstrukcji literackiej, być może tak. Kilka osób rzeczywiście zwracało mi uwagę, że po moich opisach widać, że znam się na świetle, czy, powiedzmy, że jestem na nie szczególnie wyczulony.
Dziennikarzem byłem w latach dziewięćdziesiątych, najpierw w łódzkim oddziale „Gazety Wyborczej”, potem w radiowej Trójce; na samym początku XXI wieku udzielałem się przez chwilę w telewizyjnym newswroomie jako tzw. „wydawca zagranicy”. Zebrałem w tamtych czasach trochę doświadczeń, które pewnie przydały mi się przy wymyślaniu gazety Fortunata, która rodzi się na naszych oczach. Myślę jednak, że jest to także efekt moich przemyśleń wynikających z obserwacji świata dziennikarskiego z pozycji odbiorcy, a także z pozycji kolegi z pracy, którym dzisiaj jestem dla dziennikarzy jako realizator światła.
Zaczęłam od ucieczki, a skończę na powrotach – wydaje mi się, że będę musiała do Solfatary rychło wrócić, bowiem warstwa intertekstualna i alegoryczna książki wymaga chyba więcej niż jednej lektury. Ciekawa jestem, jak konstruuje się tak bogatą i wielopoziomową powieść. Czy jest to praca czysto koncepcyjna, z ołówkiem w ręku, wymagająca koncentracji i obmyślenia każdego szczegółu, czy też dawał Pan sobie szansę na emocje, na swego rodzaju strumień świadomości podczas pisania?
Najpierw układam konstrukcję z grubsza, potem rozpisuję bardziej szczegółowy konspekt tych partii, nad którymi akurat pracuję, a w końcu zabieram się do pisania, w dużym stopniu idąc na żywioł. Czasem, kiedy się już dobrze rozkręcę, prowadzi mnie to w trochę innym kierunku, niż planowałem – wtedy muszę wszystko jeszcze raz przemyśleć. Najczęściej dochodzę do wniosku, że trzeba zaufać intuicji i odpowiednio przerobić dalsze partie konspektu, czasami nawet wprowadzić poprawki w tym, co napisałem wcześniej.
Jako czytelniczka zapewniam, że intuicja prowadzi Pana doskonale. Bardzo serdecznie za to dziękuję!
Wielki rzymski liryk Horacy uważał, że zmiana otoczenia przypomina zmianę dekoracji: niebo nad nami zyskuje być może inną barwę, ale w środku pozostajemy tacy sami. Na nic więc zdadzą się wyprawy do odległych zakątków świata – nie uleczą bólu duszy, smutku czy uczucia pustki. A jednak, wbrew antycznemu poecie, my, ludzie Północy, wyjątkowo chętnie salwujemy się ucieczką nad Morze Śródziemne. Dlaczego i dokąd dokładnie?
Julia Wollner: nieustające poszukiwanie światła
Mam czasami wrażenie, że nie robię w życiu nic innego, jak tylko uciekam od ciemności. Szukam światła. Tego przez małe “ś” – słonecznego, naturalnego, jakże innego od światłopodobnego wytworu wszelkich jarzeniówek, i tego przez “ś” wielkie. W tym drugim mieści się niezliczona mnogość znaczeń: od prawdy po spokój, od prostoty po inspirację, od mądrości po radość i beztroskę. Odnajduję je właśnie na Południu, choć daleka jestem przecież od pojmowania tej części świata jako idealnej. Wręcz odwrotnie: spotkało mnie tam także wiele złego, sporo rzeczy mnie męczy i denerwuje, drugie tyle oburza.
Mimo wszystko jednak – to tam uciekam, by nasycić się światłem, a może też odnaleźć to, które jest we mnie. Wiele lat temu mój mąż, obserwując mnie podczas wspólnej podróży przez Izrael, kiedy za pomocą ołówka układałam włosy z niedbały kok, stojąc boso na parkingu przy autostradzie, zapytał, dlaczego to właśnie nad Morzem Śródziemnym najczęściej jestem dokładnie taka, jaką kocha mnie najbardziej: spontaniczna, naturalna, pewna siebie. Do dziś nie wiem, do dziś nie znalazłam na to pytanie odpowiedzi – i chyba nawet już nie szukam, uważając, że Południe jest po prostu nieodłączną częścią mnie, która raz na jakiś czas doprasza się uwagi.
Dokąd uciekam? Moje życie ułożyło się tak, że rytm każdego roku wyznaczają cykliczne podróże na Południe. Początek roku zawsze witam z rodziną męża w Izraelu; luty spędzam w Andaluzji u moich rodziców. Wiosna to czas powrotów do ukochanych Włoch, szczególnie do Rzymu. Wakacje spędzam zwykle na odkrywaniu nowych zakątków, aby później raz jeszcze odwiedzić gorące hiszpańskie kąty. Od jakiegoś czasu mamy też z mężem nową tradycję: jesienne wypady do Grecji. Może w tym roku ucieknę od tego schematu i udam się gdzieś zupełnie indziej? Coraz częściej chodzi mi po głowie Malta…
Michał Głombiowski: powroty do domu
Świat śródziemnomorski traktuję – do pewnego stopnia – jako jedność; obszar mający wspólne cechy, bez granic państwowych. Niezależnie od tego, czy będzie to Hiszpania, Włochy, Grecja, czy Maroko, do każdego z tych miejsc czuję silną przynależność. Będąc w nich, mam po prostu wrażenie, że jestem we właściwym miejscu. Być może to kwestia tego, że kulturowo wywodzimy się właśnie z tego regionu. To tu zaczęła się nasza cywilizacja. A być może to po prostu szczególny zapach rozgrzanej słońcem ziemi, rosnących tylko tutaj roślin, bliskość morza. Niewątpliwie, pośród wszystkich miejsc, w których byłem, to właśnie region Morza Śródziemnego jest miejscem, które jest mi najbliższe. Mógłbym zapewne powiedzieć, że kierując się na Południe, uciekam od niepewnej polskiej pogody, szarości, wizualnego chaosu na naszych ulicach. I choć to prawda, przede wszystkim jednak pozbywam się w ten sposób poczucia wyobcowania, braku przynależności, zagubienia. Paradoksalnie więc, to właśnie wyruszając w drogę – ku Morzu Śródziemnemu – wracam w jakimś sensie do domu.
Kamila Kowalska: ucieczki z buta
Moja ucieczka nad Morze Śródziemne trwa już ponad piętnaście lat. Z ukochanego, eklektycznego Wrocławia wyjeżdżałam do Rzymu początkowo tylko na trochę. Jednak siła przyciągania Wiecznego Miasta okazała się mocniejsza niż przypuszczałam. Ucieczka przemieniła się w nową rzeczywistość, którą nadal odkrywam. Pomimo tylu lat pobytu w stolicy Włoch, to miejsce każdego dnia potrafi mnie jeszcze zaskoczyć. Kultura śródziemnomorska i jej włoska część to ciągła mozaika doznań, wszelkiego typu. Tutejsza codzienność cały czas mnie intryguje. Każdego dnia zasypiam z myślą, że powtarzalność w Rzymie nie istnieje. Oczywiście, kochając podróże, kiedy tylko nadarza się okazja, uciekam w najróżniejsze zakątki Włoch, by smakować kolejnych różnic „śródziemnomorskości”. Jestem miłośniczką wysp; najchętniej powracam na Archipelag Toskański, Wyspy Poncjańskie, Wyspy Eolskie i – bliższą Tunezji niż Włochom – sycylijską Pantellerię, zwaną też wyspą wiatru. Otoczona zewsząd morzem, na którymkolwiek z wymienionych skrawków ziemi, chłonę „śródziemnomorskość” w najpięknejszym dla mnie wydaniu: dziką, wszechogarniającą, nieokiełznaną.
Gosia Villatoro: Ucieczki od ucieczki
Nie jest decyzją łatwą wykorzenienie całej siedmioosobowej rodziny i rozpoczęcie życia na nowo w zupełnie innym kraju… My jednak taką właśnie podjęliśmy. Powodów przemawiających za wyjazdem było wiele, jednak tym zasadniczym było odczuwane przez nas już od jakiegoś czasu głębokie pragnienie zmiany jakości życia naszej rodziny. Barcelonę pokochaliśmy wiele lat temu, jeszcze podczas naszej podróży poślubnej, a potem z każdym pobytem tu miłość ta wzrastała. Pokochaliśmy słońce nad naszymi głowami, obecne przez cały rok; brak pośpiechu i presji, radosną atmosferę, życzliwość mieszkańców, rozbrzmiewającą wokół muzykę i śmiech, otaczającą nas różnorodność, która jest czymś naturalnym, a nie budzącym niepokój… Oczywiście, w miarę upływu czasu odkryliśmy, że – tak jak i każde inne miasto – Barcelona ma też swoje minusy. Kiedy więc czasem czujemy się zmęczeni gwarem, życiem towarzyskim i kolejnymi festes, pakujemy w plecak koc, wodę i drobne przekąski i wsiadamy w pociąg podmiejski, który w 20-40 minut zawozi nas na jakieś przyjemne odludzie: na mało uczęszczaną piaszczystą plażę w Badalonie czy w Sant Pere de Ribes, w leśną głuszę Collseroli czy Garraf, albo po prostu do któregoś z malowniczych pobles, jak Olesa de Bonesvalls czy Torrelles de Llobregat… A kiedy wracamy z tych małych wycieczek-ucieczek, nasi sąsiedzi już na nas czekają, bo przecież tu, na naszym osiedlu, jesteśmy wszyscy wspólnotą. Mieszkańcom bardzo zależy na tym, by każdy jej członek wiedział, że jest tu potrzebny, chciany, ważny, i nawet krótka nieobecność jest odczuwalna, a powrót z niej wyczekiwany.
Karolina Wiercigroch: Z Londynu na Cyklady
Nie będę oryginalna, jeśli powiem, że uciekam przede wszystkim od pośpiechu. Mieszkam w Anglii, gdzie ma on jeszcze inne oblicze; w mieście, w którym ludzie dostają ataku wściekłości na widok osób blokujących lewą stronę ruchomych schodów (przeznaczoną do wbuegania lub ewentualnie wchodzenia) i wpadają w panikę, jeśli drzwi metra nie otworzą się w sekundę po wjeździe na stację. Londyn ma wiele zalet, ale na pewno nie jest lente… Dokąd uciekam? Jako italianistyka najchętniej do Włoch. Jako żeglarka – wszędzie tam, gdzie są małe wysepki i ukryte zatoczki z rodzinnymi knajpkami. W tym roku będę żeglować i jeść na greckich Cykladach.
Dzieciństwo urodzonego w 1949 r. w małej mieścinie Calzada de Calatrava, w regionie Kastylia-La Mancha Almodovara przypadło na lata dyktatury generała Franco i zacieśnienia w Hiszpanii więzów między państwem a Kościołem katolickim. Duszną atmosferę małego, biednego miasteczka jeszcze bardziej nieznośną czyniło powszechne poczucie beznadziei, niepewności jutra, braku perspektyw oraz… nuda. W wywiadzie udzielonym w grudniu 2016 r. dla magazynu “New Yorker”, który przygotował obszerny materiał opowiadający o jego życiu i twórczości, reżyser opowiadał: Każdy dom w La Manchy miał (…) wewnętrzne patio, na którym zbierały się kobiety, by plotkować przy robótkach ręcznych. Głównymi tematami były dzieci z nieprawego łoża i samobójstwa.[i] W tym krajobrazie mężczyźni praktycznie nie istnieli – pracowali, zazwyczaj daleko od domu, albo nigdy do niego nie wrócili po fali aresztowań i represji, którą zakończyła się wojna domowa, a rozpoczęła era Franco. Almodóvar wielokrotnie powtarzał w wywiadach, że to dzięki kobietom Hiszpania przetrwała okres powojenny, znany jako posguerra. Z punktu widzenia młodego Pedra może tak było lepiej, bo wizerunek hiszpańskiego ojca, jaki zachował w pamięci, to mężczyzna opresyjny, represyjny i kastrujący. Mając na uwadze powyższe, nietrudno wyobrazić sobie jedyne marzenie, jakie pielęgnował wrażliwy chłopiec, od zawsze mający świadomość swojej odmienności: marzenie o ucieczce. Niewiele wówczas wiedziałem – wspomina w rozmowie z dziennikarzem “New Yorkera” – ale wiedziałem, że ta atmosfera była nienaturalna. A w każdym razie była wbrew MOJEJ naturze. To było ostatnie miejsce, w którym chciałem wkroczyć w dorosłość.
Zawiedzione nadzieje
Nadzieję na zmianę stanowiła przeprowadzka całej rodziny na zachód Hiszpanii, do Estremadury. Rodzina Pedra – rodzice, dwie siostry, młodszy brat Agustín i on sam – zamieszkała w miasteczku Madrigalejo, a matka znalazła marnie płatne, ale stałe zajęcie: pisanie i czytanie korespondencji sąsiadom-analfabetom. Almodóvar miał wówczas 9 lat i szybko zorientował się, że matka lubiła upiększać czytane listy. To wtedy odkrył potęgę słowa i opowieści. W eseju El último sueño, który ukazał się w 1999 r. w dzienniku “El País”, zauważa, że kobiety, którym czytała, nie zdawały sobie nawet sprawy z tego, że część tego, co słyszały, była fikcją: To, co zmyślała, było zawsze przedłużeniem ich życia. I zawsze były zachwycone.[ii]
Nadzieję Pedra na odmianę po tym, co uważał za koszmarne dzieciństwo, pogrzebała jednak decyzja rodziców o posłaniu go do katolickiej szkoły. Autorytarne metody księży-profesorów, upokarzające w jego odbiorze rytuały, jak całowanie pierścienia, czy wreszcie seksualne wykorzystywanie uczniów – pogłębiły tylko jego poczucie wyobcowania, odrzucenia i krzywdy. Wiele lat później opowie dziennikarzowi “New Yorkera” o interesie, jaki ubił z Bogiem: Ja przez rok będę chodził na mszę, a Ty mi się ukażesz. Jednak Bóg się nie ukazał, a Pedro ostatecznie odrzucił religię. I wtedy otworzyła się przed nim kolejna droga ucieczki od rzeczywistości: kino.
Cromos, Super 8 i La Movida
Kino właściwie obecne było w życiu Almodovara od zawsze. W dzieciństwie wraz z bratem zbierał karty kolekcjonerskie z wizerunkami aktorów i aktorek, dołączane do opakowań czekoladowych ciasteczek, tzw. cromos. Razem chodzili też oglądać filmy wyświetlane za pomocą rzutnika na ścianie starego budynku. Głównie były to spaghetti-westerny, ale czasem zdarzały się perełki, takie jak filmy Buñuela, Bergmana czy Antonioniego. Pedro miał 17 lat, kiedy zdecydował, że nie wystarcza mu już samo oglądanie filmów: chce je kręcić. Mimo sprzeciwu apodyktycznego ojca, który zagroził oddaniem go w ręce Gwardii Narodowej, spakował się i wyjechał do Madrytu.
Pierwsze krótkometrażowe próbki kręcił zakupioną za ostatnie oszczędności kamerą Super 8 (czyli wykorzystującą taśmę filmową 8 mm), która nie nagrywała dźwięku. Sam pisał scenariusze, a w role bohaterów wcielali się jego koledzy – czasem różne osoby grały tę samą postać, w zależności od tego, kto akurat miał czas. Nie przeszkadzało mu to, podobnie jak brak funduszy czy konieczność nieustannego ukrywania się przed funkcjonariuszami reżimu nieprzychylnego awangardowym artystom. Jedyne, co się liczyło, to możliwość kręcenia filmów. Po latach tłumienia swoich pragnień i fantazji, wreszcie mógł je z siebie wyrzucić. W szarej, opresyjnej rzeczywistości, w której żył do tej pory, tworzenie dawało mu poczucie wolności. Jego zainteresowaniem cieszyły się od zawsze relacje międzyludzkie, szczególnie te patologiczne i seksualnie ambiwalentne; te, o których nie zwykło się mówić głośno. Bohaterką jednego z pierwszych obrazów, Seks przychodzi, seks odchodzi z roku 1977, była lesbijka, która przemocą próbowała zmusić swojego chłopaka do noszenia damskich ciuszków. Widzami pierwszych filmów Almodovara byli jego przyjaciele i znajomi, a miejscem projekcji bary, dyskoteki i galerie sztuki. Jako że filmy pozbawione były dźwięku, sam improwizował dialogi, a nawet komentarze do poszczególnych scen, podczas gdy jego brat, Agustín, który wyjechał wraz z nim do stolicy, nagrywał chałupniczo muzykę, służącą potem za podkład muzyczny podczas projekcji.
Nieustannie poszukujący swojego miejsca, w którym mógłby czuć się wolny jako człowiek i jako twórca, Pedro Almodóvar stał się częścią ruchu stanowiącego hiszpańską odpowiedź na brytyjskie ruchy punk i new wave: La Movida. “New Yorker” cytuje jego słowa: Naśladowaliśmy ich styl życia, ich muzykę, ich twórczość. Ale doprawialiśmy to czymś bardzo naszym, bardzo idiosynkratycznym. La Movida dała mu możliwość pracy w teatrze. Tam poznał swoją muzę, uznaną już wówczas aktorkę Carmen Maurę, która wystąpi w 7 z jego filmów i pomoże mu w przejściu od krótkich metraży na ośmiomilimetrowej taśmie do filmów fabularnych kręconych na taśmie 16 mm. W tym samym czasie umiera generał Franco, Hiszpania z pewnym niedowierzaniem i niepewnością przyjmuje nową polityczną rzeczywistość, a sposobem na oswojenie jej staje się czarny, sprośny humor, niestroniący od seksualnych aluzji. W tej atmosferze powstaje i spotyka się z ciepłym przyjęciem film Pepi, Luci, Bom i inne dziewczyny z dzielnicy (1980 r.), którego główna bohaterka, masochistka Luci, porzuca męża-policjanta dla dominatrix o imieniu Bom. W desperackiej próbie odzyskania żony, mąż ją gwałci, by zrealizować jej sadomasochistyczne fantazje. To pierwszy film Almodovara, w którym jedną z głównych ról gra Carmen Maura, a jednocześnie czas, w którym reżyser coraz wyraźniej czuje, że nie mieści się już w ramach narzuconych przez La Movida. Jego wizja ma znacznie większy rozmach. Artysta zaczyna się dusić i ponownie rodzi się w nim potrzeba ucieczki.
El Deseo, czyli w pogoni za wolnością
Możliwość zrealizowania tej potrzeby wydają się przynosić hiszpańskie studia filmowe, które po sukcesie Pepi, Luci, Bom dostrzegają potencjał reżyserski Almodovara. Producenci zaczynają go kokietować, duże pieniądze pojawiają się na wyciągnięcie ręki. Oczywiście, nie przychodzą same, ale w obstawie: żądań, warunków, zakazów. Pedro pragnie swoje fantazje pokazywać na wielkim ekranie, a jednocześnie nie chce i nie potrafi oddać tego, co dla niego najważniejsze: twórczej kontroli. Między nim a studiami filmowymi zaczyna się więc swoiste przeciąganie liny: gdy wepchną mu na siłę aktorkę do głównej roli w Pośród ciemności, on odpowiada na to zmarginalizowaniem jej postaci; gdy ze scenariusza Czym sobie na to zasłużyłam? każą mu wyrzucić postać posiadającą magiczne moce, te same moce nada innemu bohaterowi. Nie zawsze jednak udaje mu się wygrać. Kiedy pisałem scenariusz Labiryntu namiętności, moim pragnieniem było ukazanie Madrytu jako miasta (…), w którym każdy mógł się pojawić i wszystko mogło się zdarzyć – opowiada. – Była tam taka scena, w której spotykają się Dalí i papież, i przeżywają historię miłosną. Ten fragment musiał zniknąć z filmu.[iii]
W Almodovarze narasta frustracja. Wie, że na dłuższą metę nie da się prowadzić tej gry, nie chce dłużej spalać się w bitwach i przepychankach. Nie po to uciekał: od dusznej, małomiasteczkowej atmosfery, od apodyktycznego ojca i prób wepchnięcia go w objęcia Kościoła, od funkcjonariuszy frankistowskiego reżimu i od zaszufladkowania swojej twórczości przez La Movida. Oto znów znalazł się w potrzasku, a jego artystyczna wolność okazuje się zagrożona. Widzi to Agustín, wierny towarzysz i dobry duch Pedra, i to on pokazuje mu drogę wyjścia z pułapki. Bracia zakładają własną firmę producencką i studio filmowe, El Deseo. Agustín bierze na siebie biznesową część przedsięwzięcia. Dziennikarzowi “New Yorkera” powie: Moim jedynym celem i zadaniem jest pozwolić, by Pedro robił takie filmy, jakich pragnie.
Między fantazją a rzeczywistością
Almodóvar ma wreszcie to, czego zawsze pragnął: wolność w pokazywaniu na ekranie tego, co gra mu w duszy i rodzi się w jego wyobraźni. Nie krępują go już więzy systemu, gatunku ani kaprysów producenckich. Czemu zatem miałyby krępować go więzy rzeczywistości? Zrealizowane już pod egidą El Deseo Kobiety na skraju załamania nerwowego to majstersztyk pop-artu: krzykliwie kolorowa sceneria, przeplatające się ze sobą historie bohaterek i wreszcie motyw przewodni, czyli… gazpacho, pikatny pomidorowy chłodnik andaluzyjski, doprawiony pigułkami nasennymi. Brzmi jak urojenie? I słusznie, bo taki właśnie miał być ten film, zacierający granicę między rzeczywistością a fantazją. Stanowi on hołd oddany nowej, uwolnionej z okowów dyktatury Hiszpanii, a jednocześnie jej karykaturę. To stanie się zresztą znakiem rozpoznawczym filmowej twórczości Almodovara: prowadzenie widza w znajome miejsce i okoliczności tylko po to, by za chwilę przewrócić je do góry nogami, fantazyjnie pokolorować i posypać brokatem. Nic nie będzie oczywiste. W Wysokich obcasach córka porzucona przez matkę, prezenterkę telewizyjną, wiąże się z jej byłym kochankiem, jednak tęsknota za matką nie daje jej spokoju. Widz spodziewa się, że tu nastąpi melodramatyczna historia poszukiwania matki przez córkę, zamiast tego dostajemy jednak… wizyty w nocnym klubie, w którym występuje drag queen przebrana za ową matkę. Kika to przedstawiona w estetyce pop-artu plejada dziwacznych postaci, jak fotograf-wojerysta, niespełniony autor powieści o lesbijsce-seryjnej morderczyni, zarabiający na życie pracą w programie dokumentującym różne makabryczne wydarzenia, aktor porno, skazany za gwałty, który zbiega z aresztu podczas religijnej procesji, czy wreszcie sama Kika, makijażystka, której klient najpierw wydaje się denatem, by następnie okazać się katatonikiem budzącym się w trakcie sesji pośmiertnego makijażu.
Powrót do rzeczywistości
Artystyczna wolność i rzucenie się w objęcia fantazji zaspokaja wreszcie długo drzemiącą w reżyserze potrzebę ucieczki od rzeczywistości. Almodóvar odkrywa w sobie pragnienie powrotu do niej, odwrotu od pop-artowego szaleństwa i karykatury na rzecz bardziej intymnych portretów ludzi poranionych przez życie, złamanych, po przejściach. Postacie jego kolejnych filmów nadal są przerysowane, z pogranicza snu. Nie jest to już jednak szalony, kolorowy sen Kapelusznika z Alicji w Krainie Czarów, lecz raczej koszmar nawiedzający zwykłego, doświadczonego przez życie człowieka. Leo, bohaterkę Kwiatu mojego sekretu, autorkę romansów, nawiedzają kolejne nieszczęścia: rozpada się jej małżeństwo, pada ofiarą kradzieży, traci wenę do pisania romansideł i w efekcie pracę. Ciąży nad nią widmo pozwu sądowego za niedotrzymanie umowy z wydawnictwem, a sama nie jest w stanie nawet ściągnąć kozaków – na pomoc musi wzywać przyjaciółkę. Bohaterki filmu Wszystko o mojej matce zmagają się z osobistymi tragediami: śmiercią, AIDS, nieplanowaną ciążą; zmuszone są też codziennie stawiać czoła brakowi akceptacji w społeczeństwie, a nawet we własnej rodzinie. Jeszcze dalej w zacieraniu granic między rzeczywistością a sennym koszmarem Almodóvar posuwa się w Porozmawiaj z nią – opowieści przeplatającej historie ciężko ranionej przez byka toreadorki i młodziutkiej baletnicy po wypadku samochodowym. Obie leżą w śpiączce w szpitalu, nieświadome zarówno emocji, które budzą w ludziach wokół, jak i narastającego napięcia, które może wpłynąć na ich losy, mimo że lekarze nie dają nadziei na ich przebudzenie.
Obecna w filmach Almodovara bezlitosna krytyka społeczeństwa: zamkniętego, nietolerancyjnego, pełnego hipokryzji, zakłamanego i okrutnego, osiąga swoje apogeum w Złym wychowaniu – filmie, opowiadającym o seksualnym wykorzystywaniu młodych chłopców przez księży, który reżyser planował nakręcić właściwie od zawsze. Jakby ton filmu nie był jeszcze wystarczająco ponury, twórca dorzuca także morderstwo i szantaż. Ten etap w twórczości Pedro Almodovara to powrót do rzeczywistości, ale rzeczywistości wykrzywionej, odbitej w krzywym zwierciadle długo tłumionej goryczy, frustracji, żalu, gniewu i braku przebaczenia.
Najnowsze filmy Almodovara nie pretendują już do wygłaszania komentarza społecznego. Reżyser ponownie postanowił zmienić kierunek i wymknąć się z kolejnej szufladki, do której próbowano przyporządkować jego twórczość. Ostatnią jej dekadę krytycy filmowi lubią określać mianem „introspektywnej”: i faktycznie, mamy tu raczej próbę spojrzenia w głąb ludzkiej duszy, odkrywania skrywanych pragnień, poznawania motywów. Volver to opowieść o poszukiwaniu korzeni i tożsamości; Przerwane objęcia mówią o stawianiu czoła swoim demonom, swoistym egzorcyzmowaniu przeszłości, by osiągnąć wolność w teraźniejszości. Skóra, w której żyję to analiza zemsty, zabawy w Boga i pragnienia władzy totalnej nad drugim człowiekiem. Wszystko, oczywiście, jak to u Almodovara, w nieco oniryczno-karykaturalnym stylu. W Przelotnych kochankach reżyser bawi się znanymi nam już motywami pop-artu i komedii noir, dorzucając elementy musicalu. Być może poprzednie filmy pozwoliły mu pozbyć się demonów i uporać się ze swoją przeszłością? Wygląda bowiem na to, że zapragnął znów sięgnąć po zwariowaną, lekką, przerysowaną komedię.
Almodóvar prawdziwy?
Julieta to 20. pełnometrażowy film w karierze Almodovara. Oparty na trzech opowiadaniach z kolekcji Runaway Alice Munro, ukazuje przejmująco smutną historię relacji kilku kobiet, na różnych etapach ich życia. Film wzbudził powszechny zachwyt zarówno publiczności, jak i krytyków, którzy nazywali go „nowymi narodzinami melodramatu”, „Kieślowskim doprawionym Almodovarem”, zaś hiszpańska edycja “Vanity Fair” określiła go “najbardziej almodovariańskim filmem Almodovara”. Może rzeczywiście reżyser, kręcąc swój dwudziesty film, postanowił przestać uciekać? W końcu zrealizował swoje najbardziej szalone fantazje, powiedział to, co chciał o społeczeństwie, w którym żyjemy, rozliczył się z własną przeszłoscią… A jednak Julieta również naznaczona jest motywem ucieczki – i to podwójnie. Początkowo reżyser zamierzał nakręcić film po angielsku, główną rolę powierzając Meryl Streep. Ostatecznie jednak uznał, że nie potrafi swoich emocji wyrazić jak należy i przełożyć na język filmu inaczej, niż po hiszpańsku. I tak, nie po raz pierwszy zresztą, wymknął się Hollywood. Będąc zagorzałym wielbicielem prozy Munro, nawet jej tekstowi nie pozostał jednak całkowicie lojalny. Nie tylko wprowadził mniej i bardziej znaczące odstępstwa od historii przedstawionej w jej opowiadaniach, ale uciekł nawet od ostatecznej wymowy zakończenia literackiej wersji opowieści, zostawiając – w dość nietypowy dla siebie sposób – filmowy finał bardziej otwartym i… pełnym nadziei.
Czy więc rzeczywiście zobaczyliśmy już prawdziwego Almodovara, czy też reżyser znów nas przechytrzył i ponownie udało mu się uciec, tym razem przed naszym, widzów, i krytyków, pragnieniem poznania go naprawdę? Być może dowiemy się tego przy 21. filmie.
[i]The Evolution of Pedro Almodóvar, D.T. Max, magazyn “The New Yorker”, 5 grudnia 2016 r.
[ii]El último sueño, Pedro Almodóvar, dziennik “El País”, 14 września 1999 r.
[iii] Za: Pedro Almodóvar, o la deriva de los cuerpos, Jean-Claude Seguin Vergara, wyd. Tres Fronteras Ediciones, 2009 r.
Nad Sieną unosi się nostalgiczny duch przeszłości. Legenda głosi, że miasto założyli synowie Remusa, uciekając przed wujem Romulusem. Skryli się wśród zalanych słońcem toskańskich wzgórz i wznieśli zamek, by się tam schronić. Ze źródeł historycznych wynika jednak, że Sienę założyli Etruskowie.
W XII i XIII wieku przecinały się tam szlaki handlowe, czyniąc ją jednym z najbogatszych miast Europy. Choć niespełna sto lat później lokalną ludność zdziesiątkowała zaraza, zabijając niemal dwie trzecie populacji, to nie upadek, a złota era wyrzeźbiły tamtejszy krajobraz. Pierwsza katedra, wybudowana przez kupców, dotąd góruje nad miasteczkiem, a rynek w kształcie muszli – Piazza del Campo – wciąż zachwyca. Mówi się, że to najpiękniejszy rynek w całych Włoszech. W 1995 roku centrum Sieny zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Erbario Toscano w Polvere di Siena zdaje się celebrować piękną przeszłość miasta. Zapach jest przesiąknięty słońcem, ciepły na wskroś i pylisty, jakby pokryty kurzem – kurzem brukowanych ulic i kurzem historii. Nuty są zwodnicze. Bergamota, pieprz i żywica elemi w otwarciu zapowiadają zapach świdrujący w nosie, rześki. Bukiet kwiatów w sercu (róża, konwalia, goździk) doprawiony gałką muszkatołową i wanilią sugeruje pełną, może nieco nawet wilgotną woń o przyprawowym posmaku. Baza utkana z paczuli, drewna sandałowego, cedru, wetywerii i wanilii chyba najbliższa jest prawdy…
Sieneński pył opada na skórę miękko, otula ją niczym szal nakładany na nagie ramiona letnim wieczorem. Ten aromat ma kolor spłowiałych na przestrzeni wieków cegieł, złocących się w blasku wspomnień. Dominuje w nim przytulna, puchata wanilia. Z początku otoczona cytrynową poświatą i pieprzna, skąpana w elemi, później – nabiera korzennych, chwilami ziemistych niuansów za sprawą gałki muszkatołowej. W finalnej fazie Polvere di Siena gdzieś w tle chropowata paczula przeplata się z tłustym, kremowym sandałowcem.
Oto moment uchwycony na fotografii. Siedzisz w maleńkiej kawiarni z widokiem na zapierającą dech w piersiach panoramę Sieny. Upalny dzień powoli dobiega końca, świat przybrał ciepłe, stłumione barwy. Wiatr unosi kraciasty obrus, łapiesz kieliszek szlachetnego Brunello di Montalcino, by nie strącił go silniejszy podmuch. Bierzesz łyk rubinowego płynu do ust, czujesz na języku przyjemną cierpkość, zamykasz oczy.
Zatrzymujesz tę chwilę na zawsze…
Wodę perfumowaną Erbario Toscano Polvere di Siena kupisz w naszym sklepie internetowym – kliknij tutaj!
Wakacje w pełni, więc wielu z nas rozgląda się za ciekawą lekturą na ciepłe wieczory. W ramach lipcowego uciekania – wszak ucieczka jest na naszej stronie internetowej tematem przewodnim miesiąca – chciałybyśmy namówić Was na sięgnięcie po książkę inną od typowych wakacyjnych powieści z morzem w tle. Co powiecie na antyczny Rzym, intrygi, spiski i knowania?
Kilka dni temu mieliśmy okazję wspólnie poznać autora świetnej powieści z czasów starożytnych: Michała Kubicza. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Książnica, mamy dziś dla Was trzy egzemplarze Agrypiny.
Co zrobić, aby stać się posiadaczem jednego z nich? Otóż pod niniejszym postem należy zostawić komentarz stanowiący rozwinięcie myśli:
Gdybym mógł/mogła przenieść się w czasie…
Na Wasze wpisy czekamy do sobotniego wieczoru. Lentkowa ekipa wybierze trzy najciekawsze odpowiedzi i nagrodzi je książkami. Laureaci zostaną powiadomieni o swojej wygranej na naszym fanpage’u na Facebooku w niedzielę rano.
Naprawdę nie wiem, co ja sobie myślałałam… To trochę jak z wizją porodu w blasku świec. Pamiętam, jak szykowałam się do przyjścia na świat mojej Tullii – wydawało mi się, że stanie się to pośród kadzidełek, w pozycji kwiatu lotosu, a zza szpitalnych okien zaleje mnie wodospad światła. Zen, lente i te sprawy.
Że też człowiek nie uczy się nic a nic.
Teraz zachciało mi się podróżowania z dwójką tych, co to się wśród świec i kadzidełek nie urodziły, tylko raczej zaznaczają swoją obecność darciem buzi, malowaniem po ścianach i wylewaniem herbaty na mój komputer. Ale brnę dalej. Jedziemy do Grecji. Ja, Pan Śródziemnomorski i one dwie. Zaczyna się już na lotnisku. Tullia oznajmia celnikowi przy odprawie, że nie nazywa się Wollner, tylko Afrodyta, i jest boginią piękności. I że zmierza na Olimp. Następnie daje kuksańca Lii, która zdaje się zainteresowana tym samym stanowiskiem, i informuje ją, że taki berbeć to sobie może ewentualnie być Ateną, tą od mądrości. Przecież wiadomo, która tu jest najpiękniejsza. Lia – przez kuksaniec, a może przez implikowaną w ten sposób niepochlebną ocenę własnej fizjonomii – zaczyna wyć. Nie przestaje przez najbliższe trzy godziny. W międzyczasie, już na pokładzie, Tullia postanawia sprawdzić, co zrobią stewardessy, gdy ona krzyknie bomba!, powodując ogólną konfuzję załogi i pasażerów. Mnie pirotechniczno-werbalny test rusza mniej niż krzyki Lii, bo przerabiamy go podczas prawie każdej podróży (krzyki w sumie też, ale do nich jakoś nie umiem się przyzwyczaić). Stewardessy ćwiczą zarządzanie kryzysowe, młoda dalej się drze, a ja zastanawiam się, co z moim lente-zenowaniem nad wodami Mare Nostrum.
Tullia i Lia w Atenach, jesień 2016 r.
Na lotnisku Wenizelosa wsiadamy w autobus, który wiezie nas do centrum greckiej stolicy. Afrodyta i Atena nadal dają czadu: rzucają się kawałkami banana ku przerażeniu japońskich turystów zmierzających na podbój Hellady. Podczas godzinnej podróży próbuję czytać poezję Kawafisa, ale po dwóch wersach Itakę muszę zamienić na sprawdzanie w Googlach, jak powiedzieć po japońsku: Jest mi niezmiernie przykro, że ma Pan banana wtartego w ten niezmiernie kosztowny obiektyw.
Wysiadamy na placu Syntagma. Teraz czas na taksówkę, która zawiezie nas do hotelu. Moszczę się wygodnie na tylnym siedzeniu z Lią na kolanach, podczas gdy Tullia kłóci się z ojcem: Afrodyta nie może jeździć z zapiętymi pasami, bo to gniecie jej chiton. Przejeżdżamy może z 5 metrów, kiedy czuję, że moje kolana robią się mokre. I ciepłe. I że coś dziwnie pachnie. Nie łączę wątków – chyba pocę się z emocji, a na placu Syntagma są problemy z kanalizacją! Aaaaa, mama, Atena zrobiła wielką kupę! – obwieszcza wszechwiedząca Wenus, a do mnie dociera, że od rana nie zmieniłam najmłodszej bogini pieluchy. Zawartość pampersa zalewa moje nowe dżinsy (chciałam zadać szyku na Akropolu), białe trampki, zamszową torbę (przeznaczoną do zadawania szyku na uliczkach Plaki) i Bogu ducha winną kanapę taksówki. Zaczynam krzyczeć, kierowca hamuje, ja wyskakuję na ulicę, jak w transie rozwijam matę do przewijania na środku chodnika placu Syntagma, kupa jest wszędzie, wszędzie!, przechodnie się krzywią, Tullia znowu krzyczy bomba!, a ja zastanawiam się, dlaczego Parandowski w Mitologii nie uprzedzał, że Atena, poza wieloma niezwykłymi cechami, jak umiejętność bilokacji i nieśmiertelność, ma także ponadprzeciętne kompetencje w temacie przemiany materii.
Z powrotem w taksówce. Kierowca niewzruszony. Pyta spokojnie, czy może już jechać, a ja opadam wyczerpana na siedzenie. Mkniemy tuż obok Olimpejonu, mijamy Stadion Panatenajski, wjeżdżamy do Pangrati. Kluczymy wśród małych uliczek – nikt oczywiście nie słyszał o szukanym przez nas adresie, ale nasz taksówkarz jest jak spartański wojownik, ani mrugnie, szuka dalej i nie narzeka. Wreszcie podjeżdżamy pod właściwą kamienicę. Na taksometrze kilkanaście Euro. Mąż podaje naszemu bohaterowi stueuorowy banknot. – Nie mam wydać – oznajmia kierowca łamaną angielszczyzną, a potem dodaje: – I not take any money. You nice family. Welcome to Greece. I odjeżdża, a ja zerkam tylko, czy przy rurze wydechowej nie wachlują mu Hermesowe skrzydełka. Zen i lente to tu raczej nie będzie, bo Afrodyta właśnie zdzieliła Atenę w głowę plecakiem, a Atena próbuje wyjść z wózka i rzucić się na czworaka na podbój greckiej ulicy. Nie jest jednak źle, myślę sobie. Nie zen, nie lente, ale przynajmniej filoksenia.
Bruno Catalano (ur. 1960) jest francuskim rzeźbiarzem z rodziny o sycylijskich korzeniach, urodzonym w Maroku. W 1982 roku rozpoczął czteroletnią pracę w Société Nationale Maritime Corse Méditerranée – do dziś podkreśla, że doświadczenie obcowania z morzem pozostaje dla niego najważniejszym źródłem inspiracji.
Fot. Clint / Flickr, CC BY 2.0
Szacuje się, że prace Catalana są najczęściej sprzedawanymi rzeźbami na świecie. Wielką sławą cieszą się jego dzieła nazywane “Podróżnikami”. Zdefragmentowane ciało ukazanych postaci łączy się z morskim krajobrazem, nawiązując do słów artysty, który wielokrotnie podkreślał, że opuszczając Maroko czuł się jak ktoś pozbawiany części siebie, odarty z organów, które tworzyły jego tożsamość. Czy “Podróżnicy” Catalana to uciekinierzy? A może po prostu wędrowcy? Ludzie wybrakowani, a może po prostu zespoleni ze światem?
Granita nieodłącznie kojarzy mi się z pierwszymi wakacjami we Włoszech, w popularnym Rimini. Był to jeden z moich pierwszych zagranicznych wyjazdów i, jako mała dziewczynka, zachwycałam się tam wszystkim: słońcem (wiadomo), plażą (chociaż pochodzę znad morza!) i uroczymi kawiarniami, choć byłam wtedy za mała, żeby pijać kawę. Jednak moim największym odkryciem była granita. Ni to napój, ni to lodowy sorbet, ale jak wspaniale gasił pragnienie nawet w największym upale! Dzisiaj raczej nie zdecydowałabym się na wakacje, które składają się głównie z plażowania, ale miłość do granity pozostała.
Granita pochodzi z Sycylii, a tradycja jej przyrządzania sięga czasów arabskiego panowania na wyspie. Arabowie przywieźli ze sobą przepis na szerbet, popularny w Azji orzeźwiający napój na bazie lodu, soków owocowych i wody różanej. Do przyrządzania podobnego napoju na wyspie wykorzystywano śnieg ze zboczy Etny. Zbierano go w zimie, a potem przechowywano w specjalnych grotach, nivieri. Latem mieszano go z cukrem i sokiem ze wspaniałych sycylijskich cytrusów.
Kluczową cechą granity jest jej ziarnista konsystencja, która odróżnia ją od bardziej jednorodnego sorbetu; w granicie wyraźnie wyczuwamy kryształki lodu. Oczywiście, jak to zwykle bywa, wszystko zależy od techniki zamrażania oraz lokalnych tradycji. Na samej Sycylii konsystencja różni się w zależności od regionu – w Palermo oraz na zachodnim wybrzeżu granitę charakteryzują grube kryształy lodu, zaś na wschodzie wyspy jej konsystencja jest zdecydowanie gładsza.
Tradycyjną granitę przyrządza się z wody, cukru i soku z sycylijskich cytryn o lekko kwiatowym aromacie. Do innych popularnych smaków należą: cudownie orzeźwiająca mięta, uprawiane na Sycylii migdały lub pistacje oraz kawa (mój zdecydowany faworyt!). W sezonie można spotkać także granitę o smaku truskawek lub jeżyn. Katania słynie z tradycji przyrządzania słodkiej granity czekoladowej.
Granitę często podaje się z łyżeczką i słomką – można jeść ją jak lody, ale też pić zimny, roztapiający się napój. Na Sycylii granita podawana z drożdżową brioszką (a granita câ brioscia) jako klasyczny zestaw śniadaniowy, szczególnie popularny latem. Podobno wcześniej zamiast brioszki granicie towarzyszył kawałek świeżego, chrupiącego chleba. Granitę, szczególnie tę o smaku kawy, często podaje się też z kleksem świeżo ubitej śmietany. Brzmi pysznie, ale osobiście wolę deser w czysto orzeźwiającej postaci.
Moja granita z prosecco, sokiem z cytrusów i imbirem jest idealna na upalne dni. Wspaniale sprawdzi się jako aperitivo przed posiłkiem, ale też na jego zakończenie jako przyjemna kombinacja drinka i deseru. Granitę można również podać jako intermezzo podczas wielodaniowej kolacji – dla oczyszczenia kubków smakowych i dalszego pobudzenia apetytu.
Granita z mojego przepisu jest bardzo prosta, ale też dosyć intensywna w smaku. Nie chciałam, żeby była słodka, więc dodałam tylko odrobinę miodu. Tradycyjnie granitę przygotowuje się z syropu cukrowego, który można łatwo zrobić, gotując w równych proporcjach wodę z cukrem, aż do jego całkowitego rozpuszczenia. Jeśli wolicie, żeby deser był słodszy i mniej alkoholowy, możecie część prosecco zastąpić syropem cukrowym.
Granita z prosecco i cytrusami
butelka prosecco (750 ml)
sok i skórka z 1/4 pomarańczy
sok i skórka z 1/2 cytryny
sok i skórka z 1 limonki
2 łyżki miodu
łyżeczka startego imbiru
Wszystkie składniki dokładnie mieszamy.
Przelewamy do prostokątnej formy lub pojemnika i wkładamy do zamrażarki.
Mniej więcej co 30-40 minut mieszamy deser widelcem, rozbijając powstające kryształki lodu.
Proces zamrażania trwa około 4 godziny – w tym czasie musimy regularnie mieszać granitę.
Horacego uważa się za jednego z najważniejszych rzymskich poetów. Ten urodzony w 65 r.p.n.e. liryk był wielkim piewcą radości życia i piękna codzienności; jego utwory charakteryzowały się jednocześnie głęboką refleksją moralną.
Zdjęcie główne: Krąg Mecenasa – ilustracjaCharlesa François Jalaberta z roku 1846. Od lewej widoczni są Wergiliusz, Horacy, Wariusz i Mecenas.
Strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych, zgodnie z Polityką prywatności.